Powered By Blogger

piątek, 8 stycznia 2021

„UFO W BIBLII” - CZY ABY NA PEWNO?



 

 

Jarosław „Fox Mulder” Krzyżanowski (LKBZN)

 

Żyjemy w czasach, kiedy umysł nakazuje tłumaczyć każdy przejaw aktywności Nieznanego w sposób racjonalny. Opowieści o czarownicach na miotłach lub straszydłach leśnych zastąpiły obserwacje technicznych pojazdów - UFO. Taki pogląd reprezentuje część socjologów lub etnologów, którzy sądzą, że legendy, a właściwie ich treści oraz biorące w nich udział postacie  w całokształcie swym zależą m. in. od poziomu technicznego, w jakim akurat dane społeczeństwo się znajduje. Natomiast nie bierzemy jeszcze powszechnie pod uwagę tego, że już kiedyś etnologowie próbowali porównywać relacje o upiorach i krasnoludkach do relacji o prawdopodobnych kosmitach bez odrzucania możliwości ich realnego istnienia. Były to więc pierwsze próby wyjaśniania relacji folklorystycznych w kategoriach naukowych, czyli ziemskich albo pozaziemskich (czytaj: ufologicznych!) zjawisk. Gdyby bowiem dokładnie przyjrzeć się wszystkim opowieściom o niesamowitych postaciach zauważonych gdzieś w przeszłości, to okazuje się, że wiele z nich jest łudząco podobnych do obserwowanych współcześnie przez nas Obcych. Nawet opisywane w legendach zachowanie i sposób postępowania wobec ludzi przypomina reakcje istot z UFO. My natomiast, ludzie współcześni, w dużej mierze obserwatorzy UFO, nie nazywamy tych zjawisk dzisiaj siłą nieczystą, lecz „tylko” technicznymi produktami. Dla porównania: niektóre jeszcze jednostki spośród oddalonych od cywilizacji plemion skłaniają się do czczenia współczesnych wytworów myśli ludzkiej. I na przykład bardzo dokładna analiza relacji o samolotach uzyskanych od członków prymitywnych wspólnot plemiennych wskazuje na ich niewysoki intelekt wobec naszych faktycznych osiągnięć technicznych. A więc każdą wiarygodną obserwację nieznanego obiektu lub istoty mającej miejsce w przeszłości możemy dzisiaj uznać za wytłumaczalną. Idąc dalej tą drogą daleko w przeszłość któryś z współczesnych analityków zaczął przyglądać się różnym folklorystycznym relacjom o niezwykłych zdarzeniach mających zdarzyć się naszym przodkom. I wtedy zaczęło się. Jak grzyby po deszczu wyrastały coraz to nowe teorie obalające wiele mitów oraz legend. Ich miejsce zajęły racjonalne wyjaśnienia naukowe. Krytyka zaczęła sięgać coraz dalej dotykając również ogólnie przyjętych kanonów religijnych oraz wierzeń

W podobny sposób potraktowano Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Istnieje dzisiaj wielu publicystów utrzymujących, że nasza rasa, czyli Ziemianie, powstała dzięki Kosmitom. Nagłe skoki cywilizacyjne mozolnie wspinającej się po drabinie postępu ludzkości zawdzięczać mamy m. in. istotom z kosmosu. Osiągnięcia te nie odbyły się bez zaistnienia bezpośrednich kontaktów pomiędzy Obcymi a Ziemianami. Nasi mało inteligentnie rozwinięci przodkowie potraktowali lądujących kosmitów jak bogów lub aniołów, a ich pojazdy jak „ogniste rydwany”. Jak powiedziano na początku, nieznajomość m.in. techniki, czyli niski poziom cywilizacyjny, kazał potraktować lądujących tu gościnnie Obcych jak istoty duchowe. Wielu także zakłada, że podobna sytuacja miałaby miejsce, gdyby ziemski kosmonauta wylądował na planecie zamieszkałej przez prymitywnych ludzi.

Jeden z największych popularyzatorów tej teorii, a jednocześnie znanych pisarzy, Erich von Daeniken twierdzi wprost w wielu swoich publikacjach, że taki kontakt został kiedyś rzeczywiście osiągnięty. Według niego doszło do długiej serii takich kontaktów w przeszłości, a wiele z nich zostało spisanych w świętych księgach największych religii. Również w Biblii takie spotkanie według Daenikena miało zostać opisane w starotestamentowej księdze proroka Ezechiela. Tam rzekomo znajdujemy opis przyziemienia Nieznanego Obiektu Latającego, zinterpretowanego przez mało intelektualnie rozwiniętego proroka jako anioł Boży. Początek księgi Ezechiela rzeczywiście przypomina lądowanie czegoś „technicznie” zaawansowanego. Na pierwszy rzut oka zdaje się to coś przypominać lądownik statku Apollo-11, który w 1969 roku wylądował na Księżycu. Następnie czytamy opis widzenia Bożego, przedstawionego w wielu przenośniach, pomiędzy którymi możemy zauważyć coś znajomego: ogień buchający, unoszący się dym, wirujące z szumem skrzydła, poruszające się koła. Tak więc rzeczywiście znajdujemy tam opis czegoś niezmiernie pasującego do wysyłanych współcześnie na Księżyc oraz Marsa specjalnych pojazdów - od Łunochodu począwszy, a na Pathfinderze skończywszy. Pojawiają się jednak opisy problematyczne - no bo jak potraktować zauważone postacie zwierząt  znajdujące się na spodniej stronie rzekomego obiektu? Na to pytanie autor Erich von Daeniken nie daje żadnej odpowiedzi. Omija on pewne szczegóły idąc dalej. Pośrodku czterech postaci zwierząt (każda miała z przodu oblicze ludzkie, z prawej twarz lwa, z lewej twarz wołu, a z tyłu orła - zapamiętajmy ich wygląd), zauważamy coś jak węgle rozżarzone, z wyglądu jakby pochodnie, które strzelały błyskawicami. Według Daenikena, Blumricha oraz innych powtarzających po nich autorów miał to być pokładowy reaktor atomowy. Uwagę zwraca również opis kół- poruszały się one we wszystkie strony, jakby zostały zbudowane z walcowatych segmentów umożliwiających kołom ruch, gdy te były nieruchome. Wszystkie koła miały obręcze – wysokie i straszliwe i były dookoła pełne oczu - zapamiętajmy również ten szczegół. Następnie dochodzi do obserwacji sklepienia błyszczącego jak niesamowity kryształ, rozciągniętego w górze nad głowami zwierząt, a nad sklepieniem kamień szafirowy w kształcie tronu (inaczej fotel- przypis mój, J.K.), na nim zaś kogoś z wyglądu podobnego do człowieka (może pilot?). Nie koniec na tym skojarzeń, bowiem człowiek ten według proroka Ezechiela był otoczony tęczą, powstałą z blasku ognia wokół jego bioder. Nic to innego, twierdzi Erich von Daeniken, jak „tornister rakietowy”, dzięki któremu potencjalny pilot wylądował w pobliżu przestraszonego proroka.

 W dalszej kolejności dochodzi do rozmowy pomiędzy „pilotem” a Ezechielem. Prorok uważa, że ma do czynienia z aniołem Boga Najwyższego. Anioł podaje mu zwój księgi, wypisany z obu stron skargami oraz jękami na lud izraelski. Ezechiel ma niezwykłe zadanie: powinien zjeść ten zwój, aby następnie móc przemówić do przekornego i zbuntowanego narodu wybranego. Materiał okazał się możliwy do zjedzenia i w ustach proroka wydał się słodki jak miód.

I w tym momencie nasuwa się pytanie: Jeżeli byłby to „prawdziwy” Kosmita, to dlaczego dla przekazania tak ważnych dla ludu izraelskiego wiadomości nie „zaszczepił” on proroka np. implantem albo nie zasugerował mu tych informacji pod wpływem hipnozy lub wywarł wpływ odciskając się na podświadomości w inny sposób? Dlaczego zamiast bardziej skutecznych i trwałych metod podaje mu do dosłownego spożycia zwój księgi? Czy pan Daeniken znalazł odpowiedź na to pytanie? Okazuje się, że nie, natomiast „tłumaczy” on inne kontrowersyjne kwestie, widocznie wybierając to, co jemu najbardziej odpowiada. Ale czy taki styl można przyjąć zakładając status rzetelnego badacza? Dlaczego nikomu wyżej opisany epizod nie kojarzy się z Objawieniem Św. Jana - Ap 10,9 - kiedy to apostoł Jan przyjął książeczkę z rąk anioła Bożego i zjadł ją, aby prorokować ludom o narodach, językach i królach? Identycznie jak w przypadku Ezechiela Jan poczuł słodki smak w ustach, zaś gorzkością wypełnił się jego żołądek. I dlaczego nikt, nawet Daeniken, nie nawiązuje do tego fragmentu?

