Powered By Blogger

czwartek, 22 października 2015

Czy wyspa Santoryn była Atlantydą?

Lokalizacja Krety i Thery na Morzu Śródziemnym


Olga Strogowa


Na średniowiecznych europejskich mapach, kosmografowie umieszczali wschód nie po prawej stronie, ale od góry – gdzie dzisiaj mamy geograficzną północ. To było związane z tym, że zgodnie z biblijnym podaniem – na wschodzie znajdował się Raj.

- Gdzie znajdowała się legendarna Atlantyda?
- Oczywiście że na Oceanie Atlantyckim – być może tak właśnie odpowie na to pytanie wielu naszych Czytelników. – Dlatego właśnie tak się on nazywa: Atlantycki. No, ale w Oceanie Atlantyckim jak dotąd śladów Atlantydy nie znaleziono, to nie ma niczego dziwnego – ocean jest ogromny i bardzo głęboki.

A może być tak, że śladów Atlantydy w Atlantyku nie znaleziono dlatego, że jej tam po prostu… nigdy nie było?


Kreta - wykopaliska kultury minojskiej


Co wiemy o Atlantydzie?


Za jedyne wiarygodne źródło wiedzy o Atlantydzie uważa się „Dialogi” Arystoklesa Ateńczyka vel Platona (427 – 347 p.n.e.). W dialogach „Timaios” i „Kritias” Platon przekazuje opowiadanie innego ateńskiego mędrca-filozofa Solona (635 – 560 p.n.e.), któremu egipscy kapłani opowiedzieli o wielkiej cywilizacji po tamtej (atlantyckiej) stronie Słupów Heraklesa, która powstała w niepamiętnych czasach, o wiele wcześniej niż egipska i grecka.

Słupami Heraklesa Grecy nazywali Gibraltar, zaś tajemnicze państwo nosiło imię Atlantydy, na cześć syna boga mórz Posejdona  i ziemskiej kobiety KleitoAtlanta czy też Atlasa. Platon opisuje dokładnie przyrodę i geografię wyspy, nazwy jej gór i rzek, miast, portów i świątyń, roślinny i zwierzęcy świat, i – rzecz jasna – ustrój państwa pod rządami królów wywodzących swój ród od Posejdona.

Co zaś się tyczy konkretnego miejsca położenia tajemniczej wyspy, to tutaj Platon ogranicza się tylko do stwierdzenia, na podstawie którego Atlantydy szukano „po tamtej stronie Słupów Heraklesa” tzn. nie na Morzu Śródziemnym, ale na Oceanie Atlantyckim. Poza tym rzecz jasna nazwa Oceanu Atlantyckiego też odegrała swoją rolę.

W „Dialogach” nie ma żadnych konkretnych wskazówek, co do czasu zagłady Atlantydy. Powiedziano jedynie, że: kiedy przyszła pora na straszliwe trzęsienia ziemi i powodzi, za jedną straszną dobę… Atlantyda znikła pogrążywszy się w głębinie Do dziś dnia nie wiadomo, jakie to silne trzęsienie ziemi i powódź nawiedziła jakiś zakątek świata, zrodziwszy mnóstwo legend, które egipscy kapłani mogli powiązać z zagładą Atlantydy.



Wyspa Santoryn/Santorini/Thera


Szukajcie w Morzu Śródziemnym?


W Oceanie Atlantyckim Atlantydy szukało wielu badaczy w ciągu wielu lat  i wszystko bezskutecznie. Niektórzy z nich, w tym nasi rodacy, doszli do wniosku, że jej w Oceanie Atlantyckim po prostu – nie ma.

Jeszcze w 1854 roku, rosyjski minister oświecenia narodowego A. S. Norow w swej książce pt. „Issliedowania ob Atłantidie” zacytował bardzo ciekawą argumentację w celu wsparcia tezy, że Atlantydy należy szukać na Morzu Śródziemnym.

Norow powołuje się na Pliniusza Starszego (23 – 79) i niektóre arabskie kroniki twierdzące, że dawniej Cypr stanowił jedną całość z Syrią, a wyspą stał się wskutek silnego trzęsienia ziemi i pogrążenia się w wodę znacznej części lądu. Uczony odsłania przy tym dostępne w jego czasach interpretacje tekstu Platona, w których opowiadanie o Atlantydzie pochodzi z trzeciej ręki, tzn. poprzez Solona od kapłanów egipskich. Ci ostatni – jak uważa Norow – nazywali Morze Śródziemne – Atlantyckim, wszak na zachód od Egiptu – w Berberii- znajdują się góry Atlasu. Poza tym Solon w swym opowiadaniu używa słowa „pelagos” (morze) a nie „okeanos” (ocean) co oznacza, że mowa tu o morzu a nie oceanie.


Amicus Plato, sed magis amica verita est


A jak sie ma sprawa z konkretną lokalizacją podana przez Platona – z tamtej strony Słupów Heraklesa? Norow odpowiada na to pytanie. Ci Grecy – Solon i Platon – rozumieli pod pojęciem Słupy Herkulesa oczywiście Gibraltar, ale z drugiej strony mogli tak nazwać każdą dowolną cieśninę. Według rosyjskiego uczonego, mógł to być równie dobrze Bosfor.

Wskutek tego atlantolodzy znajdywali coraz to nowsze argumenty popierające śródziemnomorską teorię – w tej liczbie ci, którzy dokładnie przeczytali relację Platona.

