Powered By Blogger

wtorek, 24 czerwca 2014

Nowe książki dr Jesenský’ego


W dniu wczorajszym spotkałem się z naszym przyjacielem – dr Milošem Jesenským, który właśnie wydał swe dwie kolejne książki, są to: „Utajené dějiny středověku”, („Tajna historia Średniowiecza”, AOS Publishing, Ústi n./Labem 2014, w j. czeskim) oraz „Bohovia a astronauti” („Bogowie i astronauci”, Żylina 2014, w j. słowackim).

Pierwsza z nich to kompendium wiedzy autora o dziwnych osobach i wydarzeniach, wynalazkach i artefaktach z europejskiego Średniowiecza. Pisze tedy on o czarnej magii, o słynnych mieczach króla Artura, Joanny d’Arc, Rolanda i Świętopełka, tajemnicach Zakonu Templariuszy, Świętego Graala i twierdzy Montsegur, tajemnicy wiecznej młodości, tajemnicom świętych relikwii, o Golemie i innych automatach, o alchemii i naukach pokrewnych, o tajemnicach średniowiecznych katedr, o klątwie Kopernika i o czarnym zakonie SS, który odprawiał starożytne i średniowieczne rytuały.

Słowo wstępne napisał znany badacz tajemnic Ivo Wiesner, co jeszcze bardziej podnosi  wartość tej pracy. No i wreszcie wysoki poziom edytorski tej książki – duży format, twarda, ozdobna okładka upodabniająca ja do średniowiecznych foliałów, kremowy papier i krój czcionki też tchną dawnymi czasami, o których traktuje ona… Poza tym ilustracje – czarno-białe przydają jej patyny wieków. I jaka szkoda, że nie mam żadnych możliwości, by wydać ją po polsku, a jest ona już częściowo przełożona. No cóż – żyjemy w kraju, w którym najważniejsze są błazeństwa polityków, a społeczeństwo ma igrzyska i kogo obchodzą najbardziej nawet wartościowe prace naukowe? W kraju, w którym czytelnictwo leży na obie łopatki, a ceny książek są bajońskie i taka pozycja nie ma nawet szans się przebić ponad drukowany u nas chłam.


Drugą pozycją jest coś w rodzaju leksykonu autorów tzw. „literatury spekulatywnej”. Dr Jesenský podaje w niej biogramy, fragmenty prac, udzielonych mu wywiadów i innych materiałów pochodzących z prac autorów takich, jak Jacques Bergier, Charles Berlitz, Johannes von Buttlar, Luc Bürgin, Erich von Däniken, Johannes Fiebag, Hartwig Hausdorf, Ivan Mackerle, Arnold Mostowicz, Jenny Randles, Zacharia Sitchin, Ludvik Souček, Immanuel Velikovsky, Michael White, Ludwik Zajdler i niżej podpisany. Trochę szkoda, że nie ma tam także Lucjana Znicza-Sawickiego, ale problem polega na tym, że jego prace nie były tłumaczone na język czeski lub słowacki.


Książka ta jest popularnym pocket-bookiem, z miękką i barwną okładką, przyciągającą wzrok. Edytorsko jest ona bez zarzutu. Nie pozostaje mi nic, poza pogratulowaniem autorowi wydania dwóch ciekawych i wartościowych prac.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

W kryształowej dżungli Księżyca (1)



Daniel Laskowski -


W KRYSZTAŁOWEJ DŻUNGLI KSIĘŻYCA

(opowieść hipotetyczna)


Sinus Medii – Luna Główna



Selenołaz kołysał się lekko jadąc po szarobrązowej powierzchni Oceanu Burz. Wściekle świecące słońce powoli zniżało się ku gładkiej linii horyzontu. To nie była Ziemia, tutaj świeciło ono jednakowo jasno bez względu na miejsce zajmowane na niebie. Nie było żadnych zórz czy innych zjawisk optycznych, brak atmosfery dawał się we znaki, zresztą była – ślady wodoru, argonu, neonu, helu no i oczywiście dwutlenek węgla. W dzień upiorny, stutrzydziestostopniowy upał, w nocy studziesięciostopniowy mróz, który był łatwiejszy do zniesienia tylko w szczelinach, gdzie ciepło wolniej wypromieniowywało w przestrzeń kosmiczną. Na szczęście selenołazy były dobrze klimatyzowane, ale i tak trzeba było jechać w skafandrze – Leonidy znowu się zaktywizowały i układ podwójny planet Ziemia – Księżyc znajdował się pod ostrzałem meteorytów z tego roju. Prawdopodobieństwo trafienia meteorem było niezmiernie małe, ale istniało. W ciągu doby mojego pobytu na Księżycu sejsmometry Luny Głównej odnotowały trzy uderzenia w okolicy Oceanu Burz. Tej, w której teraz się znajdowałem. I tylko dziwne było to, że takim przypadkiem zajmowali się funkcjonariusze Agencji Ochrony Układu Słonecznego, jak ja.  

Właściwie wszystko zaczęło się dość banalnie. Rankiem cztery dni temu dostałem wezwanie w trybie alarmowym do bazy AOUS w moim rodzinnym mieście. Stamtąd ciupasem przerzucono mnie do kosmodromu Agencji i po przesiadce na starej i opuszczonej jeszcze na początku dwa tysiące trzydziestego drugiego roku stacji ISS znalazłem się w Lunie Głównej na Sinus Medii, gdzie skierowano mnie do tamtejszego wydziału AOUS.