Inny temat to mianowicie opis tronu Bożego oraz postaci wokół niego zawarty w tej samej (ostatniej) księdze Nowego Testamentu pod tytułem „Wizja Nieba”. Niech mi będzie wolno przytoczyć część opisu w całości: ...A oto tron (fotel w widzeniu Ezechiela- przypis mój, J.K.) stał w niebie, na tronie zaś siedział Ktoś (...), a wokoło tronu tęcza podobna do szmaragdu (...), a z tronu wychodziły błyskawice, głosy i grzmoty.... Dalej: ... Wokoło tronu stały cztery postacie pełne oczu z przodu i z tyłu. Postać pierwsza była podobna do lwa, postać druga do cielca, trzecia miała twarz jakby człowieczą, a postać czwarta była podobna do orła w locie. A każda z tych postaci miała po sześć skrzydeł, a wokoło i wewnątrz były pełne oczu i nie odpoczywając ani w dzień ani w nocy śpiewały.

Analogie pomiędzy „Widzeniem Bożym” proroka Ezechiela a wyżej przedstawionymi wersetami z Objawienia Św. Jana rzucają się w oczy same. Tyle, że nie mają tym razem nic wspólnego z lądowaniem statku kosmicznego oraz kontaktem z przedstawicielem obcej cywilizacji. Być może czytelnik zwrócił już uwagę do czego zmierzam.

 

Pragnę być w tym momencie zupełnie konsekwentny wobec całości Pisma Świętego i zadać najważniejsze pytanie: Czy Obcy istnieją i są obserwowani na naszym niebie od wieków? Jeżeli tak, to czy możliwe jest, aby np. w Biblii zostawili po sobie pamiątki jako aniołowie Boga i sam Bóg? Czy śmierć i ukrzyżowanie Chrystusa to tylko wyreżyserowany akt? Wielu publicystów odpowiada dziś na to pytanie twierdząco. W takim wypadku, skoro Oni odegrali swoje role okazując się jedynie materialnymi istotami, to czy istnieje możliwość zamiany czci wiekuistego Boga na cześć niedoskonałego stworzenia Bożego? Inaczej mówiąc, czy istoty stworzone tak jak chociaż biblijny Adam mogą żyć wiecznie? Jeśli to jest prawdą, to czy one stworzyły ziemię i człowieka? Wydaje się to wielce nieprawdopodobne. Dlaczego? Ponieważ jeżeli jesteśmy konsekwentni wobec logicznych odpowiedzi i z należytą uwagą traktujemy WSZYSTKIE wersety Pisma Świętego, a nie tylko te pasujące do wyciągania określonych teorii, to zauważymy wiele niezgodności z  wykładniami Daenikena. Jeżeli z głęboką uwagą traktujemy te wersety, na podstawie których wyciągamy wnioski o Kosmitach, to dlaczego unikamy tych, które wskazują nam na coś innego? Osobiście uważam, że nie możemy być nastawieni wybiórczo do kart Biblii. Tym bardziej, że nawet Erich von Daeniken i jemu podobni nigdy nie wyrażali pełnych 100% pewności i nawet o widzeniu proroka Ezechiela wypowiadali  się wstępnie dosyć powściągliwie, że historia ta tylko najbardziej przypomina lądowanie statku kosmicznego. Przynajmniej tak to wyglądało na początku w ich publikacjach o tym temacie, co oczywiście nie przeszkadzało w kolejnych pracach przedstawiać „dowody” na kosmiczne pochodzenie Pisma Świętego. Jeżeli nawet to istoty z kosmosu stworzyły rasę ziemską i przylatując tu co jakiś czas kontrolowały jej rozwój, to pytam - skąd one same się wzięły? Powtarzam: czyżby były wieczne? Na pewno nie! Nawet jeżeli, według pewnej teorii, każda kosmiczna rasa w złożonym łańcuchu rozwoju życia we wszechświecie dawała początek życia kolejnej rasie, która załóżmy hipotetycznie tak jak każda poprzednia dochodzi do krytycznego punktu swego rozwoju technicznego i ulega samounicestwieniu w wyniku chociażby wojny nuklearnej, to gdzieś ktoś musiał dać kiedyś temu całemu łańcuchowi początek. I osobiście nie wierzę, że Oni sami się stworzyli. Ta odpowiedź wynika z konsekwentnego pytania: skąd Oni przyszli? Jaki był Ich początek? Tego nie wie ani Daeniken ani inni. Takie wyjaśnienie wynika z prostej logiki - to nie jest możliwe.

 

A teraz pragnę przedstawić kilka biblijnych dowodów na uniżenie wszystkiego  stworzenia Bożego wobec Stwórcy. Sądzę, że jeśli Oni sami z siebie nie powstali, to należy przyjąć wniosek, że stworzył ich Bóg. Ten sam, który stworzył nas. Na pewno tym poglądem narażę się wielu czytelnikom, ale niech mi będzie wolno przedstawić moją tezę. Jak powiedziałem wcześniej, tak teraz zamierzam powtórzyć, jeżeli przyznajemy wartość poznawczą tylko tym wersetom, dzięki którym udaje nam się stworzyć teorie „kosmicznego” pochodzenia Boga, to potraktujmy w ten sposób i szerzej CAŁĄ Biblię. Istnieje moim zdaniem masa biblijnych wersetów, które uważam że nie tylko nie zaprzeczają istnieniu pozaziemskich cywilizacji, ale też zdecydowanie mówią o ich zupełnym poddaństwie wobec naszego Stwórcy. I tak gdy popatrzymy na list apostoła Pawła do Efezjan - Ef 3,15 - możemy tam przeczytać: ...Zginam moje kolana przed Ojcem, od którego WSZELKIE ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię. Wynika z niego jasno, że Bóg Stwórca jest początkiem wszechrzeczy, także ewentualnych obcych ras w kosmosie. A wcześniej w Ef 1,21 czytamy o tym, jak ...Bóg (...) okazał moc w Chrystusie, gdy (...) posadził go po prawicy swojej w niebie ponad WSZELKĄ nadziemską władzą i zwierzchnością, mocą, panowaniem i WSZELKIM imieniem, jakie może być wymienione nie tylko w tym wieku, ale i w przyszłym. Ponadto w innym fragmencie Nowego Testamentu możemy znaleźć odniesienie do osoby Pana Jezusa jako współtwórcy wszechrzeczy. Treść ową czytamy w Liście do Kolosan, Kol 1,16 – Ponieważ w nim (Jezusie) zostało stworzone wszystko, co jest na niebie i na ziemi, RZECZY WIDZIALNE I NIEWIDZIALNE, trony, panowania, nadziemskie władze i zwierzchności, WSZYSTKO przez niego i dla niego zostało stworzone. On też jest przed wszystkimi rzeczami i wszystko na nim jest ugruntowane. A w Liście do Filipian jest już wyraźnie mowa o czci Jezusa przez WSZELKIE stworzenie- przeczytajmy Flp 2,9: Bóg Jezusa wielce wywyższył i obdarzył go imieniem, które jest ponad WSZELKIE imię. Aby na imię Jezusa zginało się WSZELKIE kolano na niebie, na ziemi i pod ziemią i aby WSZELKI język wyznawał, że Jezus Chrystus jest Panem ku chwale Boga Ojca. Dodatkowo w Objawieniu świętego Jana znajdujemy ciąg dalszy czci Boga i Jezusa, dokładnie w Ap 5,13: I słyszałem, jak WSZELKIE stworzenie, które jest w NIEBIE (duchowym i fizycznym), na ziemi i pod ziemią i w morzu i WSZYSTKO co w nich jest, mówiło: Temu, który siedzi na tronie i Barankowi, błogosławieństwo i cześć i chwała i moc na wieki wieków.

Jaki z tego wynika wniosek? Skoro nawet ryby morskie i dżdżownice wspólnie z ludźmi oddawały cześć wszechmogącemu Bogu oraz Jezusowi Chrystusowi, to tym bardziej powinni oddawać ją Kosmici! Powstaje oczywiście ważne pytanie: Czy oni zostali zbawieni przez krzyż Golgoty? Czy byli tak jak my obciążeni grzechem pierworodnym? Czy w ogóle w związku z nimi miała być mowa o odkupieniu, które dokonało się tak jak w przypadku człowieka?

