Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małopolska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małopolska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2024

O kościach olbrzymów & smoków

 


Stanisław Bednarz

 

Istniało wśród ludu głębokie przekonanie, że starodawne gnaty zawieszone na ścianach kościelnych są zdolne chronić świątynię przed złem. Przy wejściu do Katedry na Wawelu wiszą na łańcuchach trzy ogromne skamieniałe kości. Wydobyto je z mułów Wisły w XIV wieku… Niektórzy twierdzą, że to gnaty legendarnego Smoka Wawelskiego lub olbrzymów znanych z mitologii wszystkich religii.

Trzy sporych rozmiarów kości (z których jedna ma ponad metr długości) zainteresowały uczonego tej miary, co Stanisław Staszic, który je na początku XIX wieku opisał, a za jego wywodami Ambroży Grabowski, który poświęcił im te słowa: Opuszczając świątynię katedralną zwrócić należy uwagę na ważną osobliwość naturalną, przy drzwiach wielkich na zewnątrz kościoła na łańcuchach zawieszoną. Są to kopalne reszty potwornych zwierząt dawnego świata, które w czasie powszechnego zalewu kuli ziemskiej, potopem zwanego, zniszczone były, i które jeszcze niedawno za kości olbrzymów poczytane były.

Tymczasem kości (według badań z 1937 roku) należały do walenia, mamuta i nosorożca. Legenda mówi, że jeżeli łańcuch się zerwie, nastąpi koniec świata. Zawieszono je prawdopodobnie jako formę „zabezpieczenia” przed złymi mocami. Pierwszą wzmianką o dekorujących kościelną bramę „kościach smoka” można znaleźć w korespondencji dwóch uczonych z 1583 roku. Polak Marcin Fox tak pisał do Ulissesa Aldrovandiego z Włoch: Jest to żebro prawie trzy czwarte szerokości, zaś długości na ośm stóp rzymskich. Druga kość, także jakby z goleni.

Kostne szczątki, aczkolwiek skromniejsze, wiszą kościele Raciborowicach, a jeszcze nie tak dawno - wisiały na zewnętrznej ścianie prezbiterium Bazyliki oo. Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej – przeniesiono je do wirydarza klasztornego. W „Panu Tadeuszu” też pisze: Podobnie pleban mirski zawiesił w kościele -Wykopane olbrzymów żebra i piszczele.

W „Potopie” - Kmicic posunął konia, chwycił jednego Lapończyka za kark, i rzekł:

- Żeby mi król takiego jednego podarował, kazałbym go uwędzić i w Orszy w kościele powiesić, gdzie z innych osobliwości strusie jaje się znajduje.

— A w Łubniach była u fary szczęka wielorybia albo wielkoluda — dodał Wołodyjowski.






Benedykt Chmielowski w „Nowych Atenach...” pisał, że na Sycylii odnaleziono w Trapani jaskinię, a w niej kości olbrzymów, każdy z nich ważył sto uncyj, które w Trapanii przy kościele Zwiastowania zawieszono.

Na koniec wspomnijmy o zdarzeniu z początku XX wieku, prof. Karol Estreicher wspomina, że pewnego lata dziwny stwór z zębatą paszczą straszył kąpiących się w Wiśle. Zrodziły się plotki, że to Smok Wawelski. Na koniec rzekomy smok okazał się krokodylem. Prawdopodobnie gad uciekł z cyrku. Zastrzelił go w okolicy Mogiły krakowski właściciel drukarni Wacław Anczyc. Potem kazał trofeum wypreparować i wystawił na widok publiczny w sklepie Fischera na Rynku Głównym. Potem przeniesiono go do kościoła Misjonarzy na Nowej Wsi. Powinny tam być  Jeszcze o Długoszowych kościach smoka.

Wróćmy do Raciborowic. Otóż kronikarz Jan Długosz, autor tekstu o wawelskim potworze w swoich „Rocznikach”, ufundował w 1447 roku kościół w Raciborowicach i to pod wezwaniem smokobójczyni św. Małgorzaty. Był on przekonany o prawdziwości historii z wawelskim stworem. Z tego powodu dla upamiętnienia jego pokonania umieścił na ścianie kościoła rzekomo smocze kości (po kilku stuleciach okazały się one kośćmi prehistorycznego zwierzęcia, ale wiszą do dziś). Długosz wierzył, że są to kości smoka wawelskiego, które po eksplozji (po tym, jak go struto siarką i ogniem) zostały porozrzucane po całej krakowskiej ziemi. Kość pewnie wziął z  katedry na Wawelu…

sobota, 4 czerwca 2022

Podróż uczona do Wadowic i Suchej Beskidzkiej

 


W dniu dzisiejszym odbyliśmy kolejną podróż uczoną pod znakiem geologii i archeologii do Wadowic i Suchej Beskidzkiej. Mimo niezbyt dobrej pogody – padającego deszczu z niskich chmur, ale i temperatury +22°C oraz pod wyżem LEOCARDIA – wybraliśmy się, by zwiedzić ekspozycje muzealne.

