Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa kosmiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa kosmiczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2022

Fiasko misji „Mars-96”

 

Lądownik Mars-96 - jak widać w swej budowie był bardzo podobny do lądowników typu Łuna, które z powodzeniem osiadły na Księżycu...

Jedną z najbardziej widowiskowych porażek rosyjskich misji kosmicznych był nieudany lot sondy Mars-96 w 1996 roku. Wikipedia tak podaje na ten temat:

16 listopada 1996 roku sondę Mars 96 wystrzelono w kosmos. Sonda miała wejść na orbitę wokół Marsa we wrześniu 1997 roku. Jej głównym celem było fotografowanie planety zarówno z orbity, jak i z powierzchni. Jednak po starcie nastąpiła awaria (nie włączył się ostatni stopień rakiety) i sonda Mars 96 rozbiła się 17 listopada w nieznanym miejscu na obszarze o długości 320 km i szerokości 80 km obejmującym zarówno fragment Oceanu Spokojnego, jak również terytorium Chile i Boliwii. Na jej pokładzie znajdowała się aparatura wartości 200 milionów dolarów, będąca rezultatem wielu lat pracy naukowców i inżynierów z dwudziestu krajów.

 

I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie ten właśnie passus, że „sonda rozbiła się w nieznanym miejscu w rejonie Pacyfiku oraz pograniczu Chile i Boliwii”. Oczywiście podniósł się niesłychany rwetes, bowiem Amerykanie oskarżyli Rosjan o to, że na pokładzie sondy znajdować się miało ogniwo elektryczne zawierające radioaktywny i toksyczny pluton-238. A tak widzi to Roger Bourke z Mars Exploration Directorate:

 

Długo oczekiwana misja Mars-96 zakończyła się tragicznym niepowodzeniem wkrótce po wystrzeleniu w nocy 16 listopada 1996 roku. Zakres Mars-96 nie został powszechnie doceniony. Misja ta, ważąca 6,7 tony metrycznej, była najcięższą i prawdopodobnie najbardziej ambitną misją planetarną, jaką kiedykolwiek rozpoczęto w jakimkolwiek kraju. Była to ostatnia z długiej serii rozczarowujących sowieckich, a teraz rosyjskich prób dotarcia na Marsa, datowanych na rok 1960. Połączony statek kosmiczny składał się z orbitera (z ponad 20 instrumentami naukowymi), dwóch lądowników (każdy z siedmioma instrumentami) i dwóch penetratorów (po 10 narzędzi każdy). Strata nie ograniczała się do Rosji. Kilka krajów europejskich miało na pokładzie ważne instrumenty naukowe, w tym bardzo wysokiej jakości niemieckie kamery i francuski spektrometr obrazujący. Same Niemcy, Francja i Finlandia wydały na tę misję ponad 200 milionów dolarów, co jest ogromną sumą w stosunku do wielkości ich budżetów kosmicznych. Stany Zjednoczone też miały swój udział: Mars Oxidant Experiment (MOx) miał zostać dostarczony na powierzchnię Marsa przez dwa lądowniki, zwane „małymi stacjami”. Ale światowa społeczność zajmująca się naukami o kosmosie była największym przegranym. Mars-96 posiadał unikalne oprzyrządowanie, które prawdopodobnie nie zostanie powtórzone w najbliższej przyszłości. Nigdy się nie dowiemy, czego nie nauczyliśmy się z Marsa-96.

Co się stało? Mars-96 został wystrzelony niezawodną rakietą nośną Proton z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie o godzinie 23:49 MSK, dokładnie zgodnie z planem. Obecnych było wielu zagranicznych obserwatorów, w tym kilku Amerykanów. Najwyraźniej start przebiegał normalnie przez pierwsze odpalenie IV stopnia, wprowadzając połączony stopień i statek kosmiczny na orbitę parkingową. Drugie odpalenie czwartego etapu, zaprogramowane na kilka minut, miało nastąpić nad Zatoką Gwinejską, na południowy zachód od Afryki. Z wciąż nieznanych przyczyn drugie odpalenie zakończyło się już po 4 sekundach. Statek kosmiczny oddzielił się od rakiety nośnej i zgodnie z zaprogramowaniem uruchomił własny silnik; miało to zapewnić Marsowi ostateczne kopnięcie. Ale ponieważ IV stopień pozostawił statek kosmiczny na niskiej orbicie parkingowej i w nieoczekiwanej orientacji, ostateczne odpalenie spowodowało jedynie wyższe apogeum i perygeum w górnej atmosferze na wysokości 70 km. Po trzech orbitach statek kosmiczny uderzył w pobliżu wybrzeża Chile, na morzu lub w Chile lub Boliwii. IV stopień spadł 17 listopada na Pacyfiku w pobliżu Wyspy Wielkanocnej.