Te pytania niech pozostaną wyzwaniem dla teologów różnych wyznań. Warto się natomiast zastanowić, czy Obcy mogli mieć jakąkolwiek wiedzę na temat Boga w Jezusie Chrystusie. I oto odpowiedź  znajduje się ponownie w Biblii. We wspomnianym już Liście apostoła Pawła do Kolosan, Kol 1,23 jest napisane: ...Jeśli tylko wytrwacie w wierze opartej na ewangelii, którą usłyszeliście, która jest zwiastowana WSZELKIEMU stworzeniu pod niebem.... Proszę bardzo, niech każdy wyciągnie wniosek samodzielnie. Powyższe wersety dedykuję tym dociekliwym badaczom, którzy z uwagą studiują Biblię w nadziei na znalezienie dodatkowych potwierdzeń „kosmicznych” teorii o Bogu. Warto bowiem w tym momencie poważnie się zastanowić, czy niedoskonały umysł ludzki potrafi zrozumieć doskonałość Boga, który wszystko mu objawił we wszelkim stworzeniu i Piśmie Świętym. Zamiast pokory wobec niego, człowiek tworzy własne karkołomne teorie, które jednak nie wytrzymują krytyki. Powszechnie mówi się, że podczas niezliczonych kontaktów z obcymi istotami na przestrzeni ostatniego 50-ciolecia dochodziło do rozmów na tematy teologiczne. Wówczas niektóre istoty rzekomo przekonywały  uczestników tych zdarzeń, że tak naprawdę osobowego Boga nie ma, że istnieje tylko wszechogarniająca moc, z którą należy zgodnie żyć i z której należy czerpać wszelkie siły życiowe niezbędne dla harmonii ducha i ciała. Jest to bardzo popularny pogląd w strukturach  bardzo kontrowersyjnego ruchu NEW AGE. Niezależnie od tego czy tak było, czy nie, chciałbym tutaj zadać pytanie: dlaczego i z jakiej przyczyny ktoś doszedł do wniosku, że należy pytać Obcych o istnienie Boga? Dlaczego autorytetem duchowym mają być obdarzone istoty materialne, egzystujące na tym samym poziomie co my ludzie i stworzone przez tego samego Kreatora wszechrzeczy? Analogicznie rzecz ujmując, skoro ani Marco Polo ani Krzysztof Kolumb nie pytali nowo odkrytych ludów zamieszkujących dalekie krainy jak to jest z biblijnym Bogiem, bo nie widzieli ku temu najmniejszej przyczyny, tak samo my obecnie nie możemy opierać naszej duchowości na rzekomych opiniach Obcych. Być może istoty te wyznają jakąś religię, ale czy to oznacza że musi być ona bardziej prawdziwa od Chrześcijaństwa? Uważam że nie powinniśmy traktować opinii omylnych istot rozumnych jako wyroczni, a ich samych jako aniołów, lub duchowych przewodników. Niestety może być nawet i tak, że niektóre z nich celowo nas zwodzą. Apostoł Paweł zaś przestrzegał: Choćbyśmy nawet my, albo anioł z nieba zstąpił i zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą otrzymaliście, niech będzie przeklęty - List do Galatów, Ga 1,8. Jest to wyraźne ostrzeżenie nie tylko przed dokonywaniem jakichkolwiek zmian w Słowie Bożym, ale również zwrócenie uwagi na zwodnicze działanie złej mocy, która, aby przekonać nieugruntowanych w wierze ludzi, przybiera postać anioła światłości i potrafi deklamować wersety z Pisma Świętego.

 

Teraz mogę ze spokojnym sumieniem przedstawić mój osobisty pogląd na ten kontrowersyjny temat, który podjąłem się opisać. Osobiście głęboko wierzę, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie. Na pewno istnieją jeszcze inne, wysoko rozwinięte cywilizacje, odwiedzające nas w latających talerzach. Przylatują tu, aby tylko obserwować, w żadnym wypadku ingerować w nasze życie i rozwój. I nigdy tego nie robili. Gdyby np. były to istoty wrogie, już dawno temu mogły nam zrobić krzywdę, np. kiedy jeszcze nie posiadaliśmy wysoko rozwiniętej techniki lotniczej, kosmicznej, broni atomowej, laserów, itp. Nie wykluczam paleokontaktów z Kosmitami w odległej przeszłości, które swym charakterem nie wychodziły poza obręb współczesnych Bliskich Spotkań i nie uważam również po 10-ciu latach poważnego zajmowania się ufologią, że istoty te przewyższają nas duchowo lub moralnie. Mają wyłącznie przewagę techniczną nad nami. Ich istnienie i duchowa egzystencja odbywa się na takim samym poziomie jak nasz wobec Boga, Stwórcy całego Wszechświata. Być może to właśnie im trzeba zanieść słowa ożywczej Ewangelii. Być może jest to właśnie nasze zadanie. Tego oczywiście do końca nie wiemy. Ale wszystko jest możliwe, byleby bez fanatyzmu i zacietrzewienia właściwego sektom albo Radiu Maryja.

Niech mi będzie teraz wolno kontynuować przekaz mojego poglądu, który ukształtował się z osobistego doświadczenia wiary oraz tzw. zdrowej ufologii paranaukowej. Nie mam oczywiście zamiaru wyśmiewać lub pouczać innych badaczy, przedstawiających swoje czasem nawet bardzo oryginalne hipotezy. Być może w ich wspólnej konfrontacji opracujemy wspólny konsensus, który prawdopodobnie przybliży nas do poznania prawdy o zjawisku UFO. I tak jak uznaliśmy oraz przyzwyczailiśmy się do heliocentrycznej teorii Mikołaja Kopernika, wobec której chrześcijaństwo wcale nie ucierpiało, a wręcz przeciwnie, tym bardziej zaczęliśmy podziwiać dzieła Boże pomimo wcześniejszych głosów krytycznych, tak samo należy zapatrywać się na konfrontację przekazu Pisma Świętego wobec całej prawdy o fenomenie latających talerzy. Zakładanie bowiem, że Bóg nie mógł stworzyć obcych ras w kosmosie, byłoby - moim skromnym zdaniem - nakładaniem barier samemu Stwórcy. Bezsensownym również wydaje się pogląd lansowany przez niektórych niezdrowych fanatyków, że Bóg powiedziałby nam o Kosmitach w Starym albo Nowym Testamencie. Niby dlaczego miałby to robić? Czy możemy sami decydować za Boga? Powyższe słowa dedykuję tym wszystkim religijnym ludziom, którzy za nic w świecie nie chcą uznać dowodów na istnienie UFO. Biblia i wiara w Pana Jezusa obroni się sama, bez naszej pomocy. Bowiem w liście apostoła Pawła do Rzymian - Rz 8, 38 możemy przeczytać uspokajającą treść: Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani ŻADNE inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Jezusie Chrystusie, Panu naszym.

Innym, mianowicie zwolennikom „kosmicznego” pochodzenia Boga chciałem na koniec życzyć, aby nigdy nie łączyli treści jakiejkolwiek religii z tematyką UFO, ponieważ są to dwie całkowicie różne dziedziny. Osobiście uważam, że to postępujący masowo w naszym społeczeństwie regres chrześcijańskiej duchowości sprzyja skłanianiu się do takich fałszywych poglądów. I wówczas dla niektórych ufologia oraz wykładnie Daenikena stają się ich wyznaniem. Pierwsi z wyżej wymienionych uparcie utrzymują, że za zjawiskiem UFO kryje się szatan, drudzy, że sam Pan Bóg, natomiast prawda jest taka, że są to wyłącznie ludzkie spekulacje usiłujące za wszelką cenę wytłumaczyć obraz złożonego i na razie nieuchwytnego zjawiska, jakim jest UFO w kategoriach dwubiegunowej duchowości, poza tym obie te teorie nie są prawdziwe! Ponadto w dziedzinie ufologii nie ma mowy o temacie zbawienia człowieka, a takie ugrupowania jak „Antrovis” czy „Ruch Raeliański” to organizacje kłamców i ludzi niekompetentnych w temacie UFO, nauki i wiary.

                                                                                    

P.S. Przedstawione wyżej cytaty biblijne zostały zaczerpnięte z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego.


Opinie z KKK

 

Można by było się zgodzić jednak jest to punkt widzenia człowieka wierzącego w tegoż Boga. Świętość książki jaką jest Biblia jest dla mnie dyskusyjna a postać naczelnego Szefa w wierze judeo-chrześcijańskim nie dla wszystkich jest wiarygodna. Ruchy New Age tak samo jak chrześcijaństwo nie są nieomylne. Ludzkie poznanie jako niedoskonałe ma to do siebie że potrafi błądzić. Ale chyba po taką lekcje tu przyszliśmy. (L.O-O.)

Każdy ma swój pogląd na to wszystko, co się dzieje wokół nas w sprawach UFO i Obcych. Zgadzam się w jednym – Bóg i Obcy to są dwie różne sprawy, których nie powinno się ze sobą mieszać. Mieszanie tych dwóch spraw jest zwyczajnym nadużyciem i tu zgadzam się z Autorem. (Daniel Laskowski)

 

Legnicki Klub Badań Zjawisk Nieznanych

foxmulder5@wp.pl

https://foxmulder5.wixsite.com/lkbznkontakt



czwartek, 7 stycznia 2021

Trzej Królowie – kim byli?

 

Tradycyjne przedstawienie Trzech Króli

Stanisław Bednarz

 

Moje dywagacje o astrologii  na dzień Trzech Króli czyli magów. Kiedy czytamy Ewangelię św. Mateusza,  nie znajdziemy w niej słowa o królach. Goście ze Wschodu nazwani są Magami. Magowie byli kapłańską kastą Medów wywodzących się z narodu Persów, a do tego biegłymi astrologami i wyznawcami proroka Zaratustry.

