Powered By Blogger

sobota, 9 stycznia 2016

Skarby Sępiej Góry



Sowiogórski Olbrzym - prawda o Riese: Skarby Sępiej Góry: Nastał nowy rok już 2016 :), "złoty pociąg" z 300 tonami złota dalej spoczywa pod nasypem :-). To pomyślałem sobie że jeśli jeden...

*

Obejrzałem w TVP film na temat Złotego Pociągu, z którego tak na dobrą sprawę nic nie wynikało: jedni mówią że jest, inni że nie ma. Na dwoje babka wróżyła, a prawda jest - jak zwykle - gdzieś pośrodku. Dlatego też nagrałem go sobie na DVD i odłożyłem a/a... Tymczasem pojawiają się nowe problemy i nowe relacje, jak powyżej, które polecam Czytelnikom i zainteresowanym skarbami Dolnego Śląska.  

piątek, 8 stycznia 2016

Przygoda w lesie



To wydarzyło się w 1946 roku. My wraz z naszym dwurocznym bratem Walerym byliśmy w pionierskim obozie pod Briańskiem, który znajdował się w sosnowym lesie w byłej bazie jakiegoś partyzanckiego oddziału. Przyjeżdżali do nas w odwiedziny i (co tu ukrywać) podkarmiali nas ciocia Ola i wujek Tola. To właśnie oni dostali szczególne pozwolenie na wjazd do naszego obozu.

Właśnie w ten dzień czekaliśmy na przyjazd naszych krewnych. Jak zawsze odeszliśmy od obozu drogą, żeby spotkać się z nimi jak najdalej, a potem przyjechać do obozu ich służbowym willysem. Zazwyczaj ciocia z wujkiem odwiedzali nas wcześnie rano. Pamiętam, że z Briańska było do nas jakieś 2-3 godziny jazdy.

Tym razem czekaliśmy długo. W rezultacie czego koło obiadu trzeba było wracać do obozu. Pomyśleliśmy, że oni już dzisiaj nie przyjadą i zajęliśmy się swoimi sprawami. Naraz koło godziny piątej po południu wołają nas: „Wasza rodzina przyjechała!” wraz z Walerą zaczęliśmy ich rozpytywać, co też ich zatrzymało?

A oto, co nam opowiedzieli. Mniej więcej w połowie drogi poprzez Briański Las, nieoczekiwanie umilkł silnik ich samochodu. Kierowca poszedł pod maskę. Po jakimś czasie podjechał drugi samochód i próbując ich ominąć także zgasł mu silnik. To samo stało się z samochodem, który jechał za nim. W ten sposób zatrzymało się co najmniej dziesięć aut. Samochody spychano z drogi, żeby dać możliwość przejechania innym, ale i te po przejechaniu jakiejś niewidzialnej linii też milkły i stawały. I trwało to kilka godzin.

Potem nieoczekiwanie wszystkie samochody same zapaliły silniki jeden po drugim i zdumieni tym ludzie rozjechali się. Więcej takich zdarzeń nie było i ciocia z wujkiem przyjeżdżali do nas bez problemów.

Aleksandr J. Kogan z Samary

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2015, s. 24
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©   

czwartek, 7 stycznia 2016

Straszydło z Sanciłowskiego Lasu

Czy tak wygląda szanciłowska kryptyda?


Swój coroczny sierpniowy urlop w latach 70. i 80. lubiłem spędzać w malutkiej wiosce, ukrytej w głębinach drzemiących kostromskich lasów. Tam jest raj dla grzybiarzy.

Pewnego razu szedłem z koszykiem grzybów przez Sanciłowski Las. On nosi nazwę po wiosce Sanciłowo, która tam kiedyś była ale obecnie jest już niezamieszkała.

Południe. Słońce. Rozglądam się beztrosko na prawo i lewo. Naraz nogi same zamarły na miejscu. Czuję na sobie czyjś wzrok z gęstwiny. Ten straszny wzrok sparaliżował mnie, przygwoździł do miejsca.

