Powered By Blogger

niedziela, 20 lutego 2022

Zagadka zaginionej turystki

 

Miejsce zaginięcia Christy G.

 

Mirek Brát

 

Zimą i latem Karkonosze cieszą się dużą popularnością wśród turystów. Ale czy wizyta w naszych najwyższych górach może oznaczać tylko „podróż w jedną stronę”, na końcu której następuje tajemnicze zniknięcie człowieka? Niestety tak!

Prasa skomentowała tę sprawę jako Tajemnicę Stulecia. Oprócz naszych policjantów w poszukiwaniach wzięły również udział siły bezpieczeństwa z Polski i Niemiec. Jednak wszelkie próby wyjaśnienia tajemniczego zniknięcia nie powiodły się…

 

Nagranie z kamery

 

W 2016 roku niemiecka turystka Christa G. ze szczytu Czarnej Góry wróciła kolejką linową do Jańskich Łaźni. Była to rodzinna wycieczka z synem i wnukami. Reszta rodziny zdecydowała się zejść ze szczytu Czarnogóry pieszo, pani Christa G. wracała kolejką linową.

Turystyka niemiecka powróciła kolejką linową ze szczytu Czarnogóry. Wtedy nikt jej więcej nie zobaczył. Dopiero nagrania z kamer dostarczyły najnowszych świadectw.

 

Obszerne poszukiwania

 

Nastąpiły szeroko zakrojone poszukiwania, które de facto objęły całe Karkonosze. Oddział policji, przewodnicy z psami i helikopter z termowizją… Nie było śladu zaginięcia turystki. Co wydarzyło się w Karkonoszach lata temu?

Fantazja może działać na pełnych obrotach i szukać analogii w przypadku jednego zaginionego Czecha, którego szczątki pojawiły się w tej miejscowości dopiero po kilku latach.

W naszych najwyższych górach wciąż jest wiele trudno dostępnych miejsc na uboczu szlaków turystycznych.

Mówi się, że czaszka zaginionego została przyniesiona na grzbiet górski przez dzikie zwierzęta. Później odkryto resztę jego szczątków. Minęło całe osiem lat od zniknięcia mężczyzny i odkrycia dowodów jego śmierci.

Ślad obywatelki Niemiec Christa G. znika w 2016 roku w Janské Lázně.

Widok z Czarnej Góry na Janské Lázně

Epilog

 

W przypadku osoby zaginionej od dłuższego czasu pracujemy również z wersją śmierci, naturalną lub gwałtowną. Potwierdzenie zgonu mogłoby formalnie zakończyć poszukiwania zaginionej osoby, które w innym przypadku mogłyby trwać nawet dwadzieścia lat.

Po tym czasie poszukiwania zaginionej osoby są zakończone. W przypadku tajemniczego zniknięcia niemieckiej turystki Christy G. w Karkonoszach pozostało jeszcze czternaście lat…

 

Źródło - https://enigmaplus.cz/zahada-turistky-zmizele-v-krkonosich/?fbclid=IwAR1_TjzIzPbkV43gRL9RpThwmSr4lngTOV4kbwwtLDPjhQ16udM9LDCPKVI

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 19 lutego 2022

Duch sprzątaczki

 


Spartak S. Bildusznikow

 

Przeczytałem historię Jewgienija Mosołowa „Fantomy centrum biznesu” i przypomniało mi się podobne zdarzenie z mojego życia.

 

Nocna praca

 

W 1977 roku, po odbyciu służby wojskowej wstąpiłem na wydział przygotowawczy MGU – Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego – i przyjąłem pracę nocnego stróża w tymże uniwersytecie. Grafik służb był przyjazny dla studenta: cała noc od 20-tej do 8-mej rano. Pensja – 90 rubli na miesiąc + stypendium 40 rubli wystarczyło mi na wszystkie moje potrzeby...

Rankiem, po zmianie bez problemu zdążałem na zajęcia. Dyżury przypadały w różnych obiektach, z których najlepszym było Muzeum Nauk o Ziemi na 27. piętrze budynku MGU. Kiedy wszyscy wychodzili, można było zamknąć drzwi wejściowe i nawet pospać – tam znajdowały się miękkie, skórzane kanapy.

Ale zazwyczaj nie spałem wiele zajmując się czym innym.

 

Dziwne hałasy

 

Pewnego razu zastąpiłem stróża z Laboratorium Sztucznego Klimatu. Około godziny 9-tej wieczorem przyszła sprzątaczka i zdała mi klucze. Powiedziała, że poza nią nikogo nie było i że wszędzie zgasiła światła.

