Powered By Blogger

czwartek, 25 stycznia 2018

Gdzie znikł dawny Egipt?



Igor Nikitin

Cywilizacje rodzą się, rozwijają, a potem stopniowo obumierają. Co po nich pozostaje? Monumentalne ruiny szczątki zagadkowych mechanizmów, galerie rzeźb i… no i to wszystko – niestety.


Pogrążeni w luksusach


Historycy mogą nam nazwać dziesiątki, jak nie setki zaginionych w głębi wieków cywilizacji, począwszy od fantastycznej Atlantydy i Hiperborei i stosunkowo świeżej - w sensie historycznym – cywilizacji antycznego Rzymu, starożytnej Grecji i starożytnego Egiptu. I jeżeli o przyczynach zniknięcia cywilizacji Hiperborei możemy sobie tylko gdybać, to z cywilizacjami Grecji i Rzymu wszystko jest dostatecznie zrozumiałe: przyszli barbarzyńcy (zazwyczaj oni pojawiali się z północy) i Greków, a i w dalszym ciągu także Rzymian, już nie stało. Osłabili się i jedni i drudzy pogrążając się w luksusie, próżności i rozpuście – szczególnie Rzymianie – i zapomnieli, że wrogowie nie śpią. Z Grekami było mniej-więcej tak samo.

A oto dawny Egipt (dokładniej jego zniknięcie jako cywilizacji) przez długi czas męczył historyków. Przecież faraonowie nie wpuszczali do siebie barbarzyńców, utrzymywali silną armię, budowali piramidy i gromadzili bogactwa. Oczywiście pogrążali się w luksusach, po cichu i tu trudno się spierać. Jedna Kleopatra ile była warta – mówi się, że na sam związek z Antoniuszem rozpuszczała perły w occie i używała tego dziwnego napitku każdego dnia. No i doszło do tego, że w czasie jej panowania Egipt z potężnego imperium zamienił się w prowincjonalne królestwo.


Nie wolno pić octu


To prawda, uczeni podejrzewali i dowiedli, że to wszystko były bzdury – odnośnie pereł. W słabo skoncentrowanym roztworze octu (czy czegoś takiego), który można wypić perła się nie rozpuści (to znaczy nie zareaguje z kwasem octowym), a to w czym się rozpuści wypić bez szkody dla zdrowia się nie da. Tak więc Kleopatra nie przepijała Egiptu, a zatem ta cywilizacja zgasła z innych przyczyn.
Ale z jakich? Co się stało z Egipcjanami? Dlaczego oni – pozostawiwszy nam poza piramidami - tysiące artefaktów świadczących o wysokim rozwoju swej cywilizacji, tak naraz, w jednym momencie odeszli w niebyt???

I teraz właśnie nie tak dawno, uczeni-egiptolodzy znaleźli odpowiedź na to tak żywotne pytanie. Okazuje się, że Egipcjan wcale nie zgubił luksus, nie słabości, nie rozwiązłość niewiast, nie przybyłe skądinąd dzikie plemiona. Egipcjan zgubiła… Natura.


Ofiara EGO


Wszyscy wiedzą, że antyczny Egipt istniał dzięki Nilowi. Ta wielka rzeka, każdego roku wylewała i zatapiała wielkie obszary nanosząc na nie żyzny muł, który był podstawą bogatego egipskiego rolnictwa. Kiedy wody Nilu opadały, wtedy egipscy chłopi zasiewali wolne od wody obszary i kilka razy w roku zbierali oni szczodre plony.

Ale jak raz, w czasie panowania Kleopatry, poziom wody w Nilu znacząco opadł. W ciągu kilku lat te żyzne gleby zniszczyła posucha. Kilka lat pod rząd kraina pozostawała bez plonów.

Ale gdzie podziała się woda z Nilu? Uczeni znaleźli odpowiedź i na to pytanie. Okazało się, że winę ponosi nie Kleopatra, ale EGO – globalne ocieplenie, spowodowane erupcjami wulkanicznymi w kilku miejscach planety. Taka, tak – to samo EGO, którym straszą nas współcześni uczeni jak widać zdążyło zniszczyć co najmniej jedną dawną cywilizację. Wiszący w powietrzu popiół (tefra) spowodował znaczące zmniejszenie się ilości deszczów monsunowych, które wypełniały wodą Nil. Nie było deszczów – nie było wylewów rzeki. Nie było wylewów – nie było zbiorów. W czasie kilku lat nieurodzaju w kraju nastąpił głód, a gdzie głód tam wszechobecne zubożenie. I tak znikł starożytny Egipt.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 46/2017, s.3.
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    

środa, 24 stycznia 2018

Otchłań Rowu Mariańskiego

Batyskaf DSV Trieste

Na najwyższym szczycie Ziemi ludzie byli dziesiątki razy. Ale w najgłębszym miejscu dwa razy. Niewiele wiemy o tym tajemniczym miejscu – mówi się nawet, że więcej wiemy o powierzchni Marsa.

Mój kalendarz – 58 lat temu 23 stycznia 1960 roku –załoga amerykańskiego batyskafu DSV Trieste osiągnęła jako pierwsza dno Rowu Mariańskiego. Na pokładzie znajdowali się sierżant marynarki wojennej USA Don Walsh i Jacques Piccard. Osiągnęli głębokość 10.916 m. Walsh i Piccard byli zaskoczeni widokiem ryb: o długości około 30 cm, jak również krewetek występujących do głębokości 9000 m.

