Powered By Blogger

niedziela, 23 lutego 2014

Padły wszelkie rekordy zimna w tych latach!

Przebieg Północnego Prądu Strumieniowego nad Ameryką Północną spowodował tegoroczne perturbacje klimatyczne w USA i Kanadzie


Don J. Easterbrook


Świat cierpi od niskich temperatur, a powierzchnia lodów bije wszystkie rekordy! Północny Jet Stream porusza się o wiele dalej na południe ku południowym stanom USA, przynosząc „polarny wir” owiewający cały kraj zimnym powietrzem, co powoduje rekordowe spadki temperatur od Wisconsin do Hawajów. Atlanta została literalnie zasypana przez burze śnieżne i lód w ostatnim tygodniu. 60% Wielkich Jezior jest zamarznięte, podczas kiedy normalnie tylko 38% pozostaje pod lodem. Temperatury poniżej 0°C są odnotowywane w większości stanów. W czasie ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Chinach pogoda była kontrolowana, a i Rosja nie oszczędzała sił i środków w celu zapewnienia dobrej pogody na XXII ZIO. Kontrola i modyfikowanie pogody jest jedną z rzeczy, która psuje pogodę świata w innych częściach naszej planety, kiedy Prąd Strumieniowy znajduje się bardziej na południe, niż zazwyczaj.


Obydwa Prądy Strumieniowe: Północny i Południowy są niezwykle zimne i mamy doniesienia o rekordowym zalodzeniu. Pomimo tego, że mówi się wciąż o Efekcie Globalnego Ocieplenia, temperatury nie wzrastają już od 15 lat. Około milion mil kwadratowych Wszechoceanu pokryło się lodami w 2013, to jest więcej, niż w 2012 roku i stanowi to wzrost o 60% - oraz dramatyczne odchylenie od przepowiedni o „Arktyce wolnej od lodu w 2013 roku”. Arktyczne lody pokrywają ok. 2,35 mln mil kwadratowych w sierpniu 2013 roku, w porównaniu do 1,32 mln mil kwadratowych w dniu 16.VIII.2012 roku, jak podaje to National Snow and Ice Data Center.


Wbrew przepowiedniom EGO, kilku uczonych przepowiada coś wręcz przeciwnego – Efekt Globalnej Zimy. Prof. Don J. Easterbrook emerytowany profesor geologii z Uniwersytetu Stanu Waszyngton w Bellingham, WA, publikuje ekstensywnie wyniki własnych badań zmian globalnego klimatu. Fluktuacje klimatyczne w czasie kilkuset lat sugerują istnienie ok. 30-letniego cyklu klimatycznego ogrzania i ochłodzenia, w generalnie wzrostowym trendzie od tzw. Małej Epoki Lodowcowej ok. 500 lat temu.



Mamy zatem naprzemienne ciepłe i zimne cykle od roku 1470. Kolor niebieski – to chłód, kolor czerwony – ciepło. Na podstawie badań ilości i stosunku do siebie izotopów tlenu 18O pobranych z GISP2 na Grenlandii można powiedzieć, że mamy koniec EGO. Aktualny wzrost ilości antropogenicznego CO2 w atmosferze – 0,008% - nie był powodem postania EGO. Była to jedynie kontynuacja naturalnego cyklu trwającego od ostatnich 500 lat. Zmiany klimatu były i są daleko bardziej intensywne – od 12 do 20 razy w kilku przypadkach – niż EGO w ostatnim stuleciu, i miały miejsce w przedziałach czasowych nie większych niż 20 – 100 lat.


EGO z ostatniego stulecia (+0,8°C) jest wirtualnie nieznaczący, kiedy porównamy go do wielkości ostatnich 10 zmian klimatu w czasie ostatnich 15.000 lat. Żadna z tych nagłych zmian klimatu nie mogła być wywołana przez emisję antropogenicznego CO2, bowiem wtedy jeszcze takowej po prostu nie było. A zatem przyczyny wcześniejszych „naturalnych” zmian klimatu były dokładnie takie same, jak EGO z lat 1977-1998.


Północny Prąd Strumieniowy właśnie usunął system ciepłych prądów powietrznych znad Pacyfiku, kończąc w ten sposób 30 lat globalnego grzania, i będącego o wiele bardziej głębokim od poprzedniego ochłodzenia z lat 1945-1977. Jak bardzo zimne będzie chłodzenie klimatu w czasie tego cyklu, to jest nie oczywiste. Ostatnie zmiany na Słońcu sugerują, że ten EGZ będzie w miarę surowy, być może bardziej niż ten z lat 1880-1915 i bardziej umiarkowany niż cykl 1945-1977. Bardziej drastyczne ochłodzenie, podobne do tego z minimum Daltona i Maundera, może wywołać EGZ porównywalny z małą Epoką Lodowcową.         


Opracował – George A. Filer III (MUFON)

Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

sobota, 22 lutego 2014

Widma nieszczęśliwej miłości…

Ciekawym faktem jest to, że większość widm straszących ludzi, to kobiety...


Dina Kuncewa


Ludzie, którzy zetknęli się z widmami zauważyli, że przy ich pojawianiu się temperatura powietrza gwałtownie spada, pojawia się zapach siarki, problemy w pracy urządzeń elektrycznych. Zwierzęta odczuwają strach. Zauważ Czytelniku, że większość znanych widm to kobiety. Rzecz w tym, że damy to istoty bardziej emocjonalne, o wiele częściej umierają z nieszczęśliwej miłości, straty ukochanego człowieka czy tragedii związanej z ich dziećmi. Zaś silne emocje przekształcają się w energię, która przedłuża ich egzystencję na tym świecie. Nie są rzadkością i widma dzieci, które chcą być w pobliżu swoich matek. Takie opowieści krążą nie tylko za granicą, ale także w Rosji.


Bibliotekarka-morderczyni


Jedno z takich widm polubiło kirowską Okręgową Bibliotekę Publiczną im. A. I. Hercena. Jeszcze w latach 60. XX wieku, miała tam miejsce następująca historia. Jedna z pracownic mających dyżur bibliotece zdecydowała się zadzwonić z pracy do swego męża, żołnierza, który prawie też był na służbie. W czasie rozmowy bibliotekarka powiedziała, że jakby skrzypnęły drzwi i ktoś wszedł. Połączenie się przerwało. Jej mąż się przestraszył i biorąc ze sobą kilku uzbrojonych żołnierzy pognał do biblioteki. Do budynku weszli przez okno. Mąż znalazł swoją żonę w głębokim omdleniu. Zaczęli więc szukać tego, kto ja tak nastraszył, ale nikogo nie znaleźli.

