Powered By Blogger

środa, 25 września 2013

Świetliste kręgi na morzach


Świecenie wody u wybrzeży Japonii spowodowane przez świecące meduzy


Michaił Jerszow


Jak wiadomo, możliwość świecenia mają dinoflagellaty (Dinoflagellates) – mikro-planktonowe organizmy. W czasie ich rozmnażania się świecenie całych akwenów jest widoczne nawet z kosmosu!

Znany mi lekarz morski Walentin Szepiłow, który pływał po wszystkich oceanach świata opowiadał mi, jak otworzył oczy kapitanowi statku, na którym służył, na pewne zagadkowe zjawisko.


Świecący plankton


Pewnej nocy kapitan statku wpadł do kabiny lekarza i poprosił go na mostek, gdzie wskazał na wodę ze strachem i zdenerwowaniem powiedział:
- Niech pan patrzy! Podwodne spodki Przybyszów z Kosmosu!
I faktycznie, na morskiej gładzi kręciło się kilka świetlnych kręgów. Szepiłow wychylił się i wiadrem pobrał próbkę wody zaburtowej i poprosił kapitana do swej kabiny. Tam wlał on wodę do wanny. Kapitan z niedowierzaniem wzruszył ramionami. Wtedy Szepiłow zgasił światło i woda w wannie zaświeciła się. Podwodne UFO okazał się zwykłym, świecącym planktonem. Myślałby kto, że wyjaśnienie jest takie proste, ale…


…to nie jest aż takie proste


Wielu marynarzy obserwowało ogromne, świetliste kręgi w różnych rejonach Wszechoceanu. Przytoczę tu kilka zarejestrowanych faktów
·        Pierwsza informacja o zagadkowym zjawisku napłynęła od kapitana angielskiego okrętu HMS Vulture. Dnia 13.IV.1879 roku, kapitan i jego załoga w Zatoce Perskiej obserwowali przemieszczanie się na wodzie dwóch ogromnych podwodnych „kół”, które miały po 16 „szprych” ze świetlnych promieni, które kręciły się z prędkością szacowaną na 130 km/h!
·        W 1880 roku, podobne podwodne zjawisko obserwowali marynarze ze statków Shahinhan u Malabarskiego Wybrzeża (Indie) i…
·        SS Patna w Zatoce Perskiej. Długość promieni tych kół wynosiła 600 metrów. Po pierwszym doniesieniu informacje o kręgach na wodzie posypały się jak z rogu obfitości.

A teraz kilka przykładów obserwacji dokonanych przez radzieckich ludzi morza:
·        Pewnego razu marynarze ze statku RV Władimir Worobiew, którzy odpoczywali po wachcie, obudzili się z uczuciem niewytłumaczalnego strachu. To miało miejsce w Zatoce Bengalskiej. Załoga statku i uczeni obserwowali ruch pod wodą 8 białych promieni o długości ok. 200 m. Promienie wychodziły z jakiegoś obiektu o dużej masie, znajdującego się na głębokości 20 m pod statkiem – jak to pokazywały przyrządy. Wszystko to trwało nie dłużej, niż 30 minut.
·        8.VI.1984 roku, członkowie załogi RV Professor Pawlienko w czasie rejsu na Morzu Adriatyckim, w Zatoce Neretwańskiej, zauważyli jak naraz na powierzchni wody ukazała się świecąca plama. Od niej odchodziły świecące się kręgi z ostro zaznaczonymi krawędziami. Prędkość ich rozprzestrzeniania się oceniono na około 100 m/min.
·        Trzeba tu dodać, że świetliste kręgi gasły równie szybko i nieoczekiwanie, jak się pojawiały. Marynarze z krajów azjatyckich nazywają te kręcące się świetliste kręgi „kołami Buddy”, zaś Europejczycy – „diabelską karuzelą”.
·        A oto jeszcze jedno świadectwo z wielu faktów zebranych przez ufologów. W lipcu 1978 roku załoganci ze statku MS Nowokuznieck w Zatoce Guayaquil (Ekwador), opowiadali o tym, że niedaleko od równika, ujrzeli nieopodal dziobu statku cztery pasma świecącej wody  o długości 20 m. Potem jeszcze dwa 10-metrowe świetliste pasma przybliżyły się do sterburty. Następnie w odległości 100 m od statku wprost z wody podniosła się w górę biała, przypłaszczona kula, wielkości piłki futbolowej i obleciała statek dookoła. Potem NOL zawisł nieruchomo na kilka sekund nad Nowokuznieckiem, a następnie wpadł w wody zatoki. No i tutaj już trzeba powiedzieć o zaobserwowanych przez ludzi Nieznanych Obiektach Podmorskich – USO lub UAO[1].


Nieznane Obiekty Podwodne


Ludzie, którzy obserwowali świetliste „koła”, niejednokrotnie zauważali, że mają one swe źródła. Z wód Wszechoceanu wyskakiwały różnego kształtu obiekty, które wykonywały rozliczne manewry i potem z powrotem spadały do wody. Aktywność USO/UAO pozwala na odrzucenie stanowiska sceptyków o tym, że do wody spadały meteoryty, stopnie rakiet nośnych, czy szczątki wystrzelonych na orbitę i powracających sztucznych satelitów Ziemi. Także w czasie pogrążania się nieznanych obiektów w wodę ludzie nie widzieli jakichkolwiek wyrzutów pary wodnej – co znaczy, że one nie były rozgrzane przez tarcie atmosferyczne. A należy przypomnieć, że zdarzenia te miały miejsce także w XIX wieku, gdy o aparatach kosmicznych jeszcze nie mogło być mowy… I tak:
·        W 1824 roku, czytelnicy z „Dziennika Andrew Blockhama” dowiedzieli się o dziwnym zjawisku, który autor tych zapisków widział 12 sierpnia tegoż roku. Statek Blockhama znajdował się na wodach Atlantyku. Naraz wachtowi zauważyli, jak z wody podniósł się wielki okrągły obiekt, który wydzielał jaskrawe światło. Po chwili znikł on w obłokach.
·        W 1884 roku, angielski statek Innerwish omal nie przewróciła do góry kilem fala uderzeniowa, którą wytworzył jakiś okrągły obiekt. Przeleciał on nad statkiem, a potem z donośnym hałasem wpadł do wody.
·        W 1887 roku nad holenderskim statkiem Jenny Aie pojawiły się dwa okrągłe obiekty latające. Jeden z nich się świecił, drugi był ciemny. Po jakimś czasie jeden z nich z łomotem i pluskiem wpadł do wody.