Wyjechaliśmy o godzinie ósmej rano i w Wadowicach byliśmy parę minut po 9-tej. Tam udaliśmy się do Muzeum Miejskiego na ul. Kościelnej 4, gdzie znajdowała się ekspozycja pt. „Skarby Ziemi”, chociaż nazwałbym ją raczej „Cuda Ziemi” pod auspicjami Muzeum Miejskiego w Wadowicach i Muzeum Geologicznego WGGiOŚ AGH w Krakowie, I LO w Wadowicach oraz Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej, bowiem ukazane tam zostały piękne minerały i skamieliny ze zbiorów AGH oraz amatorów geologów i mineralogów – m.in. prof. Andrzeja Maneckiego, dr. Krzysztofa Szopy, Jerzego Strzei, Bogusława Wajdzika i Andrzeja Kotowieckiego, który jest pomysłodawcą i współorganizatorem wystawy. Wstęp na tą ekspozycję jest bezpłatny.


Co tam widzieliśmy? Przede wszystkim wspaniałe skamieniałości różnorakich amonitów, małży i ślimaków, koralowców w skałach wapiennych z Ery Paleozoicznej i Mezozoicznej. Nie zapominajmy, że w Mezozoiku było tutaj dno Oceanu Thetys, stąd obfitość skamielin zwierząt morskich na terenie Małopolski

Minerały reprezentowały najróżniejsze odmiany kryształów kwarcu – SiO2 i kalcytu – CaCO3, ametysty i agaty, jaspisy i kwarc dymny – wszystko odmiany krzemionki SiO2. Poza tym sól kamienna – NaCl, gips i anhydryt – CaSO4 · 2H2O i CaSO4 z kopalni soli w Wieliczce i Bochni, tworzące piękne kryształy. Do tego jeszcze krystaliczna galena – PbS i monacyt – (REE[1])PO4, i innych, które tworzą zaczarowany świat krystalicznych minerałów z Małopolski oraz tak egzotycznych krajów jak Indie czy DRK i Niemcy.[2]

Przyznaję, że z całej ekspozycji największe wrażenie wywarł na mnie odcisk lewej stopy małego dinozaura, który nadepnął na muszlę jakiegoś amonita (chyba) w mule, który potem skamieniał. Pomyślałem, że być może i nasze stopy zostawiają ślady, które objawią się po kilkunastu milionach lat naszym potomnym…


Po opuszczeniu Muzeum Miejskiego udaliśmy się jeszcze na plac przykościelny, by zobaczyć per curiosite słynny pomnik Jana Pawła II, z którego laski płynie cudowna woda. Niestety woda nie płynęła, więc nieco zawiedzeni udaliśmy się w dalszą część naszej podróży uczonej.


Naszym drugim celem było Muzeum w Zamku w Suchej Beskidzkiej i jego dwie ekspozycje: ogólna ukazująca dzieje miasta Sucha Beskidzka i właścicieli tutejszego Zamku zwanego – ze względu na architekturę – Małym Wawelem. Druga ekspozycja – ta bardziej interesująca – ukazuje odkrycia archeologiczne dokonane w czasie budowy tamy i sztucznego jeziora zaporowego w Mucharzu – Świnnej Porębie na rzece Skawie.

Ciekawostką są zachowane portrety cesarza Franciszka Józefa I Habsburga i jego żony Elżbiety Amelii Eugenii von Wittelsbach vel Elżbiety Bawarskiej znanej jako Sisi. Portret ukazuje ją z jej tajemniczym, magnetycznym, hipnotyzującym spojrzeniem. Dr Miloš Jesenský w jednej ze swych książek opisuje jej dzieje, które słusznie kwalifikują się do dziewiętnastowiecznego Archiwum X.[3] Poza tym ukazane są obrazy, stroje, meble i inne artefakty z epoki CK Imperium Austrowęgierskiego.  

