Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tybet. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 sierpnia 2023

Polowanie na Yeti’ego

 


Anton Pierwuszin

 

W XX wieku światowy rozgłos zyskała kryptozoologia – paranaukowa dyscyplina, która potwierdza teorię o tym, że pojedyncze egzemplarze historycznych zwierząt – UMA[1] – nie wymarły, ale żyją w oddalonych rejonach naszej planety. Pośród takich hipotetycznych stworzeń szczególną sławę zdobył człowiek śniegu, który po tybetańsku zwie się Yeti.

Pierwsze wzmianki o spotkaniach ludzi z włochatymi, człekokształtnymi stworami, których nie można zaklasyfikować jako małpy, można znaleźć jeszcze w antycznej literaturze. Uważa się, że w ten sposób powstał obraz Satyra. W o wiele późniejszych czasach pojawiły się legendy o dziwnych ludziach, włochatych i mieszkających w dzikich lasach, operujących nieczystymi siłami. Przy czym autorzy legend nie za bardzo przejmowali się ich autentycznością tych zagadkowych UMA i uczyli, jak z nimi należy się obchodzić.

 

Reliktowy hominid

 

Na początku XX wieku, pod wpływem odkryć paleontologicznych powstała literatura fantastyczno-naukowa, w której opisywano ekspedycje uczonych w niedostępne rejony, gdzie schroniły się pozostałości dawnej biosfery.

Pośród tych dziwnych, prehistorycznych stworzeń, badacze napotykają także reliktowe hominidy – antenatami człowieka rozumnego na drzewie ewolucji. Do nich zaliczano także Neandertalczyków, którzy wymarli stosunkowo niedawno, bo około 30.000 lat temu.[2] Jednakowoż być może, że oni jakimś sposobem uchowali się i zasiedlają dzikie dżungle, niedostępne lasy i zbocza wysokich gór?

Określenie „człowiek śniegu” oznaczające reliktowego hominida pojawiło się po brytyjskiej zwiadowczej ekspedycji na Czomolungmę[3] w 1921 roku. Jej kierownikiem był Charles Kenneth Howard-Bury, który opublikował książkę, w której opisał on gigantyczne zagadkowe ślady na śniegu i cytował lokalne legendy o Metoch Kanhmi – rasie przerażających, włochatych ludzi.

Wkrótce zaczęły się mnożyć podobne świadectwa od podróżników po Tybecie. W tym czasie też spopularyzowało się nowe nazwanie tej istoty – Yeti – czyli Ten-który-zamieszkuje-skaliste-miejsca. Do tego Tybetańczycy rozróżniali dwa gatunki śnieżnych UMA: dużego Dzu-ti porywającego bydło i rzadkiego Mech-ti, który zdradza pewne podobieństwo do człowieka.[4]

 

Komisja akademików

 

Akademicka nauka nie widzi niczego nadzwyczajnego w hipotezie o istnieniu reliktowych hominidów. Jednak nie patrząc na to, że najbardziej znane zdarzenie Bliskiego Spotkania z Yeti sfilmowane w 1967 roku, miało miejsce w Północnej Kalifornii, specjaliści są przekonani co do tego, że na terytorium USA nie mogą istnieć reliktowe hominidy. A to dlatego, że dużych małp człekokształtnych na kontynencie północnoamerykańskim nigdy nie było. Jak dowiodło tego dokładne zbadanie filmu, okazał się on być fałszywką.

Radzieccy uczeni z zainteresowaniem śledzili rozwój szumu wokół tego fenomenu. Aby zacząć jego systematyczne badania, dnia 31.I.1957 roku zaczęło się posiedzenie prezydium AN ZSRR, na którym rozpatrzono tylko jedno zagadnienie – człowiek śniegu. Poza przewodniczącym Akademii – Aleksandrem Niesmiejanowem uczestniczyli w nim fizyk-teoretyk Igor Tamm, antropolog Michaił Niesturch, historyk Borys Porszniew i in. W charakterze hipotezy roboczej przyjęto pogląd, że człowiek śniegu to hominid ze zdegradowanej gałęzi Neandertalczyków.

Opierając się na relacjach o CE radzieckich podróżników z tym UMA, Porszniew przedstawił pogląd, że mógł on wyemigrować z głównych miejsc swego bytowania w Himalajach w kierunku północno-zachodnim, dochodząc do Pamiru. W rezultacie tego, zdecydowano zorganizować kompleksową ekspedycję w celu wszechstronnego naukowego zbadania dwóch słabo zbadanych obszarów Pamiru: basenu jeziora Sariezkiego (w Tadżykistanie; N 34°12’18” – E 072°45’32”) oraz basenu rzeki Muk-Su. Uchwałą prezydium nr 74 została powołana specjalna komisja, której szefem został znany geolog i geograf Siergiej Obruczew.


W Pamirze zaczęły się wielkie działania polowe z wykorzystaniem grup antropologów, alpinistów i nawet wojskowych. Jednakże po paru miesiącach intensywnych poszukiwań, w których uczestniczyli nawet przewodnicy z doskonale wyszkolonymi psami, badacze nie znaleźli nawet najmniejszych śladów Yeti. Entuzjaści przyznali się do porażki.

Uchwała o likwidacji komisji prezydium AN ZSRR przyjęło w dniu 23.I.1959 roku. Finalny referat wygłosił Obruczew i Porszniew. Prezydium jednogłośnie przyjęło końcowy wniosek: Nie ma podstaw do stwierdzenia, że współcześnie w Pamirze występuje człowiek śniegu. Materiały ekspedycji przekazano Pamirskiej Stacji Biologicznej, zaś psy zamknięto w kojcach.

 

Tajemnica Zany

 

Historyk Porszniew analizował podania mieszkańców Abchazji (Pd. Kaukaz, stolica Suchumi N 43° - E 041°), którym zdarzało się wojować z członkami plemienia Oczokoczi – włochatych, zwierzokształtnych gigantów.  