Przejdźmy do XX wieku. Zauważono setki, jak nie tysiące przypadków obserwacji UFO i USO/UAO w kształcie talerzy, cygar czy kul. A oto kilka z nich:
·        W 1969 roku nad amerykańskim wojskowym transportowcem USS Sparrow powoli przeleciał elipsoidalny obiekt o średnicy ok. 25 m. Cała łączność na okręcie od razu padła. Po przelocie nad okrętem, NOL ostro skręcił i nabrał prędkości i wpadł do wody w odległości 5 mn/9,26 km. Po pewnym czasie na powierzchni wody pojawił się świecący krąg.
·        W 1972 roku, wielu świadków na wybrzeżu Morza Śródziemnego obserwowali UFO o kształcie 100-metrowego dysku. Od NOL-a do czasu do czasu odrywały się świetliste promienie. Dysk najpierw latał po okręgu, a potem, kiedy pod wodą zaświeciły się jakieś światła, dysk wpadł do wody i znikł.
·        Załoganci z argentyńskiego statku MS Naviero przez 15 minut obserwowali, jak obok ich statku z wody wynurzył się 30-metrowy cygarokształtny obiekt, w niczym jednak nie przypominający okrętu podwodnego. Potem „statek kosmiczny Obcych” zanurzył się do wody, przeszedł popod kilem Naviero i znikł w głębinach oceanu, wydzielając jasne światło.
·        USO/UAO pojawiają się także w wodach wewnętrznych, śródlądowych. I tak np. hydrolodzy zetknęli się z UAO w głębinach jeziora Koronockiego na Kamczatce, którego głębokość wynosi 100 m. Czworo naukowców płynęło motorówką po jeziorze. Naraz w odległości kilometra od nich pojawiła się kopuła z wypchniętej wody, z której wyleciał owalny obiekt. NOL zawisł nad wodą, zaś silnik motorówki od razu przestał pracować. Zbadawszy Ziemian i ich technikę, UFO z ogromną prędkością poleciał w kierunku oceanu. Silnik motorówki znów zaczął pracować, jakby nigdy nic…
·        W 1982 roku, w jednym z wojskowych biuletynów informacyjnych pisało, że: Na Bajkale, na pamirskim jeziorze Sarez i całym szeregu głębokowodnych jezior na terytorium Związku Radzieckiego, zaobserwowano zanurzenia się w wody ogromnych dysków i kul, poza tym świecenie wydobywające się z głębin i pojawianie się nawet podwodnych istot humanoidalnych – czyli UAH![2] 


Hipotezy


Nie ma za to niedostatków hipotez. Według jednej z nich, wirujące koła to skupiska świecących mikroorganizmów, ale to nie wyjaśnia prostego przebiegu świetlistych promieni. Poza tym prędkość poruszania się USO/UAO w stosunku do prędkości poruszania się planktonu jest po prostu nieporównywalna.

Autorzy drugiej hipotezy próbowali objaśnić to zjawisko „wymuszonym świeceniem mikroorganizmów przez fale sejsmiczne z dna oceanu”. Ba! – ale jak wyjaśnić regularny kształt „kół” i ich równomierne rozmieszczenie? A na dodatek, marynarze z RV Władimir Worobiew na miejscu, gdzie kręciły się te „koła” wzięli próbki wody i żadnego świecącego planktonu w nich nie znaleźli…

Autor książki „Invisible Residents” profesor [Ivan] Sanderson zakłada, że wszystkie te zjawiska mają elektryczną naturę. Ale w tą koncepcję nie wpisują się kule ogniste – BOL, które wylatują z wody i do niej wpadają. Nie mogąc znaleźć przyrodniczego wyjaśnienia dla tego fenomenu, Sanderson zdecydował przypisać ten fenomen działalności jakiejś podwodnej cywilizacji. 


Moje 3 grosze


No właśnie, a dlaczegóżby nie? Jak dla mnie, to jest w zasadzie JEDYNE racjonalne wyjaśnienie. Już tak nawiasem, to przypominają mi się przygody prof. Pierre Aronnax’a i jego towarzyszy na pokładzie Nautiliusa na kartach powieści Juliusza Verne’a „20.000 mil podmorskiej żeglugi”, a w szczególności wydarzenia opisane w jej rozdziale pierwszym. Ta genialna powieść powstała w 1870 roku, a zatem mogła powstać w oparciu o relacje marynarzy, którzy widzieli te zjawiska, albo… powiem teraz coś bardzo przewrotnego: to lektura powieści Verne’a skłoniła ich do fantazjowania na określony temat. Ale obstawiam pierwszą opcję, bowiem dziwne i tajemnicze rzeczy były obserwowane w/na/nad wodami Wszechoceanu ZAWSZE…!

Kiedyś nawet rzuciłem hipotezę, że to po prostu świecił plankton pobudzony przez fale ultradźwiękowe sonarów stad wielorybów czy delfinów, albo okrętów podwodnych, bowiem wcale nie jest powiedziane, że świeciła powierzchnia wody, a świecenie było w głębinach, dokąd już nie sięgały wiadra i inne sondy naukowców. Owszem, część planktonu wypływa nocą na powierzchnię morza, ale część tylko unosi się bliżej powierzchni tworząc tzw. warstwę DSL, która odbija ultradźwiękowe impulsy sonarów aktywnych. Przekonał się o tym m.in. słynny Jacques Cousteau na Morzu Czerwonym.

Z drugiej zaś strony istnienie cywilizacji Wodnych Ludzi wcale nie byłoby aż takie dziwne, zważywszy, ze wody pokrywają niemal ¾ naszej planety i Wszechocean może stanowić dom dla niejednego gatunku UAH. Nie mówiąc już o tym, że istniejące w nich stworzenia mogą być rezultatem manipulacji genetycznych poprzednich cywilizacji – np. Atlantydy. Przecież potwory Starożytnych mogły istnieć realnie jako płody eksperymentów nad genami ludzi i zwierząt, które wyginęły już to samoistnie, już to wybite przez ludzi, po katastrofie cywilizacji-matki.

Wracając do świecenia wód morskich, to nasz Bałtyk też świeci. Pracując w helskim Fokarium spotkałem się z dokumentacją tego zjawiska sporządzona przez prof. dr Krzysztofa Skórę i jego pracowników. Ale świecenie Bałtyku ma swe konkretne, naukowe wyjaśnienie – świecą tam bruzdnice z gatunku Alexandrium ostenfeldii – ale na szczęście nie tworzą one w wodzie świecących figur geometrycznych czy latających BOL-i. Tak czy inaczej, zagadka świecących kół czeka na swe rozwiązanie…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 23/2013, ss. 26-27
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©



[1] Unknown Submarine Object lub Unknown Aquatic Object.
[2] Unknown Aquatic Humanoid – nieznany humanoid wodny.  

wtorek, 24 września 2013

Fukushima: z elektrowni wciąż wycieka promieniowanie!