Mamy tam także ciekawy pokój astrologiczny z mapami nieba i gwiazdozbiorów oraz horoskopami dla poszczególnych znaków Zodiaku, co można traktować jako ciekawostkę zabawną i pożyteczną.


Druga ekspozycja ukazuje artefakty wydobyte z głębin ziemi w czasie kopania jeziora zaporowego w Mucharzu i zapory Świnna Poręba przez krakowskich archeologów. Jak się okazuje, ta okolica była zasiedlona już w I w. n.e., na co wskazują znalezione rzymskie i arabskie monety, których kolekcja znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. Mało tego – Mucharz znajdował się na Bursztynowym Szlaku, który wiódł od Imperium Rzymskiego do basenu Morza Bałtyckiego, co podaję pod rozwagę dr. Jesenský’emu. Wskazują na to znalezione artefakty: przedmioty codziennego użytku, paciorki, broń, itp. A jeszcze wcześniej bytowali tutaj w Puszczy Karpackiej ludzie pierwotni, po których pozostały prymitywne krzemienne skrobaczki, toporki, pięściaki, groty strzał i oszczepów. Jak już powiedziałem, obie te ekspozycje są nadzwyczaj ciekawe i warto je zwiedzić choćby dlatego, żeby być pewnym, że nie wypadliśmy komecie spod ogona i że stoimy tutaj od wieków. Warto jest tu wpaść by to zobaczyć za jedyne 20,- PLN.

No a potem jeszcze wpadliśmy do samu na zakupy i pełni wrażeń wróciliśmy do domów.        



[1] Pierwiastki ziem rzadkich.

[2] Wg „Skarby Ziemi”, folder Muzeum Miejskie w Wadowicach, Wadowice 2022.

[3] Niektóre wątki z niej zostaną wykorzystane w naszym wspólnym opracowaniu pt. „Zamachowcy, terroryści i szare eminencje”, która ukaże się pod koniec tego roku.

niedziela, 5 grudnia 2021

235 lat temu w Beskidach…

 


Stanisław Bednarz

 

Dysertacja  poszerzona o trzęsieniu ziemi 3 grudnia 1786 w Beskidach. Okolice Jordanowa  też nawiedziło  trzęsienie ziemi o dość dużej skali oceniane na M6,0 w skali Richtera. Było to  3 grudnia 1786 r. - epicentrum tego trzęsienia ziemi zlokalizowane było zgodnie z opracowaniem prof. Pagaczewskiego w okolicach Myślenic.

Najnowsze dane Instytutu  Geologicznego podają jednak okolice Tresnej koło Żywca.  Wstrząsy odczuwano w pasie od Wrocławia przez Kraków po Lwów (również na Słowacji i w Czechach). W Kętach trwało jak pisał niezapomniany Ambroży Grabowski trzy pacierze. Gdyby wystąpiło ono dzisiaj byłaby to katastrofa i mówiłoby się nie tylko o zniszczeniach ale i ofiarach.

Wstrząs spowodował zniszczenia: w Krakowie burzyła się woda w Wiśle, w kościołach spadały gzymsy i tynki, samoczynnie odzywały się dzwony. Znów podobnie jak podczas trzęsienia w XV wieku zarysowało się sklepienie w kościele św. Katarzyny w Krakowie i kościół zamknięto. W Tyńcu miała miejsce zerwa skalna widoczna do dziś. Ambroży Grabowski słynny krakowski antykwariusz i kronikarz ciekawych zdarzeń pochodzący z Kęt pisał, że w Kętach:

Ziemia się nadzwyczajnie trzęsła, ściany w domach ruszały, powały trzaskały, okna brzęczały, a z słabszych szyby wylatywały, dachy się z jednej strony na drugą przechylały, deseczki i gonty zlatywały, kury z grzęd pospadały, zgoła wielki strach na ziemi już ostatniego ginienia okazywał się. W ziemi zaś wielki gruch wzruszył się i tak się widziało jakoby wozów ciężko obładowanych wielki gmin z szelestem szedł. W kościołach sklepienia się padały, mury rozstępowały. Na ratuszu kęckim zegar z trybów wyskoczył i we dzwon uderzył, w innych zaś miejscach dęby do połowy łamało, w lasach drzewa obalało...