Rów Mariański to najgłębszy rów oceaniczny na Ziemi, położony w zachodniej części Oceanu Spokojnego, na południowy wschód od Marianów. Ciągnie się łukiem o długości blisko 2000 km. Jest miejscem, gdzie ścierają się dwie płyty: Pacyficzna i Filipińska. Według ostatnich pomiarów głębokość rowu wynosi 10.994 m w najgłębszym miejscu.




Pierwsze prymitywne pomiary głębokości oceanu w tym miejscu były dokonane przez okrętu HMS Challenger (grudzień 1872 – maj 1876). W 1951 roku, około 75 lat po odkryciu, cały Rów Mariański był ponownie zbadany przez okręt Royal Navy o nazwie HMS ChallengerII. W przeciwieństwie do poprzedniego badania, głębokość dna została zmierzona przy użyciu echosondy. Pomiar wykazał wartość 10.900 metrów.

Przez ponad 50 lat DSV Trieste był jedyną jednostką załogową, która osiągnęła najgłębsze miejsce na Ziemi. Pierwszego zanurzenia jednostki załogowej od 50 lat przy użyciu jednoosobowego batyskafu DSV Deepsea Challenger na głębokość 10.898 metrów dokonał 26 marca 2012 kanadyjski reżyser i oceanograf James Cameron. Na dnie rowu zbierał materiały do filmu dokumentalnego.


Ostatnia wyprawa do Rowu Mariańskiego pozwoliła odkryć wiele niezwykłych stworzeń. Dzięki kamerze zamontowanej na podwodnym urządzeniu, okazało się, że na dnie morskim , niekoniecznie najgłębiej żyje wiele niesamowitych zwierząt. Po raz pierwszy udało się też nagrać krewetkę żerującą na tak dużej głębokości. Podwodny sprzęt zarejestrował wiele niezwykłych zwierząt o przerażających kształtach....



Jeden z badaczy, gdy zauważył zwierzę z gatunku jelitodysznych z głową w kształcie żołędzia, stwierdził, że jest to "najbardziej zwariowana rzecz, jaką widział". Kolejne gatunki budziły coraz większy zachwyt biologów... Naukowcy biorący udział w misji badawczej Rowu Mariańskiego , odnaleźli także wrak ciężkiego bombowca Boeing B-29, pochodzący z czasów II Wojny Światowej.



Opracował – Stanisław Bednarz

wtorek, 23 stycznia 2018

Morskie potwory znalezione na brzegach



Wszechocean to najbardziej zagadkowe miejsce na naszej planecie. Pokrywa on 70% powierzchni Ziemi i ogromne jego przestrzenie nie są w pełni zbadane. Prawdę powiedziawszy, została zbadana jego mała część – wszystkiego jakieś 5%. Nie ma się zatem co dziwić temu, że wyrzuca on na brzegi ze swych głębin stworzenia nie podobne do żadnych nam znanych. Potwory często obrastają plotkami i domysłami, chociaż zawsze jest jakieś logiczne, naukowe wyjaśnienie. I teraz spróbujemy znaleźć wyjaśnienie co do niektórych potworów, które morze wyrzuciło na brzeg.



1.      Wielkogębowy rekin

W styczniu 2002 roku, filipińscy rybacy zostali przestraszeni, kiedy znaleźli niezwykłe stworzenie długie na 4 m na brzegu oceanu. Dziwne stworzenie okazało się być rekinem wielko gębowym – Megachasma pelagios – głębokowodnym, długo żyjącym nawet do 100 lat, ale bardzo rzadko spotykanym. Gatunek ten został odkryty dopiero w 1974 roku, kiedy jeden taki rekin zaczepił się o kotwicę okrętu wojennego na Hawajach. Do sierpnia 2015 roku znaleziono łącznie 102 osobniki tego gatunku, z których nieliczne zdołano naukowo przebadać. O anatomii, zachowaniu i rozmnażaniu tego rekina wiadomo bardzo niewiele. Ogólnie rzecz biorąc, jest to zagadkowy potwór z morskich głębin.



2.     Wielorybie bliźnięta syjamskie

W styczniu 2015 roku, meksykańscy rybacy zetknęli się z niewidzianym nigdy fenomenem. Znaleźli oni w pacyficznych przybrzeżnych wodach Meksyku dwa martwe wieloryby z gatunku pływacz albo wal szary – Eschrichitus robustus – połączone w jeden organizm. Te wielorybie syjamskie bliźniaki miały dwie głowy, dwa ogony, a połączone były w rejonie brzucha. Niestety, znaleziono je już martwe. Sądząc wedle rozmiarów, samica nie donosiła ich i wielorybki urodziły się za wcześnie.

[Tak nawiasem mówiąc, to być może coś takiego stanowi mutację poradiacyjną powstałą wskutek napromieniowania po katastrofie w Daiichi-Fukushima 1 EJ. Wieloryby te występują tylko przy północnych brzegach Pacyfiku, a zatem na akwenach szczególnie skażonych przez uszkodzone reaktory tejże elektrowni – uwaga tłum.]



3.     Opancerzony morski Robin

Rybacy z Australii znaleźli na brzegu niezwykłą rybę, która miała łapy i pancerz. Morscy biolodzy zrazu stwierdzili, że była to ryba-zagadka – opancerzony morski Robin – Bellator brachychir.  Wiadomo także, że ten opancerzony morski bellator zalicza się do rzadkich gatunków ryb, zamieszkujących tylko głębokie tropikalne wody i bardzo rzadko pokazujących się powyżej 200 m głębokości. W odróżnieniu od innych ryb ma on nogi, które ryba ta wykorzystuje do przemieszczania się po dnie oceanu.