Kryzys nuklearny w Fukushima eskaluje do najgorszego poziomu, od czasu potężnego trzęsienia ziemi. Kiedy w poniedziałek (16.IX) tajfun Man-yi uderzył w północno-wschodnią część Japonii, właściciel i operator elektrowni jądrowej Daiichi Fukushima 1 – koncern TEPCO stwierdził, że część wody zgromadzonej w czasie wielkich opadów deszczu, została spuszczona poprzez dreny dodając, że skażenie tej wody nie przekraczało żadnych krajowych standardów i przepisów bezpieczeństwa. Agencja Reutera donosi, że fale morskie znowu zdemolowały bariery przeciwko tsunami w prefekturze Fukushima. Niestety, ponownie na wszelkie informacje w mainstreamowych mediach na temat katastrofy w Fukushima została nałożona „czapa i knebel”.  To, czym teraz zajmuje się publiczność po katastrofie w Fukushima, to wyrzucanie ogromnej ilości materiałów radioaktywnych do oceanu. Linda Howe donosi o 80.000 galonach (ok. 363.649 litrów) radioaktywnej wody z miejsca katastrofy, które zostało wlanych do Wszechoceanu. Woda ta jest tak skażona, że odczyty wzięte z przyrządów postawionych 60 cm od niej przyjęły: „5-letnią dawkę promieniowania w czasie 1 godziny. To może spowodować straszliwe spustoszenie morskiego życia – zarówno roślinnego jak i zwierzęcego w Pacyfiku na wiele pokoleń, które nadejdą. A jeszcze bardziej palącym problemem jest to, co Japończycy zamierzają zrobić z tonami radioaktywnych materiałów i produktów znajdujących się wciąż na brzegu.”

Jak dotąd, to TEPCO nie ma niczego pod kontrolą. Japończycy spalają te materiały w ogromnych spalarniach i silnie radioaktywny dym unosi się w górne warstwy atmosfery, gdzie są one rozprowadzane przez jet-stream do zachodnich wybrzeży Kanady, USA i Meksyku. Jest to dla nas tajemnicą, dlaczego rząd USA nie sprzeciwił się tej procedurze w najbardziej stanowczy sposób. W przypadku braku opadów na tych obszarach, radioaktywny pył będzie osiadał na roślinach i zwierzętach, co może dać różne negatywne skutki w ich organizmach. Jednakże może ten fall-out być szkodliwy lub nieszkodliwy dla konsumenta pod warunkiem, że produkty te zostaną dokładnie umyte przed spożyciem. Ale zwierzęta wypasane na otwartych przestrzeniach mogą zjeść rośliny pastewne skażone radioaktywnie i co za tym idzie produkty z nich uzyskiwane (mleko, mięso, ser, itd.), czego wykrycie jest praktycznie niemożliwe.

To, co może zaszkodzić konsumentom, to cząstki radioaktywne, które wpłukane deszczem dostaną się do gleby, a stamtąd poprzez korzenie, zostaną zjedzone przez bydło i zwierzęta hodowlane. Jest to słaba forma promieniowania z punktu widzenia pomiarów skażeń i niemal niemożliwa do wykrycia przez standardowe przyrządy pomiarowe. Ale nawet wchłonięcie do organizmu nawet JEDNEGO atomu jakiegoś radioaktywnego pierwiastka może spowodować chorobę, która może doprowadzić człowieka do przedwczesnej śmierci. Połknięcie takiego promieniującego materiału może spowodować raka, choroby serca, wady wrodzone i wiele innych chorób, z których wiele nawet nie będzie wiązanych z rzeczywistymi przyczynami, a ze skażeniem radioaktywnym.  

Szukając źródeł warzyw i mięsa, które nie pochodzą z obszarów skażonych, należy UNIKAĆ mrożonek i konserw rybnych pochodzących z Alaski, Zachodniej Kanady, Meksyku i całego obszaru Pacyfiku.   


Ważne posłanie do Sekretarza Generalnego ONZ Ban Ki-Moon


Japoński ambasador Mitsuhei Murata pisze:

Jestem skrajnie zmartwiony brakiem zainteresowania w Japonii i za granicą pogarszającą się sytuacją w Daiichi Fukushima. Międzynarodowa społeczność wymaga zapobieżenia przekształcenia się wypadku w Fukushima w ogólnoświatową katastrofę, bowiem możliwość zapadnięcia się Reaktora nr 4 wskutek mega-trzęsienia ziemi jest bardzo realne. To może się wydarzyć w każdej chwili! W obliczu tego bezprecedensowego kryzysu, wymagana jest mobilizacja ludzkiego rozumu i wiedzy na jak największą skalę. Całkowite przyjęcie odpowiedzialności przez rząd Japonii jest pilnie potrzebne.

Aktualnie, nienormalny brak poczucia kryzysu jest spowodowane poprzez fakt, że prawdziwe dane i fakty są wciąż niejawne.

Społeczność międzynarodowa ma obowiązek, np. prawidłowo znać i rozumieć dokładne wielkości ciągle wydobywającej się radiacji z Fukushima.

W związku z tym, według danych opublikowanych przez TEPCO, skażenie wynosi 10 MBq/h i nie zmieniło się od ostatniego półtora roku, co jest wiarygodne. Pozostają one niezmienione, nawet po tym, jak TEPCO oświadczyło, że po incydencie w 2011 roku 400 ton skażonej wody wpłynęło do morza. Aktualnie rząd przyznaje, że dziennie wpływa do oceanu 300 ton skażonej wody. Sytuacja staje się coraz gorsza, i nie widać jej rozwiązania!

Ta tzw. międzynarodowa strategia uważania, że katastrofa w Fukushima nie miała miejsca, jak to piszą niektóre gazety, stanowi fatum zagłady. Strategia ta jest dowiedziona poprzez kontynuowanie promocji reaktorów jądrowych na całym świecie, ich budowę i eksport z Japonii. I nawet jeżeli osiągną sukces chowając swe głowy, to nie schowają ogona – czym jest właśnie zanieczyszczenie, radioaktywne skażenie oceanu na planetarną skalę.