- Witaj na Księżycu – powiedział kordialnie szef placówki Sam Holden. – Mamy dla ciebie tutaj małą partaninkę do wykonania – zaczął bez jakichkolwiek wstępów. – Siadaj.  
Podał mi rękę. Była twarda i mocna, jak dłoń chłopa od pługa. Wyglądał także jak chłop. Ubrany w szare ubranie nie przypominał w żadnym wypadku weterana księżycowych pustyń, a raczej wieśniaka z środkowej Europy. Czerwona gęba jak kufa. Wzrost dwa metry dwa centymetry, potężna tusza, jasne włosy przypominająca strzechę po uderzeniu huraganu, i oczy. One zaprzeczały całemu wieśniaczemu wizerunkowi. Ciemne, bystre, zdradzające inteligencję i spostrzegawczość. I upór. Miło mieć takiego szefa, który wie, czego chce i wie, co ma zrobić ze swym podwładnym… Usiadłem. 
- Co to za zadanie? – zapytałem ostrożnie.
- Coś w sam raz dla ciebie – potężna ręka poklepała mnie po plecach. – Ale najpierw pytanie – byłeś kiedyś na Księżycu?
- Raz, turystycznie – odparłem. 
- Gdzie? – zdradził zainteresowanie.
- Na Sinus Medii i w Tycho oraz na Biegunie Południowym.
- Podobało się?
- Owszem, fascynujące doświadczenie – uśmiechnąłem się.
- No to będziesz miał coś równie fascynującego – uśmiechnął się szeroko. – Pojedziesz na Oceanus Procellarum – Ocean Burz. Wiesz, gdzie lądowała Łuna 9?
- No właśnie tam – wzruszyłem ramionami.
- A dokładnie na siódmym stopniu i dziesiątej minucie szerokości północnej i sześćdziesiąt cztery stopnie pięćdziesiąt pięć minut długości zachodniej. Tydzień temu miało tam miejsce ciekawe wydarzenie. Spadł tam meteoryt. 
Uniosłem brwi – Też mi nowina! – pomyślałem. 
- W tym chyba nie ma niczego niezwykłego? – zapytałem naiwnie. – To robota dla meteorytologów, a nie specjalistę od materiałów wybuchowych i historyka?
- Nie, ale rzecz w tym, że to nie mógł być zwyczajny meteoryt – powiedział – obejrzyj sobie te zdjęcia – podał mi kilkanaście dużych płacht folii. 
- Tu i teraz? – zapytałem ponownie.
- Tak synu – powiedział serdecznie Holden – tu i teraz. Nie muszę chyba dodawać, że cała sprawa od tej chwili jest absolutnie i ściśle tajna specjalnego znaczenia.
- A co będzie, jak rozpuszczę język – zapytałem przekornie.
- Nic – Holden uśmiechnął się serdecznie – a wiesz czemu? Po prostu nikt ci nie uwierzy, a ja się wszystkiego wyprę… Zresztą jesteś pracownikiem AOUS i podobnie jak mnie obowiązują cię pewne przepisy, które nie obowiązują zdecydowanej większości ludzi tu i na dole…

Mówiąc „na dole” miał na myśli Ziemię. Trochę trudno się z tym było oswoić… Rzuciłem okiem na zdjęcia. Pierwsze dwa były fatalnej jakości, wykonano je chyba zaraz po impakcie meteorytu, bo cały obraz był przysłonięty pyłem. To samo w sobie było dziwne, bo na Księżycu pył odskakiwał radialnie i opadał, a nie kłębił się, jak tutaj. 
- Dziwne – powiedziałem. 
- Prawda? – podchwycił od razu. – Co o tym sądzisz?
- Musiała się wytworzyć chwilowa atmosfera na tyle gęsta, że pył się skłębił… - rzekłem. – Ale skąd ta atmosfera? Z meteorytu?
- No to patrz dalej – zaproponował łagodnie.
Spojrzałem na następne zdjęcie. Pył już opadał i widać było dość wyraźnie sylwetkę Łuny 9. I jeszcze czegoś po prawej stronie kadru. 
- A gdzie jest krater po impakcie? – zapytałem głupio, bo na zdjęciu nie było niczego, co przypominałoby nowopowstały astroblem. Przynajmniej czegoś, co przypominałoby krater Giordana Bruno…