Ogarnął mnie strach. Jestem weteranem Drugiej Wojny Światowej i przeżyłem blokadę Leningradu, wiele widziałem w życiu. Ale takiego strachu jak tutaj, jeszcze nigdy nie przeżywałem. Przyjaciele potem powiedzieli mi, że tak patrzy niedźwiedź. Ale ja się z nimi nie zgadzam. A oto dlaczego.

Na jakiś rok przed tym zdarzeniem wraz z miejscowym mieszkańcem Wasylem szliśmy nocą z koszykami świeżej brusznicy, po chlupiącej ścieżce przez las do domu. Czas – około północy. Ciemno, choć w pysk daj. I naraz z prawej strony rozległ się trzykrotny głośny zwierzęcy ryk, nie wiedzieć czemu przypominający mi krowie „muuu…”.
- Wasia, czyżby jakaś krowa zabłądziła w lesie?
- Diabła tam, to nie krowa. Niedźwiedź! Stawaj plecami do mnie, zapalimy, to może się na nas nie rzuci.



Rosyjskie lasy słyną z grzybów...

Stoimy, palimy. Od czasu do czasu czułem w ciemnościach czyjś przeszywający wzrok. Było strasznie. Ale to nie był ten strach, jaki odczuwałem wtedy w Sanciłowskim Lesie…

Skończyliśmy palić i zdecydowaliśmy się pójść do domu. Po przejściu pół kilometra doszliśmy do małej izbienki, mieszkał w niej jakiś chłopina, który zbierał z sosen żywicę, z czego żył. Obudziwszy go opowiedzieliśmy, co nam się przydarzyło.
- E, chłopaki, wy bardzo ryzykowaliście. To była niedźwiedzica z małym i piastunem nocami chodzi do Czystego Stawu, mogła was zaatakować.

Tak więc kto patrzył na mnie w Sanciłowskim Lesie takim strasznym spojrzeniem? Może to był wilk? Też nie. Spotykałem się z wilkami niemal nos w nos i wiem, że nie ma niczego osobliwego w jego spojrzeniu.

Do opisania tego wydarzenia sprowokował mnie program TV. Opowiadano w nim o głuchych lasach koło Kostromy – N 57°46’53” – E 040°56’21” – gdzie dawniej miejscowi mieszkańcy spotykali włochatego goblina o wzroście co najmniej 3 m i ze strasznym, magnetycznym spojrzeniem. Być może i mnie napotkał ten goblin, śnieżny człowiek czy co to tam było?

Jeżeli którykolwiek z Czytelników spotkał się z podobnymi istotami ze strasznym, magnetycznym spojrzeniem, bardzo proszę napiszcie. Chciałbym porównać wasze relacje z moimi przeżyciami.   

Jurij Mironow z Sankt Petersburga

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2015, s. 25

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

środa, 6 stycznia 2016

Cuchnący postrach Amazonii

Rekonstrukcja "cuchnącego hominida" - Mapinguary


Wiktor Miednikow


Węgorz elektryczny zamieszkujący Amazonkę razi prądem o napięciu 500 V. Tubylcy zanim złowią tą rybę, zaganiają w rzekę stado krów, aby węgorze rozładowały na nich swój potencjał elektryczny.

Ci, którym udało się ujrzeć czy choćby tylko usłyszeć tego zwierza, uważają siebie za ulubieńców bogów – dlatego, że pozostali wśród żywych. Indiańskie babcie straszą nim swe dzieci. A uczeni przez całe lata błąkają się po lasach i bagnach w nadziei znalezienia go. To jest właśnie mapinguara/mapinguary – postrach Amazonii, którego imię w języku krajowców oznacza „władca lasów”. 