W trakcie zbierania informacji na temat tych gigantycznych hominidów, które ludzie napotykali w Abchazji okazało się, że nie brakowało tam także opowieści o współczesnych, miejscowych Yeti, polowaniach na nie, złapaniu i próbach oswojenia tychże. W 1962 roku prof. Aleksandr Maszkowciew usłyszał historię o „kobiecie śniegu” o imieniu Zana, która zamieszkiwała i została pochowana we wsi Tchina-Oczamczirskiego Rejonu. Wielu długowiecznych staruszków-stulatków znało Zanę osobiście i mogli ją dokładnie opisać. Niestety nie ma już w wiosce domu – oznajmił Porszniew – w którym nie zachowałyby się wspomnienia rodzinne o Zanie.

Data i miejsce pojmania Zany są nieznane. Zgodnie z jednym przekazem, polowano na nią w górskich Zaadańskich Lasach. Wedle drugiego – w pobliżu wybrzeża morskiego Rejonu Oczamczirskiego albo w ówczesnej Adżarii. Nieraz Zanę sprzedawano zanim ona stała się własnością dworzanina Edhi Genaba.

Skóra Zany była czarna, jej ciało okrywały ciemnorude włosy. Ale na dłoniach, stopach i twarzy włosów nie było. Zana nie była w stanie mówić. Czasami coś mamrotała, wydawała jakieś nieartykułowane dźwięki, a czasami – krzyki. Najważniejsze, czego udało się jej nauczyć, to krzesanie ognia i rozniecanie go. Poza tym ona wykonywała niektóre zadania: kręcić ręcznymi żarnami, przynieść drewna, worki z ziarnem czy wodę w dzbanie.

Ciekawym jest to, że ona uwodziła miejscowych mężczyzn i zachodziła z nimi w ciążę. Jej synowie Dżanda i Chwit  oraz córki Kodżanir i Homaza wyrośli na normalnych ludzi z normalnym umysłem. Oni mieli ciemną skórę i jawnie negroidalne rysy twarzy. Chwit dożył do 67 lat i pozostawił po sobie trójkę dzieci. Historyk Igor Burcew odnalazł mogiłę Chwita i wydobył jego kości w celu badań anatomicznych i genetycznych. Badania prof. Briana Sachsa z Uniwersytetu Oksfordzkiego wykazały, że Zana była na pewno człowiekiem, jednakże należącym do rzadkiego odgałęzienia naszego gatunku, które zamieszkiwało Afrykę 100.000 lat temu.

 

Wariant tybetański

 

W połowie lat 20-tych XX wieku tajny współpracownik OGPU[5] Nikołaj Walero-Gracziew podróżujący z pielgrzymującymi mnichami-lamaistami w górach Środkowego Tybetu zebrał bogaty materiał o Mi-ge (Mi-go, Mi-tench) jak tam zwą „człowieka śniegu”. Pewien uzdrowiciel opowiedział mu o medycznym wykorzystaniu tłuszczu w tybetańskiej medycynie. Powróciwszy do ojczyzny, zwiadowca przywiózł ze sobą kilka starych skalpów Mi-go.

 

Moje 3 grosze

 

Sprawa istnienia Yeti i innych reliktowych hominidów interesowała mnie od dawna, a dokładniej od 1970 roku, kiedy w ręce wpadła mi kryptozoologiczna biblia „Na tropie nieznanych zwierząt” prof. Huevelmansa. Czytając ją wpadła mnie i mojemu koledze ze szkoły Jurkowi S. pewna idea. Otóż doszliśmy do wniosku, że faktycznie – mogło dojść do migracji pewnych form człowiekowatych z Syberii na południe – w Himalaje, a potem – po ustąpieniu lodowców – pewna ich część zeszła z gór i poszła z powrotem ku północy – na Syberię i w Pamir, jak zakładał to Porszniew. Dzięki temu pojawił się tam Ałmas (Ałmasny).   

OK., ale nie wyjaśniało to problemu istnienia takich hominidów jak japoński Hibagon czy malajski Orang Pendek. Wraz z Jurkiem doszedłem do wniosku, że Hominidy jednak sforsowały Himalaje i rozeszły się w kierunku Półwyspu Malajskiego, Chin, Japonii i Australii. Opowiedzieliśmy o tym naszemu profesorowi od przyrody, który stwierdził, że na papierze taka rzecz jest możliwa…

Tak czy inaczej, istnienie reliktowych hominidów uważam za coś oczywistego. To, że ich nie ma w Polsce czy Europie wcale nie dowodzi tego, że nie istnieją. Na Ziemi są jeszcze całe światy zaginione, które czekają na swoich Challengerów.

 

Źródło – „Tajny SSSR” nr 3/2018, ss. 4-5.

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz       



[1] Od słów Unknown Mysterious Animal – nieznane tajemnicze zwierzę.

[2] Ta kwestia jest dyskusyjna, ponieważ w naszym genomie mamy znaczny procent DNA Neandertalczyków. 

[3] Mt. Everest (Sagarmatha) – 8848 m n.p.m. 

[4] Słynny belgijski uczony-zoolog Bernard Huevelmans przytacza w swej pracy „Na tropie nieznanych zwierząt” aż trzy rodzaje Yeti: ogromne Nyalmo, mniejsze od nich Rimi i niemal ludzkie Raschi-bompo.

[5] Radziecka tajna policja polityczna, poprzednik KGB.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Gdzie ukrywają się gwiezdni bogowie?



Borys Szarow

Niedaleko od chińskiego miasta Kun-Min znajduje się „Królestwo Małych Ludzi” – park tematyczny, w którym pracują jedynie karły. Każdego dnia oni odtwarzają dla widzów sceny z bajek, tańczą i śpiewają.

Cywilizacja różnie docierała do niektórych narodów, które żyły w odosobnieniu oddzielone od sąsiadów. Ogromna ilość plemion – w nie tylko odosobnionych przypadkach – znikało z powierzchni Ziemi nie wytrzymując wtargnięcia w swe życie obcych ludzi. Niestety – niektóre z nich zabrały ze sobą do grobu niezwykłe tajemnice, które można by było wyjaśnić dopiero teraz.


Zagadkowe dyski


Tybet – z całą jego zagadkowością – jest miejscem na tej planecie, które zostało słabo zbadane przez etnografów. Przecież nie są to dżungle Amazonasu czy Afryki Równikowej, gdzie do tej pory mieszkają plemiona, które jeszcze nie spotkały białego człowieka. Ale to właśnie tam narodziła się sensacja, która obiegła cały świat w XX wieku.

