Powered By Blogger

sobota, 21 kwietnia 2012

Wypadki kolejowe na liniach beskidzkich






         Ostatnio polską opinią publiczna wstrząsnęła wiadomość o tragicznej katastrofie dwóch pociągów ekspresowych pod Szczekocinami. Stało się to dla nas inspiracją do poszukiwań materiałów archiwalnych dotyczących wypadków kolejowych na liniach kolei transwersalnej tnącej w poprzek Beskidy, a także ich odgałęzieniach.





Najstarszą wzmianka na jaką się natknęliśmy się, jest  informacja o katastrofie kolejowej na stacji Stryszów  w dniu 31.08.1925 roku. Wówczas najechały na siebie  dwa pociągi  osobowy i ćwiczebny wojskowy. Dwa lichej konstrukcji po austriackie wagony  pociągu osobowego zostały całkowicie zniszczone, rannych zostało 11 osób w tym jedna śmiertelnie. Rozmiary katastrofy obrazuje załączone zdjęcie z czasopisma przedwojennego „Światowid”.





Do największej katastrofy w historii  polskiego kolejnictwa  o której to rzadko się wspomina  jest katastrofa na stacji Barwałd Średni na linii Kalwaria – Wadowice. Miało to miejsce  24 listopada 1944 roku. Zderzyły się pociąg osobowy Zakopane - Kraków z niemieckim pociągiem towarowym. Pociąg jadący z Zakopanego do Krakowa  został na stacji Kalwaria Lanckorona skierowany na trasę okrężną  gdyż partyzanci wysadzili tor do Skawiny. Po tym samym torze od strony Wadowic jechał pociąg towarowy wiozący zaopatrzenie dla wojska niemieckiego. Dyżurny w Kalwarii Lanckoronie zorientował się w sytuacji i wysłał za pociągiem lokomotywę, która głośnymi gwizdami starała się ostrzec przed niebezpieczeństwem, niestety bezskutecznie. W wyniku zderzenia  zginęło 130 osób, a 100 zostało rannych. Jak na warunki polskie była to katastrofa w stylu Indii lub Egiptu. Nic dziwnego pociągi podczas okupacji były tak przeładowane że ludzie leżeli na dachach. Dziwne jest też, że za największą katastrofę kolejową w Polsce uważa się  katastrofę z 1980 pod Otłoczynem  podczas której zginęło 67 osób. Nieznane są przyczyny dlaczego prasa pomija  nieco tę katastrofę.





W latach następnych  miały miejsce różne zdarzenia  które nie miały  charakteru wielkich katastrof, ale towarzyszyły im ciekawe okoliczności o których warto wspomnieć.





Lato 1946 - katastrofa na stacji Kalwaria Lanckorona. Pociąg towarowy jechał ze stacji Stronie po wielkim spadku z wadliwie działającymi hamulcami. Osiągnął ogromną prędkość i wykoleił się na stacji Kalwaria-Lanckorona. Nie ma informacji o ewentualnych ofiarach lub rannych.





16.08.1951 - katastrofa na stacji Dobra koło Limanowej. Pociąg towarowy prowadzony parowozem Ty-2 tendrem naprzód  jechał ze stacji Kasina Wielka również po ogromnym spadku. Rozwinął nadmierną prędkość i wykoleił się na zwrotnicach przed stacją. Zginął kierownik pociągu z Nowego Sącza.





Lipiec 1953 – katastrofa na szlaku Sieniawa-Lasek. Pociąg towarowy  prowadzony parowozem TkT-1  wskutek nadmiernej prędkości zjeżdżając z przystanku Pyzówka wykoleił się. Parowóz przewrócił się na bok  na skarpę. Na szczęście nic się nikomu nie stało.





Sierpień 1953 - niemal nie doszło do zderzenia pociągów osobowych w Sieniawie. Pociąg osobowy Zakopane-Mysłowice prowadzony parowozem Ty-42 prowadzony tendrem naprzód jadąc po olbrzymim spadku na skutek usterki hamulców nie zdołał zatrzymać się na stacji Sieniawa. Szczęśliwie zdążający z przeciwka pociąg  zdążył wjechać na inny tor i nie doszło do zderzenia czołowego.





Jesień 1959 – wykolejenie w Męcinie. Z wysokiego nasypu wykoleiło się kilka wagonów towarowych, w tym cysterna z benzyną. Doszło do samozapłonu w promieniu 100 m. Zapaliła się stodoła ze słomą. Część benzyny dostała się do rzeczki i tam się zapaliła. Mieliśmy do czynienia płonącym ciekiem wodnym.





5.09.1960 - katastrofa w Mszanie Dolnej. Ze stacji Rabka Zdrój zbiegły cztery wagony towarowe z węglem  przejechały z wielka prędkością stacje w Zarytem i w Mszanie Dolnej, i za stacją najechały na stojący pod semaforem  parowóz Ty-2 wracający luzem z Kasiny. Zginął jadący na ostatnim stopniu wagonu towarowego pracownik kolejowy który bał się  wyskoczyć w biegu.





13.01.1964 - katastrofa w Marcinkowicach. Ze stacji w Marcinkowicach został wypuszczony pociąg osobowy. Szlak nie był wolny. Pod semaforem stał pociąg towarowy wskutek mgły doszło do zderzenia czołowego. Były ofiary śmiertelne w ilości 10 osób i mnóstwo rannych. Z pobliskiego lotniska aeroklubu w Łososinie samoloty sanitarne  przez cały dzień woziły rannych do Krakowa i Warszawy.