Istnieje legenda, że w pomieszczeniach Hercenki, gdzie wcześniej znajdowały się apartamenty, miała miejsce tragedia. Bibliotekarka, która tam pracowała kręciła romans z żonatym mężczyzną. Kiedy pewnego razu odmówił jej porzucenia swej prawowitej małżonki, rozżalona kochanka rzuciła się nań z nożem w ręku, a potem sama się zabiła. Od tej pory jej duch błąka się po domu…


Dom ludojadek


W tym samym Kirowie, na skrzyżowaniu ulic Moskiewskiej i Swobody stoi dom, którego ludzie omijają szerokim łukiem. Związane z nim jest ponure opowiadanie z czasów wojny.

Rok 1942 był dla kirowian rokiem głodu. Ale na targu handlowały pierożkami z mięsem niejakie Augusta Abaturowa i Pelagia Kliukina. Wytwarzały je w suterenach swego domu. Poza tym smażyły one także kotlety. Skąd one miały to mięso – wszak wszelkie produkty były ściśle wyliczone i na kartki? Wśród sąsiadów pojawiły się nieprzyjazne plotki. Tym bardziej, że w okolicach tego właśnie domu zaczęły znikać bez śladu dzieci…

Pewnego razu, mieszkańcy domu usłyszeli wydobywający się z sutereny krzyk dziecka
- Nie dotykaj mnie! Nie nożykiem!
Sąsiedzi szybko zbiegli się na to i ujrzeli tam zabitego dzieciaka a nad nim Abaturową z zakrwawionym nożem w ręku. Morderczyni poderżnęła dziecku gardło… Ona błyskawicznie zorientowała się, że ją nakryto na czynie zbrodni, wyskoczyła przez okno i zaczęła biec w kierunku rzeki. Opowiadają, że ludożerczyni nawet zdążyła kupić bilet na prom, ale wtedy zatrzymała ją milicja. Drugą zbrodniarkę aresztowano w pobliżu domu. Obydwom wytoczono proces, ale z jakiegoś powodu ich nie rozstrzelano, ale zesłano do gułagu o ostrym reżymie, gdzie je wykończyły współwięźniarki. Od tego czasu w tym domu nikt nie chce mieszkać – w obawie przed usłyszeniem jęków pomordowanych w suterenie dzieci.


Kariatydy nawiedzonego domu w Saratowie


Martwi młodzieńcy w Saratowie


W Saratowie, na skrzyżowaniu ulic Sowieckiej i Radiszczewa znajduje się stary, dwupiętrowy dom z kolumnami i kariatydami znany w mieście jako rezydencja Jachimowicza. Budynek został zbudowany na początku XX wieku, a jego pierwszym właścicielem był inż. Wiaczesław Jachimowicz. W czasie jego budowy zastosowano po raz pierwszy w Saratowie wynalezione przez Jachimowicza systemy ogrzewania i wentylacji – wbudowane w podłogę i ściany.

Dzisiaj budynek ten uznano za awaryjny i opuszczono go. Tym niemniej mieszkańcy sąsiednich domów słyszeli dobiegający odeń dziecięcy płacz i widzieli unoszący się tam zielonkawy dymek. A kiedyś tam jakiś człowiek nawet widział koło budynku widmo młodej dziewczyny… Specjaliści z Towarzystwa Badawczego Intiegrał-Kosmopoisk przebadali dom i odkryli tam anomalną, geopatogenną strefę.

Wedle słów miejscowej ekstrasenski Wiktorii, onegdaj w jednym z pomieszczeń domu Jachimowicza mieszkała rodzina z dzieckiem. Głowa rodziny zginęła w skutek zatrucia gazem świetlnym, zaś jego żona z córeczką zmarli wskutek ciężkiej choroby. To właśnie ich duchy niepokoją sąsiadów.

W samym centrum Saratowa, na rogu ulic Gorkiego i Gogola znajduje się niedokończona budowla (coś à la krakowski „szkieletor” – przyp. tłum.) W 2004 roku miejscowa wspólnota mormońska chciała wznieść tam swoją świątynię. Ale pod wpływem niesprzyjających okoliczności i trudności organizacyjnych, budowy nie ukończono. A do tego wszystkiego – jak mówiono po kątach – samo miejsce było „niedobre”: do rewolucji był tutaj żeński klasztor, gdzie posyłano dziewczyny w ciąży. Przeorysza przywoływała szeptuchę, która pozbawiała dziewczyny niechcianej ciąży. Ekstrasenska Wiktoria twierdzi, że słyszy w tym miejscu dziewczęce krzyki i płacz nienarodzonych dzieci. A na najbliższym skrzyżowaniu przez to dochodzi do kolizji.

Na skraju osiedla Jubiliejnego na przedmieściu Saratowa znajduje się Monachow Prud (staw). Kiedyś na jego brzegu znajdował się monastyr. Jeżeli mniszce zdarzyło się zgrzeszyć i urodzić potem chłopca, to dziecko dla zatarcia śladów przestępstwa topiono w stawie… Teraz w rejonie stawu można zobaczyć duchy zamordowanych chłopców. Tak opowiadają o tym miejscowi… 

Częstymi świadkami pojawień się duchów osób zmarłych są dzieci


Widmo w błękicie


W budynku rady miejskiej w Barnaule straszy tajemnicza Dama w Błękicie. Mówi się o tym, że kiedyś dawno temu została ona żywcem zamurowana.

Pracownicy miejskiej administracji od czasu do czasu spotykają w korytarzach budowli kobietę, odziana w błękitna suknię. W czasie tego świadkowie odczuwają mogilny chłód, a ich ciała pokrywają się gęsią skórką.

Mówi się, że na początku XIX wieku, w budynku rady znajdowała się rezydencja ówczesnego naczelnika regionu. Na jednym z bali, jego małżonka jakoby na oczach swego męża zaryzykowała flirt z jednym z inżynierów-górników. Mąż nie czekał nawet do końca imprezy i uniósłszy się straszliwym gniewem powlókł swoją lekkomyślną damulkę do piwnicy, a następnie nakazał swym wiernym sługom zamurować ją żywcem w ścianie! Tak więc już dwa stulecia widmo Damy w Błękicie pojawia się w domu i koło niego. I nawet pracownicy służb komunalnych boją się zaglądać do piwnic tego domu.