W Krakowie u Karmelitów na Piasku wyraźniej ucierpiały mury,  ks. profesor Andrzej Trzciński, wykładowca Szkoły Głównej Koronnej (taką nazwę nosił wówczas uniwersytet) wydał drukiem rozprawę pt. „Opisanie przyczyn fizycznych trzęsienia ziemie” (1787), stwierdzając, iż podczas wstrząsów przerażenie obywatelów tak było wielkie, ze niektórym krew puszczać musiano. Ponadto opary o zapachu siarki utrzymywały się w Krakowie jeszcze przez kilka grudniowych dni.

Lata 1785-1786 były aktywne w trzęsienia ziemi wcześniej 25 sierpnia 1785 roku trzęsienie w sile M6 miało swe epicentrum koło  Baraniej Góry u źródeł Wisły, z kolei 27 lutego 1786 roku trzęsienie M5,2 wystąpiło na północ od Cieszyna. Prawdziwy rój. Profesor Janusz Pagaczewski geofizyk to  brat znanego pisarza Stanisława autora „Przygód Baltazara Gąbki” i brat jordanowskiej malarki Jadwigi Pagaczewskiej sporządził katalog trzęsień ziemi w 1972 obejmujący obszar Polski. Wynika, że w Jordanowie trzęsienie  musiało być mocno odczuwalne tylko nie miał kto zdać relacji.








Od tego czasu nie odnotowano w Polsce aż tak silnych wstrząsów. Jeśli chodzi o starsze trochę silniejsze  trzęsienie  5 czerwca 1443 roku,  to epicentrum  było pod  Wzgórzami Strzelińskimi, powodując, że silne drgania odczuli mieszkańcy Wrocławia, Krakowa i okolicznych miejscowości. O skali tego zjawiska pisał Jan Długosz:

Wieże i gmachy waliły się na ziemię, rzeki występowały z łożysk, a ludzie nagłym strachem zdjęci, od zmysłów i rozumu odchodzili. W wyniku tego trzęsienia ziemi życie straciło około 30 osób, a zniszczeniu uległo wiele budynków, w tym kościoły i kamienice w Krakowie i Wrocławiu.

Było to najsilniejsze trzęsienie ziemi, jakie kiedykolwiek nawiedziło Polskę, ale wtedy nie było Jordanowa, ale  Malejowa miała 21 lat i tam musiało być odczuwane, no ale też nie miał kto zapisać. W obu tych trzęsieniach poważnie uszkodziło sklepienie kościoła św. Katarzyny. Musiała być jakaś wada budowlana skoro nie było tej powtarzalności w innych kościołach. Po latach Grabowski napisze:

W r. 1786 w czasie trzęsienia ziemi d. 3 grudnia, sklepienie kościoła tego in prima navi tak się porysowało, iż dla niebezpieczeństwa zamknąć go musiano; do reszty zaś wspaniały ten gmach doniszczał za rządu austriackiego (r. 1796 do 1809), gdy go na magazyn zboża obrócono. Podziurawione filary z ciosów, wstrząśnione mury i pęknione sklepienia bliskiem grożąc zawaleniem spowodowały w r. 1833 reprezentację krajową do wyznaczenia funduszu w znacznej kwocie na reparację jego. W Krakowie i na przedmieściach Kuria Biskupia zaleciła 5 grudnia odprawienie mszy św. z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, litanię do Wszystkich Świętych i suplikację Święty Boże.

Kapituła katedralna zaleciła zamieścić w aktach opis trzęsień. Administrator diecezji krakowskiej prymas Michał Poniatowski w odezwie z 11 grudnia 1786 roku pisał do najwyższego wołać Majestatu, aby w sprawiedliwym gniewie swoim nie chciał karać ludu.

 

Moje 3 grosze

 

Najbardziej grożą nam wstrząsy z rejonu tzw. Pienińskiego Pasa Skałkowego – PPS, czyli obszaru zgniotu pomiędzy dwoma płytami tektonicznymi, które nasuwając się na siebie generują trzęsienia ziemi. Ostatnie z nich miało miejsce w dniu 30.XI.2004 roku, kiedy to wstrząsy na Podhalu osiągnęły M4,7 - 5,2 i przysporzyły nieco szkód materialnych: pęknięte ściany, wybite szyby, itd. Opisaliśmy to na blogu na stronie:

·        https://wszechocean.blogspot.com/2013/03/trzesienia-ziemi-na-podhalu-1.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2013/03/trzesienia-ziemi-na-podhalu-2.html