 

Konfiguracja lotu Mars-96

 

Nieprecyzyjne dane na temat tego, co się stało, doprowadziły do ​​wielkiego zamieszania. Żadne statki śledzące nie zostały wysłane na południowy Atlantyk, więc odpalenia ostatniego IV stopnia nie zaobserwowano bezpośrednio. Statek kosmiczny znalazł się w polu widzenia rosyjskiej stacji śledzącej go w Eupatorii na Krymie i odebrano część danych telemetrycznych. Po wykryciu pewnych anomalii Rosja zwróciła się o pomoc do Dowództwa Kosmicznego USA, aby lepiej zrozumieć status swojej misji. Ponieważ na pokładzie małych stacji i penetratorów znajdowała się niewielka ilość plutonu, istniały pewne obawy co do tego, gdzie statek kosmiczny może wylądować. Dowództwo Kosmiczne śledziło zużyty IV stopień, myśląc, że był to statek kosmiczny lub połączony statek kosmiczny i stopień, i przewidział punkt uderzenia na półkuli południowej, prawdopodobnie w Australii. Ta błędna prognoza została przekazana Radzie Bezpieczeństwa Narodowego (NSC), która zaalarmowała Prezydenta na Hawajach. Prezydent Clinton, na mocy alarmu NSC, zadzwonił do premiera Australii, aby ostrzec go, że statek kosmiczny Mars-96 może spaść w jego kraju. Właściwie statek kosmiczny już spadł. Rosja przewidziała punkt i czas uderzenia na wschodnim Pacyfiku i ogłosiła je następnego ranka po starcie. Po fakcie kierownictwo Space Command potwierdziło wcześniejsze rosyjskie zapowiedzi. Było kilka obserwacji zjawisk na niebie w Chile i niepotwierdzonych doniesień o obiektach na ziemi, ale jak dotąd ostateczne miejsce spoczynku Marsa-96 jest nadal nieznane.

Co się potem dzieje? Jak wspomniano powyżej, Europa pokładała prawie wszystkie nadzieje związane z Marsem na Marsie-96. Wcześniej w tym roku Europejska Agencja Kosmiczna postanowiła nie realizować misji lądowania w ramach programu 2003, InterMarsNet; stąd była to ostatnia znacząca okazja dla europejskiej nauki na Marsie. Porażka wyklucza Europę z gry o Marsa do następnej okazji (2005). Podobnie w Rosji nie zatwierdza się żadnych innych misji planetarnych. Następnym przedsięwzięciem w dziedzinie nauki o kosmosie jest zaprogramowana seria misji astrofizycznych Spektr. Rosja mówi o skromniejszym programie marsjańskim, opartym na statku  Mołnia, podobnej w swojej klasie do amerykańskiej Delty. Na stole znajduje się wstępny plan Mars Together 2001, w którym Rosja wystrzeli łazik Marsochod na Mołni, a Stany Zjednoczone zapewnią ścieżkę powrotu danych za pośrednictwem orbitera. Jak dotąd Rosja nie odpowiedziała na tę propozycję.

Rosja ma kilka ważnych pytań: czy w ogóle będą kontynuować eksplorację planet? Jeśli tak to jak? Czy zrezygnują z Marsa, będącego celem zainteresowania od prawie 40 lat?

Doświadczenie Mars-96 zawiera pewne lekcje dla wszystkich. Kiedy w jednym koszyku jest wiele jajek, wiele jajek może się stłuc. To powinno wzmocnić determinację, by podzielić nasze zakłady i pozostać przy strategii Mars Surveyor obejmującej kilka mniejszych misji, po dwa starty na okazję. Spadło zaufanie do Rosji. Wielu szukało Marsa-96, aby zwiększyć pewność siebie; miało to odwrotny skutek. Przyczyną problemu są rosyjskie trudności w wypełnianiu zobowiązań wobec Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Śledzenie zasięgu podczas krytycznych zdarzeń może być bardzo ważne, nawet jeśli są to zdarzenia rutynowe. Pewne planowanie awaryjne przed podjęciem ryzykownego kroku jest lepsze niż brak planowania awaryjnego. Nikt związany z Marsem-96 nie był przygotowany na niepowodzenie startu i nikt nie wiedział, co robić, kiedy to nastąpi. Eksploracja kosmosu to ryzykowny biznes, o którym zbyt często nam się przypomina.

 

Katastrofa misji Mars-96

I jeszcze głos z Chile, clou całego zagadnienia:

 

Na północy Chile znajdowałby się pluton rosyjskiego pojazdu kosmicznego MARS-96.

Statek kosmiczny MARS-96 zdeorbitował i rozpadł się po wejściu w ziemską atmosferę. Problem w tym, że jako źródło energii miał 200 gramów plutonu, bardzo niebezpiecznego materiału radioaktywnego, wszystko wskazuje na to, że spadł on na niewielką północ Chile, mimo że jego szczątków nie odnaleziono.

Podczas biwakowania w północnych Andach Chilijskich John van der Brick i jego żona Katrina byli świadkami niezwykłego wydarzenia. Późną nocą zobaczyli na niebie jasny, wolno poruszający się meteoryt, przesuwający się poziomo od lewej do prawej, 10 stopni nad linią horyzontu.

- Obiekt był jaśniejszy od Syriusza i pozostawił za sobą ogon o długości 5 stopni - wspomina Van der Brick. Widział nawet, jak niektóre fragmenty się od niego odrywają. Świecący obiekt zniknął za górami za prawie minutę.

Van der Brick jest specjalistą od elektroniki w Europejskim Obserwatorium w pobliżu La Serena i było dla niego jasne, że to, co zobaczyli, nie było zwykłym meteorytem. Nie mieli wątpliwości, że odpowiada to pozostałościom jakiegoś satelity. Wydaje się, że faktycznie odpowiadały one wejściu na Ziemię rosyjskiego statku kosmicznego Mars-96. Problem polega na tym, że ten statek przewoził około 200 gramów plutonu, wysoce radioaktywnego pierwiastka dostarczającego energię. 238Pu* jest jedną z najbardziej szkodliwych znanych substancji. W niepowołanych rękach może posłużyć do stworzenia prawdziwej broni terroru.