Lato 1967 - katastrofa na stacji Raba Wyżna - pociąg mieszany (osobowo- towarowy) z Zakopanego do Chabówki  został wpuszczony na tor zajęty przez jadący przed nim pociąg towarowy z popychem. W wyniku zderzenia zginął jeden pasażer pociągu towarowego.





Lipiec 1971 – wykolejenie pociągu osobowego w Skawie. Nocny pociąg osobowy relacji Kraków Płaszów – Chabówka prowadzony przez TkT -48 jadąc z Jordanowa do Chabówki około 1 km przed przystankiem Skawa  na skutek wady w torze wykoleił się i zjechał z nasypu. Parowóz zatrzymał się tuż przed brzegiem Skawy, jeden wagon przewrócił się. Poszkodowanych nie było gdyż pociąg był prawie pusty.





23.03.1979 – wydarzenie na stacji Zakopane – pociąg towarowy prowadzony elektrowozem złamał kozioł oporowy na końcu stacji i wjechał na ulicę. Żartowano że maszynista pragnął zrealizować nie spełniony plan dawnego właściciela Zakopanego hr. Zamoyskiego  połączenia Zakopanego z Chochołowem i Trsteną.





14.12.1982 - zdarzenie na stacji w Zakopanem. Ze stacji Zakopane zbiegł elektrowóz bez drużyny. Przejechał z olbrzymią prędkością przez Poronin, Biały Dunajec, Szaflary, Nowy Targ i wyhamował na wzniesieniu pod Laskiem. I zjechał z powrotem do Nowego Targu gdzie go złapano.





27.03.1987 – katastrofa w Sieniawie. Pociąg towarowy z Chabówki do Nowego Targu ciągniony przez dwa elektrowozy tuż przed stacją Sieniawa  wykoleił się cały  skład. Na szczęście nic się nikomu nie stało.





13.08.1987 – wykolejenie w Jordanowie. Na tzw. „Międzywodach” wykoleił się pociąg osobowy relacji Zakopane-Poznań ścinając kilka słupów trakcji elektrycznej. Nie było poszkodowanych.





31.01.2004 roku, około godziny 23:00 doszło do koszmarnego wypadku na szlaku kolejowym pomiędzy Osielcem a Bystrą Podhalańską. Opisuje to lakoniczna wiadomość:





Pasażerowie jadący koleją z Krakowa do Zakopanego muszą liczyć się z utrudnieniami w podróży. Niedaleko Jordanowa na niestrzeżonym przejeździe lokomotywa zderzyła się z samochodem poczym wykoleiła się. Utrudnienia potrwają co najmniej kilkanaście godzin, bowiem wykolejony pociąg zerwał trakcję elektryczną i zniszczył kilka słupów.


Między Osielcem a Chabówką wszyscy pasażerowie są przewożeni autobusami. (PR-1, 2004-02-01)









O godzinie 11:00, JEDYNKA podała dodatkowo, że:





Na Podtatrzu zmiana turnusu i od razu kłopoty z komunikacją. Pasażerowie jadący koleją z Krakowa do Zakopanego muszą liczyć się z kłopotami w podróży. Niedaleko Jordanowa na niestrzeżonym przejeździe lokomotywa uderzyła w naczepę ciężarówki przewożącej drewno poczym wykoleiła się. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Podróżni są przewożeni autobusami z Makowa Podhalańskiego do Chabówki, a to dlatego, że na stacji w Osielcu, na którą wcześniej dojeżdżały pociągi, potrzebny jest wolny tor dla pociągu ratunkowego. [...] Przywrócenie normalnego ruchu planuje się na godzinę 22. Lokomotywa została podniesiona i odholowana. [...]







11 czerwca 2004  - to samo miejsce. W tym dniu pewna kobieta jechała z Osielca do Bystrej Podhalańskiej i na fatalnym przejeździe zgasł silnik jej samochodu. Mimo wysiłków z jej strony, nie udało się jej uruchomić samochodu, który stał w poprzek toru. Traf chciał, że właśnie zza zakrętu wypadł pociąg, którego maszynista zauważył za późno przeszkodę i choć zahamował od razu – niemal z pełnym rozpędem wyrżnął w samochód. Kobiecie udało się wyskoczyć zeń w ostatniej chwili... I znów – nikomu nic się nie stało. Ten przejazd jest „czarnym punktem” i niejednokrotnie mogło na nim dość do różnych zdarzeń, jak opisane powyżej…





Już pobieżna analiza zdarzeń wskazuje że bardzo niebezpiecznym odcinkiem jest zjazd z Pyzówki do Sieniawy, gdzie nawet błaha awaria układu hamulcowego może doprowadzić do niewyobrażalnej katastrofy. Niestety, coraz bardziej pogarszający się stan infrastruktury kolejowej może doprowadzić do kolejnych, jeszcze gorszych i straszniejszych w skutkach katastrof kolejowych.  





W niniejszym artykule korzystaliśmy informacji z czasopism „Sygnały”, „Parowozik”, ”Światowid” oraz relacji zaprzyjaźnionych kolejarzy.





Stanisław Bednarz


Robert K. Leśniakiewicz

piątek, 20 kwietnia 2012

Szczątki maszyn z bardzo dalekiej Przeszłości?

Tajemnicze kółka zębate z pogranicza Dewonu i Syluru?
A może tylko odciski liliowców?