Zamknąwszy za nią wejściowe drzwi zasiadłem nad podręcznikami. Nikt mi nie przeszkadzał i nie zawracał głowy. Zajęty czytaniem początkowo nie zwróciłem uwagi na hałas dobiegający z drugiego piętra. Dokładnie słychać było kroki, plusk wody, szuranie szczotki – tak jakby ktoś tam mył podłogę. Poszedłem na drugie piętro – hałasy się skończyły. Masywne drzwi z szklanymi okienkami były zamknięte, światło zgaszone. Zrobiło mi się nieprzyjemnie i nie zdecydowałem się na otwarcie drzwi.

 

Pusty korytarz

 

Zszedłszy z powrotem znów zabrałem się za podręczniki. Po jakiejś godzinie hałasy zaczęły się znowu. Tym razem wziąłem trzonek od łopaty, która nie wiedzieć po co stała w laboratorium, pognałem na drugie piętro. Przezwyciężając strach otworzyłem drzwi i krzyknąłem:

- Kto tam?

Namacałem na ścianie włącznik zapaliłem światło i ujrzałem długi, pusty korytarz. Kiedy wypadło mi po raz drugi dyżurować w tym obiekcie, to opowiedziałem sprzątaczce o nocnych hałasach i zapytałem, jak długo ona tam pracuje.

Okazało się, że pracowała tam przez 15 lat pewna staruszka, która umarła miesiąc temu właśnie w tym budynku na atak serca. Na jej ciało natknął się nocny ochroniarz, który wszedł na 2. piętro, zaniepokojony jej długą nieobecnością. Jak widać widmo sprzątaczki nie dawał i mnie spokoju.

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii”, nr 39/2021, s. 24

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

czwartek, 17 lutego 2022

Kosmiczny dzieciak

 


Nikołaj Sotnikow

 

Wiedziałem to od zawsze, że Wiktor i Maria nie są moimi prawdziwymi rodzicami. Oni tego nie ukrywali. Ale ja od dzieciństwa ich kochałem i odnosiłem się do nich jak do rodziców.

 

Kule ogniste

 

Kiedy miałem 16 lat zapytałem ich:

- Kim są moi prawdziwi rodzice?

To było z czystej ciekawości. Chciałem wiedzieć, jak to się stało, że trafiłem do ich rodziny. Spodziewałem się usłyszeć historię o tym, jak mama się mnie wyrzekła na porodówce, czy moich prawdziwych rodziców-alkoholików pozbawiono praw rodzicielskich, albo oni zginęli, a potem usynowili mnie Wiktor i Maria. Ale to, co oni mnie opowiedzieli było co najmniej niewiarygodne.

W tym czasie Wiktor i Maria mieszkali w niewielkiej osadzie na Dalekim Wschodzie. Nie minął rok, jak oni się pobrali. Potem urodził się im Stiepa, którego uważałem za starszego brata.

Tego dnia w wiosce zaszło coś anomalnego. Ludzie kilkukrotnie widzieli na niebie ogniste kule - BOL.[1] One latały po nieboskłonie, zawisały na jakiś czas, a potem literalnie znikały odlatując z niewyobrażalnie wielką prędkością. W tamtych latach często pisano o UFO, dlatego nikt za bardzo się nie przejmował tym, że nad naszą osadą pojawiły się statki kosmiczne Obcych.

 

Wypalona polana

 

Następnej nocy mieszkańcy tych miejsc zaobserwowali jeszcze jedno zdumiewające zjawisko, a mianowicie – w oddali nad sopką[2] pojawiło się tajemnicze pełgające światło. To sprawiało wrażenie, jakby do rana świeciła tam zorza wieczorna. Oczywiście nikt w nocy nie chciał pójść tam, by zbadać sprawę. Rankiem, jak tylko zrobiło się jasno, poszło tam kilku śmiałków, wśród których był także mój przybrany ojciec.

Kiedy oni zaszli za sopkę i zeszli ku rzece to odkryli na jej brzegu wypaloną polanę. Niektórzy doszli do wniosku, że w nocy ktoś po prostu rozpalił tam ognisk, które wypaliło trawę dookoła. Jednakże większość mieszkańców naszej osady była przekonana, że to właśnie tam wylądowała któraś z tych tajemniczych latających kul, które w dzień latały na niebie. Ale najdziwniejsze było to, że nieopodal w krzakach chłopi znaleźli niemowlaka owiniętego w pieluchy. To byłem ja.

Ludzie nie wiedzieli, co zrobić z znalezionym dzieckiem. Oddać milicji a ta do domu dziecka? Tak więc Wiktor i Maria postanowili wziąć mnie do siebie – wszak mówią że, gdzie jest jedno dziecko, tam znajdzie się miejsce dla drugiego.

 

Czy jestem Przybyszem?