Obecnie nikt dokładnie nie wie, gdzie ten pluton spadł. Rządy wolą myśleć, że znajduje się na dnie Pacyfiku, ale istnieje coraz więcej dowodów opartych zarówno na relacji Van der Bricka, jak i 20 innych osobach, które widziały to samo zjawisko, że spadło w Andach, między Chile a Boliwią. Niestety, wydaje się, że nikt się nim zbytnio nie interesuje.

W „New Scientist” z 6 marca 1999 r. (s. 39) cytowany jest dr Luis Barrera, dyrektor Instytutu Astronomii Uniwersytetu Katolickiego, który zbiera dowody na ten fakt. Jest zaniepokojony, ponieważ okres półtrwania plutonu-238 wynosi 87,7 lat, a wraz z upływem czasu wzrastają szanse na narażenie kogoś na jego niebezpieczne promieniowanie.

 

Co się stało?

 

Rosjanie nie zauważyli na czas, co dzieje się ze statkiem, ponieważ nie mają stacji namierzających. Z jakiegoś niejasnego powodu wszedł na orbitę eliptyczną i zaczął być przyciągany w kierunku Ziemi. To amerykańskie Centrum Monitorowania Przestrzeni Kosmicznej podniosło alarm: „pluton powraca na Ziemię”.

Następnego dnia obliczono miejsce ponownego wejścia na Ziemię i wyglądało na to, że celem będzie Australia. Alert osiągnął punkt maksymalny. Prezydent Clinton osobiście zadzwonił do premiera Australii Johna Howarda, aby powiedzieć mu, że ma ich pełne poparcie dla zainicjowania jakiejkolwiek strategii poszukiwań. Wreszcie dane wskazywały, że pojazd wpadnie do Oceanu Spokojnego, między Wyspą Wielkanocną a lądem. Dzięki temu byli bardzo spokojni.

Zaledwie dwa tygodnie później przyznano, że pojazd kosmiczny rozbiłby się w Chile. Ale tym razem ani Stany Zjednoczone, ani Rosja nie przedstawiły żadnych planów awaryjnych.

 

Ryzyko ukryte

 

Gdy tylko dane stały się znane, dr Barrera zaczął zbierać dowody, odwiedzając miejsca obserwacji i przesłuchując naocznych świadków. Dzięki tym informacjom obliczył prawdopodobną trasę obiektu, dochodząc do wniosku, że rzeczywiście eksplodował nad morzem, aby kontynuować swoją trajektorię w kierunku chilijskiego wybrzeża.

Według badań satelitarnych NASA, obiekt wszedł w ziemską atmosferę, rozbijając się na wysokości 80 kilometrów po zetknięciu z nim. Poruszając się z prędkością 7 kilometrów na sekundę, fragmenty z łatwością pokonały kolejne 200 kilometrów, ostatecznie wpadając na terytorium Chile.

Według Otto Raebe z Instytutu Technologii i Zdrowia Środowiskowego Uniwersytetu Kalifornijskiego, jeśli pojemniki z bateriami plutonowymi wytrzymają siłę uderzenia, ktoś zbliżający się do nich może odnieść obrażenia w wyniku ekspozycji na neutrony, promienie gamma lub cząstki alfa. Więcej niż kilku miejscowych, jeśli go znajdą, uwierzy, że to ręczny piecyk i zatrzyma go przy sobie. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby ją zniszczyli, szukając w środku czegoś cennego. Tak stało się już w Brazylii, kiedy cztery osoby zmarły po otwarciu jednostki radioaktywnej zawierającej 100 gramów cezu-137.

Chociaż 270 gramów plutonu nie jest w stanie wyprodukować bomby atomowej, eksperci ostrzegają, że terroryści wiedzą, jak używać go do produkcji broni konwencjonalnej, na przykład swobodnie rozrzucając jego proszek po mieście. Był powód, dla którego rząd niemiecki włożył ostatnio tyle wysiłku w konfiskatę 350 gramów plutonu, który próbowano przemycić do kraju.

A więc mamy ładunek bardzo niebezpiecznego, toksycznego i radioaktywnego, gorącego radioizotopu 238Pu* w ilości 200 g, który stwarza niebezpieczeństwo dla tego, kto go znajdzie. Na szczęście jeszcze nikt go nie znalazł, ale to nie znaczy, że tak będzie zawsze. Na dobrą sprawę jest to kolejna katastrofa nuklearna z kosmosem w tle.

Ale to nie wszystko, bowiem również do dziś dnia nie wyjaśniono, co odłączyło się od Marsa-96 i poleciało w kierunku Australii? Mówi się, że był to III stopień napędowy rakiety nośnej Proton-K. No i znowu: mówi się, ale nikt nie jest tego pewien.

A może było tak: kiedy Ufiaści zorientowali się, że Mars-96 spadnie na Ziemię z ładunkiem niebezpiecznego plutonu na pokładzie, to po prostu przechwycili go w najwyższych warstwach atmosfery, zabrali pluton i puścili pusty już wrak na Amerykę Południową tak, by nikomu nie zrobić krzywdy. A czemużby nie?  