W 1962 roku, chiński profesor Tsum Um Nui opublikował artykuł o swych pracach, które trwały przez 20 lat. On opierał się na odkryciu dokonanym w 1937 roku przez jego rodaka, archeologa Chi Pu Tei. Opisał on dziwne znaleziska z gór Bajan – Kara – Uła[1] na granicy Chin i Tybetu, w prowincji Kham.[2]

W trudnodostępnych jaskiniach archeolodzy dziwne groby zmumifikowanych istot, które okazały się być szczątkami doczesnymi… wymarłego gatunku małp górskich. Ich wzrost nie przekraczał 138 cm, czaszki były nieproporcjonalnie wielkimi i wydłużonymi. Jednakże małpy, które są w stanie budować systematycznie grobowce dla zmarłych, to nonsens i dlatego archeolodzy zostali wyśmiani.

U stóp każdego zmarłego znajdował się kamienny dysk, który przypominał płytkę gramofonową. Ich grubość nie przekraczała 1 cm, zaś średnica – 30 cm. W środku dysku znajduje się dziurka o średnicy 2 cm. Od jej centrum odchodzi niegłęboki rowek, który otaczał dysk po spirali i kończył się na jego krawędzi. Na bokach rowka znajdowały się niezrozumiałe znaki.

Materiał, z którego wykonano dyski przypominał granit, ale miał on jeszcze domieszkę kobaltu i innych rzadkich pierwiastków, których wtedy nie potrafiono zidentyfikować. Co więcej, uczonych zdumiał wiek dysków – 12.000 lat, co ustalono tylko po powierzchownym zbadaniu. Wszystkiego ekspedycja Chi Pu Teia odkryła 716 takich dysków.

Dyski te rozproszono po różnych chińskich muzeach, a na temat dziwnych szczątków zaczęły się ostre dyskusje antropologów. W górach na granicy z Tybetem już wcześniej znajdowano szkielety ludzi o bardzo małym wzroście.


Zagubieni w górach


Takich „małyszy” Tybetańczycy i Chińczycy od dawna nazywali Kam i Dropa.[3] Przez długi okres czasu uważano, że to półlegendarne i możliwie, ze całkowicie wymarłe plemiona tutejszych pierwobylców. Dla sąsiadów nie przedstawiali oni żadnego zagrożenia czy korzyści i dlatego nimi się nikt nie interesował. Jednakże tajemnicze dyski zmieniły stosunek do tych plemion. Podróże w te rejony Tybetu są bardzo trudne, a obecnie są także zabronione przez władze chińskie.

Ale w czasach, kiedy odkrycia Chi Pu Teia stały się dopiero znane, wciąż można było dostać się do tych miejsc. Jednym z tych badaczy stał się Anglik – Cyril Robin-Evans. W 1947 roku zwiedził on rejon, w którym odkryto tajemnicze groby i w odizolowanej od świata górskiej dolinie odkrył nieznane i dziwne plemię.

Wzrost mężczyzn rzadko przekraczał 1,3 m, a kobiety były jeszcze niższe. Antropologicznie Dropowie nie pochodzili ani od Chińczyków, ani od Tybetańczyków czy nawet Mongołów. Wódz plemienia – Lurgan-La pokazał Robinowi-Evansowi dysk, podobny jak dwie krople wody do tego, który znalazł Chi Pu Tei i wyjaśnił mu, że temu przedmiotowi kłania się jego plemię. Poza tym wódz opowiedział zadziwiającą historię Dropów.

Oni uważali się za potomków Pozaziemian przybyłych na Ziemię tysiąc lat temu. To nie była pierwsza wizyta przedstawicieli ich rasy – w górach Tybetu jeszcze 20.000 lat temu Pozaziemianie zbudowali coś w rodzaju kolonii dla odszczepieńców, których nazywali Kam. To właśnie do nich przylecieli Dropowie. Jednakże statek kosmiczny uległ awarii i odwiedzający musieli pozostać na nowym miejscu i przystosować się do niego. Sąsiedzi przyjęli ich wrogo i zanim Dropowie ustawili się jakoś na nowym miejscu, wielu z nich zostało zabitych. Potem stosunki pomiędzy plemieniem a Robinem-Evansem popsuły się i musiał on wracać do cywilizacji. Także historię opowiedzianą przez Lurgana-La uczeni uznali (a jakżeby inaczej) za niewiarygodną, tak że nie zdecydował się on wydać książkę o Dropach. „Kosmiczni bogowie na wygnaniu” świat ujrzał dopiero w 1978 roku, już po śmierci autora.


Rewolucja miesza szyki


Ale wróćmy do Tsum Um Nui’a. Póki antropolodzy próbowali rozwiązać zagadkę Dropów dedukcyjnymi metodami, on zajmował się rozszyfrowaniem dysków. Rezultat był oszałamiający. Swój referat Um Nui zatytułował: „Dawne teksty mówiące o statku kosmicznym, który przybył na Ziemię 12.000 lat temu”. Rozszyfrowane napisy całkowicie potwierdzały relację Robin-Evansa, z tym że historia Dropów została tam napisana o wiele dokładniej. Należy tutaj dodać, że chiński profesor nic nie wiedział o ekspedycji Anglika.

Nui’owi w chińskiej ojczyźnie nie dowierzano. Najpierw nikt nie chciał opublikować jego opracowania, a potem po prostu mu tego zabroniono. Uczonemu przyszło uciekać do Japonii, i dlatego ten temat (w ChRL) został utajniony. Ale przekład napisów z tajemniczych dysków tak czy owak przedostał się do Europy – i w Belgii, RFN i Anglii zaczęły się pojawiać artykuły o Dropach. Niestety, z powodu niedokładności przekładu, cała ta historia zaczęła obrastać całkowicie bzdurnymi szczegółami, ale ufolodzy już złapali nowy temat. Jednakże przez długi czas dyski rozpatrywano w oddzieleniu od plemienia Dropów jako osobny problem. Ufolodzy zakładali bowiem, że te niecodzienne artefakty wpadły w ręce Dropów przypadkowo, a i antropologowie niezbyt interesowali się Kosmitami, o ile w ogóle...

