Powered By Blogger
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania poligon atomowy, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania poligon atomowy, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (13)

  

Rozdział XI - NOC, KIEDY ZACHWIAŁ SIĘ KSIĘŻYC

 

Kanonik z Canterbury o niewiarygodnym zdarzeniu - „Aland, Aland, Zealand!” - Poszukiwania w kraterze Tapanui - Wyspa Wielkanocna poligonem atomowym bogów? - Posągi, które mogłyby powstać w Hiroszimie.

 

18 czerwca 1178 roku, kronikarz katedry w Canterbury w Anglii zaobserwował dziwne wydarzenie, które opisał tak oto:       

Tego roku, w niedzielę poprzedzającą święto św. Jana Chrzciciela, pięciu ludzi ujrzało niezwykłe zjawisko. Owego czasu był Księżyc w fazie pomiędzy nowiem a I kwadrą, więc jego rogi były obrócone ku wschodowi. Nagle jego górny róg się rozdzielił, a ze środka przepołowionego miejsca wystrzelił zwijający się płomień, który miotał wokół iskry i płomień, a cała reszta Księżyca zaczęła się zwijać jakoby w przerażeniu wielkim. Wszyscy mówili o tym, że Księżyc zwijał się, jak raniony wąż. Po chwili Księżycowi powrócił jego dawny wygląd i kształt. Wyżej opisany dziw powtórzył się co najmniej sześciokrotnie, a błysk ognia za każdym razem był z innego kierunku. Po tych przemianach, Księżyc od rogu do rogu przybrał ciemny wygląd na całej swej długości.

Wielu historyków odesłało oczywiście ten przekaz pomiędzy bajki, a w najlepszym przypadku w sferę fantazji, pozostaje wszakże prawdą to, że znaleźli się niekonwencjonalnie myślący badacze, którzy poszli tropem tego niezwykłego wydarzenia.

Dowody na prawdziwość opisu podanego nam przez średniowiecznego mnicha udało się nam znaleźć tam, gdzie się ich nikt znaleźć nie spodziewał.

Być może Czytelnicy w swej młodości przeczytali powieści Juliusza Verne’a i pamiętają wykrzyknik roztargnionego geografa prof. Jakuba Paganela: „Aland, Aland! Zealand!” wydanego nad listem znalezionym w butelce wyłowionej z morza:

Którym to pamiętnym wykrzyknikiem dopełnił brakujące litery i odgadł - tak mu się przynajmniej wydawało - miejsce pobytu zaginionego kapitana Granta w powieści „Dzieci kapitana Granta”. I to właśnie Nowa Zelandia będzie celem naszego dalszego dociekania, do której puścimy się śladami Polaka - prof. dr inż. Jana Pająka, który po smierci prof. J. Allena Hynka uznany został za badacza niezwykłości numer jeden na świecie. Od kilku lat przebywa w Dunedin na Nowej Zelandii, gdzie wykłada na tamtejszym uniwersytecie, a także na uczelniach Cypru i Malezji.

Gdyby któreś z europejskich państw przed ośmioma stuleciami było zniszczone silnym wybuchem, to historyczne podręczniki tego kraju byłyby wypełnione opisami tej katastrofy, setki badaczy badałoby jej przyczyny i skutki, a każdy mieszkaniec poznałby nawet najmniejsze szczegóły tej tragedii -

napisał w 1995 roku prof. Pająk

Jednakże, kiedy spytacie mieszkańców Nowej Zelandii o detale dotyczące eksplozji na Tapanui, spotkacie się z przekonaniem - ba! - pewnością, że takiej eksplozji nigdy nie było![1]

Profesor Pająk wie co robi i co pisze. Już w 1987 roku odkrył on na Nowej Zelandii krater Tapanui, nazwany tak od niewielkiego miasteczka leżącego na Wyspie Południowej. W promieniu 350 km od niego znajdują się do dziś widzialne ślady katastrofy, od której upłynęło 830 lat.

Te powszechne negowanie eksplozji dziwi nas tym bardziej, że na Nowej Zelandii na każdym kroku widać ślady straszliwej katastrofy. Ślady są tak wyraźne, że należy wyłożyć więcej energii na ich badanie i akceptowanie. Ignoramus et ignorabimus - nie wiemy i nigdy nie poznamy!

 Prof. Pająk weryfikując ślady eksplozji Nieznanego Obiektu Latającego nad Nową Zelandią w 1178 roku wskazał na cały szereg przesłanek:

v  Ogromny krater Tapanui, znajdujący się na Wyspie Południowej w zachodniej części prowincji Otago, na zachodnim stoku góry Puherus. Okolice krateru wskazują jednoznacznie na to, że powstał on w momencie wybuchu o mocy rzędu 60 Mt TNT, czyli 1.000 razy większej od mocy bomby atomowej typu Hiroshima.[2]

v  Identyczność krateru Tapanui z kraterami powstającymi po naziemnej eksplozji atomowej. Współczesne eksperymenty z bronią jądrową pozwoliły na lepsze poznanie problematyki tworzenia się kraterów powybuchowych. Przy naziemnej eksplozji dominującą rolę gra nadciśnienie powstające na czele fali uderzeniowej, niszczące wszystko, co jej stanie na drodze. Uderzenie sprężonego powietrza niszczy domu i inne budowle, wywraca i łamie drzewa, rani ciężko wszystkie żywe istoty. Fala uderzeniowa powoduje ich śmierć poprzez tysiące mikroobrażeń... Detonacja nad Tapanui w tym przypadku przypomina dość dokładnie eksplozję nad Podkamienną Tunguską, dzięki podobieństwu ułożenia pni drzew zniszczonych przy eksplozji Tunguskiego Fenomenu, co było niemal identyczne z przypadkiem Tapanui.

v  Zniknięcie lasów w centralnej części Wyspy Południowej. Już pierwsi biali osadnicy, którzy lądowali tam w 1840 roku, znaleźli tam wbrew przyjaznemu klimatowi wyspy jedynie stepową roślinność z resztkami zwęglonych pni drzewnych. Lasy na Wyspie Południowej strawiły w przeszłości gigantyczne burze ogniowe, a przy pomocy datowania radionuklidem 14C udało się ustalić, że wybuchły one w roku 1178 - czyli dokładnie wtedy, kiedy kronikarz z Canterbury sporządził swą notatkę o niebieskiej katastrofie!!!

v  Koncentrycznie ułożone pnie zwęglonych drzew, których korzenie mierzą w kierunku centrum krateru Tapanui. Wyniki badań katastrofy tunguskiej każą przypuszczać, że   j e d y n ą   przyczyną takiego ułożenia pni drzewnych był silny wybuch, którego fala uderzeniowa spustoszyła okolicę.

v  Przyczyny genocydu ptaka Moa w roku 1178. Na Nowej Zelandii mieszkał onegdaj wielki - 3-5 m wysokości - ptak Moa (Eurapteryx gravis ex. Dinornis giganteus) co znaczy dosłownie „straszny, gigantyczny ptak”, na którego polowali jeszcze Maorysi.[3] Jak dowodzi tego prof. Pająk, Moa wyginęły w tym rejonie około roku 1178, a ich zwęglone szczątki znajdują się do dziś dnia w górnych warstwach gleby wokół Tapanui. Szkielety znajdują się nad brzegami jeziorek okalających krater. Wygląda na to, że te ogromne ptaki na krótko przed śmiercią uciekły z miejsca, gdzie dziś znajduje się krater, ale zatrzymały się na brzegach zbiorników wodnych, których nie mogły pokonać, i tam zastała je masowa śmierć.[4]

v  Namagnesowanie gleby i skał w okolicy krateru. Jak uważa prof. Pająk - okolice krateru są namagnesowane turbulentnie, co można łatwo sprawdzić przy pomocy kompasu. Występują tutaj rozmaite anomalie atmosferyczne i radiokomunikacyjne.