 

Źródła:

·        Wikipedia

·        Roger Bourke of the Mars Exploration Directorate

·        „Creces Magazine”, sierpień 1999

Przełożył i opracował - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Katastrofa „Columbii” – nowe fakty



Eva Soukupová

 

Zniszczenie promu kosmicznego Columbia: czy zginęli z powodu dziwnych eksperymentów?

Dokładna przyczyna tragicznego wypadku wciąż nie jest znana. Powszechnie uważa się, że winna jest wada izolacji termicznej. Zwolennicy teorii spiskowych mówią jednak o tajnych eksperymentach, które miały odbyć się na pokładzie misji kosmicznej.


Nie mogli się doczekać ponownego spotkania z rodziną i przyjaciółmi w domu, którym z pewnością mieli wiele do opowiedzenia o swoim szesnastodniowym pobycie w kosmosie. Siedmiu astronautów, z których trzech wybiera się w kosmos po raz drugi, wystartuje 16 stycznia 2003 roku z Centrum Kosmicznego im. Kennedy'ego.

Wahadłowiec Columbia ma wrócić po południu 1 lutego. Tego dnia wielu Amerykanów wpatruje się w niebo, a przynajmniej w ekrany telewizorów, obserwując powrót misji kosmicznej na pokładzie promu kosmicznego Columbia.

Tuż przed trzecią po południu na niebie pojawia się biała smuga kondensacyjna. Większość obserwatorów nie wie, że centrum kontroli podejrzewa poważny problem z danych pochodzących z kabiny i połączenie z załogą wahadłowca zostało zerwane.

Kiedy jednak pojawiają się płomienie, a z promu zaczynają spadać płonące kawałki, wszystko staje się jasne.

Centrum Kosmiczne, świadome utraty siedmiu dzielnych astronautów, opuszcza flagi do połowy masztów, a przed kamerami pojawia się prezydent USA George Bush, który z poważną miną przyznaje:

- Columbia jest stracona, nikt nie przeżył - jednak według niektórych teorii, jakiś tajny plan liczył się z utratą życia. Czy załoga misji została zamordowana z zimną krwią?

 


Znowu ta termoizolacja!

 

Dokładna przyczyna zniszczenia Columbii wciąż nie jest do końca znana. Powszechnie akceptowana teoria głosi, że winny jest kawałek izolacji termicznej o długości około 50 cm. Kamera przymocowana do promu kosmicznego Columbia uchwyciła już, jak izolacja oddziela się od kadłuba i uderza w skrzydło podczas startu.

Naruszony płaszcz izolacyjny ujawnił się dopiero po ponownym wejściu w atmosferę, kiedy to zapalił się i ostatecznie prom się rozpadł. Załoga miała tylko 16 minut od bezpiecznego lądowania. Brzmi logicznie.

Jednak nie jest to wyjaśnienie, które mógłby zaakceptować ówczesny dyrektor programu promów kosmicznych, Ron D. Dittemore.

- To po prostu nie ma sensu, aby to zdarzenie było główną przyczyną - wścieka się, wyjaśniając, że poprzednie misje miały znacznie większe uszkodzenia podkładek izolacyjnych i nadal udało im się bezpiecznie wylądować.

Dlatego wielu zastanawia się, czy był to sabotaż. Czy prom kosmiczny mógł zostać zdalnie zdetonowany, jak twierdzą niektóre teorie spiskowe? Ale dlaczego ktoś miałby uciekać się do takiego kroku?

 

Eksperymenty specjalne

 

Uwagę zwolenników teorii spiskowych od razu zwraca sposób, w jaki władze amerykańskie podchodzą do pozbycia się szczątków. Są one rozrzucone na rozległym obszarze o długości około 500 kilometrów i szerokości 100 kilometrów.

Władze ostrzegają mieszkańców tych obszarów, że szczątki mogą zagrażać życiu. W związku z tym apelują, aby nikt nie zbliżał się do wraku Columbii i niezwłocznie powiadamiał odpowiednie władze. Mówi się, że szczątki zawierają wysoce toksyczne paliwo.

Ale inni twierdzą, że raczej ukrywają prawdziwy powód katastrofy. Składa się z eksperymentów, które zespół przeprowadził podczas dwóch tygodni na orbicie.

Oficjalnie była to seria różnych eksperymentów z mikrograwitacją. Alternatywne teorie mówią jednak, że był to raczej test broni biologicznej, przygotowujący do zbliżającej się wojny w Iraku.

Ale jedna z prób najwyraźniej nie poszła zgodnie z planem, a praca i kwatery mieszkalne Columbii zostały zaatakowane. Zamiast sprowadzić nieznaną infekcję z powrotem na Ziemię, władze postanowiły zlikwidować Columbię i jej załogę.

I żeby w oczach opinii publicznej wszystko wyglądało na przypadek. Czy to jest powód, dla którego naukowcy z NASA nie mogli ustalić dokładnej przyczyny katastrofy?

 

Moje 3 grosze

 

Ale właściwie dlaczego nie? Trudno przypuścić, by wysoce palne paliwo do silników rakietowych Columbii nie wypaliło się w czasie przelotu przez atmosferę naszej planety. Nam też się to wydawało podejrzane. Szczątki rozgrzały się do ponad 1000°C, zaś paliwo nie wypaliło się do końca. Coś tu jest nie tak.