Jeszcze jedna nieszczęsna mieszkanka Barnaułu – wedle podań – została zamurowana w fundamencie budynku Ałtajskiego Krajowego Dziecięcego Szpitala Klinicznego na ulicy Guszina. Prawdą jest to, że tego ducha niejednokrotnie widziały kamery wewnętrznego monitoringu, widoczny on jest tylko w postaci bezcielesnej białej plamy.

Takie właśnie jęki i inne odgłosy dobiegające znikąd słyszą pracownicy medyczni kliniki. A wieczorami, po opustoszałych korytarzach słychać stukot niewidzialnych damskich bucików…

Samotnie stojące, opuszczone domy są ulubionymi miejscami nawiedzenia...


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 43/2013, ss. 36-37

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©         

piątek, 21 lutego 2014

„Monografia” w jordanowskim Magistracie


W dniu wczorajszym, w Sali Posiedzeń jordanowskiego Magistratu miała miejsce oficjalna prezentacja wspólnej pracy pt. „Jordanów – monografia miasta” (Bielsko-Biała 2013) pod redakcją Panów: mgr inż. Stanisława Bednarza i dr Piotra Sadowskiego, która została napisana przez: mgr inż. Stanisława Bednarza, Pana Józefa Kołodzieja, inż. Roberta Leśniakiewicza, ks. Marcina Maciążkę i dr Piotra Sadowskiego. Autorami ilustracji są: Stanisław Bednarz, Robert Leśniakiewicz, Arkadiusz Piszczek, Piotr Sadowski i Wacław Bednarz. Projekt okładki wykonał Bogdan Nosidlak.

Ta ogromna, 400-stronicowa praca została napisana w oparciu o konkretne źródła i i archiwa, takie jak m.in.: „Kronika Miasta Jordanowa”, archiwum Parafii Przenajświętszej Trójcy w Jordanowie, zbiory prywatne: Stanisława Bednarza, Pawła Matejki, Emenuela Merza, Arkadiusza Piszczka, Marii Pudo, Piotra Sadowskiego, Łukasza Stożka, i in.

Praca składa się z 11 części w których omówiono środowisko przyrodnicze Jordanowa i Ziemi Jordanowskiej, historię regionu do 1772 roku, historię miasta w czasie Galicji i Lodomerii, historię miasta w czasie I Wojny Światowej, dzieje miasta w Polsce Niepodległej, historię Jordanowa w czasie II Wojny Światowej, miasto w czasie Polski Ludowej, historię z kart parafialnej historii, o walorach poznawczych i turystycznych Jordanowa oraz aneks o zasłyszanych rzeczach z kościelnej ambony. Istnieje jeszcze jeden – osobny – aneks pt. „Niezwykłe fenomeny nad Jordanowem” autorstwa Roberta Leśniakiewicza, w którym opisał on legendy miejskie dotyczące UFO i innych dziwnych oraz tajemniczych wydarzeń z terenu naszego Miasta i Jordanowszczyzny. Będzie on zaprezentowany na Walnym Zebraniu TMZJ w dniu 27.II.2014 roku. 


Prezentacja tego niezwykle cennego opracowania trwała niemal dwie godziny, w czasie których dokonano streszczenia i omówienia poszczególnych rozdziałów „Monografii”. Nie muszę dodawać, że praca ta stanowi bezcenne źródło wiedzy o naszym Mieście i jego mieszkańcach na przestrzeni dziejów – od 1564 do 1992 roku.


I jeszcze słowo o stronie edytorskiej tego przedsięwzięcia. Książka ta została wydana naprawdę w doskonałym kształcie. Twarde okładki, niebanalny pomysł na grafikę, bogate ilustracje i doskonały papier – wszystko to tworzy naprawdę porządne dzieło godne i autorów i Czytelników. A zatem zapraszam do lektury!

czwartek, 20 lutego 2014

Brzeg Ludożerców

Wojna biologiczna może bardzo łatwo wymknąć się spod kontroli...


Kmdr Wadim Kuliczenko


Prawodawstwo RPA dopuszcza każdą formę samoobrony, jeżeli chodzi o życie i mienie człowieka. Dla ochrony samochodów przed kradzieżą używa się tutaj miotacze gazu, elektroparalizatory i nawet miotacze ognia.

Na początku lat 2000, w RPA miał miejsce proces kardiochirurga z szpitala wojskowego w Pretorii – gen. dr Woutera Bassona. Oskarżono go o zabójstwo i otrucie ludzi w czasie prób otrzymania broni biologicznej - B i chemicznej – C, handel narkotykami, a także wyprowadzenie (czytaj: kradzież) 25 mln USD z kasy państwowej. Współcześnie oskarża się Syrię o użycie Broni Masowego Rażenia – BMR – w postaci gazu bojowego sarin – C4H10FO2P. W tym samym czasie, nie wiedzieć czemu, pozostają w cieniu prace nad nowymi rodzajami BMR w RPA przy aprobacie niektórych krajów Zachodu.
[Rzecz jest oczywista, bowiem w tej kwestii obowiązuje Zachód moralność Kalego – jak Zachód pracuje nad nowymi BMR, to jest cacy, a jak ktoś inny – Rosja, Chiny, Indie, Iran czy Pakistan – to jest be. Klasyczne zakłamanie Zachodu powoduje, że prace nad BMR trwają po obu stronach i co najgorsze, nie widać końca temu obłędnemu wyścigowi zbrojeń – uwaga tłum.]

Gen. dr Wouter Basson ze swym adwokatem na sali sądowej


Kim pan jest Wouter Basson?


W chwili rozpoczęcia procesu, Wouter Basson nie miał jeszcze 50 lat. W tym wieku zrobił on błyskawiczną i błyskotliwą karierę. Po ukończeniu akademii medycznej w Johannesburgu i zostaniu lekarzem wojskowym, szybko dosłużył się stopnia generała brygady i już w latach 80. ubiegłego wieku dowodził specjalnym pułkiem medycznym (był to 7 Med Bn Gp czyli 7. batalion grupy medycznej – przyp. tłum) w armii RPA. I to właśnie wtedy Basson objął kierownictwo ekstra-tajnego Project Coast (brzeg, wybrzeże) związanego z pracami nad i rozprzestrzenianiem broni B i C.