Spojrzałem pytająco na Holdena. 
- No właśnie, gdzie? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Jak zapewne pamiętasz, krater powstaje zawsze po impakcie meteorytu w gruncie księżycowym. Obojętnie, czy trafi w regolit, skałę czy pył. Tutaj tego nie ma, ale jest to coś, po prawej stronie. Widzisz? 
Sięgnął po następne zdjęcie, które było powiększonym wycinkiem poprzedniego. I zobaczyłem. 
Cokolwiek to było, to przypominało dość dokładnie grecką amforę leżącą na boku, dnem uniesionym lekko ku górze – tak przynajmniej sugerował to cień padający na powierzchnię księżycowego „morza”.
- Czy coś ci to przypomina – Holden patrzył z napięciem w moją twarz. 
Teraz dopiero zrozumiałem, że jego kordialność i nonszalancja to była poza. Rola, którą musiał odegrać w stosunku do mnie, a jeszcze bardziej dla samego siebie. Tak naprawdę, to czekał na to, co usłyszy ode mnie tu i teraz…
- Amforę… - bąknąłem niepewnie.
- Co??? – na twarzy Holdena rozlało się niebotyczne zdumienie. – To jakiś żart? 
- Nie. To nie jest żart – powiedziałem twardo. – To coś przypomina mi kształtem amforę. Grecką czy rzymską – nieważne. Ale nią nie jest. I w ogóle nie było i nie ma takiej amfory, której długość lekko licząc wynosi trzydzieści do pięćdziesięciu metrów i która jest w stanie wytrzymać uderzenie w powierzchnię Księżyca, i to z pierwszą kosmiczną. Nawet tutaj. 
Holden westchnął i widać było, że mu bardzo ulżyło. Poweselał i już nie musiał niczego udawać.
- Pojadę tam – powiedziałem stanowczo. 
- Ja też tak myślę – oznajmił serdecznie – właśnie chciałem cię o to poprosić.
- „Poprosić”? – o, jak to miło! – pomyślałem.
- A kiedy? – zapytałem.
- Już – odpowiedział. – Ale jest jedna rzecz. Te fotki pochodzą z orbitera wokółksiężycowego Agencji, który ma ten rejon pod swoją czułą „opieką”. Nie stwierdzono żadnej aktywności wokół tych dwóch obiektów – Łuny i tego… czegoś. Wychodzi na to, że to jest martwe, albo przynajmniej nie wykazuje aktywności. 
- Zobaczymy – powiedziałem – a zatem gdzie jest moja ekipa?
- Już tu jest – odpowiedział twardo. – Jedziesz tam sam. 

Uniosłem brwi. Tego się nie spodziewałem.
- Można wiedzieć dlaczego? – zapytałem.
- Tajemnica – odparł – Agencja nie może się wygłupić przed całym światem i dlatego potrzebne jest przeprowadzanie zwiadu. Jego celem jest ustalenia stopnia zagrożenia ze strony tego… czegoś. Dostaniesz selenołaz z całym zestawem SP. Twoja kwatera będzie w stacji Shoemakera-Twardowskiego. To jest zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od tego…

Mówił o niewielkiej stacji naukowej na Oceanie Burz wybudowanej jeszcze w dwa tysiące sześćdziesiątym przez Amerykanów w kraterze-fantomie Reiner Gamma, którzy nazwali ja imieniem dwudziestowiecznego astronoma. Potem mieli ją Kanadyjczycy, a wreszcie Polacy, stąd jej druga nazwa – podobno od nazwiska pierwszego Polaka na Księżycu, czy pierwszego ich astronauty... Prowadzono tam jakieś pomiary czy poszukiwania, ale pod koniec dwudziestego pierwszego wieku stacja stała się nieopłacalna i teraz stanowiła zapasową bazę dla księżycowej delegatury AOUS. 
- Jedno pytanie – odezwałem się – jadę tam właściwie jako kto? 
- Oczywiście jako geolog-petrograf. Masz sprzęt geologiczny, jakby cię ktoś o to pytał – oznajmił mi już spokojnie. 
- A jak z zaopatrzeniem?
- Na stacji masz wszystko, co potrzeba. Zapas żywności, wody i powietrza na pół roku dla pełnej obsługi stacji. Na stacji nikogo nie ma poza automatami, a i te są dezaktywowane. To dwa androidy, uaktywnisz je w miarę potrzeby. Aha, w sąsiedztwie będziesz miał ekipę prawdziwych petrografów pracujących w Heweliuszu. Robią jakieś wiercenia w okolicy skrzyżowania się Rimae Hevelius, nieopodal wyniesienia Alfa. Ekipa dwudziestu dwóch osób. Hindusi, Japończycy i Europejczycy. No i jeszcze jedno – przy okazji zbadasz stan Łuny 9 i Łuny 8 – ta ostatnia jest bardziej na północ – w stronę krateru Galilaei. Masz na to tydzień, potem bez względu na to, co tam wywąchasz musimy sprawę przekazać Radzie Bezpieczeństwa Istnienia no i mediom. Tu masz wszystkie papiery. Mam nadzieję, że dojedziesz tam w ciągu trzydziestu godzin? 
- A bo ja wiem? – wzruszyłem ramionami. 
- Nie zabłądzisz, bo selenołaz zawiezie ciebie sam do celu, prowadzi go autopilot w oparciu o nasz LPS, więc ty musisz tylko wsiąść w Lunie Głównej i wysiąść w Twardowskim. To twoja dokumentacja. W czasie podróży zapoznaj się z tym, a potem do roboty. 
Skinąłem głową. 
- I jeszcze jedno. Łączność tylko poprzez stary kabel telefoniczny. Żadnego radia, żadnej sygnalizacji. Tu masz tablice kodową i gamy. To stary system – jeszcze z dwudziestego wieku, ale bardzo skuteczny. Pytania?
- Nie mam – wzruszyłem znowu ramionami. Tak czy owak byłem zdany tylko na siebie, więc nie było sensu pytać o cokolwiek. 
Holden wyciągnął rękę.
- No to życzę powodzenia – rzekł i dodał – wracaj cały i zdrowy… 
- Postaram się – uścisnąłem mu rękę, a potem wziąwszy wszystkie papiery przestąpiłem próg jego gabinetu. 

niedziela, 22 czerwca 2014

Ziemia mogła mieć kiedyś dwa księżyce

Niewidoczna z Ziemi strona Księżyca (NASA)


Matt McGrath (BBC World)


Księżycowy impakt


Kolizja ta musiała sie wydarzyć z stosunkowo małą prędkością – twierdzą uczeni. Księżyce takie jak nasz „mogą być wspólne”. Pokłady wodnego lodu znajdują się na księżycowych Biegunach. Najnowsza teoria sugeruje, że Ziemia miała drugi mały księżyc, który został zniszczony w czasie powolnej kolizji ze swym „większym bratem”. Badacze sugerują, że kolizja ta może wyjaśnić pochodzenie tajemniczych gór na odwrotnej stronie Srebrnego Globu. Uczeni twierdzą, że relatywnie niska prędkość impaktu była istotną do dodawania materii do tej rzadko widzianej półkuli księżycowej. Szczegóły opublikowano w magazynie „Nature”.