Inaczej jest z drobnoustrojami – te mogły przeżyć upadek i wysokie temperatury – vide mikroby na ziemskich statkach kosmicznych, szczątkach rakiet, powrotnych stopniach rakiet nośnych oraz meteorytach. A zatem hipoteza o przeprowadzanych na pokładzie Columbii eksperymentach nad mikrobami w warunkach mikrograwitacji, próżni i promieniowania kosmicznego ma sens. I tylko nie wiemy, jaki był efekt tych wszystkich manipulacji?

 

Źródło - https://enigmaplus.cz/zkaza-raketoplanu-columbia-zemreli-kvuli-podivnym-experimentum/

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz

  

wtorek, 9 kwietnia 2019

Sojuz-18: zagadkowa tragedia


Start statku kosmicznego typu Sojuz

Dimitrij Sokołow


Przez wiele dziesięcioleci, ZSRR był niekwestionowanym liderem w zdobywaniu Kosmosu i badaniach przestrzeni kosmicznej. Tym niemniej w historii naszej kosmonautyki nieraz zachodziły wypadki nadzwyczajne, o których wiedzieć zwyczajnym mieszkańcom kraju było niepodobne. Szczególnie przez wiele lat pozostawały szczególnie tajne dane na temat lotu statku kosmicznego Sojuz-18, których – jak się okazało – było niewiele.


Najtrudniejszy jest pierwszy raz


Żaden kraj na świecie nie lubi afiszować się swoimi niepowodzeniami i porażkami. Związek Radziecki też nie był wyjątkiem. Do dziś dnia w przestworzach Internetu można napotkać niemało historii, opisujących pilotowane loty w Kosmos do czasów lotu J.A. Gagarina, które skończyły się niepowodzeniem.[1] Jednakże nie są to nic innego jak tylko domysły. Tym niemniej, nieoczekiwane pojawienie się informacji o wypadku nadzwyczajnym (WN) z radzieckimi statkami kosmicznymi przez długi czas były trzymane w sekrecie tylko podgrzewało wiarę w podobne historie.

Jednym z jaskrawych przykładów ukrywania WN stał się lot załogi statku kosmicznego Sojuz-18. Najbardziej interesującym jest to, że oficjalna historiografia przekonuje:

Lot ten przebiegł prawidłowo. Jego start miał miejsce 24.V.1975 roku z kosmodromu Bajkonur. Załoga składała się z Piotra Klimuka[2] i Witalija Sewastianowa i w pełni pomyślnie dobiła do OSK Salut-4, wykonała w Kosmosie nałożone na nią zadania i po dwóch miesiącach powróciła na Ziemię.

Ale to jest tylko oficjalna informacja, a prawda wygląda nieco inaczej. Rzecz w tym, że Sojuzów-18 było dwa! Piotr Klimuk i Witalij Sewastianow polecieli w Kosmos statkiem kosmicznym, którego prawdziwa nazwa brzmiała Sojuz-18b. Pierwszym był Sojuz-18a lub Sojuz 18-1, którego lot dla jego załogi o mały włos nie zakończył się tragedią.


Powtórne odkrycie Kosmosu


O pierwszym locie Sojuza-18 doskonale wiedzieli wszyscy pracownicy kosmicznego lobby, ale sama informacja przez długi czas była utajniona i mówić o niej było niebezpiecznie. Do tego utajnienie informacji o tym locie można było logicznie wytłumaczyć, gdyby lot zakończył się tragicznie i śmiercią załogi. W rzeczywistości nic takiego nie zaszło. Członkowie załogi: dowódca Wasilij Łazariew i inżynier pokładowy Oleg Makarow dokonawszy szczytów bohaterstwa, pozostali przy życiu. Poza tym sam WN przebiegł nie z ich winy, a z winy technicznego personelu przygotowującego statek kosmiczny do lotu. Najciekawsze jest to, że Witalij Łazariew uważał się nie tyle za lotnika, ale za pilota doświadczalnego różnych aparatów latających i innych urządzeń. Po ukończeniu szkoły lotniczej, młody człowiek wypróbowywał najnowsze samoloty, ale szybko przeszedł na próby unikalnych rodzajów urządzeń do wysokościowych lotów: systemów podawania tlenu, systemów przeciwprzeciążeniowych i skafandrów. Wreszcie udało mu się wykonać 28-godzinny lot na pokładzie stratostatu[3] Wołga. To właśnie z tego aparatu latającego wykonał on swój legendarny skok „ze spadochronem z Kosmosu” słynny Jewgienij Andriejew, co w tym czasie odnotowano jako najwyższy w świecie skok ze spadochronem.[4] Nie ma się więc co dziwić, że przy naborze do Oddziału Kosmonautów Wasilij Łazariew był jednym z pierwszych, którzy podali tam swe dokumenty i uczestniczył w przygotowaniach wraz z Jurijem Gagarinem i innymi pretendentami do Oddziału Kosmonautów. Tym niemniej jednak w Kosmos poleciał on dopiero jesienią 1973 roku.

Załoga Sojuza-18a: Wasilij Łazariew i Oleg Makarow

Mało tego, kosmonautom przyszło zostać pierwoodkrywcami radzieckiej kosmonautyki pilotowanej. Przez fatalny zbieg okoliczności, wskutek dehermetyzacji kabiny w czasie powrotu na Ziemię zginęła załoga Sojuza-11. Po tym WN kwestia lotów pilotowanych zawisła w powietrzu. Kiedy po dopracowaniu skafandrów i samej kabiny zdecydowano się na wystrzelenie Sojuza-12, członkami jego załogi zostali: Wasilij Łazariew i Oleg Makarow. Na szczęście lot zaczął się 27.IX.1973 roku i po dwóch dobach skończył się powodzeniem. Ale to był tylko początek tej historii.