To, że wraz z Atlantydami zginęła armia Praateńczyków – przodków współczesnych Platonowi Greków – mówi o tym, że Atlantyda nie znajdowała się aż tak daleko od Grecji. Ponadto, wiele wysp Morza Śródziemnego odpowiada swym opisem, opisowi podanemu przez Platona.

W 1897 roku, A. P. Karnorżickij (znowu Rosjanin!) w swym artykule pt. „Atłantida” określił jej położenie geograficzne: pomiędzy Azją Mniejszą, Syrią, Libią i Helladą. A już w trzy lata później, Anglik Arthur Evans odkrył na wyspie Krecie ślady dawnej, prehelleńskiej cywilizacji – legendarny Labirynt króla Minosa. Ten fakt stał się punktem zwrotnym w historii poszukiwań śródziemnomorskiej Atlantydy.


Wyspa Santorini jest pozostałością po wulkanie, którego wybuch w 1628 r. p.n.e. był porównywalny z wybuchem Krakatau w 1883 roku


Czyżby Kreta?


Jak się wkrótce okazało, Kreta pasowała do wszystkich parametrów. Podnoszące się z morza strome, ostre skały; kolor kamieni, gorące źródła i inne przejawy aktywności powulkanicznej; no i na koniec tauromachia – kult świętych byków (Tauromachia to bardziej kultowa walka z bykami – uwaga tłum.) u dawnych Kreteńczyków – a wszystko to w zgodzie z opisaniami Platona. I co najważniejsze – historia tragicznej zagłady całej kreteńsko-minojskiej cywilizacji zmytej 3600 lat temu przez ogromną falę od wulkanicznego trzęsienia ziemi, które miało miejsce na jednej z wysp w archipelagu Cyklad.

Tak, Atlantyda znajdowała się na Wschodnim Morzu Śródziemnym – to była Kreta i otaczające ja wyspy w czasach panowania i rozkwitu dynastii Minosa – kategorycznie oświadczył w 1909 roku Amerykanin K. T. Frost.

Jacques Yves Cousteau


Jacques Yves Cousteau – “Atlantyda to Santorini”


Od tego czasu upłynęło już ponad 100 lat. W poszukiwaniu Atlantydy na Morzu Śródziemnym prowadzone są prace na samej Krecie, a także na otaczającym ja dnie morskim. Na temat tych poszukiwań napisano całe książki i nakręcono filmy, a w szczególności dokumentalna drama BBC pt. „Atlantyda: Koniec świata, narodziny legendy” (2011) i film „Odyseja Jacquesa Cousteau – W poszukiwaniach Atlantydy” (1978).

Niestety, żadnych poważnych i definitywnych dowodów na istnienie Atlantydy – które by wskazywały na nią jako cywilizację minojską – nie znaleziono.

Na początku lat 80. XX wieku, Jacques Yves Cousteau wyprawił się by znaleźć te dowody przy północnych wybrzeżach Krety i do głównego winowajcy wydarzeń sprzed 3600 lat – na wulkaniczną wyspę Santoryn.

To właśnie tam, u brzegów najbardziej na południe wysuniętej wyspy archipelagu Cyklad, Cousteau miał nadzieję znaleźć ślady zatopionej Atlantydy. Pomimo tego, że Santoryn wydaje się być sterczącą ponad wodę fragmentem wybuchłego wulkanu, jest on tak pięknym i niezwykłym, że w to po prostu chce się wierzyć!







Widok na wulkaniczne wyspy Palea i Nea Kameni wewnątrz kaldery Santorini oraz na ocalałe obrzeża kaldery - widać doskonale warstwy lawy i tefry powstałe wskutek kolejnych wybuchów wulkanu...


Czarna perła Morza Egejskiego


Ciemnoszary, niemal czarny masyw góry zwieńczał nieduży, ale ładny wieniec biało niebieskich domów i kościółkiem przyczepione ciasno do stoku góry jak ostrygi. Ciemna szarość, to odcień starego wulkanicznego popiołu jest tu podstawowym kolorem. U podnóża gór są plaże, ale kolor piasku też ciemnoszary, pokrywający skórę cienkim, nie od razu zmywalnym nalotem.

Na Santorynie/Therze jest mało płaskich powierzchni. Tak mało, że pas miejscowego lotniska biegnie niemal równolegle do plaży, a samoloty startują i lądują literalnie nad głowami plażowiczów.

Pancerz z pokrywy lawowej pokryty jest cienką warstwą silnie zmineralizowanej gleby, dzięki czemu na wyspie rosną niezwykłej urody rośliny – np. bardzo duże, śnieżnobiałe bakłażany albo stokrotki o wielkości spodeczków do herbaty!

Na Santorynie wiosną i jesienią są przecudnej urody zachody słońca, o wszystkich odcieniach czerwieni, oranżu i purpury – a czasami z jakiejś niejasnej meteorologicznej przyczyny także jasnozielonego koloru (tzw. zjawisko zielonego promienia – przyp. tłum.)

Patrząc z góry w krystalicznie błękitne, przeczyste zwierciadło wewnętrznej laguny, wdychając suche i nieco gorzkie od wulkanicznych ekshalacji powietrze, łatwo można sobie wyobrazić, jak całkiem niedawno bo wszystkiego 4000 lat temu była tutaj metropolia zamieszkała przez złotowłosych, spalonych słońcem potomków Posejdona. Wydawałoby się, zajrzeć pod warstwę popiołu  dojrzy się skały Posejdona – i oto one – ruiny legendarnego Miasta Stu Złotych Bram, z tajemniczymi inskrypcjami i wizerunkami nieznanych potworów morskich.

