Powered By Blogger

sobota, 4 grudnia 2021

Auto-da-fé na Rusi

 

Spalenie na stosie Andrieja Dimitriewa z żoną - obraz G. Miasojedowa

Aleksandr Smirnow

 

Ostre, opresyjne prawo nazywane jest drakońskim, ale nie ku czci smoków, ale Drakonta Ateńczyka, który napisał kodeks praw, w którym najbardziej popularną karą była kara śmierci - KS.

Spalenie żywcem politycznych albo religijnych przeciwników tradycyjnie uważa się za wymysł europejskiej Św. Inkwizycji. Mówiąc krótko, katolicy i protestanci w średniowiecznej Europie w „religijnym szale” palili jedni drugich na stosach. Na prawosławnej Rusi jakoby nie było takiego barbarzyństwa. Oczywiście na żywca palili siebie staroobrzędowcy, ale samolikwidacja tym sposobem przeciwników kościelnych reform patriarchy Nikona uważano za akt dobrowolny, a nie z wyroku kościelnego czy carskiego sądu. Niestety, historia palenia ludzi żywcem w Rosji ukazuje, że w tej zgrozie nie odstawaliśmy od reszty Europy.

 

Czary i „żydowska herezja”

 

Przyznać trzeba, że świadectwa o paleniu żywcem ludzi na dawnej Rusi do XV wieku nie znaleziono. Ale oto w 1446 roku, wyrokiem kniazia Iwana Możajskiego, w Moskwie spalono na stosie bojarzyna Andrieja Dimitriewa z żoną – „za czary”. A później postawiono na stosie matkę bojara Iwana Oszczery i ponownie za czary. Podobne oskarżenie mogło być za czyny nie mające z nimi nic wspólnego, np. za zbieranie leczniczych ziół czy za czytanie zagranicznych traktatów. Mogli też oskarżyć o służenie diabłu za carskie nagrody i nadania oraz bogate grunta… Komu przypadła własność spalonej bojarskiej pary (czyżby kniaziowi Możajskiemu?) historia milczy. Tylko za podejrzenie o otrucie wielkiego księcia Iwana III w styczniu 1498 roku, w Moskwie na Placu Czerwonym spalono na stosie księcia Wasyla Łukomskiego i Polaka Mattiasa. I spróbuj udowodnić, żeś nie chciał otruć panującego. Do tego trucie monarchów w tych czasach było czymś zwyczajnym, że śledztwo dokładnie w to nie wnikało.

No, ale to były auto-da-fé że tak powiemy indywidualne. „Masowe represje” tj. palenie na stosach z powodów politycznych, obruszyły się na polityczne elity Moskwy w styczniu 1505 roku. Na stos wstąpili: Wołk Kuricin, Dymitrij Kononow, Iwan Miakiszew – oskarżeni o „żydowską herezję”. To było w stolicy. W Niżnym Nowgorodzie na mocy tego samego oskarżenia na stos posłano Niekrasa Rukanowa i także archimandrytę jurewskiego – ojca Kasjana.

Na początku XVI wieku, imiona i nazwiska miały w Moskwie tylko znaczne osoby, a nie plebs. A już tym bardziej duchowny w randze archimandryty. Było to stanowisko porównywalne do stanowiska gubernatora miasta.

Car Iwan IV Groźny też nie wzdragał się przed obracaniem swych wrogów w popiół. Polecił on spalić księcia Worotyńskiego i Odojewskiego, ale za co – to pozostaje nieznane. Ostatni z rodu Niewiczych – car Fiodor Iwanowicz rozkazał spalić „czarownika za uszkodzenie mienia”, bo jakoby szkody te spowodował tatarski carewicz Murza Girej.

Czas Wielkiej Smuty wstrząsnął podstawami Państwa Moskiewskiego, ale nie osłabił chciwości Cerkwi Prawosławnej. I tak w 1607 roku, w Tule, z rozkazu cara Wasyla Szujskiego na małym ogniu był spalony (paskudna śmierć) Kiriła Siemienow. Za co skazano na tak straszną śmierć tego młodego człowieka – historykom nie wiadomo. A w 1684 roku, patriarcha Wszechrusi ogłosił żądanie, które wywołało zawiść u wszystkich europejskich świętych inkwizycji razem wziętych. Żądanie głowy Cerkwi Prawosławnej uprawomocnił car Wszechrusi Fiodor Aleksiejewicz (starszy brat Piotra I) swym dekretem. Wedle niego, wszystkich laików, którzy trzykrotnie opuścili nabożeństwa w świątyniach należało aresztować, przepytywać a następnie spalić na stosie. Wprawdzie tego ukazu nie egzekwowali nawet najbardziej fanatyczni dewoci, ale dokument pozostał…

 

„Za odstępstwo od wiary chrystusowej…”

 

Uważa się, że w momencie przekształcenia „barbarzyńskiej Moskwy” w „oświeconą Rosję imperialną” praktyka palenia ludzi na stosach odeszła w przeszłość. Ale gdzie tam! 3.VII.1737 roku, imperatorowa Anna Joannowna (krewna Piotra I) swym dekretem potwierdziła decyzję Senatu w sprawie byłego kapitana floty Aleksandra Woznicina. Dziedziczny dworzanin mający „wujka” w wyższym dowództwie Floty, zaś jego rodzona ciotka była zamężna z admirałem Grigorijem Spiridowem – tym niemniej nie mógł zrobić kariery. Skończywszy Morski Korpus, mierny miczman[1] przeszedł do służby w kawalerii. Ale w konnicy też sukcesów nie odniósł i powrócił do Floty. W końcu poszedł w odstawkę i osiedlił się pod Moskwą, przeklinając niesprawiedliwość losu. A oto kupiec Lejba Boruch (Żyd jak widać) utwierdził go w przekonaniu, że wszystkie biedy wynikają z nieprawdziwej wiary. Razem pojechali do Polski (wtedy jeszcze zagraniczne królestwo), gdzie poddał się on obrządkowi obrzezania. Powróciwszy do Rosji, żydowski neofita Aleksandr Woznicin wraz ze swym „duchowym przewodnikiem” pokazali się w Twierdzy Pietropawłowskiej. Imperatorowa napisała w aktach śledztwa: Kapitana floty Woznicyna za odstąpienie od chrześcijańskiej wiary i Żyda Borucha Lejbowa za przywiedzenie kapitana do żydowskiego prawa, by dalej to bezbożne dzieło się nie rozprzestrzeniło należy skazać na karę śmierci – spalić.