[Wg Wikipedii, mapinguari (lub mapinguara, mapinguary) to południowoamerykański leniwiec kopalny, obiekt badań kryptozoologii (kryptyda). Wzmiankowany w opowieściach Indian i relacjach białych podróżników z Boliwii i Brazylii. W opinii kryptozoologów uchodzi za relikt trzeciorzędowej megafauny - któryś z gatunków olbrzymich leniwców Megatherium, prawdopodobnie Mylodon. Nie przypomina on jednak dzisiejszych znanych nauce leniwców, lecz jest olbrzymim zwierzęciem naziemnym. Ma około 5 m długości i 2 m wysokości, waży kilka ton, a jego potężne łapy uzbrojone są w olbrzymie pazury. Mówi się też, że mapinguari jest odporny na pociski, co jest możliwe, gdyż kopalne leniwce miały na skórze tułowia kostne wyrostki tworzące wytrzymały naturalny pancerz. Ma też wydzielać silny odór. W latach 90. XX w. ornitolog dr. David Oren prowadził poszukiwania mapinguari. Na podstawie opowieści Indian o jego wyglądzie uznał, iż jest to kopalny leniwiec. Mapinguari jest widywany na terenach tropikalnych lasów amazońskich, głównie w stanach Rondônia, Pará i Mato Grosso. Niektóre tubylcze plemiona uważają Mapinguari za istotę humanoidalną, o ciemnobrązowym futrze, jednym oku i dwóch otworach gębowych. Według ich legend był on człowiekiem, jednak został przeklęty za swoją pychę i zmieniony w potwora na zawsze. Rzekomo posiada dwa otwory gębowe: jeden na głowie, drugi na brzuchu. Gdy czuje sie zagrożony, z dolnych ust wydziela silny odór, potrafiący odstraszyć nawet najmężniejszego wojownika. Ten opis Mapinguari był wykorzystywany w pierwszych latach badań nad tym zwierzęciem. Mówiono o nim wtedy 'Brazilian Big Foot - Mapinguary (ang. brazylijska Wielka Stopa - Mapinguary). Niedługo później teoria jakoby był on humanoidem została obalona. Olbrzymi leniwiec kopalny Mylodon w czasie obrony przed drapieżcą potrafił stawać na tylnych łapach wyprostowany, aby wydawać się większym i odstraszyć napastnika. Ta taktyka defensywna jest często widywana w świecie zwierząt. W takiej pozycji przez krótki czas mógł się przemieszczać. Właśnie tak mógł zostać zauważony przez tubylców. Jedna z ekspedycji badających przypadek mapinguari natrafiła na łajno w jednej z jaskiń na terenie centralnej Rondônii. Ustalono, że należało ono do tapira anta. Inna grupa badaczy obaliła tę teorię występowaniem tapira. Zamieszkuje on głównie tereny Wenezueli, a łajno znaleziono w środkowej Rondônii - tapir musiałby przebyć dystans ok. 250 km, co jest dla niego wyczynem trudnym. Relacje spotkań z Mapinguari drastycznie zmalały w ostatnich latach – przyp. tłum.]


Ognisko João


Bardzo dawno temu, w indiańskiej wiosce na brzegu rzeki Tapajós [prawy (południowy) dopływ Amazonki przyp. aut.]  mieszkał młody myśliwy o imieniu João. Jego chatka znajdowała się na samym skraju wsi, zaraz przy lesie. Pewnego jasnego, wiosennego poranka, João siedział na progu swego domu, spokojnie palił fajkę, napawając się urodą swej żony szykującej śniadanie przy palenisku zbudowanego z kamieni na podwórku. Naraz z leśnej gęstwiny rozległ się przeraźliwy krzyk, jakby człowieka krzyczącego z bólu czy strachu. Zaraz za tym rozległ się ogłuszający ryk, zatrzeszczały gałęzie i na polane wyszedł straszny potwór. Przypominał on gigantyczną rudą małpę, przemieszczającą się na tylnych łapach. João tchórzem nie był, ale stanąwszy oko w oko z potworem skamieniał ze strachu. Ale jeszcze bardziej obezwładnił go bijący od potwora odór fekaliów i zgniłego mięsa. Tymczasem potworne stworzenie podeszło do żony, złapało ją łapami z ogromnymi pazurami, zarzuciło sobie na plecy i momentalnie skryło się wraz ze zdobyczą w leśnej gęstwinie.

