Powered By Blogger

poniedziałek, 22 lipca 2013

BOL-e nad Jordanowem!


Zaczęło się nieledwie sensacyjnie. Wczoraj wieczorem spojrzałem w okno i na ciemniejącym już, granatowym tle nieba ujrzeliśmy srebrzystą, pyzatą tarczę niemal pełnego Księżyca i sunący w jej stronę, powoli, czerwono świecący punkt.





BOL nadlatujący od północy...



...i od południowego-zachodu


Pomyślałem, że to wreszcie UFO w formie BOL i wybiegłem na zewnątrz. Miałem przy sobie telefon komórkowy i zrobiłem serię zdjęć, które eksponuję poniżej:

Ten od północy przemieścił się na wschód i znikł...





...podobnie jak ten nadlatujący od południowego-zachodu...


Oczywiście nie było to żadne UFO, ale chińskie lampiony-montgolfiery, które wypuszczono w dwóch punktach miasta, gdzie prawie trwały jakieś imprezy towarzyskie… Szkoda, bo wyglądało to naprawdę spektakularnie i na pewno pojawiłaby się niejedna legenda o UFO…

Tymczasem w dniu przedwczorajszym widziano coś naprawdę ciekawego w Krakowie, oto relacja naocznego świadka:

Dzisiaj spacerowałam z psem obok zalewu w Zesławicach - jakieś 20 minut spaceru od mojego osiedla w Nowej Hucie i spojrzałam mimo woli w piękne bezchmurne niebo.
Nagle dosłownie znikąd pojawił się kulisty lub eliptyczny lśniący obiekt, mały, koloru białego złota, który poruszał się szybko, powyżej chmur i słońca przesuwając się chyba w kierunku zachodnim (nad osiedlami Bohaterów Września i Złotego Wieku).
Po dosłownie 3-5 sekund zjawisko zniknęło na moich oczach tak szybko jak się pojawiło.
Nie zdążyłam nawet wyjąć z kieszeni spodni kamery, żeby nagrać zdarzenie. Pokazywałam synowi, ale zanim zajarzył gdzie i co - obiekt po prostu zniknął.
Samolot to chyba raczej nie był, bo przecież żaden tak nie wyglądał. Porównywałam przelatujące co chwilę samoloty (bo tutaj przebiega korytarz powietrzny), włącznie z samolotem rozsiewającym za sobą smugę (chemtrail?), który nadlatywał właśnie zaraz z północy. Nie mógł to też być ptak - no chyba, ze stalowy i raczej praptak jak już.
Nie wiem co to było co widziałam.
Mały ze mnie dworował, że pewnie znowu zamarzyło mi się zobaczyć UFO.
Co do UFO to mam dziwne przeczucia, że to są wszystko tajne technologie, a nam wszystkim wciska się bajeczki o złych obcych, którzy chcą na nas najechać.
R.H.

No i ja też tak uważam. To na pewno nie mógł tyć chiński lampion. Większość relacji, które napływają do mnie mówi właśnie o przelotach czerwonych lampionów. Natomiast relacja Pani R.H. zasługuje na uwagę, bowiem mówi wyraźnie o czymś innym, niż o tym chińskim badziewiu zaśmiecającym nasze niebo.


A teraz będzie coś dla wielbicieli teorii spiskowych: otóż warto by się było dowiedzieć, kto wpadł na pomysł i sprowadza do Polski tą chińszczyznę? Z całą pewnością ma ona maskować działalność Obcych na naszej planecie. Ludzie będą patrzeć na lampiony, aż się to im opatrzy i nie będą zwracać na nie uwagi, a tymczasem Ufiaści będą robić dalej swoją krecią robotę przy pomocy BOL-i…   

niedziela, 21 lipca 2013

Wyścigi w Morzu Śródziemnym

Okręt podwodny typu 675


Kmdr Wadim Kuliczenko


Albertowi Einsteinowi zaproponowano w 1952 roku zajęcie stanowiska prezydenta Izraela, ale uczony odmówił. Natomiast przekazał wszystkie prawa do swych prac i wykorzystywanie swego image Uniwersytetowi Jerozolimskiemu.

W 1967 roku przyszło mi być uczestnikiem rejsu bojowego na Morzu Śródziemnym, na pokładzie SSGN[1]K-131[2]. Amerykanie nazywali te okręty ze względu na ich hałaśliwość „ryczącymi krowami”. Ale w tym rejsie, kiedy naszemu OP przyszło wypełnić bojowe zadanie w Wojnie Sześciodniowej Izraela z krajami arabskimi, nie był on wykryty przez silne zgrupowanie okrętów VI Floty US Navy i amerykańskich sojuszników w basenie Morza Śródziemnego. A rząd ZSRR w pełni odpowiedzialnie oświadczył, że w przypadku kontynuowania przez Izrael działań wojennych, zostaną przezeń podjęte radykalne środki.