Obywatele mający sumienie wzywają teraz do odwołania zaproszeń na Igrzyska Olimpijskie w Japonii.

Bardzo proszę pozwolić mi liczyć na Pańskie zrozumienie i pomoc.

Z poważaniem –

Mitsuhei Murata
- były ambasador Japonii w Szwajcarii

Źródło: George A. Filer III – MUFON
Przekład z j. angielskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©

poniedziałek, 23 września 2013

Rosyjskie UFO



List do Redakcji „Tajny XX wieka” – o Przyjaciołach z Syriusza pisze Alieksiej Aleksandrowicz Jeremkin z wioski Nowyj Gorodok, Kiemierowskij Obłast’:


Przyjaciele z planety Syriusz


Od 2003 roku po rozwodzie z moją żoną zamieszkałem samotnie w dwuizbowej kawalerce. Mniej więcej rok temu wróciłem do domu po nocnej zmianie (jestem górnikiem dołowym) i wprost w ubraniu położyłem się na łóżko, by odpocząć. Zamknąłem oczy. I naraz odniosłem wrażenie, że w pokoju poza mną jest jeszcze ktoś inny. I to wcale nie był sen. Chciałem się podnieść i rozejrzeć, ale nie byłem w stanie. Dosłownie jakaś siła przykuła mnie do łóżka. Poza tym nie czułem w ogóle swego ciała. Poza tym nie odczuwałem strachu, a wręcz odwrotnie – było mi nadzwyczaj lekko.

Udało mi się odwrócić głowę i ujrzałem koło mego łóżka dwie dziwnie podobne do ludzi Istoty, niewielkiego wzrostu, z niewiarygodnie wielkimi oczami (zob. rys.)
- Kim jesteście? – z trudnością poruszając językiem zapytałem Ich.
- Nie bój się, nie uczynimy ci krzywdy – odpowiedział jeden z nich. On mówił nie otwierając swych maleńkich ust. Najwidoczniej była to telepatia. - Jesteśmy tutaj z przyjacielską wizytą z planety Syriusz.

Potem Oni poprosili, bym poszedł za Nimi, a właściwie kazali patrzeć za Nimi. Nie pojmowałem, dokąd mam się udać z Nimi, ale musiałem się zgodzić. I w następnej sekundzie znalazłem się w przestronnym pomieszczeniu. Ono było słabo oświetlone, ale nie zauważyłem źródła światła. W pomieszczeniu znajdowała się zwyczajna medyczna kuszetka, a obok niej jakieś przejrzyste naczynia z przeźroczystymi płynami. Kazali mi się położyć i ze zdumieniem zauważyłem, że jestem już rozebrany.
- Co chcecie ze mną zrobić?
W odpowiedzi usłyszałem, że wstawią coś do mojej głowy i nie będzie bolało. Zrobiło mi się niejako.
- Po co wstawiacie mi to do głowy? – zapytałem na odczepnego. Niech mnie wrócą z powrotem do domu! Co było dalej, tego nie wiem.

Pamiętam, że znalazłem się na powrót w swoim pokoju. Poprzednia lekkość gdzieś znikła. Znowu czułem ciężar swego ciała. Spróbowałem wspomnieć i zanalizować wszystko, co mi się przydarzyło – ale myśli mi się plątały. Potem naraz zasnąłem kamiennym snem.

Następnego dnia powróciwszy z pracy do domu niespodziewanie dla siebie samego wykrzyknąłem w myślach:
- Pozdrawiam was moi Przyjaciele z Syriusza!
I ku memu niesamowitemu zdumieniu usłyszałem w myślach Ich pozdrowienie.

Od tego czasu stało się to czymś normalnym: witałem się z Nimi w każdy dzień, potem rozmawialiśmy, a potem nawet zwracałem się do Nich z prośbą o pomoc. Np. nie mogę znaleźć czegoś w domu, pytam Przyjaciół z Syriusza, a Oni przesyłają mi do głowy obraz miejsca, gdzie ta rzecz się znajduje. Natomiast sami Przybysze nigdy mnie o nic nie prosili.

Nasz kontakt trwał dość długo. Pewnego razu zdecydowałem się opowiedzieć o wszystkim mamie. Ona oczywiście mi nie uwierzyła. Powiedziała, że to po prostu efekt długiej samotności i że najwyższy czas ożenić się po raz wtóry, przestać być singlem. Po tej rozmowie Przyjaciele z Syriusza przestali się ze mną kontaktować. Być może Im się nie spodobało to, że opowiedziałem o Nich mamie. Ożeniłem się ponownie w lecie ub. roku, ale każdego dnia usiłowałem się z Nimi skontaktować. Jednak Przyjaciele z Syriusza już się nie pojawili.

Ostatnio mnie i moją żonę zaczęły bardzo mocno boleć krzyże. Postanowiłem tedy ponownie zwrócić się do Przyjaciół z Syriusza: w myślach poprosiłem Ich o zabranie nas stąd i wyleczenie. Następnego dnia oboje z żoną omal nie zginęliśmy. Przejeżdżając autem przejazd kolejowy niemal wpakowaliśmy się pod pociąg: zauważyłem go dosłownie na sekundy przed zderzeniem i zdążyłem zareagować. Nie wiem, czy jest to związane z Przyjaciółmi z Syriusza, ale od tego czasu boję się do Nich zwracać…

Nie zawracałbym sobie głowy taką relacją – w końcu jest ich na kopy mniej czy bardziej wiarygodnych, gdyby nie fakt, że przeżyłem kiedyś coś podobnego. W moim przypadku Obcy nie zamanifestowali mi się in persona, ale… we śnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego – wszak senne CE z Nimi są też forma Kontaktu z wieloma osobami, ale wyjątkowość tego CE-0 polegała na tym, że Obcy… podali mi lek, który postawił mnie na nogi. Ale to jest już historia z innej ballady i o ile pamiętam, to opisałem ją w „Czasie UFO”.

Tymczasem powróćmy do UFO i Obcych. Opowiada Alieksiej Zwieriew z miejscowości Gatczina, Leningradskaja Obłast’:



UFO nad Wieżą Eiffla


25.IX.2012 roku fotografowałem Paryż z Wieży Eiffla, z wysokości 300 metrów. Pogoda była pochmurna i wietrzna, a do tego popadywał deszcz. Zdjęcie, które widzisz Czytelniku, zrobiłem o godzinie 22:03 CEST. Chciałbym dodać, że w tym czasie kiedy robiłem to zdjęcie, nie widziałem żadnych świateł na niebie. Jak tylko wróciłem do domu, po przyjeździe do Gatcziny oglądałem to zdjęcie na ekranie notebooka i wtedy ujrzałem ten świetlisty dysk. Posłałem ta fotkę przyjacielowi, a ten potwierdza iż sfotografowałem UFO.