Po raz pierwszy Basson podpadł południowoafrykańskim organom ścigania w 1997 roku. Został on aresztowany i stanął przed sądem za posiadanie 1000 tabletek Extasy. Jednakże po interwencji bardzo ważnych osób, Basson był wypuszczony z aresztu i do ponownego aresztowania w 1999 roku nawet zdążył uzyskać stopień doktora filozofii (Ph.D.) i ekonomiki i na dodatek zdobyć sławę doskonałego kardiochirurga.

Tym razem jednak przedstawiono mu zarzuty już z 67 paragrafów, zaś akt oskarżenia liczył sobie 274 strony, i zawierał następujące zarzuty: handel narkotykami, przywłaszczenie sobie poprzez sieć podstawionych firm 25 mln USD, które były wydzielone przez reżym apartheidu na organizację przygotowań do wojny chemicznej i biologicznej, uczestnictwo w przesłuchaniach i sadystycznych eksperymentach medycznych na ludziach w ramach Project Coast.


Wygadał się w malignie…


Project Coast jest utajniony do dziś dnia. Prezydent RPA - Nelson Mandela prowadził długie i złożone rozmowy z ministrem obrony Georgiem Meiringiem  (za prezydentury Mandeli szefem południowoafrykańskiego MON był Joe Modise – przyp. tłum.) i zmuszony był ustąpić na nalegania szefa resortu obrony – i nadal utajnić szczegóły programu wojny chemicznej. Za plecami ministra stali wpływowi ludzie i mocarstwa. Nawet posiedzenia sądu w sprawie Bassona w tej części poświęconej detalom Project Coast prowadzone były przy drzwiach zamkniętych, w dźwiękoszczelnej sali, bez osób postronnych, a tym bardziej dziennikarzy.

Najpierw świadectwa o Project Coast stały się dostępne szerokiej publiczności w kwietniu 1986 roku, kiedy to ciężko chory sierżant sił specjalnych RPA Victor de Fonseca bredził w malignie o tajnych pracach  swego pododdziału.

Project Coast powstał 1982 roku i trwał najwidoczniej, do 1992 roku. W ciągu 10 lat jego prac zrobiono niemało: wyprodukowano i sprzedano tony narkotyków i psychodelików (przede wszystkim Extasy), miorelaksantów (środków zwiotczających, jak np. osławiony Pavulon, idealne narzędzie zbrodni powodujące nagłe ustanie akcji serca lub paraliż płuc – przyp. tłum.) bakterii dżumy, cholery, syberyjskiej jazwy i salmonellozy (tyfusu). Wszystkie te produkty rozprowadzano po całym świecie, a po likwidacji projektu, niejawnie zostały załadowane do stalowych kontenerów i zatopione w oceanie. (!!!)
[Faktycznie, w środku lat 80. prasa skandynawska opisywała tą aferę, wskutek czego m.in. Zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza przedsięwziął środki mające przeciwdziałać przemytowi narkotyków z kierunku południowoafrykańskiego. Na szczęście do tego nie doszło, bo jeszcze wtedy Polska nie była krajem docelowym dla tego rodzaju przemytu. Odnośnie zatapiania zapasów broni B i C w wodach Wszechoceanu, to jej uwolnienie może być odpowiedzialne za pojawienie się w wodach RPA rekinów-ludojadów, a nawet ponoć dawno wymarłych megalodonów – uwaga tłum.]

Projekt obsługiwany był przez kilka tajnych wojskowych centrów badawczych, z których największymi były laboratoria Roodeplat i fabryka Delta G Scientific. Ta ostatnia oficjalnie produkowała gaz łzawiący, zaś pozostałe pracowały pod gryfem TOP SECRET.

O jednym z tych laboratoriów mówił jego szef Dan Hoosen w swoich zeznaniach przed Komisją Prawdy i Pojednania w RPA, w 1995 roku. Powiedział on, że w ramach Project Coast prowadzono eksperymenty nad wyhodowaniem wirusa, śmiercionośnego dla Murzynów i bezpiecznego dla białych. Prace te toczyły się pod egidą Naczelnego Lekarza Armii RPA, który nazywał ja „najważniejszym programem naukowym kraju”. Na szczęście wirusa nie udało się otrzymać.

[Kto wie, czy pokłosiem tych obłędnych usiłowań nie jest wirus Ebola, który pojawił się pod koniec lat 70. Wikipedia podaje: wirus gorączki krwotocznej Ebola jest wymieniany w kategorii A jako jeden z najgroźniejszych czynników o wysokim potencjale bioterrorystycznym. (jest to wg USAMRIID wirus z tzw. 4. Poziomu – o ogromnej letalności i zaraźliwości) Nigdy nie były użyte na polu walki, choć badania nad tym były prowadzone (szczególnie przez ZSRR). Obecnie ich znaczenie jako broni B jest wątpliwe, ze względu na szczególne tendencje wirusa do samoograniczania swojego rozszerzania (duża śmiertelność i gwałtowny przebieg). Poza tym jedną z trudności przy wykorzystaniu Eboli jako broni biologicznej jest problem z uzyskaniem wirusa. Podobna sytuacja dotyczy wirusa Marburg, który charakteryzuje się jednak znacznie mniejszą wirulencją. Tyle Wikipedia. Otóż nie jest to tak do końca prawdą, bo badania nad Ebola prowadzono także w USA i RFN – z tego właśnie powodu, jego samoograniczania się i wysokiej śmiertelności (nawet do 95%), wirus Ebola jest bronią idealną do terrorystycznych uderzeń w cele na niewielkiej przestrzeni. Nie mówiąc już o tym, że jego użycie w warunkach afrykańskich daje maksymalne letalne skutki na sile żywej nieprzyjaciela. Zob. Richard Preston – „Strefa skażenia” (Warszawa 1996)  – uwaga tłum.]

Okładka książki Lamberta M. Surhone'a demaskującej Project Coast


Biały staje się czarnym…


Tym zagadnieniem zajmowali się także badacze w RFN, którzy zapraszali południowoafrykańskich „uczonych” na konsultacje, ale rząd apartheidu obawiając się prowokacji nie wypuszczał swych pracowników za granicę.

W laboratoriach Roodeplat i Delta G były opracowywane i wypróbowywane na pojmanych namibijskich partyzantach papierosy z trującymi preparatami wywołującymi duszności, trującą czekoladą i alkoholami. Opracowano specjalne strzykawki do wstrzykiwania trucizny do oryginalnie zapieczętowanych plastykowych butelek i pojemników, a także specjalne parasolki i laski, w końcówki których były wmontowane niewidoczne strzykawki do wstrzykiwania trucizn.