Wojna Sześciodniowa i Rada Bezpieczeństwa


My, szeregowi żołnierze, oczywiście niczego nie wiedzieliśmy w tych czasach, ale z honorem wypełnialiśmy nasz obowiązek. Potem, wgłębiając się w historię Wojny Sześciodniowej, znalazłem zapiski Leonida Nikołajewicza Kutakowa, naszego przedstawiciela w ONZ w latach 1968-1973, który był zastępcą Sekretarza Generalnego ONZ[3] do spraw kwestii politycznych i prac Rady Bezpieczeństwa.

Dnia 27.V.1967 roku, delegacja Zjednoczonej Republiki Arabskiej - ZRA[4] zażądała rozpatrzenia przez RB ONZ kwestii agresywnej polityki Izraela, zagrażającej pokojowi i bezpieczeństwu na Bliskim Wschodzie. Seria posiedzeń nie przyniosła żadnych rezultatów – obstrukcyjna taktyka USA i Zjednoczonego Królestwa, wspierana przez ich sojuszników z NATO, przeszkadzała w podjęciu pozytywnych decyzji. Izrael wiarołomnie zaatakował nie tylko Egipt, ale także Syrię i Jordanię.[5]

Kiedy zaczęło się 1347. Posiedzenie RB ONZ, funkcjonariusze ochrony bacznie śledzili publiczność. Wszak było wiele prób prowokacji. Niejednokrotnie ochrona odbierała broń przedstawicielom ekstremistycznej organizacji Liga Obrony Żydów[6].

Na porządku dnia stanęły: skarga rządu ZRA na bezprawny, niesprowokowany atak sił izraelskich. Wysłuchano wystąpień przedstawicieli ZRA i Izraela, a potem zaczęła się słowna ekwilibrystyka. I tylko ZSRR wystąpił w obronie krajów arabskich. Delegacja radziecka przez cały czas dobijała się o zawieszenie broni. W rezultacie intensywnych konsultacji naszych dyplomatów udało się przeciągnąć na naszą stronę sojuszników USA: Anglię, Kanadę i Danię w sprawie przjęcia rezolucji o przerwaniu ognia.

6 czerwca RB ONZ przyjęła taka rezolucję, ale Izrael zignorował ją i kontynuował działania wojskowe. Jednostki pancerne doszły do brzegów Jordanu i powstało realne zagrożenie wejściem wojsk izraelskich na zachodni brzeg Kanału Sueskiego.

Późnym wieczorem 7 czerwca, RB przyjęła Rezolucję nr 234, która kategorycznie żądała zaprzestania ognia w czasie kilku najbliższych godzin. Ale Izrael znowu zignorował ją. Armie izraelskie osiągnąwszy powodzenie na Półwyspie Synajskim, rozpoczęły atak wzdłuż całej izraelsko-syryjskiej linii demarkacyjnej. Żydzi zamierzali zająć Damaszek i obalić postępowy rząd Syrii.

Rankiem 9 czerwca, RB zażądała przerwania wszelkich operacji wojskowych na froncie izraelsko-syryjskim. Ale USA i Izrael zaczęły grę dyplomatyczna twierdząc, że nie wiadomo dokładnie, kto narusza Rezolucję RB. Amerykanie chcieli zyskać na czasie. Izraelowi zależało na zajęciu nowych terenów i obaleniu postępowych rządów w krajach arabskich. 9 czerwca posiedzenie zakończyło się późno, a wczesnym rankiem 10 czerwca z Damaszku napłynęła informacja, że na miasto maszeruje izraelska armia. Jej czołgi znajdowały się tylko 60 km od stolicy Syrii. Szef sztabu obserwatorów ONZ potwierdził fakt ataków powietrznych na przedmieścia Damaszku.

Rezolucje ONZ były nieskuteczne. Nieskuteczna była także pomoc ONZ ofiarom izraelskiej agresji. I tutaj właśnie swoje ważne słowa wypowiedziały rządy krajów socjalistycznych z ZSRR na czele. W dniu 9 czerwca wydały one wspólne oświadczenie, w którym ukazano, ze kraje socjalistyczne uważają za niezbędne wyciagnięcie wniosków z tego faktu, że Izrael nie wypełnił decyzji RB ONZ i nie zaprzestał działań wojennych. Jednocześnie wszyscy sygnatariusze zerwali wszelkie stosunki dyplomatyczne z Izraelem.[7] Jeżeli Izrael nie przerwie działań wojskowych – oświadczył przedstawiciel Związku Radzieckiego w ONZ N. T. Fiedorenko – ZSRR wraz z innymi pokojowo nastawionymi krajami podejmie sankcje przeciwko państwu Izrael. Rzecz jasna dotyczyło to także obecności naszego okrętu podwodnego u brzegów tego wojowniczego państwa.