Obu ich spalono w lipcu 1737 roku na miejscu obecnego Newskiego Prospektu, gdzie w naszych czasach znajduje się kinoteatr „Barrikada”. Ponadto zbadawszy dokumenty Senatu można dodać, że religijnemu doradcy Lejbie Boruchowi doczepiono jeszcze jedną zbrodnięzabójstwo. Jemu doklejono zbrodnię zabójstwa w Smoleńskim ujeździe, we wsi Zariecz kapłana - ojca Awraama. A poza tym pomówiono go wraz z innymi Żydami o uśmiercenie kilkunastu dzieci, które im służyły (imion ofiar nie wymieniono). Za to – w myśl prawa Imperium Rosyjskiego z 1737 roku – groziła katorga, ale nie KS! Wszak kapitan rezerwy ani nie zabił prawosławnego batiuszki ani jakiegokolwiek dziecka! I tym niemniej spalono go jak w najlepszych tradycjach wojen religijnych Europy. Żeby być obiektywnym trzeba dodać, że śmiercionośne płomienie czekały w dawnej Rosji na tych, którzy przechodzili na inną wiarę – nieważne jaką…

I tak w dniu 20.VI.1738 roku, z wyroku „humanistów” z Świętego Synodu został spalony w Moskwie kniaź Tajmurazza przejście na islam. Jeśli oficer marynarki Aleksandr Woznicyn był od urodzenia ochrzczony w obrządku prawosławnym się przechrzcił, to książę z „bratniego Wschodu” najprawdopodobniej od urodzenia był muzułmaninem. Prawdopodobnie został prawosławnym chrześcijaninem ze względów politycznych, a potem … zdecydował powrócić do wiary przodków. Inkwizytorzy Świętego Synodu takich zmian nie darowali! I w rezultacie odprawili przechrztę na stos.

 

Wszystko z powodu krów

 

Masowe palenie ludzi na stosie u rosyjskich staroobrzędowców w całym XVIII wieku, nie można nazwać wykonaniem KS w ogniu, przy całej tej religijnej motywacji. Oni mieli wybór – albo przyjąć nowy obrządek albo zginąć. Ofiary inkwizycji Świętego Synodu takiego wyboru nie miały – trudno przypuścić, że ofiary-innowiercy same szły na stos. M.in. ostatnie spalenie osądzonej wiedźmy odnotowano w tejże Moskwie w dniu 8.VI.1836 r. …

 

Należy tu dodać, że do tego barbarzyństwa nie mieli nic wspólnego ani car Mikołaj I ani żercy z Świętego Synodu. To był przypadek „narodowego samooczyszczenia”. „Poddana dziewka kniazia Władimira Dołgorukiego – niejaka Marfa po ojcu Gierasimowna (poddani jeszcze wtedy nie mieli nazwisk) została żywcem spalona w swym domu przez sąsiadów za «czarodziejstwo i sprowadzanie zarazy na krowy»” – jakoby z powodu tej dziewczyny krowom odebrało mleko. Zamknięto ją w domu i obłożono go chrustem i podpalono. I chrześcijańskiego przykazania „nie zabijaj” prawosławny naród bogobojny jak zwykle nie złamał.

 

Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 35/2021, ss. 8-9

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz   


[1] Najniższy stopień oficerski w rosyjskiej marynarce wojennej. Polski odpowiednik: mł. chorąży marynarki.

piątek, 3 grudnia 2021

Upadek teorii Darwina

 



Marcin Kołodziej

 

Naukowców nie stać na dokonanie rewizji naszej przeszłości. Dokonanie tego równałoby się przyznaniu do wielowiekowego okłamywania ludzkości.

Jednym z największych kłamstw, bez wątpienia, jest teoria Darwina, która w oczach wielu twardogłowych archeologów urosła do rangi dogmatu; poddawanie owej naukowej świętości w wątpliwość równa jest herezji. A przecież sam autor teorii ewolucji, Karol Darwin, świadom był jej mankamentów. Najważniejszym z nich bez wątpienia był..

 

Brak ogniw pośrednich

 

To najpoważniejsza wątpliwość, jaką można wysunąć przeciw mojej teorii”. To słowa samego Darwina, chyba najważniejszego pasażera statku HMS „Beagle”. Teoria ewolucji, którą zaproponował, zakładała powstawanie nowych gatunków poprzez dostosowywanie się do otoczenia. Ewolucja miała następować powoli, a jej zwieńczeniem mamy być my, współcześni ludzie myślący. Sęk w tym, że w kontekście biologii, droga rozwoju gatunków, których finalnym przystankiem jesteśmy my, pełna jest białych plam. Warunkiem „awansu” gatunku w drabinie ewolucji jest istnienie form przejściowych. Sęk w tym, że form przejściowych brak, co dobitnie podkreślił autorytet antropologii, Louis B. Leakey, który w czasie uniwersyteckiego odczytu w 1967 roku na pytanie o brakujące ogniwo, odpowiedział: „nie ma jednego brakującego ogniwa, brakuje setek”. Podobną wątpliwość wysuwa dziennikarz zajmujący się nauką, Richard Milton: „brak kopalnych form przejściowych skłonił mnie do zadania pytania o darwinowską koncepcję stopniowych zmian”. Wypowiedź ta jest o tyle intrygująca, gdyż przelał ją na papier niezachwiany niegdyś darwinista. Wątpliwości pojawiły się u Miltona w momencie, gdy zaczął analizować dowody mające utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że Darwin miał rację. Wyszło jednak inaczej. Jedną z tajemnic, którą sam Darwin nazwał „paskudną tajemnicą” jest pochodzenie roślin kwiatowych. Okazało się, że nauka odkryła skamieniałości roślin nieświatowych sprzed 300 milionów lat i kwiatowych sprzed 100 milionów lat. A gdzie forma przejściowa? Co działo się pomiędzy tymi zdarzeniami ewolucyjnymi? O kwiatowych wiadomo, że cechują się one wysokim stopniem organizacji. Co spowodowało, że rozmnażająca się bezpłciowo roślina nieświatowa, nagle wytworzyła organy niezbędne do rozrodu płciowego? W kwestii roślin pojawia się również inny problem: skoro budowa większości roślin harmonizuje z budową owadów zapylających, co było pierwsze: roślina czy pszczoła? Ewolucjoniści próbują wyjaśnić tą (i wiele innych) zagadkę powolnością całego procesu. Gradualizm, to jest stopniowy rozwój, ma tłumaczyć wiele niejasności. Okazuje się, że nie tłumaczy nic; bo skoro ewolucja to proces powolny, rozciągnięty w czasie, nie powinno być problemu z odnalezieniem form przejściowych. Nie ma żadnej. Dotyczy to również kwestii, która nas, ludzi, interesuje najbardziej. Dotąd nie natrafiono na ślad ogniwa – łącznika nas z naszymi przodkami. Z pewnością tym ogniwem nie mógł być człowiek z Jawy odkryty przez holenderskiego badacza Eugene’a Dubois w 1891 roku: przedwczesny triumf darwinistów okazał się niezręczną układanką ludzkiej kości udowej i sklepienia czaszki małpy. Nie jest nim również człowiek z Piltdown. Odkryty w Anglii w 1910 roku stał się synonimem antropologicznego szwindlu, wedle prawdopodobieństwa spreparowanego przez nadgorliwych darwinistów.

         Czy wobec tylu słabych punktów i białych plam na mapie teorii Darwina, nie należałoby zrewidować sposobu myślenia o naszych dziejach i naszym pochodzeniu? Dopóki słuszność danej teorii czy hipotezy nie zostanie zweryfikowana za pomocą naukowej aparatury, takowa teoria nie powinna być wykładana na uniwersytetach jako przedmiot. Dyscypliny badające naszą przeszłość zdają się mieć same mankamenty. „Historię piszą zwycięzcy”. Któż zatem tworzy archeologię?