Tajemnicze koło znalezione w pokładzie węgla na Ukrainie

Sanktpetersburscy archeolodzy znaleźli na Kamczatce skamielinę. Wyszło na jaw, że chodziło w tym przypadku o szczątki jakiegoś mechanizmu. Rosyjscy archeolodzy podzielili się odkryciem ze swymi amerykańskimi kolegami, a ci potwierdzili, że faktycznie są to szczątki jakiegoś urządzenia.



Specjaliści przypuszczają, że mechanizm mógł się zachować przez tak długi czas (prawie 400 MA), np. w bagnie. Możliwość tą potwierdza i ta okoliczność, że przedmioty te skamieniały w bardzo krótkim – geologicznie oczywiście – czasie. Uczeni dopuszczają możliwość, że mechanizm ten może być pozaziemskiego pochodzenia. (zob. http://czech.ruvr.ru/2012_03_19/68934056/)



Inne źródło podaje:



Na półwyspie Kamczatka, 200 km od wsi Tigil, uczeni z uniwersytetu w Sankt Petersburgu znaleźli przedziwne skamieniałości. Autentyczność znaleziska potwierdził certyfikat Uniwersytetu. Według Jurija Gołubiewa, odkrycie zdumiało uczonych i może zmienić bieg dziejów i historię.



Analiza artefaktu znajdującego się w kamieniu wykazała, że mechanizm jest wykonany z części metalowych, które razem tworzą coś na kształt zegarka czy innego złożonego mechanizmu. Najbardziej interesującym jest to, że analiza wykazuje wiek obiektu na około 400 MA – a zatem z przełomu Dewonu i Syluru. Mówi J. Gołubiew:

- W pierwszej chwili nie wiedzieliśmy, cośmy znaleźli. Były tam setki kółek zębatych, które razem tworzyły część jakiegoś mechanizmu. Były one w doskonałym stanie, jakby je zamrożono przed chwilą.



W roku 1991, grupa poszukiwaczy złota w czasie przemywania piasku z rzeki narada na wschodnim stoku Uralu znalazła niezwykłe, mikroskopijne, spiralowatego kształtu obiekty. Ich wielkość wahała się od niewiarygodnie małych 0,003 mm aż do 3 cm.



Miniaturowe nano-artefakty znalezione w Rosji przez poszukiwaczy złota.
Mikroorganizmy czy mikrokonstrukcje cybernetyczne?
Śruba znaleziona w pokładzie rud żelaza...

Aktualnie te artefakty znajdują się w wielkich ilościach w zależności od rodzaju podłoża na różnych głębokościach od 3 do 12 m w rzekach: Narada, Kozim, Bałbanuj i w mniejszych potokach takich jak Wietwistij i Łapiewoz.



Wyniki studiów nad nimi przeprowadzonych w moskiewskim CNIGRI, w laboratoriach Republiki Komi, w Instytucie Geologii w helsinkach (Finlandia), i w innych miejscach, były sensacyjne! Materiałem, z którego wykonano te artefakty, był molibden – Mo, którego punkt topnienia wynosi +2650°C, wolfram – W, którego punkt topnienia wynosi aż +3410°C, zaś wiek wynosił od 20.000 do 318.000 lat. Dokładność wyrobu wskazuje na szczytową High-Tech nanotechnologię, która jawi się współczesnym naukowcom jako fantastyka, bowiem dzisiaj czegoś takiego po prostu nie jesteśmy w stanie wykonać. Badania wykazują, że tego rodzaju technologia byłaby w stanie stworzyć np. nano-urządzenia, które zaimplantowane do organizmu człowieka mogłyby docierać do najmniejszych zakamarków ciała i leczyć wszelkiego rodzaju choroby – nawet nowotwory… Dokładne pomiary tych przedmiotów wykazała, że większość z nich jest zrobiona w wielkości złotego cięcia.



Kolejna zagadka. Odcisk „koła” w warstwie węgla kamiennego w szybie „Zachodni” KWK w Doniecku w Rostowskiej Obłasti (Ukraina). Okaz ten znaleziono na głębokości 600 m, w roku 2008. Oszacowany wiek warstwy – 300-360 MA (Dolny Karbon). To oznaczałoby, że koło to dostało się do tego pokładu węgla nie później niż 300 mln lat temu. Koło to uległo rozkładowi w procesie diagenezy, a pozostał tylko jego sfosylizowany odcisk.



O znalezisku powiadomiono kierownictwo kopalni uczonych z Rostowskiej Obłasti, ale ich wszystkie wysiłki zmierzały do… utajnienia i ograniczenia dostępu do znaleziska! Świadkami znalezienia tego artefaktu są setki górników. Miejsce odkrycia tego okazu – szyb „Zachodni” został zamknięty w 2009 roku i natychmiast zatopiony, siłą rzeczy dzisiaj absolutnie niedostępny…  



Laudonomphalus regularis?



Tyle podaje Pan Eduard Piovarči, z którego strony internetowej zaczerpnąłem te wszystkie rewelacje. Laudonomphalus regularis - tak nazywa się wymarłe zwierzę morskie, a konkretnie liliowiec, którego skamieniałości przypominają kółka zębate. No i w ten sposób mamy z głowy odkrycia z Kamczatki. A zatem wiele hałasu o nic.  



Ale co z pozostałymi artefaktami?