Astrologia była wtedy bardzo popularna, była też dobrze rozwinięta astronomia, która łączyła się z astrologią tak ściśle, że trudno je było odróżnić. Na podstawie obserwacji nieba próbowano powiedzieć coś o sprawach ziemskich. 

Popularna od dawna hipoteza głosi, że magowie widzieli koniunkcję (czyli zbliżenie się na nieboskłonie) trzech planet Jowisza, Saturna i Marsa, która występuje raz na 400 lat. Takie zjawisko miało miejsce w 7 r. przed naszą erą.

Stolicą Medów była Ekbatana, w której zamieszkiwała duża społeczność żydowska. Ekbatana to dzisiejsze miasto Hamadan w Iranie. Do dziś można oglądać wczesnochrześcijańskie mozaiki przedstawiające Magów odzianych w typowo perskie szaty i frygijskie czapki. 

Prorok Zaratustra żył około 500 roku przed Chrystusem, i głosił nadejście „Zwiastuna Zbawienia”, którego nazywał Saoshyant, który miał się narodzić z dziewicy „kiedy na niebie ukaże się nowa gwiazda”. Swoich uczniów, Magów, uczył tego jak czytać z gwiazd, by nie przeoczyć nadejścia Saoshyanta. Po spotkaniu z Dzieciątkiem Magowie wrócili do Persji, tam żyli, tam umarli i tam zostali pochowani.

W XIII wieku Marco Polo  podróżował na Daleki Wschód i dotarł do miasta Sawa w Persji... W swoim pamiętniku pisze, że znajdują się tam trzy bardzo duże i wspaniałe grobowce, w których zostali złożeni trzej magowie. Ich ciała są doskonale zachowane i można zobaczyć nawet ich brody i włosy.

Sypie się zatem idea relikwii Trzech Króli, które znajdują się w katedrze kolońskiej. Dziś nie przyciągają już licznych pielgrzymek, a ich prawdziwość bywa kwestionowana. Ponoć  miała je odnaleźć św. Helena w Jerozolimie około 326 roku (???), po czym przekazała je cesarzowi. Cesarz przekazał do Mediolanu  w 345 roku...

Mieszkańcy Mediolanu ponoć aż do XII wieku nie wiedzieli, że mają w swym mieście taki skarb. Dowiedzieć się mieli o nim dopiero w 1164 roku, kiedy to arcybiskup Kolonii, kierujący kancelarią Fryderyka Barbarossy, postanowił wywieźć je z podbitego przez cesarza niemieckiego Mediolanu do Kolonii jako łup wojenny…

Ale z relikwiami ostrożnie. Skądże szczątki znalazła by św. Helena  w Jerozolimie, a na  szlak jedwabny się nie zapuszczała? Pamiętamy  Sanderusa z Krzyżaków? Jego oferta była spora. Miał kopytko z osiołka, na którym święta Rodzina uciekała do Egiptu, pióro ze skrzydeł Archanioła Gabriela, olej, w którym poganie świętego Jana chcieli usmażyć; szczebel z drabiny, o której się śniło Jakubowi i łzy Marii

 

Relikwiarz Trzech Króli

Trzej Królowie z Persji

Szlaki handlowe z Europy na Daleki Wschód

Gwiazda Betlejemska, która Ich prowadziła...

Katedra w Kolonii

Moje 3 grosze

 

Od siebie dodam tylko tyle, że wedle innych źródeł w orszaku Trzech Magów znajdowali się także wysłannicy Władcy Świata Mahytmy z Szamballi-Agharty, gdzie Jezus potem przybył z rewizytą i skąd wyniósł cząstki nauki wielkiej i tajemnej. Tak podają m.in. Nikołaj Notowicz, śri Swami Abhendanda, Nikołaj Roerich oraz nasz pisarz Antoni Ferdynand Ossendowski w swych książkach i pracach naukowych napisanych w Tybecie i Himalajach.

Według nich, Jezus zwany tam Issa lub Isza miał tam przebywać w swej młodości – tzw. latach ukrytych – czyli pomiędzy 7 a 30 rokiem życia. To, co miał do przekazania ludziom zawarte jest w Nowym Testamencie. Niestety, to co zrobiono z tymi naukami widzimy dzisiaj na własne oczy. Chrześcijaństwo zamiast być komfortem dla duszy i drogą do zbawienia stało się najbardziej opresyjnym systemem polityczno-religijnym na świecie. W imię Boga i z jego imieniem na ustach wymordowano, więziono i prześladowano miliony ludzi na świecie. Wątpię, czy tego właśnie chciał Jezus, no ale to już sprawa dla teologów. Fakt jest faktem, że tak naprawdę nie wiemy, co Jezus robił pomiędzy siódmym a trzydziestym rokiem życia i gdzie przebywał. Wszystko, co o tym wiemy, to tylko domysły…     

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Atomowy program Hitlera (2)

 


Drugą zagadką jest legenda o złocie Wrocławia. Otóż Gauleiter Dolnego Śląska – SS-Gruppenführer a późniejszy SS-Reichsführer Karl Hanke wydał polecenie zebrania wszelkich depozytów bankowych (7 ton!) i innych cennych rzeczy od mieszkańców Festung Breslau w budynku Prezydium Policji – dziś KWP – po czym skarb ten w postaci kilkudziesięciu skrzyń i skrzynek został wywieziony w niewiadomym kierunku i przepadł. Do dziś dnia. Skarb miał zostać zgromadzony w budynku prezydium policji przy Podwalu. Następnie przewieziony z Wrocławia w kierunku Jeleniej Góry. Po przejechaniu przez Złotoryję, po kilku kilometrach – w okolicy Nowego Kościoła, ślad miał się urwać… Według innych, konkretnie samego Herberta Klosego (oficera policji wrocławskiej i świadka koronnego), w ostatnich dniach grudnia wywieziono z miasta kilkanaście ciężkich metalowych i drewnianych skrzyń do dwóch metrów długości. Wwożono złoto Wrocławia na Śnieżkę, ale w czasie transportu Klose spadł z konia, uderzył się w głowę i nie pamięta dalszego ciągu wydarzeń. To dość mało prawdopodobna wersja. Trzej pozostali oficerowie zostali podobno rozstrzelani.

Klose wymienia siedem miejsc, gdzie może ukrywać się złoto Wrocławia – każde zostało przeczesane przez miłośników skarbów. Są to:

1.      Cieplice (dzielnica Jeleniej Góry),

2.     Ostrzyca Proboszowicka (najwyższy wulkan w Polsce na Pogórzu Kaczawskim między Złotoryją i Jelenią Górą),

3.     zamek Grodziec,

4.    góra Ślęża zwana śląskim Olimpem,

5.     podziemia Twierdzy Kłodzko,

6.    Śnieżka (która miała być zajęta przez Niemców i której dotyczy mało prawdopodobna historia o upadku z konia), a także…

7.     …góra Wielisławka.[1]    

Skarby Wrocławia miały być tam ukryte i czekać na powrót nazistów na Dolny Śląsk. Pięknie – tylko coś mi tu się nie zgadza. Skarby ukryto tak dobrze, że do dziś dnia ich nie znaleziono, a jeżeli nawet zlokalizowano, to nie da się ich wydobyć, bo są zasypane tysiącami ton ziemi i skał czy zalane tysiącami ton wody, a na dodatek zabezpieczone systemami min pułapek i/albo fugasami chemicznymi. Ich po prostu nie da się wydobyć. I kwita!

Jaki jest sens tak ukrywać skarby?

Prawda musi być inna.

Osobiście jestem zdania, że to, co zawierały skrzynie we wrocławskim Prezydium Policji nie miało nic wspólnego ze złotem i kosztownościami. To musiało być równie cenne i ważne jak złoto. To były maszyny i urządzenia z hitlerowskiego programu badawczego – wcale nie musiał to być program atomowy – prowadzonego w tych dwóch wieżach. Znając nazistowskie wariactwa można śmiało przypuszczać, że mogło to być coś innego – np. zderzacz cząstek, cyklotron, albo maszyna czasu…

Nie, nie żartuję. Maszyna czasu, czasolot, chronoskaf, chronopenetrator, chronobus… Takim chronomotem mógł być legendarny i przez niektórych obśmiany Die Glocke – Dzwon. Latało to-to słabo, ale za to przemieszczało się w Czasie. Ponoć jeden z nich wylądował w amerykańskim Kecksburgu, PA, w dniu 9.XII.1965 roku, a zatem w 20 lat po wojnie...

Badanie incydentu w Kecksburgu od początku stanowiło duży problem. Policja i wojsko zaprzeczały, by cokolwiek znaleziono a gazeta „Tribune-Review” z Greensburga, która opisała zdarzenie ze wszystkimi dziwnymi szczegółami, w kolejnym wydaniu opublikowała (prawdopodobnie wymuszone) dementi, stwierdzając, że w lesie upadł meteoryt.

