Powered By Blogger

wtorek, 7 sierpnia 2018

Czy Jezus Chrystus był… Kosmitą?




Igor Nikitin


W rzeczy samej, trudno nazwać ten punkt widzenia sensacyjnym. Pogląd, że Zbawiciel w rzeczywistości przybył  do nas z innej planety pojawił się już bardzo dawno. Tak więc czy Watykan ukrywa niewygodną prawdę?


Nowa religia


Według poglądów ateistów Boga nie ma. Wierzący – rzecz jasna – uważają inaczej. Ci, którzy usiłują się zorientować w tym niełatwym temacie, poszukują kompromisu i nierzadko w ich wystąpieniach pojawiają się takie argumenty, które ani ateistom, ani głęboko wierzącym ludziom się nawet nie śniły. Jeden z takich właśnie kompromisów wygląda następująco: tak, Jezus rzeczywiście istniał w rzeczy samej, ale nie był człowiekiem w naszym tego słowa pojmowaniu. I oczywiście nie ma on żadnego odniesienia do jakichś tam mistycznych sił wyższych. Po prostu dlatego, że Jezus był Gościem z Innej Planety!

Najbardziej ortodoksyjni ufolodzy chcą na podstawie tej teorii stworzyć swoistą nową religię. Ale my nie będziemy się im przypodobywać, a tylko spokojnie, bez fanatyzmu, rozpatrzyć te argumenty, które są mogłyby potwierdzić pozaplanetarne pochodzenie Jezusa. Szkoda, ze tylko mogłyby, bowiem dowodów wprost, jak nam wiadomo, nie było i nie ma.


Cuda – nauka Przyszłości


Tak więc zaczniemy od Gwiazdy Betlejemskiej – zagadkowego światła, które zgodnie z Ewangeliami Magowie widzieli nad horyzontem dwa razy – pierwszy raz na Wschodzie, a po raz drugi bezpośrednio nad domem, w którym znajdowało się Dzieciątko Jezus, ze swą Matką – Maryją Dziewicą. Zatem można sensownie założyć, że ta Gwiazda (która już nigdy potem nie pojawiła się na ziemskim nieboskłonie) była niczym innym jak statkiem kosmicznym, którym przybył na Ziemię sam Zbawiciel.

I dalej. Wiele cudów takich jak wskrzeszanie zmarłych, zamiana wody w wino, wyleczenie trędowatych, itd. – można właściwie wszystko to objaśnić możliwościami wyższej cywilizacji. Dlatego też Jezus nie wskrzeszał wszystkich jak leciało. On przywrócił do życia tylko dwoje młodych ludzi: chłopca z Nain [Łk 7,11-17] i dziewczynkę, córkę Jaira [Łk 8,40-56] oraz jednego staruszka – Łazarza [J 11,1-44], którzy w tym czasie najprawdopodobniej przebywali w stanie śmierci klinicznej. Mówiąc krótko, apostołowie Piotr i Paweł mogli jednokrotnie powtórzyć cud wskrzeszenia, tzn. mogli umiejętnie posłużyć się otrzymanymi naukami.

Co się zaś tyczy Drugiego Przybycia (względnie Powrotu), to być może że pod tym terminem należy rozumieć albo konkretny Kontakt z Nimi, albo kolonizacja naszej planety po tym, jak dojdziemy do wyższego etapu rozwoju. Okrutna kaźń pierwszego przedstawiciela Innej Cywilizacji pokazała, że wtedy było jeszcze za wcześnie na kontakt z Ludzkością. Chociaż mówiąc otwarcie, jeżeli Obcy widzą, co się wyrabia na naszym świecie, Oni na pewne odłożą Kontakt z nami na kilka tysięcy lat…


Moje 3 grosze


Rzadko poruszam tematykę religijną w kontekście ufologii, bo poruszam się po bardzo śliskim i niebezpiecznym gruncie, szlakiem, który może wieść na nieliche manowce. 