Dziwny radiogram


Początek Wojny Sześciodniowej zastał nas na Morzu Adriatyckim. Nasz rejs trwał już 45 dób. Patrolowanie po wyznaczonej trasie było zajęciem nużącym. Dowodzenie naszym atomowcem przekazano Flocie Czarnomorskiej. Jej sztab nie znał możliwości atomowych okrętów podwodnych i – przyjmując takie kalkulacje jak dla okrętów z napędem dieslowskim – rozkazano nam utrzymywać prędkość 2,5 kts. Przy takiej prędkości, nasz okręt o wyporności 6000 ton nie mógł utrzymać głębokości zanurzenia. Musieliśmy płynąć z minimalną prędkością 4 kts, i do tego musieliśmy od czasu do czasu płynąć z powrotem, by utrzymać swoją zadaną odgórnie pozycję.[8]

W dniu 7.VI.1967 roku, o godzinie 01:00 otrzymaliśmy radiogram, który wprawił nas w zdumienie. Kazano nam do końca aktualnej doby dopłynąć do wybrzeży Izraela i być gotowym do przeprowadzenia ataku rakietowego na Tel Awiw. Obliczenia wykazały, że żeby wykonać ten rozkaz musielibyśmy płynąć z prędkością 50 kts, fantastyczną nawet dzisiaj dla atomowych okrętów podwodnych i nawodnych także. Poza tym mieliśmy na pokładzie rakiety klasy głębina wodna – woda – odpalanych przeciwko celom nawodnym.[9] Aby używać takich pocisków przeciwko celom na lądzie, trzeba by było zmieniać w nich systemy samonaprowadzania, a tego można było dokonać tylko na wynurzeniu. A to znaczyło, że ryzykowalibyśmy wykryciem naszego okrętu. Ale rozkaz nie gazeta i przystąpiliśmy do jego wykonania wszelkimi dostępnymi siłami i środkami. Zmieniliśmy kurs i zwiększyliśmy prędkość…

Po wykonaniu tego wszystkiego, najstarszy stopniem oficer na pokładzie, kmdr Walentin Nikołajewicz Ponikarowskij (późniejszy admirał, dzisiaj w stanie spoczynku) postanowił czekać na kolejny seans łączności z Moskwą. Na szczęście na górze zorientowali się i po ośmiu godzinach na kolejnym seansie łączności otrzymaliśmy nowe rozkazy, już możliwe do wykonania.


Uzupełnienie zapasów


Rozkazano nam udać się we wschodnie sektory Morza Śródziemnego z zadaniem śledzenia grup uderzeniowych lotniskowców USA i NATO, które zmierzały w stronę brzegów Izraela w celu ewentualnego wsparcia jego sił lądowych. Do dziś dnia dziwi mnie to, że tak wiele się mówi o Kryzysie Karaibskim z 1962 roku, kiedy to świat znajdował się na krawędzi nowej wojny, a historycy „zapominają”, że podobna sytuacja miała miejsce w czerwcu 1967 roku, a której przyczyną był Izrael.[10] Dozór we wschodniej części Morza Śródziemnego był zatem poważniejszy niż w późniejszych konfliktach w Zatoce Perskiej.

No i przed nami cała w światłach – świeciły się nawet burtowe iluminatory – okręt pomocniczy - baza dla okrętów podwodnych, która miała uzupełnić nasze zapasy żywności i paliwa, byśmy mogli kontynuować nasze zadanie. Powstało pytanie, ile nam potrzeba pitnej wody. Na bazie było jej dużo, a rozkaz brzmiał: wszystko oddać nam! Ale uspokoiliśmy dowódcę zaopatrzeniowca, że możemy im oddać naszą słodką wodę – jedną-dwie tony.

Cały załadunek mieliśmy przeprowadzić w 4 godziny. Nie trzeba było szukać ochotników – cała załoga i oficerowie wzięła w tym udział. Komu nie chciałoby się przebywać na świeżym powietrzu po 45-dniowym zanurzeniu w stalowym kadłubie? A komu nie chciało się zobaczyć Morze Śródziemne choćby i w nocy? Zaczął się załadunek przez dziobowe i rufowe luki. 17 ton ładunku przenoszone przez dwa wąskie włazy znikło we wnętrzu okrętu w czasie 3,5 godziny. Wprost z pokładu zaopatrzeniowca przeskoczyłem na pokład okrętu z ładunkiem w rękach i zanurkowałem do luku, który zamknął za mną kmdr Władimir Pawłowicz Szechawcow. Oddano cumy i wprost spod burty poszliśmy w głębinę. Dostaliśmy sygnał, że w powietrzu pojawiły się amerykańskie samoloty ZOP typu Orion, a nam nie wolno się było ujawnić i dalej kontynuować nasze zadanie bojowe… Po upływie dalszych 47 dób otworzyliśmy główny właz u rodzimych brzegów. Cały rejs trwał 92 dni.