Tak już nawiasem, to rok 2004 był niezbyt szczęśliwy: najpierw trzęsienia ziemi na Pomorzu i na Podhalu, potem straszliwa wichura u nas i w Tatrach, która powaliła setki tysięcy drzew. Na świecie przede wszystkim świąteczne tsunami na Oceanie Indyjskim w dniu 26.XII.2004 roku, którego ofiarą padło ponad 300.000 osób w kilku krajach regionu. U nas na szczęście obyło się bez ofiar. Zdjęcia z miejsc dotkniętych trzęsieniem ziemi znajdują się na powołanych stronach.  

niedziela, 3 października 2021

Tragedia we mgle

 


Nad Małopolską unosiła się gęsta mgła. Dn. 2 października 1934  wydarzyła się katastrofa kolejowa w Krzeszowicach  z dwunastoma ofiarami śmiertelnymi.

O godzinie 8:00 na stojący przy semaforze przed stacją Krzeszowice pociąg pospieszny nr 7 z Gdyni, najechał pociąg pospieszny nr 107 z Wiednia. W wyniku katastrofy śmierć poniosło 12 osób, a 48 zostało rannych, w tym 7 ciężko. Dwa wagony klasy 2 zostały doszczętnie zniszczone. Część osób z obu pociągów w ostatniej chwili zdążyła wyskoczyć z wagonów.

Po godzinie 10 na miejsce zdarzenia dojechał pociąg ratunkowy. Według zeznań J. Zieleżniaka, maszynisty pociągu z Wiednia, we mgle, w odległości ok. 250 m zobaczył stojący pociąg i natychmiast uruchomił hamulce i kontraparę, jednak zabrakło ok. 15 m, aby uniknąć zderzenia, koła miały się ślizgać po wilgotnych szynach.

Według oskarżenia najechanie nastąpiło z tyłu, a ponieważ dwa końcowe wagony pociągu gdyńskiego były konstrukcji stalowej, przeto uległy nieznacznym uszkodzeniom. Podczas gdy trzeci od końca wagon, drewnianej konstrukcji, nie zdołał stawić dostatecznego oporu, tak że pchany przez pociąg wiedeński, przedostatni wagon stalowy, wsunął się w ów wagon drewniany na kształt szufladki.

Kto nie widział dwóch wagonów wbitych w siebie niczem dwa pudełka zapałek, ten nie może sobie wprost wyobrazić tego potwornego obrazu. Żelazne konstrukcje, ciężkie masywne osie, części ważące setki kilogramów - wszystko to pogięte i pokruszone na miazgę. Drzwi i okna wagonów, ściany i ich obicia, toalety i urządzenie korytarzy - potłuczone na najdrobniejsze kawałki, pomieszane ze sobą jakby w zawrotnym jakimś pędzie i spiętrzone ku niebu - pisał „Nowy Dziennik”.











Ponieważ w tym wagonie w trzeciej klasie znajdowała się znaczna ilość pasażerów, skutki tego zdarzenia były katastrofalne. Na miejsce katastrofy przybył m.in. miejscowy hrabia Artur Potocki (oddał służbom do dyspozycji swój pałac) i ówczesny dyrektor krakowskiej kolei inż. Józef Wołkanowski oraz kilku lekarzy z pobliskiego uzdrowiska oraz z Krakowa. Nad rannymi  pochylał się ksiądz Popielarczyk z parafii w Krzeszowicach, udzielając ostatniego namaszczenia.)

Ranni zostali umieszczeni w szpitalach w Krakowie, Chrzanowie i w Pałacu Potockich w Krzeszowicach. Gazety pisały o wagonach wbitych w siebie niczym dwa pudełka zapałek, pomieszanych ze sobą i spiętrzonych ku niebu. I o krzykach i jękach rannych „tworzących straszną symfonję”. Wśród umierających krążył ksiądz, udzielając im ostatniego namaszczenia. I hrabia, który wraz z żoną starał się im jakoś pomóc.. Na słomie leżą dziesiątki zakrwawionych osób. Uwijają się tu lekarze w białych płaszczach, niosąc doraźną pomoc. Sanitariusze i służba kolejowa wynoszą z wagonów bezwładne postacie, układając je na uboczu. Krzyki i jęki rannych tworzą straszną symfonję…    Zginął m.in. Wicenty Zajda z  Makowa Podhalańskiego, prezes Stronnictwa Ludowego. Gęste ślady krwi wołały głośno z toru o nieszczęściu…

 