Czas działał na niekorzyść. W Chinach zaczęła się tzw. „rewolucja kulturalna”. Tybet dostał się pod chińską okupację i dostać się w góry Bajan-Chara-Uła było dla cudzoziemców właściwie niemożliwe. Na wszelkie pytania na ten temat, urzędnicy Państwa Środka odpowiadali, że prof. Chi Pu Tei i prof. Tsum Um Nui nie ma i nigdy nie było, a dyski z grobowców Dropów to czyjś wymysł. Do tego jeszcze Nui zmarł w 1964 roku pozostawiając jedynie resztki swych prac.

Odrzucając i ukrywając znaleziska prof. Tei’a Chińczycy próbowali zatrzeć ślady, np. rozpuszczając pogłoski, że tajemnicze dyski zostały przesłane do ekspertyzy w AN ZSRR. Od tego czasu zapytania wysyłano do Moskwy – ale bez rezultatów, bo tam niczego nie wiedzieli więcej, niż w Europie.

Po raz ostatni dyski te wpadły w oczy badaczom w 1974 roku. Australijczyk – inż. Ernst Weneger w muzeum w Banpo nawet sfotografował jeden z nich. Niestety, Weneger był tylko miłośnikiem dziwnych i tajemniczych historii, a nie uczonym i niczego nie udało się mu wydobyć od personelu muzeum. O co najdziwniejsze: w 20 lat później muzeum to odwiedził znany pisarz Peter Krassa i ŻADNEGO DYSKU JUŻ TAM NIE BYŁO! Podobnie jak nie było żadnego pracownika tego muzeum, który by pracował więcej, niż 10 lat! Krassie udało się jedynie uzyskać opis i rysunki dysków Dropów w jednym ze zborników. Ale redaktor wydania twierdził, że zamieszczono w nim rysunki dysków o średnicy 1,5 m, które kiedyś były przedmiotami kultu. Ponadto wedle słów redaktora, NIGDY żadnych Dropów czy Kamów NIE BYŁO! Przepadły też kości znalezione przez prof. Tei’a, i dyski i dosłownie wszyscy ludzie, którzy się z nimi stykali.[4] 


Pekińska mgła


Kilka ekspedycji w rejon, gdzie udał się Robin-Evans nie dały jakiegokolwiek rezultatu z punktu widzenia odkrycia śladów zagadkowego plemienia. Ale w trudnodostępnych górskich jaskiniach archeolodzy odkryli różne dziwne rysunki naskalne. Nieznani artyści dokładnie przedstawili na kamieniach Słońce, Ziemię i Księżyc, a także wielką ilość gwiazdozbiorów. Kilka z nich przedstawia grupę gwiazd obrazujących system Syriusza. Od jednej z gwiazd ciagnie się punktowana linia. Ona omija Słońce i dotyka Ziemi.

Wiek rysunków został oceniony na 10.000 lat, a przecież system gwiezdny Syriusza został odkryty przez astronomów dopiero w XIX wieku.[5] Być może Dropowie usiłowali uwiecznić pamięć o swoim pochodzeniu, tak jak oni to rozumieli, zanim utraciliby swe dziedzictwo przodków.

W 1995 roku, w chińskiej prowincji Syczuan w nadzwyczajny sposób odkryto nieznane nikomu plemię. Na pierwszy rzut oka byli oni kopiami Dropów opisanych przez Robin-Evansa: wzrost – 120-130 cm, wydłużone, nieproporcjonalnie duże czaszki i stanowiących zupełnie nie pasujący do otoczenia typ antropologiczny. Przedstawicieli karzełkowatego narodu usiłowano się dopytać, czemu przenieśli się oni zza gór, ale żaden z nich nie mówił w języku han. Tak więc informacja o tych „liliputach” jest skąpa i niewiarygodna.

Plemię to liczy wszystkiego 120 osób: mężczyzn i kobiet. Mniej więcej tyle samo Dropów było w czasie ekspedycji Robin-Evansa. Takie zachowanie niezmienionej wielkości przez długi czas populacji jest typowym dla małych izolomikrogrup plemiennych.

Chińczycy nie spieszą się z udzielaniem informacji i pomagać w badaniach. Ich wersja sprowadza się do tego, że plemię Dropów nigdy nie istniało, a niski wzrost mieszkańców wioski tłumaczy się stosunkowo wysokim stężeniem soli rtęci w miejscowych źródłach. Także prof. Nui’a w swej ojczyźnie nazywają mistyfikatorem i twierdzą, ze nie ma nawet takiego chińskiego imienia. Być może coś takiego wynika z mylnego przekładu z japońskiego.

Wszak ta mgła, jaką pokrywają historię Dropów w Pekinie, przywodzi na myśl iż Chińczycy coś chcą ukryć przed światem. Chcą oni za wszelką cenę wmówić badaczom, że to plemię z gwiazd jest li tylko wymysłem.[6] A jeżeli w Państwie Środka nie tylko rozszyfrowano dyski Dropów ale i  wyekstrahowali z nich jakąś pożyteczną informację? Tak czy inaczej, pytań w tej całej historii jest jak dotąd więcej, niż odpowiedzi…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 17/2013, ss.32-33
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©                               



[2] Albo Kam - historyczna nazwa nieistniejącej już prowincji w Chinach. Jej terytorium rozpościerało się  na pd-wsch. część Tybetu i część prowincji Syczuan.
[3] Nie mylić z Dropkami – tybetańskimi pastuchami. 
[4] Tok myślenia urzędniczych przygłupów jest identyczny bez względu na ustrój: skoro czymś interesują się TAMCI, to należy to natychmiast utajnić, a ludzi albo wymienić, albo zmusić do milczenia lub do kłamania. Tak właśnie było w przypadku dysków Dropów. A to oznacza jeszcze, że sprawą zainteresowały się chińskie służby specjalne i że jest ona przez nie badana. 
[5] Towarzysza Syriusza A przewidziano obliczeniowo przez F. W. Bessela w 1844 roku, a został on odkryty w 1860 roku przez A. G. Clarka.
[6] Istnieje możliwość, że obaj uczeni i całe plemię zostało po prostu zlikwidowane fizycznie przez siły specjalne lub wojsko. Zamordowanie 150 ludzi na ograniczonym terenie nie jest trudną operacją i można ją było przeprowadzić skutecznie i w krótkim czasie. Historia Ludzkości zna nie takie zbrodnie, że wspomnę eksterminacje całych wsi indiańskich przeprowadzonych przez białych konkwistadorów czy niemieckie pacyfikacje na Zamojszczyźnie, ukraińskie rzezie na Wołyniu, czystki etniczne i religijne w byłej Jugosławii,  plemienne w Rwandzie, itd.   

piątek, 9 września 2011

Atlantyda i Agharta (22)





TYBETAŃSKIE TAJEMNICE HITLERA

Gieorgij Zotow

Przez pięć lat ekspedycja SS szukała w Tybecie Osi Świata na osobisty rozkaz samego Führera. Jej archiwum nie zostało odtajnione do dziś dnia... Niniejszy artykuł zamieszczony w „Argumentach i Faktach” nr 24/2004 poświęcony jest m.in. także i tej tajemnicy.
Nie tak dawno, na początku 2004 roku, rządy kilku państw – Niemiec, Wielkiej Brytanii i USA – oznajmiły o nowym terminie, w którym mają zostać odtajnione niektóre archiwa III Rzeszy. Aktualnie mają one być otwarte w roku 2044, czyli de facto w 100 lat po tych wydarzeniach. Ale to nie wszystko, bo gryf tajności TAJNE z niektórych niemieckich archiwów ma być zdjęty w nieokreślonym terminie, którego nie znamy nawet w przybliżeniu. W ich składzie znajduje się dossier tajnej ekspedycji do Tybetu pięciu oficerów SS pod dowództwem SS-Obersturmführera Heinricha Harrera do dalekiego, górskiego państwa z osobistego rozkazu SS-Reihsführera Heinricha Himmlera (1900-1945) w celu znalezienia mitycznej krainy, legendarnej Śambhalli (Shambhalli, Szamballi, Shampullah – przyp. tłum.), gdzie – zgodnie z przekazami – znajdowała się Oś Ziemi...

Prolog.

W latach 1920 i 1924, Wielka Brytania wysłała do Tybetu dwie ekspedycje z zadaniem odnalezienia Szamballi – kierowane były one przez prof. Lafferty’ego i prof. Kensingtona. Obydwie grupy nie wróciły z Tybetu i o ich dalszych losach niczego nie wiadomo...
W roku 1997, główny lama buddyjskiego klasztoru Kapan w Nepalu w wywiadzie udzielonym BBC oświadczył, że: ...dostać się do Szamballi i zobaczyć Oś Świata jest łatwo, ale wrócić stamtąd jest trudno i nie każdy może to zrobić...      

Zaginiona ekspedycja.

28 listopada 1942 roku, wkrótce po okrążeniu hitlerowskiej armii w Stalingradzie i rozgromieniu niemieckich dywizji (należących do Afrikakorps – przyp. tłum.) w północnej Afryce, dowódca SS i szef całego RSHA (Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy – przyp. tłum.) SS-Reihsführer Heinrich Himmler zapoznał Adolfa Hitlera (1889-1945?) z 2000-stronicowym dokumentem, poczym obaj arcyzbrodniarze rozmawiali przez sześć godzin w cztery oczy. W wykładzie Himmlera, którego fragmenty doczekały się publikacji w 1990 roku, zawarta była sensacyjna propozycja, a mianowicie – natychmiast wyprawić do Tybetu specjalny oddział złożony z wybitnych alpinistów i uczonych, aby znaleźć pieczary i jaskinie Szamballi. Himmler był mistykiem do szpiku kości i sądził, że gdyby udało znaleźć Oś Świata, to być może udałoby się odwrócić pechowy dla Rzeszy bieg wypadków i przywrócić status quo ante 1939 roku – poprawiając wszystkie popełnione błędy, można będzie znów rozpocząć II Wojnę Światową i wygrać ją. Do tego projektu została dołożona mapa, na której zaznaczono prawdopodobne położenie Szamballi – sporządziła ją pierwsza hitlerowska ekspedycja do Tybetu w 1938 roku. Taśma filmowa z filmem o tej ekspedycji została znaleziona w jednej z niemieckich lóż masońskich. A potem – według oficjalnej wersji – spłonęła ona w czasie wielkiego pożaru w Köln jesienią 1945 roku. Podobno – jak głoszą pogłoski – utrwalono na niej wejście do Szamballi i plan Osi Świata.
- W roku 1945, badający i przeszukujący kancelarię Hitlera oficerowie NKWD byli zaszokowani tym, że znaleźli oni tam ciała zabitych tybetańskich lamów – powiedział w rozmowie z wysłannikiem „AiF” brytyjski historyk Victor Proudfoot.
- Wiadomo było, że Trzecia Rzesza zainteresowana była naukami okultystycznymi. Dlatego też Himmler do swej samej śmierci, będąc otoczonym nieprzyjaciółmi jak wilk fladrami wciąż liczył na to, że Szamballa zostanie odkryta, o czym świadczą wzmianki o „cudzie” , które pojawiły się wiosną 1945 roku.       
W styczniu 1943 roku, w największej tajemnicy z Berlina do Tybetu wyjechało pięciu ludzi, dowodzonych przez doświadczonego austriackiego alpinistę Heinricha Harrera i zaufanego zausznika Himmlera – Petera Aufschneitera. Nie zdało się to na wiele, bowiem już w maju całe towarzystwo zostało aresztowane w brytyjskich Indiach i wylądowało w więzieniu. Nie wiadomo, jakim sposobem, ale wszystkim esesmanom udało się uciec z więzienia i pod koniec roku przybyli oni do Tybetu. Co się z nimi dalej stało? – to pozostaje zagadką do dnia dzisiejszego...
- Doskonale pamiętam Heinricha Harrerę – powiedział w ekskluzywnym wywiadzie  dla „AiF” mieszkający w mieście Dżarmsala, Indie, XIV Dalajlama Tybetu, który w chwili, gdy do jego górzystej ojczyzny przybyli Niemcy, miał 7 lat. – Zapoznałem się z nim już po wojnie, w 1948 roku, kiedy przybył on do stolicy Tybetu – Lhassy. Okazało się, że przybył on do Tybetu w poszukiwaniu Szamballi i przebywał tam   całych pięć lat   i dopiero wtedy dowiedział się, że Niemcy skapitulowały i wojna się skończyła. Z jego grupy ostał się tylko Aufschneiter.
Tak zatem, gdzie ta esesowska ekspedycja przebywała przez te pięć lat? Część historyków uważa, że Harrer (podający się w Tybecie za niemieckiego komiwojażera, który uciekł Brytyjczykom) w rzeczywistości znalazł Oś Świata, ale nie zrozumiał czy nie wiedział, jak nią zakręcić w odwrotną stronę. Także nie wiadomo, co się stało z jego trzema towarzyszami. A jak wiadomo z legend o Szamballi, w Osi Świata jest zamknięta ogromna moc i do niej nie można się zbliżyć – i dlatego właśnie Szamballa w mitologii jest uważana za centrum wszystkich światów. (Zob. powieść J. Hiltona – „Zaginiony horyzont” – przyp. tłum.) Ten, kto znalazł się w niej, mógł nie tylko  władać czasem,  ale stawał się także władającym magicznymi mocami: sterować biopolami mieszkańców Ziemi i spuszczać ogień z niebios... Ponadto – legendy głosiły, że moc Szamballi dawała  nieśmiertelność – i wierzący w to Himmler w przypadku znalezienia mitologicznej Osi Świata był gotowy przerzucić do Tybetu tysiące desantowców, aby sformować z nich niezwyciężony Legion Nieśmiertelnych.