To zdarzenie zostało opisane w książce amerykańskich autorów Cherry Sontag i Christophera Drewa – „Historia podwodnego szpiegostwa przeciwko ZSRR”[11] w rozdziale „Wyścigi w Morzu Śródziemnym”.



Dyplomatom nie na rękę


Nie bacząc na wszelkie niedoróbki organizacyjne w tym rejsie, tak nikt nie był w stanie wykryć uczestnictwa radzieckich atomowych okrętów podwodnych w Wojnie Sześciodniowej na Morzu Śródziemnym. Radzieckie oświadczenie na ten temat nazwano blefem. Ale ono było oparte o fakty, a ten rejs był zasługą floty.

Tylko zdecydowane działania ZSRR nie dopuściły do dalszej okupacji ziem arabskich przez Izrael. A te tereny, które z poduszczenia USA i Zjednoczonego Królestwa były zajęte przez Izrael w Czasie Wojny Sześciodniowej dzisiaj są kamieniem niezgody na Bliskim Wschodzie.

Rozpatrując całość działań poprzez pryzmat tego pojedynczego zadania można powiedzieć tak: Flota nie jadła swojego chleba za darmo. To powinno zrozumieć kierownictwo naszego państwa. To właśnie Flota swoimi działaniami załatwia sprawy, które dyplomatom są bardzo nie na rękę…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 17/2013, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©
Ilustracje - Wikipedia




[1] Atomowy okręt podwodny z rakietami manewrującymi.
[2] Był to okręt klasy Projekt 675/Echo II. Okręt ten wsławił się pożarem, który wybuchł na jego pokładzie w dniu 25.VI.1989 roku w czasie bojowego patrolu na Morzu Norweskim n niedaleko Półwyspu Kola. Zginęło wtedy 13 marynarzy. (Wikipedia)
[3] W tym czasie byli nim U Thant (do 1971) i Kurt Waldheim.
[4] Egiptu.
[5] Dzisiaj przedstawia się to na odwrót, jakoby to Egipt, Syria i Jordania zaatakowała Izrael.
[6] Nawiasem mówiąc jedna z jej odnóg planowała zamach na Jana Pawła II, który został udaremniony przez służby Izraela.
[7] Od tego czasu w Polsce istniała jedynie Sekcja Interesów Izraela przy Ambasadzie Holandii.
[8] Stąd te wszystkie „zwariowane Iwany”, które obserwowali podwodniacy amerykańscy śledzący ruchy floty radzieckiej…
[9] 8 pocisków rakietowych typu P-6/SS-N-3a Shaddock o zasięgu 550 km.
[10] To jest oczywiste. Propaganda USA w 1962 roku wskazywała ZSRR jako przyczyną Kryzysu Kubańskiego, natomiast w 1967 to Izrael przy wsparciu USA wywołał Wojną Sześciodniową i był głównym agresorem. Dlatego właśnie tak mało się mówi o Wojnie Sześciodniowej, bowiem to Żydzi dotąd uchodzili za niewinne ofiary Holokaustu, a nie napastników – co zmieniłoby lansowany przez nich obraz wiecznie prześladowanych ofiar.    
[11] „Blind Man’s Bluff – The Untold Story of American Submarine Espionage”, HarperCollins Publishers, 2000. 

czwartek, 18 lipca 2013

UFO w lesie?


Niedawno odwiedził mnie przewodniczący ryskiej organizacji UFO-Lats – Pan Jewgienij Sidorow, który zapoznał mnie z trzema filmikami, na których uchwycono jakiś dziwny obiekt latający nad stadkiem dzików w łotewskim lesie. Przedstawiam je poniżej:



Autorką filmików jest pewna miłośniczka Natury, która w jednym z łotewskich lasów zastawiła foto-pułapkę na dziki i inne zwierzęta leśne, które żerują w nocy. Jak widać, foto-pułapka spełniła swe zadanie i widać na filmikach stadko dzików i… coś jeszcze. Wyraźnie widać świetlisty punkt, który lata pomiędzy drzewami i nad stadkiem „kabanów”. Pytanie brzmi: czym jest ów zagadkowy punkt?