v  Deficyt niektórych mikroelementów w glebie. W okolicy krateru Tapanui występuje endemicznie choroba zwana „grypą Tapanui”. Prof. Pająk uważa, że ta magnetyczna symulacja może zmienić ilość niektórych biogennych mikroelementów w glebie, co może być etiologią tego schorzenia. Ich deficyt może synergicznie wpływać na przebieg choroby, która z klasyczna grypą ma jedynie wspólną nazwę i przypomina dość dokładnie... chorobę popromienną!

v  Ceramiczne kamienie i Trynityty. W kraterze znajdują się niezwykłe minerały, tzw. „kamienie ceramiczne” czyli kwarcyty zdeformowane wysokim ciśnieniem i temperaturą.[5] Są tam także Trinityty - minerały złożone z cząstek krzemowego szkliwa o wielkości ziarenek piasku w kształcie kulki lub kropelki. Trynityty znajduje się zawsze na miejscach wybuchów jądrowych, niby odciski palców na miejscu zbrodni...

v  Powierzchniowe złoża złota w prowincji Otago, które są rozmieszczone koncentrycznie wokół krateru Tapanui i wskazują na przebieg fali uderzeniowej po eksplozji. Mechanizm wyrzucenia złota na powierzchnię Ziemi w prowincji Otago jest według prof. Pająka identyczny z działaniem separatorów wibracyjnych ciał sypkich. Mechanizm ten uruchomił się wtedy, gdy wybuch spowodował silną wibracje gruntu i trzęsienie ziemi.

v  Maoryjskie nazwy okolic krateru Tapanui. Maorysi, jak i inne narody maja zwyczaj nadawania nazw miejscom, w których w przeszłości rozegrały się ważne wydarzenia. Dotyczy to nazw z okolicy Tapanui, które wskazują na dawna tragedię. Prof. Pająk przytacza niektóre z nich: HAKATARAMEA - znaczy tyle, co „ogień rozpalony przez odpoczynek latającego statku”; HOKANUI - „wianek strzelających płomieni”; MATAURA - „świecący niebieski statek”; OMARAMA - „odpadły od Księżyca” (!!!); OTARAIA - „odpadły róg, rozbity na części”(!!!); POMAHAKA - „noc wielu strzelających płomieni”; PUKERAU - „góra, która zatrzęsła światem”; WAIPAHI - „horyzont wybuchającego ognia” czy wreszcie TAPANUI - „ogromny wybuch”![6]

v  Maoryjskie legendy wprost mówiące o eksplozji. Legendy tubylców bardzo często mówią o zdarzeniach związanych z katastrofą w Tapanui. Jedna z nich mówi o obiekcie w kształcie rogu świecącym jak Księżyc, który eksplodował nad Tapanui i spowodował straszliwe spustoszenie, śmierć, pożary i wyginięcie ptaków Moa. Powstanie wyspy Stewart według prof. Pająka jest związane także z piękną i romantyczną legendą. W języku Maori ten skrawek ziemi przy Nowej Zelandii nosi nazwę RAIKURA , co znaczy „rozżarzone niebo”. Nazwa ma przypominać dzień, w którym statek synów wodza nieba przybył, by spotkać się z żona miejscowego wojownika. Jej małżonek by nie dopuścić do tego spotkania, wywiózł żonę na Wyspę Południową. Kiedy wódz nieba ujrzał, ze kobieta znikła, jego statek udał się na poszukiwania. Po przybyciu nad Tapanui i nieudanym randez-vous wódz nieba wybuchnął gniewem i rozpalił niebo i ziemię ogromnym ogniem śmierci i zniszczenia. Nazwy miejscowości, które skatalogował etnograf John White w swej książce „Ancient History of the Maori” czyta się jak w powieści fantastyczno-naukowej: „Wojna we Wszechświecie”, „Związki między bogami a ludźmi”, „Drogi z Ziemi ku gwiazdom”, itp.[7] Z innego mitu zaś dowiemy się, jak to bóg Rongamai wypowiedział wojnę plemieniu Nga-Ti-Hau: Jego pojawienie się było, jak gorejąca gwiazda, jak ogień, jak Słońce. Rongamai spuścił się z nieba na sam środek wioski: W ziemi powstała jama, obłoki pyłu przesłoniły światło, huk przypominał grzmot piorunu, a potem szum muszli.[8]

v  Notatka kronikarza z katedry Canterbury. Ten zapis, który zacytowałem na początku rozdziału prof. Pająk komentuje ściśle technicznym językiem: Błysk pierwszego obiektu eksplodującego nad Tapanui odbił się od księżycowego globu, jak od zwierciadła wypukłego, co na świadkach sprawiło wrażenie rozszczepienia się rogów Księżyca. Potem magnetyczne fale eksplozji szerzące się w jonosferze spowodowały falowanie mas zjonizowanego gazu i w rezultacie skakanie obrazu Srebrnego Globu wiszącego nisko nad horyzontem. Po tym pierwszym wybuchu, statki w kształcie cygar dalej eksplodowały, przy czym każdy wybuch wywoływał takie same efekty, jak ten pierwszy, tj. ognisty błysk i falowanie obrazu Księżyca. To wszystko potem wywołało efekt przyciemnienia jego blasku.[9]

 

Ślady podobnych wydarzeń możemy znaleźć dzisiaj także na całym świecie. Miedzy innymi na Wyspie Wielkanocnej, małym skrawku suchego lądu wśród przestworów wodnych Pacyfiku, gdzie poza znanymi na całym świecie ogromnymi figurami z kamienia, znajdują się tam inne niemniej ciekawe rzeźby.

W największych muzeach świata, w niektórych zbiorach prywatnych i gdzieś w głębi pieczar rodzinnych w łonie Wyspy Wielkanocnej znajdują się wyrzeźbione w drewnie figurki zwane Moai-Kava-Kava. Przedstawiają one mężczyzn z wystającymi żebrami, zapadniętymi piersiami, przedłużonymi uszami, kozimi bródkami i wychudłym ciałem. Na zdjęciach możemy ujrzeć trzy dominujące cechy ich fizjognomii: kacheksję, strupy i otwarte rany na ciele. Nic dziwnego, że w 1965 roku pokazał się pogląd, że figurki te przedstawiają ofiary silnego napromieniowania radioaktywnego, na który była kiedyś ta wyspa wystawiona. Francuski badacz Francois Maziére w swej książce pt. „Tajemnica Wyspy Wielkanocnej” pyta wprost, czy w przeszłości wyspa ta nie dostała potężnej dawki promieniowania jonizującego pochodzącego z innego świata, wskutek zetknięcia się z Przybyszami i Ich techniką, co stało się impulsem do wytwarzania wotywnych rzeźb, jako pamiątki z tych czasów.[10] Oczywistym jest, że wygląd tych ludzi wskazuje na to, że cierpieli oni na chorobę popromienną - konkluduje on.

