Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2026

CE2 i Missing Time w RFN

 


Albert Rosales

 

Miejsce: Otterfing, Miesbach, Bawaria, Niemcy

Data: lato 1954

Godzina: popołudnie

Opis incydentu:

Świadek, Sepp B., miał wówczas 10 lat i mieszkał z rodzicami w gospodarstwie rolnym – kupionym przez gminę w latach 60. W dniu zdarzenia wrócił ze szkoły i zjadł obiad. Ponieważ tego dnia dostał dobrą ocenę w szkole, pozwolono mu spędzić popołudnie na grach, zamiast pomagać w gospodarstwie. Wtedy wolał bawić się w lesie, na polanie, gdzie dzieci zbudowały „bunkier”. Tego dnia poszedł tam i zdał sobie sprawę, że będzie musiał bawić się tam sam – nie było widać żadnych jego przyjaciół. Jednak gdy dotarł do „bunkra”, oczom jego ukazał się zupełnie dziwny widok.

Nad nim, na wysokości około czterech lub pięciu metrów, unosił się i opadał owalny obiekt, jakby ciągnięty za sznurek, niczym jojo. Górna część była przezroczysta, dolna metaliczna i wyglądała jak „lustrzane odbicie”. W przezroczystej kabinie zauważył mężczyznę w mundurze, który mu się przyglądał. Mężczyzna uśmiechnął się do niego, a obiekt natychmiast wzbił się w powietrze z niewiarygodną prędkością. Wówczas Sepp B. mógł tylko wymyślić wytłumaczenie, że obiektem był „amerykański samolot”. Szybko pobiegł do domu, aby opowiedzieć rodzicom o tym zdarzeniu, ale zamiast uważnego słuchacza, zastał tylko rozgniewaną matkę, która go biła, zwracając uwagę, że jest już 19:00 i zastanawiała się, gdzie się podział. Kiedy opowiedział historię o „amerykańskim” samolocie, ponownie został pobity, ponieważ jego matka przeszukała polanę i nikogo tam nie znalazła – ani jego, ani niebiańskiego intruza. Ponieważ obiad w rodzinie zawsze podawano punktualnie o 13:00, a polana była oddalona o zaledwie 20 minut spacerem, z niewyjaśnionych przyczyn zniknęło kilka godzin. Dodatek HC

Źródło: Wladislav Raab, https://ufoscriptorium.blogspot.com

Typ: A i G?

Komentarze:

Niezbadane zdarzenie porwania? (Al. Rosales)

Szczególnie ciekawym jest właśnie ów missing time – w tym przypadku kilka godzin, w czasie których mogło wydarzyć się wszystko – porwanie, badanie pobranie próbek, itd. itp. Niestety, tego już nie jesteśmy w stanie sprawdzić… (Daniel Laskowski)

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

poniedziałek, 17 listopada 2025

CE0 z procesją krasnali w Niemczech

 


Lokalizacja: Las Eschweiler, Aachen, Północna Westfalia, Niemcy

Data: 3.II.1993

Czas: wieczór

Opis incydentu:

Para widzi na parkingu na skraju lasu grupę postaci o wzroście 50–60 cm ze świecącymi oczami i niosących w rękach coś, co wyglądało na małe latarki. Postacie szły w rzędzie. Świadkowie słyszeli także coś w rodzaju „siorbliwego śpiewu”. Postacie zniknęły w lesie.

Dodatek HC

Źródło: Frank J. Schapel, „UFO-Sichtungskatalog des nordwestdeutschen Raumes Sichtungen von UFOs der Klassen A, B and C, Sowie einiger nicht sicher dem UFO-Phanomen zuzuordnender Lichter, Objekte und Entitaten (776-2014).

Typ: E

Uwagi: Podobny incydent odnotowałem w czasie realizacji mojego Projektu Tatry. Świadek zaobserwował rząd światełek poruszający się w lesie w okolicach Łysej Polany w Tatrach Wysokich. Incydent ten miał miejsce w październikową, deszczową noc w 1993 roku. O podobnych incydentach informowali także turyści w Karkonoszach – w Dolinie Myi i Dolinie Sowiej w latach 80. i 90. ub. stulecia.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

poniedziałek, 14 października 2024

CE0/CE-III-E (BV) z Dinozauroidem

 


Albert Rosales

 

Lokalizacja: Poczdam, Niemcy

Data: połowa marca 2000 r.

Godzina: noc

Opis incydentu:

57-letni świadek leżał w łóżku i wydawał się być w bardzo niejasnej fazie snu tuż przed przebudzeniem, w wyniku czego nagle nieprzyjemny zapach siarki sprawił, że całkowicie się obudził. Leżąc na lewym boku, otwiera oczy, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Ponownie zamyka oczy, myśląc, że to tylko sen, jednak zapach nadal jest obecny. Teraz leżąc na plecach, patrzy w okno i z przerażeniem widzi stojącą u stóp łóżka ogromną istotę przypominającą jaszczurkę, która syczy na niego. Przerażony siada i zakrywa twarz, mając nadzieję, że stworzenie odejdzie. Ale wszystko pozostaje niezmienione. Istota ma około 2 metrów wysokości, brązowozielone łuski i długie, szponiaste ręce. Istota wciąż wydaje okropne syczące dźwięki. Świadek zauważa również, że istota wydzielała cuchnący dym.

Jego serce wali. Myśli sobie: „Boże, pomóż mi!” Świadek zaczyna śpiewać pieśń religijną, podczas gdy on i istota patrzą na siebie. Kontynuując śpiewanie, zauważył, że postać powoli, ale pewnie zaczyna się rozpuszczać tuż przed nim. Jednak śpiewa dalej. Jedyne, co pozostało po istocie, to jej okropny smród, który za sobą zostawiła. Przez to, co wydaje się wiecznością, leży w łóżku, niemal nieruchomo, nie śmiejąc wstać. Jest przekonany, że pojawienie się istoty było „atakiem” na niego. (Ale przez kogo?)

Dodatek HC

Źródło: IGAAP Bericht # 1, 2017

Typ: E

 


Moje 3 grosze

 

To CE jest naprawdę przerażające. Kim była Istota, która nawiedziła tego świadka? Z wyglądu mógłby to być jakiś Lizzard-man – człowiek jaszczurka czy Reptilianin albo Dinozauroid – jak ten z rekonstrukcji Russela & Séguina z 1982 roku. Problem polega na tym, że pozostałości po Dinozauroidach nie znaleziono w zapisie kopalnym, co aliści nie jest dowodem, bo po prostu nikt ich nie szukał.

Dinozauroidy mogły przeżyć kredowy Armagedon kryjąc się pod powierzchnią Ziemi – skąd poszła legenda o podziemnej krainie Agharti – albo ucieczką w Kosmos. Gdzie? Oczywiście na inne planety i księżyce albo nawet inne systemy planetarne – np. α-Centauri, τ-Ceti, Strzały Barnarda, Lalande 21185 czy Syriusza…[1] Ale to jest najmniej prawdopodobne, bowiem mając do dyspozycji technologie podróży kosmicznych mogłyby się one łatwo uporać z asteroidą Chicxulub.