Czytając ten i podobny materiały zawsze zadaję pytanie: czy aby na pewno Oni – ci Obcy – przybywają do nas z Kosmosu? Biblia podaje odpowiedź, że te mityczne istoty są pochodzenia czysto ziemskiego i poza Bogiem – niewiele mają wspólnego z Kosmosem. To już bardziej wiarygodnym jest Ich ziemskie pochodzenie – chociażby z innego wymiaru Czasu. Zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2018/05/gwiazda-betlejemska.html. Chodzi o to, że hipoteza o Obcych/Ludziach Spoza Czasu tłumaczy wszystkie znane fakty i na dodatek wyjaśnia, dlaczego Oni to robią. Narodzenie Jezusa jest tylko jednym z wielu zwrotnych punktów historii - ZPH, w którym została zmieniona Rzeczywistość naszej planety. Zmiany te wprowadzone są po to, by historia Ludzkości (czy nawet całej naszej planety) toczyła się w określony sposób, wedle określonego programu. Wyjaśniłem to dokładnie w książce „UFO i Czas” (Tolkmicko 2011). 

Każda taka zmiana, nawet drastyczna (jak np. wojny czy katastrofy „naturalne”) wiedzie nas w kierunku rozwoju kolejnego etapu rozwoju. Taką właśnie koncepcję „pionowego postępu” opisywał tandem autorski Strugaccy Bros. w swych powieściach, w których realizowali ją progresorzy – agenci rozwiniętego technologicznie społeczeństwa Ziemi wprowadzeni w zacofane społeczeństwa galaktyczne. Okazuje się przy tym, że bardziej rozwinięte społeczeństwa galaktyczne umieszczają swoich progresorów także i u nas. Czy ci progresorzy są jedynie ludźmi? – oto jest pytanie! Przewrotne, ale daje do myślenia…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 5/2018, s. 3
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 5 sierpnia 2018

Smok Gorynycz i jego przodkowie




Igor Biełostockij


Wedle jednej z wersji, słowo „Gorynycz” powstało ze słowa „podgórny” (podgornyj), tj. „mieszkający pod górą” w jaskini. Według innej wersji, nazwano go Gorynyczem dlatego, że on „spala” (gorit) – próbuje zabić swego przeciwnika przy pomocy ognia.

Legendy o ogniomiotnych smokach istnieją we wszystkich narodach. W słowiańskim[1] folklorze jest on znany pod nazwą Smok Gorynycz. I oto powstaje pytanie: kto czy co jest prototypem tego potwornego smoka[2]?


Jaszczury – praszczury?


Próbowano powiązać obraz potwora z trąbą powietrzną – tornado. Rzeczywiście – wężokształtna forma trąby powietrznej i wielkie zniszczenia jakie ona ze sobą przynosi, automatycznie rodzi skojarzenie z obrazem Smoka Gorynycza. Jednakże tornado w odróżnieniu od Smoka Gorynycza nie pluje płomieniami.[3]

A być może, że protoplastą smoka mógł być meteoryt, który werżnął się w naszą Ziemię? A przecież nie wszystkie meteoryty spalają się w ziemskiej atmosferze: niektóre z nich swymi ognistymi jęzorami atakują Ziemię. A taki taran naszej planety powoduje potężny wybuch. W naszym wieku takie wydarzenie miało miejsce w dniu 15.II.2013 roku w Obwodzie Czelabińskim.

Ale bolidy to są zjawiska rzadkie tak jak ludzie, którzy przeżyli spotkanie twarzą w twarz z tornado. Tak więc ta wersja jest niewiele prawdopodobna.

Istnieje domniemanie, że w obrazie Smoka Gorynycza jest utrwalony kontakt naszych przodków Rusinów z nieznanymi gośćmi, którzy byli już to ordyńcami, już to Przybyszami z Kosmosu. Rozpatrzymy oba warianty tej wersji.