Kiedy tylko João wrócił do siebie, natychmiast wskoczył do domu, złapał strzelbę i rzucił się w pogoń za porywaczem. Biegł w lesie wypatrując śladów potwora. A ślady były bardzo dziwne: jakby monstrum szło tyłem do przodu. Pogoń trwała cały dzień. Kilka razy młody myśliwy już doganiał potwora, widział nawet ryże plecy przemykające wśród drzew. Ale przez cały czas przeszkadzał mu straszliwy smród bijący od tego stworzenia. Od tego dostał bólu głowy, tak że João omal nie postradał zmysłów.

Pod wieczór myśliwy wreszcie dopadł porywacza. I tutaj monstrum, którego zmęczyła ta pogoń, wydał z siebie straszliwy ryk, rzucił zdobycz na ziemię i błyskawicznie znikł w lesie.

Podskoczywszy do żony João ujrzał jej bezwładne zwłoki.

Przybity bólem João po pogrzebie żony poszedł do lasu poprzysięgając, że póty nie wróci do ludzi, póki nie zabije swego wroga i zedrze jego skalp. Przez wiele lat krążył on w lasach o na bagnach tropiąc potwora, ale nie mógł go znaleźć. Zemsta pozostała niespełnioną, przysięga – niewykonaną. I dlatego właśnie, po śmierci  João, polowanie dalej prowadzi jego duch. Od czasu do czasu Indianie widzą w leśnej gęstwinie płonące ognisko, rozpalone przez ducha myśliwego. Dlatego też oni spieszą z powrotem do wsi, aby złożyć ofiarę swoim bogom i przeprowadzić obrzęd oczyszczenia.

Odkryte kości łapy ogromnego leniwca

On „rozmawiał” z mapinguari


To tylko jedna z całego mnóstwa indiańskich legend o mapinguary, które zostały zapisane przez znanego badacza dr Davida Orena, absolwenta Harvardu, który zorganizował u końca XX wieku kilka ekspedycji do lasów Amazonii w poszukiwaniach tego fantastycznego, na wpół mitycznego stworzenia.
- Rozmawiałem z siedmioma myśliwymi, którzy twierdzą, że strzelali do mapinguary, a 80 innych ludzi spotkało się z nim – opowiada uczony. – Co oni opisują? Stworzenie o wzroście około 2 m, przemieszczające się w postawie pionowej, z bardzo silnym, obrzydliwym zapachem, mające bardzo silną i masywna budowę ciała, pod którym gną się grube korzenie drzew. Najbardziej wiarygodna jest jego obrona przed wrogami – smród opisany przez wielu świadków.

[To akurat wcale nie jest takie dziwne, zważając fakt, iż niektóre zwierzęta bronią się przy pomocy wydzielanego przez nie smrodu, jak np. północnoamerykański skunks - przyp. tłum.]

Stworzenie to ma długie, grube futro, cztery wielkie zęby i chodzi zarówno na czterech jak i dwóch łapach. Dobiega odeń odrażający fetor fekaliów i gnijącego mięsa. Być może ta ohydna woń pomaga mu paraliżować swe ofiary. Mapinguary wydaje z siebie nieprawdopodobnie silny krzyk, przypominający ludzki, stopniowo przechodzący w ryk. Jego siła jest tak wielka, że może odrywać głowy nawet dużym zwierzętom.

Dr Oren wspominał, że w czasie swoich ekspedycji nawoływał on w ciemnościach i mapinguary odpowiadał mu.