Źródła:




Przekład z j. czeskiego i słowackiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©       

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Ludzie znikają z pokładów liniowców…

 MV Disney Wonder
 Państwo Coriamowie...
...i ich córka Rebecca

Caroline Graham



Rodzice pracownicy, która znikła z brytyjskiego statku wycieczkowego na początku 2011 roku spotkali się z ministrami by żądać od nich wprowadzenia praw chroniących obywateli Zjednoczonego Królestwa od przestępstw na morzu. Mike i Ann Coriamowie, których 24-letnia córka Rebecca Coriam znikła z wartego 580 mln GBP statku MV Disney Wonder w marcu, spotkają ministra żeglugi Mike’a Penninga by domagać się od wartego miliardy funtów przedsiębiorstwa żeglugowego należytego uregulowania sprawy bezpieczeństwa na morzu.



Pan Coriam z Chester powiedział:

- Nasza córka znikła z pokładu statku sześć miesięcy temu i nawet nie przybliżyliśmy się do tego, co właściwie się z nią stało. Ludzie odbywający wakacyjne podróże morskie są uspokajani i utrzymywani w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, bowiem są oni w miejscu, gdzie spełniają się ich marzenia o szczęśliwych wakacjach. W rzeczy samej, ilość ludzi, którzy zaginęli z pokładów statków wycieczkowych nie jest podawana do publicznej wiadomości przez kompanie żeglugowe, bo to psuje im reputację. Przestępstwa są zmiatane pod dywan, a incydenty te nie są wyjaśniane dokładnie.  



Panna Coriam była zatrudniona jako młodszy pracownik na MV Disney Wonder na czas tygodniowego rejsu z Los Angeles do Meksyku, kiedy znikła w niewyjaśnionych okolicznościach. Ostatni raz widział ją jeden z kolegów, w dniu 22 marca, i powiedział on, że wyglądała na czymś zaniepokojoną. Alarm podniesiono, kiedy następnego dnia nie zgłosiła się do pracy.  



Rebecca była na pokładzie MV Disney Wonder, gdzie znajdowało 2400 pasażerów i 945 osób załogi – i tylko jeden policjant prowadził śledztwo w tej sprawie! Pan Coriam powiedział, że nie był on przygotowany na spekulacje na temat plotek, które pojawiły się w Internecie, iż jego córka popełniła samobójstwo skacząc za burtę statku po awanturze z przyjacielem.



Kompanie żeglugowe wniosły skargę, że nie ma żadnej międzynarodowej organizacji policyjnej zajmującej się przestępczością na morzu, a ciężar prowadzenia śledztwa spada na policję kraju, do którego statek zawija lub gdzie jest zarejestrowany – często w takich krajach jak Bermudy czy Panama – czy jak w przypadku MV Disney Wander – Bahamy.[1] Mówi Pan Coriam:

- Kiedy zatelefonowałem na Bahamy z zapytaniem o postępy śledztwa, to powiedziano mi, że jest ono „w trakcie”.



Tylko jeden policjant na Bahamach prowadzi śledztwo w sprawie mojej córki. I to mimo tego, że na pokładzie statku znajdowało się 2400 pasażerów i 945 załogantów. To jest po prostu niemożliwe, by jeden człowiek mógł przeprowadzić takie śledztwo. To jest farsa od samego początku…



Zgodnie z informacjami od grupy International Cruise Victims Association (ICV) – powołanej do życia przez amerykańskiego biznesmena Kendalla Carvera po tym, jak jego córka zaginęła z pokładu wycieczkowca – od roku 1995 z pokładów statków zaginęło bez wieści 165 osób, w czym aż 12 w tym (11 listopada 2011) roku!



ICV odnotowała swój pierwszy sukces. Ostatnio prezydent USA Barack Obama podpisał Cruise Vessel Security and Safety Act który nakłada na armatora obowiązek zgłaszania faktu zniknięcia osoby ze statku do FBI i USCG.[2]



Pan Carver mówi:

- Nasza kampania trwa już kilka lat, ale armatorzy wydają miliony dolarów na lobbing przeciwko nam. Aktualnie FBI i USCG mają uprawnienia do prowadzenia śledztwa w tego rodzaju sprawie, bez względu na to, gdzie dany statek jest zarejestrowany.



Superintendent Paul Rolle z Królewskiej Policji Bahamskiej, który prowadzi śledztwo w sprawie Coriamównej powiedział:

- Jestem cały czas w kontakcie z rodziną Coriamów i nie mam żadnych komentarzy.



Rzecznik Disney Cruise Lines mówi, że:

- Nasze serca są z Coriamami. Podzieliliśmy się wszystkim, czym mogliśmy, ale wiele szczegółów jest wciąż objęte tajemnicą śledztwa przez policję i tylko oni mogą to zrobić dla rodziny.



Inni zaginieni



Niewysoka, rudowłosa, 40-letnia Merrian Carver znikła w roku 2004 w czasie rejsu na Alaskę na pokładzie MV Mercury należącego do Celebrity Cruises.

Merrian Carver


Jej ojciec Kendall, który powołał do życia ICV powiedział, że:

- Steward z jej kabiny, który zameldował o jej zniknięciu, zrobił o na drugi dzień i pomimo tego jej rodziny nie powiadomiono ani niczego w tej sprawie nie zrobiono. A po ukończeniu rejsu jej rzeczy spakowano do czarnego plastykowego worka i oddano… na cele dobroczynne!  



Pan Carver wydał 50.000 GBP na prywatne śledztwo stwierdził, że jej los nadal pozostaje tajemnicą.

- Istnieje poważny problem odpowiedzialności finansowej kompanii żeglugowych – mówi on. – Walczę z liniami żeglugowymi odkąd Merrian zniknęła. Jej śmierć nie została nigdy wyjaśniona, jej ciała nie znaleziono. Kiedy wchodzisz na statek, wchodzisz na obcą ziemię i jesteś zdany na łaskę i niełaskę policji kraju, najczęściej Trzeciego Świata, gdzie statek jest zarejestrowany.