Uczeni mają nadzieję, że dane z dwóch księżycowych misji NASA będą ważne i uzasadnią lub zakwestionują ich teorie w następnym roku.

Przez dziesięciolecia, naukowcy próbowali i nadal próbują zrozumieć dlaczego „nasza”, widzialna z Ziemi strona Księżyca jest płaska i mniej pokryta kraterami, kiedy „tamta” strona jest zryta kraterami i ma góry powyżej 3000 m wysokości. Zaproponowano wiele teorii mających wyjaśnić tą księżycową dychotomię. Jedna sugeruje, że pływowe ciepło – spowodowane przez wpływ grawitacyjny Ziemi na ocean magmy który wypływał na „naszą” stronę – mógł być tego przyczyną. Ale magazyn ten wysunął jeszcze inne rozwiązanie, a mianowicie – długotrwałą serię kosmicznych kolizji. Badacze argumentują, że Ziemia została uderzona prawie 4 GA temu przez inną planetę wielkości Marsa. Jest to znane jako hipoteza globalnego impaktu. Powstałe w tym zderzeniu odłamki utworzyły Księżyc.


Powolne zderzenie


Ale naukowcy twierdzą, że inne księżycowe ciało niebieskie mogło się uformować z tego samego materiału i zostało zatrzymane w grawitacyjnym klinczu pomiędzy Ziemią a Księżycem. Jego rotacja wokół Ziemi była synchroniczna i to wyjaśnia dlaczego Księżyc pokazuje nam ciągle tą sama stronę.
„Nasza” strona Srebrnego Globu jest pokryta przez gładkie księżycowe „morza”, które powstały wskutek wylewu magmy na powierzchnię Księżyca. „Tamta” strona jest bardziej pofałdowana, z grubszą skorupą zrytą kraterami uderzeniowymi, zaś najwyższa góra jest zlokalizowana właśnie tam – na odwrotnej stronie Księżyca.

W roku 1959, radziecka sonda Łuna-3 przekazała pierwsze zdjęcie „tamtej” strony i wiele utworów na jej powierzchni otrzymało rosyjskie nazwy. Dr Martin Jutzi z Uniwersytetu Berneńskiego, Szwajcaria, jest jednym z autorów tego magazynu. Wyjaśnia on, że:
- Kiedy patrzymy na bieżące teorie, to nie ma żadnej realnej przyczyny, dla której był tylko jeden księżyc. Jedno, co wynika z naszych badań to to, że nowa teoria doskonale pasuje do teorii globalnego impaktu.

Po milionie lat przebywania w klinczu, mniejszy księżyc stanął na kursie kolizyjnym ze swym większym „bratem” i z niedużą prędkością wynoszącą jakieś 3 km/s zderzył się z nim – wolniej niż przebiega dźwięk w skałach.

Dr Jutzi mówi, ze to była niewielka prędkość zderzenia:
- Była to raczej delikatna kolizja, o prędkości ok. 2,4 km/s, wolniejsza od prędkości dźwięku (w skałach) – co jest ważne, ponieważ nie powodowało to zbyt wielkiego skoku temperatury i topnienia skał, który by on wywołał.

W czasie uderzenia, większy księżyc miał magmatyczny ocean i cienką skorupę na nim. Uczeni argumentują, że  zderzenie doprowadziło do nagromadzenia się materiału na księżycowej skorupie i doprowadził do wylewów magmy na „naszej” stronie Księżyca – pomysł, który został poparty przez dane uzyskane z próbnika NASA Lunar Prospector.

W komentarzu, dr Maria Zuber z MIT w Cambridge, MA, sugeruje iż te nowe badania „demonstrują wiarygodność zamiast dowodu”, autorzy „chcą legitymityzować możliwość, że po gigantycznym impakcie Ziemia miała więcej niż jeden księżyc”.
Uczeni sądzą, że jedynym sposobem udowodnienia tej teorii jest porównanie ich modeli z wewnętrzną budową Księżyca, którą może zapewnić NASA Lunar Reconnaissance Orbiter. Oni także będą sporządzać mapy grawitacji księżycowej w dużej rozdzielczości w czasie misji Gravity Recovery and Interior Laboratory – GRAIL w przyszłym roku.

Ale – wedle dr Jutzi’ego – uczeni woleliby otrzymać do rąk własnych próbki skał i gruntu z „tamtej” strony Srebrnego Globu w celu dowiedzenia swej teorii.
- Mam nadzieję, że w przyszłości misja automatyczna czy załogowa pomoże nam wypowiedzieć się bardziej na temat czy teoria ta jest bardziej prawdopodobna.