 

Co z tą archeologią?

        

Teoria Darwina nałożyła ciasne ramy, umieszczając na osi czasowej określone wydarzenia. Głosy zwątpienia oraz odkrycia wyważające owe ciasne ramy są niemile widziane, zaś autorzy tych odkryć spotykają się z ostracyzmem, który nierzadko doprowadza ich kariery do ruiny. Virginia Steen – McIntyre. Tak nazywa się archeolożka, którą powinno się określać mianem męczennicy nauki. Jaka była jej wina, że twardogłowi naukowcy zdecydowali się dokonać zbrodni na jej obiecująco zapowiadającej się karierze? Odpowiedź na to pytanie brzmi: miała odwagę (lub czelność) zakwestionować ustalenia archeologów, które okazały się błędne. Ustalenia dotyczyły okresu pojawienia się człowieka na kontynencie amerykańskim, który to Steen – McIntyre przesunęła znacząco wstecz na osi czasu. Uczona srodze się zawiodła sądząc, iż odkrycie to otworzy przed nią o wiele więcej możliwości na polu naukowym. Tymczasem spotkała się z ostracyzmem i szykanami. Co z tą archeologią?

 Mimo, że nie jestem osobą, która rości sobie prawo do osądzania, niemniej gdyby ktoś mnie spytał, odparłbym, że zarówno historia, jak i archeologia, nie powinny być naukami w sensie takim, jakim pojmujemy dyscypliny naukowe. Całkowitą negacją założeń, na których bazuje teoria ewolucji, są znaleziska archeologiczne, które ową archeologię wywracają do góry nogami. I wcale nie ma potrzeby sięgać do materiałów na temat zahaczający o sferę zakazanej archeologii. Wystarczy spojrzeć na jedyny ostały cud świata starożytnego, czyli Wielką Piramidę Cheopsa w Gizie. Zdaje się być szczytem zdolności architektonicznych starożytnych Egipcjan (pomijam, czym tak naprawdę jest Wielka Piramida i kiedy ją zbudowano, gdyż na potrzeby tego tekstu nie są to informacje niezbędne). Co było potem? Rozpadające się konstrukcje, które ani wielkością ani precyzją nie były w stanie konkurować z Piramidą Cheopsa. Po dziś dzień trwają dyskusje, w jaki sposób wzniesiono tą konstrukcję. Rezultatem tych dysput są kolejne mniej lub bardziej oryginalne teorie, które nic nie wnoszą do sprawy. O wiele ciekawsze, choć z marnym skutkiem, były empiryczne próby rozwiązania odwiecznej zagadki. Kamienne konstrukcje, oczywiście, w dużo mniejszej skali, rozpadały się niczym domki z kart. Nie pomogło nawet zaprzęgnięcie sprzętu ciężkiego w całe przedsięwzięcie. Sprzętu, którym przecież – według archeologów – starożytni Egipcjanie dysponować przecież nie mogli. Starożytny świat kryje w sobie o wiele więcej zagadek przyprawiających o zawrót głowy archeologów. Ruiny Cuzco, Sacsayhuman  w Peru czy Baalbek w Libanie… Jak starożytni tego dokonali? Coraz więcej antropologów jest skłonnych kwestionować paradygmat, umieszczając człowieka w znacznie wcześniejszych epokach. Do tej grupy należy Charles Oxnard. Mawiał on: „konwencjonalne podejście do ewolucji człowieka należy poważnie zmodyfikować albo nawet odrzucić; należy zbadać nowe koncepcje”.

Miałem tego nie czynić, lecz nie mogę oprzeć się pokusie. W jaki sposób zwolennicy teorii Darwina mogą wyjaśnić dziesiątki, a nawet setki zagadkowych artefaktów, które wywracają do góry nogami wszystko to, co archeolodzy wiedzą i nam wciskają? Nie są w stanie wyjaśnić, więc ignorują, tuszują bądź nawet celowo niszczą nie pasujące do schematu odkrycia. Donosił o tym swego czasu jeden z badaczy tajemnic przeszłości, David Hatcher Childress. Szczęśliwie, nie wszystkie tajemnicze artefakty udało się nadgorliwym darwinistom zniszczyć. Te, które ostały się, rodzą więcej pytań aniżeli odpowiedzi.  

„Epoka dolnego piaskowca Old Red” to nazwa warstwy, w której w 1844 roku sir David Brewster odnalazł osadzony mocno w piaskowcu gwóźdź. Odkrycia dokonano w kamieniołomie Kingoodie (Szkocja). Ostrze gwoździa, wystające na ponad 1 cm z warstwy gliny morenowej było całkowicie pokryte rdzą. Brewster, fizyk z wykształcenia, był założycielem Brytyjskiego Towarzystwa Postępu Nauki. W swoim raporcie oznajmił, że warstwa, w której znajdował się ów gwóźdź pochodzi z epoki dewonu (360 – 408 milionów lat temu). Kto w tak zamierzchłych czasach wytworzył i wbił gwoździa? Jakimi metodami?

W tym samym roku londyński „Times” z dnia 22 czerwca doniósł o odkryciu sprzed kilku dni: „[…] robotnicy zatrudnieni przy wydobywaniu kamienia w pobliżu Tweed, jakieś 400 metrów poniżej Rutherford Mill, odkryli złotą nić osadzoną w skale na głębokości 2,9 m”. Zdaniem dra A. W. Medda z Brytyjskiej Służby Geologicznej, kamień ów pochodził z wczesnego karbonu, to jest epoki datowanej na co najmniej 300 milionów lat.

8 października 1922 roku w gazecie „American Weekly” ukazał się artykuł o niesamowitym odkryciu, jakiego dokonano w Nevadzie. Już sam tytuł artykułu: „Tajemnica spetryfikowanej <Podeszwy buta> sprzed 5 000 000 lat” pozwala nam zrozumieć, z czym mamy do czynienia. Choć 5 milionów lat wydaje się datą świeżą w porównaniu do wyżej wymienionych stanowisk, to jednak wiedzieć trzeba, że nawet wtedy – według naukowych ustaleń – na naszej planecie nie powinno być ludzi ani kogokolwiek, kto byłby w stanie wyrabiać elementy odzieży. Piórem niejaki dr W. H. Ballou zanotował: „jakiś czas temu John T. Reid, wybitny inżynier górnictwa i geolog, poszukiwał skamieniałości w Nevadzie. W trakcie swych badań natknął się nagle na skałę, która wprawiła go w całkowite oszołomienie i zdumienie. Dostrzegł na niej co, co wydawało się być odciskiem stopy człowieka! Bliższe badanie wykazało, że nie był to ślad bosej stopy, lez skamieniała podeszwa buta [….]. Wokół konturu biegła wyraźna nić, która jak się okazało, zszywała z podeszwą obwódkę. Wyraźna była również inna linia szycia, a w środku, gdzie spoczywała stopa i przedmiot spełniał faktycznie funkcję podeszwy buta, znajdowało się dokładnie takie samo zagłębienie, jakie spowodowałaby kość pięty ocierająca i zdzierająca materiał, z którego wykonano podeszwę. W ten sposób znaleziono skamieniałość stanowiącą obecnie główną tajemnicę nauki, gdyż skała, w której ją odkryto, ma przynajmniej 5 mln lat”.