4.     Potwór z Sachalinu

Te zwłoki niepojętego potwora morskiego dwakroć dłuższego od wzrostu człowieka morze wyrzuciło na brzeg w czerwcu 2015 roku, na północy wyspy Sachalin, w rejonie miasta Szachtiersk. Morda z dziobem, dziwna sierść na ogonie, może to jakiś dinozaur. Uczeni z Sachalińskiego Instytutu Gospodarki Rybnej i Oceanografii szybko rozpoznali potwora. Okazało się, że był to dziobogłowiec północny – Berardius bairdii – duży przedstawiciel waleniowatych. Zamieszkują one Morze Ochockie i Japońskie. Jest to doskonale znany ssak morski, a jego sierść to były tylko wodorosty.



5.     Potwór z East River

Zwłoki nieznanego zwierzęcia zostały znalezione w lipcu 2012 roku na brzegu East River pod Brooklyńskim Mostem. Określić gatunku tego stworzenia nie był w stanie żaden zoolog, a trupa szybko zabrała i zutylizowała nowojorska służba oczyszczania miasta. pozostają nam tylko domysły, co to za Chupacabrę wyrzuciła rzeka.

[Osobiście mnie to stworzenie kojarzy się z Diabłem z Devonshire, który narobił tam tyle paniki w połowie XIX wieku. Szkoda, że nie przebadano dokładnie zwłok tej istoty – być może byśmy definitywnie wyjaśnili wreszcie tą zagadkę, która męczy zoologów i łowców sensacji od 1855 roku! – uwaga tłum.]



6.    Niebieski smok

Szokujący swym wyglądem morski ślimak niebieski smok - Glaucus atlanticus został znaleziony na brzegach Australii, w listopadzie 2012 roku. Zazwyczaj mięczaki tego gatunku nie zamieszkują w pobliżu brzegów, ale ten najwidoczniej zapędził się za daleko za swoim pożywieniem. Kapią się one z niektórymi gatunkami meduz, przy czym są niewrażliwe na ich jadowite komórki parzydełkowe – i na odwrót – one je zjadają. I co więcej – zostawiają dla siebie komórki parzydełkowa te, które służą im do obrony. Niebieskie smoki są jadowite i boleśnie żądlą, tak że nie należy ich brać do rąk, ale za to są piękne.



7.     Potwór z Macquarie Lake

Dziwna, przerażająca ryba-wielorybia została znaleziona w marcu 2016 roku na brzegu spokojnego jeziora Macquarie Lake w Nowej Południowej Walii (Australia). Jej zdjęcie ukazało się w Internecie. Zaczęła się tam burzliwa dyskusja nad tym, co to za dziwna krzyżówka krokodyla z delfinem? Jednakże nie ma tu żadnej zagadki. Jest to zwyczajny murenoszczuk indochiński – Muraenesox cinereus. Tylko że nie wiadomo, jak on znalazł się w australijskim jeziorze, wszak jego miejsce zamieszkiwania są tropikalne i subtropikalne akweny Oceanu Spokojnego i Indyjskiego. Można je spotkać u brzegów Australii, ale na dużych głębokościach. Ryba ta może dorastać do 2,5 m długości.



8.    Wstęgor królewski

W 2013 roku na kalifornijską plażę morze wyrzuciło nie jedną, ale dwie wielkie ryby z gatunku wstęgor królewski – Regalecus glesne. Ludzie się zaniepokoili, czy nie jest to czasami oznaka nadchodzącego trzęsienia ziemi? Przecież te morskie stworzenia są głębokowodne i zamieszkują one wody poniżej 900 m głębokości. Oto właśnie dlatego ludzie rzadko je widują. Jedna z tych wyrzuconych na brzeg ryb mierzyła 5,5 m długości i potrzeba było 15 ludzi, by ją podnieść z piasku plaży. Biolodzy morscy twierdzą, że te morskie giganty, które nie są najlepszymi pływakami, mogą być przywleczone do brzegów przez silne prądy morskie. One zgubiły się i nie mogły wyjść z niosącego je prądu, by wrócić z powrotem w głębiny morza. A wstęgorem królewskim tą rybę nazwano z dwóch przyczyn – a mianowicie: spotykano ją często w ławicach śledzi i na jej głowie znajduje się coś jakby korona, utworzona przez pierwsze promienie płetwy grzbietowej.



9.    Potwór z Folly Beach

Na amerykańskiej plaży w Folly Beach, SC, w 2012 roku morze wyrzuciło niezwykłego morskiego potwora o gigantycznych rozmiarach i z masywnymi kostnymi płytkami po bokach, jak u dinozaurów. Ludzie zaczęli zastanawiać się, co to być mogło. A prawda była taka: to nie był żaden potwór, a zwyczajny duży atlantycki jesiotr – Acipenser oxyrinchus, który nabrał tak niezwykłej barwy podgrzawszy się na spiekocie słonecznej. Właśnie dlatego ten jesiotr stał się tak podobny do jakiegoś potwora. Wywodzi on swój rodowód od osobników, które żyły miliony lat temu i może dorastać do 5 m długości i osiągać 250 kg wagi.