Skąd się wzięło promieniowanie na Wyspie Wielkanocnej przed kilkoma stuleciami?

Francois Maziére przy pomocy swej małżonki Tily zapisał na Wyspie Wielkanocnej legendę ostatniego człowieka znającego Rongo-Rongo o wielce skomplikowanym imieniu A Ure Auviri Porotu legendę o tym, jak to w dawnych czasach wyspę dotknął „palec boga Uoke”, który całą ją rozkołysał. Podobna legendę o piorunie boga Make-Make zapisał już w 1924 roku, angielski etnograf Macmillan Brown. Inne podanie mówi o „padającym niebie, które patrzyło, czekało i znów odleciało w górę”. Postawmy sobie pytanie: Jak człowiek przed ośmioma wiekami miał opisać start i lądowanie statku kosmicznego? Czy tak?

W tej chwili zaczynamy domyślać się, że Wyspa Wielkanocna, podobnie jak Wyspa Południowa Nowej Zelandii, stała się onegdaj celem uderzenia BMR. Czy była to głowica bojowa, która zeszła z orbity z prędkością „błyskawicy boga Make-Make”? A może ktoś tej wyspy użył tak, jak my użyliśmy atolu Bikini? Jako atomowy poligon? Samolot wylądował, jego załoga zainstalowała „urządzenie termojądrowe” i odleciała, zaś samo urządzenie wybuchło przy okazji rozpylając połowę wyspy w atmosferze... NB, to, co ludzie zrobili z tymi rajskimi atolami Polinezji woła o pomstę do nieba!!!...

Zasadnicza różnica pomiędzy dwoma tymi hipotezami spoczywa w tym, że jeżeli w pierwszym przypadku zabijał ludzi jakiś anonimowy system prehistorycznego programu SDI, to w przypadku drugim szło o przygotowaną co do szczegółu akcję. Komuś zależało na tym, by modele dzisiejszych duchów Moai-Kava-Kava były dokumentacją jego doświadczeń z bronią jądrową!...

      Silny traumatyzm, jaki cechuje Polinezyjczyków nie jest dziełem przypadku czy akcydentalnego wypadku - jest to pozostałość wstrząsu duchowego, i że nie ma on sobie równego na innych wyspach. Czy to się komu podoba, czy nie - Wyspę Wielkanocną napadły takie siły, które jak uważam, są obecne także i dziś i są silne na tym skrawku ziemi, która tak strasznie zmienił ogień -

- jak pisał F. Maziére. Wiemy,   j a k i e    to siły ma na myśli autor. To te siły, które spowodowały powstanie długiego na 800 m i szerokiego na 200 m łożyska wulkanicznego szkliwa na Rano Raraku i nie zapomniały w jego kraterze umieścić typowy krater poimpaktowy. Albo te same siły, które przetopiły minerały w szkliwo wulkaniczne wbrew temu, że wulkany na wyspie są nieczynne od tysięcy lat.

Kluczem do tajemnicy Wyspy Wielkanocnej jest ogień. Znaleziska ziarenek pyłku kwiatowego wskazują na to, że Wyspa Wielkanocna miała bogata florę, i że nie były to gaje palmowe - jak to sugerują twórcy filmu „Rapa-Nui” z Kevinem Costnerem w roli głównej, a które potem znikły pod toporami ludzi. Roślinność - jak to dowiadujemy się z rdzeni odwiertów osadów jeziornych w Rano Raraku i Rano Kao - wyginęła na wyspie wskutek burz ogniowych. Bogaty materiał paleobotaniczny analizował prof. O. H. Selling z Narodowego Muzeum Przyrodniczego w Sztokholmie, a wyniki opublikowali Thor Hayerdahl i  E. N. Fedron jr. w pracy pt. „Archeology of the Easter Island and the Eastern Pacific”, Santa Fé 1961.

Jak pisze norweski badacz Wyspy Wielkanocnej znany podróżnik i uczony Thor Hayerdahl - zniszczenie roślinności na wyspie było tak dokładne, jakby z całej flory wyspiarskiej nie zostało nic. Potem dopiero na wypalonej ziemi pojawiła się trawa i paprocie.[11] Zagadkowa jest na wyspie obecność wielu rodzinnych pieczar, jakby rodzinnych schronów, w których mieszkańcy spędzali swe życie i które służyły jako depozyt cennych i świętych przedmiotów, ale głównie były to schrony ze składami, bardzo podobne do tych ze współczesnych podręczników Przysposobienia Obronnego...

Tajemnicą owiany jest także zanik cywilizacji Wyspy Wielkanocnej, która tak nagle zgasła, kiedy już dojrzała do doskonałości. Z dnia na dzień, jej bogata kultura została zniszczona i to do imentu, i to tak szybko, że rzeźbiarze opuścili niedokończoną moai o wielkości 7-piętrowego domu! I to było tak szybko, że pozostawili na miejscu narzędzia pracy! Prace w kamieniołomach i przy ahu zostały przerwane i nigdy już się do nich nie wróciło. Wielotonowe posągi zrzucono z ahu - domy spalono doszczętnie i to tak, że popękały kamienie z ich fundamentów, a całe rody ukrywały się przez lata w podziemnych schronach wyspy.

Także groby świadczą o wszechobecnym upadku i zarazie na wyspie. Przed upadkiem panował tam niepolinezyjski zwyczaj kremacji zwłok i składania popiołów w pogrzebowych skrzynkach obłożonych kamieniami w bliskości ahu, potem trupy chowano masowo pod stosy nieociosanych głazów, ułożonych w bezkształtne stosy i byle gdzie na równinie Orongo, albo do podziemnych komór, niedbale wybudowanych pod twarzami czy brzuchami obalonych figur Moai.

I tak już całkiem na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie - a mianowicie: Figurki Moai-Kava-Kava sa zjawiskowo podobne do ofiar choroby popromiennej i wedle tubylczych legend są to przedstawiciele rasy, których znaleźli Polinezyjczycy po przybyciu na Wyspę Wielkanocną.[12] „Długousi”, bo tak siebie nazywali, przybyli na wyspę w XII wieku - w roku eksplozji w Tapanui i notatki canterburskiego kronikarza o chwiejącym się Księżycu - dokładnie w roku Pańskim 1178...

 

KONIEC



[1] J. Pająk - „Noc strzelających płomieni” w „Nieznany Świat” nr 7,1995, s. 4.

[2] Przy założeniu, że ta ostania miała moc 60 kt TNT. Bomba ta miała moc tylko 20 kt, a zatem współczynnik  ten wynosi nie 1.000 ale 3.000 razy - uwaga tłumacza.

[3] Zob. B. Huevelmans - „Na tropie nieznanych zwierząt”, Warszawa 1965.

[4] Być może ptaki te przeżyły wybuch termojądrowy i zmarły wskutek następstw choroby popromiennej i poparzeń termicznych II i III stopnia, które chciały złagodzić wodą - przyp. tłum.

[5] Kwarc pod wpływem wysokich ciśnień, temperatur i promieniowania zmienia barwę i strukturę, co pozwala na określenie parametrów wybuchu jądrowego - uwaga tłum.

[6] Zob. J. Pająk - ibidem, s. 5.

[7] Zob. J. White - „Ancient History of the Maori”, t. I i II, Wellington 1887.

[8] Zob. N. Wachtel - „La vision des vaincus”, Paryż 1971.

[9] J. Pająk - „Tapanui Cataclysm - an Explanation for the Mysterious Explosion in Otago, New Zealand, 1178 a. D.”, Dunedin 1989.

[10] Zob. F. Maziére - „Fantastique Ile de Pasquas”, Paryż 1965.

[11] Zob. także Th. Hayerdahl - „Early Man and the Ocean”, Londyn 1978.

[12] Zob. także Th. Hayerdahl - „Aku-Aku”, Warszawa 1963.

wtorek, 15 lipca 2025

Peter Krassa - Największa zagadka stulecia (14a)

 

14. Wybuch atomowy! – Quod erat demonstrandum...

 

14.1. Teza o wybuchu jądrowym.

 

Wyjaśnienie pochodzenia i przyczyn tunguskiej katastrofy jest bardzo złożone. Mogłeś tego doświadczyć drogi Czytelniku na własnej skórze, kiedy błądziłeś w dżungli sprzecznych wskazówek. Były Tobie ukazywane poglądy różnych znakomitych uczonych z różnych krajów – i to nie połączone ze sobą. Zajmowanie się zagadką stulecia to także kwestia prestiżu, ale outsiderzy nie są tam mile widziani, co też widziałeś na własne oczy. Wielu uczonym wcale nie chodzi o wyjaśnienie zagadki, ale o przedstawienie własnego naukowego ego i własnej orientacji naukowej. I każdy z nich pilnie baczy, żeby nikt nie wszedł do ich ogródka, na jego pole zainteresowań i pracy badawczej.

Żaden teoretyczny model nie miał być zignorowany. Pożądane są hipotezy szalone i nieortodoksyjne próby odwagi. Prawdą jest, że cały szereg hipotez nie wytrzymał próby ognia, ale z drugiej strony – były (i nadal są) one źródłem inspiracji i uwag, które trzeba było brać na serio. Jest dokładnie na odwrót – to właśnie fantazja jest motorem postępu i daje nam skrzydła, co potwierdza sama Przyroda. No bo czy wiecie, że bomby wodorowe mogą powstać także w sposób naturalny? Oczywiście w przypadku, kiedy dojdzie do samoczynnego połączenia się idealnych warunków i wszystkich potrzebnych składników. Tak więc w 1908 roku mogło dojść na Syberii do termojądrowego wybuchu!

Przyznacie, że to twierdzenie jest bardzo śmiałe i karkołomne. Czy da się je udowodnić?

Bardzo łatwo.

Jak już powiedziałem, w Przyrodzie istnieje możliwość sklecenia bomby termonuklearnej, tylko musi dojść do połączenia się kilku ingrediencji, do czego może dojść w trakcie procesów fizyko-chemicznych w głowie komety. W tym ciele złożonym, ze śniegu i lodu znajduje się stokrotnie więcej energii, niż sądzimy. Związki chemiczne tam występujące nie są „nuklearne” w potocznym tego słowa znaczeniu, i nie powodują eksplozji termojądrowej. Do czasu! – bowiem kiedy głowa komety wpadnie w ziemską atmosferę, to miażdżący napór powietrza ją zgniecie i rozgrzeje adiabatycznie, dzięki czemu wytworzą się odpowiednie warunki temperatury i ciśnienia. Są to warunki sprzyjające do „zapłonu” „gorącej” reakcji termojądrowej. W końcu dochodzi do potwornej eksplozji, a jej ciśnienie i temperatura roznosi kometę na drobny pył!...

W żadnym przypadku nie można wykluczyć, że tunguskie ciało było głową komety. Jej jądro składało się z zamrożonego wodoru, metanu i amoniaku, zmieszanego z ciekłym helem. Taka mieszanina magazynuje energię. Przy jej uwolnieniu dochodzi do od 10- do 100-krotnego wzmocnienia eksplozji w porównaniu z konwencjonalnymi materiałami wybuchowymi. Przy wysokich temperaturach rzędu 40.000 K, pod normalnym ciśnieniem atmosferycznym 1.013 hPa czyli 760 mm Hg – hel przechodzi z fazy ciekłej w gazową.[1] Po podwyższeniu ciśnienia do 125 atm, ciepłota wewnętrzna wzrośnie do 5 mln K, co może spowodować eksplozję ciężkiego wodoru – deuteru (D). Należy się z tym liczyć po podwyższeniu ciśnienia do 250 atm, że nagła przemiana helu-3 spowoduje eksplozję zwykłego wodoru[2].[3] Można by zatem przedstawić, że do takiego procesu w komecie tunguskiej mogłoby dojść. Skutki tej eksplozji tak czy owak odpowiadałyby skutkom eksplozji kilku bomb wodorowych!

Druga wskazówka wraca do fenomenu piorunów kulistych.

Brytyjski uczony A. T. Lawton doszedł do wniosku, że tunguską katastrofę spowodowało ciało kosmiczne o średnicy > 1 km. Termin „ciało” może oznaczać tu także piorun kulisty, składający się z pyłu i elektryczności, który po zbliżeniu się do Ziemi po prostu rozładował się w mega-błyskawicy. To wywołałoby silne fale uderzeniowe i wszelkie inne efekty zaobserwowane przy wybuchach jądrowych.[4]

W poprzednich rozdziałach rozważałem możliwość istnienia kulistych piorunów z antymaterii, co także mogłoby być zgodne z lawtonową tezą o piorunie kulistym.

 

14.2. Co naprawdę znaczy UFO?

 

Tunguskim fenomenem przed kilku laty zajął się także izraelski matematyk dr Ari Ben-Menahem. Wyniki swych badań opublikował on w Holandii. Uczony ten, który pracuje w Obserwatorium Geofizycznym Instytutu Weizmanna, otrzymał wsparcie od takich renomowanych instytucji, jak m.in. Cambridge Laboratories (AFCRL) i amerykańskich sił powietrznych – USAF. Z podziękowaniami za pomoc zwrócił się on także do prof. Shaloma Abarneela z Uniwersytetu w Tel Awiwie i dr Moshe Vereda, który pomógł mu w wyliczeniu teoretycznej krzywej sejsmograficznej.

Wszystko to miało być dowodem, jednakże – jak powiedział mi dr Zotkin – WBM AN ZSRR nie ceni prac Ben-Menahema, bowiem – jak mi wyjaśniono – izraelski matematyk uważa obiekt tunguski za UFO. Dowiedziałem się przy tym, że podobne stwierdzenie w ZSRR dyskredytuje każdego uczonego, zaś z drugiej strony jest absurdem wprost podejrzewać Ariego Ben-Menahema o to, że wierzy w to, iż nad syberyjską tajgą mógł eksplodować latający talerz...

UFO to znaczy tyle, co Unidentified Flying Object – Niezidentyfikowany Obiekt Latający – NOL.[5] To nie ma niczego wspólnego z terminem Flying Saucers – czyli latającymi talerzami. Niestety – do zlania się tych dwóch fraz często dochodzi i są one używane wymiennie. Ale problem leży w tym, że dr Ben-Manahem nie używa tego skrótu   a n i   r a z u !!!

I nigdy nie mówił o latających talerzach!

Izraelski uczony użył w swym matematycznym dowodzeniu starych sejsmogramów, na których były odnotowane wstrząsy z 1908 roku. Analizował je porównując z sejsmogramami zarejestrowanymi w czasie radzieckich powietrznych testów jądrowych na ich atomowych poligonach na Nowej Ziemi i Łob Nur.[6]

Pisze on we wstępie, że:

Nasza wiedza o trzęsieniach ziemi i eksplozjach zgromadzona od początków naszego stulecia jest przydatną do interpretacji tych sejsmogramów. Podobieństwo pomiędzy sejsmicznymi a akustycznymi falami powstałymi w epicentrum wspiera hipotezę, że syberyjski wybuch UFO wedle wszelkich przesłanek spowodował efekty, które można porównać do działania pozaziemskiej rakiety nuklearnej o mocy eksplozji wynoszącej jakieś 12,5 Mt TNT.

Przyjrzyj się temu uważnie Czytelniku: izraelski matematyk w żadnym wypadku nie mówi o tym, że jakaś tam pozaziemska cywilizacja bombardowała Ziemię pociskami nuklearnymi; on jedynie porównuje efekty działania Bolidu Tunguskiego do znanej mu broni jądrowej, czy raczej termojądrowej. Dlatego właśnie pisze on o eksplozji UFO – detonacji NIEZNANEGO OBIEKTU LATAJĄCEGOcum omni sensu. Ma on na myśli to, a nie coś innego, co precyzuje zresztą tak w dalszym ciągu:

Syberyjska eksplozja UFO w dniu 30 czerwca 1908 roku jest do dziś dnia niewyjaśnioną zagadką. Żadna teoria nie objaśniła do końca wszystkich dziwnych wydarzeń związanych z tym fenomenem. Natomiast można zinterpretować wyliczoną koncentrację energii uwolniona w czasie tego wybuchu... Prawdopodobnie nigdy nie będziemy w stanie wyjaśnić tego problemu, póki na powierzchni Ziemi nie wydarzy się podobne wydarzenie.[7]

Ben-Menahem jedynie teoretyzuje, albowiem - gdyby jego uwaga stała się rzeczywistością i tunguska katastrofa się powtórzyła, to byłaby nieopisana groza! Jak to już napisałem w innym miejscu – obszar wielkości Belgii przestałby właściwie istnieć!!!

Arthur C. Clarke – znany w świecie pisarz SF – napisał w jednej ze swych powieści, że w dniu 30 czerwca 1908 roku Moskwa tylko o włos uniknęła katastrofy. Do tego niechybnie doszłoby, gdyby Meteoryt Tunguski – Clarke’owi jeszcze wtedy wydawało się, że był to zwyczajny meteoryt – odchylił swoją trajektorię o kilka tysięcy kilometrów na zachód. Co to jest 4.000 km  w porównaniu z odległościami w Kosmosie?... Dr Jawnel tak uświadamiał mi odległości panujące na Syberii: z mojego rodzinnego Wiednia do Moskwy leci się 2,5 godziny, zaś z Moskwy do Tunguski (gdyby takie połączenie lotnicze istniało) leci się aż 8 godzin! Non stop!

A. W. Wozniesienskij – swego czasu dyrektor Obserwatorium Meteorologicznego w Irkucku – opublikował na wiosnę 1927 roku wyniki badań eksplozji w tajdze. W swym artykule, który opublikował on w czasopiśmie „Mirowiedienie” skonstatował, że huk wybuchu było słychać na przestrzeni 570.000 km2, a zatem czterokrotnie większym od Wielkiej Brytanii![8]

I to był dla izraelskiego matematyka dostateczny dowód na to, że by wypowiedzieć się nie tylko na temat energii, ale i jej nośnika. Choć nie obalał on argumentów Kulika, Krinowa i Whipple’a – którzy rozważali meteoryt kometarnego pochodzenia; to od samego początku skłaniał się ku teoriom Fiesienkowa, Zotkina, Zikulina czy Zołotowa, a to dlatego, że po nowatorsku podeszli oni do:

... problemu kinetycznych i dynamicznych właściwości UFO i wzajemnego wpływu atmosfery na UFO w czasie spadania na powierzchnię Ziemi.

Izraelczyk przeanalizował zeznania naocznych świadków i porównał je z innymi widzianymi zjawiskami świetlnymi. Przeprowadzał przy tym różne modelowe eksperymenty, przy czym najwięcej uwagi poświęcił figurze geometrycznej, którą wykreśliły padające drzewa w tajdze. Nie wykluczył tu kolizji z meteorytem czy głową komety. W swym pisemnym raporcie oświadczył, że obiekt leciał z kierunku SE na NW, a wniknął do atmosfery z vG = 40 km/s, kursem 45-60° na E od południka. Kąt lotu ku Ziemi nie przekroczył wartości 30° i prawdopodobnie zawierał się w przedziale 15-17°.[9]

Straszliwe zniszczenia w epicentrum należałoby przypisać statycznej eksplozji na wysokości około 5-10 km i fali balistycznej zmierzającej pod kątem 15-17° do powierzchni Ziemi. Energia eksplozji wyniosła 12,5 Mt TNT. Ben-Menahem w swym doniesieniu pisze tak:

Meteoryt w locie był otoczony poświatą zjonizowanych gazów, która tworzyła kulistą aurę wokół niego – co widzieli świadkowie. Sama eksplozja miała kształt ognistego słupa i wyrzuciła rozżarzoną materię na wysokość co najmniej 20 km. Fala żaru była odczuwana w odległości 70 km od źródła – w Wanawarze. Krytyczne wydarzenie można było zobaczyć w świetle dziennym aż do 500 km i słyszeć w odległości co najmniej 1.270 km.[10] W pobliżu epicentrum las był powalony w odległości 10-15 km, zaś pojedyncze wykroty znajdowano w odległości nawet 40-50 km. Zniszczone było aż 8.000 km2 lasu...

 

14.3. Porównanie z testami jądrowymi.

 

Ari Ben-Menahem dowiódł swego twierdzenia poprzez porównanie atmosferycznych fal uderzeniowych powstałych przy wybuchu bomby jądrowej z Łob-Nur w dniu 14 października 1970 roku, których prędkości grupowe[11] wahały się pomiędzy 0,86 a 0,92 Ma, jednakże należy tutaj wziąć pod uwagę porę roku. Radziecki test atomowy przebiegał na początku zimy, zaś katastrofa tunguska miała miejsce w lecie. Różnice sprawiły przede wszystkim kierunki i siła wiatrów, których wpływów nie można negować.

Ben-Menahem znalazł punkt wspólny pomiędzy Tunguską a Łob-Nurem – tym wspólnym mianownikiem był ATOM.

Izraelski uczony jest jednak daleki od tego, by syberyjski wybuch kojarzyć z atomowymi czy wodorowymi głowicami, jednakże zasadnicze przesłanki zjawisk tam zachodzących są wręcz zdumiewająco podobne do siebie i działania ICBM[12] wyposażonych w wodorowe głowice bojowe. Dlatego Ben-Menahem mówi o „efektach” pozaziemskiego ICBM, które zostały wywołane przez Meteoryt Tunguski. Idzie tutaj o efekty eksplozji o mocy 12,5 Mt TNT.

I tak, jakkolwiek byśmy na ten problem nie patrzyli, i z którejkolwiek strony doń nie podchodzili, końcowy rezultat jest zawsze taki sam – dochodzimy do wybuchu jądrowego – do którego doszło w dniu 30 czerwca 1908 roku, a który spustoszył tajgę na obszarze nie mniejszym, niż 1.000 km2.

Udowodnimy poprawność tego stwierdzenia także według innych szczegółów i dalszych detali.

 

14.4. Świetlne fenomeny wczoraj i dziś.

 

Najpierw powróćmy do naszych rozmów w pracowni WBM AN ZSRR. Wszyscy trzej uczeni: Pietrow, Zotkin i Jawnel – z którymi przeprowadzałem wtedy wywiady – energicznie odrzucili hipotezę o tunguskim wybuchu jądrowym. Porozmawialiśmy wtedy także o nocnych fenomenach świetlnych – wieczornym świcie.

Najpierw coś takiego zaobserwowano po wybuchu wulkanu Karkatau, w dniu 27 sierpnia 1883 roku. Fenomen ten został spowodowany przez pył, który został wystrzelony w atmosferę – a dokładniej – w jej górne warstwy. Pył ten spowodował niezwykle barwne, krwawe zachody Słońca, co trwało przez cały rok. W roku 1908 doszło do takiego samego zjawiska, tym razem też po nieprawdopodobnie silnej eksplozji. Niebo wydzielało z siebie przedziwne zielono-żółto-pomarańczowe pałanie, które było bardzo intensywne przez trzy dni, ale obserwowano je jeszcze słabnące przez kilka tygodni. Tajemnicza gra świateł była obserwowana i rejestrowana – jak w przypadku Krakatau – na całym świecie.

Prof. Pietrow i niektórzy członkowie AN ZSRR wyjaśniali opisane zjawisko przejściem Ziemi przez gazowy ogon komety, której lodowa głowa spowodowała katastrofę tunguską. Dr Zotkin uważa za przyczynę nienormalnego zmierzchu kometę P/Encke. Podstawą tego zjawiska byłby zatem pył, który towarzyszył temu ciału niebieskiemu w locie po orbicie wokółsłonecznej. I takie wyjaśnienie moglibyśmy przyjąć i się nim uspokoić, ale na drodze ku temu stanęły nam niepokojące fakty zaobserwowane w czasie atomowych testów – ot, chociażby w Alamogordo, NM, gdzie po kilku wybuchach jądrowych widziano dziwne efekty świetlne na niebie... były one zjawiskowo podobne do fenomenów widzianych po wybuchu wulkanu Krakatau i po eksplozji tunguskiej. Zagadkowe zjawiska świetlne znikły po kilku dniach.

Z naukowego punktu widzenia, już od dawna było wiadomo, czym się różnią atmosferyczne zaburzenia po erupcjach wulkanicznych od tych, po eksplozjach jądrowych. Po wybuchu wulkanicznym, cząstki materii były wyrzucane do górnych warstw atmosfery o wiele wyżej, niż to powodował grzyb po eksplozji atomowej, który pod wpływem prądów atmosferycznych[13] rozwiewał się w atmosferze. Pył po erupcji wulkanicznej wzbijał się w górne warstwy atmosfery i tam wisiał, tworząc pas szeroki na 5 km wokół całej Ziemi. Zachodzące Słońce oświetlało spod horyzontu jego dolne warstwy i stwarzało to widowiskowe wschody i zachody Słońca – tak było zawsze po erupcji Krakatau i innych wulkanów. Zjawisko to trwało póki, póty pył nie opadł na powierzchnię Ziemi.

Po eksplozjach jądrowych i termojądrowych proces te trwa o wiele krócej i efekty świetlne kończą się po kilku dniach. Dokładnie tak, jak po tunguskiej katastrofie! Czyż jest to tylko zwykły przypadek???...                                                      

Pogląd uczonych z WBM AN ZSRR – wedle których te fenomeny są li tylko efektem spotkania Ziemi z warkoczem komety – nie wygląda mi na przekonywujący. W czasie swej historii Ziemia niejednokrotnie przechodziła przez warkocze komet i przy tej okazji nikt nie zaobserwował takich fenomenów świetlnych, nie mówiąc już o burzy magnetycznej!... Podobnie rzecz się ma z pozostałościami meteorytu – trudno przypuścić, by jego cząstki poleciały w atmosferę na setki kilometrów – nie mówiąc już o tym, że nie byłyby one w stanie odbijać światło z taką intensywnością! Co więcej – jak to możliwe, że cząstki były w stanie przebyć w ciągu tych kilku godzin dystans pomiędzy Tunguską a Wielką Brytanią? – i to na dodatek poruszając się w kierunku zachodnim? Zaś magnetyczne fenomeny są w teorii meteorytu jedynie balastem!

Nieoczekiwaną odpowiedź otrzymaliśmy w sierpniu 1958 roku, po amerykańskim teście jądrowym na Oceanie Spokojnym: wybuchy termojądrowe spowodowały zaburzenia w ziemskim polu magnetycznym! A zarazem mamy kolejna analogię do wybuchu tunguskiego. Po pacyficznych testach termojądrowych na Bikini, Eniwetok i innych rajskich wyspach, doszło także do niezwykłego „nocnego światu”, który tym razem nie był tak intensywny, jak te z 1908 roku...

A zatem istnieją realne i konkretne przesłanki, by uważać, że tunguska eksplozja ma swój rodowód w reakcjach jądrowych lub termojądrowych!

Co jeszcze o tym świadczy?

Na przykład ogromny pożar lasu, który rozprzestrzenił się w okręgu 15...18 km od epicentrum eksplozji. Wszystko wskazuje na to, że nie chodzi tu bynajmniej o „zwyczajny” pożar! Wydaje się, że przyczyna była fala nagłego żaru, co udowadniają wypowiedzi naocznych świadków.

Jeszcze dramatyczniej ujmują to mieszkańcy Wanawary i Teterii – w większości miejscowi Ewenkowie – które w 1926 roku zapisał etnograf Susłow. Pierwszy pochodzi od Akuliny Potapowicz – wdowie po bracie Ilii Potapowicza – tego samego, który prowadził w tajgę Leonida Kulika. Pani Akulina wspominała to tak:

Wczesnym rankiem, kiedy jeszcze wszyscy spali w swych pokojach, została wraz ze wszystkimi wyrzucona w powietrze przez moment straciliśmy przytomność, a kiedy się jako tako pozbieraliśmy, to zobaczyliśmy spustoszony okoliczny lat i ogłuszył nas straszliwy huk, który jakby nas otaczał.

Ziemia chwiała się i słychać było niewiarygodnie długi grzmot. Wszystko wokół było pokryte pyłem i zasnute dymem płonących drzew.

I.M. Susłow w czasie swej pierwszej wizyty w faktorii Wanawara przepytał jeszcze 16 Ewenków. Ich relacje były zbieżne. Padająca kula ognista zapaliła drzewa, uśmierciła psy, zraniła ludzi i renifery oraz zniszczyła las w tajdze.

 

14.5. Ślady ognia na drzewach.

 

Prof. Pietrow nie widzi w tym nic nadzwyczajnego. Według niego był tam gigantyczny leśny pożar, który spowodowała głowa komety i fale udarowe. Istnieje jednak kilka poważnych kontrargumentów:

Normalny pożar leśny zniszczyłby wszystko, co znajdowałoby się w jego zasięgu, ale w danym przypadku chodzi tylko o zniszczenie pewnych miejsc na drzewach. Tych opaleń nie mogły spowodować tylko rozżarzone gazy. Gdyby to była tak silna fala uderzeniowa, to spustoszyłaby ona las w promieniu co najmniej 100 km, a nie 20-22 km. Ta i inne okoliczności prowadzą do wniosku, że eksplozja ciała tunguskiego doprowadziła do opaleń drzew w promieniu 15-18 km – dokładnie tak, jak to ma miejsce w czasie testów jądrowych i jest to podstawowy syndrom wybuchu nuklearnego.

I Zołotowa i Fłorieńskiego zmusiły do tego wniosku orzeczenia specjalistów: strażaków i leśników, którzy orzekli, że pożar wybuchł nie w jednym, ale w kilku miejscach! Pisze Zołotow:

Na tym obszarze spotyka się spalone i nie spalone miejsca. Niektóre gałęzie są spalone ogniem, inne zaś nietknięte i to na wierzchołkach.

Zwolennicy hipotezy o wybuchu atomowym nad tajgą nie mieli łatwego życia, bowiem ich poglądy nie są łatwe do udowodnienia po tylu latach, które upłynęły od chwili wybuchu. Matematyk i astronom dr Felix Zigel opisał „syndrom rozsianego pożaru lasu” następującymi słowy:

Oznaczałoby to, że drzewa były spalone przez błysk eksplozji. Do zapalenia się ich doszło tam, gdzie gałęzie i listowie nie wytworzyły ochronnego cienia, ergo – musiało tu chodzić o wpływ promieniowania.

Z drugiej strony prof. Pietrow próbował zbić ten wniosek przy pomocy twierdzenia, że w przypadku znalezienia tunguskiej radioaktywności, chodziło jedynie i tylko o wpływ miękkiego promieniowania X obiektu kosmicznego, co nie spotkało się z aprobatą i zainteresowaniem. Jednak w 1959 roku udało się wykazać, że tam znajduje się radioaktywność. Początkowo sądzono, że została ona spowodowana przez promienisty fall-out po radzieckich próbach termojądrowych, aliści szybko okazało się, że panowała ona jedynie w epicentrum eksplozji i było tego 1,5-raza więcej, niż w odległości 30-40 km od niego!

Także i tą okoliczność prof. Pietrow usiłował zbagatelizować:

Pożar lasy spowodował szybszy wzrost flory – jeżeli idzie o gęstsze słoje drzew, to podobne zjawisko obserwowano w czasie innych pożarów lasów...

Ba! – ale jak tu wyjaśnić rezultaty badań Plechanowa, który tę radioaktywność wykrył w próbkach gleby i słojach drzew? W słoju drzewnym wytworzonym w 1908 roku badacze odkryli obecność radionuklidu 137Cs w ilości dwukrotnie większej, niż poziom tła. Wiadomo, że drzewa, które wyrosły po eksplozji wyrosły dwukrotnie wyżej, od drzew rosnących przed katastrofą, zaś u drzew, które przeżyły katastrofę zwiększyła się tzw. produkcja masy drzewnej – drzewa są 4-krotnie grubsze, niż odpowiadałoby to ich wiekowi. A zatem trzymanie się hipotezy o eksplozji nuklearnej jest ze wszech miar uzasadnione!

 

14.6. Intensywny wzrost flory.

 

Po atomowym bombardowaniu miast japońskich odnotowano tam dostrzegalny i bardzo intensywny wzrost flory – jak widać obszar bombardowania nie był całkowicie wysterylizowany przez błysk promieniowania γ. Dokładnie coś podobnego miało miejsce na Syberii wiele lat wcześniej – w 1908 roku. Ten pomysł można poprzeć także innymi przesłankami. Chciałbym tutaj przypomnieć Czytelnikowi relację rolnika S. P. Siemionowa o tym, że było mu tak gorąco, że koszula przylepiła mu się do ciała i miał uczucie, jakby paliły mu się plecy. Inny mieszkaniec Wanawary – P. P. Kosołapow opisywał straszliwy żar, który mu sparzył uszy. Dr Zigel doszedł na podstawie tego do następujących wniosków:

Energia promieniowania wywołała w Wanawarze – odległej o 70 km od epicentrum eksplozji – uczucie poparzenia, co oznacza ilość energii wynoszącą nie mniej, niż 0,6 cal/cm2. Błysk eksplozji był tak silny, że przedmioty rzucały cień w pełnym blasku Słońca, i to w miejscowości Kieszma odległej o 200 km od hipocentrum katastrofy. Niezależnie od siebie przeprowadzone obliczenia wykazują, że energia błysku tej eksplozji stanowiła kilka dziesiątych części sumarycznej energii tego wybuchu.[14]

Przytoczony tutaj wzajemny stosunek energii promieniowania do całkowitej energii wybuchu odpowiada jedynie eksplozji nuklearnej, której temperaturę wyliczono na kilka milionów stopni Celsjusza.

I jeszcze jedna parantela zasługuje na uwagę. W 1957 roku, dr A. A. Jawnel odkrył w próbkach gleby, które przywiózł Leonid Kulik do Moskwy, mikroskopijnie małe twory, które przypominały małe kuleczki ze szkła. Były one stopione w formacje, które przypominały kiście winogron. Znaleziono je w glebie i pniach drzew. Składały się one z dwutlenku krzemu i magnetytu – i ponad wszelką wątpliwość udowodniono ich pozaziemskie pochodzenie.

Interesującym jest to, że po amerykańskich próbach atomowych w Nowym Meksyku znaleziono identyczne twory. Wedle oficjalnej teorii – kuleczki tunguskie są pozostałościami meteorytu po jego eksplozji w atmosferze, ale jedno jest absolutnie pewne – czy to w Nowym Meksyku, czy to na Syberii – kuleczki te powstały wskutek działania straszliwego żaru. Kuleczki z Alamogordo mają wygląd jak zielone szkło i uczeni nadali mu nazwę trinityt[15], których powstanie było proste: ognista kula atomowej eksplozji zassała ziemię i piasek, roztopiła je, i rozpyliła, a następnie zrzuciła te kuleczki na miejsce eksplozji. Zielone trinitytowe kuleczki znaleziono w promieniu 350 m od PUNKTU ZERO wybuchu...

A jak było w rejonie Podkamiennej Tunguskiej? Czy były to resztki meteorytu – a może zeszklone szczątki obiektu, który wybuchł nad tajgą?[16]

Na te pytania nie ma jeszcze odpowiedzi...

 

14.7. Dziwne choroby.

 

Nie chciałbym podać Czytelnikowi definitywnego osądu tego wydarzenia, bowiem wysnucie ostatecznego wniosku jest w tej chwili niemożliwe. Dlatego właśnie przedstawiłem wszystkie „pro” i „kontra” hipotezie, że w dniu 30 czerwca 1908 roku nad tunguską tajgą doszło do eksplozji atomowej. Wszelkie przesłanki wskazują na to, że ta hipoteza tłumaczy wszystkie osobliwości tego wydarzenia: niezwykłe zjawiska świetlne na niebie, dziwny pożar lasu, anomalny wzrost flory oraz zagadkowe choroby ludzi i zwierząt, na które cierpiały one po wybuchu tajemniczego „gościa” z Kosmosu.

Czy ta dziwna choroba była spowodowana przez promieniowanie jonizujące, które do dziś dnia można zmierzyć na tym obszarze?

W tym kontekście jest interesującą pewna rzecz, która miała miejsce w Alamogordo, w 1945 roku, po ukończeniu atomowych prób: radioaktywny fall-out podobny do białej chmury po opadnięciu na ziemię pozostawił po sobie w odległości powyżej 100 km od PUNKTU ZERO – szare plamy na skórze pasącego się tam bydła. Była to dokładnie   t a k a   s a m a   w swych symptomach choroba, która przed niemal 100 laty dotknęła renifery i inne zwierzęta na rażonym eksplozją terenie Syberii. Miejscowi pasterze opowiadali etnografowi Susłowowi o „świerzbie”, który trapił ich stada. Susłow i inni badacze dowiedzieli się, że tubylcy, którzy udali się na miejsce eksplozji, po powrocie zapadli na jakąś zagadkową chorobę.

Ewenkowie, którzy zamieszkują tę część tajgi, wciąż przypisują to wydarzenie interwencji bogu ognia i gromów – Ogdy’emu – który zstąpił wtedy z niebios i poraził nieszczęśników, którzy mieli pecha się znaleźć w strefie zakazanej przy pomocy niewidzialnego ognia!!! Czy za tym niewidzialnym ogniem nie ukrywa się zwyczajne promieniowanie jonizujące???

Z różnych informacji pochodzących od znanych radzieckich i rosyjskich badaczy, francuski uczony prof. Barnier wysnuł następującą diagnozę:

Mieszkańcom tego syberyjskiego rejonu zdarzyło się podłapać jakieś trwałe zachorowanie; zagadkową chorobę, która trwała długo po katastrofie; nie gojące się rany, rodziły się spotworniałe dzieci i zwierzęta też wydawały na świat spotworniałe młode...

Nie udało się mi stwierdzić, czy ta diagnoza jest prawdziwa. Moi konsultanci z WBM AN ZSRR odmówili jej potwierdzenia. Aleksander Kazancew natomiast stwierdził, że o czymś takim słyszał. Kiedy go odwiedziłem w jego moskiewskim mieszkaniu, pokazał mi prace matematyka i fizyka w jednej osobie dr Władimira Mechedowa, w której było potwierdzone znalezienie radioaktywności w tajdze. Wniosek Mechedowa mój rozmówca tak skomentował:

I ponownie wracamy do tego – co jest bardziej fantastyczne – do hipotezy, że tunguska katastrofa była skutkiem awarii kosmolotu, który jako materiału pędnego używał antymaterii...

To, czy była to antymateria, czy „tylko” zwyczajne paliwo jądrowe – to, co 30 czerwca 1908 roku spowodowało niesamowity wybuch w tunguskiej tajdze niezwykłego ciała kosmicznego stanowi   o s t a t n i ą   zagadkę, która czeka na swe definitywne rozwiązanie. To jest zadanie dla ludzi z pokolenia, które wejdzie w III Tysiąclecie...



[1] Hel przechodzi w stan ciekły w temperaturze 1,06 K (-272,2oC) i ciśnieniu 26 atm, zaś wrze w temperaturze 4,33 K (-268,934oC).

[2] Izotop 3He ma to do siebie, że jest pochłaniaczem neutronów, co przebiega zgodnie z reakcją: 3He + n → 4He,  i może spowodować tzw. „zakiśnięcie” bomby wodorowej poprzez spadek wydajności reakcji syntezy termonuklearnej i spadek mocy eksplozji oraz błysku neutronowego nawet o 50%.

[3] Reakcje termonuklearne wymagają zwykłego wodoru – 1H, ciężkiego wodoru – deuteru (D) – 2H i superciężkiego wodoru – trytu (T) – 3H, ostatnio mówi się także o hiperciężkich izotopach wodoru: 4H i 5H. Przebiegają one wedle wzorów:

1.       H + H → He + β+ + ν + 1,44 MeV

2.       D + D → H + T + 3,25 MeV

3.       D + D → 3He + n = 4 MeV

4.       D + T → He + n + 17,6 MeV

5.       4H → He+ 2β- + 26 MeV

6.       6Li + n → He + 3H + 4,7 MeV

Jak widać to ze wzoru 6 – lit jest także dobrym paliwem do reakcji termojądrowych. Wszystkie te reakcje wymagają znacznie wyższych ciśnień i temperatur, niż to podał autor.  

[4] Byłby to zatem elektrowybuch o ogromnej mocy.

[5] W języku polskim używa się określenia Nieznany Obiekt Latający – Unknown Flying Object, co jest naszym zdaniem terminem bardziej odpowiadającym rzeczywistości. Ostatnio w literaturze światowej przyjęła się nazwa Unknown Aerial Phenomenon – Nieznane Zjawisko Powietrzne – UAP.

[6] Autorowi najprawdopodobniej chodzi o atomowy poligon w Semipałatyńsku. Poligon Łob Nur (Lop Noor) i drugi na Takla-Makan leży na terenie Ch.R.L.

[7] Wydarzenia tego rodzaju – tylko w mniejszej skali – wydarzyły się jednak w Polsce, w dniu 14 stycznia 1993 roku (Jerzmanowice) i w Rosji w nocy 25/26 września 2002 roku (Witim).

[8] Nieścisłość: tylko dwukrotnie, bowiem powierzchnia Wielkiej Brytanii wynosi aż 244.870 km2.

[9] Czyli dokładnie takim, pod jakim wchodzi w atmosferę większość statków kosmicznych i wahadłowców w locie ku powierzchni naszej planety.

[10] Eksplozja w Jerzmanowicach była słyszalna w promieniu 30 km, zaś jej błysk widziano aż w odległości do 70 km.

[11] Faktycznie nie była to jedna fala, ale cały ciąg kilkunastu fal, które poruszały się z różnymi prędkościami, stąd ich średnia prędkość nazywana jest prędkością grupową.

[12] InterContinental Ballistic Missile – międzykontynentalny pocisk balistyczny.

[13] Chodzi tutaj o tzw. jet-stream – silny wiatr stratosferyczny, który przenosi radioaktywny fall-out na ogromne odległości – jak dowiodły tego wypadki po katastrofie w Czarnobylskiej EJ.

[14] Maksymalne szacunki stwierdzają, że 10% całkowitej energii eksplozji tunguskiej zostało zamienione w błysk promieniowania termicznego, świetlnego, jonizującego i przenikliwego – γ.

[15] Nazwa pochodzi od kryptonimu pierwszej doświadczalnej eksplozji jądrowej „Trinity” – Trójca Święta. Po katastrofie w Czarnobylu uczeni odkryli kolejny sztuczny minerał i nazwali go czarnobylit. Powstał on w wyniku stopienia się piasku z aluminium, berylem, borem i paliwem jądrowym oraz produktami jego rozpadu, dlatego jest on silnie radioaktywny. 

[16] Kulki te są podobne w swym składzie chemicznym do tektytów. Polski meteorytolog mgr Andrzej Kotowiecki uważa je za pozostałości po dawnych konstrukcjach kosmicznych przeszłych cywilizacji, jakie zamieszkiwały onegdaj Ziemię, a zatem hipoteza kosmolotu i eksplozji nuklearnej w kontekście katastrofy tunguskiej zyskałaby kolejny punkt „pro”.