Faktycznie – zdjęcie wygląda bardzo ciekawie. Na początku sądziłem, że to po prostu odblask na soczewkach, ale światło emitowane przez dysk ma kolor wyraźnie biały, podczas kiedy światła miasta są wyraźnie pomarańczowe, żółte i czerwone. A zatem rzeczywiście – Pan Zwieriew faktycznie mógł sfotografować NOL-a, aczkolwiek zastanawia mnie, dlaczego robiąc zdjęcie nie widział tego obiektu?



Tekst i zdjęcia – „Tajny XX wieka” nr 23/2013, ss. 24-25
Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©  

sobota, 21 września 2013

Zimny prysznic dla Pentagonu

Krajobraz z Rudnego Ałtaju


Walerij Kukarenko

Japoński ekolog Yochi Shimantsu twierdzi, że w Daichii Fukushima 1 EJ miały miejsce prace nad wyprodukowaniem bomb jądrowych. Przypomnijmy, że po II Wojnie Światowej Japonii zabroniono posiadania broni jądrowej.

USA w czasie wojny sprzedawały broń wszystkim wojującym stronom i w ten sposób stały się światowym mocarstwem. Teraz szybciutko wszyscy o tym zapomnieli, i nie starają się wspominać o tym, że już wtedy Waszyngton gotował się do wojny nuklearnej z ZSRR.


Uderzenie odwetowe


Śmiechu warte i mijające się z prawdą zasady amerykańskiej demokracji: Jankesi planowali zrzucenie 133 bomb atomowych na 70 radzieckich miast i zamordować w ten sposób ponad 6.700.000 ludzi. Jeszcze 200 bomb A i można ogłosić zniszczenie Związku Radzieckiego. W Pentagonie liczono na to, że Rosjanie nie będą w stanie dać im adekwatnej odpowiedzi, bo w ZSRR nie mają bomb A, i nie pojawią się one tam zbyt szybko. Zdetonowanie RDS-1 – pierwszej radzieckiej bomby A – w dniu 29.VIII.1949 roku na Semipałatyńskim Poligonie w Kazachstanie był szokiem dla amerykańskich „jastrzębi”, którzy nie zmieniali swych poglądów nawet do naszych czasów i byli i są nadal w stanie wywołać wojnę, nawet kiedy stało się jasne, że otrzymają oni adekwatne jądrowe kontruderzenie.

Jeszcze w 1942 roku, kierownictwo ZSRR postanowiło, że trzeba szybko zrobić swoją własną broń atomową i dogonić w tym zakresie USA, już na początku ich prac. We wrześniu Stalin podpisał rozporządzenie Państwowego Komitetu Obrony „O organizacji prac nad uranem”. Wyjaśniło się, że potrzeba będzie dziesiątków ton czystego uranu, a w kraju działały zaledwie dwie małe kopalnie. Potrzebne były także rudy toru (Th) i berylu (Be). Od tego właśnie zależało, by Kraj Rad mógł skonstruować swe bomby A. I tutaj właśnie swoją ważną rolę odegrała rzeka Irtysz. Wszystkie następne najważniejsze wydarzenia przebiegały na jej brzegach.


Rudy i ludzie z Sińczjanu


Uczeni zwrócili uwagę władz na Dżungarię, na terytorium której płynęła rzeka Czarny Irtysz, w Sińczjansko-Ujgurskim Rejonie Autonomicznym Chin. Tam właściwie na samej powierzchni ziemi radzieccy geolodzy znaleźli pokłady rud uranu (U), a w okolicach miasta Kuldża i w górach Ałtaju – tytan (Ti), wolfram (W), złoto (Au) i REE[1]. W celu wyprodukowania bomb atomowych, WPK ZSRR[2] potrzebował rud z Sińczjanu. A tamtejsi mieszkańcy, to ludy koczownicze: Kazachowie, Ujgurowie, Duganowie, Kirgizi, Mongołowie, Torgutowie i Urjanchajcy, którzy nienawidzili ludzi Han (Chińczyków) za okrutne traktowanie mniejszości narodowych i chcieli mieć swe muzułmańskie państwo.

W 1944 roku, długo tłumione niezadowolenie przemieniło się w zbrojne powstanie. Oddziały powstańcze rozgromiły garnizony chińskie w miastach i wyrżnęły część chińskich osadników, zaś ocaleli z pogromu żołnierze i cywile uciekli z terenów ogarniętych płomieniem buntu. W styczniu 1945 roku powstańcy oznajmili światu o powstaniu Republiki Wschodnio-Tybetańskiej w Ilińskim, Ałtajskim i Taczeńskim okręgach tego Rejonu Autonomicznego. Jej prezydentem został były duchowny muzułmański – mułła Alichan Szakirchodżajew, a stolicą – miasto Kuldża.  Sformowana 30-tysięczna wielonarodowa armia z powodzeniem odpierała napady na nową republikę ze strony chińskich jednostek wojskowych.

Wedle porozumienia zawartego pomiędzy radzieckim kierownictwem a rządem młodej republiki, została zorganizowana spółka Sińczjanołowo i zaczęło się wydobycie i wywóz do ZSRR strategicznie ważnych kopalin. A głodującym powstańcom z RW-T w maju 1946 roku, na prośbę ich władz, z osady Topolew Mys na Irtyszu wysłano na wielbłądach setki ton żywności. Aby tego dokonać, odebrano kołchozom i sowchozom z całego Wschodniego Kazachstanu ziarno nawet z żelaznego zapasu ziarna siewnego! W ZSRR był głód, w niektórych obwodach ludzie marli z głodu. Ale stworzenie swojej bomby A było najważniejsze.

Z biegiem czasu Chińczycy znów zaczęli rządzić się w RW-T. Część powstańców zginęła w bojach z regularną armią chińską, inni byli represjonowani. Mao Zedong (Mao Tse-tung) postarał się o przyspieszenie tempa zaludnienia tego rejonu przez Chińczyków. W chińskich podręcznikach historii nie ma ani słowa o tych wydarzeniach i mało kto o nich w ogóle wie.