Zorganizowane wojsko koczowników w czasie marszu przypominało wielogłową żmiję pożerającą wszystko i wszystkich na trasie swego marszu. Przecież Tatarzy mongolscy napadając na innych nie szli bezładną masą, ale zdyscyplinowanymi jednostkami bojowymi: dziesiątkami, sotniami, tysiącami. Podobnie jak mityczny Smok Gorynycz ordyńcy miotali ogniste pociski, pożerali ludzi i bydło.

Ta hipoteza, która jest hipotezą kanoniczną, to ma jednak cały szereg wad. Po pierwsze – obraz wielogłowego, ziejącego ogniem smoka istnieje w folklorze narodów nigdy nie najechanych przez Tatarów mongolskich. (Przykład Smoka Gorynycza wielki psychiatra Carl Gustav Jung odniósł do archetypów – elementów kolektywnej nieświadomości wspólnej dla całego rodu ludzkiego). Po wtóre – cudowne opowiadania o Smokach Gorynyczach pojawiły się u przodków Rusinów na wiele wcześniej przed wtargnięciem Mongołów. Znany radziecki uczony-folklorysta Władimir Propp dowiódł tego, że u Słowian bajki o ognistych smokach były utworzone od momentu przejścia ich z łowiecko-zbierackiego do koczowniczego trybu życia, kiedy tylko zaczęła się uprawa ziemi.

Co zaś się tyczy Smoków Gorynyczów, to Propp w swej książce „Historyczne korzenie bajek” tak pisze:
Są to obrazy, które do nie odnoszą się do jakichkolwiek realnych wydarzeń.

Ale stronnicy paleokontaktów są przekonani, że prototypem Smoka Gorynycza stały się pojazdy Kosmitów. Tą wersję przedłożył i udowadniał geolog i mineralog Rostisław Furduj  w swej książce „Piękno tajemnicy – 2”. W rozdziale poświęconym Smokowi Gorynyczowi pt. „Bój na Kalinowym Moście”, Furduj pisze, że żyjące onegdaj na Ziemi gigantyczne gady, doskonale znane paleontologom, miały główne cechy Smoka Gorynycza – możliwość plucia ogniem. I cóż z tego, że tutaj Furduj się myli…


Ogniomiotni wegetarianie Mezozoiku


Dinozaury dzieliły się na drapieżniki i roślinożerców. Paprotniki, iglaste araukarie i inne drzewa iglaste rosły obok siebie. Do tego kształt jamy gębowej i zębów roślinożernych dinozaurów niedwuznacznie sugeruje, że żucie tego pokarmu nie było na ich siły i co za tym idzie – połykały go nie przeżute, jak dzisiaj robią to krowy. Tak więc w żołądkach i jelitach dinozaurów tak jak u krów zamieszkiwały mikroorganizmy, które obrabiały połknięty pokarm.[4] A te mikroorganizmy nie tylko pomagają trawić paszę, ale wytwarzają także gaz cieplarniany – metan – CH4. To, że dinozaury trawiły wydzielając ten gaz do atmosfery, to udowodniony fakt. Nawiasem mówiąc, dzisiaj większość metanu, który jest głównym gazem cieplarnianym podgrzewającym naszą atmosferę[5] – nie wytwarzają nasze obiekty przemysłowe, ale krowy. Tak właśnie twierdzą specjaliści z FAO – organizacja ds. rolnictwa i wyżywienia ONZ.