Myśliwi kontra monstrum

  
Do tego dr Oren – wcale nie jako pierwszy – zainteresował się „władcą lasu”. Pierwsze kości tego zwierzęcia zostały znalezione w 1789 roku, w przybrzeżnych toniach rzeki Rio Lujan w okolicach Buenos Aires, Argentyna. Krajowcy orzekli, że to gigantyczny kret wyrwał się na powierzchnię  i zginał od słonecznych promieni. Tym niemniej kości te zebrali i przesłali królowi Carlosowi IV, który z kolei przesłał je do Madryckiego Królewskiego Muzeum. Uczony Jose Corriga złożył szkielet i dokładnie opisał go. Także pewien francuski dyplomata odwiedził uczonego i sporządził kilka grawiur z wyglądem szkieletu dla Paryskiego Muzeum Historii Naturalnej.

W latach 90. XIX wieku, sensacja stał się artykuł argentyńskiego paleontologa Florentiono Amegino. On napisał o tym, jak Ramon Lista – argentyński badacz, geograf i poszukiwacz przygód – polował w Patagonii. Naraz ogromne, nieznane zwierzę, pokryte długimi włosami, mignęło mu w krzakach. Ono było podobne do gigantycznego pancernika. Lista strzelił do zwierzęcia, ale kule zrykoszetowały na nim, tylko lekko go zadrasnąwszy. Amegino postanowił sprawdzić, czy to nie był przypadkiem mapinguari i udał się do lasu. Tam znalazł on wielu świadków wśród Indian, którzy widzieli to stworzenie. Zwierzę to – według nich – wychodziło nocą, a w dzień ukrywało się w norze wyrytej ogromnymi pazurami. Krajowcy opowiadali, że sporządzić strzałę, która by przebiła grubą skórę tego zwierzęcia było zrobić bardzo trudno.

Jeden z awanturników Juan Battista Acevedo zobaczył mapinguarę 20 lat temu w czasie 45-dniowej wyprawy na canoe.
- Pracowałem przy rzece, kiedy usłyszałem krzyk, straszliwy krzyk  – opowiedział on korespondentowi agencji Reuters. – Naraz coś przypominającego człowieka, całkiem pokrytego sierścią wyszło z lasu. Stworzenie szło na dwóch nogach i – chwała Bogu! – nie podeszło do nas. Nigdy nie zapomnę tego dnia.

Indianie uważają, że zabić tego potwora jest bardzo trudno, kule się go nie imają: skóra tego zwierzęcia jest pokryta kościanymi płytkami, jak zbroja. Znane jest zdarzenie, kiedy to zbieracz kauczuku polował w lesie. Naraz usłyszał jakiś dźwięk za sobą, odwrócił się i… zamarł z przerażenia. Tubylec nie zastanawiał się i wypalił do zwierzęcia. W tej chwili powietrze wypełnił taki ohydny odór, że myśliwy uciekł. Pochodziwszy parę godzin w lesie, myśliwy wrócił do ustrzelonego potwora i uciął mu przednią łapę. Ale trofeum tak przeraźliwie śmierdziało, że trzeba było wyrzucić je w krzaki.


Amazonia to labirynt rzek i starorzeczy porosły lasem deszczowym, w którym mogłyby żyć nawet dinozaury...


Relikt z Pleistocenu?


Zgodnie z hipotezą dr Orena – mapinguari to przetrwałe do naszych dni Megaterium, które dawniej zamieszkiwały Centralną i Południową Amerykę.
Gigantyczny naziemny leniwiec był jednym z tych stworzeń, które panowały na naszej planecie w czasach Epoki Lodowej. Nieco podobny do ogromnego chomika żywił się liśćmi, które zrywał z górnych pędów drzew i krzewów. Sam bytował na ziemi, w przeciwieństwie do dzisiejszych leniwców, które większą część życia spędzają na drzewach. Amerykę zamieszkiwały cztery gatunki tych gigantów. Największym z nich był leniwiec naziemny JeffersonaMegalonyx jeffersoni, który był większy od dzisiejszego słonia i mierzył 5 m wysokości. Wszystkie leniwce miały ogromne pazury, jednakże preferowały dietę wegetariańską (tak więc indiańskie opowieści o tym, jakoby mapinguary urywały swym ofiarom głowy i wysysa mózgi należy włożyć między bajki). Ale jak się uważa, wymarły one w końcu Pleistocenu – 12.000 lat temu.