 

Tak też pozostaje zagadką, czy istnieje związek pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami? Być może, UFO nie ma z tym żadnego związku. Być może, że wtedy, nocą, sekretnie przy ognisku urodziła mnie jakaś kobieta, a kiedy było po wszystkim postanowiła pozbyć się niepotrzebnego dziecka i rzuciła mnie na pastwę losu w krzakach. Ale większość sądziła, że podrzucili mnie Przybysze z Kosmosu. Przez całe moje dzieciństwo, póki nie wyjechaliśmy stamtąd, nazywano mnie Kosmitą.

Tak czy inaczej, Obcy czy Ziemianin, niczego dziwnego w moim życiu się nie zdarzyło: Kosmici kontaktu nie szukają, głosów w mózgu nie słyszę i żyją jak zwyczajny człowiek.

 

Moje 3 grosze

 

W teorii działania wywiadu istnieje pojęcie „śpioch” albo „uśpiony agent”. To wywiadowca, który przebywa na wrogim terenie i w niczym nie różni się od otaczających go ludzi. Mieszka, pracuje, ma współmałżonka, dzieci – słowem normalne życie. Do czasu. Kiedy jest potrzebny, Centrala wywiadu uaktywnia „śpiocha”, który podejmuje określone czynności na rzecz wywiadu swojego państwa.

Tak też może być w przypadku pana Nikołaja Sotnikowa. Póki co prowadzi normalne życie, ale kiedy stanie się coś – o czym nie mamy pojęcia – uaktywni się. Sytuację tą przedstawili doskonale Strugaccy Bros. w powieści pt. „Żuk w mrowisku” (1979), którą Czytelnikom polecam. Może być progresorem przyspieszającym rozwój naszej cywilizacji, może być degresorem – rozwój ów hamującym. To dopiero okaże się in spe – w Przyszłości.

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii”, nr 39/2021, s.20

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    



[1] BOL z angielskiego Ball Of Light – kule świetlne.

[2] Stożkowata góra pochodzenia wulkanicznego.

środa, 16 lutego 2022

Mieszkanie nr 13

 


Aleksander Leżnin

 

Mieszkam w mieszkaniu nr 13. W nim od czasu do czasu dzieje się coś dziwnego. I tak np. mogą zaginąć jakieś rzeczy, które potem same z siebie się znajdują.

 

Modna koszula

 

Pewnego razu uprawiałem karate i zaginęła mi legitymacja sportowca. Przeszukałem wszystko, i nigdzie jej nie znalazłem. Potem zacząłem przekartkowywać książki na półce mając nadzieję, że zawieruszyła się gdzieś między kartkami. Ale też tam jej nie położyłem.

Innym razem długo szukałem mojej modnej koszuli ze skomplikowanym wzorem. Była mi bardzo droga, bawiłem się w niej w drugi dzień swego wesela. Koszula gdzieś znikła. Zapytałem o nią moją żonę. Moja małżonka nieco przed tym wydarzeniem wpadła w duchową traumę i stała się niezrównoważonym człowiekiem. Powiedziała mi, że ta koszula spowodowała u niej nieprzyjemne skojarzenia, podarła ją i wyrzuciła do zsypu na śmieci. Literalnie po godzinie otworzyłem antresolę i widzę – koszula leży tam cała i nie podarta. A przecież tam już patrzałem i jej tam nie było…

Moja żona wkrótce zmarła, ale dziwne wydarzenia w mieszkaniu wciąż trwały. Jeszcze w latach 80-tych przed naszym weselem, mój przyjaciel przesłał film fotograficzny z fotokopiami książki o bojowym dżudo. Zrobiłem z niego odbitki, ale potem film gdzieś znikł. Potem się ożeniłem i wyjechałem do innego rejonu. Fotokopie się uchowały w skrytce nad kuchennymi drzwiami. Teraz w epoce cyfrowej fotografii takie rzeczy są niepotrzebne i je wyrzuciłem. I oto na samym widoku, w tejże niszy, znajdowała się kaseta z tym zaginionym filmem!!!

 

Szklanka do połowy pełna

 

Pewnego razu obudziłem się czując zapach palonej gumy. Pomyślałem, że doszło do krótkiego spięcia. Obejrzałem wszystkie wtyczki i kontakty – były w porządku. Kiedy wyszedłem z domu, to zgasiłem światło w całym mieszkaniu, ale kiedy wróciłem – paliły się wszystkie lampy w sypialni.

Mam podwyższone ciśnienie. Przeczytałem w jednej książce medycznej o ciekawej metodzie leczenia. Należy pić zieloną herbatę bez cukru, a do tego samą herbatę należy zalać wrzątkiem z wieczora żeby naciągnął. Pewnego razu rankiem zobaczyłem, że szklanka przygotowana z wieczora jest wypełniona tylko do połowy. A przecież – jak pamiętałem – nie piłem z niego.