Jacques Yves Cousteau nie znalazł Atlantydy u brzegów Santorynu. W tym czasie miał już siedemdziesiątkę i nie starczyło mu na to ani sił, ani czasu. Ale tak czy inaczej, nie zrezygnował z tej swej idei i polecił prowadzenie poszukiwań swoim uczniom i współpracownikom.

Tak więc przepiękny i zagadkowy Santoryn czeka – nie tylko na ochających i achających z zachwytu turystów, ale na nowe pokolenie atlantologów.




Santoryn to raj dla turystów przyciąganych przez niezwykłą urodę tego miejsca na Ziemi... 


Moje 3 grosze


Sprawa istnienia Atlantydy jest szczególnie bliska memu sercu, jako że wszystko zaczęło się od przeczytania w wieku lat ośmiu czy dziewięciu powieści Marii Kann – „Błękitna planeta” (Warszawa 1964), w której daleki potomek Atlantów zamieszkujących planety krążące wokół słońca τ-Ceti odległego od nas o 11,8 ly przylatuje na Ziemię i przypomina nam o istnieniu swej wielkiej ojczyzny. Książkę zaczytałem „na śmierć”, ale warto było, bo od tego czasu czytałem wszystko, co dotyczyło Atlantydy, Kosmitów, lotów kosmicznych, itd. itp. - co przełożyło się na oceny z przedmiotów ścisłych, poza matematyką, która mi za bardzo „nie szła”…

Czy Atlantyda to Kraina Keftiu czyli Kreta? Nie sądzę. Podobnie jak Mika Valtari w powieści „Egipcjanin Sinuhe” uważam, że minojska Kreta była potężnym państwem, mocarstwem wyspiarskim sprawującym kontrolę nad znacznymi akwenami Morza Śródziemnego i jego archipelagami. Owszem, pod pewnymi względami przypominała Atlantydę, ale nią nie była. No i Atlantyda została zmieciona przez kataklizm ok. 12.000 lat temu, kiedy odblokowany przez nią ciepły Golfstrom zaczął podgryzać lodowy pancerz ostatniego zlodowacenia Vislan-Würm w Europie i Wisconsin w Ameryce Pn. Dzięki temu około 7000 lat temu powstał nasz Bałtyk, na brzegach i w głębinach którego znajdują się ślady dziwnych konstrukcji,  zaś Kreta…

Potężna erupcja na Santorynie miała miejsce roku 1628 p.n.e. i miała siłę 6-7°VEI. Chmura pylistej tefry wzniosła się na 30 km, zaś huk eksplozji słyszano w odległości 1000 km od epicentrum. Fala tsunami o wysokości kilkuset metrów zmyła wybrzeża wschodniej części Morza Śródziemnego pociągając za sobą tysiące ofiar. To właśnie to zjawisko najprawdopodobniej stoi za opisanymi w Biblii plagami egipskimi – zob. Wj 7,14 – Wj 12,33. Ktoś powie, że nie ma żadnych relacji o tych wydarzeniach. Ależ są! – i to właśnie w Księdze Wyjścia. W Grecji nie wspomina się o tym właśnie dlatego, że nie miał kto tego wspominać. Ci, którzy widzieli te zjawiska – zginęli w kataklizmie przez niego wywołanym…    

Atlantyda znajdowała się na Oceanie Atlantyckim i to w lokalizacji platońskiej – za Słupami Heraklesa. Dzisiaj, dzięki skanowaniu dna oceanicznego odkrywamy coraz więcej dziwnych formacji znajdujących się na dnie Atlantyku, a które przywodzą na myśl zatopione miasta i inne ślady ludzkiej działalności. Opisy Platona wskazują na to, że mógł to być wydźwignięty przez tzw. „gorący punkt” fragment dna morskiego, który po jego zniknięciu lub przesunięciu się, zapadł się z powrotem w wody oceanu. Dokładnie to samo stałoby się z Hawajami, Islandią, Azorami czy Galapagos, które właśnie stoją na takich „gorących punktach”. W przypadku Atlantydy doszło jeszcze do superwybuchu o mocy 8°VEI – czyli zjawiska, które miało miejsce 70.000 lat temu superwulkanu Toba na Sumatrze, czy Taupo na Nowej Zelandii 26.000 lat temu. Nie zapominajmy, że grożą nam w tej chwili supererupcje Yellowstone w USA, Campi di Flegrei we Włoszech oraz w mniejszym stopniu Laacher See w Niemczech. Każda z nich stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo dla naszej cywilizacji i ich (jak uważam) należy obawiać się bardziej, niż asteroidów.


Tekst – „Tajny XX wieka”, nr 15/2015, ss. 12-13
Ilustracje – „Tajny XX wieka", Internet

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                                           

wtorek, 20 października 2015

Rycerze Świątyni: zamienili miecze na Słowo

Dokument z Chinon


Anton Szandorow


Wikingowie nie walczyli w rogatych hełmach, a nosili je tylko w rytualnych celach albo jako ozdobę. W prawdziwej bitwie rogaty hełm był niepraktycznym, bo rogi nie pozwalały mieczowi przeciwnika na rykoszet.

Nowa historia niemieckich Templariuszy – czy też oficjalnie – Braci Najwyższego Rycerskiego Zakonu Świątyni Salomona – zaczęła się wtedy, kiedy 18.III.1314 roku na stos wstąpił Jacques de Molay, 23. i ostatni Wielki Mistrz zakonu Templariuszy.