Najkrótszy lot


Po raz wtóry zdecydowano się wyprawić Łazariewa i Makarowa na orbitę w dniu 5.IV.1975 roku, statkiem kosmicznym Sojuz-18. W czasie pierwszego naprężenia w czasie lotu Sojuzem-12, w ślad za fatalnym Sojuzem-11, w czasie tego lotu miano nadzieję, że nie wystąpiłyby jakieś niebezpieczne sytuacje i negatywne emocje. Na próżno. Los chciał, że był to najkrótszy lot w całej historii radzieckiej, pilotowanej kosmonautyki. O godzinie 11:04 ALMT Sojuz-18 jak to było zaplanowane, wzniósł się w bezchmurne niebo. Pierwszy stopień oddzielił się zgodnie z planem, jednakże w 261. sekundzie lotu doszło do awarii technicznej, która nie pozwoliła na oddzielenie się II stopnia rakiety nośnej. Statkiem kosmicznym zaczęło kołysać. O kontynuowaniu lotu nie mogło być mowy. W rezultacie zadziałała automatyka i kosmonauci nie dolatując do orbity znajdowali się już na wysokości[5], którą przyjęto nazywać kosmiczną, rozpoczęli lot powrotny na Ziemię, w kapsule modułu załogowego. Wkrótce się okazało, że opadanie jest niekontrolowane i można bez kozery powiedzieć, że kosmonauci spadali z Kosmosu na powierzchnię Ziemi. Awaria ta dość dokładnie przypominała tą z Sojuzem-11. Wtedy kosmonauci zginęli w czasie końcowej fazy lotu. Prawda, w tym czasie radzieckim kosmonautom nie groziła dehermetyzacja kabiny, ale nienormalnie wysokie przeciążenia. Doskonale wiadomo, że w czasie przygotowań kosmonautów do lotu są oni poddawani przeciążeniom do 10 g[6] w czasie których na plecach nierzadko pojawiały się mikrowylewy. W tym przypadku Wasilij Łazariew i Oleg Makarow zafundowali sobie przeciążenia rzędu 20 g, a w szczytach nawet 26 g![7] przeżycie czegoś takiego jest nadzwyczaj trudne dla ludzkiego organizmu. U kosmonautów oczy odmówiły posłuszeństwa, a nawet na chwilę zatrzymały się serca! Nastąpiło to, co nazywa się cudem. Przeżywszy swoją śmierć kosmonauci, kiedy przeciążenia ustały, przyszli do siebie.


Spadamy do Chin?


Kiedy załoganci statku kosmicznego znów mogli widzieć i mówić, to natychmiast zgłosili się do Centrum Kontroli Lotu, by podali im współrzędne miejsca, w którym wylądują. Niestety, aparatura pracowała tylko w jedną stronę. W CKL kosmonautów doskonale słyszeli, natomiast kosmonauci nie mieli łączności w drugą stronę. Nie bacząc na nic, po przeżyciu ogromnego stresu, kosmonauci powiedzieli, co myślą o pracownikach CKL i konstruktorze Walentinie Głuszko w szczególności, i to nie przebierając w słowach. Na Ziemi dziesiątki osób słyszało wypowiedziane przez Olega Makarowa słowa. Przekaz został wyłączony, kiedy Makarow zakończył swe pomstowanie. Na szczęście wiedziano mniej-więcej, gdzie powinni oni spaść. W najlepszym przypadku był to Ałtaj, w najgorszym Chiny albo Pacyfik. Samo spadanie trwało 4 minuty, a sam lot trwający 22 minuty został najkrótszym lotem w całej radzieckiej kosmonautyce. Na szczęście wszystko poszło według najlepszego scenariusza. Lądownik usiadł nieopodal Gorno-Ałtajska. I znowu miał miejsce już drugi cud, a mianowicie – według instrukcji po lądowaniu spadochron powinien być odstrzelony. Ale kosmonauci widzieli, że lądują w górzystym regionie i obawiali się, że kapsuła może stoczyć się po stoku albo wpaść w przepaść, co skończyłoby się ich niechybną śmiercią. Dlatego nie postąpili zgodnie z instrukcją i zostawili spadochron doczepiony do kapsuły. I to ich uratowało. Kiedy wyszli z lądownika, to z przerażeniem zobaczyli, że znajdował się on na skraju przepaści. Kapsuła nie wpadła do niej tylko dlatego, że spadochron zaczepił się o gałęzie drzew…

Miejsce lądowania Sojuza 18-1 na stoku góry Teremok-3

Kosmonautów ewakuowali ze zbocza góry z ogromnym trudem. Do tego pierwsza ekipa poszukiwawczo-ratownicza wpadła pod lawinę i ich samych przyszło ratować ze stoków góry o zabawnej nazwie Teremok-3. Za swe bohaterstwo kosmonauci zostali odznaczeni Orderem Lenina. Drugich Gwiazd Bohaterów Związku Radzieckiego im nie nadano, bo lot był nieudany, choć nie z winy załogi. Najdziwniejszym było to, że po całym WN, w którym omal nie postradali życia wskutek potężnych przeciążeń, obu pozostawiono w Oddziale Kosmonautów. Potem Oleg Makarow jeszcze dwukrotnie poleciał na orbitę wokółziemską. Tym niemniej, historia lotu w Kosmos Sojuza-18A przez długie lata nie podlegała rozgłaszaniu.