Jest jeszcze jedna możliwość – ucieczka w Czasie. Dinozauroidzi opanowali technologie chronomocyjne i po prostu uciekły w Przeszłość lub w Przyszłość z Ich własnej Teraźniejszości. Gdzie? – to możemy tylko zgadywać. Być może w Ton - okres przed Kriogenem i Ziemią-śnieżką, której lodowce skutecznie zatarły ślady Ich obecności w tym czasie – a zatem 760-720 mln lat temu, albo do Paleogenu, gdzie zeszły do planetarnego podziemia i stworzyły podziemne państwo Agharty i w którym bytują do dziś dnia... I kto wie, czy nie opuściły one planetarnego podziemia i bytują wśród nas na jej powierzchni? Ten incydent i jemu podobne mogłyby potwierdzać to przypuszczenie. No i do tego pasuje teoria o istnieniu Neodinozaurów, co atoli stanowi już osobny problem…    

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz



[1] Oczywiście tak byłoby dziś. 65 mln lat temu w okolicy Słońca były inne gwiazdy, których dzisiaj być może już nie ma, i albo znajdują się na innym krańcu Galaktyki lub nawet poza nią.

czwartek, 29 listopada 2012

Brylanty Króla Mórz


Co hitlerowcy robili na dnie Wszechoceanu?


Walentin Szimko

W hitlerowskich Niemczech wielu ludzi zażywało narkotyk metamfetaminę – C10H15N. Środek ten uznawano za nieszkodliwy – coś jak napoje energetyzujące. Sprzedawano nawet cukierki z podobnie działającym środkiem, które nazywano „czołgową czekoladą”. [Pierwsze zastosowanie metamfetaminy na szerszą skalę miało miejsce w czasie II wojny światowej, kiedy była stosowana jako środek pobudzający dla żołnierzy, od których wymagano aktywności bojowej przez długi czas (lotnicy, czołgiści) – przyp. tłum].

Kiedy po kapitulacji Niemiec jednego z najznaczniejszych urzędników III Rzeszy – Waltera Strauba zapytano w czasie przesłuchania, co mu jest wiadomo o ukrytych skarbach Trzeciej Rzeszy, on udzielił zagadkowej odpowiedzi:
- Szukajcie na morskim dnie!
Żeby się lepiej przygotować, przesłuchujący go Amerykanin przeniósł przesłuchanie na dzień następny, ale do tego dnia sekretarz Ministerstwa Kultury już nie dożył: przed kolacją ktoś mu dosypał trucizny do miski gulaszu.

Zagrabione skarby Niemcy wywozili na pokładach U-bootów

Los zagrabionych przez Niemców kosztowności do dziś dnia jest nieznany...


Co utrzymywały „kotwice”?


Po II Wojnie Światowej w holenderskim dzienniku „Spunk” pojawił się artykuł o tym, że na brzegu Morza Północnego została odkryta przez Brytyjczyków tajna fabryka, w której produkowano rozmaite części do najnowocześniejszych niemieckich U-bootów. Poza normalnym w takich przypadkach żelastwem, Anglicy znaleźli także rzeczy, które nie miały nic wspólnego z okrętami podwodnymi. Były to cienkie, ale niezwykle mocne stalowe liny o długości od 1000 do 3000 metrów (!) i jakieś dwie dziesiątki grubościennych cylindrycznych pojemników. Pojemność każdego wynosiła kilkanaście metrów sześciennych. Otwarto je, ale okazały się puste. Ich związek z tymi stalówkami był oczywisty. Na jednych i na drugich znajdowały się zaczepy, które do siebie pasowały. Specjaliści orzekli, że cylindry te przeznaczone były do przechowywania czegoś na bardzo dużych głębokościach. Jednakże dalej we swych wnioskach się nie posunęli, póki w podziemiach fabryki nie zostały znalezione wielotonowe balasty-kotwice z byle jakiego złomu wyposażone w takież zaczepy.

I wszystko stanęło na swoim miejscu. Cylindry - sądząc ze wszystkiego – były mocowane do tych kotwic utrzymujących te dziwne przedmioty w morskiej głębinie. Liny były przyczepiane do górnej części cylindra i szły na górę – do powierzchni wody. A co było dalej? Na tym fantazja angielskich i amerykańskich specjalistów się kończyła.

Władze okupacyjne mimo starań nie były w stanie znaleźć nikogo, który byłby związany z odkrytymi obiektami i dlatego tajemnica wielotonowych „kotwic”, cylindrów i stalówek przez długi czas pozostawała tajemnicą. Powstało mnóstwo hipotez, ale zadawalającej odpowiedzi nie było.

Zainteresowało to belgijski magazyn „Secrets d’historie” tym bardziej, że w jego archiwum znajdowały się relacje o tychże samych zagadkowych cylindrach. Podzielił się nimi z redakcją były niemiecki marynarz Helmut Fraze. Kiedy w 1944 roku służył na U-boocie, miał okazję uczestniczyć w niezwykłym eksperymencie.

Kierownictwu III Rzeszy nie było łatwo ukryć zagrabionych skarbów...


„Igiełka” w morskiej toni


Mowa tutaj o próbach pewnego mechanizmu, którego przeznaczenie było strasznie tajne. Według słów Frazego, była to wielka boja, wyposażona w akumulatory o podwyższonej pojemności i jakieś urządzenia elektroniczne. Boja była przymocowana do kotwicy i to tak, że do powierzchni pozostawało jej około 30 m. Razem z liną i kotwicą wyrzucano ją na jakimś głębokim miejscu akwenu, a następnie (w celach doświadczalnych) należało ją znaleźć w jak najkrótszym czasie. Służyła do tego specjalna aparatura, do której dostęp miał zaokrętowany na U-boocie oficer SS. Marynarze sądzili, że testowany jest korpus jakiejś nowej miny morskiej i dlatego nikt nie zadawał zbędnych pytań. I po jakimś czasie Helmut Fraze zrozumiał, że SS-Obersturmbannführera  (odpowiednik podpułkownika wojsk lądowych i komandora-porucznika marynarki wojennej – przyp. tłum.) kierującego eksperymentem interesowało wszystko, tylko nie miny. Gwoździem programu był mechanizm pozwalający na lokalizację zatopionej boi. Ale najciekawszym jest to, że niemiecki marynarz już nigdy i nigdzie nie spotkał się z nawet ze wzmianką o tym dziwnym urządzeniu.