Moje 3 grosze


Bardzo to wszystko ciekawe, ale jest jeszcze jedna możliwość, którą przedstawiam w opowiadaniu Daniela Laskowskiego, a która jest całkiem, całkiem prawdopodobna…                





Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

piątek, 20 czerwca 2014

Ślady innego świata znaleziono na Księżycu

Moment zderzenia Thei z Protoziemią i wyrzutu materii, z której uformował sie Księżyc (NASA)


Pallab Ghosh (BBC News)


Uczeni znaleźli dowody na to, że istniała planeta, która uderzywszy miliardy lat temu Ziemię uformowała Księżyc. Analizy księżycowych skał przywiezionych przez astronautów z programu Apollo wskazują na ślady planety nazywanej Theia/Tea. Badacze twierdzą, że ich odkrycie potwierdza hipotezę, iż Księżyc został utworzony w wyniku kosmicznej kolizji. Ich studium zostanie opublikowane w czasopiśmie naukowym „Science”. Odkrycie to pojawiło się w czasie, kiedy wielu ludzi sugeruje, że taka kolizja nigdy nie mogła mieć miejsca.

Dr Daniel Herwartz z Uniwersytetu w Kolonii (Niemcy):
- Przyjętą teorią od lat 80. ubiegłego wieku jest to, że Księżyc powstał jako rezultat kolizji pomiędzy Ziemią a Theią 4,5 mld lat temu.

Theia została nazwana na cześć greckiej bogini, która była matką Selene – bogini Księżyca. Uważa się, że została ona zdezintegrowana w czasie tegoż impaktu, a jej szczątki zmieszały się i stopiły z odłamkami Protoziemi i przekształciły w Księżyc.

Jest to najprostsze wyjaśnienie i pasuje do symulacji komputerowych. Głównym niedostatkiem tej teorii jest to, ze jak dotąd nikt nie znalazł żadnego dowodu na istnienie Thei w skałach przywiezionych z Księżyca.

Jest to najprostsze wyjaśnienie i doskonale pasuje do symulacji komputerowych. Głównym mankamentem jest to, że nikt nie znalazł żadnego dowodu na istnienie Thei w próbkach skał księżycowych. Wcześniejsze analizy ukazywały księżycowe skały jako całkowicie ziemskie, kiedy to komputerowe symulacje ukazywały, że Księżyc powinien był zawierać większość skał z Thei.


Obce pochodzenie


Obecnie bardziej wyrafinowane analizy skał z Księżyca wykazały istnienie w nich obcego materiału.

Astronauta z Apollo-16 pobiera próbki regolitu i skał księżycowych (NASA)


Księżyc


Jedna tajemnica zastąpiła drugą: ślady Thei znaleziono na Księżycu, ale ich struktura jest bardzo podobna do tych na Ziemi.

Zgodnie z wiodącym badaczem, dr Danielem Herwartzem z Uniwersytetu Göttingen, nikt nie znalazł żadnych śladów potwierdzających teorię kolizyjną, aż do teraz.
- To się stało w tym stadium, gdzie ludzie sugerowali, że ta kolizja nigdy nie miała miejsca – powiedział on do BBC News. – Ale zostały znalezione wreszcie małe różnice pomiędzy Ziemia a Srebrnym Globem, i one potwierdzają hipotezę gigantycznego impaktu. To, czego szukamy, to większych różnic, bowiem wygląda to jak reszta Układu Słonecznego. Ale pewnego dnia różnice te zostaną wyjaśnione przez materiał zaabsorbowany przez Ziemię po uformowaniu się Księżyca.

A prof. Alex Halliday z Uniwersytetu w Oxfordzie znajduje się pomiędzy wieloma uczonymi, których zdumiewa to, że różnice pomiędzy materiałem z Thei znalezione w skałach Srebrnego Globu i na Ziemi są takie małe.
- To czego szukamy jest o wiele większą różnicą, bowiem to jest tym, na czym opiera się Układ Słoneczny, co wiemy z badań meteorytów – powiedział on.

Dr Herwartz zmierzył różnice w tym, co się nazywa izotopowy skład atomów tlenu w skałach Ziemi i Księżyca. Istnieje wyraźna różnica w ilości różnych izotopów tlenu (a dokładniej różnice pomiędzy ilością izotopów tlenu 16O a 17O – przyp. tłum.) Badania meteorytów z Marsa i innych planet Układu Słonecznego wskazują na to, że stosunek 16O do 17O jest zawsze różny i stanowi jakby podpis czy odcisk palca. Tak więc prof. Halliday i inni są zdumieni faktem, że te „odciski palców” Ziemi i Thei są niemalże identyczne.



Podobny skład chemiczny


Jedną możliwość stanowi to, że Thaia uformowała się bardzo blisko Ziemi i miała podobny skład chemiczny.
- W takim przypadku, wzrasta możliwość iż hipoteza głosząca, że każda planeta w Układzie Słonecznym ma swój indywidualny znacznik, może być zrewidowana – twierdzi prof. Halliday.
– Powstaje pytanie, jak bardzo meteoryty z Marsa i Pasa Planetoid w Systemie Słonecznym są reprezentacyjne dla wewnętrznego Układu Słonecznego? Nie mamy bowiem żadnych meteorytów z Merkurego i Wenus. One mogą być bardzo podobne do Ziemi. Jeżeli tak jest, to wszystkie argumenty na temat podobieństw Ziemi i Księżyca upadają – powiedział on dla BBC News.