Do tego wszystkiego, wydobywający się z dinozaurów gaz metan nierzadko ulegał samozapłonowi, np. wskutek wyładowań elektrycznych w atmosferze.[6] Takie wyładowania obserwuje się w czasie burzy – już to jako normalne błyskawice, już to jako ciche wyładowania, czyli tzw. „ognie św. Elma”. Występują one po osiągnięciu pewnej wartości krytycznej pola elektrycznego atmosfery. To napięcie w naszych czasach jest całkiem duże i wynosi 15 kV/cm, ale w epoce dinozaurów było ono całkiem nieduże; innymi czynnikami w tym czasie były: temperatura, ciśnienie atmosferyczne i zawartość tlenu w powietrzu. Tak więc na długich szyjach ówczesnych diplodoków i brontozaurów[7] w tym czasie miały miejsce koronalne wyładowania elektryczne, od których zapalał się wydzielany przez nie metan. Postronnemu obserwatorowi wydawałoby się, że te gigantyczne jaszczury ziały ogniem.[8] 

A co do płomieni – to rzecz niebezpieczna, ale otwory nosowe brontozaurów i diplodoków znajdowały się w najwyższym miejscu głowy. I właśnie ta osobliwość zrodziła zadziwiającą acz błędną teorię, że diplodoki i brontozaury żywiły się roślinami wodnymi. Ale dzisiaj już dokładnie ustalono, że te dinozaury żywiły się na lądzie. I jedynym wyjaśnieniem tego, że ich nozdrza były tak wysoko jest właśnie bezpieczeństwo przy wydychaniu tego łatwopalnego gazu.[9]

Być może, brontozaury i diplodoki nie były jedynymi ogniomiotnymi smokami. W każdym żywym organizmie przebiegają nieustanne procesy elektryczne i na pewno niektóre dinozaury były dyszące płomieniami.

Czy nasi przodkowie mogli spotkać się z niosącymi ognistą śmierć wielkimi jaszczurami, które pojawiły się miliony lat temu na naszej planecie? Odpowiedź uczonych brzmi kategorycznie – NIE! Przecież wszyscy uczeni podzielają koncepcję, że dinozaury wymarły na jakieś 60 MA przed pojawieniem się na naszej planecie pierwoprzodka człowieka, kimkolwiek by on nie był. Zgodnie z tą wersją stworzoną w XIX wieku, kiedy to powstała paleontologia jako nauka, nasi przodkowie nie mogli mieć żadnej wiedzy o ogniomiotnych diplodokach ani baryonyksach tudzież o tyranozaurach i im podobnych drapieżnikach.

Jednakże częste znaleziska w różnych zakątkach Ziemi dokładnie przeczą temu poglądowi.


Tajemnicze artefakty


W herbach Rosji i Moskwy widzimy rycerzy przebijających kopią smoka, przy czym w herbie Rosji jest on na środkowym polu.[10] Do tego antybohater mitów o legend – smok – jest uderzająco podobny do baryonyksa – drapieżnego dinozaura.

 Tarcza herbowa Rosji...
...i smok w herbie Moskwy...
...oraz Kazania i... Walii

Baryonyks albo barionyks (Baryonyx walkeri) został odkryty w 1983 roku przez miłośnika paleontologii Williama Walkera. Jego pysk był długi jak u krokodyla, zaś długa szyja była jak u smoka na powołanych herbach. Skrzydeł jak smok to on nie miał, ale za to miał bardzo szybkie nogi.

Barionyks

A w Górach Smoczych (RPA) pewien farmer odkrył jaskinię z dawnymi rysunkami Buszmenów. Na nich widoczne były niedźwiedzie i… brontozaur. Poza tym, że w RPA istniały brontozaury, to niedźwiedzi tam nigdy nie było. W ślad za ciekawskim farmerem do jaskini przybyli uczeni, którzy potwierdzili, że faktycznie jest tam narysowany brontozaur – ziejący ogniem wegetarianin z Mezozoiku.