Jak możecie się domyśleć, wokół ostatniego znaleziska twardogłowi archeolodzy, jak i zwolennicy teorii Darwina rozpętali prawdziwą nagonkę, kwestionując jej autentyczność. Ową spetryfikowaną podeszwę spotkał los podobny do znalezisk, których dokonała w Meksyku Steen – McIntyre: śladów bytności człowieka w Ameryce co najmniej 250 tysięcy lat temu, czego archeolodzy, którzy oznajmili już wcześniej, że człowiek postawił stopę na kontynencie amerykańskim około 20 tysięcy lat temu, zdzierżyć nie mogli.

Co, pytam po raz kolejny, jest nie tak z tą archeologią?

 

Pożywka dla totalitaryzmu

 

         Okazuje się, że teoria Darwina przyniosła znacznie więcej szkód aniżeli pożytku. O ile, na poletku nauki, próbuje, choć czyni to w sposób nieporadny, jak wykazano powyżej, wyjaśnić mechanizmy rządzące rozwojem gatunków i przekształcaniem ich pod wpływem czynników zewnętrznym, o tyle w sferze społecznej przyczynić się mógł do rozwoju ustrojów, które w ubiegłym wieku przyczyniły się do śmierci dziesiątek milionów ludzkich istnień. Już sam podtytuł dzieła Darwina: „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli przetrwaniu uprzywilejowanych ras w walce o byt” nosi w sobie pierwiastek szowinizmu i utwierdzają w przekonaniu, że jedyną szansę na przetrwanie mają  najlepiej przystosowani. Przekładając to na język psychologii ludzkiej, szansę na sukces mają najsilniejsi i najbardziej cwani. Czy teoria ewolucji nie skłania ku przekonaniu, iż cel uświęca środki lub bardziej dosadniej: po trupach do celu? Sięgając pamięcią wstecz, wkrótce po ogłoszeniu i nagłośnieniu swej hipotezy Darwin musiał odpierać ataki nie tylko ze strony kreacjonistów, ale i ludzi, którzy w sposób naukowy, daleki od religijnych naleciałości, próbowali wyjaśnić nierozwiązane zagadki świata. Był wśród nich szwajcarski przyrodnik Jean Louis Agassiz. On, i jego następcy podważali darwinowską walkę o byt, skłaniając się raczej ku przekonaniu, że to współpraca między gatunkami i samoograniczanie oraz twórcza inteligencja leżą u podstaw rozwoju.  Zajmujący się koncepcją Darwina niemiecki naukowiec Reinhard Eichelbeck nie pozostawia suchej nitki na koncepcji, na której bazuje współczesna biologia. Zdaniem Eichelbecka darwinizm ma w sobie duży ładunek egoizmu, agresji, bezwzględności. Pytanie o „uprzywilejowane rasy” w kontekście niemieckiego nazizmu wydaje się więc zrozumiałe. Ten sam Eichelbeck podkreśla dla przeciwwagi: „gdyby motorem ewolucji była bezlitosna walka o przetrwanie, wówczas mogłyby się ostać jedynie agresywne, jadowite, opancerzone gatunki zwierząt”. Taka sytuacja nie ma jednak miejsca w przyrodzie. Jest ona różnorodna. Występują przecież w przyrodzie gatunki, które – gdyby teoria Darwina była słuszna – powinny dawno wyginąć. W sukurs Eichelbeckowi przychodzi biolożka Lynn Margulis. Uważała ona, że darwinizm zbyt skłania się ku współzawodnictwu, traktując ów mechanizm za motor napędowy rozwoju. A przecież w bogatym świecie flory i fauny istnieją dziesiątki, nawet setki przykładów koegzystencji, która przynosi pożytek obydwu stronom. W procesie symbiozy pszczoły i kwiaty potrzebują się nawzajem. Mikoryza polega na symbiotycznym współżyciu grzybów i roślin wyższych, na przykład drzew. Istnieją także bakterie, które wiążą azot niezbędny do życia roślinom. Krytycy teorii Darwina ponadto zarzucają koncepcji, że skłania się za bardzo ku absolutnemu materializmowi, wykluczając pierwiastek, którego przecież nie da się zmierzyć za pomocą aparatury naukowej. Ów absolutny materializm rozumiany jest jako ciąg przypadkowych wydarzeń oraz reakcji chemicznych, odpowiedzialnych za wszystko, co dzieje się we Wszechświecie. Marksizm wiecznie żywy? Lepiej nie!

 

----------------------------------------------------

Bibliografia:

·        J. Douglas Kenyon – Zakazana historia. Warszawa 2007.

·        J. Douglas Kenyon - Zakazana nauka. Warszawa 2008.

·        Michael Cremo i Richard Thompson – Zakazana archeologia. Ukryta historia człowieka. Warszawa 1999.

·        Peter Fiebag, Rainer Holbe i Elmar Gruber – XX wiek i przyszłość świata. Warszawa 2003.

·        Magazyn UFO 1997, nr 4.

 

          

 

 

czwartek, 2 grudnia 2021

Obcy z głębin: USO, OSN & UAO


Michael Inscoe

 

Obcy z głębin oceanu – zeznają dowódcy okrętów podwodnych

 

- Obcy są z oceanicznych głębin – zapewniali dowódcy okrętów podwodnych, a w  połowie kwietnia 2015 roku agencje prasowe podały informacje, według których niektórzy badacze z Penn State University w Pensylwanii w USA „czesali” 100 tys. galaktyk, i „nie znaleźli ani jednej zaawansowanej cywilizacji”.

Pomijając fakt, że Terra tak naprawdę nie ma techniki umożliwiającej „przeczesanie” niektórych galaktyk, że 100.000 to niewiele ze 100 miliardów galaktyk, które, jak się uważa, znajdują się we Wszechświecie, należy powiedzieć, że instytucja ta specjalizuje się we wszystkim, z wyjątkiem tego, o czym mówili ci kapitanowie.

Rzeczywistość jest inna, występowanie UFO i niezidentyfikowanych obiektów podwodnych (USO, OSN) jest coraz częstsze, bardziej oczywiste i trudniejsze do ukrycia. Nie wiemy, czym są te dziwaczne maszyny, nie wiemy, kim są ich pasażerowie i co robią na Ziemi, ale wiemy, że istnieją. Świadczą o tym wypowiedzi ludzi wyspecjalizowanych w różnych dziedzinach, których uczciwości nie sposób zakwestionować, potwierdzone tysiącami fotografii wykonanych na lądzie, w powietrzu, na morzach i oceanach świata oraz w jego głębinach, a także potwierdzone przez dokumenty ukryte od lat; niektóre informacje z tych dokumentów były znane także zwykłym ludziom.