Ukazaną tutaj data przyjęto uważać za ostateczny dzień pogromu Zakonu Templariuszy, zainicjowanego na rozkaz francuskiego króla Filipa IV Pięknego i papieża Klemensa V.

W zasadzie tak to właśnie było, za wyjątkiem niemieckiego odgałęzienia Zakonu – do którego w okolicach współczesnego Berlina, w miasteczku z charakterystyczną nazwą Tempelhof (dosł.: dziedziniec świątyni) – na wiosnę 1314 roku przybyli ścigani bracia z innych krajów. No i tu właśnie zaczynają się tajemnice. Np. dlaczego w XIV wieku, francusko-papieski karny oddział wysłany w celu wymordowania niebezpiecznych wichrzycieli został doszczętnie rozbity przez niemieckie chrześcijańskie rycerstwo i wstąpił do Templariuszy „heretyków”? Tak i wszystkie następne stulecia są pełne zagadek. W tym artykule spróbujemy się jakoś zorientować w tych wydarzeniach, o których dokumentalne świadectwa znajdują się w archiwach współczesnego Niemieckiego Zakonu Templariuszy (OSMITH) znajdującego się w kolońskiej rezydencji Bractwa.


Przygody „Pergaminu z Chinon”


W 2001 roku, do historycznego obrotu został wprowadzony sensacyjny dokument, do tego czasu, od momentu zamordowania Jacquesa de Molaya, uważany za utracony. Mowa o tzw. Pergaminie/Dokumencie z Chinon  - manuskrypcie z tajnego archiwum Watykanu, który świadczył o tym, że materiały dowodowe na procesie Templariuszy były sfabrykowane na rozkaz i z woli francuskiego króla Filipa IV Pięknego.

Wspomniany dokument pośmiertnie rehabilituje Templariuszy, oskarżonych niewinnie przez króla i jego urzędników (Nogareta i Marigny’ego – przyp. tłum.), którzy połakomili się przede wszystkim na skarby Rycerzy Świątyni. Dokument ten rozwiewa wszelkie mity o rzekomym świętokradztwie i herezji – a dostępny ma być dla wszystkich, którzy byliby nim zainteresowani. Prawda – w chwili, gdy piszę te słowa, za zezwoleniem Watykanu jest on opublikowany w nakładzie… 799 egzemplarzy, z których każdy kosztuje… 5900 €!

Tak czy owak, nowa historia niemieckiego odgałęzienia Zakonu Templariuszy zaczyna się właśnie od „Dokumentu z Chinon”. W przeddzień spalenia na stosie Jacquesa de Molay, braciom niemieckim udało się przejąć ten dokument świadczący o tym, że specjalna papieska komisja zdjęła z nich odium herezji i tajnie przewieźć go na ziemie niemieckie. A dokładniej w okolice dzisiejszego Berlina i Brandenburga, gdzie jeszcze od 1234 roku istniała komandoria Templariuszy założona przez rycerzy Tegema i Germanusa. To znaczy, że niemieccy Templariusze wraz z uciekinierami z innych krajów osiedlili się w Tempelhof mając w rękach sensacyjny, rzeczowy dowód na to, że w imię interesów króla Francji zainteresowanego skarbami Templariuszy – Zakon został podle i fałszywie oskarżony o świętokradztwo, satanizm i herezję.

Rycerze Świątyni w akcji


Ostatni śmiertelny bój


Dlaczego Bractwo nie opublikowało treści tego dokumentu? Odpowiedź jest prosta: nie było w te lata żadnych środków masowego przekazu ani nie było możliwości technicznych, póki wielki Jan Gutenberg nie wynalazł techniki druku w 1450 roku.

(To znaczy druk był, bo odbijano na kartach całe tablice tekstu, które ryto w drewnie. Gutenberg zastosował ruchome, metalowe czcionki, z których składało się tekst i odbijało w konkretnej ilości egzemplarzy. Było to mniej czasochłonne, pracochłonne i w sumie najtańsze rozwiązanie – uwaga tłum.)

Ale z drugiej strony, niemieccy posiadacze „Dokumentu z Chinon” (który zwrócili Watykanowi w 1845 roku na ręce papieża Grzegorza XVI) zrobili wszystko, co w tym momencie byli w stanie zrobić. Mało tego, że niemieckie władze – świeckie i duchowne – były obznajomione z treścią dokumentu, bowiem wysyłano całe grupy gońców, którzy roznosili wieść o niewinności Templariuszy do Hiszpanii, Portugalii, Szkocji i na Cypr.

(A także na Wschód do Królestwa Węgier, gdzie Templariusze mieli swe komandorie za przyzwoleniem królów węgierskich, na terytorium dzisiejszych Węgier, Rumunii, Słowacji i Czech, co udowadnia m.in. dr Miloš Jesenský w swych pracach, które udostępniam na stronie WWW.hyboriana.blogspot.com – uwaga tłum.)

I oto jeszcze jedna tajemnica historii, która na naszych oczach przestaje być taką, jaka znamy; i mamy odpowiedź na pytanie: dlaczego Templariusze byli osądzeni tylko we Francji, a nie w innych krajach.

W rezultacie: wielki oddział karny wysłany na ziemie niemieckie przez Filipa IV niezadługo do jego śmierci – w dniu 29.XI.1314 roku – dosłownie, jak uważają mistycy wskutek przekleństwa rzuconego nań przez Jacquesa de Molay – został rozgromiony przez niemieckich Templariuszy-heretyków i dołączonych do nich braci z dwóch innych zakonów doskonale wiedzących, że wspierają oni „nieprawowiernych”.