A teraz przeniesiemy się do Nowego Świata. Na tysiąc lat przed tym, jak amerykańscy paleontologowie odkryli kości tyranozaura, bezimienny Amerykanin realistycznie wyobraził tego samego „króla gadów” na jednym ze skalistych zboczy kanionu w Arizonie. Rysunek przetrwał do dziś dnia…

Nie mniej dziwne znaleziska odkryto w Ameryce Południowej. Rozkopując dawne grobowce, w okolicach peruwiańskiego miasta Ica, znaleziono wielką ilość kamieni, na których wyryto obrazy przedstawiające pterodaktyle, brontozaury, stegozaury, diplodoki, brachiozaury i inne zwierzęta wykopaliskowe. Samych tylko wielkoraków nieznani rzeźbiarze wyrzeźbili na 200 kamieniach![11] A do tego na kamieniach z Ica widzimy sceny walk ludzi z dinozaurami! Artefakty te są szeroko znane dzięki peruwiańskiemu kolekcjonerowi dr. Javierovi Cabrera. To on zauważył, że kamienie z Ica są zgrupowane w serie i stwierdził, że na szeregu z nich został przedstawiony biologiczny cykl rozwoju dinozaurów. Na badanych przed dr. Cabrerę w latach 60-tych tajemniczych kamieniach wyrysowane są stegozaury z trójkątnymi płytami, których ilość paleontolodzy ustalili dopiero na początku lat 90-tych XX wieku.







Dinozaury na kamieniach z Ica i figurki z Acambaro (Peru)

Niezależnie od dr. Cabrery, znany latynoamerykański archeolog Charles C. Di Peso rozkopując w Mezoameryce indiańskie miasta i osiedla odkrył statuetki tyranozaurów, brontozaurów i innych jaszczurów żyjących w czasach istnienia ogniomiotnych wegetarian.

Stegozaur na elemencie architektonicznym starożytnej świątyni


Temat pozostaje otwartym


Założenie, że wszystkie te dinozury – wliczają w to ziejące ogniem diplodoki – wymarły do czasów pojawienia się człowieka, jest zwykłą naukową hipotezą, a nie realnym potwierdzonym przez naukę faktem. A funkcję dowolnej teorii naukowej zasadza się w tym, że można ja potwierdzić eksperymentalnie – zgodnie z zasadą Karla Poppera.

Pytanie: czy dinozaury dożyły do czasów pojawienia się na Ziemi człowieka pierwotnego wcale nie jest takie fantastyczne, jakby się to wydawało. Wszakże niektóre zwierzęta współczesne dinozaurom, uważane za wymarłe, uchroniły się do dziś dnia. To właśnie jest kopalna ryba latimeria i smoki (gigantyczne warany) z Komodo (Indonezja) i inne zwierzęta.

Tak więc nie możemy wykluczyć, że Smok Gorynycz nie miał swego realnego prototypu, a nawet kilka prototypów. Dowiedzieć się kim czy czym one były tego nie możemy, ale jeszcze nie możemy i kiedyś się dowiemy. Tak jak nie możemy wyjaśnić źródła natchnienia dawnych malarzy, którzy malowali dawne jaszczury. Tak jak uda się dokopać do przyczyny lub przyczyn zguby dinozaurów.[12]  


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 18/2018, ss.32-33
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz         



[1] Rosyjskim.
[2] W oryginale „żmij” – to jaszczurowaty stwór wielkich rozmiarów. Słowo to jest tłumaczone na polski najczęściej jako „smok” – czyli „drakon”.
[3] Jednak istnieją ogniste tornada wytwarzające się w czasie tzw. burz ogniowych – wielkich powierzchniowych pożarów, np. lasu.
[4] Poza bakteriami pokarm był rozcierany przez gastrolity – kamienie połykane przez zwierzęta, które pomagały im trawić twarde liście i łodygi roślin.
[5] Metan jest gazem 72-krotnie bardziej kumulującym ciepło niż CO2. Metan wpływa także w niewielkim stopniu na degradację warstwy ozonowej – O3.
[6] Może także dojść do samozapłonu mieszaniny metanu z tlenem atmosferycznym pod wpływem ostrego światła słonecznego.
[7] Obecnie apatozaurów.
[8] Ten problem zaatakował także onegdaj Stanisław Lem w „Wizji lokalnej” (1982), w której wykazał on niemożność ziania ogniem przez smoki. Problem ten jest także omówiony w „Cyberiadzie” (1965), z tym że smoki tam ukazane są istotami, które powstały na drodze nekroewolucji (elektrosmoki).  
[9] Idąc śladem takiego rozumowania należałoby postawić pytanie: dlaczego te dinozaury nie wypuszczały nadmiaru metanu przez odbyt? Wszak ta droga jest także naturalna i mogłoby równie dobrze dojść do samozapłonu metanu u ujścia jelita grubego… 
[10] Smok znajduje się także w herbie Kazania (Tatarstan).
[11] Wielkoraki żyły w Ordowiku i Permie – czyli ok. 485 - 254 MA temu.
[12] Hipoteza meteorytowa Luisa i Waltera Alvarezów nie tłumaczy do końca Wielkiego Wymierania z granicy K/Pg, bo np. nie wyjaśnia dlaczego wyginęły dinozaury morskie, które powinny przeżyć ten kataklizm.