[Istnieje jeszcze jedna możliwość, której nie wzięli uczeni pod uwagę, a mianowicie – Protoziemia i Theia narodziły się jako planeta podwójna, w dość ciasnym układzie, który z biegiem czasu zacieśniał się coraz bardziej wskutek działania grawitacji obu tych ciał niebieskich i spowodował kolizję tych dwóch planet, która potem spowodowała powstanie Ziemi i Księżyca, a co z kolei nie spowodowało dużego deficytu masy, do którego powinno dojść w czasie zderzenia zakładanego przez uczonych. To właśnie tłumaczyłoby tak duże rozmiary Srebrnego Globu. Uważam, że to jest właśnie ta droga, którą powinny pójść badania historii układu Ziemia-Księżyc – uwaga tłum.] 


Astronauci na księżycu


Od 40 lat prowadzi się badania skał księżycowych przywiezionych przez astronautów. Dr Mahesh Anand z Uniwersytetu Otwartego opisał te badania jako „ekscytujące” ale odnotował, że dane te uzyskano tylko z trzech próbek skał księżycowych.
- Zdajemy sobie sprawę z niereprezentatywności tych próbek dla całego Księżyca, i potrzebne są dalsze analizy różnych rodzajów skał do ich potwierdzenia. – powiedział on.

Inne teorie zostały zaproponowane w celu wyjaśnienia, dlaczego składy chemiczne Ziemi i Księżyca są tak podobne: jedną z nich jest to, że Ziemia wirowała szybciej przed impaktem, zaś druga, że Theia była o wiele większa, niż to sugerują aktualne modele.

Alternatywna i kontrowersyjna teoria zaproponowana przez prof. Roba de Meijera z Uniwersytetu Groningen (Holandia) zakłada, że skorupa i płaszcz Ziemi zostały wyrzucone w przestrzeń kosmiczną przez akumulację materiałów nuklearnych 1800 mi/~2900 km poniżej powierzchni Ziemi. i to były te fragmenty, które potem połączyły się w Księżyc.

On powiedział później BBC News, że nowe znalezisko – pokazujące, że istnieją różnice pomiędzy składem chemicznym Ziemi i Księżyca – nie zmieniły jego punktu widzenia.
- Różnica jest zbyt mała – powiedział. – Nie wiemy, jak właściwie się Księżyc formował. Jeżeli czegoś potrzebujemy, to wyprawy załogowej na Księżyc i poszukać skał głębiej pod jego powierzchnią, które nie byłyby zanieczyszczone przez uderzenia meteorytów i wiatr słoneczny.              



Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

środa, 18 czerwca 2014

Mistrz Lucjan o ,,Czarnym Księciu''

Mars Reconnaissance Orbiter nad Czerwoną Planetą (NASA)


Już po opublikowaniu przekładów na temat Czarnego Księcia zadzwonił do mnie Pan Jerzy Lebiedziewicz z Olsztyna, który zwrócił mi uwagę, że na temat Czarnego Księcia pisał także Mistrz Lucjan Znicz-Sawicki w naszej ufologicznej biblii „Goście z Kosmosu” – w tomie pt. „Cywilizacje nieludzkie – czy jesteśmy sami w Kosmosie?”. Fakt – pominąłem zdanie Mistrza Lucjana, czego nie powinienem był robić. A rozdział pt. „Czarny Książę” traktuje o dziwnych przygodach ziemskich sond badawczych Marsa, które milkły z niewyjaśnionych przyczyn. I w tym właśnie kontekście pisze on, że:


(…) Wolne żarty pirat kosmiczny czyhający na ziemskie sondy? Kto uwierzy w to, że gdzieś w okolicach Marsa żeruje na niebie Wielki Upiór Galaktyczny, odżywiający się pojazdami kosmicznymi? – dworowali sobie naukowcy. A tymczasem już w roku 1966 znaleźli się ludzie, którzy ten żart potraktowali całkiem serio. Z tym tylko, że upiorowi nadali inną nazwę: Czarny Książę.

Nazwę tą wymyślił Jacques Vallée, w 1966 roku, w jednej ze swych publikacji zasugerował, że „wokół Ziemi krążą osobliwe, nierozpoznane satelity, z których co najmniej jeden porusza się w kierunku przeciwnym niż wszystkie inne wysłane w Kosmos z USA i ZSRR.” Ale co to za wyróżnik: „kierunek przeciwny”? Chodzi o to, że sztuczne satelity Ziemi są wystrzeliwane w kierunku obrotu Ziemi wokół osi, tak aby na ich prędkość początkową składały się dwa czynniki: działanie samego silnika rakietowego oraz prędkość obracającego się wraz Ziemią kosmodromu (z zachodu na wschód – uwaga R.K.L.) W ten sposób wielekroć mniejszym wysiłkiem można osiągnąć nieodzowną dla satelity pierwszą prędkość kosmiczną (czyli 7,9 km/s – przyp. R.K.L.) Trzydzieści trzy lata temu jednak, gdy Vallée pisał o swoim Czarnym Księciu, nie chodziło tylko o wysiłek: ówczesna kosmonautyka nie była w stanie osiągnąć pierwszej prędkości kosmicznej bez wspomagania silnika prędkością obrotu Ziemi. przy zastosowaniu znanych wówczas napędów, każdy satelita wystrzelony „w tył” (czyli z wschodu na zachód – uwaga R.K.L.) natychmiast spadłby na Ziemię. A ten sobie swobodnie krążył. Całkowicie pod prąd. I w dodatku nikt (a w tym czasie w grę wchodziły tylko dwa mocarstwa kosmiczne: Związek Radziecki i Stany Zjednoczone) nie chciał się do niego przyznać. Czy nie zasłużył sobie na w pełni egzotyczną nazwę Czarnego Księcia?