10.Panamski potwór

Stworzenie z Panamy, które nazywają także „panamskim potworem”, „potworem z niebieskiego potoku” albo „postrachem z niebieskich wzgórz” zostało znalezione i zabite przez panamskich podrostków we wrześniu 2009 roku. Znalezione zostało na brzegu rzeki. Według opowiadania świadków, złapało ono jednego z nich w wodzie za nogę, poczym oni się przestraszyli i zatłukli je kamieniami. Zdjęcie pokazała miejscowa stacja TV i historia miała szeroki rozgłos. Hipotez było wiele: a to, że to jakiś Kosmita; a to, że to jakiś leniwiec. Uczeni przeprowadzili autopsję zwłok i oświadczyli, że było to ciało samca leniwca, który wskutek podwodnego rozkładu stracił owłosienie...



11.   Potwór z plaży Bonvil Beach

W marcu 2016 roku, na plaży Bonvil Beach miasta Acapulco w Meksyku znaleziono 4-metrowego potwora. Nieznae martwe zwierzę nie było do czegoś podobne i nawet uczeni wedle jego wyglądu nie byli w stanie zidentyfikować jego gatunku. Stworzenie to zostało wyrzucone na brzeg przez silny prąd, potem trochę poleżało na słońcu i padło. Istnieje przypuszczenie, że jest to gigantyczny zmutowany kalmar albo ośmiornica.

[Jeżeli jest to prawda, to byłby to kolejny radiogenny mutant powstały z napromieniowanego materiału genetycznego kalmara czy ośmiornicy po katastrofie w Daiichi-Fukushima 1 EJ, albo wskutek ulotu do środowiska oceanicznego radioaktywnych substancji po amerykańskich i francuskich testach nuklearnych na rajskich atolach Pacyfiku – uwaga tłum.]



12. Mutant z Japonii

W Japonii na brzegu oceanu spacerujący po plaży ludzie znaleźli dziwne, martwe stworzenie, bardzo podobne do węża, ale mające wąsy jak sum i pyskiem przypominającym smoka. Na miejsc e przybyli od razu japońscy eksperci i profesorowie. Stworzenie mierzyło ok. 10 m długości. Do tego wydarzenia, oni nic o nim nie wiedzieli. Być może, że ten potwór jest mutantem, który pojawił się w rezultacie zmian klimatycznych i zanieczyszczenia środowiska. Uczeni będą dalej badać tego stwora w warunkach laboratoryjnych.

[Osobiście też jestem tego samego zdania, zważywszy skażenia wód Pacyfiku odpadami chemicznymi, ściekami przemysłowymi, radioaktywnymi substancjami i nade wszystko toksycznymi plastykami, które na pewno mają wpływ na zamieszkujące tam zwierzęta i rośliny – uwaga tłum.]

Tak jak stan środowiska naszej planety się pogarsza, to my jeszcze niejeden raz usłyszymy o jakichś strasznych potworach, które będą znajdować w wielu zakątkach naszej planety, a uczeni będą wyjaśniać, do jakiego gatunku one należą.


Opinie z KKK


Życie nie zna granic, zawsze wszędzie da sobie radę z nami czy bez nas, wymaga to czasu i wielu prób ewolucyjnych, te potwory to pewnie takie próby w poszukiwaniu doskonałości, nie zawsze udane. A może to po prostu błędy genetyczne, które właśnie pchają życie do przodu??? (K A ZE K)

Życie zawsze znajdzie sposób. Być może w głębinach znajdują się takie formy życia, które nie istnieją na Ziemi od miliardów lat? Coś jak Świat Zaginiony tylko pod kilometrami wody, w niskiej temperaturze i bez dopływu światła. Takie istoty znamy z miejsc koło kominów hydrotermalnych, a co jest na reszcie dna oceanu poza bułami polimetalicznymi??? (Daniel Laskowski)



Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Świetlista kula nad Syberią



Will Stewart & Shivali Best


„Daily Mail”, 27.X.2017 r. – Ogromna świetlista kula była widziana nad północną Syberią po tym jak paliwo z czterech rosyjskich rakiet wypróbowywanych w nocy, stworzyło iluzoryczne zjawisko na niebie – ale miejscowi sądzili, że to było UFO. Rosyjskie media sugerowały dwie możliwości: zorza polarna albo rosyjskie próby rakietowe. Najbardziej przypomina to ślady rakiet, które rosyjscy wojskowi wystrzelili w tym czasie. Podobne światło było widoczne nad Norwegią w grudniu 2009 roku, co było spowodowane przez zepsuty pocisk rakietowy. Ten dziwny spiralny ślad na niebie powstał dzięki odbiciu promieni słonecznych od wyciekającego paliwa rakietowego.[1]

W Rosji runęła lawina doniesień o obserwacji gigantycznego UFO na niebie wraz ze spektakularnymi zdjęciami ogromnej świetlistej kuli iluminującej niebo nad Pn. Syberią.

Media społecznościowe przeżyły erupcję wpisów w rodzaju „obcy przybywają”, a mieszkańcy odległych punktów kraju opowiadali o „dreszczach przebiegających przez plecy”.





Kiedy źródło światła nie było jeszcze potwierdzone, niektórzy sugerowali, że są to ślady po czterech rakietach wystrzelonych przez rosyjskich wojskowych , które spowodowały takie dziwne zjawisko na niebie.