Był to „ostatni śmiertelny bój” Templariuszy z francuskim królem-wiarołomcą. W następnych latach francuskim „bojownikom z herezją” nie udało się walczyć z Zakonem. Ich zamęczyły problemy z ich mocodawcami, którym – z całkowitą zgodnością z klątwą Templariusza – rychło przyszło pożegnać się z tym światem. Przekleństwo jeżeli nie zadziałało do siódmego pokolenia, to dawało się we znaki przez dziesięciolecia.

(Zob. Maurice Druon – „Królowie przeklęci” t. I – VII – cykl powieściowy ukazujący dzieje Francji od panowania Filipa IV Pięknego do Jana II Dobrego. Doskonała lektura, chociaż postacie są nieco przejaskrawione… - uwaga tłum.)

Król Filip IV Piękny pali Templariuszy na stosie


Prawda o Rycerzach Świątyni i francuskie „bajki”


Czy kiedykolwiek zdarzyło się wam – drodzy Czytelnicy – słyszeć opowieści, zgodnie z którymi Templariusze – teraz Masoni – i to jeszcze, jak lubią dodawać „znawcy”, należący do szkockiej obediencji czy szkockiego rytu. Czy wiecie, że żeby zostać Templariuszem należy przejść na katolicyzm czy protestantyzm? A tak w ogóle, to co to znaczy dzisiaj zostać Templariuszem? Jak wiadomo, Zakon został zniszczony jeszcze w XIV wieku…

Te wszystkie brednie – tak, brednie! – mają swe francuskie korzenie. Tak więc do XVIII wieku wykształciła się niewidoczna opozycja wśród Templariuszy, którzy znaleźli schronienie na niemieckich ziemiach z francuskiego terytorium, (w mniejszym stopniu Watykanu). Stąd właśnie te francuskie korzenie „wiarygodnych” pogłosek o Rycerzach Świątyni.

A oto proste fakty odrzucające mity o „rozgromionych już to Masonach, już to heretykach, którzy odeszli od katolicyzmu”. W 1825 roku „rozgromieni” Templariusze – najwidoczniej zmartwychpowstali z popiołów stosów na których ich spalono, jak mityczny Feniks – oficjalnie dystansowali się od Masonów. Dokument potwierdzający ten fakt, w którym napisano o tym, że „dwóm panom służyć nie wolno” do dziś dniach znajduje się w archiwum Bractwa w Kolonii. W dniu 11.II.1841 roku, Templariusze podjęli w Paryżu ważną decyzję zainicjowaną w Wielkim Klasztorze Niemiec. Decyzje o tym, że Templariuszem może stać się każdy chrześcijanin – protestant, katolik czy prawosławny, bez wyjątku. W 1845 roku, papież rzymski Grzegorz XVI finalnie uniewinnił Zakon – wprawdzie bez powołania się na nieprzyjemny dla Kościoła rzymsko-katolickiego „Dokument z Chinon”  - i zaprosił Templariuszy do przejścia na stronę Watykanu. Jednakże niemiecka gałąź Zakonu nie zgodziła się – nie pasowało im to, że miłość do Boga została podzielona pomiędzy katolików, protestantów i prawosławnych. I za potwierdzenie i błogosławieństwo Grzegorza XVI za szczególne męstwo duchowe, przedstawiciel Wielkiego Klasztoru Niemiec zwrócił Watykanowi „Dokument z Chinon”.

Warto dodać, że już w XX wieku istniała niezależność niemieckich Templariuszy od władz świeckich, ale także od kościelnych… - niezależność Braci Świątyni wynikała z ich dewizy ze słów jednego z psalmów: Non nobis Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam! - co oznacza: Nie nam, Panie, nie nam, lecz Twemu imieniu daj chwałę. (Ps 115,1) … i wysyłała ich na śmiertelną służbę. To ta niezależność przywiodła Templariuszy do realnej zguby – masowego wymordowania Braci Świątyni, ale także do zmiany samego Zakonu i jego principiów. No i na zamianę niemieckim Templariuszom, naśladowcom Jacquesa de Molay, przybyli „nowi bracia”.

Komandoria Templariuszy w Portugalii - zamek w Tomar


Nowi Templariusze spod znaku swastyki


Z biegiem wieków, które przebiegły od powstania Zakonu Templariuszy na niemieckiej ziemi, Templariusze zmieniali stopniowo „siłę miecza na siłę Słowa”. Zasada ta pozostała podstawową dla Zakonu także w dniu dzisiejszym – można powiedzieć – wracające z powrotem nawet po zwycięstwie nad hitleryzmem. A wtedy, na początkach XX wieku, słowo Templariusze zwołujący do światowego bractwa ludzi niezależnie od wyznawanej religii, koloru skóry (rewolucja jak na owe czasy!), współczujący ludziom, sprzeciwiający się wszelkim kanonom globalnych sił militaryzmu, już zaplanowanej I Wojnie Światowej, a potem II Wojnie…

Niestety, dzieki nie przeciwstawieniu się idei nazizmu, w ojczyźnie Führera – w Austrii – powstał Zakon Nowych Templariuszy – Ordo Novi Templi – pod przewodnictwem Jörga Lanza von Liebenfelsa vel Josepha Adolfa Lanza. Szczególnie nienawistne, antyhumanistyczne, rasowe idee Nowych Templariuszy i ich przeora były całkowicie sprzeczne duchowi Zakonu Braci Świątyni, ale zostały ochoczo przyjęte przez założycieli „czarnego zakonu” SS w czasie dojścia Adolfa Hitlera do władzy, stanowiły one podstawę światopoglądu „czarnego rycerstwa” pod patronatem SS-Reichsführera Heinricha Himmlera.  Oczywiście ten „Bolivar nie mógł znieść dwóch” i dlatego zakonników wiernych naukom Chrystusa masowo wywożono do obozów koncentracyjnych i zgładzono. A jak już powiedziano, fantazyjne „templarstwo” Lanza – Himmlera – Hitlera miało status jedynego, oficjalnego tego rodzaju tworu w Trzeciej Rzeszy.