W dodatku doszły jeszcze inne osobliwe zdarzenia. 15.V.1963 roku, astronauta Gordon Cooper, który przelatywał właśnie w amerykańskim satelicie załogowym Mercury czwarty raz nad Hawajami, usłyszał w pokładowym odbiorniku jakieś dziwne głosy. Głosy te zostały zresztą usłyszane i zarejestrowane również na Ziemi. Kiedy jednak zabrano się do ich szczegółowej analizy, zaangażowani przez NASA lingwiści oświadczyli, że „nie są to słowa jakiegokolwiek znanego na naszym globie języka.” A gdy jeszcze 1.VI.1965 roku zaplanowany na ten dzień lot Gemini-9 trzeba było opóźnić, bo na fale radiowe satelity nałożyły się fale niewiadomego pochodzenia, które praktycznie uniemożliwiły łączność statku z bazą – powiało wręcz grozą. Czarny Książę nie tylko się pojawił, ale zaczął działać!

Bzdura! – oświadczyli co trzeźwiejsi specjaliści w dziedzinie kosmonautyki. To racja: nie udało się wyjaśnić ani tajemnicy Mercurego, ani Gemini. Ale jak wiele różnych zagadek spotkaliśmy w toku rozwoju kosmonautyki? (…)

…Ale czy zaraz musimy oskarżać o to jakieś tajemnicze siły niebieskie? Dlaczego ujawniają się one wyłącznie w destrukcji? Czemu ten wysłannik wyśnionej wyższej cywilizacji zawsze tylko wszystko psuje, a nigdy nic nie naprawi?

Ach tak? To czym wobec tego wytłumaczymy niezwykłe zachowanie satelitów ANNA i Transit 4B, które zamilkły w pierwszych dniach roku 1962, a po pół roku… same się ponownie włączyły i nawiązały kontakt z Ziemią? Albo historię wystrzelonego na początku 1963 roku satelity Telestar 2, który przerwał pracę 16 lipca, ale tylko na miesiąc, poczym jakby nigdy nic samodzielnie znów podjął swe obowiązki? Czy wreszcie zachowanie się stacji kosmicznej EOL, która przez kilka miesięcy przerywała pracę na jeden dzień (w dodatku podobno zawsze w niedzielę)? „Wszystko to wygląda tak, jak gdyby aparatura tych stacji kosmicznych była rozmontowywana i później montowana ponownie” – skomentował w końcu te wypadki (przezornie anonimowo) jeden ze specjalistów NASA.

A tymczasem przykłady ingerencji mnożyły się bez przerwy. W roku 1971, amerykańska wyprawa księżycowa Apollo-14 pozostawiła na powierzchni naszego naturalnego satelity samoczynnie działająca stację naukową, która automatycznie rejestrowała i przekazywała na Ziemię różnego rodzaju pomiary. Poczynając od marca 1975 roku, stacja przestała przyjmować rozkazy z Ziemi, wreszcie wyłączyła się zupełnie. Ale kiedy ziemscy naukowcy ostatecznie przestali już na nią liczyć, po 32 dniach całkowitego milczenia, nagle 19.II.1976 roku sama podjęła pracę i kontynuowała ja przez miesiąc, zanim ponownie zamilkła. Jeszcze dziwniej zachowywał się amerykański satelita Pegasus. Wystrzelony w roku 1965 bezbłędnie działał do 1968, poczym Ziemia wydała mu rozkaz wyłączenia się. Narowisty Pegaz rozkaz ten honorował tylko przez dwa tygodnie, poczym samorzutnie się włączył i… zaczął zakłócać komunikację z innymi satelitami. Po wielu staraniach techników z ośrodka dyspozycyjnego NASA udało się go wreszcie wyciszyć, ale zaledwie minęło kilka tygodni, uparty Pegaz znów się odezwał. I tym razem nie dał się uśpić do roku 1978. A tu już amerykańskim specjalistom kosmicznym z Pasadeny zwalił się nowy kłopot na głowę. Wystrzelona we wrześniu 1977 roku sonda kosmiczna Voyager-1 w marcu następnego roku minęła Jowisza, przysłała na Ziemię z tej okazji całą serię pamiątkowych zdjęć, poczym skierowała się ku Saturnowi i… nieoczekiwanie zaczęła się jąkać. (…) Cztery dni dyspozytorzy sondy trwali w rozterce, ale po tym czasie sonda samorzutnie się naprawiła (???) i podjęła niezakłóconą rozmowę z Ziemią.

Wszystkie rekordy jednak pobił amerykański satelita geofizyczny Pioneer-6. Wystrzelony 16.XI.1965 roku przez 6 miesięcy badał pola magnetyczne, zjawiska plazmowe i promieniowanie korpuskularne w przestrzeni międzyplanetarnej, poczym z braku energii zamilkł i wyłączył się. (…) Minęło 21 lat i wszyscy już o Pioneerze-6 dawno zapomnieli, gdy w pierwszych dniach stycznia 1986 roku, wyczerpany satelita nieoczekiwanie odzyskał siły i przez godzinę bombardował Ziemię nikomu już niepotrzebnymi informacjami.