W laboratoriach Roodenplat pracowano nad specjalnymi pigułkami, która mogła przekształcić białego człowieka w czarnoskórego, żeby dać możliwość agentom służb bezpieczeństwa (BOSS) przeniknięcia do szeregów przeciwników apartheidu. Tamtejszy „zbrodniarz nr 1” – Eugene de Koch powiedział w czasie procesu, że kiedy się dowiedział o tej pracy, to on zaproponował zrobić na odwrót: stworzyć pigułkę wybielająca Murzynów, by raz na zawsze skończyć z problemami rasowymi.
[Ciekawie ujął ten problem Krzysztof Boruń w swej kapitalnej powieści „Małe zielone ludziki” (Warszawa 1985) w której pisze on o niezwykłych eksperymentach dokonywanych przez reżim w Pretorii na własnych obywatelach – tak białych jak i kolorowych. Jestem pewien, że powieść ta ma swój konkretny „klucz” i powstała właśnie dzięki nieoficjalnym informacjom o działalności gen. Bassona i jego 7 Med Bn Gp – uwaga tłum.]

Tam także opracowano zatrute koszulki dla aktywistów studenckiego ruchu w 1980 roku. Ofiarą zatrutej odzieży stał się bojownik przeciwko reżymowi apartheidu – protestancki pastor Frank Chikane, którego próbowano zamordować w czasie jego pobytu w USA. Tylko wysiłek amerykańskich lekarzy i unikalny sprzęt medyczny zdołały uratować mu życie…

W tajnych laboratoriach apartheidu pracowali także nazistowscy lekarze-mordercy, np. prof. dr Peter Hertzchen.

Kierujący laboratoriami Dan Hoosen w czasie przesłuchań przez KPiP przyznał się, że tajne badania Projektu Coast wykorzystywano także przeciwko samym uczonym dokonującym nieludzkich eksperymentów prowadzonych w ultra-tajnych laboratoriach. Narkotyków używano nie tylko przeciwko bojownikom walczącym z rasizmem. W czasie procesu wystąpił przed sądem w charakterze świadka wysoki funkcjonariusz wywiadu RPA – Richard Wester – który dostarczał narkotyki do Anglii w zamian za nielegalne dostawy brytyjskiej broni.

Skład pocisków zawierających BŚT, których użycie jest zbrodnią przeciwko Ludzkości...


Wywiad Bassona


Swego jedynego wywiadu Wouter Basson udzielił korespondentowi BBC w 2001 roku. W tej rozmowie zaznaczył on, że RPA nie była jedynym krajem pracującym nad broniami B i C. Praca nad nimi w RPA była w zainteresowaniu państw Zachodu.

W 1981 roku, Basson spotykał się niejawnie w Teksasie ze specjalistami wojskowymi z USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Japonii i Tajwanu – którzy przekazali mu, jak on to nazwał, „niewiarygodną ilość informacji”. Samo spotkanie z nimi zostało zorganizowane przez służby specjalne USA i Zjednoczonego Królestwa.

Basson przebywał w Anglii i RFN, gdzie „przejmował doświadczenie” w produkcji broni B i C od miejscowych wojskowych. Amerykański system produkcji broni C wydawała mu się najbardziej nowoczesną, i dlatego w RPA on zorganizował prace na wzór amerykański.
[We wczesnych latach 80. Amerykanie rozpoczęli masową produkcję tzw. binarnej broni chemicznej (głównie sarin i VX), co wywołało falę protestów na całym świecie. Broń chemiczna tego rodzaju, istniejąca już od 1969 roku, miała być użyta w przypadku konfliktu Wschód-Zachód na równi z bronią jądrową i termojądrową także przeciwko Polsce – uwaga tłum.]

Wouter Basson oświadczył korespondentowi BBC, że nieznani mu ludzie przedstawiający się jako „rządowi agenci USA” grozili mu śmiercią w przypadku rozgłoszenia przez niego informacji o zaangażowaniu Ameryki w pracach RPA nad bronią B i C, czy informacji o programie wojny chemicznej Pentagonu.

Istnieją także i inne świadectwa o tym, że zachodnie służby specjalne wiedziały o Project Coast. W maju 1999 roku, johannesburskie gazety „Mail and Guardian” i  „Sunday Tribune”, a także gazeta „Capetown Independent” opublikowały dokumenty z których wynikało, że zatopienie 20 kontenerów z narkotykami było przeprowadzone przez władze RPA na żądanie służb specjalnych USA i UK. W jakim celu – można tylko zgadywać. Poza tym – jak pisały o tym szwajcarskie i południowoafrykańskie gazety – na żądanie tychże służb, w RPA zostały zniszczone wszelkie dokumenty dotyczące Projektu Coast. Dlaczego? Istnieje domniemanie, że projekt ten pracował nie tylko dla RPA.

Nacisk krajów Zachodu na rząd RPA jest potężny także w dniu dzisiejszym. Wszak rząd wsławiony walką z apartheidem nie decyduje się na odpowiedzenie na pytania związane z Projektem Coast…              


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 43/2013, ss. 4-5

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 

środa, 19 lutego 2014

Pożar jordanowskiego kościoła – jak go pamiętam



W nawiązaniu do artykułu Panów Stanisława Bednarza i Piotra Kargula o zimowych burzach i pożarze kościoła parafialnego w Jordanowie, chciałbym do rzucić też od siebie moje trzy grosze. Samego pożaru nie widziałem, bo spałem wtedy snem sprawiedliwego, ale rano wpadła do nas sąsiadka – Pani Maria Durkowa z hiobową wieścią o nocnych wydarzeniach. Idąc do szkoły na ósmą rano widziałem jeszcze rozciągnięte węże strażackie i rozstawiony brezentowy basen z wodą przed Magistratem. Oczywiście po zajęciach polecieliśmy całą klasą oglądać zgliszcza.