Tylko po zwycięstwie nad hitleryzmem, niewielu ocalałych z obozów śmierci prawdziwi Templariusze odtworzyli niemieckie Bractwo w dzisiejszym kształcie. Pomoc uciekinierom i ofiarom powodzi, pomoc humanitarna dla Rosji w smutnej dekadzie lat 90., pomoc głodującym całkiem niedawno Bułgarom i Rumunom, rozpowszechnianie idei humanizmu – w tym także „duchowej wojny z podżegaczami wojennymi”. Takie są teraźniejsze misje niemieckich Templariuszy, nie mających niczego wspólnego z „czarnym rycerstwem” SS czy z bohaterami powieści Dana Browna (oraz Umberto Eco – przyp. tłum.)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 15/2015, ss. 10-11
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 18 października 2015

Kosmiczne okręty na orbicie



Oleg Fajg


Nie tak dawno „Newsweek” opublikował zdjęcie „broni promienistej Terra-M”. Według informacji wydawnictwa, zamontowawszy ten „wojskowy laser napowietrznego bazowania” na samolocie Ił-76 Rosja może przeciwdziałać wszelkim satelitom szpiegowskim.

Istnieją także radzieckie/rosyjskie projekty powietrzno-kosmicznego kosmoplanu. I tak jeden z kierowników prac nad zaprojektowaniem MTKK BuranG. E. Łozino-Łoznickij przedłożył do rozpatrzenia system wielokrotnego użytku, którego pierwszym stopniem będzie samolot-nosiciel Mrija. Będzie on mieć za zadanie dostarczyć na wysokość podorbitalną drugi stopień – orbitalny samolot z podwieszonym zbiornikiem paliwa – ten ostatni będzie jedynym jednorazowym elementem całego systemu transportowego. Według obliczeń, orbitalny samolot może wywozić na niskie orbity wokółziemskie – LEO do 7 ton ładunku w wariancie pilotowanym. W wariancie bezpilotowym – 8 ton.

A.  I. Szmygin – „SDI oczami rosyjskiego pułkownika”


Projekt Sokół-Eszelon


30 lat temu, na jednym z sekretnych podmoskiewskich poligonów wystartowały w powietrze dwa modele samolotów Ił-76 wyposażone w wojskowe lasery – laserową broń radiacyjną - LBR. W ten sposób zapoczątkowano realizacyjny etap Projektu Sokół-Eszelon. Z danych z prac konstrukcyjno-doświadczalnych wynikało, że uczeni i inżynierowie radzieccy przedsięwzięli stworzenie przeciwwagi prac amerykańskich  nad całą grupą LBR zdolnych do niszczenia rakiet.

Po rozpadzie ZSRR rozwijanie Projektu Sokół-Eszelon zostało przerwane, zaś osprzętowanie zakonserwowano. Jednakże dzisiaj cały szereg zachodnich mediów uparcie twierdzi, że rosyjscy wojskowi wznowili wydzielone kierunki radzieckiego projektu laserowego, przy czym są to nowe optyczne generatory kwantowe wielkiej mocy z podstawowym przeznaczeniem do walki z obiektami orbitalnymi.

Ostatnia praca Taganrogskiego Kompleksu Awiacyjnego im. G. M. Beriewa – A-60 przypomina eksperymentalne amerykańskie laserowe działo zamontowane na pokładzie samolotu Boeing-747. Obydwa samoloty mają masywne wzmocnienia części dziobowej, a na górnej części kadłuba znajdują się kopułki kryjące dodatkowe wyposażenie – zob. YT - https://www.youtube.com/watch?v=pKdA5SkItww. Ale i na tym podobieństwo się kończy, bowiem Amerykanie mieli swój laser we wzmocnionej części dziobowej, zaś A-60 ma w swej górnej części rufowej. Ta właśnie właściwość pozwala A-60 na rażenie celów orbitalnych.



Ciekawie wygląda logo A-60. Na nim widzimy sokoła niszczącego statek kosmiczny lecący ponad Biegunem Północnym w kierunku Rosji.


Strzelanie do okien


Mimo tego, zbudowanie efektywnej obrony przeciwrakietowej z użyciem laserów o wielkiej mocy wcale nie jest takie proste. To w swoim czasie dokładnie zrozumiał Ronald Reagan z jego „gwiezdnymi wojnami”. Nie jest łatwo w określonym czasie wejść w wąskie „okna”, przez które przelatują flotylle wrogich międzykontynentalnych balistycznych pocisków rakietowo-jądrowych czyli ICBM oraz pocisków balistycznych wystrzeliwanych z okrętów podwodnych czyli SLBM. Reaganowska SDI czyli Inicjatywa Obrony Strategicznej zakładała, że orbitalne aparaty będą razić potężne wiązki promieniowania gamma - γ i rentgenowskie - X o potwornej mocy, a także potoki szybkich neutronów. Podstawą scenariuszy SDI była multispektralna obrona antyrakietowa czyli obrona przeciwbalistyczna – OPB. Zgodnie z tymi planami, ocalałe z pogromu w „oknach” ICBM powinny zniszczyć lasery i wiązkowe generatory drugiej linii obrony. Zakładano, że moc wszystkich tych naziemnych, stacjonarnych i mobilnych stanowisk ogniowych będzie pięciokrotnie przewyższała swą mocą i celnością mocą rażenia konwencjonalne systemy rakietowe klasy ziemia-powietrze i ziemia – przestrzeń kosmiczna.