Tak uważa nawet główny oponent dr Orena – prof. dr geologii Uniwersytetu Arizona Paul Martin:
- Myślę, że gigantyczny leniwiec wyginął całkiem dawno. 13.000 lat temu, znaczący okres czasu. Jednakże jest możliwe, że uchodźca z Dawnego Świata może jeszcze istnieć w Amazonii dlatego, że w tym rejonie świata istnieją jeszcze nie tknięte cywilizacją masywy leśne, pozwalające na przeżycie kryptydom dzięki izolacji. Nie zapominajmy, że lasy Amazonii zajmują powierzchnię większą od Zachodniej Europy i żyje w nich co najmniej 30% wszystkich istot żywych naszej planety. Gigantyczny leniwiec zamieszkiwał lasy na terytoriach obu Ameryk i jego pozostałości bywają znajdywane od Patagonii do Północnego-Zachodu USA. Zwierzęta te mogły przenieść się do Amazonii po to, by uniknąć konfrontacji z myśliwymi czy wtargnięcia cywilizacji w jego naturalne środowisko.

Ale potwierdzić hipotezy dr Orena musi coś bardziej materialnego, niż legendy i podania Indian czy opowieści myśliwych. Póki co jedynymi materialnymi rezultatami jego ekspedycji – ślady ogromnych pazurów na korze drzew, kępki ryżej sierści i kilka kilogramów śmieci niejasnego pochodzenia. No, ale jak dr Oren czy ktokolwiek inny znajdzie mapinguary, to będzie to przewrót w nauce.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 23/2015, ss. 30-31

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                

wtorek, 5 stycznia 2016

Syreny siedzą na gałęziach…?

Syreny, które pieśnią wabiły do siebie żeglarzy...


Wasilij Micurow


Nadya Vessie z Nowej Zelandii jest inwalidką, jej obie nogi zostały amputowane. Nie patrząc na to, Nadya uprawia pływanie. Jakiś czas temu pewna firma sporządziła dla niej sztuczny ogon, taki jak u bajkowej Syreny.

*

Myślicie, że Rusałki bywają tylko w bajkach? Nie! W archiwach zachowały się dokumenty, zgodnie z którymi te zagadkowe stworzenia – półkobiety-półryby – realnie istniały. A zatem weźmiemy na siebie odpowiedzialność za stwierdzenie: sądząc ze wszystkiego, one naprawdę istnieją. Ale wbrew znanym wierszom, nie siedzą na gałęziach, ale zamieszkują w morzach i oceanach do dziś dnia.

[Zob. Aleksander Puszkin – „Rusałka” (1827) – w przekładzie Aleksandra Rypińskiego – przyp. tłum.]


Zagadkowy uciekinier


Od dawien dawna do dziś dnia doszło mnóstwo świadectw o spotkaniach z Rusałkami vel Syrenami, albo tak jak je teraz nazywają – Wodnymi Ludźmi (Homo sapiens aquaticus). Istnieją świadectwa mówiące o spotkaniach z tymi istotami na terytorium Rosji – a to w Morzu Czarnym, w jeziorach Północnego Pasa, Syberii i także na Kaukazie. Ci Wodni Ludzie wedle opisów świadków wyglądają różnie – wzrost od 0,5 m do 3 m, ogon może być gładki jak u delfina albo pokryty łuskami jak u ryby.