Dziennikarz John Murphy intensywnie badał sprawę z zamiarem przedstawienia wyniku swoich ustaleń w radiowym reportażu „Obiekt w lesie”. Na krótko przed tym Murphy’ego odwiedzili funkcjonariusze służb specjalnych, którzy wymusili na nim zwrot najcenniejszych materiałów. Po wyemitowaniu ocenzurowanej i okrojonej wersji reportażu Murphy stracił zapał do dalszego badania sprawy i niechętnie o niej mówił. Zmarł w 1969 podczas wakacji w okolicach miasta Ventura w Kalifornii, potrącony przez niezidentyfikowanego kierowcę.

Ufolog Stan Gordon dotarł do oficjalnych dokumentów na temat incydentu w Kecksburgu, które były przechowywane przez Siły Powietrzne USA. Wynikało z nich, że zdarzeniem interesowały się różne ośrodki zaczynając od Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD) na Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego (KSC) kończąc, musiało więc mieć ono duże znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego. Z tych dokumentów wynika że o 2:00 w nocy odwołano poszukiwania, niczego nie znajdując i że forsowane przez wojsko i władze wytłumaczenie mówiło o obserwacji meteoroidu.

W 1966, a więc rok po incydencie, badacz zjawisk niezwykłych Ivan T. Sanderson, sporządził dokładną analizę obserwacji bolidu, które poprzedzały zdarzenie w Kecksburgu. Doszedł on do wniosku, że jasny obiekt, pozostawiający wyraźną smugę dymu, był widoczny aż przez sześć minut. Poruszał się wolniej niż spadająca gwiazda, ale zbyt szybko jak na samolot i bez wątpienia to on spadł do lasu koło farmy Frances Kalp. Na przestrzeni lat pojawiali się wojskowi oferujący różnego rodzaju przecieki. Jeden z nich twierdził, że widział „metalowy żołądź” w bazie lotniczej we wsi Lockbourne w stanie Ohio a drugi, że w bazie Wright-Patterson niedaleko Dayton również w Ohio.

Ekspert od technologii kosmicznej James Oberg zasugerował, że za incydent w Kecksburgu odpowiedzialne były szczątki radzieckiej sondy kosmicznej Kosmos 96, która wystartowała z zamiarem dotarcia do Wenus, ale nie zdołała opuścić orbity okołoziemskiej w wyniku usterki. Sonda miała kształt stożka, ale była znacznie mniejsza od tego z Pensylwanii. Zgodnie z raportem United States Space Command (USSPACECOM), szczątki radzieckiej sondy spadły w Kanadzie kilkanaście godzin przed incydentem w Kecksburgu. Specjalista NASA Nicholas L. Johnson zajmujący się między innymi kosmicznymi śmieciami wykluczył, by te dwie sprawy cokolwiek łączyło.

Dziennikarka Leslie Kean wygrała z NASA proces o udostępnienie informacji na temat incydentu w Kecksburgu. Poszukiwania dokumentów, nadzorowane przez sąd, zakończono w 2009, a wnioski Kean opisała w specjalnym raporcie w którym nie znalazły się żadne nowe ustalenia. NASA miała obowiązek badać przypadki katastrof zagranicznych statków kosmicznych na terytorium Stanów Zjednoczonych, ale w sprawie incydentu w Kecksburgu agencja miała niewiele do powiedzenia. Według Leslie Kean i innych ufologów w Kecksburgu nie rozbił się radziecki statek kosmiczny ale jakiś tajny pojazd amerykański generujący promieniowanie radioaktywne.[2]

Takie postawienie sprawy: nazi-UFO vel V-7 = czasolot wyjaśnia, czego tak naprawdę szukali niemieccy naukowcy w Tybecie, Skandynawii, Ameryce Pd. i Egipcie. Oczywiście szukali śladów dawnych Ariów i Atlantydów – co twierdzili wprost i jawnie. Tajną częścią ich misji było poszukiwanie śladów… hitlerowskich chrononautów w dalekiej Przeszłości. Dlatego tak uporczywie badali symbolikę i wierzenia dawnych ludów. Dlatego tak badali parametry fizyczne ciał ludzi zamieszkałych na tamtych terenach. Szukali po prostu śladów swych rodaków! A  że to wariactwo? – no cóż – w tym szaleństwie była metoda…

Ale wracajmy na ziemię. Obawiam się, że prawda wyglądała inaczej – skrzynie ze skarbem Wrocławia – czyli aparaturą z obu wież – zostały przewiezione na czekającą na nie barkę i spławione Odrą do Berlina czy Świnoujścia – i albo zostały przekazane Amerykanom w zamian za nietykalność, albo wywiezione do Ameryki Pd. NB., podobnie było z ucieczką Führera – co opisałem wcześniej.[3] Hitler po prostu uciekł z Berlina pod koniec kwietnia 1945 roku i też korzystał w drogi wodnej. Anglicy i Amerykanie okładali bombami drogi i koleje, zapominając o rzekach. Wystarczyła szybka łódź motorowa i Hitler bezpiecznie ląduje w Hamburgu, a stamtąd U-bootem udaje się do Ameryki Pd. Istnieją bardzo wyraźne poszlaki, że Hitler znalazł schronienie w Chile.[4]  

Ale to już temat z innej ballady.     

niedziela, 3 stycznia 2021

Atomowy program Hitlera (1)

 

Bomba A Hitlera

Kiedy w połowie lat 90. ub. stulecia wraz z dr. Milošem Jesenským pisałem książkę o pozaziemskich technologiach w III Rzeszy, to naszą uwagę zwrócił fakt, że Niemcy chcieli skonstruować bombę A w ramach swego projektu Wunderwaffe – cudownej broni odwetowej, która odwróciłaby losy wojny – przede wszystkim na Wschodzie, gdzie Armia Czerwona po początkowych porażkach i przegranych bitwach brała srogi odwet.

W ramach tego projektu powstawały konstrukcje, które stanowiły podstawę dzisiejszych konstrukcji broni takich jak: samoloty odrzutowe, rakiety balistyczne i kosmiczne - ICBM, konwencjonalne i atomowe okręty podwodne, podwodne wyrzutnie SLBM, elektroniczne maszyny szyfrujące i deszyfrujące – ENIGMA, komputery lampowe, itd. itp. – w tym także zagadkowe latające talerze znane pod ogólnym określeniem V-7. A do tego wszystkiego zagadkowe obiekty pod zamkiem Książ (Fürstenstein), w zamku Czocha (Tschocha) czy w górach Sowich – der Riese… - te tajemnice i zagadki wciąż czekają na swe rozwiązanie.

Oczywiście przyjęliśmy wtedy, że Riese był hitlerowskim Alamogordo, gdzie niemieccy uczeni pracowali nad energią jądrową. Sprzyjało temu położenie z daleka od frontów i poza zasięgiem alianckiego lotnictwa, obecność rud uranowych w Kowarach i Górach Sowich, źródeł wody do flotacji i wzbogacania rudy oraz innych procesów technologicznych. Problem polega na tym, że rzecz jest nie do udowodnienia – bo pozostały nam relacje świadków i niejasne dokumenty z czasów PRL. Wszystko, co było tam umieszczone zostało zdemontowane i wywiezione już to do Rzeszy i dalej przekazane Amerykanom i Brytyjczykom, już to do ZSRR, gdzie powstawały właśnie ośrodki badań nad energią jądrową.[1]

Bogusław Wołoszański w jednym z programów z cyklu „Sekrety XX wieku” opowiedział o dwóch tajemnicach Wrocławia, które w pewien niezwykły sposób wiążą się ze sobą, a obie mają związek także z tajemnicami Gór Sowich. Pierwszą z nich są dwie dziwne budowle znajdujące się we Wrocławiu i które określa się jako schrony przeciwlotnicze chyba tylko poprzez analogię do podobnych budowli w Berlinie, które miały za zadanie bronić miasta przed alianckimi samolotami. Jedno jest pewne – te wrocławskie „schrony” nie mogły nimi być, bo po prostu nie mają parametrów typowych dla tego rodzaju budowli typu LSR. Bogusław Wołoszański stawia więc na to, że budowle te mogły być jakimiś instalacjami i bez ogródek twierdzi, że były to reaktory jądrowe. Ale to też jest dziwne – niemieccy uczeni musieli znać i potrafili obliczyć efekty eksplozji takiego urządzenia nuklearnego, a mimo to postawili dwa z nich w mieście? Wrocław to rozległe miasto i eksplozja takiego … czegoś zrównałaby je z ziemią, o mieszkańcach już nie mówiąc, bo wiadomo, że wybuch jądrowy by ich zabił.


Lokalizacja  tajemniczych "schronów" we Wrocławiu

Wygląd jednego ze "schronów"


Pisze tedy Bogusław Wołoszański:

 

Ślady hitlerowskiego programu atomowego w Polsce

 

Wydawałoby się, że wiemy już wszystko o historii II wojny światowej. Tymczasem nawet na ulicy można natknąć się na tajemnice i zagadki.