Opracował – Stanisław Bednarz

środa, 23 października 2019

Podróż uczona do Szczepanowa




Zbliżają się dni Halloweenu, Wszystkich Świętych i Zaduszny, więc trzeba odwiedzić groby naszych Drogich Nieobecnych w tym roku wybraliśmy się do Szczepanowa – miejscowości, którą rozsławiły narodziny św. Stanisława Szczepanowskiego – biskupa krakowskiego, który świętym został dzięki temu, że został ścięty (inni mówią że zamordowany) przez króla Bolesława Śmiałego, co miało miejsce 11.IV.1079 roku.[1]Nie będę tu się rozwodził nad tym, kto był katem a kto ofiarą – zainteresowanych odsyłam do literatury na ten temat[2] – mnie interesowała miejscowość, w której ówże Stanisław się był narodził około roku 1030.




Dzień nam się niezbyt udał. Pogoda – mimo atmosferycznego wyżu, była mglista i zimna – rano było u nas tylko +6,6°C, a znad wód unosiły się kłęby szarej, lodowatej mgły. Ale nie był to smog – normalna październikowa mgła. Smog utrzymywał się na poziomie CAQI 45.



Jedziemy znaną nam trasą via Myślenice, Gdów, Bochnia, Brzesko. Mgła czasami umożliwia widzialność do 30 m, jest zimno, po raz pierwszy tej jesieni uruchamiam ogrzewanie… W Brzesku gubimy trasę, bo… nasza nawigacja GPS nie ma w programie Szczepanowa! Nie ma i już. Musimy zdać się na mapę i po kilkunastu minutach udaje się nam dotrzeć na miejsce.

Pogoda typowo jesienna – nie ma złotej polskiej, jest mglista, zimna – jedynie +10°C i reumatyczno-romantyczna. Wychodzimy z samochodu i dopinamy kurtki. Najpierw idziemy na grób naszej rodziny, zapalamy znicz, Ania mruczy modlitwy. Potem rozglądamy się po cmentarzu, który był celem naszej podróży.
Zacznę od tego, że w obrębie cmentarza znajduje się kwatera wojenna nr 273, gdzie leżą żołnierze polegli w czasie Wielkiej Wojny – w sumie 122 pochowanych: 87 z c.k. Armii Austrowęgierskiej, 35 z Armii Rosyjskiej, 4 ofiary hitlerowskiego terroru z II Wojny Światowej, o czym informuje specjalna tablica.









Na szczególną uwagę zasługuje zagadkowo wyglądający obelisk w kształcie piramidy znajdujący się w środkowej części kompleksu grobowców kwatery. NB, równie interesująca, ale współczesna ścięta piramida upamiętnia w innej części cmentarza dzieci utracone.


Niestety nie udało się nam zwiedzić miejscowego kościoła wzniesionego na miejscu domu, w którym urodził się Stanisław Szczepanowski. Kościół na jego miejscu wzniesiono w XIII wieku, a na jego miejscu powstał murowany kościół w 1871 r. W tatach 1982-85 przeprowadzono jego renowację. W kościele tym – pełniącym obecnie funkcję kaplicy cmentarnej – znajdują się dwa ciekawe obrazy. Pierwszy z nich przedstawia scenę zabójstwa św. Stanisława – przy czym wszystkie postaci mimo tego, że był to rok 1079, odziane są jak szlachta polska z XVII wieku – w kontusze i przy szabli. Drugi obraz przedstawia cud wskrzeszenia szlachcica Piotrowina, który miał zaświadczyć za biskupem przed sądem. Niestety, nie dane nam było ich zobaczyć…




Na cmentarzu tym znajdują się ciekawe artefakty sztuki sepulkarnej, które przedstawiam na zdjęciach. Są to przedstawienia różnych świętych, a także cudów przez nich uczynionych – w tym cud Piotrowina – który poza męczeńską śmiercią dał świętość biskupowi Stanisławowi.











Wracaliśmy do domu przez Kraków i mimo pory południowej i czasu wczesno-obiadowego temperatura oscylowała wokół +14°C, a mgła nieco zrzedniała. Kiedy zjechaliśmy z A-4 na „zakopiankę”, zaczęło się robić coraz jaśniej i cieplej. W Myślenicach mgła opadła i temperatura poszybowała w górę – było tam już +23°C – przynajmniej tyle pokazał nasz pokładowy termometr… Do domu przyjechaliśmy już w pełnym słońcu i w jego miłym cieple, po przebyciu 212 km.        




[2] Sprawa została opisana na łamach „Nieznanego Świata” w 2005 roku.