piątek, 3 sierpnia 2018

„Posejdon”: broń sądu ostatecznego


Okręt podwodny z systemu Status-6/Skif/Kanion

Sona O.


Czy Rosjanie stworzyli broń Sądu Ostatecznego? Posejdon jest w stanie rozpętać potężne tsunami.

Rosjanie mają nową nuklearną superbroń. Mogą ja odpalić pod wodą, co wytworzy gigantyczne tsunami.

Chociaż Zimna Wojna się oficjalnie skończyła, Rosjanie i Amerykanie nadal bawią się w kotka i myszkę. Dowodem na to jest nowa rosyjska broń atomowa, którą rosyjskie władze ujawniły na krótko przed spotkaniem Donalda Trumpa z Władimirem Putinem. Broń ta ma kształt torpedy i może się poruszać pod powierzchnią morza.

- Ta autonomiczna broń może po cichu poruszać się na wielkich głębokościach, a porusza się szybciej niż okręt podwodny czy statek, i nie ma żadnych wad, które mógłby wykorzystać nieprzyjaciel, na dodatek ma głowicę jądrową o wielkiej mocy – tak opisał ją Putin na Kremlu jeszcze w marcu. Jednakże wtedy informacje mówiły o komputerowych symulacjach wbrew temu, że rosyjski prezydent mówił o testach już w grudniu.

W lipcu ujawniono nowe widea rosyjskiego MON, na których ludzie mogą zobaczyć tą broń w działaniu. Ta nuklearna super-torpeda otrzymała nazwę Posejdon.

Specjalista od obrony H.I. Sutton potwierdził, że wideo to jest zgodne z planami Rosji zbudowania podwodnego, autonomicznego okrętu uzbrojonego w broń jądrową i z napędem atomowym. Został on nazwany jako Oceaniczny Wielozadaniowy System Status-6, Skif i Kanion.

Wedle Suttona, Posejdon mógłby mieć 2 m szerokości i 20 m długości. Rosjanie twierdzą, że Posejdon może mieć głowicę o mocy 50 Mt TNT i pod tym względem będzie podobny do słynnej bomby H – AN602/RDS-220/Car Bomby – największej zdetonowanej bomby termojądrowej. W roku 2015 specjalista od broni nuklearnych Jeffrey Levis nazwał Posejdona bronią Sądu Ostatecznego.

- Dobrze umieszczona głowica termojądrowa o mocy 20-50 Mt mogłaby wyprodukować taką ilość energii, by wytworzyć tsunami takie, jakie widzieliśmy w 2011 roku, a może nawet i większe – powiedział Rex Richardson fizyk badający bronie jądrowe. Według niego, fala tsunami mogłaby mieć wysokość nawet 100 m. Niektórzy eksperci jednak powątpiewają w taką niszczącą siłę Posejdona. Twierdzą oni, że odpalanie głowic jądrowych pod wodą niesie ze sobą wiele niedogodności.