Czymże więc ono było? Wyobraźmy sobie tą prostą, ale skuteczną konstrukcję. Składa się ona z pustego w środku cylindra o ścianach wytrzymujących ogromne ciśnienia panujące na wielokilometrowych głębinach. Z powierzchni morza dziwna boja (w tym jej osobliwość) była niewidoczna, ale mogła ją szybko wykryć i zlokalizować specjalna aparatura. Cylinder z boją jest związany długą, mocną liną stalową, o której już była mowa. Nie było wiadomo natomiast to, co hitlerowcy zamierzali ukryć w tych cylindrach na dnie oceanu? Automatycznie nasuwał się domysł o drogocennych rzeczach zagrabionych na podbitych przez nich terytoriach w czasie wojny. Ale czy nie jest to głupia idea – ukryć je w morskich głębinach, skoro na kontynentach jest tyle miejsc nadających się do ukrycia tych skarbów? Ale jak pokazał czas, wiele niemieckich kryjówek na lądzie (a właściwie – pod ziemią) zostały w końcu odnalezione, ale głównych skarbców III Rzeszy jeszcze nie odnaleziono.


A to ci niespodzianka!


A wydarzenia biegły swoim torem. Zupełnie niedawno amerykański „Journal for the Rest” opublikował artykuł niejakiego R. Grahama pt. „Brillants of the Sea King”, w którym opisywał on spotkanie z pewnym bogatym Anglikiem – Rowanem Gilbertem. Ten opowiedział mu historię o kolosalnym bogactwie, które zwaliło się na niego. Być może dla niektórych okaże się ona niewiarygodna, ale kiedy wspomnimy publikacje ze „Spunka” i „Secrets d’historie”, to opowiadanie Rowana Gilberta zasługuje na uwagę.

- Pewnego pięknego dnia, mój angielski przyjaciel Anatol S. zapoznał mnie z człowiekiem, którego życie mogłoby być kanwą na niejedną powieść sensacyjną – zaczął Amerykanin. – Ten bogaty gentleman z Brighton nazywał się Rowan Gilbert. 20 lat temu pojechał na północ kraju, niedaleko od szkockiego miasta Aberdeen, gdzie budowała się rafineria ropy naftowej. Tam też załapał się na pracę. Pewnego niedzielnego ranka spacerował wraz ze swym psem na brzegu Morza Północnego. Zaczął się przybój. Naraz jego uwagę przykuł jakiś przedmiot pchany przez fale na skały. Zszedłszy nad samą wodę ujrzał on duży metalowy cylinder o długości 2 m i jakichś 1-1,5 m średnicy. Poczuwszy, że we wnętrzu tego znaleziska może znajdować się coś interesującego, usiłował on otworzyć cylinder, ale bezskutecznie. Zaintrygowany Brytyjczyk wrócił na to miejsce z ciężarówka z żurawikiem. Udało mu się załadować znalezisko na ciężarówkę i zawieźć do domu. Tam posługując się palnikiem gazowym otworzył znalezisko. To, co znajdowało się w środku cylindra wprawiło go w szok.


Bogactwo pod „przykryciem”


Takiej ilości cennych rzeczy Gilbert nie widział w życiu, nawet na filmach o skarbach wodzów Atlantydy! Był on człowiekiem z głową i z miejsca podzielił skarb na kilka części i ukrył je w kilku miejscach. Doczekał do końca budowy rafinerii i wyjechał ze Szkocji wziąwszy ze sobą trochę brylantów, których wartość wynosiła jakieś 50.000 GBP. To była maleńka cząstka znalezionego tam bogactwa. Mieszkając w Walii wciąż zastanawiał się, co zrobić z milionami znalezionymi na plaży. Czy oddać państwu czy zatrzymać dla siebie? W końcu oddał go państwu za co zgodnie z prawem otrzymał połowę jego wartości. Teraz mógł pomyśleć o pozostałych skrytkach. Rowan wyniósł się z rodziną do USA, gdzie w Newarku (NJ) stworzył firmę remontującą stare samochody (głównie dla koneserów i kolekcjonerów – przyp. tłum.), oczywiście dla przykrycia swego bogactwa. Zresztą ona sama kwitła bez tego.
Gilbert powrócił do Anglii po pozostałe skrytki. Spieniężywszy część brylantów, wciąż rozwijał swoja firmę w Newarku. Wkrótce stała się ona kwitnącą korporacją. Przedsiębiorstwo (które nie tylko remontowało, ale zaczęło produkować samochody) rosło w oczach. Po pewnym czasie Gilbert stał się super-bogatym człowiekiem. I wciąż lwia część brylantów ukryta w różnych częściach Anglii pozostawała nienaruszona. Były to zapasy na czarny dzień – jak twierdził multimilioner. Część pieniędzy – dla uspokojenia sumienia – oddaje on na cele dobroczynne.

Opis cylindrów, które sporządził Gilbert, dokładnie pasują do opisów podanych przez „Spunka”. Teraz można dokładnie odtworzyć sposób, w jaki Niemcy ukrywali nagrabione przez siebie drogocenne przedmioty w czasie wojny. Kosztowności pakowane były do hermetycznie zamykanego cylindra, do którego z jednej strony przymocowywano kotwicę, a z drugiej mocną stalową linę. Po zatopieniu górny koniec liny sięgał na głębokość 30 m, a na jego końcu znajdowała się głębinowa pława. Według Helmuta Frazego, była ona wyposażona w generator sygnałów akustycznych, zasilanego tzw. „wieczną baterią”, która działała na zasadzie wykorzystania różnicy temperatur wody powierzchniowej i głębinowej. To właśnie dzięki temu można było szybko znaleźć skrytkę w wodach Wszechoceanu…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 30/2012, ss. 6-7
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©       

niedziela, 22 stycznia 2012

SPRAWA NR 010/X – TAJEMNICA OROLOJA (1)




Miloš Jesenský, Robert K. Leśniakiewicz

Jest zupełnie jasne, że ten sposób mierzenia czasu jest wynalazkiem diabła, dzięki niemu może on odnawiać co 52 lata swą władzę pod groźbą zbliżającego się końca świata i ludzkiej wiary w to, że to tylko on przedłuża czas i daje im go w darze, co pozwala światu na jego istnienie.

o. Bernardino Sahaguno – „Codex Florentius”, Florencja 1576

To z oczywistych prawd człowiek robi tajemnice. To nie sekrety są straszne i przerażające, ale powody, dla których zostały ukryte!!!

Barbara Walendowska – List z dnia 30.09.2002 r.