Podobne widowisko miało miejsce w Norwegii, w grudniu 2009 roku, które zostało spowodowane przez zdefektowany pocisk rakietowy.[2] W czasie tego incydentu, spektakularna spirala została utworzona przez wyciekające paliwo oświetlone przez słońce. 

Wasilij Zubkow napisał: Wyszedłem na dwór by zapalić papierosa i pomyślałem, że to już koniec świata.

Nadzwyczajne sceny zostały utrwalone przez znanego syberyjskiego fotografa Siergiej Anisimow w mieście Salechard (N 66°32’ – E 066°38’) które znajduje się na Północnym Kręgu Polarnym.
- Stałem zaskoczony przez parę minut, nie rozumiejąc co się dzieje – powiedział on. – Rosnąca kula rosła za drzewami i zmierzała w moim kierunku. Moją pierwszą myślą było to, że jest to jakiś silny reflektor, ale prędkość zmian zmusiła mnie do zmiany poglądu. Cała kula zaczęła się zamieniać w łuk i stopniowo znikła. Potem pokaz wielokolorowych świateł się skończył poszedłem do domu i spotkałem miejscowe 5-letnie dzieci na podwórku coś gaworzące o „obcych” i „portalu do innego wymiaru” – opowiadał.

Jakieś 520 mi/832 km dalej na wschód[3] inny fotograf Aleksiej Jakowlew przyznaje, że się wystraszył jak obserwował spektakl UFO w Strieżewoj (N 60°44’ – E 077°35’), na północy Tomskiego Regionu – donosił „The Siberian Times”.
- W pierwszym momencie sądziłem, że to jest jakaś radiacja o niezwykłej formie, okrągła w swym kształcie. Ale stopniowo kula zaczęła się rozszerzać, i stało się jasne, że to nie jest jakiś zwyczajny blask i mnie to przeraziło. Dobrze, że wtedy nie byłem sam… wszak grupa ludzi nie może przeżyć jednakowej halucynacji.

W socjalnych mediach Anastazja Bołdyrewa napisała wprost – Obcy nadchodzą

Było tam także wiele podobnych wpisów. Nurgazij Taabałdiew twierdzi: To jest dziura w continuum czasoprzestrzennym.


Póki źródło tego światła nie było potwierdzone, nie wszyscy jak widać byli przekonani o tym, że był to rosyjski test rakietowy. Niektórzy lokalni specjaliści orzekli, że była to zorza polarna.

Ale wspólną teorią jest to, że rosyjski przywódca Władimir Putin wybrał ten moment do postraszenia Zachodu poprzez wielkie ćwiczenia wojskowe swoich strategicznych sił nuklearnych. Putin osobiście nadzorował wystrzelenie czterech ICBM mogących przenosić głowice jądrowe, jako część ćwiczeń rosyjskich sił rakietowo-jądrowych – oświadczył Kreml w piątek, co przekazała agencja Interfax.

- Próbne odpalenia ICBM – kontynuowane ostatniej nocy – dotyczyły także lądowych, powietrznych i podwodnych wyrzutni rakietowych – oświadczył rosyjski minister obrony w osobnym oświadczeniu.

Minister powiedział, że ICBM Topol-M został wystrzelony z kosmodromu w Pliesiecku (N 62°55’ – E 040°34’) w północnej Rosji i trafiły w cel na poligonie Kura na Kamczatce (N 57°20’ – E 161°50’), tysiące kilometrów dalej. I to był jeden ze śladów tych rakiet mogących przenosić głowice nuklearne, która spowodowała takie niezwykłe zjawisko na nocnym niebie – stwierdziły rosyjskie media.





Jak stwierdził pan Jakowlew – Wygląda na to, że widziałem przypadkiem  odpalenie tajnej rakiety kosmicznej z Pliesiecka.

Nigel Watson – autor z UFO Manual – powiedział do MailOnline:
- To wyglądało zdumiewająco i nie ma się co dziwić, że świadkowie myśleli o Obcych czy otwartym portalu do innego wymiaru. Te fantastyczne przypuszczenia zostały utrącone przez prozaiczne wyjaśnienie iż te dziwne zjawisko zostało spowodowane testem ICBM. Wydaje się być to ubogim wyjaśnieniem tak spektakularnego fenomenu, ale inna rakiety też pokazały takie widowiskowe spektakle. Szczególnie w grudniu 2009 roku, dziwne spiralne światło widziano nad Norwegią, a spowodowane to było testem zdefektowanej rosyjskiej rakiety. one nie mogły być spowodowane przez Obcych, ale my możemy podziwiać ich piękno nawet jeżeli było ono wywołane przez broń masowej zagłady.

Podobne świetliste zjawisko na niebie Norwegii w grudniu 2009 roku było spowodowane przez uszkodzony rosyjski ICBM.

Mówiąc do „Barents Observer” w tym czasie, dr Truls Lynne-Hansen – naukowiec z Obserwatorium Geofizycznego w Tromsø – powiedział:
- Ten pocisk najprawdopodobniej wyrwał się spod kontroli i eksplodował. Ta widowiskowa spirala powstała wskutek odbicia się światła słonecznego od wyciekającego paliwa.     