Widok z zewnątrz był paskudny: stosy potrzaskanych, osmolonych dachówek leżących pod ścianą po prawej stronie. Wskutek działania ognia sygnaturka częściowo się stopiła i spadła z dachu. Szczątki częściowo spalonych belek i innych elementów konstrukcji nośnej dachu i sygnaturki też tam leżały na śniegu. Sygnaturkę potem odbudowano, ale w innym kształcie. Wewnątrz na plafonach nawy o prezbiterium widoczne były ślady wody w postaci zacieków. Zostały zdjęte niektóre kandelabry i w kościele było ciemnawo. Wszystko powróciło do jakiej-takiej normy po dość długim czasie. W 1998 roku napisałem pewien artykuł na ten temat, który opublikowałem na łamach „Czasu UFO” nr 8/1999, a oto i on:


A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana z nieba. I tak zniszczył te miasta oraz cała okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność…
Rdz 19,24-25

…błagam pana, niech pan uwierzy chociaż w to, że istnieje diabeł. O nic więcej nie proszę.
Niech mi pan uwierzy, że na to istnieje siódmy dowód, nie do obalenia i dowód ten niebawem zostanie panu przedstawiony.
Michaił Bułchakow – „Mistrz i Małgorzata”



Płonące kościoły, tajemnicze wybuchy a UFO


Płoną drewniane, zabytkowe kościoły, kościółki i kaplice. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że jest to robota samego Szatana, który zaktywizował się pod koniec II millenium – wszak Apokalipsa przewiduje się objawienie Antychrysta, więc nawet takie wytłumaczenie ma sens… Strażackie statystyki są zatrważające, a poniższe zestawienie uwidacznia tylko zastraszający w swej wymowie fakt: płoną nie tylko nasze dobra duchowe, ale także nasze dziedzictwo narodowe i kulturowe… No bo spójrzmy na cyfry:

Rok 1994  -  98 pożarów
Rok 1995  -  94 pożary
Rok 1996  -  87 pożarów
Rok 1997  -  95 pożarów
Razem   -   374 pożary

A zatem w ciągu tylko 4 lat spłonęły aż 374 drewniane obiekty sakralne![1] A najciekawsze z tego wszystkiego jest to, że gros z nich było podpalonych celowo przez sprawców, których nigdy nie ujęto. Inna przyczyną były awarie – najczęściej krótkie spięcia – w instalacjach elektrycznych. W obu przypadkach stwierdzano, że albo było to podpalenie przez NN sprawców czy krótkie spięcie w instalacjach elektrycznych i sprawę odfajkowywano, jako jeszcze jeden dopust Boży. Podejrzewano sekty satanistyczne – co jest o tyle zgodne z prawdą, że istotnie w kilku przypadkach do podpaleń przyznawali się sataniści wypisując swe bełkotliwe brednie na ścianach podpalanych przez nich obiektów. W jednym przypadku do podpalenia przyznał się żądny sławy i swych 5 minut w mediach osobnik z niedorozwojem umysłowym. I to wszystko… Za lwią częścią tych podpaleń stoi po prostu międzynarodowa mafia handlarzy dziełami sztuki, której członkowie (zwani nie wiedzieć czemu „żołnierzami”, co uwłacza prawdziwym żołnierzom) po zrabowaniu co ciekawszych z finansowego punku widzenia artefaktów, puszczają dany obiekt z dymem, a zrabowane przedmioty przemycają do Niemiec, Austrii i innych krajów – ale gównie Niemiec – gdzie sprzedaje się je na legalnych i nielegalnych aukcjach.[2] Oczywiście ten brudny biznes kręci się od lat, jednakże istnieją w naszym kraju pewne naciski, które utrudniają pracę organów ścigania, a co stanowi dowód na mafijne działanie tych grup przestępczych mających swe oparcie w najbardziej szkodzących krajowi prawicowo-liberalnych politykach i niektórych „ludziach ze szczytu układu”.

Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem pewna część obiektów sakralnych spłonęła, ale nie była obrabowana, i o tym będzie niniejszy artykuł.

Moja rodzina ma silne tradycje strażackie, i niemal każdy męski potomek służył w Ochotniczej bądź Państwowej Straży Pożarnej – tylko ja jestem wyjątkiem, bowiem czarno granatowy mundur strażaka zamieniłem na zielony mundur żołnierza WOP a po 1991 roku funkcjonariusza SG, ale mimo tego znam pracę strażaków i ich poświęcenie. A także ich opinie nie zawsze zbieżne z opiniami ich przełożonych i ekspertów…

Zacznę od tego, co mi najbliższe – od wydarzenia, które miało miejsce w nocy 23/24.II.1967 roku w Jordanowie. Był to pożar naszego kościoła – aktualnego Sanktuarium p.w. Matki Boskiej Jordanowskiej od Trudnego Zawierzenia od 25.IX.1994 roku. Pamiętam tę noc – pogoda była wtedy okropna – wiał silny wiatr zwany „orawcem”[3], który przyniósł nam opady śniegu i mróz. Całe to wydarzenie miało następujący przebieg:

W nocy z 23 na 24.II.1967 r., o godzinie 22:50 wskutek wyładowania atmosferycznego wybuchł pożar kościoła w Jordanowie. W akcji brało udział 11 jednostek OSP. Dowodził nią Stanisław Leśniakiewicz i Józef Sulak. Olbrzymi wiatr spowodował zagrożenie pożarowe dla całego miasta. (…) spaleniu uległ dach kościoła.[4]

Faktycznie, kiedy 24 lutego szedłem do szkoły, która znajduje się vis-à-vis kościoła, widziałem stojący na Rynku basen z wodą, rozciągnięte jeszcze i połączone w magistralę węże strażackie, i wokół kościoła stosy potrzaskanych dachówek, wśród których czerniały niedopalone fragmenty więźby dachowej. Zniszczenia były ogromne – najbardziej zagrożona była główna nawa, której sklepienie nasiąkło wodą, co groziło runięciem na głowy wiernych masy cegieł, dachówek i reszty szkieletu konstrukcji dachu. Na szczęście do tego nie doszło. Później pamiętam tylko przez długi czas piętrzące się rusztowania, na których pracowali ludzie ratujący budowlę przed kolapsem sufitów nawy i prezbiterium. Na szczęście transept był nienaruszony. 