 

„Nie powiemy niczego!”

 

W lutym 1980 roku w byłym ZSRR powołano Centralną Komisję Badania Zjawisk Anormalnych. Przez „anormalne zjawiska” Rosjanie rozumieją wszystko, co dotyczy zjawisk paranormalnych, ale także niezidentyfikowanych obiektów latających czy podwodnych. W 1985 r. Władimir Wasiljewicz Migulin (1911-2002), specjalista w dziedzinie badań magnetyzmu ziemskiego, jonosfery i propagacji fal radiowych, w wywiadzie dla „Smieny no. 4” potwierdził, że w Związku Radzieckim wszystkie zjawiska paranormalne, w tym te związane z UFO i Kosmitami były badane przez komitet o nazwie Gałaktika czyli Galaktyka, którego był on bezpośrednim szefem.

Sekret był zaciekle strzeżony, a każde ujawnienie było surowo karane. Wiceadmirał Jurij Pietrowicz Kwiatkowski (ur. 1931), jeden z najbardziej cenionych oficerów marynarki radzieckiej, był kiedyś dowódcą okrętu podwodnego S-276. W lutym 1972 roku podczas misji patrolowej między Islandią a Wyspami Owczymi podniósł peryskop, aby zbadać powierzchnię oceanu.

- Nagle pod kątem czterech stopni nad horyzontem pojawiło się coś elipsoidalnego, bardzo dużego, co szybko uniosło się w górę. To nie był Księżyc, bo niebo było zachmurzone. To „coś” miało czerwono-pomarańczowy kolor, i wzbudzało poczucie strachu. To nie był statek i nie unosił się na wodzie. To było ponad nią. Rozkazałem wynurzenie na powierzchnię i płynęliśmy w jego kierunku z prędkością 6 km/h. Obiekt pozostawał w tej samej odległości i wysokości od nas, co oznaczało, że poruszał się razem z nami. Cały czas pozostawał niezmiennie. Mając misję bojową do wykonania, przestaliśmy się nim interesować i kazałem się zanurzyć. Wydałem rozkaz, aby nie zapisywać niczego w dzienniku pokładowym okrętu, ponieważ nie wiedzieliśmy, co właśnie widzieliśmy, ani nie prosiliśmy o pozwolenie na wyjście na powierzchnię. Kiedy wróciliśmy do bazy, okazało się, że inny kolega, dowódca okrętu podwodnego, widział coś podobnego w tym samym rejonie w styczniu. On też nic nie zameldował.

Cztery lata później, w grudniu 1976 r., wiceadmirał Arkadij Pietrowicz Mihaiłovskij (1925-2011), niegdyś dowódca okrętu podwodnego K-178, który kilkakrotnie przepłynął pod lodami Arktyki osobiście podczas misji na Morzu Barentsa sfotografował niezidentyfikowany obiekt, który wyleciał z fal i odleciał. Nie można kwestionować tego, co powiedział admirał. Za swoją odwagę i zasługi otrzymał kilka medali i orderów, został ogłoszony Bohaterem Związku Radzieckiego i powierzono mu dowództwo 1. Flotylli Okrętów Podwodnych  Floty Północnej ZSRR.

 

Obcy z głębin oceanu – oświadczenia kilku dowódców okrętów podwodnych

 

W następnym roku, w 1977, adm. Anatolij Aleksandrowicz Komaritin – szef Wydziału Nawigacji i Oceanografii  Służby Hydrograficznej Rosyjskiej Floty, były dowódca atomowego okrętu podwodnego, w czasie misji do Guam  na Zachodnim Pacyfiku widział wielokrotnie jakiś żółto-czerwonawy wielki obiekt, coś jakby kulę, unoszący się ponad horyzontem.

Tego samego rodzaju BOL-e były meldowane nad półwyspem Kamczatka, nad Cieśniną Berinka, Morzem Ochockim i wyspą Sachalin. Obserwacja miała miejsce na akwenie łączącym Pacyfik z Oceanem Indyjskim, około godziny 02:00 MYT:

- Byliśmy na peryskopowej (9-15 m – przyp. aut.) i widzieliśmy ten obiekt wyglądający jak wschodzące słońce w nocy. To nie był Księżyc, bo ten był doskonale widoczny na niebie. Nie wiedzieliśmy co to jest i nie mieliśmy żadnego wyjaśnienia. Dowódca rozkazał zanurzyć się głębiej i kontynuować misję – powiedział wysoki oficer Radzieckiej Floty.

 

Także w Morzu Czarnym

 

Cechą charakterystyczną tych niezidentyfikowanych obiektów podwodnych jest bardzo duża prędkość poruszania się po wodzie, czasem setki kilometrów na godzinę, potrafią zanurzać się do dużej głębokości, wykazują zwinność w wykonywaniu bardzo skomplikowanych manewrów oraz umiejętność wychodzenia ze środowiska wodnego w powietrze lub odwrotnie bez problemu. Nawet najbardziej udoskonalony atomowy okręt podwodny zbudowany do tej pory przez człowieka nie ma tych cech.

Te wszystkie UUO (Unidentified Underwater Objects) obserwowano w różnych miejscach Wszechoceanu. w 1950 roku, radzieckie okręty zaobserwowały w Morzu Czarnym kilka zdumiewających obiektów poruszających się pod wodą. kiedy „pomacano” je sonarami, to zanurzyły się w głębinę i znikły z prędkością, jakiej nie osiągają nawet współczesne okręty podwodne. Zachowywały się tak, jakby „czuły że są obserwowane”.

W rok później, w 1951 roku, kolejny radziecki okręt podwodny namierzył swoimi lokatorami na głębokości 2000 m podobny obiekt w Morzu Ochockim. Dowódca powiadomił o tym patrolowiec, który natychmiast pojawił się na akwenie, a kiedy nie uzyskał odpowiedzi na wysłane hasło, obrzucił obiekt granatami podwodnymi. Kiedy granaty eksplodowały, USO naraz wzniosło się na jakieś 50 m ponad powierzchnię i odleciał nad pełne morze z prędkością 270 km/h.

Pomijając fakt, że granaty w ogóle na Nich nie działały, takie manewry, jak ostra wspinaczka z głębokości 2000 na 50 metrów n.p.m. w ciągu sekund i bardzo duża prędkość, jaką osiągnął jakikolwiek statek, wciąż są trudne do wytłumaczenia. Niedawno, w 1990 roku, podczas wyprawy na Morze Czarne statkiem badawczym RV Michaił Łomonosow, Jewgienij Fiodorowicz Szniukow, dyrektor Instytutu Nauk Geologicznych byłej Ukraińskiej SRR, zauważył:

- Tajemniczy, duży, elipsoidalny obiekt, na głębokości 1400 – 1800 metrów. Za pomocą ultradźwięków określono jego grubość na 270 metrów i długość na 2 kilometry. W kontakcie z gęstym, bardzo silnym obiektem sonary uruchomiły alarm. Próbki wody pobrane w tym obszarze nie wykazały żadnych nieprawidłowości.