Rama Forman


Rama Forman – 48-letnia obywatelka UK zamieszkała w Szwajcarii, która miała swój dom w Hampstead, w północnym Londynie, znikła z pokładu MV Silver Cloud z linii Silversea na Morzu Arabskim w 2004 roku. Jej siostra Roya, która także mieszka w północnym Londynie powiedziała:

- Rama miała w swym życiu wszystko. Planowaliśmy wielkie uroczystości ku uświetnieniu jej powrotu do domu. No i ona znikła ze statku w nocy 9/10 listopada. Stwierdzono, że jej nie ma, kiedy statek stanął w indyjskim Mumbaju (Bombaju), który był ostatnim portem tego rejsu. Balkonowa kabina Ramy była zamknięta od wewnątrz. Jej bagaż był nienaruszony, ale cała jej biżuteria znikła. Indyjska policja przybyła na pokład i powiedziała, że nie ma żadnych śladów walki w jej kabinie, ani żadnych oznak „brzydkich zabaw”. I sprawę zamknięto. Ale moja siostra nie miała żadnych powodów, by popełnić samobójstwo i nigdy nie myślała o tego rodzaju czynie. Najbardziej bolesnym jest to, że nie wiadomo, co się z nią stało. Wciąż ją opłakuję.



John Halford – lat 63, zaginął bez wieści z thomsonowskiego statku MV Spirit na Morzu Czerwonym na początku tego roku (2011).

John Halford


Zaginął on gdzieś pomiędzy godziną 23:45 EAT dnia 6 kwietnia a godziną 07:30 EAT dnia 7 kwietnia, wcześniej widziano go pijącego drinki w cocktail barze.



Żona Pana Halforda – Ruth, która nie towarzyszyła mu w czasie tej podróży, powiedziała że jej mąż był „szczęśliwy, nie znajdował się w depresji i zadowolony z tego rejsu… ale czekał na powrót do domu, do mnie i do dzieci.”



Ojciec trojga dzieci zaginął wkrótce przed srebrną rocznicą swego ślubu. Jego żona powiedziała:

- To jest straszne dla naszych dzieci. Staramy się trzymać razem i nie porzucać nadziei, ale to jest bardzo trudne…



Co mogło się stać?



To jest właśnie to pytanie. W przypadku Rebeki Coriam mogło dojść po prostu do morderstwa na tle uczuciowym. Ciało wyrzucono za burtę i pożarły je rekiny. Zbrodnia niemal doskonała.



Nieco inaczej mogło być w przypadku pozostałych tu wymienionych ofiar. Merrian Carver mogła być porwana i zamordowana dla okupu – wszak jej ojciec jest znanym biznesmenem.



Rama Forman mogła ulec wypadkowi. Wystarczyło że wyszła na balkon i nieopatrznie wychyliła się. Silniejsza fala, jakiś przechył statku i poleciała za burtę. Wpadła w odkosy dziobowe statku czy pod śruby, albo po prostu utopiła się, a jej ciało padło pastwą rekinów. Podobnie rzecz mogła się mieć z Johnem Halfordem, który w stanie wskazującym na spożycie alkoholu poczuł się źle i wyszedł na pokład, a następnie po prostu wypadł za burtę z wiadomym skutkiem.



To są wyjaśnienia zgodne z brzytwą Occhama – to znaczy najprostsze i najbardziej prawdopodobne. Ale czy do końca prawdziwe?



Trochę fantazji



A teraz popuśćmy wodze fantazji i załóżmy, że jednak nie był to jakikolwiek przypadek, ale celowe działanie. Do czego zmierzam? Może te osoby, które tajemniczo znikły na morzu, nie były w ogóle ludźmi? Może były to Istoty z Oceanu, które wróciły do swego środowiska po odbyciu misji szpiegowskich na kontynentach? Może byli to tzw. Progresorzy (tu ukłon w stronę Arkadego i Borysa Strugackich) z innych cywilizacji pozaziemskich, którzy pełnili różne misje na Ziemi? A czemużby nie? Skoro wierzymy w istnienie UFO i Ufonautów, skoro wierzymy w to, że jesteśmy przedmiotem na razie utajnionej formy Kontaktu, to dlaczego Oni rozgrywając z nami swoją grę nie zastosowali właśnie tego rodzaju przedsięwzięć? Bracia Strugaccy w swych powieściach – podobnie jak w Polsce Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka – rozpracowali teorię i praktykę Kontaktu w najszerzej pojmowanym kontekście spotkania dwóch cywilizacji na równym i różnych poziomach rozwoju.



Jest jeszcze trzecie wyjście – złowrogie, diabelskie siły Trójkąta Bermudzkiego i innych obszarów śmierci na akwenach Wszechoceanu. Jako racjonalista odrzucam wszelkie diabelstwa, ale być może w grę wchodzą nieznane nauce oddziaływania gry pól elektrycznych, elektromagnetycznych czy grawitacyjnych na psychikę człowieka, które doprowadzają ludzi podatnych na ich działanie do depresji i w rezultacie np. do szaleństwa czy nawet do samobójstwa? A do tego jeszcze wydobywający się z wód oceanu metan i inne lotne węglowodory oraz siarkowodór który potrafi oszołomić i przytruć nie tylko człowieka, ale także walenie – tracące potem orientację i wyskakujące na plaże. Myślę, że to też jest jakieś wyjaśnienie…



Źródło – Mail Online 11.09.2011 r.