Przyczyną wybuchu tego spektakularnego pożaru było – jak widać z cytowanej notatki – uderzenie pioruna. I tutaj rzecz przeciekawa – to był tylko jeden piorun. Jeden! Tak twierdzi niemal każdy świadek tych wydarzeń, a po latach potwierdził mi to Marian Leśniakiewicz. Według niego wyładowanie atmosferyczne trafiło w sygnaturkę – niższą niemal o połowę od głównej dzwonnicy – a następnie spłynęło na dach i zapaliło jego więźbę, a następnie po drutach spłynęło do odległego niemal o 150 m już nieistniejącego transformatora obok Szkoły Podstawowej i go całkowicie przepaliło, co spowodowało, że całe miasto pogrążyło się w egipskich ciemnościach. Cała akcja ratowniczo-gaśnicza toczyła się po ciemku, a jedynym światłem były płomienie na dachu kościoła. Nie było jak zaalarmować strażaków z OSP Jordanów, bo z braku prądu nie działała syrena, więc alarmowano przy pomocy trąbki sygnałowej. NB, strażak, który wtedy trąbił na alarm został przymknięty przez jakiegoś tępego gliniarza na 48 godzin za… zakłócanie spokoju i szkalowanie władzy ludowej, bowiem miał pecha wykrzyknąć, że to UB podpaliło kościół. Później dementował to ówczesny proboszcz ks. kan. Franciszek Gryga.

Dziwnym jest to wydarzenie. Jeden piorun i takie straty? Czy był to tylko piorun, czy coś innego? Na odpowiedzi na te pytania musiałem poczekać do 1998 roku, kiedy to zapoznałem się z raportem znanego dolnośląskiego ufologa, szefa legnickiego KONTAKTU i Foxa Muldera polskiej ufologii – Pana Jarosława Krzyżanowskiego. Wspomniany tutaj raport dotyczył innego, ale niemniej ciekawego wydarzenia z Dolnego Śląska, które wydarzyło się w małej miejscowości Biedrzychowice, w nocy 24/25.I.1993 roku, o godzinie 04:30 CET.

Tej nocy, nocujący na plebanii, ks. S. M. został poderwany z łóżka przez potężny huk. Ks. S. M. obudził się i ku swemu zdumieniu ujrzał w oknie ogromną kulę, która jarzyła się biało-niebieskim światłem. NOL unosił się w powietrzu przez 5-10 sekund, a potem znikł iście po angielsku – pozostawiając jednak ślady: płonącą firankę, zniszczony telefon i osmaloną futrynę na plebanii.

W kościele te zniszczenia były jeszcze większe: czuć było swąd spalenizny, kable elektryczne i bezpieczniki były wyrwane ze ściany, a także było wybite jedno z okien, przy którym przebiegały kable. Już w świetle dnia księża stwierdzili dodatkowo uszkodzenie miedzianej kopuły o powierzchni 1 m². Żeby było jeszcze ciekawiej, to Jarosław Krzyżanowski dodaje jeszcze jeden szczegół istotny dla sprawy – otóż po tym wydarzeniu, tj. po godzinie 04:30 w całej wsi nie było prądu… Oględziny ubytków tynku i kopuły dokonano za dnia.

Inni świadkowie twierdzą wprost, że o wpół do piątej rano widziano przelatującą z NW na SE na niskim pułapie fioletową kulę z ogonem koloru białego w tęczowe pasma, która z szumem przeleciała ponad domami i uderzyła w wieżę kościoła, powodując zniszczenia w kościele i na plebanii, poczym znikła… Pogoda była wtedy całkiem dobra, żadnych opadów, temperatura powyżej zera Celsjusza. Ks. S. M. sugeruje, że to był piorun kulisty.[5]

Piorun kulisty – niektórzy uczeni zaciekle negują ich istnienie, zaś inni – usiłują wytłumaczyć nimi istnienie UFO.[6] Rzecz w tym, że pioruny kuliste powstają na krótko przed, w czasie i po burzy elektrycznej, a takowej w obu przypadkach – tak jordanowskim jak i biedrzychowickim – nie było.

W dniu 14.I.1993 roku, na dwa tygodnie przed incydentem biedrzychowickim, w innym zakątku naszego kraju miał miejsce równie nieoczekiwany incydent. Wydarzyło się to w małej miejscowości Jerzmanowice – położonej pomiędzy Krakowem a Olkuszem w Jurze Krakowsko-Wieluńskiej. Tym razem około godziny 18:00 CET rozległ się potężny huki na moment był widoczny potężny błysk. W całej wsi zgasło światło i przestały działać telefony…. A rankiem mieszkańcy Jerzmanowic ujrzeli zmianę wyglądu wapiennego ostańca zwanego Babią Skałą, której wierzchnią część wybuch szacowany przez specjalistów na 100 kg TNT rozniósł na niewielkie odłamki, które zasłały okoliczne pola i łąki w promieniu 200-700 m wokoło.[7] (…)

Dnia 7.XI.1996 roku, także w Jurze Krakowsko-Wieluńskiej, o ok. godzinie 4. nad ranem, miało miejsce lądowanie NOL-a w Olsztynie k./Częstochowy. I tutaj NOL – a nawet dwa Nocne Światła – objawiły się z hukiem i błyskami światła. Ślady lądowania widoczne były przez kilka lat.

W dniu 2.X.1994 roku, o około 21:45 CET jordanowska OSP została poderwana alarmem. Palił się słynny drewniany kościółek na Piątkowej Górze nad Chabówka przy DK 47. Kiedy tylko dowiedzieliśmy się o tym nieszczęściu pojechaliśmy tam, by zobaczyć co się dzieje. Ponieważ policja nie dopuściła nas do miejsca pożaru, wraz z siostrą pojechałem na odcinek drogi pomiędzy Skawą a Rabą Wyżną i stamtąd obserwowaliśmy pożar przez lornetkę i gołym okiem. Niewiele było widać poza niewyraźną łuną i błyskami lamp stroboskopowych strażackich wozów bojowych. Nazajutrz pojechaliśmy obejrzeć zgliszcza. Wszystko wyglądało tak, jakby ogień zaatakował bryłę kościoła od strony południowej, a potem objął dach i pozostałe ściany, co było dziwne, bo pogoda była zimna i wilgotna – padał drobny deszcz. Dziwne było to, że ewentualny podpalacz wybrał sobie taki niesprzyjający dzień do dokonania swego „dzieła”. I w tym przypadku pozostał on nieuchwytny, bo wprawdzie zgłosił się jakiś młody człowiek, ale nie był w stanie potwierdzić swej wersji wydarzeń, a poza tym był chory psychicznie, więc go zwolniono.[8] Prawdziwi sprawcy znów pozostali na wolności

[Do tego należałoby dodać jeszcze dziwne incydenty z NOL-ami, które miały miejsce w okolicach Piotrkowa Kujawskiego i Radziejowa Starego na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Tam też zaobserwowano dziwne efekty świetlne. Opisano to na stronie - http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/obcy-interweniuja-w-nasze-srodowisko-2.html - gdzie cytuję raport red. Jana Trettera. Tutaj już nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tego, co się tam działo… Nie zapominajmy, ze to właśnie niedaleko od tych miejscowości, w Wylatowie – pokazały się w latach 1998-2002 tajemnicze kręgi zbożowe zwane agroformacjami…]

Wracając jeszcze do pożarów kościołów, to sądzę, że ich sprawcy pozostaną na wolności, bowiem poza cytowanymi tutaj incydentami i innymi – o których tylko wspomnę – a to w Niedźwiedziu, Łękawicy czy Olszówce – stoją raczej nie-ziemskie, ale bynajmniej także nie-diabelskie siły.