I tak, współczesna kosmiczna OPB włącza pierwszą linię obrony od „systemu strefowej obrony”, który składa się z kilku szeregów wojskowych kosmicznych stacji LBR latających na różnych orbitach. Orbitalne promienniki powinny zdążyć zniszczyć wrogie ICBM i SLBM nad miejscem ich startu, w punktach ich największej podatności na zniszczenie. Następnie następuje atak lotniczych grup (to właśnie odróżnia go od pierwotnego planu „naziemnego” SDI) z laserami na pokładach. A zakańczają działania OPB rozliczne rakietowe systemy ziemia-powietrze, ziemia-przestrzeń kosmiczna. Uważa się za optymalne, jeżeli każdy pas „kosmicznej obrony” zniszczy nie mniej niż 90% ocalałych rakiet przeciwnika.

Dla SDI kamieniem, o który się potknięto, stały się potężne glasery – czyli lasery na promieniowanie γ i X. Problem polega na tym, że ładowanie systemów laserowych tych urządzeń opierało się na wybuchach jądrowych. Tylko w ten sposób można było spowodować, że glaser był w stanie wyemitować na tyle intensywny strumień energii, który byłby w stanie przemienić lecące w odległości tysięcy kilometrów ICBM w obłoki plazmy.


Druga linia obrony


Druga linia kosmicznej OPB w postaci systemu dokładnej obrony jest przeznaczona do likwidacji ICBM, które przedarły się przez pierwszą linię obrony – system obrony strefowej. W pewnej chwili, w czasie SDI, wydawało się, że drugą rubież obrony można będzie utworzyć z naziemnych laserów o wielkiej mocy. Ich działanie mogłyby uzupełnić satelity-zwierciadła odbijające, ogniskujące i przekazujące dalej wiązki energii świetlnej. Akcja ta także miałaby się odbyć w przestrzeni kosmicznej.

Radiofizycy i inżynierowie-elektronicy od razu poddali krytyce ten schemat drugiego eszelonu kosmicznego OPB. Wyjaśniono, że różnorakie warunki atmosferyczne jak np. turbulencje, mogłyby zmniejszyć do minimum „strzały z naziemnych dział laserowych”. Tak powstała idea powstania latających laserów, które mogłyby latać nad frontami burzowymi oraz huraganami, tajfunami, itp.
Tym niemniej, już zaczęta realizacja „misji SDI” wywołała fale krytyki po obu stronach Atlantyku. Przede wszystkim krytykowano niedostateczne przygotowanie naukowej strony projektu. Przede wszystkim wytknięto autorom SDI, że kolosalne rzeki energii elektrycznej do ładowania laserów i generatorów cząstek szybkich dostarczy… „synteza termojądrowa”. Należy wyjaśnić, że problem uzyskania kontrolowanej syntezy termojądrowej nadal jest w lesie.

Poza tym do dziś dnia panuje przekonanie, że optyczne generatory kwantowe emitujące jedynie silne impulsy mogłyby pracować zaledwie kilka minut w warunkach współczesnego, szybkozmiennego pola walki. Do tego uzyskanie „dział laserowych” wymagałoby rozwinięcia wielu gałęzi wiedzy takich jak kwantowa optyka, nieliniowa spektrografia i innych.

Następny problem z SDI polegał na skonstruowaniu superkomputerów o ogromnej mocy obliczeniowej o oprogramowania do nich. Faktycznie mowa była o skonstruowaniu gigantycznej sztucznej inteligencji, która byłaby w stanie podejmować optymalne decyzje w najkrótszym czasie, razić tysiące celów. Mówi się, że podobne idee natchnęły hollywoodzkiego reżysera Jamesa Camerona do nakręcenia serii filmów „Terminator”, gdzie rządzi wojskowy superkomputer SKYNET. Dokładnie według scenariusza uderzenia prewencyjnego SDI, ten elektroniczny potwór prowokuje jądrową katastrofę i likwiduje ludzi, którzy ją przeżyli…


Zabezpieczenie inżynieryjno-techniczne


Kiedy pracujący nad podstawami SDI przeszli od globalnych problemów naukowych do zabezpieczenia inżynieryjno-technicznego kosmicznej OPB, to czekały na nich kolejne trudności. Przede wszystkim należało zbudować konceptualny schemat rozmieszczenia i złożonej pracy wielkiej ilości sensorów zapewniających rozpoznawanie, przechwyt i automatyczne prowadzenie celów. Z jednej strony trzeba było rozmieścić cała flotę laserowych orbitalnych platform, satelitów i okrętów, a z drugiej zabezpieczyć je przed atakiem orbitalnych myśliwców przechwytujących nieprzyjaciela. A o tym, że podobne aparaty istnieją naprawdę doskonale wiedziały CIA, Pentagon i NATO.