W pokoju dziennym naraz ni z tego, ni z owego zaczęło rozpadać się okno. A wieczorem samoczynnie włączył się elektryczny czajnik, i w nim  zakipiała woda. Ale to nie wszystkie dziwne wydarzenia w mieszkaniu nr 13. Żona umarła, a ja mieszkam samotnie. Jak te wszystkie wydarzenia wyjaśnić z punktu widzenia zdrowego rozsądku?

 

Moje 3 grosze

 

Jak już onegdaj napisałem, mamy do czynienia z fenomenami PSI, których współczesna, racjonalistyczna nauka stara się nie dostrzegać, a na drugim biegunie mamy jakieś religijne brednie i szarlatanerię. Tymczasem mamy do czynienia z fenomenami, które są pomiędzy światem materii a energią, które są dostrzegane przez psychozoa na poziomie oddziaływań subtelnych, których niezupełnie są w stanie wyczuć nasze przyrządy, ale są one wykrywalne i mierzalne, a zatem materialne. W tym świetle wszelkie duchy, widma, itp. zjawy są bytami nie tyle materialnymi, ile energetycznymi. I w tym kierunku należałoby podejmować naukowe poszukiwania „drugiego klucza”, jak nazwał to Stefan Manczarski.

Obawiam się, że takie poszukiwania trwają, ale są prowadzone tylko i wyłącznie w celach wojskowych czy wywiadowczych- i na tym się kończą. Niestety.

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii” nr 39/2021, s. 17

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 14 lutego 2022

Zakochana Rusałka

 


Siergiej Worożejkin

 

Z dzieciństwa pamiętam, jak moja babcia opowiadała o tym, że w lesie mieszka chochlik, którego obowiązkowo należy udobruchać , kiedy idzie się na grzyby. W domu ona podkarmiała domowego skrzata zostawiając mu na progu mleko. Według niej w wodach mieszkały Rusałki, które mogą kogoś zaciągnąć na dno.

 

Zasnąłem na brzegu

 

Traktowałem te babcine opowieści z ironicznym uśmieszkiem jak wsiowe przesądy. Najpierw byłem oktabrienką potem pionierem a następnie komsomolcem. Niue wierzyłem w żadne diabelstwa. Ale pewnego razu miało miejsce wydarzenie, które nadszarpnęło moje trzeźwe spojrzenie na świat.

Wydarzyło się to w czasie mojej wizyty u babci, w czasie wakacji. W tym czasie już byłem studentem i miałem 20 lat.

Tak więc wziąłem dziadkowe wędki poszedłem nad rzekę łowić ryby, sam jeden. A że przez ostatnią noc imprezowałem z przyjaciółmi, więc byłem niewyspany. A potem patrząc na spławiki sam nie wiedziałem jak mi się zadrzemało.

Obudziłem się, bowiem ktoś nagle pogłaskał mnie po policzku. Otworzyłem oczy, ale nikogo nie zauważyłem, ale usłyszałem plusk, jakby ktoś koło mnie wskoczył do wody.

 

Postać pod wodą

 

Od tego czasu zaczęły się ze mną dziać dziwne rzeczy. Kiedy przychodziłem na brzeg tej rzeki, szczególnie kiedy byłem sam, to odczuwałem czyjąś obecność, jakby ktoś mnie obserwował. Kiedyś usłyszałem szept, jakby ktoś wzywał mnie po imieniu. A kiedyś stałem przy ścianie krzaków na brzegu rzeki, to wydawało mi się, że przez zasłonę liści widzę jakąś postać. Ale kiedy zapragnąłem zajrzeć poza krzak, usłyszałem skądinąd już mi znany głośny plusk.

- To Rusałka – niespokojnie zamachała rękami babcia, kiedy opowiedziałem jej o mojej przygodzie. – Ona wciągnie ciebie wnusiu na dno!

Już nie pamiętam, jak to było dokładnie, ale nikt mi nie wyrządził żadnej krzywdy. 

Pamiętam, jak pewnego razu kąpałem się z przyjaciółmi i odpłynąłem daleko od brzegu. I naraz poczułem, jak ktoś objął moją nogę. Nie złapał żeby pociągnąć na dno, ale właśnie objął! A potem nagle puścił.

Powróciwszy na brzeg zobaczyłem, że moi przyjaciele byli zupełnie gdzie indziej i żaden z nich nie mógł podpłynąć do mnie i to zrobić. Tak więc chcąc - nie chcąc musiałem przyznać, że to było Rusałka.

Po powrocie do miasta skończyła się mistyka. I tak do dziś dnia nie wiem, czy rzeczywiście zakochała się we mnie Rusałka?

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii”, nr 32/2021, s.35

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz