Powered By Blogger

niedziela, 28 sierpnia 2011

Atlantyda i Agharta (11)





Raj na Ziemi, a może poza Ziemią?

Szamballa – ta nazwa wielu ludziom kojarzy się z istnieniem jakiegoś Raju, Ogrodu Eden czy jeszcze innej krainy wiecznej szczęśliwości i Ostatecznej Mądrości. Istnieli ludzie, którzy poszukiwali tego Raju na naszej planecie sądząc, że jest to konkretna kraina geograficzna. I o jednym z nich mówi ten artykuł Konstantina Kolcowa opublikowany w rosyjskim czasopiśmie „Kalejdoskop NLO” nr 31/2007.

Niezwykłe CV

Mikołaj Roerich. Kiedy wspominamy to nazwisko, to u większości ludzi kojarzy się ono z przepięknymi obrazami. Nikołaj Konstantynowicz był bardzo utalentowanym człowiekiem, który potrafił się uzewnętrzniać w różnych dziedzinach życia i sztuki. Malarz, uczony, filozof, działacz kultury, pisarz i podróżnik… Przede wszystkim sam Roerich uznał za swe największe życiowe osiągnięcie swoje podróże do Azji Środkowej. Sam on dzielił swe życie na dwa etapy: przygotowanie ekspedycji i opracowanie jej wyników.

Nikołaj Roerich urodził się w dniu 9 października 1874 roku w Sankt Petersburgu. Protoplaści rodu Roerichów (z Norwegii) pojawili się w Rosji w XVIII wieku. Zainteresowanie sprawami Wschodu i Azji Środkowej ujawniło się u Roericha bardzo wcześnie. Była po tyemu dobra atmosfera w domu. Młodzieniec niejednokrotnie zabierał głos w dyskusjach historycznych, literackich i naukowych na temat Wschodu. […]

Po roku 1900, Mikołaj Konstantynowicz wraz ze swą żoną Heleną Iwanowną z domu Szaposznikowa zabrał się do studiowania kultury i filozofii hinduskiej. W roku 1913 opublikował on artykuł pt. Indyjska droga, w którym pisał o doniosłości badań kultury tego kraju i zorganizowania tam ekspedycji. No to jest oczywiste, że jako prawdziwy uczony nie mógł polegać tylko na książkowych poszukiwaniach zza biurka. Tuż przed rozpoczęciem I Wojny Światowej wraz ze swym przyjacielem, archeologiem Gołubiewym, Roerich zaczyna przygotowywać się do podróży, której celem jest zbadanie pierwotnych źródeł filozofii Wschodu i starożytnych pomników kultury.

Po przewrocie komunistycznym

No, ale w roku 1917 nastąpił przewrót bolszewicki, który zmienił los jego ojczyzny. Ten renesansowy artysta zrozumiał, że z objętej wojną domową Rosji nie wyjedzie do Indii. Tak zatem najpierw przebija się do Finlandii, a potem wyjeżdża do Wielkiej Brytanii. I to właśnie w stolicy Imperium Brytyjskiego, od rosyjskich teozofów po raz pierwszy usłyszał o Szamballi. Dawne legendy głosiły, że gdzieś tam, wysoko w górach, na granicy Indii i Chin znajduje się Szamballa – siedziba bogów i skarbnica dawnej wiedzy. Odnaleźć ten „Raj na Ziemi” usiłowało wielu podróżników na przestrzeni wielu, wielu wieków.

Należy odnotować, że Roerich od razu uwierzył w realność istnienia Szamballi, dla której znalazł odpowiednie miejsce na mapie – północno-zachodnią część Wyżyny Tybetańskiej. Ponadto on przypuszczał, że to właśnie tam człowiek może nabyć wiedzę pozwalającą na zharmonizowanie wewnętrznych i zewnętrznych energii, dzięki czemu osiągnie on wyższy stopień kosmicznej świadomości. Poza tym ów Rosjanin zamierzał stworzyć wewnątrz azjatyckiego kontynentu ogromne mongolsko-syberyjskie państwo – Nowy Kraj. (Podobne marzenia według Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego [1876-1945] żywił „Nowy Czyngiz–chan” generał-porucznik baron Roman Nicolaus Fiodorowicz Ungern von Sternberg [1886-1921] – dowódca kontrrewolucyjnej Azjatyckiej Dywizji Konnej i inni kontrrewolucjoniści – uwaga tłum.) Jego ustrój powinien opierać się na buddyjskim światopoglądzie i powinno ono być siedzibą żywego wcielenia Buddy. Innymi słowy mówiąc, miałaby się dokonać materializacja Północnej Szamballi na świecie.

No, ale pierwej należało znaleźć dowody na to na drodze poszukiwań. Nieoczekiwana pomoc nadeszła z Ameryki. Jankescy mecenasi dali rosyjskiemu malarzowi tyle pieniędzy, że mógł on nie tylko zorganizować ekspedycję, ale założyć w Nowym Jorku swe muzeum.

W grudniu 1923 roku, rodzina Roerichów rozpoczęła wielką wyprawę do Szamballi. Pierwszym przystankiem na ich drodze stało się maleńkie górskie księstwo Sikkim, gdzie nastąpiło długo oczekiwane spotkanie z tybetańskimi lamami. Mnisi wręczyli mu posłanie od władców Szamballi, które miano przekazać jak najszybciej Włodzimierzowi Iliczowi Leninowi (1870-1924). Malarz przerwał swą podróż i pojechał do Europy, gdzie dowiedział się o śmierci „wodza proletariatu”.

Ekspedycja

Ruszyć dalej z ekspedycją udało się w sierpniu 1925 roku. Pod jego kierownictwem znajdowało się 50 ludzi i 80 jucznych koni. I tak karawanie tej udało się przejść pierwszy krąg tajemniczego w Środkowej Azji na szlaku karawanowym wiodącym przez Pendżab, Kaszmir, Mały Tybet, Hotan, Jarkend, Kaszgar i Turfan. Podróżników czekała przeprawa przez wysokogórskie przełęcze i rwące górskie rzeki oraz przez tereny różnych plemion – nie zawsze pokojowo nastawionych do przybyszów. Już pierwsza burza śnieżna – typowy syberyjski burań omal nie postawił krzyżyka na ich planach – Roerichowie i ich towarzysze tylko dzięki temu uszli z życiem, że tybetańskie koniki odnalazły drogę w szalejącej zamieci…

Potem do ekspedycji dołączył się tajemniczy mongolski lama – mówiąc wprost po rosyjsku – agent GPU (sowieckiej tajnej policji politycznej, późniejszemu KGB – przyp. tłum.) Jakow Bliumkin planujący przy pomocy Roericha dostanie się do Tybetu i wywołanie tam rewolucji. (Wzmiankowany już tutaj A. F. Ossendowski opisuje w powieściach „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” oraz „Lenin” tego rodzaju działalność czerwonej agentury w Mandżurii i Mongolii, której celem było zniszczenie bazy dla działalności kontrrewolucyjnej na Syberii oraz wywołania tam komunistycznych przewrotów na wzór Rewolucji Październikowej – przyp. tłum.) Ten fakt doszedł do brytyjskiego wywiadu, który otrzymał zadanie zatrzymania „czerwonych szpiegów”. W październiku 1925 roku, na rozkaz brytyjskiego rezydenta w Tybecie Bailey’a, Roerich został zatrzymany w chińskim Sińczianie i zabroniono mu iść dalej. Po 6-miesięcznym oczekiwaniu karawana ruszyła na północ i przekroczyła sowiecką granicę.

Posłanie z Indii

W lipcu 1926 roku, Roerich odwiedził Moskwę i wręczył komisarzowi spraw zagranicznych Cziczerinowi posłanie od mahatmów (żywych świętych buddyjskich). Ten zatwardziały ateista z uśmieszkiem ironii przeczytał święty tekst posłania i o dziwo… - nakazał udzielić wszechstronnej pomocy i wsparcia podróżnikowi, którego droga wiodła teraz na Ałtaj.

Dalej ekspedycja poszła do Mongolii. Na ulicach Urgi (dziś Ułan Bator) miejscowi śpiewali pieśni o Szamballi. Słuchając ich podróżnik zrozumiał, że poszukiwany przezeń kraj znajduje się gdzieś blisko. Udali się oni zatem na pustynie Takla-Makan i Gobi. Wiele takich dziwnych faktów zebrał Mikołaj Konstantynowicz w czasie tej podróży, w której jego przewodnikami byli miejscowi mieszkańcy i lamowie. (Jest także drugie polonicum w tej sprawie i znajdujemy je w jednej z książek Alfreda Szklarskiego [1912-1992] – „Tajemnicza wyprawa Tomka”, w której autor zacytował mongolską legendę o krainie Ui lub Üi, pod którą miało znajdować się podziemne morze. Sama nazwa Ui jest pradawną nazwą dzisiejszego Tybetu – uwaga tłum.)

W jednym z rejonów pustyni Takla-Makan, położonym na północ od skalistych szczytów Karakorum tubylcy powiedzieli mu, że „za tamtą górą mieszkają święci ludzie, którzy ratują Ludzkość swą mądrością; wielu ludzi starało się ich zobaczyć, ale im się to nie udało – jak tylko wychodzili wyżej w górę, to nie mogli znaleźć drogi.” Hinduski przewodnik opowiedział Roerichowi o istnieniu w górach Karakorum ogromnych pieczar, w których zbierano skarby od samego początku historii. Twierdził on także, że widziano tam białych ludzi o wysokim wzroście, którzy znikali w głębi tych skalnych galerii. Sam Roerich niejednokrotnie znajdował w Tybecie takie oazy w takich surowych warunkach klimatycznych, gdzie istnienie ich było po prostu niemożliwe.

Po wielkiej wyprawie

Podróżnicy szli dawno zapomnianymi ścieżkami, obok ruin zapomnianych przez bogów i ludzi miast, pamiętających jeszcze rządy Czyngiz-chana. Niejednokrotnie napadali na nich koczownicy. Ale Tybetu nie udało się im pokonać: rząd Dalaj-lamy pod naciskiem Anglików nie wpuścił obcych na swoją ziemię.

Przez pięć miesięcy ekspedycja czekała na podejściach do Hassy – stolicy Tybetu – cierpiąc od chłodu i niestatków. Ludziom przyszło zimować na gołym stepie, w lodowatych wiatrach ścinających mrozem krew w żyłach. Padły prawie wszystkie konie i zmarła połowa przewodników. Ale Roerich nawet w takich warunkach nie przestał prowadzić swej pracy naukowej. Naniósł na mapę dziesiątki górskich szczytów, zebrał całe kolekcje zwierząt, minerałów i archeologicznych artefaktów.

Roerichowie cały czas wysyłali listy do Dalaj-lamy i gubernatora, ale w odpowiedzi otrzymywał same odmowy. Wreszcie Mikołaj Roerich porzucił myśl o przyjeździe do Lhassy, gdzie wedle legendy miało znajdować się wejście do Szamballi. Od tego momentu Szamballa nie miała dla niego niczego wspólnego z Tybetem – tym „muzealnym reliktem przeszłości”.

4 marca 1928 roku, podróżnicy wrócili z powrotem. Na tym zakończyła się podróż naszego wielkiego rodaka. Roerich jako pierwszy z Europejczyków dokonał przejścia Tybetu z północy na południe przez Transhimalaje i z wejściem do Indii.

Po powrocie z Tybetu, Roerich postanowił pozostać za granicą wiedząc, że w ZSRR WCzK (sowiecka policja polityczna, późniejszy GPU, OGPU, NKWD, NKGB i KGB – przyp. tłum.) likwidowała po kolei wszystkich jego kolegów i przyjaciół. W roku 1929 Mikołaj Konstantynowicz powołał do życia Instytut Badań Himalajów według oficjalnego oświadczenia – „w celu opracowania wyników ekspedycji i późniejszych badań”. Instytut ten znajdował się w osiedlu Nagar w dolinie Kulu, zachodnie Himalaje w Indiach. Z biegiem czasu Instytut stał się jego rezydencją. I tam właśnie on zmarł w dniu 13 grudnia 1947 roku. Do swego ostatniego dnia Mikołaj Konstantynowicz nie tracił nadziei na znalezienie legendarnej Szamballi. I marzył o powrocie do ojczyzny.

Podania o zagadkowej krainie duchowych przewodników i mędrców, istniejącej gdzieś tam na Wschodzie spotyka się w folklorze wielu krajów i narodów świata. Co stoi za tymi legendami? Czy jest to jedynie niezwykłej żywotności mit rozpowszechniony w wielu kulturach świata? A może to są tylko relacje dochodzące do nas z głębin Czasu mówiące o czymś, co istniało przed wiekami i teraz krążące wśród narodów świata? A oto materiał autorstwa Natalii Kowalewej z rosyjskiego czasopisma Kalejdoskop NLO nr 16/2007, nawiązujący do opublikowanego parę lat temu na łamach Nieznanego Świata raportu dr Ludmiły Szaposznikowej pt. Szamballa dawna i zagadkowa:

Zagadkowa kraina

Zgodnie z tym, co mówią ezoteryczne podania, Szamballa (także: Śambhallah, Shampullah czy literacka Shangri-la, w literaturze polskiej istnieje także nazwa Agharta spopularyzowana przez Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego w bestsellerowej powieści „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, Poznań 1923 – przyp. tłum.) jest krainą znajdującą się gdzieś na pograniczu Nepalu, Tybetu i Indii, w której to krainie mieszkają adepci wyższej jogi święci nauczyciele z poprzednich epok. Mieli oni władzę nad materią i innymi skrytymi siłami Przyrody już wtedy, kiedy nasi praprzodkowie zamieszkiwali jaskinie. Mieszkańcy tej zagadkowej krainy wyprzedzili naszą cywilizację w zakresie duchowego i naukowo-technicznego rozwoju. Niektórzy badacze fenomenu Szamballi wychodzą z założenia, że himalajskie Bractwo Adeptów składa się z potomków Atlantydów i Lemurejczyków, którzy ocaleli z totalnych kataklizmów. Ale w naukach teozofii i Agni Jogi istnieją jeszcze inne świadectwa. I tak w „Doktrynie tajemnej” („The Secret Doctrine”, 1888) Heleny Pietrownej  Bławatskiej mówi się o tym, że Szamballa istniała w czasach Atlantydy, a członkowie zagadkowego Bractwa Oświeconych nie tylko byli świadkami zguby ogromnego kontynentu, ale brali także czynny udział w ratowaniu co lepszych przedstawicieli cywilizacji Atlantydów.

Szamballijczycy w historii Ludzkości

Jak twierdzą ludzie uczeni w teozofii i Agni Jodze, legendarna kraina Wschodu była założona na naszej planecie dlatego, by towarzyszyć ewolucji Ludzkości, a przede wszystkim jej duchowemu rozwojowi. W ciągu całej historii Ziemi, członkowie zagadkowego Bractwa wcielali się (mówiąc po prostu rodzili się jako zwyczajni ludzie – przyp. aut.) w różnych krajach świata, by wnieść swój wkład w duchowy i intelektualny rozwój całego świata. I tak oto przedstawiciele Szamballi wnosili swój wkład w rozwój wszystkich aspektów kultury naszej cywilizacji. To właśnie rodem z Szamballi były znane postacie z naszej przeszłości, duchowi i polityczni przywódcy narodów, genialni twórcy sztuki i nauki, pionierzy i odkrywcy. Do nich ezoteryczna tradycja zalicza Paracelsusa i Dantego, Giordano Bruno i Pitagorasa, Platona-Aristoklesa i Apoloniusza z Tiany, Tomasso di Campabellę i Leonarda da Vinci, Akbara Wielkiego i Ramzesa II Wielkiego, Saint Germaine’a i Joannę d’Arc i wielu, wielu innych tajemniczych geniuszy, którzy zostawili swój jasny ślad w człowieczej historii…

Poprzednie epoki – co jest oczywiste – wniosły do podania o Szamballi różne nieprawdziwe, folklorystyczno-mitologiczne i religijne dodatkowe legendy. Jednakże w XIX i XX wieku fenomen Szamballi zostaje naświetlony na zupełnie nowym poziomie. Prawdziwe informacje o Szamballi zawędrowały na Zachód dzięki rosyjskim członkom Bractwa Adeptów – wspomnianej już Bławatskiej, a za nią rodzinie Roerichów. I prace Bławatskiej i nauki Agni Jogi (czyli Żywej Etyki) stały się tym sposobem najpełniejszymi najbardziej obiektywnymi źródłami wiedzy o życiu i działalności przedstawicieli Białego Bractwa, jak jeszcze teraz nazywa się Szamballę na Zachodzie. I Bławatska i Roerichowie otwarcie powiedzieli całemu światu o tym, że Szamballa to nie bajka ani czyjś wymysł, a coś realnego, zaś duchowi Nauczyciele Szamballi to realni ludzie z krwi i kości, którzy dysponują jednak niezwykłymi, paranormalnymi możliwościami, nawet wedle naszych standardów.

Nadchodzące zmiany

Dlaczego zatem ta tajemnicza, duchowa kraina Wschodu naraz dała znać o swym istnieniu i to do całego świata i ponadto – przekazała światu chronione przez wieki skarby naukowo-filozoficznego nauczania dostępne ongi tylko i wyłącznie Oświeconym? Sądząc z tego wszystkiego, duchowi Nauczyciele Wschodu odkryli przed światem tajemnice swego istnienia po to, by przekazać ludziom praktyczne nauki w bardzo trudnych czasach Przemiany Kosmicznych Epok. Dawni prorocy ze Wschodu i Zachodu unisono mówili o tym, że na Ziemi powinna nastąpić epoka wielkich kosmicznych zmian, które będą poprzedzone ogromnymi naturalnymi i socjalnymi kataklizmami. Nauki teozofii i Agni Jogi zawierają w sobie jeszcze ważniejszą naukową informację o charakterze i przyczynach stających przed planetą wydarzeń. Wiedza ta będzie pomocna ludziom do wstąpienia w nową kosmiczną epokę.

Za miejsce zamieszkania tego tajemniczego narodu Wschodu uważa się Dolinę Ukrytą w Himalajach, która wedle podań znajduje się w rejonie świętej wyżyny Kanczendżangi. (=> James Redfield – „Niebiańskie proroctwo”, „Dziesiąte wtajemniczenie” i „Tajemnica Shambhalli”, Warszawa 2000-2004 – przyp. tłum.) Na szczytach górskich otaczających dolinę leżą śniegi i hulają lodowate wiatry, zaś w samej Dolinie położonej w sercu gór biją gorące źródła – gejzery, zaś klimat tam jest subtropikalny. (Bardzo dokładnie pokazał to Charles Jarrott w filmie „Zaginiony horyzont” z 1973 roku, według powieści Jamesa Hiltona pod tym samym tytułem wydanej w 1936 roku, z muzyką i piosenkami Burta Bacharacha. Istnieje także starszy film w reżyserii Franka Capry z 1937 roku także traktujący o Shangri-la.  – uwaga tłum.) Do tej górskiej doliny, według legend, ze wszystkich stron Himalajów biegną doskonale zamaskowane podziemne przejścia i tunele. Innym razem te podziemne drogi zaczynają się w górskich jaskiniach, niekiedy w podziemnych katakumbach lamaickich klasztorów rozmieszczonych w praktycznie niedostępnych rejonach górzystego Tybetu (Bod-rang-skyong-ljongs po tybetańsku i Xīzàng Zìzhìqū po chińsku, aktualnie chińskiej prowincji od 1949 roku – przyp. tłum.). Drogi do świętych aśramów Szamballi mogą wieść także poprzez niebezpieczne górskie percie i eksponowane urwiska, przez chwiejne bambusowe mostki nad przepaścistymi kanionami i przepaściami.

Na przedpolach Szamballi

W opisach podróżników i relacjach kupców można wyczytać, że w czasie zbliżania się do zaczarowanych granic świętej krainy ludzie i zwierzęta odczuwali niezwykłe wrażenia, jakby uderzenia niewidzialnych promieni. W tych rejonach karawanowe zwierzęta i ludzie naraz zatrzymywali się i żadna siła nie mogła ich zmusić do przekroczenia świętych granic.

W książkach Nikołaja Konstantinowicza Roericha pisze się, że w stokach Himalajów znajduje się ogromna ilość jaskiń, w których – według oświadczeń tamtejszych wyznawców – zaczynają się podziemne korytarze, które ciągną się na wielkie odległości i dochodzą pod Kanczendżangę (nie mylić z himalajskim szczytem Kangczendzonga [K’ancz’endzönga, Kancz, Kanczendzanga] – 8586 m n.p.m. znajdującej się na granicy Nepalu i Indii (Sikkimu) we wschodniej części Himalajów, to są dwa różne pojęcia i nazwy geograficzne – uwaga tłum.) Te podziemne korytarze wiodą do przepięknej doliny, ukrytej w samym sercu gór. Podobne opisy podaje w swych pracach także inny badacz Azji – dr Ferdynand Ossendowski. W czasie jego podróży do Azji Środkowej mongolski lama opowiedział mu nie tylko o podziemnej sieci korytarzy i tuneli przylegającej do granic Świętej Doliny, ale i o istnieniu w tych tunelach ultraszybkich środków transportu – dziwnych świetlistych aparatów, które przemieszczają się tymi podziemnymi arteriami. Dr Ossendowski powołując się na mongolskich lamów twierdzi, ze w niektórych korytarzach i komorach podziemnych istnieje dziwne światło, w świetle którego rosną jarzyny i owoce.

Ku granicom Szamballi!

W czasie swych himalajskich ekspedycji N. K. Roerich nieraz rozpytywał buddyjskich tybetańskich mnichów o Szamballę, wspominając przy tym legendy o podziemnych korytarzach wiodących w górską Dolinę, w której zamieszkuje zagadkowe Bractwo Adeptów. Lamowie odpowiadali, że póki Mędrcy Wschodu nie życzą sobie, by ich niepokoiły tłumy ciekawskich z całego świata, to nieproszony gość nigdy nie dotrze do świątyń magicznego kraju. (Na ten temat pisze Jeremi Parnow – „Zbudź się w Famaguście” w „Fantastyka” nr 11-12/1983, w którym bohater dociera jednak do Szamballi. Innego zdania jest Mircea Eliade [1907-1986], który w noweli „Tajemnica doktora Hönigbergera”, Kraków 1983, twierdzi, że Szamballa jest poza- i ponadwymiarowym bytem i dotrzeć doń można tylko duchowo, a nie cieleśnie  – przyp. tłum.) Bez przewodnika można łatwo zginąć w poplątanym podziemnym labiryncie, gdzie ze szczelin wydobywają się naturalne gazy trujące, które na pewno zabiją ciekawskiego. Poza tym są jeszcze inne naturalne niebezpieczeństwa czyhające na wędrowca zmierzającego ku granicom Szamballi. Są to ekrany emanujące energią nieznaną zachodniej nauce.

A zatem Szamballa to nie mit, ale coś konkretnego, co jest jednak niedostępne naszej nauce? Wygląda na to, że na Ziemi razem z nami istnieje druga, wysoko rozwinięta cywilizacja, która za swój cel istnienia uznała pomoc w ewolucji całej planety i Ludzkości? Odpowiedź na to pytanie jest – jak sądzę bardzo daleko przed nami…

CDN.


sobota, 27 sierpnia 2011

Atlantyda i Agharta (10)










Ludmiła Szaposznikowa[1]

Szamballa dawna i zagadkowa

Aby zrozumieć współczesne życie duchowe mieszkańców Południowej i Centralnej Azji, należy znać ich korzenie, którymi sa ich dawne religie. Taką możliwość dało poznanie dziś mało komu znanej religii Bön, która przetrwała od czasów, w których ludzie po raz pierwszy zawładnęli siłami Przyrody. Wyznawcy tej religii żyją w jednym z klasztorów w Północnych Indiach. W owym klasztorze znajduje się bezcenne dziedzictwo ich dawnej kultury. Słynna radziecka uczona, indolog opowiada o tym, czego dowiedziała się w trakcie swej podróży odbytej do Indii.

* * *

Mapę Szamballi[2] rysowano w garażu Lokesha Chandry. Rysowali ja długo, oblewając się potem w niesamowitym skwarze Delhi. Było ich trzech: rimpoche[3] - Senge Tenzing Djongdon i dwóch lamów, którzy przeszli z rimpoche całą drogę z Tybetu do Indii. Uciekli z Tybetu tajemnymi ścieżkami, prowadzącymi poprzez śnieżne przełęcze, których podejścia były strome, a zejścia niebezpieczne. Ci, z którymi przyszło się im spotkać na śnieżnych górskich drogach odnosili się do nich nieufnie. Większość z nich była buddystami, zaś oni byli wyznawcami starej religii Bön, reliktowego przed-buddyjskiego kultu, co stanowiło dla nich znaczne utrudnienie w podróży. Poza tym nieśli oni ze sobą i na sobie bezcenne manuskrypty. Te, których nie mogli zabrać ze sobą, poukrywali w tajnych skrytkach i jaskiniach. Rękopisy te przedstawiały stan opłakany. Najwiekszą wiedzę o nich uzyskał młody indyjski uczony dr Lokesh Chandra, który wyłuskał rimpoche i lamów z poczekalni delhijskiego dworca kolejowego. I właśnie dlatego stał się on słynnem tybetologiem i dyrektorem Międzynarodowej Akademii Kultury Indyjskiej. A zaczął on niemal od zera, maleńkiego mieszkania z garażem, w którym stał rozklekotany hindustan. Garaż ten oddał do dyspozycji rimpochemu i lamom, bo to było wszystko, w czym mógł im pomóc. W kacie garażu stał stosik bezcennych dzieł – nie było tego wiele, lecz dzięki fenomenalnie wytrenowanej pamięci rimpochego i lamów udało się odtworzyć utracone rękopisy. Dlatego też pracowali oni bez wytchnienia, dniem i nocą, w dusznym garażu Lokesha, aby odtworzyć i uratować od zapomnienia swą dawną tradycję, kulturę i duchowy dorobek.

Znajdziemy wspólny język

Zaczęli od czegoś najprostszego i oczywistego, o czym ludzie powinni zawsze pamiętać przekazując coś potomnym. Narysowali mapę Szamballi. Starodawne rękopisy Bönu opisywały dawna tradycję tego tajemniczego kraju, w którym żyją ludzie równi bogom i Wielcy Nauczyciele (Naacalowie). Tradycja ta liczy wiele podeszłych w mgłę zapomnienia tysiącleci, których nikt jeszcze nie próbował nawet policzyć… Nie było w tym nic niezwykłego. Najważniejszym było ustalenie miejsca i czasu, choćby tylko proksymalnie, w których Szamballa istniała. Byli przekonani o tym, że tylko oni, tj. Bön zna tajemnicę tej krainy, a buddyści jedynie kanonizowali to, o czym już dawno wiedzieli wyznawcy i mędrcy Bönu.

Kilkumiesięczny, natężony do granic możliwości trud przeznaczono na to, by opracować mapę świętej krainy. Mapa ta nie przypominała w niczym naszych współczesnych map – nie było na niej południków i równoleżników, długości i szerokości geograficznych, znanych nam gór i rzek… Dziwna mapa, na której rzeczywistość mieszała się z mitem, choć jej autorzy znali już nasz świat, jednak daleko gorzej, niż ten legendarny. Mapę tą opublikowano dzięki pomocy Lokesha Chandry. Pierwsi zwrócili na nią uwagę radzieccy znawcy Wschodu – L. N. Gumilew i B. I. Kuzniecow, którzy skorelowali mapę Szamballi z współczesnymi mapami świata.[4] Powiadomili oni o tym rimpochego i tak nawiązała się pomiędzy nimi korespondencja. Ale to zdarzyło się o wiele później, wcześniej na pogórzu Himalajów powstał nowy klasztor Bönu, ku któremu zmierzali tybetańscy uciekinierzy, którzy otrzymali ziemię od indyjskiego rządu.

Wraz z rimpoche siedzieliśmy w jego klasztornych apartamentach – słowo „apartamenty” jest w tym przypadku eufemizmem, biorąc pod uwagę skromne wnętrze jego pokoju. Siedzieliśmy przy niziutkim stoliku, na którym leżała mapa Szamballi – ta narysowana przed laty w garażu Lokesha Chandry, kiedy był on jeszcze młodym przeorem klasztoru Bönu.

Poza tą mapą leżała tam jeszcze jedna, na której znajdował się plan jej stolicy – Kalapy.
- W jednym z naszych manuskryptów – mówił rimpoche Tenzing – znajduje się opis tego, jak powstał Wszechświat, jak powstali ludzie i jak powstała święta Szamballa. Uczeni, zwłaszcza europejscy plącza się w relacjach na temat jej lokalizacji. Niektórzy umieszczają ja w Iranie, ale nie zgodził się z nimi sir Aurell Stein, który twierdzi, że znajduje się ona w górach śnieżnego Kajłasu (Kailasu).
- A skąd znacie rimpoche, sir Aurella Steina? – zapytałam.
Uśmiechnął się.
- Wy europejscy uczeni – rzekł – nie chcecie zrozumiale pokazać naszego dawnego dziedzictwa. Wydaje się wam ono głupie i fantastyczne. Nie wgłębiacie się w nie, bo nie uznajecie go za godnego dogłębniejszego zbadania. My zaś interesujemy się wszystkimi waszymi dokonaniami. Chcemy bowiem was zrozumieć, poznać metody waszego myślenia naukowego, w celu opanowania go. Chcemy wam opowiedzieć o naszych tajemnicach waszym językiem pojęć. Dlatego też znam prace europejskich uczonych, którzy zajmowali się tymi problemami, w tym także wielkiego archeologa sir Aurella Steina. Powinniście pracować razem z nami, ale jedynie jednostki wychodzą nam naprzeciw. Czy słyszeliście o takich ludziach jak George (Jurij) Roerich i jego ojcu?
- Co?! – wykrzyknęłam – znaliście Jurija Roericha???
Rimpoche Tenzing roześmiał się widząc nieoczekiwany efekt swych słów.
- Pani reakcja – odparł – świadczy o tym, że też go pani dobrze zna. Był on jednym z pierwszych, który wyszedł nam naprzeciw, tak jak Csoma de Deresz, węgierski uczony, który pierwszy opracował zasady gramatyki języka tybetańskiego oraz kilku innych. Nasze życie ma tu także drugą stronę. Skończyła się nasza izolacja od reszty świata. Weszliśmy z nim w kontakt darując w zamian nasze rękopisy i mądrość. Weźcie je! Znajdźmy wspólny język i starajmy się porozumieć. Nie nazywajcie nas fantastami i opowiadaczami bajek!

Rimpoche pochylił się nad mapą i jego palec zatrzymał się na górze Kajłas i jeziorze Manasartowar, z którego zaczyna swój bieg Brahmaputra. Potem przesunął swym palcem w kierunku Mt. Everestu i jeziora Namche, zatrzymując go na grani Tang-la. Napisy na mapie były tybetańskie, więc początkowo rimpoche czytał mi je, a potem tylko objaśniał niektóre geograficzne nazwy.

Długo siedzieliśmy nad mapą rozmawiając i dyskutując. […] Na pierwszej mapie zobrazowano w przybliżeniu i niezbyt dokładnie rejon położony pomiędzy zachodnią częścią indyjskich Himalajów, Lhassą a Transhimalajami. Wyjaśniło się, że dawno temu, na tym terytorium znajdowało się państwo Szan-Szun podzielone na trzy części. Centralną część nazywano Szan-Szun Bu, pośrednią – Szan-Szun Par, zaś zewnętrzna nosiła nazwę Szan-Szun Go. Rimpoche Tenzing twierdził, że Szan-Szun Go zajmowała terytorium na pn-wsch od Kajłasu do klasztoru Bön o nazwie Czun-Po. Szan-Szun Par rozciągała się na zachód od Kajłasu i dochodziła do Afganistanu, natomiast Szan-Szun Bu była święta i błogosławioną Oł-mo-łun-rin, czyli Szamballą właśnie.

Rimpoche z jakiegoś nieznanego mi powodu zmienił temat i zaczął opowiadać o świętych miejscach wyznawców kultu Bön. Od Kajłasu, opodal którego stoi klasztor Czun-Łun należy iść na wschód do świętego jeziora Namche. Tam jest śnieżna grań Tang-La, która swym kształtem przypomina krater ogromnego wulkanu. Na szczytach tych zamieszkuje groźny górski bóg – Tang-La. Dosiada on białego konia, który nazywa się Lun-Po. Na środku jeziora stoi wysoka góra ze śnieżnym szczytem zwana Nam-co-to-rin (dosł. Serce Jeziora).

We wnętrzu tej góry znajduje się wiele jaskiń połączonych ze sobą skalnymi korytarzami. Nie można do nich wejść, bowiem strzeżone są przez tych, którym je powierzono. Wielu mędrców Bönu w nich przebywało, tam trawili czas na medytacjach i dlatego dla wyznawców Bönu i szanszuńskich mędrców jest to miejsce święte.

Potem rimpoche opowiedział o górze Tan-Ho na której mieszka zupełnie dziki bóg górski. Bożek ten jeździ na jaku i nikogo się nie boi. Nie zląkł się on nawet samego Padmasambhawy, który pokonał wszystkich górskich bogów i pozostał niepokonanym. Rimpoche zamilkł i spojrzał na mnie.

Na drodze do Wieży Tajemnic

- A teraz – rimpoche przerwał przedłużające się milczenie – spróbujemy zorientować się nieco na tej mapie Szan-Szun Bu. O, tutaj – rzekł wskazując palcem na rysunek – rośnie drzewo o czerwonych kwiatach, a nazywa się Pe-mi-dum-po i jest jednym ze znaków bliskości tajemniczej krainy. Pomiędzy nim a tymi skałami znajduje się duże jezioro. Na rysunku go nie było, widocznie rysownik był niewprawny. Gdy rysowaliśmy tą mapę w garażu Lokesha Chandry to nie mieliśmy dobrego rysownika, dlatego nie naniesiono tego jeziora, bo nie mieściło się na rysunku. A tutaj – palec rimpoche przesunął się od drzewa na północ, w kierunku schematycznie narysowanych gór – jest przejście. Przez to przejście nasz nauczyciel Shenrab szedł z tajnego państwa do Tybetu drogą biegnącą na zachód. Miejsce w którym stoi to drzewo i wznoszą się te skały nazywa się Me-Lha. Tamże mieszka groźny bóg ognia – Me…

Wyminęliśmy Me-Lha, gdzie spod ziemi wyrywały się języki płomieni i po sforsowaniu śnieżnej przełęczy zagłębiliśmy się w Tajemniczy Kraj. Krok po kroku, idąc w kierunku północno-zachodnim zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie stała Centralna Wieża. Przemierzyliśmy Kosmiczny Ogród i Ogrót Lotosów w którym na niebieskich wodach stawów o marmurowych brzegach kwitły lotosy wszystkich odmian i gatunków – od różowych do fioletowych. Stanęliśmy przy kolumnach wznoszących się w bezdenne niebo. Wykonano je z monolitycznych bloków kryształu górskiego[5], a ich przeźroczyste płaszczyzny pokrywało jakieś pismo.
- Czy to szanszun? – zapytałam rimpoche.
- Tak – potwierdził – to szanszun, dawny język bogów, pismo dawno już zapomniane…[6] Uchroniło się ono tylko na tych kolumnach.

Porzuciliśmy kryształowe kolumny i poszliśmy przez kilka ogrodów – był więc Ogród Królewski, Miedziany, Złoty… A potem pałace wkomponowane w skały i wodospady. Nad wygiętymi i wielopoziomowymi dachami płynęły obłoki. Za pałacami, gdzieś przy bliskim horyzoncie stały potężne szczyty gór. Każdy pałac miał swą nazwę: Pałac Szczęścia, Pałac Kosztowności, itd., nie wchodziliśmy do nich – spieszyliśmy się do Wieży, która wypiętrzała się przed nami zbudowana z wielkich bloków skalnych.

Stanęliśmy przed nią. Patrzyła na nas oczami szerokich okien w kamiennych ścianach.
- Ta Wieża, to coś najważniejszego na naszej planecie – rzekł rimpoche – liczy ona wiele setek tysiącleci, a kto wie, czy i nie milion lat… W tej wieży jest ukrywana Tajemnica. Tylko wielcy mędrcy Bönu – siddhowie mogli wchodzić do niej, a i to ci nieliczni. Nie mam odwagi zrobić tego z panią.
- Szkoda – pomyślałam – być tak blisko największej tajemnicy planety i odejść z niczym…
- Szkoda, wielka szkoda – powtórzył za mną rimpoche – ale na wszystko przyjdzie czas. Musimy już wracać.

Znów udaliśmy się w kierunku skał i kwitnącego drzewa, a potem weszliśmy na drogę do Tybetu. Następnie wpadliśmy do hinduskich Himalajów, do Simli, Solanu, a stąd do wsi Dolanji, skąd powróciliśmy do klasztoru Bönu i gabinetu jego przeora. Potem rimpoche Tenzing zaprowadził mnie do pokoju z wysokim sufitem i długimi, drewnianymi regałami biegnącymi wzdłuż bielonych ścian. Leżały na nich sterty książek, zarówno zwykłych jak i tybetańskich wydrukowanych zwykłą techniką na zwykłym papierze. Powstały one dzięki wydatnej pomocy Lokesha Chandry. Nakłady ich były niewielkie, najwyżej kilkaset egzemplarzy. Rimpoche podchodził do półki, wyjmował i wkładał książki…
- Udało się nam – mówił – opublikować ponad setkę manuskryptów, które znajdowały się w różnych klasztorach Tybetu. Mało kto o nich w ogóle wiedział. Literatura Bönu jest bardzo bogata, ale w naszych klasztorach bardzo niechętnie przyjmowano cudzoziemskich uczonych i równie niechętnie udostępniano im nasze pisma, które chroniono przed niepowołanymi oczami. No, ale teraz nastały nowe czasy i posyłamy nasze pisma uczonym zajmującym się Tybetem.

W leżących na półkach publikacjach znajdowały się traktaty astronomiczne, astrologiczne, medyczne, tantryczne, rytualne, historyczne czy kanoniczne dotyczące życia klasztornego. Osobne miejsce poświęcono wielkim magom i lamom Bönu. Samemu życiorysowi i dokonaniom założyciela Bönu, nauczyciela Shenraba było poświęcone dziesiątki książek.

Tutaj na stronicach tych książek żył cały świat dawnej kultury tybetu, zagadkowy i niezbadany. Świat czekający na swego odkrywcę…[7]

Siedziałam na stopieńkach i rozmyślałam o Bönie. Chciałam wreszcie zrozumieć, co to właściwie takiego. Tutaj w Dolanji zetknęłam się z tzw. zreformowanym Bönem – tym, który poniósł porażkę w wielokrotnej rywalizacji z buddyzmem. Niewiele z niego zostało – kilka klasztorów, garstka wyznawców, trochę ksiąg… A jak było wcześniej?

Wcześniej były czary, podległość siłom Przyrody, skomlenie szamanów.
- Bön – pisał J. M. Roerich – to konglomerat szamanizmu i religii pn-zach Indii. Ten kult Przyrody pochodzi z indoeuropejskiego pnia kulturowego, albo jak mi się wydaje z protoaryjskiego. Jednak jeszcze niczego nie można powiedzieć o tym pewnego.

Przedaryjski krąg kulturowy jest bardzo stary, i to właśnie umożliwiło przeżycie Bönowi. Krąg ten powstał gdzieś w zaraniu istnienia Ludzkości, w ogniu szamańskich ognisk, pierwszych petroglifach, pierwotnych świątyniach, których ołtarze zrobiono z grubo ciosanych menhirów. Ta protoreligia posłużyła za fundament wszystkim innym religiom – także buddyzmowi. Bön – ten nie zreformowany – także się na niej oparł, ale znacznie wcześniej niż buddyzm. Tak, jak istniał klasztor w Dolandji na szczycie góry, oddzielony od wioski leżącej u jej podnóża.

Tutaj obchodzili swe święta, kłaniali się swym duchom i czcili swych przodków. A na nizinie żyły swym życiem legendy o mądrych magach, Wielkiej Matce Ziemi i białym koniu Łun-Ta, na siodle którego siedzi tajemnicze Przeznaczenie. […]

Wyjeżdżałam z Dolandji i w mojej torbie podróżnej leżała mapa Tajemniczej Krainy wraz z kilkoma kolorowymi karteczkami z Białym Koniem Szczęścia Łun-Ta.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©    


[1] Dr Ludmiła Szaposznikowa doktor nauk historycznych, członek Związku Pisarzy ZSRR, laureatka Międzynarodowej Nagrody im. Javarharla Nehru, autorka szeregu prac poświęconych Indiom.
[2] Agharta, Shangri-La, Kraina d’Bus, Kraina Üi lub Ui.
[3] Przeor klasztoru lamaickiego.
[4] Zastosowano tutaj podobną metodę korelacji map do metody Charlesa Hapgooda, który użył jej do rozpracowania map zawartych w tureckiej księdze „Bayhire” autorstwa Piri Reisa.
[5] Jedna z postaci czystej krzemionki, dwutlenku krzemu – SiO2.
[6] U A. F. Ossendowskiego pismo to nazywa się „waten”.
[7] Opuszczono tutaj rozdział opisujący życie klasztorne, który nie wnosi niczego do sprawy Agharty.

piątek, 26 sierpnia 2011

Trawiasty AS w Kaliskim?



W dniu wczorajszym – 25.VIII – otrzymałem email od redakcji „Nieznanego Świata” z informacja na temat agrosymbolu znalezionego w trawie w Kaliskim. A oto treść tej info:

Witam,

Przesyłam ślady czegoś, fotki zrobiła córka, tel. kom. powstały wg opowiadań koleżanki w 33 tyg. właściciel zostawił z wrażenia nie wykoszoną łakę żeby ludzie mogli zobaczyc, a koleżanka się o tym dowiedziała w 34 tyg po powrocie z zagranicy i pojechałem z nią to zobaczyć. Jest to jakby świecznik kończy się przygniecionym kołem trawy, co widać na fotkach, trochę tego okręgu właściciel pewno przykosił kosiarką. Miejsce jest osłonięte laskiem i innymi drzewami, łączka ma wymiary ok. 100x 100m,a ślady są w prostokącie ok.5x15m. Podaję miejsce; Pietrzyków k/Kalisza między miejscowościami Opatówek i Koźminek mój tel. Xxxxxxxxx, Marek K.[1]

Ze zdjęć niewiele wynika, trudno powiedzieć, czy był to agrosymbol czy też przypadkowe legi trawy. A oto moja odpowiedź:

Witam Was,

- obejrzałem sobie te zdjęcia. Wyglądają one bardzo ciekawie, ale na podstawie samych zdjęć trudno powiedzieć, czy były one wygniecione przez zwierzęta czy zrobione w inny sposób: przy pomocy desek, stóp czy jakichś urządzeń technicznych. Osobiście nie spotkałem się z takimi agroformacjami, ale słyszałem o nich od wielu ludzi. Wykonano je podobnie jak agroznaki w zbożu, z tym że trawa podnosiła się szybciej niż źdźbła pszenicy czy żyta, co jest oczywiste, bowiem słoma jest bardzo podatna na trzy czynniki: nacisk, wilgotność i temperaturę - dzięki czemu można ją bardzo łatwo prasować i to do tego stopnia, że wygnieciona powierzchnia przypomina zwierciadło i odbija promienie słoneczne, które na nią padają. Tak więc BYĆ MOŻE jest to agrosymbol.

Waszą informację przekazuję do naszych Kolegów z IRG w Toruniu i Pana Adama Piekuta, którzy mogliby dokonać dokładniejszych oględzin tego agroznaku.

Dziękuję za sygnał i serdecznie pozdrawiam!

Robert K. Leśniakiewicz

I jak na razie sprawa ta jest w zawieszeniu.


[1] Imię, nazwisko i numer telefonu znane.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Atlantyda i Agharta (9)




W poszukiwaniach legendarnej Szamballi-Agharty

Wadim K. Ilin

Wśród dość hermetycznego kręgu ludzi cieszy się popularnością hipoteza o tym, że nasza Ziemia jest pusta w środku. Zwolennicy tej hipotezy stracili i nadal tracą wiele czasu i wysiłku na poszukiwania Wejścia lub Wejść otwierających drogę w te śródziemne przestrzenie. Sądzą oni, że takie Wejścia powinny znajdować się w pobliżu Biegunów – przede wszystkim w północnych, polarnych obszarach, inni mają nadzieję znaleźć je w górskich masywach Azji Centralnej – a szczególnie w Tybecie. Aktualnie poszukiwania „utajnionych drzwi” prowadzone są różnymi sposobami, w tym z wykorzystaniem różnych najnowszych metod naukowych zbierania informacji – od zdjęć satelitarnych do badań sejsmicznych.

A przez cały czas głównymi źródłami informacji dla badaczy były i są dziwne, tajemnicze manuskrypty i ustne przekazy. W jednej ze świętych ksiąg hinduizmu – „Bhagavat Puranie” mówi się o legendarnym maharadży Sagarze, mitycznym cesarzu Indii, którego synowie dokonali wielu niezwykłych czynów. Jednym z takich czynów stały się poszukiwania ofiarnego konia, poświęconego jednemu z głównych bóstw hinduizmu – gromowładnemu Indrze. Wypełniając rozkaz swego ojca, synowie w poszukiwaniach najpierw obeszli całą Ziemię po jej powierzchni. Nie znalazłszy go, synowie skierowali swe kroki ku północy i tam weszli w głąb Ziemi, gdzie znaleźli poszukiwanego konia i rishi – boskiego mędrca o imieniu Kapila, któremu – nie patrząc na jego boskość - zdrowo się dostało od rozgniewanych synów Sagary. W innych „Puranach” mówi się o niektórych szczegółach tej podziemnej ekspedycji. Mówi się w nich o tym, ze synowie maharadży w swych poszukiwaniach dotarli do brzegu Północnego Oceanu Lodowatego, ominęli je i tylko w ten sposób mogli dostać się do wnętrza Ziemi.

Z tym podaniem rywalizuje inna, jedna z najbardziej zachwycających i jedna z najbardziej tajemniczych legend Wschodu – legenda o cesarstwie Agharty. Znajduje się ono jakoby w głębinach Ziemi, w Wejście do niego (albo jedno z wejść) znajduje się gdzieś w Tybecie. Jak mówi się w najdawniejszych tekstach, i przekazywanych z pokolenia na pokolenia podań tybetańskich lamów – Aghartę zamieszkują potomkowie poprzedniej ziemskiej cywilizacji – dawniejszej i bardziej rozwiniętej od naszej – w tym przede wszystkim pod względem rozwoju duchowego.  Mieszkańcy Agharty żyją w pokoju i zgodzie, niezauważalnie obserwują losy naszego świata, do którego powoli zbliża się groza katastrofy. Krytycznym moment nastąpi w roku 2425, w którym może rozegrać się Trzecia Wojna Światowa. Jednakże o ile wierzyć przepowiedniom, Ziemianie mogą zapobiec niebezpieczeństwu. Dzięki pomocy mieszkańców Agharty i jej Władcy Świata, który dysponuje najstraszniejszą bronią w całej historii ludzkości – astralna energią Vril – siły Dobra pokonają siły Zła, i na Ziemi w końcu nastąpi wreszcie ogólny dobrobyt, taki jak w Agharcie. Legenda o cudownej krainie na przestrzeni wieków niepokoiła ludzkie umysły, no bo któżby nie chciał jeszcze za życia znaleźć się w Raju?

Wejścia do Agharty poszukiwało wielu ludzi, w tej liczbie mieszkający w Indiach w XIX wieku francuski pisarz i dyplomata Luis Jacolliot, rosyjski podróżnik i badacz Azji Środkowej Nikołaj Michałowicz Przewalskij, malarz, pisarz i podróżnik Nikołaj Konstantynowicz Roerich i jego syn Jurij, którzy przeżyli w Indiach ponad 20 lat, a także polski pisarz i podróżnik Antoni Ferdynand Ossendowski, a także – z rozkazu Hitlera – SS-Standartenfuehrer Schauffer, który był członkiem ścisłego kierownictwa Instytutu Badawczego Historii Ducha.

Obszerne i dokładne relacje o Szamballi-Agharcie zebrali za całe lata swego życia w Indiach Nikołaj i Jurij Roerichowie.

W buddyjskich pismach figuruje „Ośmiu Nieśmiertelnych”. To jest ośmiu Mistrzów, którzy zamieszkują wnętrze góry, gdzieś pomiędzy Chinami a Tybetem.  Miasto, które w jednych legendach nazywa się Agharta, a w innych Hsi Uong Mu, według oświadczeń wielu ludzi także znajduje się pod ziemią, niedaleko od Lhassy – stolicy Tybetu.

O Ośmiu Nieśmiertelnych i ich mieszkańcach we wnętrzu gór Nikołaj Roerich usłyszał w czasie swych ekspedycji do Azji w pierwszej dekadzie XX wieku. Od przewodnika i miejscowych dowiedział się, że we wnętrzu górskiego masywu Kun-Lun znajduje się ogromna jaskinia z wysokimi ścianami, w której od niepamiętnych, prehistorycznych czasów znajdowały się nieprzebrane skarby. Poza tym przewodnik wspomniał także o tajemniczych „szarych ludziach”.