Sekret Osi Świata.

Pierwsze oficjalne informacje o „tybetańskim projekcie” Himmlera pojawiły się na początku lat 90. XX wieku (zob. F. Ribedeau-Dumas - „Tajemne zapiski magów Hitlera”, L. Bezimienskij – „Nierozwiązane zagadki Trzeciej Rzeszy” – przyp. tłum.), zaś do tego czasu źródła podawały tylko niesprawdzone plotki. Po pracy w pałacu Dalajlamy Harrer (który uczył dziecko angielskiego) w roku 1951 opuścił Lhassę i powrócił do rodzinnej Austrii z ogromnym archiwum, które zostało mu natychmiast skonfiskowane przez Brytyjczyków. Potem napisał on i wydał książkę pt. „Siedem lat w Tybecie”, która stała się bestsellerem po wielu latach, kiedy na jej podstawie nakręcono film z hollywoodzkim gwiazdorem Bradem Pittem. Potem w ręce dziennikarzy wpadła część dokumentacji Himmlera, Harrer już nie żył i nie mógł potwierdzić, że pojechał do Tybetu na osobisty rozkaz Himmlera. Archiwum tybetańskiej ekspedycji SS – w tym i materiał filmowy – brytyjskie władze wzbraniają się odtajnić. Mówi się, że tam zostało nakręcone m.in. wywoływanie złych duchów i wchodzenie w religijną ekstazę szamanów dawnego kultu istniejącego w Tybecie jeszcze przed buddyzmem (lamaizmem) – ich widzenia powinny stanowić wskazówkę wiodącą do Osi Świata.
- Wiele razy tłumaczyłem to Europejczykom:   Szamballa istnieje, ale nie tak, jak to sobie wyobrażamy – powiedział reporterowi „AiF” Dalajlama. – Do niej nie można tak po prostu wejść i dotknąć ją rękami.  (Identyczny pogląd przekazał M. Eliade w swej noweli pt. „Tajemnica doktora Hönigbergera”, w której stwierdza on wprost, że jest to kraina ducha, a nie materii i dostać się do niej można tylko duchem, a nie materialnym ciałem – uwaga tłum.)   Szamballa znajduje się w innym wymiarze i zobaczyć Oś Świata mogą tylko ci, którzy są w stanie wyjść na wyższe szczeble swej świadomości...


Przekład z j. rosyjskiego i przypisy –
Robert K. Leśniakiewicz ©

Ilustracje: Internet   

wtorek, 30 sierpnia 2011

Atlantyda i Agharta (13)









ZNALEŹLIŚMY  LEGENDARNĄ  BRAMĘ DO SZAMBALLI...

Nikołaj Ziatkow



Na stronicach naszego dziennika wiele razy publikowaliśmy materiały o ekspedycjach prof. Ernsta Mułdaszewa w Himalaje, Tybet i do Egiptu. Tym razem niezmordowany podróżnik udaje się w podróż  - tym razem na zagadkową Wyspę Wielkanocną. I – co stało się już dobrą tradycją – udzielił on wywiadu Czytelnikom „Argumentów i Faktów”. A dzisiaj będzie on mówił o celach i zadaniach tej ekspedycji red. Nikołajowi Ziatkowowi. Wywiad ten ukazał się w „AiF” nr 25 i 26/2004.

Niebezpieczny znak szóstki.

Pytanie: Erneście Rifgatowiczu! – o ile mi wiadomo – pan przekładał tą ekspedycję trzykrotnie, a tym razem nie przełożył jej pan jeszcze raz? Z czym były związane poprzednie zmiany terminu ekspedycji?
Odpowiedź: Były dwie przyczyny tego stanu rzeczy. Po pierwsze: organizując ekspedycję doszedłem do wniosku, że z naukowego punktu widzenia powinniśmy do niej „dojrzeć”. A na to „dojrzewanie” potrzeba czasu.
Po drugie: chciałbym zaznaczyć, że ekspedycja na Wyspę Wielkanocną mogła być niebezpieczną. Tak się bowiem złożyło, że byłaby to moja szósta ekspedycja (po Himalajach - 3, Tybecie - 1 i Egipcie – też 1) i dlatego nie miałem zbyt wielkiej ochoty pojechać na tą złożona i trudną ekspedycje pod znakiem szóstki...
P.: A co może być niebezpiecznego na Wyspie Wielkanocnej? To jest niewielka wyspa na Oceanie Spokojnym, na której stoją kamienne posągi.
O.: Rzecz w tym, że cała Wyspa Wielkanocna – mająca rozmiary nieco większe od 20 km średnicy – jest pocięta siecią podziemnych chodników i przejść sztucznego pochodzenia, które w sumie tworzą labirynt. Według tamtejszych legend, podziemny labirynt posiada kilka odgałęzień, z których każde wiedzie ku... środkowi Ziemi.
P.: A zatem zamierza pan przejść przez ten labirynt – w jakim celu?
O.: Na przeciwległej do Rapa Nui stronie Ziemi znajduje się święta góra Kajłas (Kailas, Kailash), wokół której położone jest legendarne   Miasto Bogów,  które składa się z wielu ogromnych i bardzo starych piramid. To Miasto Bogów  dokładnie opisano i ukazano w mej ostatniej książce pt. „W poszukiwaniu Miasta Bogów. Tom 3. W objęciach Shambhalli” . I to właśnie w tybetańskim Mieście Bogów znaleźliśmy legendarną Bramę do Szamballi – wiodącą, jak głoszą legendy – do podziemnego miasta, stolicy podziemnej Szamballi.