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[2] Podobne spirale widziano także nad kilkoma innymi krajami, m.in. Chinami i Australią.
[3] Dokładniej na południe południowy-wschód od Salechardu.

niedziela, 21 stycznia 2018

„Titanic” Bałtyku

MF Estonia

Konstantin Isakow


Minęło ponad sto lat od tych dni, w których Ludzkość była wstrząśnięta tragedią RMS Titanic, który zabrał ze sobą w czterokilometrową głębinę Atlantyku ponad 1500 ludzi. Od tego już wydarzenia wiele się zmieniło w żegludze i organizacji ratownictwa na wodzie. Wydawałoby się, że powtórzenie się takiej tragedii w ostatnie dziesięciolecie XX wieku jest niemożliwe. Ale niestety to nie tak, przez ostatnie lata wiele statków stało się łupem Wszechoceanu…


Czarne dni Tallinna


Ta straszna katastrofa morska wydarzyła się w nocy 27/28.IX.1994 roku. Ona stała się ostatnią tragedią i ostatnią tajemnicą morską mijającego tysiąclecia. Zagadką nierozwiązaną do dnia dzisiejszego. W dniu 27.IX.1994 roku, o godzinie 19:15 EET/17:15 GMT, z portu w Tallinnie wyszedł rorowiec MF Estonia. Na jego burcie zaembarkowało się 989 pasażerów i członków załogi. Prom płynął w rutynowy rejs na trasie Tallinn – Sztokholm. Pogoda tego dnia była nieciekawa – na morzu był sztorm, ale to nie wywołało żadnego zaniepokojenia, ani u załogantów ani pasażerów promu a także u odprowadzających ich członków rodzin na tak krótki rejs. Dla statku wielkości Estonii nie przedstawiało to żadnego zagrożenia. Prom został wybudowany w Niemczech, w 1980 roku dla kompanii żeglugowej Viking Line. Kilkakrotnie zmieniał właściciela, w 1993 roku statek przeszedł na służbę do estońsko-szwedzkiej kompanii i nadano mu imię Estonia i obsługiwał linię pomiędzy Tallinnem a Sztokholmem. Był to bardzo solidny statek, przy wyporności 16.000 ton i miał długość 157 m, a szerokość 24 m, napędzany był przez 4 potężne silniki rozpędzały prom do prędkości 21 kts/~40 km/h. W szczycie sezonu zabierał on na pokład 1200 pasażerów. Przez rok eksploatacji nie było żadnych kłopotów technicznych z promem. I do tego czasu wszystko szło normalnym torem. O godzinie 23-ej statek przebył odległość 200 mn/360 km. Sztorm się nasilił, zaczęło się kołysanie, które jednak nie wywołało jakichś niebezpiecznych sytuacji. Pasażerowi spokojnie poszli stać. Ale już o godzinie 01:30 EET Estonia przesłała sygnał o niebezpieczeństwie, a potem znikła z ekranów radarów. Ranne programy estońskich stacji TV wprowadziły kraj w szok: prom Estonia zatonął i spowodowało to wiele ofiar, wielu członków rodzin i mieszkańców stolicy wstrząśniętych tragedią przyszli na przystań, z której odpłynęła Estonia w swój ostatni rejs. Ludzie stali i milcząco patrzyli na morze jakby w nadziei, że wróci ono statek i ludzi.

Akwen na którym zatonęła MF Estonia

A tak wg Wikipedii wyglądała rozmowa pomiędzy Estonią a statkami idącymi jej na pomoc:
·        Godzina 01:22 – Problemy z silnikiem
·        1:21:59 – MS Estonia: Mayday Mayday, Estonia odbiór.
·        1:22:19 – MS Mariella: Estonia, Estonia, Mariella zgłaszam się.
·        1:23:13 – MS Estonia: Estonia, Estonia, Silja Europa, Estonia.
·        1:23:22 – MS Silja Europa: Estonia, tutaj Silja Europa na kanale 16.[1]
·        1:23:29 – MS Estonia: Silja Europa.
·        1:23:37 – MS Silja Europa: Estonia, tutaj Silja Europa na kanale 16.
·        1:23:57 – MS Estonia: Silja Europa, Viking, Estonia.
·        1:24:00 – MS Mariella: Estonia, Estonia.
·        1:24:01 – MS Estonia: Mayday Mayday.
·        1:24:07 – MS Estonia: Silja Europa, Estonia.
·        1:24:10 – MS Silja Europa: Estonia, Silja Europa, Czy nadajesz Mayday? Estonia, Co się dzieje? Możesz odpowiedzieć?
·        1:24:33 – MS Estonia: Tutaj Estonia, Kto mówi? Silja Europa, Estonia.
·        1:24:41 – MS Silja Europa: Tak, Estonia, tutaj Silja Europa.
·        1:24:45 – MS Estonia: Dzień dobry. Mówisz po fińsku?
·        1:24:46 – MS Silja Europa: Tak, mówię po fińsku
·        1:24:47 – MS Estonia: Tak, mamy tu właśnie problem, duży przechył na prawą stronę. Wydaje mi się, że to jest dwadzieścia, trzydzieści stopni. Czy moglibyście nam asystować i poprosić też Viking Line o asystę?
·        1:25:00 – MS Silja Europa: Tak, Viking Line jest dokładnie za nami i dostanie informacje. Możesz podać swoją pozycję?
·        1:25:06 – MS Estonia: Mamy black out [brak prądu], nie możemy jej podać teraz... Nie znam jej.
·        1:25:14 – MS Silja Europa: Ok, zrozumiano, będziemy odmierzać.
·        1:25 – Wyłączył się generator prądu. Przechył wynosi około 10-15 stopni. Włączył się generator awaryjny.
·        1:25:26 – MS Mariella: Silja Europa, Mariella.
·        1:25:29 – MS Silja Europa: Tak, Europa tutaj, Mariella...Tutaj Europa na 16.
·        1:25:36 – MS Mariella: Czy określiliście ich pozycję, czy to oni są na naszej bakburcie?
·        1:25:41 – MS Silja Europa: Nie, nie dostałem od nich pozycji, ale muszą być gdzieś w pobliżu, mają 20-30 przechyłu oraz black out.
·        1:25:52 – MS Mariella: Wydaje mi się, że oni są 45 stopni od naszej bakburty.