Także lama-rimpoche[1] jednego z buddyjskich klasztorów opowiedział Roerichowi dawne thajskie podanie o tym, jak to Nieśmiertelnych stworzono z gliny i powietrza przez Mu-Kunga – władcy powietrza Wschodu, i Uong-Mu – władającego powietrzem Zachodu. Jednakże, według późniejszych opowieści, Nieśmiertelni zjawili się na Ziemi z planety znajdującej się w systemie gwiezdnym Syriusza[2] i założyli w górach Tybetu swój przyczółek, forpocztę w celu prowadzenia tam eksperymentów genetycznych nad hybrydyzacją. W jednej z książek o ekspedycjach do Tybetu Roerich pisze, że widział na niebie latający dysk, czyli – według współczesnych pojęć – UFO.[3] Przewodnik powiedział mu, że takie dyski wylatują z Agharty.

Zgodnie z wierzeniami tybetańskich buddystów, mającym wielowiekowe tradycje, wewnątrz Agharty znajduje się jeszcze jedno, jeszcze bardziej tajemnicze miejsce – Szamballa (Shambhallah, Shampullah, Śambhallah) – na tej samej zasadzie, na jakiej Watykan znajduje się wewnątrz miasta Rzym.

W czasie swoich podróży po Tybecie N. K. Roerich i jego żona Helena Iwanowa nierzadko rozmawiali z przedstawicielami buddyjskiego duchowieństwa na wyżej wymienione tematy. Niektóre z tych rozmów zapisali w takich książkach Roericha jak „Ałtaj-Himalaje” (1927); „Serce Azji” (1929) i „Szamballa” (1930). 

- Pamiętam – pisał Roerich – jak w czasie naszego przejścia przez przełęcz w górach Karakorum mój pomocnik i przewodnik Ladaki zapytał mnie:
- A czy wie pan, dlaczego tam, przed nami znajduje się tak niezwykle górzysta kraina? Czy wie pan, że tam w podziemnych jaskiniach znajdują się ogromne skarby i że w tych pieczarach mieszka zadziwiający naród, który z odrazą odnosi się do wszystkiego, co jest grzeszne na tej Ziemi?

I tak pamiętam, że kiedy zbliżyliśmy się do miasta Hotan, (na dzisiejszym terytorium Sinczjan-Ujgurskiego Autonomicznego Rejonu Ch.R.L. – przyp. aut.), to stukot kopyt naszych koni o ziemię stał się głuchym, jakby pod nami znajdowały się jakieś jaskinie czy pustki w skałach. I nasi ludzie prowadzący karawanę zwrócili na to naszą uwagę. A kiedy ujrzeliśmy wejścia do pieczar, nasi karawanowcy powiedzieli:
- Kiedyś tam, bardzo dawno temu, mieszkali tutaj ludzie, ale wszyscy oni uciekli do wnętrza Ziemi. Znaleźli bowiem wejście do podziemnego państwa.

A oto fragment rozmowy, który przeprowadził Roerich z jednym z tybetańskich lamów w 1928 roku:

Roerich: Lamo, opowiedz mi proszę o Szamballi.

Lama: No przecież wy, ludzie Zachodu, nie tylko nie wiecie niczego o Szamballi, ale nie chcecie nawet wiedzieć. Jestem pewien, że pytasz mnie o to tylko z prostej ciekawości i szybko zapomnisz to święte słowo.

Po długich namowach i zapewnieniach Roericha o czystości jego intencji i zainteresowań, lama cały czas dokładnie wsłuchujący się w jego słowa zdecydował się na przedłużenie rozmowy:

L.: Wielka Szamballa leży daleko, za oceanem. Jest to wielkie, niebiańskie państwo bogów. Nie ma ono nic wspólnego z Ziemią. Czemu wy, ludzie, tak bardzo się nią interesujecie? Tylko daleko na północy, i tylko w niewielu miejscach, mógłbyś ujrzeć świecące promienie Szamballi. Tajemnice Szamballi są ukryte przed profanami.

R.: Lamo, my wiemy o wielkości Szamballi, i wiemy, ze to nieopisanie piękne państwo istnieje. Wiemy także, że niektórzy lamowie wyższego stopnia przebywali w Szamballi… Znam opowiadanie o zadziwiającej podróży lamy Buriacji – o tym, jak go prowadzono przez wąskie tajne przejście… Dlatego więc nie opowiadaj mi o niebieskiej Szamballi, a opowiedz o tej, która istnieje na Ziemi… - dlatego, że wiem iż istnieje ziemska Szamballa. Powiedz mi lamo, jak to mogło się zdarzyć, że ziemskiej Szamballi nie odkrył żaden podróżnik do dziś dnia? Kiedy patrzymy na mapy, to na nich praktycznie nie ma żadnych białych plam. Podobnie oznaczono i naniesiono na mapy wszystkie górskie szczyty i zbadano bieg wszystkich dolin i rzek.

L.: … no póki co, ci ludzie, których ty nazywasz podróżnikami nie odkryli jeszcze wielu rzeczy na tej Ziemi. Ot na przykład, niech ktoś spróbuje wejść do Szamballi bez zaproszenia! Zapewne słyszałeś o tym, że wokół wysokogórskich plateau płyną potoki i rzeki, w których płynie woda nasycona trucizną niebezpieczną dla ludzi. Być może nawet widziałeś ludzi, którzy umierali wskutek wdychania trujących oparów w czasie prób sforsowania tych rzek i potoków… Wielu śmiertelników próbowało dojść do Szamballi bez zaproszenia. Niektórzy z nich znikają bez śladu na zawsze. Tylko bardzo niewielu udaje się dojść do Świętego Miasta, i tylko w tych przypadkach, w których ich karma sprzyja ich zamiarowi.

Wiele czasu i sił strawił na poszukiwania świadectw o istnieniu Agharty w czasie swego przebywania w Azji Centralnej na początku XX wieku polski podróżnik i pisarz F. A. Ossendowski. W książce pt. „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” (Poznań 1923) opisuje on swe częste spotkania z lamami – buddyjskimi mnichami – różnych stopni i z prostymi mieszkańcami tych ziem, a także przygody związane z tymi poszukiwaniami.

A oto niektóre z tych opisów:

Pewnego razu u końca wiosennego, bezchmurnego dnia niezbyt daleko od Cagan-Łuka jechaliśmy na wielbłądach po stepie, pokrytym już młodą, soczystą trawą.
- Stójcie! – nie wiedzieć czemu szeptem rozkazał nasz przewodnik, stary Mongoł.
Z jakimś religijnym i pobożnym strachem zszedł ze swego wielbłąda, który natychmiast położył się na ziemi, bez jakiegokolwiek rozkazu. Mongoł złożył ręce przed swą twarzą i skłonił się na wszystkie cztery strony świata szybko powtarzając „Om Mani Padme Hung!” Pozostali Mongołowie także zeszli ze swych koni i wielbłądów i zaczęli się modlić. Modlili się dość długo i to w całkowitym milczeniu, a kiedy wreszcie przestali, poprawili siodła i kulbaki, karawana ruszyła w dalszą drogę, to  przewodnik nas zapytał:
- Ty widziałeś, jak trwożnie strzygły uszami nasze wielbłądy, jak konie stały z wyciągniętymi szyjami i podniesionymi głowami? Zauważyłeś jak przestały biegać po ziemi gryzonie, a na niebie nie było ani jednego ptaka? Cała przyroda zamarła, wszystko co żywe słuchało ciszy w trwożnym oczekiwaniu i modliło się. A w tym czasie, w swej dalekiej świątyni skrytą pod ziemią Władca Świata także się modlił i pytał Boga o losy wszystkich narodów Ziemi.

Tak właśnie mówił stary Mongoł – prosty pasterz i myśliwy. A Hakasowie i Sojoci (Tuwińcy) mieszkający na brzegach rzeki Amył[4] przekazuja z pokolenia na pokolenie legendę o Mongołach, którzy uciekając przed ordami Czyngiz-chana ukryli się w podziemnych czeluściach Władcy Świata. Jak mówił mi pewien bardzo stary Sojot, patriarcha rodziny, jedno z wejść do podziemnego państwa Agharty znajduje się w jaskini nieopodal jeziora Nogan Kul.

Lama-gelong[5] księcia Czułtun-Bejle światły i oczytany mnich opowiedział mi wiele szczegółów o podziemnym państwie Agharty, które znane mu były z tajnych świadectw:

- Na Ziemi wszystko przychodzi i odchodzi: narody, nauka, moralność, wiara – tak zaczął on swoją opowieść. – Wiele wielkich mocarstw i cywilizacji powstawało i znikało na tym świecie. Niezmiennym i wiecznym pozostaje tylko Zło, narzędzie i broń złych duchów. Jeden człowiek święty wraz ze swym całym plemieniem 60.000 lat temu ukrył się w ogromnych podziemnych jaskiniach, i już nigdy nie pojawili się oni na powierzchni Ziemi. Wielu świętych ludzi odwiedzało te podziemia. Przebywał tam człowiek z cesarskiego rodu Indii – Siddartha Guatama Sakya Muni zwany Buddą – co znaczy Oświeconym. Był tam także nauczyciel, prorok i Syn Boży znany wśród narodów jako Ieszua, Issa, Isza albo Jezus.[6] Poza nimi byli tam także Paspa i sułtan Baber. W jakim miejscu znajduje się wejście do podziemnego królestwa i gdzie ono samo się znajduje – tego nie wie nikt. Jedni twierdzą że w Indiach, inni że w Afganistanie, trzeci że gdzieś daleko na Północy. Mieszkańcy podziemi rządzą się takimi prawami, przy których zbrodnie i grzech są niemożliwe. Wszyscy ludzie są zabezpieczeni od złego. Nauki kwitną i nie grozi im zanik, jak to ma miejsce na Ziemi. Dlatego ludność podziemi doszła do wysokiej wiedzy. Teraz to już jest olbrzymie państwo… miliony ludności… Na ich czele stoi Władca Świata, który panuje nad wszystkimi siłami Wszechświata, czyta w duszach ludzi i zna ich losy. Kieruje on niewidzialnie życiem i polityką 800 milionów ludzi, którzy na pierwsze jego wezwanie uczynią wszystko, czego on zażąda. […]

Jest to państwo Agharty. Rozciąga się ono na wszystkie podziemia świata. Pewien kanpo z Chin opowiadał, że podziemia Ameryki są zamieszkałe przez lud starożytny, który ukrył się pod powierzchnią ziemi. Tymi podziemnymi ludami rządzą obrani przez nie królowie, którzy najwyższą władzę i kierownictwo przyznają Władcy Świata. Przecież Europejczycy wiedzą, że na Oceanie Zachodu[7] była olbrzymia ziemia, która zniknęła wraz z miastami i ludźmi.[8] Znikała jednak stopniowo i ludzie potrafili się uratować schodząc do podziemi. W głębi jaskiń pała osobliwy ogień, przy świetle którego proso i jarzyny wydaja obfite plony, a życie jest długie i bezbolesne.