W połowie XVI wieku rybacy angielscy wyłowili siecią człekopodobną istotę rybim ogonem i odstawili ją do zamku zamieszkującego w pobliżu lorda. Stworzenie było płci męskiej, całkiem łyse, ale z gęstą długą brodą. Ten Wodny Człowiek przeżył w basenie zamkowym kilka miesięcy, po czym wyniesiono go na brzeg morza- by odetchnął świeżym morskim powietrzem, a on uciekł. Najciekawsze jest to, że uciekinier wrócił na zamek, gdzie znów pomieszkał czas jakiś, a potem ponownie uciekł, już definitywnie.

Za Syreny często brano zwyczajne foki...


Pieczeń z Wodnego Człowieka


Słynny żeglarz Henry Hudson zapisał w swym dzienniku, że dwóch jego marynarzy zaobserwowało w dniu 15.VI.1608 roku Syrenę u brzegów Nowego Świata. Była to kobieta z nagimi piersiami, czarnymi włosami do łopatek i rybim ogonem, pokrytym czarnymi kropkami jak u makreli.

W 1739 roku, w pewnej angielskiej gazecie opublikowano informację o tym, jak to marynarze ze statku Halifax wyłowiło kilka Syren w okolicy wybrzeży wyspy Mauritius. Upiekli je i zjedli. Później opowiadali, że ich mięso przypominało delikatną cielęcinę.

W 1758 roku, żywą Syrenę pokazywali w jarmarku osobliwości w Paryżu. Malarz S. Gautier sporządził rysunek z natury. Rysunek ten zachował się.


Wszechocean kryje jedną z największych tajemnic - Rusałki vel Syreny

Syrena na rysunku Gautiera z 1758 roku



Rysunki Syren i ich mumii


Mumie i szkielety


Większość biologów uważa, że jeszcze jakieś 200-300 lat temu Syreny/Rusałki rzeczywiście istniały. Ale potem one znikły jak widma. Znaleziono pewną ilość szkieletów przypominających ludzkie, ale z rybim ogonem zamiast nóg. Dwie mumie Rusałek znajdowały się w King’s College Medicine w Londynie. Ale w lata II Wojny Światowej w jego budynek trafiła niemiecka bomba lotnicza – i cała kolekcja została zniszczona.  Na szczęście pozostały zdjęcia tych mumii. Mumie i szkielety Syren pozostały do naszych czasów w zbiorach Królewskiego Muzeum Szkocji i Narodowym Muzeum Etnologii w Lejdzie, Holandia.

W krajoznawczym muzeum amerykańskiego miasteczka Tomstone, w dużej szklanej witrynie znajduje się szkielet istoty, której wierzchnia część przypomina człowieka. Jego klatka piersiowa ma dobrze rozwinięte żebra, a to oznacza, że istota ta oddychała powietrzem atmosferycznym. Spodnia część szkieletu jest zakończona rybim ogonem.


Brutalność podwodnych mieszkańców


Nie tak dawno zdjęto wreszcie klauzulę tajności z wydarzeń, które miały miejsce w 1982 roku, w zachodniej części jeziora Bajkał. Tam miały miejsce ćwiczenia wojskowych płetwonurków z Zabajkalskiego OW. Po zanurzeniu się płetwonurków na głębokość 50 m, im niejednokrotnie przyszło napotkać na stworzenia o wzroście co najmniej 3 m. Były one odziane jakby w srebrzyste kombinezony. Głowy tych Istot były jakby w kulistych hełmach, ale nie miały one żadnych akwalungów czy innych urządzeń do oddychania pod wodą. Istoty te pływały bardzo szybko i śledziły poczynania naszych płetwonurków.
Niestety, te spotkania skończyły się tragicznie. Z dowództwa wpłynął rozkaz pojmania jednej z tych Istot. Siedmiu płetwonurków dowodzonych przez oficera spróbowało złapać jedna z Istot w sieci. W ciągu jednej chwili jakaś siła wyrzuciła wszystkich siedmiu na powierzchnię jeziora. W rezultacie tego wszyscy zapadli na chorobę kesonową wskutek różnicy ciśnienia. Trzech z nich zmarło w czasie kilku dni, pozostali zostali inwalidami…. Tym niemniej, ci niezwykli mieszkańcy głębin nie byli Rusałkami. Kimże zatem byli? Można na ten temat fantazjować ile dusza zapragnie, a my kontynuujmy naszą opowieść.