Źródło – „Siekrietnyje archiwy”, nr 11/2018, ss. 34-35
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                          




[1] Zob. I. Nemere – „Gagarin = kosmiczne kłamstwo?”, Bielsko-Biała 1990, a także https://www.tvp.info/36761494/ikar-leci-w-kosmos-tragiczni-poprzednicy-gagarina
[2] Tego samego, który poleciał z polskim kosmonautą gen. Mirosławem Hermaszewskim statkiem Sojuz-30 w dniach 27.VI-5.VII.1978 roku do ZO Salut 6 – Sojuz 29.
[3] Balonu stratosferycznego.
[4] Został on pobity przez Austriaka Felixa Baumgartnera z wysokości 38.969,4 m w dniu 14.X.2012 roku. Rekord ten poprawiony został przez Amerykanina Alana Eustace’a, który skoczył z wysokości 41.419 m w dniu 24.X.2012 roku
[5] Dokładnie na 192 km nad Ziemią.
[6] 1 g = 9,81 m/s², a zatem ważyli oni 10-krotnie więcej niż na Ziemi.
[7] Inne źródła podają 21,5 g.

niedziela, 2 lipca 2017

W Göbekli Tepe odnotowano kometarną katastrofę



George A. Filer III (MUFON)


Pisze Sarah Knapton: Rzeźbione antyczne kamienie potwierdzają, że kometa uderzyła w Ziemię około roku 11.000 p.n.e. To przerażające wydarzenie wymazało z jej powierzchni wełniste mamuty i zaiskrzyło powstanie cywilizacji. Ekspertka z Uniwersytetu w Edynburgu analizowała tajemnicze symbole wycięte na kamiennych filarach Göbekli Tepe w południowej Turcji, w celu dowiedzenia się, jak one się mają do kształtów gwiazdozbiorów. Znaki wskazują na to, że rój kometarnych fragmentów uderzył w Ziemię i w tym samym czasie skończyła się Epoka Lodowa dając szansę rozwoju cywilizacji. Naukowcy spekulują od dziesięcioleci, że to właśnie kometa może stać za nagłym spadkiem temperatury w czasie okresu zwanego Młodszym Dryasem. Jednakże ostatnio teoria ta wygląda na obaloną przez najnowsze datowania kraterów meteorytowych w Ameryce Północnej, gdzie jak się uważa, spadła ta kometa.


Jednakże kiedy inżynierowie przebadali płaskorzeźby zwierząt wyryte na filarze – znanym jako Kamień Sępa – w Göbekli Tepe odkryli oni, że stworzenia te są w rzeczywistości konturami gwiazdozbiorów i wizerunkami komet. Myśl ta została po raz pierwszy przedstawiona przez Grahama Hancocka w jego książce „Magicians of the Gods”.

Używając komputerowego programu do ukazania gdzie gwiazdozbiory ukazywały się na niebie Turcji tysiące lat temu, byli oni w stanie sprecyzować uderzenie komety na rok 10.950 p.n.e. – a to dokładny czas w którym zaczął się Młodszy Dryas – jak to wyliczono na podstawie danych uzyskanych z rdzeni lodowych wydobytych na Grenlandii.

Młodszy Dryas jest uważany za kluczowy punkt dla Ludzkości i jest on dokładnie zgodny z pojawieniem się rolnictwa i pierwszą cywilizacją Neolitu.

Przed impaktem, puste obszary dzikiej pszenicy i żyta pozwoliły wędrownym myśliwym na Bliskim Wschodzie posiadać podstawową i stałą bazę żywnościową. Ale trudne warunki klimatyczne, które nastąpiły po impakcie zmusiły społeczności do zebrania się i opracowania nowych sposobów uprawy zbóż poprzez sztuczne nawadnianie i selektywną hodowlę. Potem zaczęło się już regularne rolnictwo, które pozwoliło na powstanie i rozwój pierwszych miast.

Naukowcy z Edynburga powiedzieli, że ryty te mają przypominać ludności z Göbekli Tepe na tysiąclecia, że katastrofa i w jej następstwie chłodny klimat miało kiedyś miejsce.

Dr Martin Sweatman z Wyższej Szkoły Inżynierii Uniwersytetu w Edynburgu, który prowadził te badania powiedział:

Sądzę, że te badania, zgodne z ostatnimi odkryciami anomalnego rozprzestrzenienia się platyny w Ameryce Północnej definitywnie kończą sprawę kometarnego impaktu w Młodszym Dryasie.[1] Nasze prace pomagają nam odzyskać fizyczne dowody. To, co się teraz dzieje jest procesem zmiany paradygmatu. Wygląda na to, że kompleks w Göbekli Tepe jest przede wszystkim obserwatorium do monitorowania nocnego nieba. Jeden z jego filarów wygląda na to, że służył do upamiętnienia tego dewastującego wydarzenia – być może najgorszego dnia w historii id czasu końca Epoki Lodowej. Jak się uważa, Göbekli Tepe jest najstarszym kompleksem świątynnym, który datowany jest na 9000 lat p.n.e. Uczeni uważają, że mamy do czynienia z zapisem jakiegoś kataklizmu, a późniejsze wyobrażenia bezgłowych postaci ludzkich mogą wskazywać na katastrofę humanitarną i masową śmierć istot ludzkich.