Koszmar na nocnym morzu


Z nadanego przez Estonię sygnału alarmowego wynikało, że na promie panuje sytuacja alarmowa, załoga budzi pasażerów wyciem syreny, a do miejsca katastrofy zmierzało kilka będących na tym akwenie promów. Podpłynąwszy  bliżej ujrzeli straszny obraz: na falach wzburzonego zimnego morza, z trudem utrzymywali się na tratewka półnadzy, przestraszeni i wychłodzeni ludzie. Tylko kilkunastu udało się podnieść z wody.

Około godziny 03:00 przyleciały ratownicze helikoptery z Finlandii i Szwecji, które zaczęły podnosić z wody tych, którym nie mogły pomóc załogi promów. Dla wielu z nich pomoc przyszła za późno – nawet wyjęcie z wody nie pomagało – ludzie umierali z wychłodzenia na pokładach statków i helikopterów, które ich podjęły z wody. W dniu 28 września, o godzinie 9-tej rano z wody wyciągnięto ostatnich uratowanych. Wszystkiego udało się uratować 137 osób, 95 osób oficjalnie uznano za zmarłe, zaś 757 osób uznano za zaginione bez wieści. Katastrofa Estonii okazała się być największą katastrofą morską w Europie po II Wojnie Światowej.[2]


Przyczyny jawne i niejawne


Oficjalna komisja śledcza złożona z przedstawicieli Finlandii, Szwecji i Estonii doszła do wniosku, że bezpośrednią przyczyną katastrofy stała się dziobowa furta – nadwodna część promu służąca do przyjmowania na pokład promu samochodów.

W warunkach silnego sztormu i przy dużej prędkości statku, furta nie wytrzymała uderzeń napotykanych fal, które ją po prostu wyrwały zalewając cardeck promu. Potem woda zalała ładownię, co od razu wywołało duży przechył na prawą burtę. Kiedy załoga zrozumiała, co się dzieje to było już za późno – statek położył się na burcie i w ciągu kilku minut poszedł na dno. MF Estonia zatonęła w czasie zaledwie pół godziny. Kiedy dowiedziano się o wnioskach komisji na wszystkich promach o podobnej konstrukcji zaczęto robić badania dziobowych furt wjazdowych. Niemieccy stoczniowcy, którzy zbudowali ten statek, nie zgodzili się z tymi wnioskami. Przedstawili oni dokumenty, z których wynikało, że dziobowa furta Estonii była obliczona na o wiele większe siły, i że jej uszkodzenie mogło być spowodowane przez wybuch. Jednakże żadnych dowodów na wybuch na pokładzie Estonii nie było. I wtedy zaczęło się mówić o tajnych przyczynach katastrofy.

Dziobowa furta MF Estonia

Wszystkie one były związane z jakimś tajemniczym ładunkiem, który przewoziła Estonia.

Mówi się o tym, że tuż przed odbiciem promu, na jego pokład bez kontroli celnej wjechały dwie furgonetki. Czym one były załadowane, tego nie wiadomo. Zgodnie z jedną z nich, Estonię wykorzystywano do przemytu narkotyków. Być może w swym ostatnim rejsie prom wiózł kolejną partię, ale przemytnicy dowiedzieli się, że w Sztokholmie czeka na nich policja. I wtedy członkowie przemytniczej ekipy zdecydowali się na otwarcie furty dziobowej i wyrzucenie kontrabandy w morze. Zrobiwszy to, nie potrafili zamknąć furty dziobowej, wskutek czego prom zaczął nabierać wodę. Jednakże morscy eksperci nie wierzyli za bardzo w prawdziwość tej hipotezy uważając, że podobny krok w warunkach sztormowych byłby równy samobójstwu, a szwedzkie więzienie było na pewno lepsze, niż dno Bałtyku.[3]

Inna hipoteza mówi, że MF Estonia przewoziła broń, która wcześniej należała do Związku Radzieckiego. Taką możliwość solennie potwierdził naczelnik szwedzkich organów celnych przyznający, że w 1994 roku tamtejszy UC miał umowę ze szwedzką armią zgodnie z którą w sztokholmskim porcie nie kontrolowano samochodów z ładunkami elektroniki zakupionej u Armii Rosyjskiej i dostarczanej z Tallinna na pokładzie Estonii. Ale w 2005 roku, rząd szwedzki na zapytanie komisji wprost dowiódł tego, że w dniu katastrofy na pokładzie Estonii nie było żadnego wojskowego ładunku.

Zwolennicy „wojskowej” teorii rozpatrują dwie jej wersje, a mianowicie: jedni twierdzą, że na Estonii wywożono jakąś ekstra-tajną radziecką broń, do której wywiezienia na Zachód nie mogły dopuścić rosyjskie służby specjalne. To właśnie one zorganizowały dywersję. Drudzy twierdzą, że dywersja ta była dziełem tajnych służb Zachodu zagrożonych ujawnieniem ich tajnych operacji z wywożeniem tajnych broni z terytorium byłego ZSRR i które zdecydowały się, dosłownie i w przenośni, na utopienie całej sprawy w wodach Bałtyku.