 

Świecące koła

 

W dniu 8.VI.1984 roku, radziecki statek RV Profesor Pawlenko znajdował się w zatoce Neretwa (Chorwacja) na Morzu Adriatyckim. W pewnym momencie wachtowi z pokładu zauważyli, że na powierzchni wody pojawiła się jasna plama, która szybko się rozrosła. Z centrum promieniowało kilka „pasm świetlnych”. Zjawisko zostało sfotografowane przez marynarzy i odnotowane w dzienniku pokładowym. Oficjalne wyjaśnienie było, jak zwykle, ukrywaniem rzeczywistości: „Na dnie morskim nastąpiło osunięcie się ziemi i trochę wapna (wapienia) wypłynęło na powierzchnię”.

Zdjęcia zostały skonfiskowane, a sprawa zamknięta. Pojawienie się jasnych kół sygnalizowane jest od długiego czasu. W 1926 roku takie „jasne koło szprychowe” zostało zarejestrowane przez dowódcę statku SS Chuck Sang. Cztery lata później podobne obiekty widzieli na wodach Pacyfiku marynarze na parowcu SS Rotorua. W 1978 roku marynarze na MV Nowokuzniecow, znajdującym się w Zatoce Guayaquil w Ekwadorze na Oceanie Spokojnym, zobaczyli w wodzie fosforyzujące pasy o długości około 20 metrów.

Kręciły się i gdy doszły na około 100 metrów przed statkiem, wyszły na powierzchnię, wzbiły się w powietrze na około 25 metrów, zrobiły kilka zygzaków w powietrzu i ponownie zatonęły w oceanie.

Takie zdarzenia negatywnie wpłynęły na działanie awioniki, wycofując ją ze służby, jak w przypadku amerykańskiego lotniskowca USS Bunker Hill. We wrześniu 1965 okręt wykonywał misję bojową na południu Azorów, na Oceanie Atlantyckim. Podczas akcji sonar wykrył, że nieznany obiekt porusza się pod wodą z prędkością 300 km/h, nieosiągalną dla żadnego ziemskiego statku.

Włączono alarm, a sonarzystom, żołnierzom specjalizującym się w tropieniu i polowaniu na okręty podwodne, kazano go zniszczyć. Nagle łączność radiowa z samolotami i statkami w okolicy została przerwana, sprzęt radionawigacyjny padł i nic nie dało się już kontrolować. Tymczasem tajemniczy obiekt zniknął, jego trop znikł, a wyposażenie okrętu i samolotów wróciło do normy. Wszystko zostało zatuszowane, ale nie mogli znaleźć żadnego wyjaśnienia, co się stało.

 

Niewyjaśnione katastrofy

 

Jezioro Bajkał znajdujące się we wschodniej Syberii jest najgłębsze w świecie, mierzy 1637 m głębokości, zawiera 23.000 km³ wody i zostało uformowane 20-25 MA temu w lecie 1982 roku, podczas treningu w wodach jeziora grupa nurków wojskowych miała szczególną niespodziankę: nurkując na głębokości 50 metrów, napotkali inną ekipę nieznanych „nurków”.

Mieli trzy metry wzrostu, mieli na sobie jakieś srebrne kombinezony, nie mieli aparatów oddechowych, ich głowy były chronione kulami. Żołnierze próbowali złapać jednego z nich, ale sprawy skończyły się tragicznie. Obcy użyli jakichś promieni, zginęło trzech sowieckich żołnierzy, a pozostali doznali poważnych obrażeń. Dziwni goście zniknęli bez śladu, a poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem.

W marcu 1974 roku zachodnioniemiecki trawler łowił ryby na wschodzie Ameryki Południowej, na Oceanie Atlantyckim. W pewnym momencie coś owinęło się wokół śmigła i statek utknął. Mechanik Kurt Schneider założył skafander do nurkowania i poszedł pod wodę, aby zobaczyć, o co chodzi. Znalazł kabel skręcony wokół centralnej osi. Pracował prawie dwie godziny, żeby go zerwać. Wtedy wydawało mu się, że słyszy hałas sprężarki i jakieś ludzkie krzyki, które zmusiły go do przerwania pracy i wyjścia na powierzchnię. Był przerażony tym, co zobaczył: ich statek został uniesiony z jednego końca przez kulisty obiekt, z wody.

Obiekt był błyszczący, nie miał okien ani innych otworów i emitował niebieskie pulsujące światło. Przestraszony Schneider ponownie zanurkował i odczekał kilka minut. Usłyszał głośny hałas i obawiając się, że statek rybacki został całkowicie przewrócony, wyszedł na górę.

Statek unosił się już na wodzie, a niebieski obiekt wynurzył się z wody i poleciał w niebo. Kiedy w końcu udało mu się wspiąć na pokład, był w szoku: cały pokład był brudny i pokryty lepką brązową substancją, a wszystkich 40 członków załogi zniknęło. Podczas dalszych badań mechanik powiedział, że nie wie, co się stało i nie potrafił wyjaśnić tego zjawiska.

 

Dziwny wniosek

 

W lutym 1968 r. amerykański atomowy okręt podwodny SSN USS Scorpion, dowodzony przez kapitana porucznika Francisa Slatteryego, opuścił Bazę Marynarki Wojennej Norfolk w Wirginii w USA i udał się na Morze Śródziemne, gdzie przez trzy miesiące wykonywał różne misje. Ostatnie połączenie radiowe miał 21 maja, kiedy znajdował się 400 kilometrów na północny zachód od Azorów. Od tego czasu 3100-tonowy okręt podwodny zniknął.

Skorpiona  szukało ponad 60 statków, trzy samoloty i kilka okrętów podwodnych. Dopiero 30 października tego samego roku batyskaf DSV Trieste II znalazł okręt podwodny w kierunku przeciwnym niż zniknął, na południowym zachodzie Azorów, na głębokości 3047 metrów. Był spłaszczony i miał pośrodku duży otwór. Komisja śledcza, kierowana przez wiceadmirała Bernarda Austina, przekazała dziwny wniosek: okręt podwodny przekroczył maksymalną dopuszczalną głębokość zanurzenia… z nieznanych przyczyn.

Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego popłynął w przeciwnym kierunku, czego szukał na głębokości pięć razy większej i co mogło być przyczyną dziury po pocisku. Marynarka Wojenna USA wydała również oświadczenie:

Zniknięcie okrętu podwodnego „Scorpion” to tajemnica, której nie da się rozwiązać za pomocą środków i zasobów teraźniejszości.

To tylko niektóre z wielu przypadków, które miały miejsce. Według statystyk, w ostatnim stuleciu na Ziemi zniknęło bez śladu lub zostało poważnie uszkodzonych ponad 230 różnych typów okrętów podwodnych, setki marynarzy straciło życie. W większości przypadków śledztwa ujawniły, że w zdarzenia te brały udział również nieznane obiekty, dla których nie znaleziono wyjaśnienia.

 

Zauważ, że z tysięcy obserwacji UFO zgłoszonych na przestrzeni lat, tylko 30% zaobserwowano na lądzie, pozostałe 70% na jeziorach, morzach i oceanach: 44% na Atlantyku, 16% na Pacyfiku i 10% na Morzu Śródziemnym.