Przekład z j. angielskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz © 
Zdjęcia - Internet                      



[1] Są to tzw. „kraje taniej bandery”. NB, większość polskich statków morskich jest zarejestrowane na Bahamach. 
[2] Straż Przybrzeżna USA.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Turyści, którzy zniknęli na oceanie

MV Oasis of the Seas (Foto - Anna Milewska)
Igor Walentinow



Największym na świecie wycieczkowcem jest liner MV Oasis of the Seas – jego długość wynosi 361 m, szerokość 66 m, załoga liczy 2100 ludzi, w 2704 kabinach mieści się 6360 pasażerów. Statek jest pięciokrotnie większy od legendarnego RMS Titanic!



Od czasu do czasu słyszy się, że w czasie rejsów komfortowymi oceanicznymi linerami bez śladu znika któryś z turystów, a policja nie jest w stanie znaleźć żadnego śladu zaginionego. Śledczym pozostaje się jedynie domyślać, co tam zaszło…



Kabina zamknięta od wewnątrz



Jeden z niedawnych epizodów tego rodzaju – zniknięcie 24-letniej Rebeki Coriam z pokładu wycieczkowca MV Disney Wonder, który wykonywał rejs spacerowy z USA do Meksyku. Na statku znajdowało się  2500 pasażerów i około 1000 załogantów. Pewnego dnia Rebeka nie wyszła ze swej kabiny. Wszystkie jej rzeczy znajdowały się na swoich miejscach, a bulaj był zamknięty. Poszukiwania dziewczyny były bezowocne, i to co się z nia stało, pozostaje tajemnicą…
Rebecca Coriam (Foto - Intertnet)

W czasie rejsu liniowca MV Spirit zaginął bez wieści 63-letni John  Halford. Miało to miejsce, kiedy statek z 1500 pasażerami na pokładzie znajdował się na Morzu Czerwonym.
John Halford (Foto - Internet)
Na innym statku MV Royal Iris jak kamień w wodę przepadł mieszkaniec Tel Awiwu, 79-letni Michael Yankelevich. O jego zniknięciu dowiedziano się dopiero, kiedy statek powrócił do Hajfy. Policyjne śledztwo utknęło na niczym.



W roku 2004, załoga turystycznego statku MV Mercury odbywającego rejs przy brzegach Alaski nie doliczyła się 40-letniej Merrian Carver. Cały jej bagaż pozostał nienaruszony, w jej kabinie…



W tymże roku z pokładu dużego statku MV Silver Cloud wyparowała bez śladu 48-letnia obywatelka Szwajcarii Rama Forman. Kiedy statek przepływał Morze Arabskie, Rama zadzwoniła do swej siostry zamieszkałej w Bombaju i powiedziała jej, że jest bardzo zadowolona z rejsu. Zniknięcie Ramy Forman zauważono dopiero po zawinięciu statku do portu w Bombaju. Jej kabina była zamknięta od wewnątrz, a Ramy w niej nie było. Indyjska policja okazała się bezsilna wobec tej zagadki.



I to jest bardzo niepełna lista osób zaginionych w czasie turystycznych rejsów.



Muzyka niedługo grała…



Począwszy od roku 1995, na całym świecie oficjalnie zarejestrowano 165 takich przypadków niewyjaśnionego zniknięcia ludzi z pokładów wycieczkowców. Ale do roku 1995, nie prowadzono takich statystyk, a według danych jednej z londyńskich kompanii ubezpieczeniowych, w czasie II połowy XX wieku, w czasie turystycznych i pasażerskich rejsów zaginęło bez wieści i w niewyjaśnionych okolicznościach około 10.000 ludzi. Zaś za cały XX wiek liczba ta może sięgać nawet 50.000 osób.



Śledztwa w sprawie wydarzeń, które zaszły tak daleko od brzegów były bardzo trudnymi. Ojciec zaginionej Merrian Carver stracił dziesiątki tysięcy dolarów na usługi prywatnych detektywów i ufundował nagrodę w wysokości 200.000 USD temu, kto dowie się czegoś o losach jego córki, ale tajemnica ta pozostaje tajemnicą do dziś dnia.



Specjaliści uważają, że winnymi tych zniknięć mogą być tzw. „wielkie fale” (jest to zjawisko tzw. „dziewiątej fali” – uwaga tłum.). Przyczyna ich powstawania jest na razie niejasna. W czasie całkiem normalnego falowania oceanu naraz pojawia się fala, wielokrotnie przewyższająca pozostałe. Dawniej takie wały wodne niejednokrotnie przewracały statki, ale dzisiaj przelewają się tylko przez pokłady stanowiąc realne zagrożenie dla pasażerów i załogi. Szczególnie niebezpieczne są takie fale w nocy, kiedy trudno je zauważyć. Wielbiciele samotnych nocnych spacerów mogą być narażeni na niebezpieczeństwo z ich strony.