Posejdon

Jeżeli ta broń byłaby w stanie wytworzyć tsunami, to – jak sądzi fizyk Greg Spriggs – byłoby to zmarnowanie całkiem dobrej głowicy termojądrowej. Według niego, tsunami wcale nie byłoby takie duże, jak to opowiadał Putin. Poza tym musiałaby ona być odpalona niedaleko wybrzeża, co dla okrętu podwodnego mogłoby być trudnością. Tsunami, jak to widzieliśmy w Japonii w 2011 roku, uwolniło energię równą 9,3 Tt TNT, a to jest jakieś 100.000.000 razy więcej, niż energia wybuchu bomby A typu Hiroszima i ok. 163.000 razy więcej niż w przypadku eksplozji największej bomby H - Car Bomby.

Poza tym energia wybuchu po detonacji nie rozprzestrzeniłaby się na pewno. Jej większa część by się rozeszła do morza i Rosjanie nie byliby w stanie wykorzystać jej całego potencjału.[1]  Jednakże niebezpieczeństwo związane z Posejdonem nie spoczywa tylko na jego mocy. Dokładnej budowy tej broni nie zna nikt poza Rosjanami, ale gdyby znajdowały się w niej metale takie jak kobalt, to spowodowałoby to znaczny wzrost promieniowania w wodzie morskiej. Neutrony wyzwolone przez wybuch mogłyby te metale transformować na niebezpiecznie radioaktywne pierwiastki od długim czasie półzaniku - T1/2. W słonej wodzie by się utrzymywały przez lata i nawet dekady skażając okoliczne wody.[2] 
- Jaki chory bastard wymyślił taką broń? – pyta prowokacyjnie Jeffrey Lewis. - Przecież zawsze istnieje możliwość wykorzystania wiedzy o takich broniach w celu spowodowania i szerzenia totalnej paniki w związku z niszczącymi broniami atomowymi. Jest całkiem możliwe, że Rosjanie w swych wideo tylko o tym wzmiankują, a Putin rad przesadza. Siła Posejdona może jest o wiele mniejsza, niż to twierdzi Rosja, i służy on tylko do straszenia Amerykanów.


Polecam także –

Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz           



[1] To nie jest takie oczywiste, bowiem konstruktorzy tej broni na pewno liczyli się z efektem działania fal uderzeniowych eksplozji, które mogłyby zaktywizować pokłady klatratów metanowych w wodach Wszechoceanu. Wybuchowe uwolnienie metanu z dna oceanicznego mogłoby wywołać zwielokrotniony efekt tsunami i – dzięki właściwościom metanu – także zwielokrotnienie efektu globalnego ocieplenia – EGO, co opisał m.in. Frank Schätzing w powieści „Odwet oceanu” (2004).
[2] Jak to działa mieliśmy okazję zobaczyć po katastrofie w Daiichi-Fukushima 1 EJ w dniu 11.III.2011 roku.  Radioaktywne związki chemiczne przeniknęły do wody morskiej i prądy morskie rozniosły je po całym Oceanie Spokojnym. Podobnie byłoby w przypadku zdetonowania takiej głowicy z otuliną z kobaltu. Skutki użycia takiej broni opisał już w latach 50-tych Nevil Shute w powieści „Ostatni brzeg”. 

czwartek, 2 sierpnia 2018

Zemsta faraona



Sofia Pawłowa


W latach 90-tych po raz pierwszy znalazłam się w Egipcie. Bardzo lubię historię antycznego świata i dlatego – rzecz jasna – oczekiwałam z tej strony czegoś zadziwiającego i niezwykłego. Ale kiedy zawieźli nas do Gizy do piramid, byłam rozczarowana. Wcale nie były one tak monumentalne. W podręcznikach historii opisywano, jak to kamienie z których są zbudowane piramidy, szczelnie przylegają do siebie, że nie można wsunąć pomiędzy nie noża. W rzeczywistości może pomiędzy nie lekko wejść palec. Natomiast słynny Sfinks był otoczony budowlanymi rusztowaniami.