Oto we Wrocławiu na pl. Strzegomskim stoi wysoki okrągły budynek, a drugi taki sam na ulicy Ołbińskiej.  A nikt nie wie, czemu miały służyć. Można usłyszeć, że to schrony przeciwlotnicze wzniesione na początku lat 40. Tyle że wystarczy chwila zastanowienia nad ich architekturą, by pojawiły się wątpliwości.

Zazwyczaj takie obiekty lokowano pod ziemią (niemieckie normy przewidywały głębokość 15 m w gruncie piaszczystym i 6 m w skałach) lub pod masywnymi budynkami, stanowiącymi dodatkowe zabezpieczenie. A te budowle (łatwe do wypatrzenia z powietrza) wyrosły na 5 pięter. Na każdej kondygnacji widać wiele okrągłych otworów. Wentylacyjnych? W schronie, który miał zabezpieczać ludzi przed gazami? W dodatku liczne otwory osłabiały konstrukcję.

Wewnętrzna architektura jest jeszcze bardziej zastanawiająca. Komunikację między piętrami zapewniała szeroka klatka schodowa w prostokątnej przybudówce oraz schody opasujące centralny szyb. Podobno były też dwie windy, po których pozostały otwory w podłogach. Windy w schronie przeciwlotniczym?! Wniosek może być tylko jeden: to nie był schron przeciwlotniczy.

Więc co? Odpowiedzi należy szukać dość daleko od Wrocławia – w niemieckich miejscowościach Miersdorf pod Berlinem i Bad Saarow koło Frankfurtu nad Odrą. Tam też wybudowano podobne okrągłe bunkry z klatkami schodowymi w prostokątnych przybudówkach, choć dużo niższe i wpuszczone w ziemię na półtora metra. Co do ich przeznaczenia nie ma wątpliwości: były to obiekty hitlerowskiego programu nuklearnego. W Miersdorf działał cyklotron, zaś w Bad Saarow umieszczono prawdopodobnie elektromagnetyczny separator izotopów.

Czyżby wrocławskie bunkry służyły temu samemu celowi? I tak dochodzimy do jednej z najbardziej frapujących tajemnic II wojny światowej: niemieckiej bomby atomowej. Jeszcze kilka lat temu sprawa wydawała się oczywista: hitlerowcy próbowali zbudować bombę „A”, lecz zabrakło im czasu. Dowodem miał być niedokończony reaktor w Haigerloch na zachód od Monachium, odnaleziony w 1945 r. przez żołnierzy USA. Dzisiaj już wiemy, że reaktorów było więcej. Jeden z nich w Lipsku eksplodował, w innych miejscach osiągano pewne sukcesy.  Prawdziwą sensacją stało się ujawnienie przez Archiwum Prezydenta Federacji Rosyjskiej raportów szefa wywiadu wojskowego GRU Iwana Iliczowa. W końcu marca 1945 r. informował Stalina, że Niemcy przeprowadzili w Turyngii dwie eksplozje o niezwykłej mocy. „Bomba zawierała przypuszczalnie Uran 235” – oceniał Iliczow.

Stalin, zdając sobie sprawę z wagi tej informacji, przekazał raport Igorowi Kurczatowowi, szefowi radzieckiego programu nuklearnego. Naukowiec wstrzymał się od ostatecznej oceny, lecz nie wykluczył, że mogła to być eksplozja atomowa. Dalsze odkrycia (poczynione już po wkroczeniu do Turyngii wojsk USA) wskazują, że hitlerowcy przeprowadzili próbny wybuch atomowy o niewielkiej mocy. W czasie tego testu śmierć poniosło kilkuset więźniów pobliskiego obozu koncentracyjnego, których wykorzystano do sprawdzenia skutków eksplozji, a potem ich ciała spalono. Próba była filmowana i ten film przejęli Rosjanie. Do dziś jest zamknięty w archiwum.

Wydaje się więc pewne, że hitlerowcy byli blisko skonstruowania bomby nuklearnej. Nie starczyło im czasu z ich własnej winy, choć to niemiecki naukowiec Otto Hahn pierwszy dokonał rozbicia jądra że to osiągnięcie można wykorzystać, i nie wierzył w moc nowej broni. Najpierw, gdy Wehrmacht odnosił zwycięstwa, nie było powodów, aby wydawać miliony na badania nad atomem. Później, gdy odwróciły się losy wojny, trudno było nadrobić stracony czas. Tym bardziej że środowisko niemieckich naukowców było skłócone, ścierały się też władze i dowództwo wojskowe.

Czy w tej niezwykłej i wciąż tajnej historii niemieckiej broni nuklearnej możemy szukać wyjaśnienia wrocławskiej zagadki?  A może ta historia łączy się z tajemnicą gigantycznych podziemi „Riese” w okolicach Wałbrzycha. Trudno bowiem uwierzyć, że podziemne sztolnie drążono po to, aby ukryć w nich fabryki zagrożone alianckimi nalotami. Największe, wybetonowane już hale w kompleksach „Osówka” i „Rzeczka”, choć wysokie, są za wąskie i za krótkie, aby można było podjąć w nich masową produkcję zbrojeniową. Przeniesienie zakładów przemysłowych z centralnych części Niemiec na Dolny Śląsk w końcu 1944 r.  wydaje się niemożliwe.

Wystarczy porównać podobną operację przeprowadzoną w ZSRR w 1941 r.: dla przewiezienia maszyn z jednego tylko zakładu „Zaporożstal” potrzeba było 8 tys. wagonów.  Ewakuacja, choć uratowała radziecką gospodarkę, na wiele miesięcy poważnie obniżyła wyniki produkcyjne. W końcu 1944 r. Niemcy nie mogli sobie na to pozwolić. Zwłaszcza że alianckie naloty niewiele szkodziły niemieckiemu przemysłowi, a ich głównym celem nie były fabryki (20 proc. zrzuconych bomb), lecz linie komunikacyjne (32 proc.) i ośrodki administracyjne (20 proc.).

Czyżby więc okrągłe bunkry we Wrocławiu wskazywały kierunek rozważań nad przeznaczeniem kompleksu „Riese”? Hale w „Osówce” i „Rzeczce”, za krótkie i wąskie dla produkcji przemysłowej, są w sam raz dla wirówek wzbogacających uran. Może więc warto rozglądać się bacznie, spacerując ulicami…[2] 

 

I jeszcze jeden tekst o hitlerowskiej bombie A:

 

Bomba atomowa Hitlera. Niezwykła broń, która nie zmieniła losu II wojny

 

Atomowy grzyb nad Nowym Jorkiem rośnie w oczach. Załoga niemieckiego bombowca, który przeleciał nad Atlantykiem tylko po to, by zrzucić na amerykańską metropolię śmiercionośny ładunek, składa sobie gratulacje, przyznając w myślach Krzyże Żelazne. Plan fuhrera działa. Niszczycielska moc nowej broni daje nadzieję na odmianę losu i zwycięstwo III Rzeszy.

Ten scenariusz, kreślony wielokrotnie przez różnych fantastów, może wydawać się bardzo przekonujący. Zwłaszcza gdy popkultura weźmie go w swoje tryby, racząc nas choćby serialową adaptacją „Człowieka z wysokiego zamku” czy filmowymi dziełami na miarę „Vaterlandu”. Warto jednak zastanowić się, czy niemiecka Wunderwaffe – cudowna broń – a zwłaszcza bomba atomowa, faktycznie mogła zmienić los II wojny? I czy Niemcy byli w stanie ją wyprodukować?

Łatwiejsza wydaje się odpowiedź na drugie pytanie, bo przecież gdyby mogli, to by wyprodukowali. Problem jest jednak bardziej złożony, o czym świadczą różne, czasem skrajnie odmienne interpretacje badaczy poszukujących odpowiedzi na pytanie, jak blisko wyprodukowania broni jądrowej była III Rzesza.

 


Amerika Bomber: tym samolotem Hitler chciał zbombardować Nowy Jork


Dla kogo pracował Heisenberg? Zacznijmy od kwestii podstawowej, czyli powszechnie znanej historii projektu Virushaus - niemieckich badań nad rozszczepieniem atomu, rozpoczętych jeszcze w 1939 roku i kontynuowanych pod kierunkiem Otto Hahna i Wernera Heisenberga w kolejnych latach. Przebieg prac i ich zaawansowanie są przedmiotem sporu historyków – w świetle dostępnych dokumentów nie ma zgody co do tego, jak blisko, albo raczej jak daleko zbudowania bomby atomowej byli Niemcy.

Po wojnie Heisenberg utrzymywał, że jego prawdziwym celem było maksymalne spowolnienie i sabotowanie prac. Ten „kombatancki” epizod został zdemaskowany po odkryciu korespondencji Nielsa Bohra – wynikało z niej, że Heisenberg nie tylko nie sabotował prac, ale przewidując zwycięstwo III Rzeszy namawiał innych fizyków do pomocy w opracowaniu niemieckiej bomby atomowej.