Jeden stary bramin z Nepalu podjął z nakazu bogów podróż do Syjamu[9], gdzie napotkał rybaka, który długo płynął z nim morzem, Az dopłynęli na trzeci dzień żeglugi do wyspy. Tu bramin widział tubylców o dwóch językach, którymi mogli mówić naraz mową dwóch różnych narodów. pokazali mu oni dziwne, nie widziane nigdy na Ziemi zwierzęta: żółwie o 16 nogach[10], olbrzymie węże posiadające smaczne mięso, ptaki z zębami ryb.[11] Ci dziwni ludzie powiedzieli podróżnikowi, że wyszli z Agharty ze zwierzętami. […]

Mieszkańcy Agharty to ludzie uczeni, posiadający wysokie stopnie magiczne. Nie możemy sobie wyobrazić nawet całej głębi ich wiedzy! Stolica Agharty jest otoczona miastami zamieszkałymi przez wysokich kapłanów, przypomina zaś Lhassę w Tybecie, gdzie stolica Dalajamy czyli Potala jest szczytem góry złożonej z klasztorów i świątyń. Tron Władcy Świata otaczają miliony przeistoczonych duchów i bogów. Są to święci pandita. Pałac Władcy Świata otaczają domy potężnych przez swą moc magiczną goro (guru), którzy władają siłami ziemi, nieba, piekła i wody. W ich ręku życie i śmierć ludów. Oni mogą wysadzić w powietrze połowę naszej Ziemi, osuszyć morze, stepy zamienić w ocean, a góry rozsypać w piasek pustyni. Na ich rozkaz wyrastają drzewa i kwiaty; starcy stają się młodzieńcami, a zmarli zmartwychwstają.

Goro mkną wąskimi podziemnymi szczelinami na nieznanych nam wozach przez olbrzymie jaskinie, oblane zachwycającymi promieniami; wznoszą się na niebotyczne szczyty i spuszczają w otchłań Ziemi. Błogosławiony Sakkya-Muni znalazł na szczycie jednej góry tablice kamienna z napisem, który potrafił odczytać dopiero w głębokiej starości i potem dotarł do Agharty, skąd przyniósł ludziom okruszyny wiedzy wielkiej i tajemniczej.

We wspaniałym pałacu z połyskującego kryształu przebywają ci, którzy pozostając nieznani rządzą wszystkimi szlachetnymi i bogobojnymi ludźmi. Władca Świata czyli Wielki Nieznany lub Brahytma może widzieć Boga i odzywać się do Niego. […] Brahytma ma dwóch pomocników – Mahytma, który zna cel przyszłych wypadków i Mahynga kierującego przyczynami tych wypadków.

Święci goro badają świat widzialny i niewidzialny i jego siły. Najuczeńsi z nich zbierają się czasami na naradę magiczną, wysyłają gońców w takie dziedziny, do których nigdy nie docierał rozum i wzrok ludzki. Jeden z Taszy-Lamów żyjący 850 lat temu w taki sposób opisuje ten obraz:

- Goro składają swe ręce na wybranego i usypiają go. Obmywszy jego ciało wodą z magicznymi trawami czyniącymi ciało ludzkie nieczułym na ból i twardszym od skały, owijają je w tkaniny magiczne ze znakami Zodiaku, mocno związują i zaczynają modły, widząc, słysząc i pamiętając wszystko. Następnie podchodzi do niego goro i patrzy mu w oczy potężnym, nakazującym wzrokiem. Powoli ciało odrywa się od ziemi i staje się przeźroczyste, zdolne przebijać sklepienia jaskiń podziemnych i znika. Goro siedzi nie odrywając oczu od oddalającego się gońca Agharty i kieruje jego lotem. Niewidzialne, świetlane nici[12] wiążą goro z gońcem. Goro i pandita wysyłają gońców w przestrzenie oddzielające gwiazdy, a ci obserwują życie i zjawiska innych światów, poznają nieznane ludy i ich losy słuchając ich mowy i czytając ich księgi. Inni gońcy wstępują w płomień buchający ze środka Ziemi i widzą tam istoty ognia, szybkie i złe, stale walczące, topiące i kujące metale w niedosiężnych głębiach Ziemi, nagrzewające wodę dla gorących źródeł, którą następnie wylewają na ziemię przez wierzchołki pustych, roztopionych w środku szczytów górskich.

Niektórzy gońcy mkną pośród niepostrzeżenie chybkich, drobnych jak pyłek, przeźroczystych istot powietrza i przenikają tajemnice ich istnienia i cel ich życia, lub pływają w oceanach i poznają świat mądrych istot wody, roznoszących ciepło po ziemi i rodzących wiatry i burze. W Erdeni-Dzu (Erdeni-Zu) był niegdyś pandita-hutuhtu przybyły z Agharty. Umierając przekazał wiernym to, co widział, kiedy jako goro przebywał na czerwonej gwieździe wschodniej, pływał w oceanie pokrytym lodem i wirował pośród istot podziemnego płomienia.

Przebywając w stolicy Mongolii – Urdze (dzisiaj Ułan Bator – przyp. aut.) Ferdynandowi Ossendowskiemu udało się spotkać z Żywym Buddą – Dalajlamą, którego zapytał w czasie audiencji wprost o Aghartę, jednakże ten naczelnik kultu lamaickiego uchylił się od odpowiedzi. Dopiero lama-bibliotekarz zgodził się udzielić nieco więcej informacji na temat tajemniczej krainy:

Przez cały rok Władca Świata kieruje pracami pandita i goro w Agharty. Czasami, w chwilach tylko jemu znanych, oddala się do najgłębszej świątyni, gdzie w trumnie z czarnego agatu złożone są zabalsamowane zwłoki poprzedniego Władcy. Gdy do tej zawsze ciemnej jaskini wchodzi Brahytma, na ścianach zapalają się znaki ogniste, na grobie zjawia się płomienny język. Natychmiast pokazuje się przy zwłokach czarna postać najstarszego goro z zasłoniętą twarzą i rękami ukrytymi pod płaszczem. Ten goro nigdy nie okazuje swego oblicza i głowy, bo to jest głowa szkieletu o żywych oczach i mówiącym języku. Włada on możliwością łączenia się z duszami zmarłych, a nosi imię Marzy, co oznacza Książę Śmierci…[13]

Władca świata zaczyna się modlić, później zaś zbliża się do grobu i wyciąga ręce. Wówczas znaki ogniste wznoszą się wyżej. Płomienie na ścianach i sklepieniach jaskini gasną i znów się zapalają, przeplatają się i drżą, tworząc znaki tajemniczej pisowni „waten”. Z trumny poprzedniego Władcy zaczynają wypływać i kołysać się w powietrzu strugi światła przeźroczystego, ledwo widocznego – są to myśli zmarłego. Po chwili postać żyjącego Władcy jest spowita nimi, a znaki ogniste układają się w inne wyrazy mówiące o woli Boga. Brahytma łączy się w takiej chwili z duszami, którzy mają wpływ na losy i życie całej Ludzkości: królów, chanów, arcykapłanów, wodzów i uczonych; poznaje ich myśli i zamiary. Jeżeli są one zgodne z wolą Boga, Władca Świata dopomoże im potęgą swej wiedzy, jeżeli zaś te plany są wrogie Bogu – doprowadza je do zguby. Tę siłę dała Wielkiemu Nieznanemu najwyższa magiczna nauka – OM, której nazwą zaczynają się wszelkie modlitwy. Om, to imię pierwszego starożytnego człowieka świątobliwego, pierwszego goro, który poznał Boga i nauczył Ludzkość radości, wiary, nadziei i miłości. On też oddzielił dobro od zła i rozpoczął walkę ze złem. Za to Bóg dał mu poznanie nauki, którą ludzie zowią OM.

Kiedy Władca skończy niemą rozmowę ze zmarłym, zwołuje Wielką Radę Boga i poddaje jej osądowi czyny i zamiary ludzi, wspomaga je lub niszczy, a Mahytma i Mahynga znajdują dla nich miejsce w łańcuchu przyczyn i celów kierujących światem. Po Wielkiej Radzie, Władca Świata kieruje się do świątyni i pogrąża się w modlitwie samotnej. Na ołtarzu zapala się wielki ogień, stopniowo ogarniający cały ołtarz, a z płomieni tworzy się oblicze Boga. Władca Świata przedstawia mu wyniki Rady Boga i otrzymuje wskazówki od Wszechmogącego. Gdy Brahytma powraca ze świątyni, podobny jest do promiennego widma, przed którym gaśnie słońce.

[…] W dniach wielkich nabożeństw buddystów w Syjamie, w Indiach pięć razy widziano Władcę. Jechał na białym słoniu cudownie przybranym, na głowie miał tiarę, a na twarzy zasłonę kapiąca diamentami. Błogosławił lud jabłkiem złotym ze stojącym na nim jagnięciem. Ślepi, niemowy, kalecy odzyskiwali zdrowie i moc, kiedy padał na nich wzrok Władcy.