W historii żeglugi znana jest tragedia jaka miała miejsce na pokładzie SS Selena, odbywającego rejs z Nowego Jorku na Kubę. Późnym wieczorem, w samym środku zabawy na przystrojonym flagami i kolorowymi światłami pokładzie, nieoczekiwanie potężna fala uderzyła w statek i zmyła z pokładu orkiestrę i bawiących się tam ludzi!…



W ciemnościach nocy…



Na początku lat 60. angielskie gazety rozpisywały się na temat historii studentki Amalii Gonzales-Fernandez, która popłynęła w wycieczkowy rejs na jednym z „pasażerów”.  Jak się potem wyjaśniło, śliczna Kreolka wpadła w oko pewnemu arabskiemu szejkowi, który płynął także tym liniowcem. Szejk był znajomym armatora, który w zmowie z kapitanem zorganizował „tajemnicze zniknięcie” Amalii. Po wejściu statku do Port Saidu, śledztwem w sprawie zniknięcia dziewczyny zajmowała się egipska policja, ale bezowocnie. Przeszukanie kabiny, a także całego statku spełzły na niczym.



Po dziesięciu latach Amalię rozpoznał jej rówieśny kolega, który przyjechał do Jordanii. Dziewczyna zrazu nie chciała z nim rozmawiać, ale w końcu przyznała się, że przez ten cały czas była nałożnicą szejka w jednym z krajów Bliskiego Wschodu. Obchodzono się z nią dobrze, a i ona w końcu przywykła i oswoiła się ze swym nowym życiem, przeszła na islam i nie chciała już wracać do Europy.



Ale nie wszystkie tego rodzaju historie kończyły się tak szczęśliwie. W 1951 roku, brazylijska policja rozbiła gang gwałcicieli i morderców, który działał na wielkim wycieczkowcu SS Las Mañanas, który kursował pomiędzy Karaibami a Rio de Janeiro. Wszyscy bandyci byli członkami załogi. Oni wypatrywali pośród turystek ładne dziewczęta, nocą zakradali się do ich kabin, usypiali je i przenosili do specjalnego pomieszczenia, gdzie gwałcili je przez cały rejs. Przed wejściem do portu docelowego, zabijali je, a ciała wyrzucali do morza na karmę dla ryb…



Historia żeglugi w XX wieku zna dziesiątki podobnych epizodów. W 1919 roku, w czasie masowej emigracji do Ameryki załoga statku SS Deux Etoiles, kursującego pomiędzy Francją a Nowym Orleanem i z powrotem – porywała młode pasażerki. Nocą niejawnie przewozili je łodzią na ląd, gdzie sprzedawano je do domów publicznych, zaś rodzicom wyjaśniano, że nieostrożne dziewczyny spacerowały po pokładzie, skąd zmyły je fale.



U końca lat 20., na statku SS Ventana, w czasie pasażerskich rejsów z Kadyksu na Kubę, za każdym razem znikały 2-3 dziewczyny. W końcu tym zjawiskiem zainteresowała się amerykańska policja. Okazało się, że załoga statku wraz z samym kapitanem porywali dziewczyny i sprzedawali je do burdeli.



Konie… do wody



W niemałym procencie zniknięcia na morzu są spowodowane przez handlarzy i szmuglerów narkotyków. W 1988 roku, wśród 500 pasażerów eleganckiego wycieczkowca MV Edelweiss znajdowało się kilku Brazylijczyków wyglądających stosunkowo biednie. Ale najważniejsze było to, że nie interesowały ich ani uroki morza, ani rozrywki. Kiedy liner przybył do portu przeznaczenia w Lizbonie, pewien spostrzegawczy pasażer zwrócił uwagę na to, że tych dziwnych ludzi nigdzie nie ma. Oni nie zeszli na ląd. Pasażer ów poinformował o wszystkim policję. Strażnicy porządku przeszukali cały statek i nikogo nie znaleźli. Dokładne śledztwo wykazało, że ci Brazylijczycy na pokładzie jednak byli. Oni kupili bilety i odpłynęli ze wszystkimi, ale po drodze zniknęli w tajemniczy sposób.



Potem portugalska policja ustaliła cały łańcuch powiązań, dzięki któremu potężna rzeka kokainy z Południowej Ameryki wpływała do Europy. Narkotyk był przewożony w polietylenowych workach przez tychże Brazylijczyków. Nocą, kiedy statek był na morzu, narkokurierów (tzw. „konie” – uwaga tłum.) spuszczono w łódce za burtę, którą to ekipę podjęła na pokład szybka łódź dealerów narkotykowych. Nie odróżniała się niczym od dziesiątków tego rodzaju łodzi, które codziennie wypływały w morze na połowy ryb. Od biedaków-Brazylijczyków odbierali kokainę, a ich samych wyprawiali na dno. A rano łódź z rybą i narkotykami na pokładzie normalnie wracała do portu, jakby nigdy nic i nie zwracała uwagi pograniczników i celników.



Takie operacje handlarzy narkotyków miały miejsce nieraz, a ich ofiarami byli biedni Latynosi, którzy za drobna opłatą zgadzali się przewieźć trefny towar przez ocean i płynąć w komfortowym statku pasażerskim. O tym, co czekało ich na końcu tej podróży oczywiście ci ludzie nic nie wiedzieli…



Osobno należałoby przypomnieć o zaginionych, którzy niby to popełnili samobójstwo. Po dogadaniu się z kapitanem statku można rzeczywiście zniknąć dla całego świata, ukryć się w skrytce w kabinie i przepadną. A na ladzie policji mówi się, że delikwent popełnił samobójstwo. Tym sposobem zmiany osobowości posługiwali się hitlerowcy z ODESSA uciekający do Ameryki Południowej pod koniec i po II Wojnie Światowej. „Utopiwszy” na morzu potem „wskrzeszali” się z nowymi dokumentami w Paragwaju czy Argentynie…



Zgodnie z prawem międzynarodowym, sporawa zaginięcia osoby na morzu jest badana przez policję kraju docelowego, do którego przybija statek. Najczęściej kończy się to na przeszukaniu statku i rozpytaniu czy przesłuchaniu pasażerów i załogi. Według słów zaginionej Rebeki Coriam śledztwo w sprawie zaginięcia jego córki przekształciło się w farsę.