Poza tym w obiegu znajduje się także hipoteza o tym, że na promie przewożono materiały radioaktywne, być może także komponenty broni jądrowej.[4]

Ale ta hipoteza – jaką by ona fantastyczną nie była – ma swe potwierdzenie, a mianowicie zatopiony statek został przykryty betonowym sarkofagiem podobnym do tego w Czarnobylskiej EJ, a wody wokół niego ogłoszono strefą zamkniętą.

Na uwagę zasługuje taż fakt, że władze trzech krajów bałtyckich kategorycznie odstąpiły od podniesienia wraka promu, chociaż leży on na głębokości tylko 83 m, a np. SSGN K-141 Kursk został podniesiony z głębokości 150 m!

W 1995 roku został zawarty układ przez zainteresowane państwa – w rym Rosję – zakazujący przeprowadzania jakichkolwiek prac przy wraku Estonii. Do układu tego należy także Wielka Brytania. Tłumaczy się to utworzeniem podwodnego cmentarza ofiar katastrofy i nie naruszaniem ich spokoju, ale wielu uważa, że wokół Estonii istnieje międzynarodowa zmowa milczenia w celu zachowania w tajemnicy prawdziwych przyczyn katastrofy. Interesujące jest także i to, że kilku załogantów, w tym pomocnika kapitana, uwidocznionych w listach uratowanych później zagadkowo zniknęło tak z list jak i z kraju.

Na początku 2009 roku, rząd Estonii rozwiązał komisję śledczą już po opublikowaniu jej czwartego oświadczenia, której wywody były następujące: najbardziej wiarygodną przyczyną zatonięcia promu były jego wady konstrukcyjne i trudne warunki pogodowe. Na tym oficjalne dochodzenie przyczyn katastrofy zamknięto definitywnie i oponenci nie otrzymają odpowiedzi na dręczące ich pytania. Przynajmniej nie na oficjalnej drodze…


Opinie z KKK



Z mapy pogody na ten dzień wynika, że nie było tam wesoło… Potężny sztorm, wiatr i fala. Nie takie statki szły na dno w takich warunkach.(Hades)


Zauważcie, jak bardzo losy „Estonii” przypominają losy „Jana Heweliusza”. W obu przypadkach na Bałtyku szalał sztorm, w obu przypadkach zginęło wielu ludzi nieprzygotowanych do opuszczenia statku i w obu przypadkach pojawiły się teorie spiskowe na temat ładunków przez nie przewożonych, oczywiście związanych ze spec-służbami Rosji i innych krajów. Obawiam się, że są one tyle warte, co papier na którym te brednie napisano, ale publika chce wierzyć w ten bełkot. Gdyby tam naprawdę był trefny ładunek, to by go szybko wydobyto, już to ze względu na bezpieczeństwo (radioaktywne skażenie wód Bałtyku u wybrzeży Finlandii) już to ze względu na politykę – Zachód dałby wiele za taką gratkę, by oczernić Rosjan w oczach świata. To jest oczywiste, a zatem powód jest inny i tylko pozostaje pytanie: jaki? (Arystokles)


Źródło – „Archiwy XX wieka”, nr 3/2017, ss. 46-47
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Jest to tzw. kanał ratowniczy UKF, na którym prowadzone są rozmowy dotyczące akcji ratunkowych na morzu.
[2] W czasie wojny na Bałtyku miały miejsce  następujące tragedie spowodowane działaniami wojennymi, a które pochłonęły: MV Goya – 6800 ofiar, MV General von Steuben – 4900, MV Cap Arcona - 4300 i MV Wilhelm Gustloff – 6600 oraz MV Thiebek – 2800 i MV Struma – 778. Statki te zostały zatopione przez Rosjan w trakcie hitlerowskiej operacji ewakuacyjnej (Operation Hannibal) ludności niemieckiej i więźniów obozów koncentracyjnych w Prusach Wschodnich i Pomorzu.
[3] Samo otwarcie furty dziobowej nie wystarczyło, by wypchnąć samochody z pokładu. Rorowce tego typu co Estonia mają jeszcze do opuszczenia dziobowy trap samochodowy, po którym pojazdy wjeżdżają i zjeżdżają z pokładu promu. Opuszczenie trapu na pełnym morzu w warunkach sztormowych byłoby równoznaczne z katastrofą. NB, podobną przygodę miał MF Wawel w grudniu 1981 roku, który uderzył dziobem w keję portu Ystad. Dzięki temu, że morze było bardzo spokojne, Wawel mógł wrócić do Świnoujścia. Prom miał uszkodzoną furtę dziobową i przy wyższej fali mógłby zostać zalany pokład samochodowy, ale nawet w takim przypadku wszelkie wejścia na pokłady były szczelnie zamknięte i woda zaburtowa nie byłaby w stanie przeniknąć do maszynowni promu.
[4] Hipoteza ta jest o tyle uzasadniona, że w czasach ZSRR promami linii Mukran (Sassnitz) – Kłajpeda wożono paliwo jądrowe dla enerdowskich elektrowni jądrowych i radioaktywne „popioły” po ich wykorzystaniu. Po ujawnieniu tego procederu przez Amerykanów ładunki te wożono specjalnymi pociągami poprzez terytorium Polski.