Na pewno nie jest to UFO sensu stricte. Gdyby to było UFO jakie znamy, to na pewno byłyby zakłócenia w działaniu kamery, nie mówiąc już o tym, że dziki zachowywałyby się całkiem inaczej. Poza tym obiekt ten oświetliłby mijane drzewa. Osobiście sądzę, że jest to po prostu – niestety, a może na szczęście – jakiś nocny owad, na co wskazuje silny odblask chrysopsyny jego oczu przystosowanych do widzenia w ciemności oraz charakterystyka jego lotu. Gdyby to była sowa czy jakiś nocny ptak, to widoczna byłaby jego sylwetka i łopocące skrzydła, tymczasem tego nie widać i światło jest niemal punktowe, co wskazuje na niewielkie rozmiary tego „UFO”.   

* * * 

Na tą zagadkę odpowiedzieli ludzie lasu - leśnicy i grzybiarze, a oto ich opinie:

Klapek: Jeśli obowiązuję Cię Brzytwa Ockhama to powinieneś założyć, że to po prostu owad lub ptak sporo jaśniejszy niż czarny. Zakładam, że filmy kręcone są kamerą noktowizyjną w której nawet dziki są jasne, które w świetle dziennym wcale do najjaśniejszych nie należą. Zakładając , że duży owad lub ptak jest w kolorze białym lub innym jasnym to przez noktowizor tak to właśnie mogło wyglądać.

Paweł54: Wracając na Ziemię, to jedyne latające i świecące w tych szerokościach geograficznych:
·        iskrzyk (Phausis splendidula syn. Lamprohiza splendidula)
·        świeciuch (Phosphaenus hemipterus)
·        świetlik świętojański (Lampyris noctiluca)
Świecił odwłok samczyka, a efekt 'komety' spotęgowała podczerwień kabanom oczy aż iskrzą takie kabanowampiry.

NADIR: Moja odpowiedź na zagadkę jest taka: to coś - na wszystkich filmikach, to są zarejestrowane ślady przelatujących owadów. Kamera - z tego co widzę na filmikach, to nie jest kamera noktowizyjna, tylko kamera na podczerwień, lub zwykła kamera przemysłowa (która oprócz światła widzialnego także dobrze "widzi" w podczerwieni) Do tego nie rejestruje ona obrazu promieniowania podczerwonego promieniującego od obserwowanych obiektów, tylko obraz powstający za pomocą światła odbitego od oświetlacza podczerwieni znajdującego się blisko kamery lub w jej obudowie. Nie jest to kamera noktowizyjna, ani tym bardziej termowizyjna, bo wtedy dziki wyglądałyby jak świecące na biało plamy, nawet trudne do rozpoznania kształtu, a do tego... akurat właśnie ich oczy nie świeciłyby tak mocno. Oczy zwierząt i ludzi nie promieniują aż tak bardzo jak ich ciało, za to silnie odbijają takie światło padające "z zewnątrz", odbija je silnie także wiele przedmiotów, które w świetle widzialnym nie są tak jaskrawe. Owady mają to do siebie, że mają w podczerwieni duże "albedo" (używając pojęć astrofizycznych).

Gdybyś zobaczył przez taką kamerę (przemysłową) jak wygląda np. magazyn mąki w piekarni...!
W "spokojnym" magazynie, gdzie przez dłuższy czas nikt nie chodzi, nikt nie przerzuca worków z mąką itp. - w świetle widzialnym powietrze wygląda jak czyste. Ludzkie oko nie dostrzega nawet tych najgrubszych drobin. Kamera też w świetle widzialnym widzi pomieszczenie "normalnie". Ale wystarczy zgasić światło i gdy kamera przechodzi w tryb podczerwieni - obraz wygląda jakby padał, a raczej unosił się bardzo gęsty i gruby śnieg. Drobinki maki unoszące się blisko kamery w podczerwieni bardzo silnie odbijają światło oświetlacza. Jest ich tak dużo i tak silnie odbijają światło, że na obrazie nie można rozpoznać co jest w tle za nimi, czyli w głębi pomieszczenia. Gdy ponownie włączyć światło "zwykłe", to nagle na obrazie śnieg znika i kamera widzi tylko to co normalnie człowiek widzi tym w pomieszczeniu, czyli jak gdyby wszystko wraca do normy. A w rzeczywistości "śnieg" jak padał, tak dalej pada...

Nie będę się upierał przy tym, że kamera, którą filmowano te dziki była właśnie przemysłowa, a nie nokto- lub termowizyjna, ale tak właśnie uważam sądząc po tym co widać na filmikach. To co przelatywało to jakieś owady - raczej nie komary, ale i chyba też nie ćma, bo te ruchy trochę za szybkie jak na ćmę (przynajmniej na dwóch pierwszych filmikach). Ale na trzecim - wyraźnie widać na początku jak to "coś" porusza się nad trawami wyraźnym "ruchem motyla" i dopiero po chwili wznosi się i odlatuje w określonym kierunku. Całkiem więc możliwe, że to była właśnie jakaś ćma.