Pierwsze spotkania



Na początku małe wspomnienia. Miloš zainteresował się tym technicznym fenomenem praskiego zegara zwanego Pražskim Orolojem pewnego wiosennego wieczoru 1990 roku. Oroloj, to zniekształcona forma łacińskiego słowa horologium i oznaczającego po polsku tyle, co „zegar”. Przed odejściem nocnego pociągu, Miloš jeszcze raz poczłapał w drobnych kropelkach deszczu przez krzywe i ciasne uliczki Starego Miasta, które dziwnie  były podobne do uliczek i dzielnic Arkham – miasta z delirycznych wizji „Cienia z Providence” – Howarda Phillipsa Lovecrafta – a nie do współczesnych ulic milionowej aglomeracji czeskiej Pragi... Podszedł ku zamczystym drewnianym drzwiom, przy których można było posłyszeć, jak Oroloj żyje własnym tajemniczym życiem. W ciszy deszczowej nocy, odgłos pracy jego dychawicznej maszynerii dochodził do Miloša pośród delikatnego stukotu kropli po gotyckich kamiennych ozdobach i wpadających z pluskiem w kałuże. I zdawało mu się, że słyszy gdzieś z jakichś niezmierzonych przepaści przestrzeni i czasu dobiega doń odgłos poruszającego się wahadła. Miał on wtedy dziwne uczucie nierealności otaczającego go świata i dziwne kolnięcie lęku, tak jak wtedy, gdy w ciszy biblioteki w Dolnym Kubinie po raz pierwszy wertował karty złowrogiego „Młota na czarownice”, albo z elektryczną latarką w ręku eksplorował zimne i ciemne podziemia Gymešskiego Hradu... Odszedł kilka kroków od zegara, złożył parasol i pozwolił, by deszcz kapał mu na twarz, a on tymczasem studiował rzeźby na frontowej ścianie. Nad jego głową zajaśniały złotem linie na dziwnej tarczy cyfrowej czasomierza. Jego części wciąż się poruszały i wbrew temu, że zapadła już noc, nieustannie i ustawicznie odmierzały ruch Słońca, skrytego już przed ludzkimi oczami pod horyzontem.

Jego wzrok błądził po pokrytych zaroszonych deszczem ozdobach i fantastycznych maszkaronach ponurego władysławskiego gotyku. Dziwaczne rzeźby wyciosane ręką nieznanego artysty i otaczające cyferblat oraz kamienne konsole pod balkonem w jego rozigranej wyobraźni jawiły się, jako ramy czarodziejskiego zwierciadła, w które człowiek spoziera w gorączkowych snach: głowy i twarze potępieńców ze wszystkich kręgów dantejskiego piekła, wyrzeźbione śmiałą acz bezbożną ręką...

Godzina przeleciała szybko i przenikliwy, złowieszczy dźwięk dwudziestu trzech uderzeń poniósł się po pustym placu, a potem znów słyszał on tylko plusk spadającej z mrocznego nieba wody. Spojrzał znów na metalowe drzwi, za którymi znajdował się mechanizm Oroloja odmierzającego ciężkim krokiem sekundy, minuty, godziny i dni oraz wreszcie lata naszej egzystencji. I wtedy doszedł do wniosku, że zegar ten odlicza czas, którego koniec był postanowiony już wcześniej, zupełnie odwrotnie, niż to sobie w swym zadufaniu przedstawiamy... (Zob. ilustracje 1 i 2.)

Moje spotkanie z Orolojem było zupełnie inne. Było południe 1 maja 1998 roku i plac tętnił życiem. Turyści, prażanie i ufolodzy, którzy tak jak ja brali udział w II Międzynarodowej Konferencji Ufologicznej w hotelu „Pyramida”; cieplutkie, prawie letnie słoneczko, niebieskie niebo i beztroski tłum ludzi. A jednak zegar ten przyciągnął moją uwagę swym niezwykłym wyglądem. Jako astronom-amator wiedziałem, że jest on jednym z najstarszych zegarów na kontynencie i jest niezwykle dokładny, ale jak bardzo jest on niezwykłym urządzeniem i jakie wiążą się z nim tajemnice, tego dopiero dowiedziałem się od Miloša w czasie jego wystąpienia na XII Festiwalu Ezoterycznym w Bratysławie, w słoneczną sobotę i ostatni dzień astronomicznego lata, dnia 21 września 2002 roku... A oto obszerne fragmenty miloszowego referatu:

Osiemnasty anioł


 Do swej ponurej wizji powróciłem po dłuższym czasie – pisze Miloš w swym referacie – kiedy obejrzałem hollywoodzki horror Williama Bindley’a ze scenariuszem Davida Seltzera pt. „The Eighteen Angel”, z roku 1997. W tej mrocznej wizji tajnego stowarzyszenia, w murach średniowiecznego klasztoru przygotowującego się wedle etruskich obrzędów do nadejścia Apokalipsy, jasno rezonowała myśl o praskim Orloju, jako czasomierzu nadchodzącego końca świata.

Upłynęło już pięćset lat od czasu, kiedyśmy dostali pierwszy znak – twierdzi w filmie demoniczny o. Simeon, którego usunięto z Kościoła za swoją wiarę w rychłe nadejście Antychrysta – To był zegar astronomiczny. Celem jego istnienia było i jest oznajmić światu czas powrotu Lucyfera. Jego twórca próbował zniszczyć swoją pracę, prosząc Boga o ochronę przed zemstą Szatana, ale Bóg nie mógł przezwyciężyć siły Szatana. Zegar ruszył i zaczął odmierzać czas.

Opisana idea wynika ze starej praskiej legendy, która niezmiernie skąpo mówi o twórcy Orloja i okolicznościach, które poprzedziły jego zbudowanie:
Do Rady Starego Miasta przyszedł ongi jakiś nieznajomy człowiek z wieloma rysunkami i planami pod pachą. Nikt nie wiedział, skąd ten osobnik przybył do Pragi. Jedno jest pewne, że był on Czechem, bo mówił po czesku tak, jak mistrz retoryki na Uniwersytecie Praskim. Zwał się on Hanuš (Hanusz) i przedstawił się jako znawca wszelkich mechanizmów zegarowych, który studiował i badał je przez wiele lat w całej Europie. Powiedział swe imię i bez długiego zastanawiania się dodał, że ozdobi Staromiejski Ratusz takim zegarem, że drugiego takiego nie będzie nigdzie na świecie.

Mistrz spełnił swoje zobowiązanie i wkrótce pokazał mieszczanom praskim swe dzieło.

Wielki cyferblat lśnił złotymi kręgami i liniami, zaś ludzie w niemym podziwie gapili się na wszystkie te tarcze i linie, na cyfry i znaki, na obrazy dwunastu znaków Zodiaku i wiele innych rzeczy.
W odróżnieniu od powszechnie przyjętej wersji, że mistrza Hanuša kazali oślepić rajcy miejscy, (NB, co było w ówczesnej modzie i spotkało m.in. słynnego twórcę ołtarza w Bazylice Mariackiej w Krakowie – Wita Stwosza vel Veita Stossa [1447-1533] w Norymberdze), zazdrośni o swój zegar i jego ambitne zamiary, istnieje jeszcze druga wersja o ataku nań jakichś nieziemskich a demonicznych sił:

Jego śmierć wydaje się być tak zagadkową i niezwykłą, że nie mogła tego uczynić ręka człowieka i śmierć mistrza Hanuša spowodowana została nie przez ludzi z krwi i kości, ale przez jakieś ciemne siły, które go ukarały za jego dzieło.