Brahytma był w Narabanczi-Kure, w starym klasztorze Sakkya, a przed 540 laty był w mongolskim Erdeni-Dzu. Jeden z Żywych Buddów i Taszy-lamów otrzymali pismo Władcy na tablicach mosiężnych. Tylko jeden z Taszy-lamów mógł odczytać pismo skreślone nieznanymi znakami. Taszy-lama zamknął się w świątyni, długo pościł i modlił się, a później położył pismo na czole i wnet myśli Władcy Świata stały się jego myślami.

Wielu ludzi było w Agharcie, ale wszyscy zachowali tajemnicę. Po zburzeniu Lhassy przez Kałmuków jeden z ich oddziałów przypadkowo dostał się do przedmieść Agharty i stamtąd wyniósł niektóre nauki magiczne. Dlatego to Kałmucy są najlepszymi wróżbitami i czarownikami. Z Agharty wypędzono jakieś plemię, które zakradło się tam bez woli Władcy. Plemię to wykradło stamtąd tajemniczą sztukę wróżenia z kart, z linii rąk oraz wiedzę trujących i leczących traw. Byli to Cyganie.

Gdzieś na północy istnieje jeszcze szczep wymierający, który przed wiekami opuścił Aghartę. Kapłani tego szczepu posiadają władzę nad duchami unoszącymi się w powietrzu.

W Agharty panditowie zapisują na tabliczkach z agatu i nefrytu całą naukę istniejącą pod ziemią, na ziemi i na dalekich gwiazdach. Chińscy uczeni – buddyści – wiedzą o tym. Ich nauka jest najdonioślejsza z nauk ludów żyjących na powierzchni Ziemi. Dlatego też co 100 lat na odosobnionym brzegu morza zbiera się 100 mędrców chińskich, do których przypływają stare żółwie do 3000 lat żyjące. Na ich tarczach mędrcy notują wszystkie wyniki nauki w ciągu ubiegłego stulecia, po czym żółwie wracają do Agharty.

Tyle relacja Ossendowskiego o Agharcie.  Próbował on uzyskać jakieś konkretne informacje o Agharcie ponad 80 lat temu, 10 lat wcześniej, niż robił to Roerich. No a co sądzą i wiedzą o Agharcie, tym legendarnym podziemnym świecie wszechobecnego dobrobytu?

Do liczby dzisiejszych badaczy tego problemu należy Ian Lamprecht, który w swej książce „Wydrążone planety” (1998) pisze o tym, że w San Jose (CA) pewien lama prowadził uczone dysputy, lekarz tybetańskiej medycyny, nauczyciel jednego z kierunków buddyzmu – Wadżrajany. Jego pełny tytuł brzmi Jego Świątobliwość Orgien Kusum Lingpa. Mamy podstawę sądzić, że Jego Świątobliwość należy do bardzo wąskiego kręgu  oświeconych i włada on ezoteryczną wiedzą odnosząca się do rozpatrywanego problemu.

A oto, co pisze na ten temat w swej książce sam Lamprecht:

W czasie jednego ze swych wykładów wygłoszonych w San Jose, ów lama twierdził, że do Agharty można się dostać, jeżeli leci się z Indii na północ w czasie siedmiu dni. Sądzę, że lama miał na myśli lot ze średnią prędkością ptaka. A jeżeli to prawda, to siedmiodniowy lot z prędkością ptaka przywiedzie nas w samo serce i centrum Arktyki.            

Ponad 70 lat temu, Roerich rozmawiając z drugim lamą usłyszał od niego, że Szamballa znajduje się daleko na północy. Tak więc być może, iż ów lama miał na myśli rejon Północnego oceanu Lodowatego?

Wspólnym wysiłkiem próbują rozwiązać zagadkę Szamballi-Agharty dziennikarze, pisarze, ufolodzy, badacze zjawisk anomalnych i historycznych zagadek: Polak – Robert K. Leśniakiewicz i Słowak – dr Miloš Jesenský, a oto co piszą oni o Agharcie w swej monografii „Tajemnica Księżycowej Jaskini” (Cackatoo 2008):

O Szamballi-Agharcie, cudownej krainie wiecznego szczęścia i mądrości, powstałej jeszcze w czasach poprzedzających naszą cywilizację piszą w swych książkach Mikołaj Reorich i jego syn Jurij, a także Ferdynand Ossendowski. Mieszkańcy tej krainy podróżują po swej podziemnej krainie w świetlistych maszynach transportowych, które poruszają się wzdłuż podziemnych korytarzy i tuneli oplatających gęstą siecią całą kulę ziemską. Goro, posłańcy Agharty, wypełniając wolę Brahytmy, Mahatmy i Mahyngi – trzech jej władców – mogą pojawić się w każdym dowolnym punkcie Ziemi. Ten „triumwirat” przy pomocy systemu przypominającego współczesną sieć łączności TV pozostaje w dwustronnej łączności z Wyższą Istotą, którą oni zwą Bogiem, a daje im taką możliwość tajemniczy operator tego systemu o imieniu Książę Śmierci, który wedle opisu jako żywo przypomina humanoidalnego robota. Istnieją świadectwa mówiące o tym, że całe to „centrum obliczeniowe” tego podziemnego świata znajduje się w Wieży, którą zbudowano… niemal 4.000.000.000 lat temu! A to oznacza, że liczy sobie mniej więcej tyle lat, co nasza planeta…

Za hipotezą o istnieniu Agharty mówi także taki fakt – istniejące figurki dogu i rysunki naskalne na pustyniach i w jaskiniach, a które obrazują ludzkie postacie w dziwnych ubiorach podobnych do skafandrów, w hełmach z okularami ochronnymi na głowach. Wszystkie te artystyczne przedstawienia są bardzo stare – od kilku do kilkudziesięciu tysięcy lat. i wcale nie muszą one mieć jakikolwiek związek z Przybyszami z Kosmosu vel Kosmitami z ich gwiezdnych światów. Skoro tak twierdzą to mędrcy ze Wschodu i wyznawcy kultów religijnych, Agharta istnieje już 60.000 lat i zamieszkują ją tacy sani ludzie jak my sami, to w ciągu wielu pokoleń adaptowali się oni do panujących tam warunków: podwyższonej temperatury, ciśnienia, braku światła słonecznego. Dla takich ludzkich istot wyjście na powierzchnię Ziemi stanowiłby poważny problem, musieliby posiadać ochronę przed promieniowaniem słonecznym, od sezonowych i dziennych wahań temperatury powietrza, od warunków atmosferycznych.

Wniosek końcowy z powyższego jest oczywisty. Aghartyjczycy mogli już jakieś 10.000 lat temu korzystać z biocybernetycznych robotów, które zapewniały im kontakt ze światem i Kosmosem. Jeżeli jest to prawdą, to oczywistym się staje pochodzenie i natura UFO oraz Przybyszów o wyglądzie tzw. Szaraków i innych człekokształtnych stworzeń oraz innych zagadkowych zjawisk niewyjaśnionych z punktu widzenia naszej współczesnej nauki i ziemskiego „zdrowego rozumu”.

* * *

I wiadomość z ostatniej chwili:

Wielka sieć tajemniczych tuneli pod całą Europą?

Na terenie całej Europy znajdują się liczne tunele datowane na epokę kamienia. Przypuszcza się, że przejścia tworzyły niegdyś gigantyczną sieć podziemnych korytarzy ciągnącą się od Szkocji aż po Turcję – informuje portal The Daily Mail.

Niezwykłe tunele odkryto m.in. w Bawarii (Niemcy) o długości 700 metrów i w Styrii (Austria) - liczące 350 metrów przejść. W całej Europie są ich tysiące. Naukowcy przypuszczają, że powodem dla którego tak wiele tuneli przetrwało ponad 12 tysięcy lat jest to, że niegdyś tworzyły gigantyczną sieć przejść podziemnych rozciągającą się od Szkocji po Morze Śródziemne.

Większość przejść nie ma więcej niż 70 cm szerokości, co pozwala na swobodne poruszanie się jednej osobie. Jednakże na niektórych odcinkach są dużo szersze, a nawet posiadają przylegające do nich komory.

Niektórzy uważają, że powstałe w okresie neolitu tunele miały stanowić ochronę przed drapieżnikami. Inni twierdzą, że spełniały one rolę dzisiejszych autostrad, gwarantując ludziom bezpieczną podróż niezależnie od prowadzonych na powierzchni walk i wojen, a nawet od warunków pogodowych.

Przy wejściach do tuneli często budowano kaplice. Naukowcy zakładają, że było to związane ze strachem chrześcijan przed spuścizną ludów pogańskich. W niektórych kaplicach znaleziono pisma opisujące podziemne korytarze jako „wrota do zaświatów”. (Pog)[14]

Czyżby więc odkryto fragment sieci komunikacyjnej Agartyjczyków? Te „wrota do zaświatów” mogły wieść do innego świata – podziemnych światów podziemnego państwa Agharty…

Źródła:
1.      „Nexus Magazine” nr 2/2002, ss. 67-69
2.    Internet:
3. F.A. Ossensowski – „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, Poznań 1923, ss. 228-236.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

CDN.


[1] Przeor.
[2] Alfa Wielkiego Psa, Psia Gwiazda, α-CMa.
[3] Istnieje wyjaśnienie tego fenomenu, otóż Roerichowie widzieli radziecki balon szpiegowski, którego załoga miała za zadanie dokonania fotozwiadu nad terytoriami Chin i Mongolii. Do tej historii powrócę jeszcze w następnych artykułach na temat Szamballi-Agharty.
[4] Amył - rzeka ta rzeczywiście istnieje i stanowi dopływ Jeniseju. Ossendowski przekraczał ją w czasie ucieczki do Mongolii.
[5] Lama wyższego stopnia.
[6] Zob. Mikołaj Notowicz, Śri Swami Abhedananda i Mikołaj Roerich – „Nieznane życie Jezusa”, Zakopane 1993.
[7] Atlantyk.
[8] Atlantyda?
[9] Tajlandia.
[10] Trylobity?
[11] Pterozaury?
[12] Łączność radiowa? Laserowa?
[13] Mobilna jednostka jakiegoś układu informatyczno-łącznościowego?
[14] Wiadomości Onet.pl z 6.08.2011 r. za WWW.dailymail.co.uk