Ponadto trzeba wziąć pod uwagę, że większość owadów widzi w podczerwieni i te, które widzą takie światło - widzą oświetlacz będący przy kamerze jak silnie świecącą latarkę. Nie dziwne więc, że blisko kamery mogą się czasem poruszać chaotycznym nienaturalnym ruchem, podobnie jak zwierzęta, czy nawet ludzie oślepieni silnym światłem widzialnym.


Można by więc mocno spierać się o to jakie to były owady, ale jestem przekonany że to właśnie jakieś owady i myślę, że te z dwóch pierwszych nagrań to inne owady niż ten z trzeciego filmiku.

A zatem jak się spodziewałem, nie było ŻADNEGO UFO. Co było do udowodnienia... 

środa, 17 lipca 2013

Meteoryt Czelabiński i telluryczne energie



Czelabińskaja Obłast'


Margarita Troicyna


W 1875 roku w okolicach jeziora Czad spadł meteoryt. Po 15 latach przybyła tam ekspedycja brytyjska, ale meteoryt znikł – słonie wykorzystywały go ścierania sobie ciosów i starły całkiem tego „kosmicznego gościa”.

Przelot Meteorytu Czebar-kul nad Czelabińskiem


Z gwiazd do Piekieł


Do dnia dzisiejszego o uralskich i w szczególności czelabińskich megalitach napisano ogromna ilość artykułów. Znacznie mniej o jeziorze Czebar-kul (Chebar-cool), do którego jakoby wpadł ten meteoryt.

Rzecz w tym, że według relacji świadków, w ubiegłych wiekach w tych krainach już spadło duże ciało kosmiczne. Jeden z jego największych odłamków spadł właśnie w jezioro Czebar-kul. Jednakże nie udało się go odnaleźć. Za to na brzegach znaleziono około 20 kamieni – czarnych, gładkich, okrągłych i jakby oszlifowanych.

Na terytorium Czelabińskiej Obłasti w ogóle spotyka się wiele interesujących jezior. I tak w okolicach Satki znajduje się wysokogórskie jezioro Zjurat-kul (nazwa pochodzi od baszkirskich słów „jurak” i „kul” = „serce” i „jezioro”) , nad którym często pojawiają się latające spodki. Poza tym nierzadko przepadają tam ludzie i spotyka się tzw. „błędne” miejsca, w których można „zgubić” kilka godzin, a bywa i dni. (Zob. materiał dotyczący Mt. Untersbergu - http://wszechocean.blogspot.com/2013/07/legendy-gory-untersberg.html)

Nie tak dawno temu, w pobliżu Zjurat-kul odkryto paleolityczny pomnik – geoglif (naniesiony na ziemię geometryczny lub figuralny wzór – przyp. aut.) w kształcie stylizowanego łosia. Znany czelabiński badacz z zakresu archeoastronomii Konstantin Bystriszkin  twierdzi, że ten geoglif został wykonany w X-VIII tysiącleciu p.n.e. (a zatem 10 – 12 tys. lat temu, jeszcze w czasie istnienia Imperium Atlantydy – przyp. tłum.) i jest związany z konstelacją Łosia. Była ona naprawdę stara i w tak długim czasie jej gwiazdy konturowe „rozeszły się” na sześć doskonale nam znanych gwiazdozbiorów: Perseusza, Andromedy, Kasjopei, Trójkąta, Barana i Ryb.

Na północy tego obszaru znajduje się jezioro It-kul, które uważa się za „nieczyste”. W odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu z wody sterczy samotna skała – Szatański Kamień. W tym miejscu często toną kąpiący się. A ci, którzy pozostali przy życiu opowiadają, że w czasie kapieli ich ciało dosłownie owijał jakby niewidzialny sznur…

U zachodniej granicy Czelabińskiej Obłasti, w Aszyńskim Rejonie znajduje się jezioro Szajtanka. O tym małym ilasto-torfowym jeziorze z błotnistymi brzegami, podobnym raczej do bagna, krąży wiele legend. Tak więc opowiada się o tym, że to jezioro nie ma dna. I jeszcze, że na jego brzegu stało osiedle. Pewnego razu jezioro wylało i zatopiło domy i ludzi. I tak do dziś dnia na powierzchnię jeziora wypływają gładko obrobione pnie drzew…    

Jezioro to ma regularny, kolisty kształt. Z powierzchni nie wydaje się być głębokim, ale w rzeczywistości jego głębokość wynosi 200 m! Specjaliści są zdania, że jezioro to ma krasowe pochodzenie i od spodu ma połączenie z gigantycznym jaskiniowo-wodnym systemem. Od czasu do czasu woda w jeziorze kipi, wychodzi z brzegów i wpływa do sąsiedniej rzeczki Uk. Dawno temu uważano, że to sprawka jakichś diabelskich sił, stąd jego nazwa – Szajtanka.