Ten tekst uchyla nam rąbka tajemnicy złowieszczego działania hanuszowej maszyny, której klątwa dopadła i samego jej twórcę w momencie, kiedy – świadomy bezbożności swego dzieła – zdecydował się zniszczyć Orloja. Chociaż mu się to nie udało, to w ostatniej chwili swego życia przeklął swój zegar tak, aby każdy - kto podniesie nań rękę – zmarł gwałtowną śmiercią.
W pół tysiąclecia później ta klątwa spełniła się na Josefie Mánesie, który w 1865 roku odrestaurował Orloja. Kiedy ostrzegano go przed rozpoczęciem prac o ciążącej na Orloju klątwie, on tylko się śmiał. Ale klątwa się spełniła: w czasie prac nad tabelą kalendarzową zapadł na ciężką chorobę, już nie wrócił do zdrowia, i rychło opuścił ten padół...

Nieznany twórca i zatarte ślady.

Jedno z najstarszych źródeł podaje - według Jána Táborskégo z klokotskiej Hory, który w roku 1570 napisał swoją „Správu o orloji pražskom” - że budowniczym Orloja jest niejaki mistrz Hanuš. Informację tą potwierdza opowiadanie Aloisa Jiráska, który do „Starých povestí českých” dołączył także tekst legendy o tym, że mistrz Hanuš został oślepiony, by nigdy więcej nie mógł powtórzyć swego dzieła w żadnym innym mieście. Już oślepiony przeklął swe dzieło tak, że przez długie lata zegar stał. O tajemniczym konstruktorze zegara niczego nie wiadomo. Niektórzy historycy wiążą go z zegarmistrzem Janem Ruže czy Jakubem Čechem, ale nie można stuprocentowo założyć, że imię Jan odpowiada w tym przypadku zdrobniałej, potocznej formie Hanuš[1], jak np. w języku polskim Jan i Janusz czy w niemieckim Johann i Hans... – i dotyczy jednej i tej samej postaci historycznej. W 1959 roku znaleziono kolejną przesłankę w postaci siedmiu słów w pracy Tadeáša Hájka alias Hageciusa „Oratio de laudibus geometriae”. W jednym z egzemplarzy złożonym w strahowskiej bibliotece, nieznana ręka dopisała na marginesie rozdziału traktującego o rektorze Uniwersytetu Karola w Pradze Czeskiej i osobistego lekarza króla Vaclava IVdr Jána Šindela przy zdaniu: Praecipuus occurrit M. Johannes ssindelius, domi forisque clarissimus, synchronus at familiaris Blanchini Itali – drobnymi literkami następującą uwagę: qui horologium antiquae Pragae fabricauit et erexit. Oznacza to dokładnie tyle, co: Na poprzednie miejsce przybywa mistrz Jan Šindel, znany w kraju i zagranicą bliski przyjaciel Włocha Blanchiniego (patrz ilustracja 3). Zaś uwaga poczyniona przy jego nazwisku mówi: który zbudował i ustawił Orloja ze Starego Miasta w Pradze. Nie datowana uwaga napisana nieznaną ręką niczego nie przesądza – poza poszerzeniem kręgu osób, którym legendy i podania przypisują autorstwo praskiego zegara astronomicznego o dalszego możliwego kandydata. Nie wiemy, kto uzupełnił tekst Hájka, ani jaka była jego znajomość praskiej historii, jedno jest wszakże pewne – ktoś z uporem starał się zniszczyć wszelkie ślady po twórcy Orloja, nawet fałszując źródła po to, by znikła wszelka pamięć o nim. Dowodzi tego przykład powołanego dzieła. W dniu dzisiejszym książka Hájka jest powiązana ze zbiorem kilku innych książek, który to zbiór został rozproszony w połowie wieku, złożony z powrotem i dodano do niego także dwa inne zbiory pochodzące z XVI wieku. W ten sposób uniemożliwiono zbadanie rękopisu i tematycznych zainteresowań autora uwag na innych stronach tego zbioru. Fachowa i solidna robota wykształconego człowieka, który znał się na rzeczy...

Bohuslav Balbin w trzecim tomie swego dzieła „Miscellanea historica” wydanego w 1681 roku potwierdza, że konstruktorem Orloja jest mistrz Hanuš ze swym uczniem Jakubem oraz że ten zmyślny zegar został zbudowany już w roku 1490. Najciekawszym jest to, że według jednego ze starych rękopisów, Hanuš był znamienitym astronomem i profesorem matematyki na Uniwersytecie Karola. I tutaj znów napotykamy na zacieranie śladów, z którym miałem do czynienia w dawnej przeszłości. Już Karel J. Erben i Václav Rosický nie potrafili przy studiowaniu tego źródła dołożyć imię Hanuša do spisu akademików Uniwersytetu Karola. I tak ten „znamienity astronom” i „profesor matematyki” po prostu znikł w przepaści czasu.

Orloj w Polsce.

Wybacz mi Czytelniku tą dygresję, ale kiedy słuchałem wykładu dr Jesenský’ego na sali kongresowej bratysławskiego Parku Kultury i Wypoczynku, to w głowie tłukła mi się natrętna myśl, że już to gdzieś słyszałem. Gdzieś spotkałem się z imieniem Hanusz, skojarzonym z niezwykłym zegarem i wyłupionymi oczami, za które spadło na zegar przekleństwo i na tych, którzy mieli go naprawić... Potężna dawka kofeiny uruchomiła wreszcie mój mózg i przypomniałem sobie lekturę antologii polskich baśni pt. „Klechdy domowe” (Warszawa, wydanie z 1986 roku), którą zapamiętałem jeszcze ze szkoły podstawowej. Zapamiętałem dlatego, że zafascynowała mnie historia mistrza Hanusza, który zbudował dla Gdańszczan zegar astronomiczny ukazujący godziny i minuty, ale także dni, fazy Księżyca i położenie Słońca na tle pasa Zodiaku...

Autorem, który podał tą legendę był Franciszek Fenikowski (1922-1982) polski prozaik i poeta, związany z Wybrzeżem Gdańskim i Kaszubami. Niestety, nigdy już nie dowiemy się, skąd wziął on ten temat. Jednak zegar gdański – odpowiednik praskiego Orloja istniał naprawdę i został zniszczony w czasie II Wojny Światowej przez pożar.

Kim był polski mistrz Hanusz według Franciszka Fenikowskiego? Był on Toruńczykiem, który tułał się po świecie i terminował on u najlepszych majstrów – był w Lubece,   N o r y m b e r d z e   i   P r a d z e   oraz w Poznaniu, Wrocławiu i Krakowie – gdzie ożenił się wreszcie z córką miejscowego ludwisarza. W sztuce prześcignął on swych mistrzów, aż wreszcie sam został mistrzem zegarmistrzowskim.