- Turystyczne kompanie nie są zainteresowane zwracaniem uwagi na te ciemne sprawy – mówi osierocony rodzic – i wydają ogromne pieniądze, by je tuszować.



Komentarz fachowca



Poprosiłem o komentarz Panią Annę Milewską, która od wielu lat pływa właśnie na wycieczkowcach niemal po całym świecie. Pisze ona:




Aby powyższy tekst nie odstraszał przypadkiem turystów od wybrania się w rejs, należy pokreślić, że dzisiejsze statki pasażerskie, technologia, oraz nade wszystko - panujące na nich prawo i zasady, są nieporównywalne z tym, co działo się choćby w latach 60tych, nie mówiąc już nawet o wcześniejszych.





Pierwszy przykład - trudno by było, aby dziewczyna - czy to pasażerka czy z załogi, została porwana przy pomocy samej załogi czy kapitana. Na statkach, na których pracuję od około 8 lat jest ok. 60 narodowości wśród samej tylko załogi, a mimo to można się czuć całkowicie bezpiecznie. Niezależnie od pozycji, narodowości, kultury, każdy przed kontraktem przechodzi trening, badania medyczne, rozmowy kwalifikacyjne i tak dalej. Jego nazwisko, życiorys, miejsce zamieszkania, status prawny, zostaje zarejestrowane i poddane analizie. A jak już dostaje kontrakt, w pierwszym tygodniu pobytu na pokładzie przechodzi treningi dotyczące między innymi "zero tolerance policy" - a więc uczy się zasad obowiązujących w dzisiejszym cywilizowanym świecie, takich jak absolutny zakaz dyskryminacji ze względu na rasę, religię, płeć, czy orientację seksualną. Wszystko to razem powoduje, że ludzie, którzy ostatecznie decydują się na kontrakt, szukali tu pracy a nie okazji do przestępstwa, do tego jeszcze tak ciężkiego. Naturalnie, że wyjątki istnieją od każdej reguły, jednak specyfika życia na dzisiejszym statku czyni tego typu akty przemocy niemal niemożliwymi. Na statkach są kamery, ochrona, ćwiczenia alarmowe, każdy członek załogi jest praktycznie osobą publiczną. Szczególnie amerykańskie kompanie są na sexual harrasment uczulone - kilka lat temu w Royal Caribbean Cruise Lines, za jeden akt zbyt nachalnego podrywania kelnerki w crew barze, wysoki rangą oficer stracił pracę.





Znacznie większe zagrożenie płynie z lądu. W zeszłym roku, w meksykańskim mieście Cozumel, polska skrzypaczka zdecydowała się umówić na "romantyczną randkę" z kelnerem z lokalnego hotelu, popularnego wśród załogi statku, gdzie pracowała. Dziewczyna została zaatakowana na tle seksualnym, podczas próby samoobrony uderzona w głowę i wrzucona do wody na obrzeżach wyspy. Podobnie na Jamajce albo Belize, lepiej nie ruszać się poza terminal bez zorganizowanej wycieczki - przykro to mówić, ale mieszkańcy owych terenów najchętniej by turystów ograbili i pomordowali.





Wielkie fale również nie stanowią problemu dla statków pasażerskich wielkości dzisiejszych. A jakby już się jakaś zdarzyła i przypuśćmy, ktoś się wybrał na spacer w nocy na open deck, powiedzmy, na trzecim czy czwartym pokładzie, czyli stosunkowo nisko nad wodą, to ponownie - są kamery, zmycie pechowca z pokładu zostałoby nagrane.





Poważniejszą sprawą są samobójstwa. Jak się ktoś w nocy zdecyduje skoczyć za burtę, to nie ma rady. Jednakże i tutaj, kamery powinny uchwycić. Chyba, że ktoś jest na tyle uważny, aby przestudiować dokładnie każdy odcinek statku i wyszukać sobie "ślepy" punkt gdzie akurat ich nie ma, o co akurat potencjalnego samobójcę trudno podejrzewać.





Warto oczywiście byłoby zbadać statystyki "niewyjaśnionych zniknięć pasażerów" ze statków pasażerskich od lat 80 tych po dzień dzisiejszy - porównanie ich z wcześniejszym okresem niewątpliwie dałoby klarowniejszy obraz sytuacji. Tylko, czy takie statystyki są w ogóle prowadzone?




Z tego, co mi wiadomo – tak, ale… No właśnie – są one utajnione, bowiem z jednej strony stanowią tajemnicę handlową – a z drugiej, wciąż trwają dochodzenia „w sprawie”, więc siłą rzeczy są one niejawne. Oczywiście jedno jest pewne – armatorom i biurom turystycznym bardzo zależy na dobrym imieniu, co przekłada się na konkretne pieniądze, więc przekłada się to także na dwie rzeczy, które pragną turyści i pasażerowie: bezpieczeństwo i luksus podróży. Chyba że w grę wchodzi jeszcze inny czynnik, który wymyka się jakiejkolwiek kontroli, ale jaki? Bo chyba nie złe moce Trójkąta Bermudzkiego i innych Mórz Diabelskich…?



Do tego tematu jeszcze powrócimy.





Źródło – „Tajny XX wieka” nr 51/2011, ss. 30-31



Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©