Miasto Bogów.

Nie mogę wykluczyć tego, że po drugiej stronie kuli ziemskiej, tj. na Wyspie Wielkanocnej, było drugie Miasto Bogów... – jeszcze starsze, które zatonęło w oceanie. A i podziemne miasto – biorąc na logikę – powinno być tam także. A wejście doń znajduje się w podziemnym labiryncie Wyspy Wielkanocnej.
P.: Kiedy mówi pan o Mieście Bogów, to chcąc – nie chcąc rodzi się pytanie: a cóż to takiego?
O.: Trudno jest odpowiedzieć krótko na to pytanie. Temu będzie poświęcona moja następna książka pt. „W poszukiwaniu Miasta Bogów . Matryca Życia na Ziemi”. Rzecz w tym, że kiedy wykreśliliśmy mapę Miasta Bogów, to okazało się, że ma ono strukturę bardzo podobną do struktury DNA. Znany rosyjski biolog molekularny dr Piotr Pietrowicz Garjajew stwierdził właśnie to.
P.: Ogromne kamienne... DNA?
O.: Tak. U nas panuje przeświadczenie, że Miasto Bogów to jest to miejsca, gdzie Bóg stworzył człowieka na Ziemi, manipulując przede wszystkim DNA.
P.: A teoria Darwina?
O.: Jest po prostu śmieszna...
P.: Pan powiedział, że istnieją dwa Miasta Bogów?
O.: Sądzę, że tym pierwszym Miastem Bogów było miasto zatopione w rejonie Wyspy Wielkanocnej, zaś drugim – miasto w rejonie świętej góry Kajłas w Tybecie. Pierwszego Miasta Bogów nie możemy znaleźć – ono zatonęło w otmętach Oceanu Spokojnego...
P.: W takim razie dlaczego przedsiębierze pan wyprawę na Wyspę Wielkanocną, skoro Miasto Bogów numer 1 zatonęło w wodach Pacyfiku? W jakim celu chce pan zbadać podziemny labirynt Rapa Nui?
O.: Cała rzecz w legendarnym kamieniu Szantamani . Nasze badania w czasie tybetańskiej ekspedycji w rejonie Miasta Bogów doprowadziły nas do konkluzji, że ten kamień znajduje się w piramidce Małego Kajłasu, znajdującej się na zachodnim stoku świętej góry Kajłas i stojącym na ekstremalnie niedostępnym miejscu, na trzech kamiennych słupach o orientacyjnej wysokości 600 m. Założyliśmy, że kamień Szantamani jest „kamienną tablicą”, na której zapisano program powstania życia na Ziemi – mówi o tym wiele tybetańskich legend.
No, ale jak już myśleć o tym, że istnieją dwa Miasta Bogów, to w Mieście Bogów w rejonie Wyspy Wielkanocnej także powinien istnieć odpowiadający mu kamień Szantamani – najstarszy program stworzenia człowieka na Ziemi. I nie wolno wykluczyć tego, że znajduje się on w podziemiach tej wyspy.
P.: Chce pan odnaleźć kamień Szantamani?
O.: Ciekawość ludzka, to nie wszystko. Żeby tak zrobić chociaż wstępną analizę! Żeby chociaż znaleźć jakieś potwierdzające to fakty!
Można założyć, że jacyś dawni, wysoko rozwinięci ludzie spodziewając się tego, że Miasto Bogów wcześniej czy później zostanie zatopione w ponad dwukilometrowej głębinie, postanowili przenieść ten „Kamień Życia” w najwyższy punkt, którym okazuje się być dzisiejsza Wyspa Wielkanocna i tam go schowali.
Utalentowany ufimski matematyk dr Szamil Cyganow przeprowadził obliczenia położenia Rapa Nui względem miejsca, w którym wychodzi oś poprowadzona ze świętej góry Kajłas i środek Ziemi dokładnie na drugą stronę kuli ziemskiej. Wyszło na to, że Wyspa Wielkanocna znajduje się dokładnie w odległości 999 km na zachód. Ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że różnica pomiędzy długością tej osi – od Kajłasu na przeciwną stronę geoidy – równej 19.999 km, a osią łączącą Kajłas z Wyspą Wielkanocną – 19.333 km – wynosi dokładnie 666 km! Zgodnie z równaniem:
19.999 – 19.333 = 666,