Symbole na filarach także wskazują na długoterminowe zmiany konfiguracji osi ziemskiej, które zostały zapisane przy pomocy wczesnych form zapisu, i że Göbekli Tepe było obserwatorium meteorów i komet. Znaleziska także wspierają teorię, że Ziemia przeżyła okres zbombardowania jej przez kometę oraz to, że jej orbita przecięła się z orbitującymi resztkami tejże komety.  
    
Ale pomimo starego wieku tych filarów, dr Sweatman nie wierzy w to, że są to najstarsze przykłady astronomicznych i archeologicznych zapisów:
Wiele paleolitycznych jaskiniowych petroglifów i artefaktów z podobną zwierzęcą symboliką i innymi powtarzającymi się symbolami sugerują bardzo dawną astronomię. (Rezultaty badań opublikowano w „Mediterraean Archeology and Archaeometry”)

Nowe badania przyniosły dowody na to, że kometa, meteor lub obiekt o niskiej gęstości poleciał w stronę Ziemi, eksplodował w górnych warstwach atmosfery i puścił niszczący potok pyłu, szczątków i gazów, który wymazał z powierzchni naszej planety wielkie zwierzęta ziemskiej megafauny, ich środowisko i istoty ludzkie z tego okresu.

Detonacja albo usmażyła ich, albo po prostu zmiażdżyła falami uderzeniowymi. Była to mini zima poatomowa – powiedział prof. dr geologii Ted Bunch z NAU, Rapid City, SD – były naukowiec z NASA, który specjalizował się w kraterach impaktowych (astroblemach).


Obecność około 500.000 eliptycznych kraterów o średnicach od kilkudziesięciu metrów do 11 km, znajdujących się na całym wschodnim wybrzeżu USA – od New Jersey do Miami, FL, – są wyraźną wskazówką. Kometa, która wtargnęła w ziemską atmosferę z kierunku NW znad Alaski i rozpadła się na miliony fragmentów a potem eksplodowała nad powierzchnią ziemi, o wiele bardziej efektownie niż mała kometa, która spowodowała Katastrofę Tunguską na Syberii w czerwcu 1908 roku. Czy jest to przypadkiem, że ponad 2.000.000 dużych dziur powstało w ziemi, a wszystkie w tym samym czasie – około 12.000 lat temu w czasie zmiany biegunów magnetycznych?[2]

Prof. Alexander Tollmann z Instytutu Geologii Uniwersytetu Wiedeńskiego porównał wiele mitów o wielkiej powodzi, które odnotowało wiele antycznych i prehistorycznych cywilizacji z dowodami geologicznymi upadku komety w tym samym czasie. Wyspy i jaskinie są wypełnione starymi kośćmi wskazującymi na wielką katastrofę w odległej Przeszłości.[3] (Dzięki „Telegraph”)


Opinie z KKK


Uszanowanie! Całkowicie się zgadzam z teorią dot. komety sprzed 12,900 lat. Mam nawet jej szczątki znalezione w miąższu moreny dennej na Mazurach, uznane przez prof. Asish R. Basu z Uniwersytetu Rochester ...a zupełnie wyśmiane (ze mną razem) przez naszych naukowców. Prof. Basu badał moją próbkę i analogiczne fragmenty znalezione na terenie USA i Kanady. Tu trochę o tym pisałem   https://get.google.com/albumarchive/111365024773128475562/album/AF1QipMGVZ8GdgmcWzfPNe5QYpqMjKAwLaKERtovw-wX
Pozdrawiam – Avicenna

Powyższy fragment kłóci się z teorią, że ostatnie przebiegunowanie miało miejsce ponad 600 000 lat temu.
Czy jest to przypadkiem, że ponad 2.000.000 dużych dziur powstało w ziemi, a wszystkie w tym samym czasie – około 12.000 lat temu w czasie zmiany biegunów magnetycznych?
Powyższy fragment kłóci się z teorią, że ostatnie przebiegunowanie miało miejsce ponad 786.000 lat temu - http://losyziemi.pl/wedlug-najnowszych-badan-ostatnie-przebiegunowanie-ziemi-wystapilo-786-tysiecy-lat-temu-a-proces-trwal-okolo-wieku.  Smok Ogniotrwały

Według „Encyklopedii Fizyki”, w ciągu ostatnich 4,5 MA na Ziemi miały miejsce 22 epizody przebiegunowań. I jak widać, nic się nie stało, życie na Ziemi istnieje jak istniało. Wydaje mi się, że przebiegunowania są przereklamowane i żerują na tym różne żądne sensacji ½-mózgi w rodzaju Geryla i jemu podobnych. Poza tym nie było żadnego przebiegunowania 12.000 lat temu, więc autor pozwolił sobie na ściemę. Jak wynika z załączonego wykresu, od 0,78 MA mamy konfigurację biegunów magnetycznych N-S i być może wkrótce zmieni się ona na S-N, ale kiedy to będzie – nie wiadomo…  Pozdrawiam – Daniel Laskowski




Przekład z angielskiego – ©Robert K. F. Leśniakiewicz   




[2] Polecam Czytelnikowi monumentalną monografię prof. Ludwika Zajdlera – „Atlantyda”, w której dokładnie są omówione hipotezy meteorytowe dotyczące m.in. katastrofy Atlantydy i megafauny.
[3] Zob. Alexander & Edith Tollmannowie – „A jednak był potop”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999.