Poza prowadzeniem „orbitalnych potyczek” pomiędzy „kosmicznymi myśliwcami” oraz ochroną i obroną podstawowych laserowych stacji bojowych z pierwszego eszelonu, pozostało jeszcze zadania kontrolowania Teatru Działań Wojennych – TDW – w tym przypadku wszelkich obiektów kosmicznych znajdujących się na orbitach wokółziemskich. Wszelkie opracowane informacje należałoby przeprowadzać w reżimie czasu realnego, co wymaga nie tylko kolosalnych komputerów o ogromnej mocy obliczeniowej, ale i innowacyjnych metod ich programowania.

Mówi się, że niepoprawny optymista, zaciekły antykomunista i wielki zwolennik rozwijania SDI prof. Edward Teller był zdumiony słabościami „kosmicznej floty” z jej gigantycznymi laserami i akceleratorami cząstek. Dla zniszczenia całej armady orbitalnej rubieży kosmicznej OPB wystarczyłoby jedynie 5-6 1-megatonowych ładunków! Według dalszego, najbardziej optymalnego scenariusza, przez drugą i trzecią rubież obrony mogłoby przelecieć 30-40% ICBM przeciwnika. Tak czy inaczej, wszystko to zakończyłoby się straszliwą katastrofą i dla wymordowania narodu nawet nie potrzeba by było „zimy jądrowej”.

[We wrześniu 1996 roku, w czasie II Międzynarodowej Konferencji Ufologicznej, znany amerykański ufolog węgierskiego pochodzenia płk dr Kolomán von Keviczky przedstawił własną koncepcję użycia systemów SDI nie tyle do walki z radzieckimi ICBM, ale z … UFO! Według niego SDI jest wymierzone nie tyle w ZSRR i kraje Układu Warszawskiego, ile do walki z UFO w przypadku inwazji Ufiastych na Ziemię. Osobiście uważam, że SDI było już wtedy technologiczną mrzonką i użycie ich przeciwko UFO – pobożnym życzeniem ze względu na dysproporcję poziomu rozwoju technologicznego Ludzkości i Obcych. Po prostu SDI byłaby zbyt mało wyrafinowana technologicznie do działań przeciwko UFO, które biją nas o kilka klas – uwaga tłum.] 


Uderzenie w Challengera


Przepadek koncepcji SDI pozostawiają dzisiejszą administrację Pentagonu w sytuacji, w której musi się ona dokładnie przyglądać na wszystkie kraje, które rozwijają swe wojskowe systemy aerokosmiczne. Dokładnie tak była przyjęty system A-60:

…przeznaczony do przekazywania energii świetlnej na dalekie obiekty w celu przeciwdziałania optoelektronicznym środkom technicznym nieprzyjaciela…

- jak to pisał wojskowy obserwator z gazety „The Washington Post”.

…skonstruowany przez nich „laserowy samolot” jest w stanie oślepić amerykańskie satelity szpiegowskie.

Idea ta jest o wiele starszą od konceptualnego planu SDI już nie raz była stosowana. I tak w 1984 roku, unikalny kompleks laserowy Granit-Terra wyposażony w lasery, masery i magnetrony oddał kilka „wystrzałów” do promu Challenger, kiedy tenże szpiegował nad terytorium ZSRR. Historia ta do dziś dnia jest ukryta pod wszelkimi gryfami tajności. Jednakże ów ekspert z „The Washington Post” twierdzi, że po przeciekających do prasy relacjach, na tym promie kosmicznym padła cała główna elektronika, zaś załoga odczuła jakieś dziwne objawy chorobowe…

Czy użyto jeszcze kiedyś broni promienistej po 1984 roku – tego nie wiadomo. Tak czy inaczej, w połowie lat 80., obserwowanie z oddali terytorium ZSRR z kosmosu praktycznie skończyło się i zaczęło się ponownie po rozpadzie Związku Radzieckiego.

W roku 2006, Chińczycy dwukrotnie ostrzelali laserami amerykańskie satelity i unieszkodliwili trzech amerykańskich kosmicznych obserwatorów. Ciekawe, że po tym démarche nad terytorium Chin także znacznie zmniejszyła się ilość „elektronicznych oczu”.

Uwagi z KKK

Co do MTTK Buran z innego listu - projekt dwustopniowego startu i wyniesienia na orbitę był najlepszym pomysłem w NASA, dopóki zapewne ktoś nie wziął w łapę i nie postawiono na Saturna V, który jest i droższy, i mniej skuteczny, i bardziej skomplikowany. Ponadto w rakiecie dużym problemem, i to delikatnie mówiąc: ignorowanym problemem, były uszczelki międzymodułowe, które w warunkach niskiej temperatury traciły szczelność i plastyczność, co spowodowało śmierć cywilów podczas ich pierwszego cywilno-propagandowego lotu. Startowano w niesprzyjających warunkach... sam Wernher się by w grobie przewracał, gdyby wówczas już nie żył. Ano właśnie... czy może być tak, że ten projekt został przez niego wysforowany jako najlepiej zaprojektowany z najdłuższą historią rozwoju, poza poziom 5? Wyniesienie dwuetapowe było lepsze, lecz pewnie cofnięto je z fazy rozwojowej i stanęło najwyżej na 4 (etap 10 to użycie prototypu). Buran z kolei to praktycznie kopia amerykańskich wahadłowców, a skoro nie było tam, w Rosji, von Brauna, to w końcu sięgnięto po rozum do głowy i skierowano się do ongiś najlepszej wersji - lotu dwuetapowego Mrija. (Smok Ogniotrwały)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 15/2015, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©