Sekrety WPK ZSRR


Dokumenty o wydobyciu radioaktywnych materiałów przez spółkę Sińczjanołowo napływały pod gryfem tajności SOWIERSZIENNO SIEKRIETNO – ŚCIŚLE TAJNE i na ich temat niewiele wiadomo. Niewiele o nich widzieli nawet oficerowie NKWD nadzorujący te prace. Uważa się, że poza cyną miało tam miejsce wydobycie złota i z tego powodu powstało wiele legend. Wszelkie informacje na temat wydobycia i wysyłki kopalin były zaszyfrowane. W dokumentach nie było słów w rodzaju: „uran”, „tor” i ktoś postronny nie mógł niczego zrozumieć. A wydobywano tam i wywozili rudy uranu, toru (monacyt – [REE]PO4), REE, molibdenu (Mb), rtęci (Hg), cynku i spodumen (ruda litu – LiAl[Si2O6])

Według niektórych danych, w kopalniach Czuguczaku i Koktogaju pracowało do 20.000 łagierników.[3] Ich głównym zadaniem było wydobywanie rud według planów za wszelką cenę. Fizyczną ochronę obiektu nr 5 pełniły pododdziały WOP MSW i MGB[4] stacjonujących w Kuldży i Koktogaju.

Od ludności miejscowej, zbieracze za zapłatą przyjmowali sześcienne kryształy berylu – efektywnego moderatora (spowalniacza) i zwierciadła neutronów. Koczownicy całymi workami zbierali je koło nor świstaków i innych zwierząt. Minerał kolumbit – FeNb2O6 – w postaci ciężkich, czarnych ziaren zaszywano w woreczki i wysyłano parostatkami. Z przystani Burczum Ałtajskiego Okręgu WTR do Czarnego Irtyszu i jeziora Zajsan do miasta Ust’-Kamieniogorsk w Kazachskiej SSR[5] graniczącej z Sińczjanem płynęły dobrze strzeżone barki załadowane ciężkimi skrzyniami, bez jakichkolwiek oznaczeń, i jechały kolumny samochodów ciężarowych z monacytem i uraninitem (UnOn).


Wkład Rudnego Ałtaju


Od rozpoznanych przez radzieckich geologów kopalni Sińczjanu pałeczkę przejął Rudnyj Ałtaj. Od 1947 roku zaczął pracować kopalnia Swincatka w dorzeczu Irtyszu. Tam z kolei wydobywano monacyt, tantal (Ta) i rudę cezu – pollucyt – (CsNa)2(AlSi2O6) · H2O. W skład Kanajskiego Urzędu Poszukiwań Geologicznych utworzonego tylko do badań nad atomem, wchodziły: Kanajka, Miedwiedka, Żyłandy, Asu-Bułak, Tainty, Targyn, Biełaja Gora i Ak-Kezeń. Z Czernojaku szedł kasyteryt (ruda cyny – SnO2), scheelit (ruda wolframu – CaWO4) i in. Stacją przeładunkową była wioska Sławianka – znajdująca się na prawym brzegu Irtyszu. Kopalnia Uberiedmiet wydobywała żyły kruszcowe Kanidinskiego Złoża, które biegły pod Irtyszem na jego lewy brzeg.

Rudę dostarczano wagonetkami na drugi brzeg rzeki po moście. Wedle słów tamtejszych najstarszych mieszkańców, to właśnie w zatopionym przez wody Irtyszu tajnym podziemnym zakładzie zmontowano pierwszą bombę atomową. (!!!)


Praca w kopalni rud uranu i toru

30.IX.1947 roku, Stalin podpisał dokument o rozszerzeniu terenów prac geo-zwiadowczych i potem wyszła uchwała rządowa „O wybudowaniu zakładu «2A» Ministerstwa Metali Kolorowych” – późniejszego Ułbińskiego Kombinatu Metalurgicznego w Ust’-Kamieniogorsku, w którym pracowałem ponad 20 lat. W tym kombinacie przetwarzano rudę uranową i wytwarzano także koncentrat rudy berylu (Be) z WPK i wszystkich kopalni Obłasti. Poza nim w tym mieście istniały także inne fabryki rafinacyjne, flotacyjne, itp.

W celu mierzenia poziomu promieniowania, nasi dozymetryści z zakładu kierowali się do Obiektu nr 905 (to był Poligon nr 2, dziś znany jako Semipałatyńsk). W 1949 roku, Ławrientij Beria osobiście wybrał miejsce dla Irtyszskiego Chemiczno-Metalurgicznego Kombinatu pracującego nad radioaktywnymi rudami w wiosce Pierwomajsk. W mieście Kurczatowie we Wostoczno-Kazachstanskoj Obłasti znajduje się dom, gdzie mieszkał wszechmocny narkom[6] w czasie swoich wizyt na Poligonie nr 2 na lewym brzegu Irtyszu.


Uratował nas Irtysz…


Irtysz – w rzeczywistości jest to unikalna rzeka, która faktycznie uratowała nasz kraj przed atomowym uderzeniem ze strony Amerykanów. To, co wydobyto na ich brzegach było zimnym prysznicem dla zaborczych Jankesów. Żeby się przekonać o tym, weźcie mapę geograficzną i znajdźcie na niej wymienione tutaj miasta i wsie. Wydobycie rud strategicznych, ich obróbka, zbudowanie pierwszych bomb A i ich detonowanie – to wszystko wiąże się z Irtyszem, który płynie od Sińczjanu poprzez Kazachstan i Rosję a następnie wpada do Obu.

Projekt stworzenia własnych bomb A został zrealizowany na bazie rud, które dostarczył WPK rzeką i transportem samochodowym do Wschodniego Kazachstanu, a które to rudy wydobyto w kopalniach na brzegach Irtyszu. W fabrykach tymczasem szła robota w dwóch kierunkach: zbudowanie uranowych i torowych bomb, przecież nikt nie wiedział, jaką uda się uzyskać jako pierwszą. W grudniu 1951 roku, w ZSRR zaczęło się seryjne produkowanie „urządzeń jądrowych”. Bomby były dwukrotnie lżejsze od amerykańskich i dwukrotnie od nich silniejsze. Ale było ich mało, a w tym czasie USA miały już kilkaset bomb A i do nuklearnego parytetu było Związkowi Radzieckiemu jeszcze daleko. Przed nami była jeszcze wielka praca, wymagająca użycia kolosalnych środków tak potrzebnych dla zniszczonego wojną kraju.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 23/2013, ss. 18-19
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©




[1] Pierwiastki ziem rzadkich.
[2] Wojskowo-Przemysłowy Kompleks ZSRR.
[3] Więźniów GUŁag-u.
[4] W tym czasie w ZSRR istniały dwa ministerstwa: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego.
[5] Dzisiaj Kazachstan.
[6] Narodowy komisarz – w ZSRR odpowiednik ministra. 

piątek, 20 września 2013

Nie tylko w Trójkącie Bermudów: zaginione okręty podwodne

Amerykański okręt podwodny wśród min


Kmdr Wadim Kuliczenko


Rosyjski okręt podwodny Pantera zbudowany w 1916 roku był jedynym w świecie okrętem podwodnym, który uczestniczył w trzech wojnach: I Wojnie Światowej, Wojnie Domowej i Wielkiej Ojczyźnianej.[1]

Pływanie po morzach zawsze niosło ze sobą ryzyko katastrofy. Oceaniczne głębie każdego roku pochłaniają setki statków i tysiące ludzkich istnień. O morskich katastrofach pisze się dostatecznie wiele. Znacznie mniej nam wiadomo o awariach w głębinach Wszechoceanu – awariach okrętów podwodnych.