Pewnego dnia został zaproszony do Gdańska przez tamtejszą radę miejską i burmistrza. Było to krótko po powrocie tego miasta do Korony – a zatem w roku Pańskim 1454, kiedy to królowi Kazimierzowi IV Jagiellończykowi (1427-1492) udało się po Wojnie Trzynastoletniej z Zakonem NMP Kawalerów Mieczowych Domu Niemieckiego, (czyli Krzyżakami), odzyskać dostęp do morza, i mieszczanie pragnęli uczcić to wydarzenie ufundowaniem miastu najwspanialszego zegara, jaki tylko był możliwy. Hanusz chętnie powrócił na Pomorze i podjął się wielkiego dzieła. Wreszcie przyszedł czas, kiedy mógł uruchomić swój zegar. Tak to opisuje Fenikowski w klechdzie „Zegar z mariackiego kościoła”:

Dzieło mistrza Hanusza ciemniało przy białym strzelistym filarze jak niezwykła wieża. W dolnej części jej kondygnacji jaśniała tarcza stuletniego kalendarza strzeżona przez wyrzezanych w drewnie trębaczy i królów. Jeden z nich wskazywał włócznią datę dnia, przypadające święto, a także godzinę wschodu i zachodu Słońca i Księżyca. Wyżej dwanaście pozłocistych znaków niebieskiego Zwierzyńca[2] opasywało wielki krąg godzin. Był to Strzelec i Wodnik z dzbanem, był złoty Lew, Byk i Koziorożec – nad którym stało promieniste Słońce. Były Ryby, Bliźnięta, Rak, Panna, Waga, Niedźwiadek[3] i Baran.
-         Uważajcie! – zawołał zegarmistrz. – Zaraz wybije dwunasta.
I teraz dopiero zaczęły się dziać prawdziwe cuda. Wysoko, pod samym szczytem zegarowej wieżyczki, przy drzewie, dookoła którego owijał się wąż z ukoronowaną głową, stały figurki Adama i Ewy. [...]
Nadeszła wreszcie oczekiwana niecierpliwie chwila. Adam podniósł młot, Ewa pociągnęła za sznur dzwonka. Rozdzwoniły się srebrne kuranty.
Wydzwoniły cztery kwadranse i w wykuszu zegarowym pojawiło się czterech ewangelistów.
-         Marek, Łukasz, Mateusz, Jan – poznawali ich mieszczanie i podnosząc ręce wskazywali poruszające się figurki.
A kiedy przebrzmiały dźwięki kwadransów i zegar zaczął wybijać dwunastą, wynurzyli się z głębi wieżyczki apostołowie. Długowłosi, brodaci, w powłóczystych szatach, trzymający w dłoniach księgi, ryby i klucze szli po półkolistym ganku nad zegarową tarczą. Szli kolejno, jak godziny, które symbolizowali, spokojni i dostojni, zapatrzeni przed siebie w bezmiar czasu...

Niestety, jeden z miejskich snycerzy – Niemiec nazwiskiem Kunc (w rzeczywistości Kuntz lub Kuntze), zawistny o sławę mistrza i nienawidzący go za to, że do snycerskiej roboty wziął swego przyszłego zięcia, a nie jego samego – złożył donos do burmistrza i panów z Rady Miejskiej, że Hanusz zamierza wyjechać do Lubeki, by tam zbudować zegar jeszcze większy i piękniejszy, niż ten w Gdańsku. Efekt mógł być tylko jeden – starcowi wyłupiono oczy na rozkaz burmistrza:

Oprawcy podeszli do starca stojącego przy oknie, porwali go za ramiona i siłą zaczęli wywlekać z komnaty. Ale na samym progu sędziwy majster wyrwał się z ich uścisków i wznosząc do góry spracowana dłoń zawołał:
- Przeklinam godzinę, w której przybyłem do waszego miasta! Przeklinam moje dzieło! Niechaj stanie mój zegar! Niech milczeniem swoim świadczy o mojej krzywdzie i oskarża was przez wieki, pyszni i niesprawiedliwi sędziowie!
Nie powstrzymały jednak te słowa wykonania straszliwego wyroku. Katowscy czeladnicy powlekli nieszczęsnego zegarmistrza do izby tortur i po chwili bolesny krzyk wstrząsnął murami Ratusza.
W tej samej godzinie, w której starcowi wyłupiono oczy, zatrzymał się mariacki zegar. [...] Nikt nie potrafił go uruchomić.
Mistrz dał się ubłagać, by spróbował uruchomić zegar. Kiedy tylko podprowadzono go pod swe dzieło, uderzył w nie młotem niszcząc delikatny mechanizm. Młot spadł z rusztowania na głowę oszczercy Kunca, zabijając go na miejscu. Ale mistrz też nie wytrzymał ciężaru chwili i zdołał wykrzyknąć tylko tyle: Ukarałem waszą pychę! Zniszczyłem moje dzieło! Biada! Po trzykroć biada temu, kto by próbował je naprawić! – i osunął się martwy na deski rusztowania.

Zegar pozostał na swym miejscu na kościele i nikt nie odważył się go ruszyć. Jeszcze w XIX stuleciu gdańscy rajcowie odrzucali propozycje naprawy zegara. Bali się klątwy starego mistrza. Dopiero pożar drugiej wielkiej wojny zniszczył zegar, po którym pozostała już tylko tarcza...

Tyle Fenikowski.

Z przekazanej przezeń legendy wynika, że w Gdańsku istniała jeżeli nie replika Orloja, to przynajmniej zegar, na wzór którego Orloja skonstruowano, bo był starszy od niego o co najmniej 30-40 lat.

Zakładając, że punktem startowym historii gdańskiego zegara astronomicznego jest rok 1454, to powstał on w jakieś 5-10 lat później – zważywszy, że do jego wykonania należało sporządzić dokładne plany i obliczenia, a te ostatnie wykonywało się przecież w głowie i na papierze, a nie przy pomocy komputerów. Konstruktor przy tym musiał wykazać się nie lada wiedzą z zakresu matematyki, astronomii i astrologii, by zegar mógł precyzyjnie pokazywać godziny, minuty, daty, wschody i zachody Słońca, Księżyca i poszczególnych znaków Zodiaku! Przy czym należało jeszcze dostosować wskazania zegara do długości i szerokości geograficznej danego miasta!  Do tego każdą część wykonywało się ręcznie i nie taśmowo, co pochłaniało dodatkowy czas... Zakładając, że pracowała nad tym ekipa czeladników i terminatorów, czas ten nie mógł być krótszym, niż 5 lat... No chyba, że mistrz Hanusz pracował w oparciu o już istniejący schemat urządzenia i już istniejące obliczenia astronomiczne i astrologiczne, co znacznie upraszczało sprawę i znacznie przyśpieszało zbudowanie mechanizmu – skracając go do 1-2 lat. Tak zatem gdański zegar mógł powstać w latach 1456-1464.  Sądzimy, że ta pierwsza data jest bliższa prawdy. Nie zapominajmy o tym, że ten praski Hanuš też posługiwał się planami i tabelami astrologicznymi i astronomicznymi – a zatem takowe istniały i były w użyciu. Wiktoria Leśniakiewicz – nasz konsultant historyczny  - twierdzi,  że zegary astronomiczno – astrologiczne nie były w ówczesnej Europie niczym niezwykłym i każde liczące się miasto miało takie urządzenie. Rzecz w tym, że nie wiemy tego, co było inspiracją do tworzenia tych skomplikowanych maszyn i jaki był pierwowzór tego urządzenia. W pewnym stopniu wyprzedzało ono swoją epokę! – do tego tematu jeszcze powrócimy.