Nie mniej zagadkowo wygląda historia wystrzelonej 6.X.1990 roku z pokładu wahadłowca Discovery sondy kosmicznej Ulysses, która minąwszy Jowisza  14.II.1993 roku, zamilkła z niewyjaśnionych przyczyn  na pięć godzin, a potem – z równie niewyjaśnionych przyczyn – ponownie nawiązała kontakt z Ziemią. Również wystrzelona w lutym 1996 roku sonda NEAR, 23.XII.1998 roku na 27 godzin zerwała kontakt z Ziemią i samowolnie zmieniła w ciągu tego czasu trajektorię, po czym – jak gdyby nigdy nic – połączyła się z Pasadeną i poddała się rozkazom z Ziemi.

Czy rzeczywiście wszystkie te sondy słuchają tylko i wyłącznie rozkazów z Ziemi?

(Lucjan Znicz-Sawicki – „Cywilizacje nieludzkie: czy jesteśmy samotni w Kosmosie?”, Warszawa 2002, op. cit. ss.168-170.)


Wygląda zatem na to, że albo jeden z badaczy czegoś nie zauważył, albo chodzi o zupełnie inny obiekt, który też pałętał się na wokółziemskiej orbicie w latach 50. i 60. XX wieku – zob. I. Wojciechowskij – „Co to było?” w http://hyboriana.blogspot.com/2012/02/bolid-syberyjski-12.html. Swoją drogą ja też miałem szczęście widzieć przelot obiektu o jasności porównywalnej ze stacją kosmiczną Mir czy ISS, który leciał w kierunku ze wschodu na zachód! Było to w październiku 1996 roku, krótko po zachodzie słońca. Na pewno nie był to żaden samolot, bo obiekt leciał prostoliniowo nie zostawiając smug kondensacyjnych i z taką prędkością, z jaką przemieszczał się po niebie Mir czy ISS. Może był to jakiś ICBM wystrzelony na Zachodzie czy USA i lecący w stronę WNP, może był to jakiś test czy przypadkowy odpał – historia Zimnej Wojny zna kilka przypadków omyłkowego odpalenia rakiet międzykontynentalnych. Mógł to być wreszcie jakiś eksperymentalny samolot kosmiczny w rodzaju SCREMAR czy jemu podobnych konstrukcji testowany nad Europą.


Kolejna sprawa à propos Mira – otóż w kontekście dziwnych przerw w pracy sond kosmicznych przypomina mi się incydent, który miał miejsce właśnie na tej stacji. Parę lat temu, kiedy na Mirze nikogo nie było, a sama stacja była pilotowana przez automaty, ni z juszki ni z pietruszki wyłączyły się wszystkie komputery. Rosjan ogarnęła panika, bo obawiali się, że Mir może spaść ludziom na głowy i już rozważali możliwość wysłania tam ekipy naprawczo-interwencyjnej, kiedy po upływie 24 godzin komputery same włączyły się z powrotem i Mir spokojnie kontynuował orbitowanie wokół Ziemi…


Od tego czasu upłynęło już kilka lat, Mir wreszcie spłonął w atmosferze w czasie kontrolowanego zejścia z orbity… ale pasjonująca tajemnica niepokoi i cały czas jestem pod jej złowieszczym urokiem. Złowieszczym dlatego nie wiemy, co działo się na Mirze w ciągu tych 24 godzin. Kto lub co wyłączył komputery stacji, a nade wszystko po co? Po to, by się im dokładniej przyjrzeć? I co tego „ktosia” interesowało – hardware czy software tego ludzkiego obiektu kosmicznego?

I jeszcze jedna dziwna konstatacja. Patrząc na zdjęcia Marsa wykonane z Ziemi i z Kosmosu wciąż zdumiewa mnie różnica, która je dzieli. Z Ziemi widzimy kolorową planetę na której być może istnieje życie w strefie równikowej, co powoduje zmiany jej barw – z Kosmosu widzimy suchą, niemal pozbawioną atmosfery i wody planetę, na której życie być może ukryło się do planetarnego podziemia… Kiedyś, jeszcze w czasie studiów, zastanawiałem się w gronie kolegów nad tym, czy marsjańskie sondy można by było przechwycić i przy ich pomocy przekazać nie to, co widziały obiektywy ich kamer, ale to co chcieli nam przekazać Marsjanie, Kosmici, Obcy, Ufiaści… - po prostu zafałszowany obraz Marsa. Rzecz nie jest trudna technicznie – wystarczy znać częstotliwość radiową na których pracują nasze sondy wygasić ich sygnał i wprowadzić swój niosący mylną informację. Dlaczego i po co? Bo być może nie życzą sobie naszej wizyty. Ot i cała paskudna prawda o Wielkim Upiorze Galaktycznym i Czarnym Księciu vel Czarnym Baronie alias Czarnym Rycerzu vulgo Ciemnym Rycerzu – który jest po prostu statkiem szpiegowskim Obcych wykonującym misję zwiadowczo-dezinformacyjną na orbicie wokółziemskiej. A jak ktoś chce wiedzieć, jak to wygląda w wersji sci-fi, to polecam powieść Gieorgija Martynowa pt. „Gianeja” (Warszawa 1972). 



I to byłoby na tyle – jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski. Będę dalej śledził wszystkie co ciekawsze doniesienia o tym obiekcie/obiektach, więc nie zamykam tematu.