W rejonie Szajtanki często pojawiają się świecące kule – BOL. Tych, którzy odważą się na nie spojrzeć, często potem bolą oczy jakby patrzyli na pracująca spawarkę i podnosi się im temperatura. Kiedyś w to miejsce przyjechali myśliwi. Naraz na okolicę spadła niezwykle gęsta mgła, w której ludzie ujrzeli przedziwne, widmowe postacie…

Naukowcy badają szczątki Meteorytu Czebar-kul


Strachy w Taganaj P.N.


W Parku Narodowym Taganaj, który znajduje się na górskich grzbietach w okolicach Czelabińska, obserwuje się pełny zestaw anomalii: przeloty i lądowania NLO, kontakty z Pozaziemskim Rozumem, chronomiraże (spontanicznie pojawiające się obrazy z przeszłości – przyp. aut.), widma, zmiany tempa upływu czasu… Ludzie odczuwają tam niezrozumiałą trwogę. Opowiada się o spotkaniach z Człowiekiem Śniegu.

Miejscem kultowym tutaj jest góra Kruglica, północna część wierzchowiny, która stanowi płaskowyż, jakby sztucznie przystosowany do lądowania pojazdów międzyplanetarnych.

Istnieje wierzenie, że jeśli wypowie się tam jakieś życzenie i zawiesi się na Kruglicy wstążkę czy jak napisze się je na jakimś kamieniu z tej góry, to się ono spełni na bank. Dlatego też na górze wiatr łopoce setkami wstążeczek, a kamienie są popstrzone napisami. Zdarzają się tu także liczne kamienne piramidki.

W rejonie Kruglicy zdarzyła się także dziwna historia, której bohaterem była grupa turystów. Oni zdecydowali się w czasie wychodzenia na górę urządzić biwak na niewielkim plateau. Zapalili ogień, przygotowali posiłek… Na tym plateau znajdował się ogromny, pokryty mchem blok skalny. Z jakiegoś powodu przyciągnął on uwagę turystów, którzy zaczęli go oglądać. I naraz wszyscy oni poczuli, że czas jakby zwolnił. Każdy ich ruch i krok wlókł się w nieskończoność… Wielu z nich poczuło, że od tego kamienia dochodzi do nich jakieś promieniowanie energetyczne.

A potem przed nimi pojawiły się półprzejrzyste ludzkie postacie. Ich twarzy nie można było rozróżnić. Widma przeszły przez ludzi i skryły się w pobliskich skałach. Potem pojawiło się mnóstwo dziwnych, jasnych „ogieńków”, które zaczęły jakby „tańczyć” wokół kamienia, a następnie rozwiały się w powietrzu…

Po tym wydarzeniu uczestnicy tego rajdu turystycznego przestali odczuwać realność: jednemu z nich wydawało się, że przeistoczył się w zająca, drugiemu wydawało się, że znajduje się w ogromnej sali, której ściany świecą wszystkimi kolorami tęczy. Trzeci dostał wybuchu histerii…

Kiedy to się skończyło, turyści jak na komendę odskoczyli od kamienia, który wyzwalał takie halucynacje.

Coś podobnego stało się także z innymi turystami. Tak więc jedna grupa po pewnym czasie przebywania na górze po 15 minutach rozładowały się baterie zegarków, padły wszystkie przyrządy elektroniczne i zaświetliły się filmy w aparatach fotograficznych.

W lipcu 2004 roku, grupa studentów prowadziła badania w okolicach tejże Kruglicy. Od niej odłączył się najstarszy młodzieniec, który nie chciał pracować z młodzieżą. Spakował plecak i odłączył się od grupy niczego nikomu nie mówiąc… Kierownictwo ekspedycji zaczęło go szukać. Po kilku godzinach znaleziono go w odległości 6 km od Kialimskiego Grzbietu w dziwnym stanie: siedział on na skraju drogi i płakał. Miał wysoką gorączkę, jego ciało dosłownie buchało żarem. Nie mógł pójść samodzielnie więc trzeba go było zanieść do obozu na rękach. Powrócił do siebie, kiedy podano mu środek uspokajający. Opowiedział, że zachciało mu się samotnie wejść na szczyt Kruglicy. Kiedy doszedł do miejsca, na którym leżały porosłe mchem wanty, podszedł do niego niewysoki człowieczek, pokryty białą puszystą sierścią. Po chwili młodzieniec został jakby tknięty paraliżem: nie był w stanie się ruszyć czy przemówić choć słowo…

Istota podniosła go w powietrze i chłopak zrozumiał, że odtąd człowieczek ten jest jego „właścicielem” i powinien się mu poddać. Co było dalej, chłopach nie pamięta. Najwidoczniej istota ta opuściła go na ziemię, a on zdjęty strachem zaczął biec przed siebie na oślep.