Zagubiony rękopis.

Powróćmy do informacji podanej przez Táborskégo na temat Orloja, prześlicznie wykaligrafowanej na ozdobnym pergaminie. Było ono dedykowane Radzie Starego Miasta w Pradze. Kiedy jednak dostojnikom miejskim było ciężko wydać zegarmistrzom ów zdobny rękopis, sporządzili oni jeszcze jedna jego kopię roboczą, który pojawił się około roku 1950, kiedy wykupiono go z prywatnej kolekcji dla Archiwum Miasta Stołecznego Pragi. Podniszczona księga oprawiona w skórę z wytłoczoną na okładce datą 1588 roku, stanie się dla nas interesującym artefaktem, dzięki któremu możemy prześledzić losy praskiego Orloja i ludzi, którzy się nim zajmowali. Rękopis jest dokładną kopią oryginału od początku aż do jego zakończenia, na którym Táborský odnotował: Kończę szczęśliwie ten spis w środę na dzień Świętego Łukasza roku Pańskiego tysiąc pięćset siedemdziesiątego. I przy tej okazji dodał jeszcze, że: ... i przepisano ode mnie przez Matouša Carchesia Jablonskégo, pisarza kancelarii praskiej, na polecenie pana burmistrza i panów Rady Starego Miasta Praskiego, we wtorek dzień pamiętny Świętej Katarzyny roku Pańskiego 1587.

Kiedy przeczytałem kilka razy ten niewinnie wyglądający dopisek, to zdębiałem. Dodatek ten nie jest w „chrześcijańskim porządku”, a wręcz odwrotnie i stała się dla mnie przesłanką po temu, by stwierdzić, że historię Orloja fałszowano rozmyślnie.

Według wyliczeń na podstawie Kalendarza Stuletniego, dzień św. Katarzyny – czyli 25 listopada nie wypadał w roku 1587 na wtorek, ale na środę. Czy taki błąd mógł popełnić człowiek, który w tym dniu skończył ciężką pracę nad żmudnym przepisywaniem długiego tekstu, który mu zadano? A jeżeli tak – w co nie wierzę – to dlaczego nie poprawił błędu? Wystarczyło wyskrobać słowo „wtorek” i wpisać na to miejsce „środa”. W Średniowieczu nie było w tym nic dziwnego i takie poprawianie błędów było czymś na porządku dziennym. Średniowieczne pergaminy noszą ślady takich poprawek i nikogo to nie dziwi. Najdziwniejsze jest to, że ten błąd popełnił kopista, który przecież żył z dokładnego przepisywania tekstów, a w tym czasie standardowe datowanie listów i innych dokumentów polegało na wpisaniu dnia świętego, który był patronem danego dnia w kalendarzu, co żadnemu człowiekowi wykształconemu w ówczesnej Europie nie mogło robić jakiegokolwiek problemu. Poza tym przepisywany tekst traktował na ten właśnie temat!!! Kopista przepisywał złożone dane w rękopisie, a to np.: tabelę czasu wschodu Słońca w układzie 12-godzinnym, tabelki do obliczania Świąt Wielkanocnych, świąt ruchomych wg kalendarza juliańskiego i gregoriańskiego, tabele do obliczania czasu pełni księżycowej, itd. itp. – i nie mógł on przeczytać prawidłowo daty, którą pokazywały mu tarcze Orloja!? Jedno jest absolutnie pewnym – autor tej kopii nie był takim dobrym chrześcijaninem, za jakiego się zapewne podawał...

CDN.


[1] Współcześnie Czesi używają bardziej formy Honza.
[2] Zodiaku.
[3] Skorpion.

sobota, 5 listopada 2011

Jeszcze o ufokatastrofie w Czernicy

Widok z Góry Szybowcowej na Czernicę - taki widok musieli mieć piloci UFO, które spadło tam w 1938 roku (ARCOCYESOD)

W odzewie na mój artykuł o ufokatastrofie w Czernicy k./Jeleniej Góry napisał do mnie pan o pseudonimie ARCOFYESOD:

Artykuł o katastrofie w Czernicy jest bardzo ciekawy. W Jeleniej Górze Czernica jest mało komu znana chociaż leży tak blisko. Ja tam byłem pierwszy raz dopiero w tym roku. Nazwę łatwo pomylić z Czarnem, które jest dzielnicą Jeleniej Góry i nie ma nic wspólnego z tym miasteczkiem.


Fotki nie są zbyt dobrej jakości bo były robione komórką tuż przed zachodem słońca.

Świadka tych wydarzeń w Czernicy raczej się nie znajdzie ponieważ jest to ludność napływowa, która osiedliła się tam po wojnie. Jednak do Czernicy przyjeżdża sporo Niemców, którzy oglądają swoje dawne domy i robią zdjęcia. Wśród nich prawdopodobnie można by kogoś ktoś, kto coś wie na ten temat. Obecnie była by to osoba około 90 letnia.

Może za jakiś czas uda mi się dowiedzieć gdzie dokładnie było (może jeszcze jest) gospodarstwo rodziców Ewy Braun i to słynne pole.

Nie wiem czy to ma coś wspólnego z tamtym wydarzeniem ale skojarzyłem pewien fakt. Czernica znajduje się tuż poniżej niewielkiego lotniska na Górze Szybowcowej/Schieferberg. 1938 rok to czas szczytowej formy słynnej niemieckiej pilotki oblatywacza H. Reitsch, która wychowała się na tym lotnisku i mieszkała w Jeleniej Górze. Jeśli w tamtym czasie coś działo się na lotniskach w Jeleniej to ona musiała o tym wiedzieć, najprawdopodobniej również brać w tym udział. W 1938 roku była oblatywaczem najnowszych maszyn Luftwaffe. Znała również osobiście Hitlera i była z nim w bardzo dobrych stosunkach.


Historie o pojeździe napędzanym energia czarnego słońca uważam za bardzo mało prawdopodobna. Prędzej  była to jedna z maszyn testowanych przez Luftwaffe. Z drugiej strony nie można czegoś takiego wykluczyć.