 

Z ostatniej chwili

 

Na stronie internetowej „Veterans Today” Gordon Duff, konsultant wojskowy z PressTV, powiedział, że ma informacje, że od dłuższego czasu chińskie i amerykańskie okręty wojenne walczą (dobrze ukryta wojna) przeciwko bardzo agresywnemu zagrożeniu ze strony Obcych. Oficer twierdzi, że Kosmici mają podwodne bazy na Pacyfiku.

Nie bądźmy skorupiakami...

 

Moje 3 grosze

 

Interesuję się USO już od kilkunastu lat. Początkowo wiązałem je z tajemnicami Trójkąta Bermudzkiego i Morza Diabelskiego, ale przekonałem się, że jest to zjawisko tak powszechne, że nie ma jakiegoś szczególnego obszaru przez nie wyróżnianego. Także na naszym małym Bałtyku też zdarzały się obserwacje tajemniczych obiektów podwodnych.

Szczególnie ciekawy jest opisany tutaj przypadek Kurta Schneidera, który jako jeden jedyny nie został porwany przez UFO, które zaatakował niemiecki trawler porywając wszystkich załogantów. Ciekawe, bo różne źródła podają różne dane, co do miejsca, gdzie owo porwanie miało miejsce, i tak pisze się o wschodnich wybrzeżach Ameryki Pd., wody wokół Przylądka Dobrej Nadziei a nawet Cieśninę Malakka. Nie podano nazwy tej jednostki, a przecież taka sprawa powinna przyciągnąć uwagę mediów. No i rzecz najciekawsza – służąc w WOP w GPK Świnoujście – Port rozmawiałem z wieloma niemieckimi kapitanami statków i żaden nie potrafił mi powiedzieć coś sensownego na ten temat! No cóż – ludzie morza nie są zbyt rozmowni, a niektóre tematy traktują jako swoiste tabu, które każe im utrzymywać zmowę milczenia, klasyczną „omerty” na niektóre tematy – czyżby więc sprawa Schneidera była jednym z takich zakazanych tematów?

 

 

Źródło - https://michaelinscoe.com/aliens-from-the-ocean-depths-declarations-of-some-submarine-commanders/

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz


środa, 1 grudnia 2021

Planeta nr 9: jednak istnieje!

 

Planeta, a może czarna dziura?

Aleksander Kowal

 

Dziewiąta planeta, zwana również Planetą X, jest równie nieuchwytna co intrygująca. Ten hipotetyczny obiekt mógł jednak zostać sfotografowany w 1983 roku przez satelitę IRAS.

Tak przynajmniej twierdzi astronom Michael Rowan-Robinson z Imperial College London. IRAS był pierwszym sztucznym satelitą, którego celem było badanie promieniowania podczerwonego. Jego funkcjonowanie trwało zaledwie 10 miesięcy, a misja rozpoczęła się w styczniu 1983 roku. Jako że obserwacje prowadzone w dalekiej podczerwieni mogą umożliwiać wykrywanie nawet odległych obiektów (a takim z pewnością byłaby Dziewiąta Planeta), to Rowan-Robinson zdecydował się na powtórną analizę danych sprzed niemal 40 lat.

Jednym z najważniejszych dowodów sugerujących, że na obrzeżach Układu Słonecznego może czaić się ten niezwykły obiekt, były informacje dostarczone przez Mike’a Browna i Konstantina Batygina. Odkryli oni, że niewielkie obiekty znajdujące się w obrębie Pasa Kuipera krążą po zaskakujących orbitach. Ich kształt pozwalał sądzić, iż mogą znajdować się pod grawitacyjnym wpływem czegoś o sporych rozmiarach.

Rowan-Robinson podkreśla, że prawdopodobieństwo uchwycenia Dziewiątej planety na zdjęciach wykonanych przez IRAS nie jest szczególnie wysokie. Ma jednak na uwadze spore zainteresowanie tym hipotetycznym obiektem, dlatego dane dostarczone przez emerytowanego satelitę mogłyby znacząco ułatwić ustalenie, czy Planeta X faktycznie istnieje – a jeśli tak, to gdzie mogłaby się obecnie znajdować. Informacje zebrane przez Rowana-Robinsona są dostępne pod tym adresem i powinny wkrótce ukazać się na łamach „Monthly Notices of the Royal Astronomical Society”.

Dziewiąta planeta miałaby być obiektem krążącym od 400 do 800 jednostek astronomicznych (1 AU = 150 mln km) od Słońca, czyli od 6 x 1010 do 1,2 x 1011 km.

Co możemy przypuszczać w sprawie Dziewiątej Planety? Jeśli istnieje, to jej masa powinna być około pięciu do dziesięciu razy większa od masy Ziemi. Poza tym, odległość dzieląca ten obiekt od Słońca byłaby naprawdę ogromna. O ile niezwykle odległy 134340 Pluton znajduje się około 40 jednostek astronomicznych czyli 6 x 109 km od naszej gwiazdy, tak Dziewiąta Planeta miałaby być oddalona o 400 do nawet 800 takich jednostek, albo 4d15h biegu światła. Ze względu na tak znaczący dystans od Słońca, owa planeta byłaby niezwykle ciemnym obiektem, odbijającym niewielką ilość światła słonecznego. Poza tym, przypuszczalnie długa orbita Planety X sprawia, że jej zaobserwowanie poprzez „oczekiwanie na przelot” jest w zasadzie niemożliwe.

Co ciekawe, satelita IRAS wykrył na przestrzeni dziesięciu miesięcy około 250 tysięcy źródeł punktowych. Liczba ta robi ogromne wrażenie, jednak w praktyce okazało się, iż tylko trzy z nich mogłyby być uznane za potencjalnych kandydatów do miana Dziewiątej Planety. W czerwcu, lipcu i wrześniu 1983 roku instrumenty IRAS uwieczniły bowiem nietypowy obiekt sprawiający wrażenie poruszającego się po niebie. Z drugiej strony, nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym na obrazach tak naprawdę znalazło się coś zupełnie innego. Byłoby to możliwe, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że bardziej zaawansowany technologicznie teleskop – Pan-STARTS nie wykrył tego typu oznak.

 

Orbity niektórych kuiperowców wskazują na istnienie jakiegoś ciała niebieskiego na peryferiach Układu Słonecznego

Moje 3 grosze

 

Problem istnienia Planety nr 9 pojawił się i jest znany już od dawna. Podejrzewam również, że Dziewiąta Planeta została niejednokrotnie uwieczniona na kliszach fotograficznych, tylko jej po prostu nie zidentyfikowano. Zresztą wcale się nie dziwię, obiekt taki miałby jasność <22m i mniej.