Komandosi kontra Norsk Hydro. Niezależnie od tego kres niemieckich nadziei na finał prac położyło zniszczenie zapasów ciężkiej wody. Ta – zdaniem alianckiego wywiadu – była Niemcom niezbędna do prac badawczych nad bronią atomową, a produkowały ją norweskie zakłady Norsk Hydro.

Nic zatem dziwnego, że alianci podjęli kilka prób zniszczenia fabryki, wysyłając jednostki specjalne i bombowce. Niemcy byli jednak w stanie szybko naprawić zniszczenia i ponownie produkować strategiczny surowiec. Problem w tym, że był on potrzebny w Rzeszy, a nie w Norwegii.

Gdy Niemcy usiłowali przewieźć z Norwegii bezcenny ładunek 16 ton ciężkiej wody, brytyjskie jednostki specjalne po raz kolejny dowiodły swojej skuteczności. Wraz z lokalnym ruchem oporu posłały na dno jeziora Tinn prom z cysternami, co stało się kanwą brytyjskiego filmu z lat 60. „Bohaterowie Telemarku”. Dopiero po wojnie okazało się, że ilość i jakość będącego w zasięgu Niemców surowca była niewystarczająca do uruchomienia reaktora.

Projekt Manhatan – nowa gałąź przemysłu. W przypadku III Rzeszy był to jeden z wielu prowadzonych równolegle projektów, który – pod względem przeznaczonych zasobów – w żadnym wypadku nie można uznać za priorytetowy. Zupełnie inaczej było w przypadku Amerykanów. Czytając niektóre opracowania opisujące prace prowadzone w pustynnym laboratorium Los Alamos, łatwo przywołać przed oczy obraz jakiegoś zagubionego na odludziu ośrodka, w którym grupa jajogłowych z potarganymi czuprynami prowadzi sobie swoje doświadczenia. Nic bardziej mylnego.

Amerykański Projekt Manhattan był gigantycznym przedsięwzięciem, wymagającym ogromnych – niedostępnych dla większości państw – zasobów. Ba - Amerykanie celowo dodatkowo zawyżali informacje o kosztach, by zniechęcić inne kraje do uruchamiania własnych programów atomowych. Ikoniczne „pustynne laboratorium” Los Alamos było zbudowanym niemal od zera kilkutysięcznym miastem. Poza nim na terenie całych Stanów Zjednoczonych nad tym samym celem pracowało kilkadziesiąt innych ośrodków. Jednym z nich był np. odpowiedzialny za wzbogacanie uranu ośrodek X w pobliżu Oak Ridge w Tennesee, zajmujący powierzchnię około 250 km kwadratowych.

Los Alamos – najwyższy poziom IQ na kilometr kwadratowy. Dość wspomnieć, że nad Projektem Manhattan pracowało jednocześnie około 130 tys. osób. Przeznaczono na niego ok. 2 mld dol., co dziś stanowiłoby równowartość 30 mld dol. Pod względem zaangażowanych środków „przemysł atomowy” był w tamtym czasie porównywalny z amerykańskim przemysłem motoryzacyjnym. Rozmach, z jakim działały Stany Zjednoczone, podkreśla dodatkowo fakt, że całą tę gałąź przemysłu stworzono od zera w ciągu zaledwie dwóch lat.

Odrębną kwestią jest wyjątkowa i niemożliwa do uzyskania w innych czasach szansa, jaka pojawiła się za sprawą zajęcia niemal całej Europy przez Niemców. Uciekając przed okupacją, prześladowaniami czy – w przypadku badaczy mających żydowskie korzenie – Holokaustem, do Stanów przybyli najlepsi naukowcy świata.

Prawdopodobnie nigdy wcześniej ani nigdy później nie udało się zebrać w jednym miejscu i skłonić do pracy nad wspólnym celem tak wielkiej liczby najwybitniejszych umysłów, jakimi w danym czasie dysponowała ludzkość. O takich zasobach materiałowych i ludzkich III Rzesza – choć pracowali dla niej utalentowani fizycy - nie mogła nawet marzyć.

Niemieckie testy w ostatnich tygodniach wojny. Niezależnie od tego i od wspomnianych wcześniej kontrowersji dotyczących zaawansowania niemieckiego programu budowy bomby atomowej, niektórzy badacze i popularyzatorzy nauki są skłonni uznać, że III Rzesza była bardzo bliska sukcesu.

Wskazującym na to tropem mają być testy nieznanej broni prowadzone w marcu 1945 roku na poligonie Ohrdruf w Turyngii. Jak przekonuje m.in. Bogusław Wołoszański, według zachowanych relacji przetestowano tam broń o niezwykłej sile, a analiza przedstawiona Stalinowi przez wywiad wojskowy z jakiegoś powodu skłoniła sowieckiego dyktatora do znacznego przyspieszenia operacji, której celem było zdobycie Berlina.

Nawet najnowocześniejsza broń opracowana pod koniec wojny - jak odrzutowy bombowiec Arado Ar 234B - nie mogła zmienić losu III Rzeszy

Podobne relacje, ale z innego miejsca – wyspy Uznam w pobliżu ośrodka badawczego Peenemünde – przekazał włoski dziennikarz Luigi Romersa, który na polecenie Mussoliniego relacjonował niemieckie próby poligonowe. Według jego relacji przed planowaną eksplozją konieczne było ubranie ochronnych kombinezonów.

Ślady takich – mniej lub gorzej udokumentowanych relacji – stały się kanwą kilku książek, których autorzy, jak Rainer Karlsch w „Atomowej bombie Hitlera”, stawiają tezę, że III Rzesza, mimo wszelkich przeciwności, pod sam koniec wojny przetestowała broń atomową. Sceptycy podważają te doniesienia wskazując, że broń o ogromnej sile rażenia faktycznie w Turyngii przetestowano, ale nie były to ładunki jądrowe, lecz paliwowo–powietrzne. W ich przypadku zapłon rozpylonej w powietrzu chmury pyłu albo palnego aerozolu powoduje potężną eksplozję, której siłę – przy większych ładunkach – można porównywać z niewielkimi głowicami jądrowymi.

Co by było, gdyby…? A zatem: czy gdyby Niemcy faktycznie zdołali opracować broń atomową, byliby w stanie zmienić los II wojny? Zakładając powodzenie programu Virushaus musimy pamiętać, że ewentualny sukces miałby miejsce nie wcześniej niż w drugiej połowie 1944 roku. Czyli już nie tylko po symbolicznym Stalingradzie, ale i po sowieckiej operacji Bagration, która pozbawiła III Rzeszę inicjatywy, wybiła potężną Grupę Armii „Środek” i zmusiła Niemców do desperackiej obrony.

Jeden czy w najlepszym wypadku kilka ładunków jądrowych – bo o masowej produkcji w tamtych realiach nie mogło być mowy – nie byłyby w stanie zmienić strategicznej sytuacji III Rzeszy. Zrzut bomby na jakiś punkt koncentracji radzieckich wojsk mógłby zabić kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, ale trudno przypuszczać, by takie straty mogły zrobić wielkie wrażenie na Stalinie i jego dowódcach, podobnie jak zniszczenie jakiegoś miasta. Tym bardziej, że w przypadku europejskiej zabudowy zniszczenia byłyby daleko mniej spektakularne niż w Hiroszimie czy Nagasaki, zabudowanych lekkimi domami z drewna.

Z drugiej strony – przy założeniu wczesnego użycia bomby atomowej przeciwko zachodnim aliantom – pewną szansę na sukces dawało zaatakowanie sił inwazyjnych, które w dniu D otworzyły na plażach Normandii tzw. drugi front. Warto jednak pamiętać, że nawet zniszczenie lądujących wojsk na jednej z pięciu plaż raczej nie przekreśliłoby sukcesu największego desantu morskiego w historii świata. Odrębną kwestią jest możliwość zbombardowania sił inwazyjnych – panowanie aliantów w powietrzu i miażdżąca przewaga nad Luftwaffe czyniły taką próbę mało realną. Równie mało prawdopodobne jest użycie rakiet. Prace nad większymi modelami o dużym zasięgu były jeszcze w powijakach, a pierwsze ładunki były zbyt ciężkie, by umieścić je w głowicy przenoszonej przez V-2.

W takim kontekście – choć próby tworzenia alternatywnej historii zawsze obarczone są ryzykiem popełnienia błędu – wydaje się niemal pewne, że niemiecka bomba atomowa, nawet gdyby powstała, nie byłaby w stanie zmienić losów II wojny światowej. W ostatnich miesiącach istnienia III Rzeszy było na to po prostu za późno.[3] 

I opinie czytelników:

·        Bzdury ten pismak pisze. Gdyby Niemcy faktycznie miały taką możliwość, to zrzucenie bomby na Londyn lub Paryż połączone ze złośliwym pytaniem "gdzie chcecie następną" skutecznie zahamowałyby ofensywę -bo przecież nikt nie miał gwarancji, czy "następna" w ogóle istnieje, a jeżeli istnieje, to ile jest takich 'niespodzianek'.