Na wszelki wypadek chłopaka wysłano na przebadanie i obserwację medyczna do najbliższego szpitala w mieście Złatoust. Dyżurny lekarz powiedział, ze już po raz czterdziesty dostawiają mu takiego pacjenta w takim stanie!

Jezioro Szejtanka


Kratery, tunele, NLO…


Czelabińska Obłast’ jest bogata także w inne zagadkowe miejsca. Na ten przykład w Rezerwacie Ilmieńskim w rejonie Miassa wiosna pojawiają się tzw. „bezdenne dziurki” – miejsca, w które ścieka woda roztopowa. Ich średnica wynosi 15 cm, ale ich głębokość jest tak wielka, że nie można jej zmierzyć! Ufolodzy wiążą powstawanie tych fenomenów z NLO. A być może one są po prostu tunelami czasoprzestrzennymi?

Nad wsią Mochowiczki (przedmieścia Czelabińska) regularnie pojawia się UFO w kształcie podobne do sześciokąta. W lesie koło Njaziepietrowska jesienią 2003 roku znaleziono dziwne wgłębienie w ziemi o średnicy 50-70 m. w nim leżała kupa kamieni, a drzewa znajdujące się na obrzeżach krateru były powalone. Badaczom z miejscowej grupy ufologicznej Stalker nie udało się ustalić jego pochodzenia. W Sierowie z kolei, miejscowi mieszkańcy obserwowali „bitwę UFO” – dużą ilość latających spodków krążących w powietrzu i zderzających się ze sobą.

Niedawno mieszkańcy Czelabińska stali się świadkami kolejnego zjawiska anomalnego. Późnym wieczorem, 19 marca nad centralnymi i północno-zachodnimi dzielnicami miasta widoczna była jasnożółta, świecąca kula. A w nocy 20 marca jeden z mieszkańców Czelabińska sfotografował taki jasny, kulisty NOL, który zawisł nad Kopiejskim Szosse w Lenińskim Rejonie w rejonie supermarketu METRO.

Wedle poglądów parapsychologów miejsca obdarzone paranormalną czy też sakralną energią są w stanie przyciągać do siebie UFO, meteoryty i inne fenomeny. Ale zorientować się w mechanizmach tych zjawisk nie jest tak prosto…


3 grosze od tłumacza


Jak widać fenomeny typu Mt. Shasta czy Untersberg są na porządku dziennym i właściwie nie ma kraju, w którym by nie występowały. O tym pisałem już m.in. w pracy „Projekt Tatry” (Kraków 2002), gdzie opisałem m.in. fenomeny typu Rip van Winkle czy „tańczących krasnoludków” widzianych w Tatrach Wysokich i nie tylko. Tradycyjnie – i zgodnie z obowiązującym Paradygmatem – za nie odpowiedzialne są tylko i wyłącznie UFO. Oznacza to, że to właśnie UFO i stojąca za nimi Inteligencja jest odpowiedzialna za ich powstanie i działanie na ludzi oraz inne istoty żywe.

Jednakże w tym przypadku podzielam pogląd psychotroników, że Ufiaści interesują się tymi fenomenami podobnie jak ludzie. Powiem więcej – Ufiaści badają te fenomeny i każdy przejaw ich działania. Podobnie jest także w przypadku osławionych kręgów zbożowych i innych agrobohomazów, które tak zaprzątały naszą uwagę na przełomie XX i XXI wieku. Popularnie mówi się, że zostały one wykonane przez UFO, bo w sąsiedztwie czy wprost nad polami widziano NOL-e, ale wcale tego nie udowodniono, bo nie udało się Ich złapać na gorącym uczynku. Co więcej – istnieją przecież przypadki pojawiania się agroformacji, bez udziału NOL-i, a zatem najprawdopodobniej za ich powstanie są odpowiedzialne te same energie telluryczne (czyli ziemskiego pochodzenia), a nie kosmiczne, jakby tego chcieli zwolennicy Paradygmatu UFO = ETI. Non sequitur!

A zatem należałoby postawić pytanie: skoro są to energie telluryczne, to jakie procesy są ich źródłem? Czy są przejawem działania jakiejś celowej siły czy też tylko i wyłącznie działaniem martwej materii? A może są one przejawem działania cywilizacji (jednej lub nawet kilku) zamieszkującej wnętrze naszej planety? Innymi słowy mówiąc nie kosmicznej, ale wewnątrzplanetarnej czy oceanicznej. Wiele na to wskazuje, że ten pogląd jest równie uprawniony, jak Paradygmat i uważam, że należałoby mu poświęcić nieco więcej uwagi.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 16/2013, ss. 16-17
Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©