Z drugiej strony, gdyby to było ciało niebieskie o masie 10 razy większej od masy Ziemi, to musiałyby się w jego wnętrzu toczyć jakieś procesy termiczne – jak w gazowych gigantach albo jak we wnętrzu Ziemi, ergo Dziewiąta Planeta musiałaby promieniować w zakresie podczerwieni i byłaby niezbyt trudna do wykrycia, bowiem jej temperatura musiałaby wynosić 47 K czyli -226,2°C. I właśnie w podczerwieni byłaby lepiej widzialna i można by ją było wykryć i obserwować jej ruchy. Ostatnio mówi się o jej lokalizacji w konstelacji Wieloryba…

Tak wyglądałby ruch Dziewiątej Planety wśród gwiazd w ciągu 38 lat... Spiralny tor tej planety jest odzwierciedleniem obiegu Ziemi dookoła Słońca.

Wedle innej wersji rozpowszechnianej przez portal internetowy „Astronomy”, Dziewiąta Planeta byłaby czarną dziurą wielkości piłki baseballowej o masie 0,5 - 20 razy większej od masy Ziemi. Znajduje się ona w znacznej odległości od Ziemi, gdzieś na zewnętrznej krawędzi Obłoku Oorta.

Hipoteza kusząca, ale ma jedną wadę, a mianowicie – czarna dziura musiałaby wchłaniać grawitacyjnie materię z Obłoku Oorta, a co za tym idzie musiałaby dawać o tym znać emitując wysokoenergetyczne promienie X i γ. Poza tym jej pole grawitacyjne musiałoby wywoływać efekt soczewkowania grawitacyjnego, które nie mogłoby ujść uwadze astronomów. Wychodzi na to, że Dziewiąta Planeta, którą nazywam Shaggai na cześć H.P. Lovectafta jest jeszcze dalsza, niż zakładano.     

 

Źródła –

·         https://www.chip.pl/2021/11/dziewiata-planeta-zdjecie-teleskop-iras/?fbclid=IwAR2BfVe776QqaH1bQUNqVCpaXFmvcxoG0i76ZI0QY8StKk-fcHZ3b_TEIOA

·         https://astronomy.com/news/2019/10/planet-nine-may-be-a-black-hole-the-size-of-a-baseball?utm_source=asyfb&utm_medium=social&utm_campaign=asyfb&fbclid=IwAR2q4aUlBezMdeZYLBMGfsWJMaZMallFAmbVCSCtuAfyBvJ05NPvJ9EOdv8  

 

wtorek, 30 listopada 2021

Ośmiornice mają obce pochodzenie

 


Intrygujący nowy artykuł naukowy sugeruje, że ośmiornice, jakie znamy, mogły rozwinąć swoje unikalne cechy dzięki interwencji Obcych. Dość sensacyjne przypuszczenie zostało poparte przez 33 naukowców, którzy przyczynili się do badania opublikowanego w czasopiśmie „Progress in Biophysics and Molecular Biology”. W szczególności przyjrzeli się tak zwanemu „wybuchowi kambryjskiemu”[1], czasowi w odległej przeszłości, kiedy organizmy na Ziemi nagle i w niewytłumaczalny sposób przekształciły się z gatunków jednokomórkowych w złożone organizmy.

 

Naukowcy postulują, że transformacja ta była napędzana przez nieumyślną interwencję Obcych, poprzez wirusy emitowane przez komety przechodzące w pobliżu planety. Teoria ta, znana jako panspermia, była wielokrotnie przedstawiana w przeszłości przez naukowców próbujących rozszyfrować, jak zaczęło się życie na Ziemi. Jednak nowo opublikowany artykuł wskazuje w szczególności na jedno stworzenie, które może być wskazówką, że teoria jest zasadna.

 

Naukowcy przytaczają niezwykle złożony genom ośmiornicy, a także trudność w odnalezieniu miejsca jej powstania w ewolucji stworzenia jako możliwy wskaźnik obcego pochodzenia. Może to być albo wirus, który zmienił genetykę stworzenia, albo kuszący scenariusz zamrożonych, zapłodnionych jaj ośmiornicy w jakiś sposób „przyniesionych” na Ziemię z kosmosu. Wśród atrybutów ośmiornicy, które skłoniły naukowców do podejrzeń o połączenie z Obcymi, są jej duży mózg i wyrafinowany układ nerwowy, oczy podobne do kamer, elastyczne ciała i natychmiastowy kamuflaż.

 

Jak można sobie wyobrazić, społeczność naukowa nie do końca przyjęła ideę, że ośmiornice są obce z natury, a wielu badaczy po prostu odrzuca odkrycia artykułu jako prowokujące do myślenia, ale mało prawdopodobne. Chociaż może to być po prostu spowodowane tym, że nie chcą się zastanawiać, co jedzą następnym razem, gdy któryś z nich na przyjęciu zamówi kalmary…

 


Moje 3 grosze

 

Ośmiornice są niezwykłymi tworami Natury, i wcale się nie dziwię, że uczeni uważają ich za twór Obcych. Pojawiły się bardzo wcześnie – głowonogi w ogóle ok. 500 MA – w Kambrze,  a ośmiornice ok. 300 MA temu. Tak mówi nam zapis kopalny. Jeżeli ta cała hipoteza jest prawdziwa, to interwencja Obcych w ziemską biosferę miała miejsce na granicy Karbon/Perm. Ogromna przepaść czasu…

Poza tym należałoby odpowiedzieć na pytanie – skoro Obcy zrzucili na Ziemię desant ośmiornic, to po co? Jaki był jego cel? Na te pytania nie ma odpowiedzi. Ośmiornice opanowały – owszem – Wszechocean naszej planety, ale zatrzymały się w ewolucji mimo dużego mózgu, trzech serc i 8-10 macek z przyssawkami, a ich inteligencja sprowadza się do zdobywania pożywienia i niczego innego. Być może Obcy chcieli nam pozostawić Znak swej bytności tutaj. I chyba tylko o to Im chodziło…

Jest jeszcze jedna możliwość – ośmiornice – podobnie jak meduzy – mogą opanować Wszechocean i wtedy znikną wszelkie ryby i inne zwierzęta morskie, ptaki i walenie. Wszechocean będzie opanowany tylko przez głowonogi i meduzy – wszelkiej maści i kalibru. Czy to także byłaby robota Obcych? A dlaczego nie? Tylko po co?

Zob. także:  

·        https://wszechocean.blogspot.com/2021/06/osmiornice-z-kosmosu.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2018/05/osmiornice-przybysze-z-kosmosu.html   

·        https://wszechocean.blogspot.com/2017/09/antarktyczny-kraken.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2015/04/globalny-kraken.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2020/07/czas-kaamarnic.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2018/10/o-krakenach.html

·        https://businessinsider.com.pl/technologie/wielka-brytania-wprowadza-prawo-ktore-uchroni-zwierzeta-morskie-przed-cierpieniem/p7xecsx

 

 

Źródło – Coast to Coast - https://www.coasttocoastam.com/article/study-suggests-octopuses-have-alien-origin/?fbclid=IwAR04znslKZBI03slqWqm-_mxPmJTvK6i3FDihibkUBHN-UdyV2o3Y0yoHRI 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Albo tzw. kambryjskiej eksplozji życia po epizodzie Ziemi-śnieżki w Kriogenie – 735 MA temu.