·        To nie są dzisiejsze czasy, kiedy 'z grubsza' wiadomo, czego się po takim wybuchu spodziewać -wtedy byłby to PIERWSZY atak potężnej broni o nieznanych właściwościach.

·        Oj ludzie! Ludzie! Możecie być naiwni, ale nie bądźcie G Ł U P I! Nad bronią jądrową w III Rzeszy pracowały minimum trzy różne zespoły. Faktycznie, konowały od bomby Atomowej dreptali w miejscu. Interesującym jest fakt, że: Ministerstwo Poczty Rzeszy (to nie żart, tylko system totalitarny!) osiągnęło sukces na polu zbudowania bomby jądrowej N. Tak! Od razu Neutronowej! O małej sile. Doszło do tego przypadkiem, podczas testów na poligonie w Kummstorfie w II połowie 1943 roku, miała miejsce nie kontrolowana reakcja jądrowa, zakończona wybuchem o małej sile. Podczas analizy powypadkowej zajścia, szef zespołu odkrył zasady reakcji termojądrowej! W wyniku dalszych prac, w październiku 1944 roku na wyspie Uznam przetestowano pierwszy, z prawdziwego zdarzenia ładunek termojądrowy, o mikro sile. W Lutym 1945 roku w górach na poligonie, koło Ilmmenau w Thüringen zdetonowano ładunek o dużo większej sile. Ofiarami testów byli więźniowie z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Po eksplozji, żyjące ofiary (więźniowie) SS-mani palili żywcem na stosach! Ofiary promieni Gamma umierały w przeciągu 8h w męczarniach, ci co jeszcze żyli, przypominali Zombi. Na testach spotkał się Himmler ze Speerem. Doszli do wniosku, że to i tak już nic nie zmieni w sytuacji III Rzeszy. Pod koniec marca 1945 roku, Korpus Pancerny SS wyruszył z Pragi Czeskiej, w kierunku Budziszyn, Cottbus, oficjalnie na odsiecz Berlinowi. Zatrzymał się na krótko w okolicach Wałbrzycha i Doliny Kłodzkiej. Jeżeli kiedykolwiek zostanie odnaleziony "zaginiony pociąg", to będzie w nim broń jądrowa III Rzeszy i "lepsze wynalazki", o jaki wam się nawet nie śniło! Kolorowych snów! Teraz wiem skąd się wzięło, że dziadek Obamy wyzwolił Auschwitz

·        Wszystkim mądralom znającym się na wszystkim polecam książkę Richarda Rhodesa "Jak powstała bomba atomowa" oraz dla tych co chcieliby zniszczenia ZSRR w wyniku III WS polecam książkę Davida Hollowaya  "Stalin”

·        Oczywiście nie ma żadnego znaczenia fakt że niemieccy badacze przeszacowali ilość potrzebnego wzbogaconego uranu który był niezbędny do budowy ładunku - a nie mieli dość czasu na wydobycie planowanej ilości...

 

CDN.



[1] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland – pozaziemskie technologie III Rzeszy”, WiS2, Warszawa 2001.

sobota, 2 stycznia 2021

Jak parowozy uratowały pasażerów przed zamarznięciem

 


Stanisław Bednarz

 

Patrząc na dzisiejsze słońce, brak śniegu nie sposób nie wspomnieć o horrendalnym Sylwestrze i Nowym Roku 1978/1979  (potocznie tzw. zima stulecia choć nią nie była). 30  grudnia, za sprawą rzadko spotykanego układu  niżów i wyżów, zaczęły napływać do naszego kraju lodowate masy powietrza. Temperatura spadła do minus 25 stopni, Tej samej nocy, kiedy wszyscy świętowali rozpoczęcie się Nowego Roku, zaczął padać śnieg…

Przez cały dzień i noc sylwestrową spadło tyle śniegu, że jedni w ogóle nie dotarli na zabawy noworoczne, zaś inni zostali uziemieni tam, gdzie Nowy Rok witali… Śnieg padał przez cały Sylwester i Nowy Rok oraz 2 stycznia, siła wiatru dochodziła do 11 stopni w skali Beauforta, a temperatura spadała do minus 25 stopni. Przez 92 godziny nieprzerwanie trwała zamieć, a dochodzące do wysokości 3,5 m zaspy sparaliżowały komunikację.

Tymczasem u nas na południu Polski i w Jordanowie w Sylwestra   panowała ciepła pogoda temperatura było +8°C.  U nas sielanka skończyła się  1 stycznia rano gdy już było -14°C,  ale skala zjawisk nie była tak ostra jak na obszarze nizinnej Polski…

Sparaliżowało kolej. Kto wyjechał pociągiem na spotkanie Nowego Roku utknął. W kolejnych dniach wskutek zakłóceń w transporcie zaczęło brakować węgla. Zamarznięte zwrotnice kolejowe i popękane szyny i trakcja spowodowały, że transporty węgla do elektrociepłowni docierały rzadko. Już samo to powodowało wielogodzinne opóźnienia pociągów, a znacznie je zwiększyło przyznanie przez Ministerstwo priorytetu składom wiozącym węgiel. Pociągi towarowe również zatrzymywane były przez zaspy, a kiedy cudem dojeżdżały do miejsca przeznaczenia, węgiel był tak zmarznięty, że nie tylko nie dawało się go od razu użyć, lecz nawet rozładować z wagonów. 

Odwołano osiemset połączeń pasażerskich, a te, które utrzymano, biły rekordy opóźnień. Ot choćby nocny pociąg ze Szczecina do Białegostoku, który zgodnie z rozkładem miał być na stacji docelowej rano, tymczasem było już dobre południe, kiedy wyjechał… z Gdyni. Skład Kołobrzeg–Warszawa jechał– równo 26 godzin. W okolicach Piły  w zaspach utknęły trzy pociągi osobowe. Nic dziwnego, że na dworcach rozgrywały się sceny apokaliptyczne. Kłębiły się tłumy pasażerów. Jednak i oni utknęli w pociągach i na stacjach. Pociąg osobowy zdążający z Kielc do Katowic utknął w zaspach śnieżnych w okolicach Charsznicy, a pociąg jadący z Katowic do Gdyni dotarł do celu po 28 godzinach, mając 17 godzin spóźnienia W nieogrzewanych z powodu zerwania  trakcji  pociągach utknęły tysiące ludzi.

Na ratunek wyruszyły  wtedy niezawodne parowozy, które dały upragnione ciepło do wagonów. Uruchomiono wszystkie czynne parowozy i one ruszyły na ratunek  zmarzniętym. Parowóz, jak poczciwe zwierzę  emanuje ciepło. W warunkach zimy tak ostrej szczególnie dobrze spisywały się Ty-2 lepiej przystosowane przez  dodatkowe zabezpieczenia. Składały się na nie: izolacja watą szklaną kotła i skrzyni tendrowej, instalacja ogrzewcza w skrzyni wodnej tendra, izolacja sprężarki, przeprowadzenie przewodów smarnych pod otulina kotła itp. Było to niewątpliwie wynikiem nieplanowanej konfrontacji Wehrmachtu i służb transportowych z warunkami rosyjskiej zimy przełomu lat 1941/1942.

„Zima stulecia” w Polsce zakończyła się 6 stycznia Kiedy w marcu przyszedł czas na podsumowania, zauważono przytomnie, że zima 1978/1979 była wprawdzie nieco chłodniejsza i dużo bardziej śnieżna, zwłaszcza na północy Polski, niż zimy poprzednie, jednak szczególnie się nie wyróżniła dlatego zima stulecia trzeba  ująć w cudzysłów. Bo prawdziwe zimy tego stulecia to 1928/1929 1939/1940 o nich innym razem.

 








Moje 3 grosze

 

Pamiętam i jest to jedno z najfajniejszych wspomnień, bo poczułem się jak bohater powieści Londona czy Curwooda. TV przekazywała hiobowe wieści z północy i zachodu kraju. W Jordanowie było fajnie - pamiętam jak szedłem na noworoczną domówkę, to było +8°C i wiał halny. Rano nie mogliśmy otworzyć drzwi, bo były zasypane śniegiem po kolana, ale drogi były już jako-tako przetarte. Sypał śnieg i temperatura spadła do -15°C... Jechałem wtedy trzy dni z Jordanowa do Kętrzyna przez Warszawę (do której dojechałem jeszcze o czasie), a potem przez Ełk i Giżycko do Kętrzyna. Podróż była koszmarna - ale wagony były ogrzewane...

Okazało się, że byłem w jednostce jako jeden z pierwszych, a ostatni kolega przyjechał z tygodniowym opóźnieniem. Przez ten tydzień odkopywaliśmy CS WOP ze śniegu i pomagaliśmy cywilom odkopywać miasto. Sytuację opanowano dopiero po 2 tygodniach, kiedy temperatura poszła w górę i zrobiło się cieplej...