a do tego oś przeprowadzona z Rapa Nui przez centrum Ziemi wychodzi z niej gdzieś w północnej części Indii – a dokładniej nad rzeką o nazwie Chambal (fonetycznie brzmi to jak Szambal) – która jest dopływem świętego Gangesu...
P.: To znaczy, że i tutaj pojawiają się złowieszcze cyfry 999 i 666, o których pisał pan w pierwszym tomie swej książki „W poszukiwaniu Miasta Bogów – Tragiczne posłanie dawnych”?
O.: W tych cyfrach jest jakaś prawidłowość. I tak np. wysokość świętej góry Kajłas wynosi 6666 m (inne źródła podają jednak wysokość 6714 czy 6638 m n.p.m. – uwaga tłum.), a odległość od kompleksu Stonehenge w Anglii do Kajłasu wynosi dokładnie... 6666 km. Odległość Wielkiej Piramidy w Gizie, w Egipcie, do Bieguna Północnego wynosi także 6666 km – i tak dziewięć razy tylko w tej ćwiartce kuli ziemskiej. Jest coś zakodowane w tych cyfrach. Rozmieszczenie wszystkich tych monumentów jest związane z cyframi 6 i 9. Tak więc Wyspa Wielkanocna jest wybraną o czym nie można zapomnieć.
Chciałbym jeszcze zauważyć, że piramida Małego Kajłasu w Tybecie – gdzie według naszej hipotezy ma znajdować się legendarny kamień Szantamani , znajduje się na wysokości szacowanej na 6000 m n.p.m. W takim razie można założyć, że drugi kamień Szantamani znajdujący się po drugiej stronie kuli ziemskiej znajduje się na głębokości 6000 m od poziomu oceanu, do którego wiodą tajemne, podziemne sztolnie i szyby z Rapa Nui.  Wszak wysokich gór na Wyspie Wielkanocnej nie ma.
P.: Czy nie zejdzie pan na taką głębokość?
O.: Nie wszystko naraz. Ale sądzę, że i tak znajdziemy wiele ciekawych rzeczy. Chciałbym jeszcze trochę pożyć...
P.: A czym są – według pana – wielkie kamienne posągi na Rapa Nui?
O.: One być może oznaczają bliskość kamienia Szantamani... Tak jak tybetańskie Miasto Bogów jest oznaczone posągiem „Czytającego Człowieka” wysoką na 15 pięter, którą widzieliśmy, sfotografowaliśmy, sfilmowaliśmy i która, wedle miejscowych legend – jest oznaka istnienia świętego kamienia Szantamani... (O legendach tych pisali m.in. F. A. Ossendowski, M. Roerich, H. Bławacka i wielu innych. Na łamach „Nieznanego Świata” przytacza je dr L. Szposznikowa w artykule „Szamballa dawna i zagadkowa”. Poza tym polecam Czytelnikowi doskonałe cykle powieściowe J. Redfielda – „Niebiańskie proroctwo”, „Dziesiąte wtajemniczenie”, „Tajemnica Szamballi” i  E. Pattisona – „Mantra czaszki” i „Woda omywa kamień”, których akcja toczy się właśnie w okolicach świętego Kajłasu  – przyp. tłum.)
Ponadto mogę dodać, że jak mówią – oczy figur na Wyspie Wielkanocnej świecą się w drugiej dekadzie września każdego roku. I w tym terminie my udajemy się tam z naszą ekspedycją.
P.: I już ostatnie pytanie: -  wychodzi panu na to, że na Wyspie Wielkanocnej oznaczonej cyframi 666 i 999 znajdzie się pan ze swoją 6 z kolei ekspedycją... (NB, o. Sebastian Englert policzył, że na Rapa Nui znajduje się właśnie 666 kamiennych figur, jednak ostatnie wyliczenia mówią o 887 kamiennych posągach jednego typu wykutych w skałach kamieniołomu Rano Raraku... – uwaga tłum.)
O.: Ależ nie. Ona będzie siódmą! Szóstą ekspedycją będzie powtórna ekspedycja do Egiptu. A to dlatego, że po dopisaniu do liczby 666 kolejnej szóstki otrzymujemy 6666. Piramidy i pomniki starożytnego Egiptu, które chcemy obejrzeć sobie po raz drugi, z innego punktu widzenia będą dla nas inspiracją w czasie badań na Wyspie Wielkanocnej. Ileż jest jeszcze zagadek w Egipcie! Kompleks piramid i innych monumentalnych budowli w Egipcie jest najmłodszym na świecie. Wiele z nich ocalało, zaś monumenty megalityczne na Wyspie Wielkanocnej na odwrót – są najstarszymi. Wiele dadzą, jak sądzę, analogie pomiędzy Egiptem a Rapa Nui. Tak zatem obejdziemy feralną szóstkę w czasie ekspedycji na tą wyspę, która oznaczona jest liczbami 666 i 999...
P.: A zatem szczęśliwej podróży i niech pan uważa na siebie!
O.: Dziękuję. Na tej Ziemi wszystko jest podporządkowane, ale nie nam. Coś wyższego steruje nami...

Od redakcji „AiF”:

Ekspedycja  Mułdaszewa jest osiągalna na Wyspie Wielkanocnej tylko za pomocą telefonu satelitarnego, innej łączności z nią nie ma. Będziemy od czasu do czasu zamieszczać krótkie informacje o jej postępach i wynikach badań przez nią prowadzonych na łamach naszego dziennika.

Od tłumacza

Byliśmy na Wyspie Wielkanocnej i na Islandii, i faktycznie – znajduje się tam wejście do środka Ziemi, ale nie takie o jakim pisze prof. Mułdaszew. Trzeba bowiem wiedzieć Czytelnikowi, że Wyspa Wielkanocna podobnie jak Islandia znajduje się na szczycie pióropusza magmy wypływającego ze środka Ziemi i który spowodował ich powstanie. Wejście zatem znajduje się pod każdym z jej głównych wulkanów: Rano Raraku, Rano Kao, Maunga Terelaka i  Maunga Puakatike.  Natomiast świat jej pieczar jest faktycznie fascynujący, ale w tym przypadku zgadzam się z dr Milošem Jesenským, który uważa, że były to bardzo dawne schrony przeciwko BMR, co opisał w swej pracy pt. „Bohové atomóvych válek” (Ústi nad Labem 1998).

Nawiasem mówiąc, to wejście takie nie mogło się znajdować w kraterze wulkanu Snæffelsjökull (1446 m n.p.m.) na Islandii, bowiem jest on zapchany lodami tamtejszego lodowca, który jest tam od ostatniego wybuchu w roku 200 n.e., tak więc Jules Verne nieco przesadził każąc swym bohaterom wchodzić do tego wulkanu. Tym niemniej… na Islandii znajduje się krater, który ludowa tradycja uważa za wrota Piekła. Jest to Hekla (1491 m), której częste wybuchy w latach: 6600 p.n.e., 4000 p.n.e., 2800 p.n.e., 860 p.n.e., 1104, 1158, 1206, 1222, 1300, 1341, 1389, ok. 1440, 1510, 1597, 1636, 1693, 1766, 1845, 1878, 1947-48, 1970, 1991 i 2000 utwierdzały ludzi w tym mniemaniu…

Przekład z j. rosyjskiego i przypisy –
Robert K. Leśniakiewicz ©