Okręt podwodny - OP


Samo przeznaczenie OP jest oczywiste – jest nim prowadzenie niejawnej wojny w i z głębin morza – a to zaś wyklucza możliwość szerokiego opisywania ich aktywności nawet w czasach pokoju. To daje dowództwu marynarki wojennej możliwość ukrywania i tych uchybień oraz wpadek, które od czasu do czasu na OP się zdarzają. Dokładne informacje o awariach na OP publikuje się przede wszystkim na stronicach specjalistycznej, wojenno-morskiej i naukowo-technicznej literatury.

Przyczynami większości podwodnych awarii są pomyłki i błędy konstruktorów OP, stoczniowców i inżynierów, błędy dowodzenia i dużej ilości jednostek.

Początkowy okres historii OP, który skończył się wraz z wybuchem Wielkiej Wojny, charakteryzował się poszukiwaniami jak najlepszych rozwiązań technicznych. Przy tym zaawansowaniu nauki i techniki, prace te były prowadzone najczęściej metodą prób i błędów. Oczywistym jest to, że w takich warunkach trudno było uniknąć katastrof.


Jedna z większych katastrof z początku XX wieku


Jedna z większych katastrof w historii podwodnej żeglugi wydarzyła się 31.I.1918 roku, ale o niej dowiedzieliśmy się w 1932 roku. Przez długi czas, brytyjska Admiralicja trzymała w sekrecie relacje o zagładzie dwóch jednostek z serii K, uszkodzeń trzech innych i dwóch okrętów nawodnych.  Zginęło wtedy 115 marynarzy i oficerów.

Wybuchła Wielka Wojna. Ze względu na zagrożenie ze strony niemieckich U-bootów, angielski Grand Fleet[2] wyszedł ze swej głównej bazy w  Rosyth w najciemniejszą porę doby. Wydawałoby się, że przewidziano wszystko: pełne zaciemnienie, nie świeciły nawet światełka torowe… Jednakże to nie U-booty były przyczyną katastrofy.

Brytyjski OP - HMS K-6 

Zbieg różnych okoliczności – głównym czynnikiem był błąd człowieka – doprowadził do tego, że w czasie tylko jednej nocy brytyjska flota bez oddania choć jednego strzału straciła 5 OP jednego typu – zatonęły: HMS K-4, HMS K-7 uszkodzone zostały HMS K-6, HMS K-14 i HMS K-22.

W latach 1915-1917 zbudowano 17 OP typu K, i 5 z nich zatonęło lub uszkodzono w rezultacie katastrofy w dniu 31.I.1918 roku. Zwyczajny przypadek… - ale czy tylko przypadek?


Odpowiedź na pytanie


W 1915 roku, jeszcze w czasie prób, zatonął a potem został podniesiony i odremontowany HMS K-15. W styczniu 1917 roku – znowu w czasie próbnego zanurzenia w jeziorze Harloch – 32 ludzi zginęło na HMS K-13.  Okręt podniesiono, odremontowano i wprowadzono do służby, tym razem pod nazwą K-22, jednakże w 1918 roku ponownie miał on awarię. Problemy z tymi OP można by wyliczać jeszcze… 

Zaniepokojone częstymi awariami okrętów podwodnych typu K w czasie 8 lat, dowództwo brytyjskiej marynarki zdecydowało wycofać je ze służby. 17 zbudowanych OP i 18 awarii – z których 7 zakończyło się zatonięciem tych okrętów. Czegoś takiego nie da się wyjaśnić jedynie działaniem przypadku. Wynikało z tego jasno, ze konstrukcja tych OP miała takie niedostatki, że ich eksploatacja była zbyt kosztowna i niebezpieczna. Modernizacja trzech pozostałych jednostek tej serii i zmiana ich oznaczeń z K na M i X nie spowodowała tego, że były one bezpieczniejszymi. Pech prześladował HMS X-1 tak jak i jego poprzednika.

Historia OP typu K – to akademicki przykład tego, jak błędy konstrukcyjne projektu wpływają na bezpieczeństwo późniejszej eksploatacji tych jednostek.


Nie tylko angielskie


W latach 1925-1927 w Japonii zostały zbudowane OP typu I-121, specjalnie przystosowane do stawiania min. Nazywano je „podwodnymi stawiaczami min”.
- Osobliwość konstrukcji tych OP – opowiada japoński oficer-podwodniak – bardzo utrudniała sterowanie nimi. Nawodna prędkość była za mała. Trudno się nimi kierowało w zanurzeniu, a to z powodu małej powierzchni sterów głębokościowych. Mała zmiana wagi dzioby czy rufy od razu znacząco zmieniała trym okrętu. Przy niewielkim zmniejszeniu wagi, okręt miał tendencję do wynurzania się, a przy niewielkim zwiększeniu ciężaru – zanurzania się. I właśnie dzięki tym swoim właściwością, ten OP cieszył się wśród podwodniaków złą sławą…

I tak w rezultacie nieprawidłowości jego budowy, miała na nim miejsce cała seria nieszczęśliwych wypadków z ofiarami w ludziach włącznie, związana z nagłą utratą trymu lub przemieszczeniami się.

Akwanauta przy wraku U-boota

W latach II Wojny Światowej, w III Rzeszy były rozwinięte szeroko zakrojone prace nad OP z jednym silnikiem pracującym zarówno na wynurzeniu jak i pod wodą. Niemiecki specjalista od napędu OP – inż. Hellmuth Walter opracował schemat takiej jednostki napędowej – dla której paliwem był skoncentrowany do 80% perhydrol – czyli nadtlenek wodoru – H2O2[3].[4] Ideę tą podchwycili Brytyjczycy i w końcu lat 50. XX wieku w Anglii zbudowano konwencjonalne OP – HMS Explorer i HMS Excalibur z paro-gazowymi silnikami.