Upadek z piramidy


Widząc jak turyści swobodnie gramolą się na piramidy i nikt im tego nie zabrania, ja także zdecydowałam się spróbować, ale nie dałam rady. Noga mi się poślizgnęła i wyrżnęłam łokciem w kamienie.

Wstałam, otrzepałam się i obejrzałam podrapany łokieć, ale była na nim rysa na skórze i parę kropelek krwi. Zakleiłam ją plastrem i zapomniałam o tym. Potem podszedł do nas przewodnik i poszliśmy zwiedzać piramidę Chefrena.


Korytarze w tej piramidzie są ciemne i niskie, i żeby dojść do komory pogrzebowej przyszło najpierw iść do dołu, a potem do góry, przy czym cały czas zgiętym we troje. Szliśmy tam zderzając się z potokiem turystów, którzy już zaliczyli ten punkt programu. Wielu ludziom nie starczało powietrza i oni się źle czuli.

I wreszcie doszliśmy do komory, było to okrągłe pomieszczenie, na środku którego stał sarkofag Chefrena, a z boku przystawiona do ściany kamienna pokrywa. Wszystkie ściany i pokrywa sarkofagu było pokryte napisanymi imionami turystów i datami zwiedzenia piramidy. Jak widać, wielu chciało pozostawić swój ślad w historii. A do tego – sądząc po napisach – było wśród nich wielu Rosjan.


Wszędzie krew


Zachciało mi się także pozostawienia autografu. Wyjąwszy z kieszeni żelazny klucz zdecydowałam się wyryć na kamieniu swe imię na pokrywie sarkofagu. Jakoś nie zastanowiłam się nad tym, że nie tylko niszczę pomnik kultury, który liczy sobie tysiące lat, i że lepiej byłoby tego nie robić.

Kiedy przewodniczka opowiadała o życiu faraona Chefrena, ja cichutko wydrapałam na pokrywie literę „S” i już się brałam do następnej… kiedy naraz literalnie, wręcz fizycznie odczułam, jak po moim podrapanym łokciu coś cieknie jak woda. Spojrzałam i zrobiło mi się słabo: to była krew. Na miejscu rysy na skórze była rana wielkości monety. Krew zaczęła kapać na podłogę komory, zalała moją białą bluzkę i torebkę… Wtedy turyści zobaczyli, co się dzieje i zaczęli mi udzielać pierwszej pomocy – ktoś wyciągnął plaster, ktoś miał wodę utlenioną. Ale to nie pomagało! Krew ciekła i ciekła bez względu na plastry i tampony z gazy. Przewodniczka poleciła mi zacisnąć brzegi rany i szukała w plecaczku bandaża.



Zabieraj swój autograf!


A mnie do głowy przyszło coś innego.
- Napisałaś swe imię na mogile faraona – rzekłam do siebie – więc nie dziw się, że to mu się nie spodobało.

Wzięłam klucz i zaczęłam zamazywać napisaną przeze mnie literę. I stał się cud: ledwie zamazałam literę, jak krawędzie rany się zamknęły, zaś krew która tam nakapała na podłogę naraz zaczęła dymić, jakby parowała. Chwila, i krew znikła. A najdziwniejsze było to, że krew znikła także z białej tkaniny mojej bluzki, jakby rzeczywiście wyparowała! Wracałam z piramidy cicha i przytłoczona. Turyści szeptali za moimi plecami. Wszyscy widzieliśmy ten cud, i nikt nie potrafił znaleźć dlań objaśnienia. Pamiętam, jak pewna kobieta powiedziała:
- Jeżeli faraon karze każdego, kto bazgrze po ścianach i pokrywie jego sarkofagu, co się stało z tymi, którzy pozostawili tam autografy?

No właśnie – co się z nimi stało?


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 18/2018, s.24
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz
Ilustracja - De Gloria Olivae – blog.