W Towarzystwach Vril/Thule istotną rolę odgrywały kobiety Marija Orsic, Helena Blavatska kto wie czy w ich plany nie była wtajemniczona również Hanne Reitsch.

Jeżeli idzie o mnie, to byłem tylko raz w tamtych okolicach, kiedy w lecie 1993 roku zbierałem informacje do naszej książki „Wunderland…” właśnie z tego terenu z tym, że nasze zainteresowania koncentrowały się na Karkonoszach i Izerach, gdzie byłem także w zimie 1990/91. Niestety, nie dowiedziałem się niczego od ludzi o latających spodkach, natomiast wiele opowiadano mi o rudach uranu i toru, których Niemcy i Rosjanie poszukiwali na terenie całego południowego Dolnego Śląska.

Energia Czarnego Słońca – czyli w tym przypadku antymateria – raczej nie mogła być wykorzystana do pędzenia nią statków Vril czy Haunebu. Nie sądzę bowiem – i tutaj zgadzam się z ARCOFYESOD’em – że Niemcom nie udało się opanować przemysłowego wytwarzania antymaterii. Z drugiej jednak strony musieliby oni także opanować otrzymywanie energii elektrycznej z promieniowania gamma (γ) – powstającego w procesie anihilacji materii i antymaterii zgodnie ze wzorem:

e- + e+ => E (2γ)

- co jeszcze dzisiaj stanowi problem, bowiem stanowi on odwrotność tego procesu wedle formuły:

2γ => e- + e+

- i chodzi tutaj już o zastosowanie przemysłowe obu tych procesów! No chyba że zastosowano zupełnie inne zjawisko fizyczne, które jest nieznane szerokiej publiczności, a co stanowi przedmiot badań we wszystkich liczących się krajach. 

W tym okresie dowiedziałem się także o pociskach V-2, które Polacy zatrudnieni przy budowie kompleksu „Osówka” w „Der Riese” w Górach Sowich widzieli na lorach stojących na bocznicy w Głuszycy Górnej/Oberwüstegisdorf. Było to w roku 1944. Najprawdopodobniej pociski te były odpalane w kierunku Wielkopolski i kilka z nich trafiło w okolice Kalisza, co widzieli miejscowi Polacy, a o czym pisał swego czasu Bronisław Rzepecki, a także w okolice Olesna, gdzie znajduje się jeszcze krater wybity eksplozją pocisku V-2. O obu tych przypadkach jeszcze tutaj napiszę. 

O kpt. pil. Hannie Reitsch krążą legendy, i według jednej z nich miała ona być widziana w dniu 14 lipca 1943 roku przez francuskiego więźnia – niejakiego S. Theau – w pojeździe podobnym do klasycznego Latającego Spodka w okolicach Gdyni – Babich Dołów (ówczesnego Gotenhafen-Hexelground). Przypadek ten opisaliśmy w „Wunderlandzie…”.

Inna legenda głosi, że to właśnie ona wywiozła Adolfa Hitlera z płonącego Berlina pod koniec kwietnia 1945 roku niewielkim samolotem najpierw do Hamburga, a stamtąd do Trondheim czy Bergen, gdzie znajdowała się baza U-bootów, skąd z kolei Führer został przewieziony do „Biberdamm” na Ziemi Peary’ego na Grenlandii lub Neuschwabenlandu na Antarktydzie, albo wreszcie do Festung Anden w Ameryce Południowej (Argentyna, Chile, Paragwaj czy Urugwaj), gdzie pod opieką tamtejszych służb dożył spokojnie swej naturalnej śmierci na początku lat 60. XX wieku.

Niedawno któryś z kanałów TV Discovery pokazał film na temat hitlerowskich UFO. Oglądając go doszedłem do wniosku, że cała ta sprawa jest nadzwyczaj dziwna z jednego punktu widzenia. Otóż w 1946 roku na Antarktydę został wysłany adm. Byrd z ekipą, która miała za zadanie dokonać badań naukowych na Szóstym Kontynencie. To stało się potem podstawą do powołania do życia Międzynarodowego Roku Geofizycznego. Mówi się, że na Antarktydzie, w Nowej Szwabii doszło do starcia Amerykanów z osiedlonymi tam hitlerowcami. No, a potem nad Ameryką Południową i Północną pokazały się Latające Talerze… Mówi się, że naziści zamieszkujący południowy kąt Ameryki Południowej zbudowali wreszcie Latające Talerze, które latały nad całym światem. I fajnie, tylko niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego pozwalał na to rząd USA? Dlaczego nie wywarł presji na rządy Argentyny, Chile, Paragwaju i Urugwaju, by wykurzyły ze swych terytoriów nazistowskich zbrodniarzy? Zbrodniarzy, wojskowych i naukowców?

Wszystko staje się zrozumiałe, jeśli przyjmiemy, że… doszło do swoistego paktu pomiędzy hitlerowcami a rządem USA: my wam damy święty spokój – a wy nam wasze technologie. I dlatego nigdy nie doszło do interwencji w tej sprawie! Dlaczego? – to oczywiste: trwała Zimna Wojna i każdy punkt przewagi nad ZSRR i UW był dla Zachodu bezcenny. Dlatego też poszukiwano hitlerowskich zbrodniarzy wojennych i modlono się, by ich nie znaleźć. Tylko Eichmann miał pecha, bo złapali go Izraelczycy, ale już taki Mengele był naukowcem zajmującym się genetyką i eugeniką, więc był Zachodowi bardzo potrzebny… Eichmann był brutalnym mordercą o mentalności ćwoka, ale Mengele był mordercą o umyśle naukowca, więc był potrzebny w zimnowojennej rozgrywce. I wielu innych naukowców i innych ekspertów od techniki wojennej. I nie tylko. A że to niemoralne? – no bez przesady – Ameryka zawsze mówiła jedno, a robiła drugie. Zawsze mówiła o wolności i demokracji, a zarazem wprowadzała ją bombami i napalmem wmawiając swoim obywatelom i całej Ludzkości, że koreańscy czy wietnamscy chłopi stanowią tak straszliwe zagrożenie dla tzw. „wolnego” świata, że trzeba ich eksteminować wszelkimi możliwymi sposobami. Dlatego też uważam taki pakt za całkiem możliwy i jego istnienie doskonale tłumaczy dziwne zachowanie rządu USA i amerykańskich służb. Nie mówiąc już o tym, że wielu nazistowskich uczonych pracowało w USA nad rozwijaniem potęgi wojskowej tego supermocarstwa, że wspomnę choćby dr von Brauna…      

Ostatnio doniesiono z Gór Sowich, że odkryto tam kolejne kompleksy podziemnych hal i korytarzy, a zatem być może zostaną znalezione także ukryte dokumenty i prototypy tych pojazdów, o których mowa w artykule. Czekamy zatem na następne wieści z tego terenu.