Ich eksploatacja była przerywana poprzez częste pożary i eksplozje. Oceniając eksploatacje tych dwóch jednostek, jeden z angielskich podwodniaków stwierdził, że:
- Sądzę, że jedyne, co możemy zrobić z nadtlenkiem wodoru, to zainteresować nim naszego potencjalnego wroga.

I potencjalny wróg się znalazł. W ZSRR przejęto pomysł nazwania tego silnika „hybrydowym” i zainstalować go w małych OP z Projektu A615. Zbudowano dużą serię tych okrętów – wszystkiego 30 jednostek, które otrzymały przezwisko „Zapalniczki”. W latach 1955-1957 wraz z początkiem masowego użycia tych OP, zdarzył się cały szereg awarii spowodowanymi przez pożary i wybuchy. OP z Projektu A615 miały zasadniczy błąd techniczny – wydzielanie się wolnego tlenu… Żadne zmiany nie zlikwidowały tego błędu i w latach 60. prace w tym kierunku zostały przerwane.


Okręty podwodne z napędem nuklearnym


Zastosowanie energii jądrowej w napędzie okrętów podwodnych, zdjęło wiele problemów marynarzom z głowy, ale nie wykluczało bezperspektywicznego konstruowania okrętów podwodnych. Miały więc miejsce zdarzenia nieudanego zastosowania nowych rodzajów reaktorów jądrowych – np. typu ŻMT – z ciekło-metalicznym chłodzeniem rdzenia.[5]

Pozostanie trudnym zadaniem stworzenie kadłubów OP. Do dziś dnia nie są jasne do końca przyczyny zatonięcia radzieckiego SSGN K-278 Komsomolec, w dniu 7.IV.1989 roku. Problem leży w tytanie, z którego zrobiono kadłub tego OP. Rzecz w tym, że tytan i jego stopy nie zostały dostatecznie wypróbowane i okazały się materiałami ze „złożonym charakterem”: skłonnością do powstawania szczelin, łamliwością, itd. I co najważniejsze – tytan doskonale pali się w wodzie…[6]


Moje trzy grosze


Jeszcze wypadałoby wspomnieć o tragedii brytyjskiego okrętu HMS Thetis, który zatonął 31.V.1939 lub – jak podaje brytyjska Wikipedia – 1.VI.1939 roku, w odległości 40 mn/74 km od portu Birkenhead. Zginęło wtedy na nim 99 ludzi. Okręt ten wypłynął na próby morskie wraz z holownikiem MV Grebecock, mając na pokładzie 103 ludzi. 

Notatka z IKC na temat katastrofy HMS "Thetis"

Pierwsze zanurzenie odbyło się 1 czerwca o godzinie 14:00 GMT. Okręt był zbyt lekki do zanurzenia się. W czasie testów rur wyrzutni torpedowej doszło do omyłkowego zatopienia wszystkich rur wskutek odczytu błędnych wskazań poziomu wody i w rezultacie okręt zatonął z przegłębieniem na dziób na głębokości 150 ft/46 m. Wypuszczono boję ratowniczą i odpalono świecę dymną. O godzinie 16:00 MV Grebecock zaczął akcję ratowniczą i jednocześnie wezwał na pomoc HMS Dolphin z bazy okrętów podwodnych w Gosport. Chociaż rufa wystawała ponad wodę, tylko 4 osoby zdołały się uratować. Pozostali zginęli wskutek zatrucia dwutlenkiem węgla, po 20 godzinach od czasu rozpoczęcia operacji ratowniczej. Całe to wydarzenie było ogromnym skandalem, któremu przeciwstawiono inny wypadek amerykańskiego OP USS Squalus, który zatonął u wybrzeży New Hampshire tydzień wcześniej.

HMS Thetis miał swe drugie życie, okręt wydobyto i po remontach przemianowano na HMS Thunderbolt, który służył w czasie II Wojny Światowej w Zatoce Biskajskiej i jako nosiciel Charriotów (pojazdów podwodnych dla dywersantów) na Morzu Śródziemnym. HMS Thunderbolt został zatopiony przez włoską korwetę Cicogna w dniu 14.III.1943 roku, na pozycji: 38°15’ N - 013°15’ E. Cała załoga zginęła.[7]

A teraz polonicum. Jeżeli idzie o ciekawe podwodne katastrofy, to wciąż niewyjaśnione są losy słynnego polskiego okrętu podwodnego ORP Orzeł o numerze taktycznym 85A, który zaginął gdzieś na Morzu Północnym i jego wraku nie odnaleziono do dziś dnia. W swój ostatni rejs wyszedł w morze 23.V.1940, o godzinie 23:00 GMT i wszelki ślad po nim zaginął. Przypuszcza się, że ORP Orzeł wszedł na minę lub został zbombardowany przez Niemców w dniu 25 maja na pozycji: 57° N - 003°40’ E – jednakże mimo poszukiwań na tej pozycji wraku Orła nie znaleziono. Jest to jedna z niewyjaśnionych tajemnic II Wojny Światowej i Wszechoceanu…


Źródła:
1.      „Tajny XX wieka” nr 23/2013, ss. 8-9;
2.    „Ilustrowany Kurier Codzienny” nr 174 z dn. 26.VI.1939;
3.    Wikipedia – HMS Thetis - http://en.wikipedia.org/wiki/HMS_Thetis_(N25)
5.     Wikipedia – ORP Orzeł- http://pl.wikipedia.org/wiki/ORP_Orze%C5%82_(1939)


Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©





[1] Czyli w II Wojnie Światowej.
[2] Główne siły floty brytyjskiej.
[3] Perhydrol był jedynie utleniaczem do paliwa, którym był specjalny olej napędowy.
[4] Zob. Leonard (Zagórski) – „Inkarnacja”, Warszawa 1986.
[5] Najczęściej używa się do tego płynnego sodu, który ma dobre właściwości przenoszenia i oddawania ciepła.
[6] Autorowi prawdopodobnie chodziło o ciekły sód z chłodzenia reaktorów ŻMT. Tytan jest odporny na korozję wody morskiej i chloru niemal jak platyna oraz ma wysoką odporność mechaniczną, dlatego właśnie z tytanu buduje się kadłuby rosyjskich i radzieckich okrętów podwodnych – szczególnie SSGN i SSBN.