W sierpniu 1992 roku, rybacy z wioski Key Beach, (FL, USA), w odległości kilometra od brzegu zauważyli leżących na wodzie „półludzi-półfoki” z dużymi głowami podobnymi do ludzkich, dużymi oczami i długimi rękami, zakończonych upłetwionymi dłońmi. Stworzenia widząc nadpływający barkas, zatoczyły krąg wokół niego i odpłynęły na głębinę. Po godzinie rybacy wyciągnęli sieć i stwierdzili, że ona była rozcięta w kilku miejscach.


Pora na zaznajomienie się!


Pracownicy amerykańskiej National Oceanic and Atmospheric AdministrationNOAA twierdzą, że kobiety z rybimi ogonami, których rysunki naskalne pojawiły się w końcu Epoki Kamiennej (ok. 30.000 lat temu), istnieją nawet teraz i to we wszystkich akwenach Wszechoceanu.

Niedawno na wyspie Tahiti miała miejsce międzynarodowa konferencja poświecona problematyce Syren. Zasadniczy temat konferencji - hybryda człowieka i ryby, a może być że i delfina, tak czy owak zamieszkuje morskie głębiny. Według słów ekspertów – większość populacji Rusałek/Syren zamieszkuje ciepłe wody Morza Śródziemnego i basenu Morza Karaibskiego. Widziano je także na Oceanie Spokojnym i wodach Południowego Atlantyku.

W USA jakoby w specjalnym akwarium mieszka 7 Syren. Gdzie się znajduje – to władze skrzętnie ukrywają. Amerykańskie media podaja, że sam prezydent Obama widział te Rusałki i był zdumiony ich widokiem. Jak na razie, w Stanach panuje mania utajniania wszystkiego i Rusałki – jak widać – należą teraz do obiektów szczególnie niedostępnych.

Syrenka z baśni H. Ch. Andersena w Kopenhadze


One jedzą biskwity!


Mniej więcej rok temu (w 2014 roku – przyp. tłum.) maleńkie, nadmorskie miasto Kiriat Jam/Kiryat Yam – N 32°50’45” – E 035°04’00”, stał się słynnym na cały Izrael. Burmistrz miasta oficjalnie oświadczył, że w zatoce (Zatoce Hajfy – przyp. tłum.) niejednokrotnie obserwowano Syreny i że kąpiący się, a w szczególności dzieci, powinni być ostrożni i nie powinni zbliżać się do nich. Do prasy i TV z tego miasteczka cały czas napływają meldunki i relacje o spotkaniach ludzi z Syrenami – zarówno płci żeńskiej i męskiej, a dzieci nawet częstują je biskwitami!

Władze oświadczyły, że wypłacą 1.000.000 NIS () czyli ok. 660.000 PLN temu, kto przedstawi niezbite dowody na istnienie Wodnych Ludzi. Po zatoce pływają łodzie, a dalej od brzegu odpływają statki wyposażone w sonary i środki obserwacji satelitarnej. Jednak obiecanego miliona szekli jeszcze nikomu nie wypłacono…

…Uczeni sądzą, że podwodny świat mórz i oceanów jest zbadany o wiele gorzej, niż przestrzeń wokółziemską. Tak więc przyjdzie nam się dowiedzieć o wiele więcej nowego o tym zagadkowym świecie.


Moje 3 grosze


Czytelnikom przypominam tylko, że materiał ten koresponduje z wieloma artykułami na temat osobliwych kryptyd i możliwych rozumnych form życia we Wszechoceanie, i tak:
·        i inne.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 26/2015, ss. 32-33
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©