I jeszcze jeden przypadek na poparcie tej tezy: ponownie Jordanów, jesień 1994 roku lub wiosna 1995. Około godziny 22. zaczęły ni z tego ni z owego same bić wszystkie dzwony w naszym Sanktuarium. Kiedy bicie w dzwony trwało około kwadransa, mój ojciec Adam Leśniakiewicz wraz z kilkoma strażakami (pamięć pożaru w 1967 roku była wciąż żywa – sic!) udali się do kościoła w celu zbadania sytuacji. Przybyły na to miejsce kustosz Sanktuarium ks. dziekan Bolesław Wawak stwierdził, że z nieznanej przyczyny doszło do zwarcia w instalacji elektrycznej sterującej pracą mechanizmu napędowego dzwonów i to spowodowało ten alarm. Niby mało znaczące wydarzenie – zwarcie i kropka. Ale jest jeden problem: to zwarcie nie mogło powstać samo z siebie, a zatem coś musiało je spowodować. Poza tym taki przypadek już się nigdy nie powtórzył, a powinien, skoro to było tylko zwarcie instalacji. Coś to musiało spowodować, to oczywiste. Człowiek? – nie, bo kościół był już o tej porze zamknięty na cztery spusty. Mysz czy szczur? – wątpliwe… Mając w pamięci opisane tutaj wypadki tylko jedno wyjaśnienie tłumaczy to wydarzenie – a miano ciecie: udar magnetyczny czy elektromagnetyczny przelatującego w pobliżu UFO.

Każdy NOL jest otoczony barwną poświatą czy też otoczką, która – jak twierdzi prof. dr inż. Jan Pająk – powstaje w wyniku zjonizowanego powietrza przez szybkozmienne, bardzo silne pola magnetyczne czy elektromagnetyczne generowane przez pędniki magnolotu.[9] Taki magnolot, dzięki temu jest w stanie poruszać się we wszystkich ośrodkach i to z ogromnymi prędkościami. Teoria prof. Pająka elegancko wyjasnia wszystkie osobliwości związane z efektami obserwowanymi przy przelotach czy lądowaniach UFO.[10] A teraz, skoro przelot NOL-a często-gęsto manifestuje się „wyłączaniem” prądu elektrycznego w naszych instalacjach[11], to być może – właściwie na pewno – zachodziło tutaj zjawisko odwrotne – przelot UFO generował dodatkowe napięcie w sieci elektrycznej, co powodowało palenie się przewodów, spięcia i przepalenie bezpieczników, spalenie transformatorów, stopienie uzwojenia elektromagnesów, cewek, itd. itp., powstanie prądów wirowych (zgodnie z regułą Oersteda) i rozgrzewanie się metalowych przedmiotów, co doskonale tłumaczy zaobserwowane zjawiska – łącznie z wybuchami w Jerzmanowicach czy Olsztynie k./Częstochowy. Uderzenie silnych pól elektromagnetycznych powodowały dysocjację wody na wodór i tlen, które potem reagowały ze sobą i atmosferycznym azotem, co pozwala na wyjaśnienie zaobserwowanych czasami fal ostrego zapachu – tak pachną właśnie tlenki azotu – NO, NO2, NO3… - wnikają one w glebę i wchodząc w reakcje z zawartymi w niej związkami wapnia tworzą saletry wapniowe, które są stymulatorem wzrostu roślinności na terenie lądowania UFO, jak to miało miejsce w Olsztynie k./Częstochowy czy Jerzmanowicach. Co do ostrego zapachu, to może on pochodzić także od ozonu, który jest trójatomową formą cząsteczki tlenu – O3.

To także może być wyjaśnieniem fenomenu płonących kościołów i innych obiektów drewnianych (o których nie mówi się głośno), a których przyczyną pożarów mogło być przetężenie prądu w instalacjach elektrycznych tychże obiektów. Nie ma się co czarować – te budowle maja instalacje elektryczne nie pierwszej młodości, niekiedy są one we wręcz skandalicznym stanie zaniedbania. Wystarczy by NOL tylko przeleciał w pobliżu takiego budynku, a stanie on w płomieniach. Udar pola elektromagnetycznego stopi miedziane przewody, a że miedź płynie w temperaturze +1083°C a wrze w +2350°C, to przesuszone drewno zapala się już w temperaturze od +350 do +500°C, a na dodatek jest to modrzew czy choćby smolna sosna, to przy obecności terpentyn, żywic i olejków eterycznych punkt zapłonu takiego drewna się jeszcze obniża… No, a jeszcze jak drewno nasycone jest impregnatami opartymi o frakcje ropy naftowej… - to lepiej nie myśleć. (…)

Na zakończenie chciałbym pocieszyć tych, którzy martwią się możliwością wybuchu pożaru swego drewnianego domu dzieli przelotowi nad nim UFO czy IUFO.[12] Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Przypadki takie są akcydentalne i nie wynikają ze złej woli czy wręcz agresywności Obcych. W większości przypadków winę za to ponosimy my sami – nasze wadliwe instalacje elektryczne, niewłaściwe zabezpieczenia kabli i innych urządzeń przed zapłonem, użycie niewłaściwych, bo łatwopalnych materiałów izolacyjnych, itd. itp., więc wińmy za to nasze własne niedbalstwo i głupio pojmowana oszczędność, a nie Obcych.

I jeszcze na koniec – oczywiście (dla wierzących) diabeł istnieje, ale nie lata w UFO, bo po prostu nie musi… Jak każdy duch może się przemieszczać tak, jak energia z prędkością światła. A co do satanistów, to od nich są egzorcyści – to ich działka.

A Obcy? Nie tacy Obcy straszni, jak Ich malują. Są jeszcze straszniejsi, ale to już temat z innej ballady…[13]  

Jordanów, 1999

     



[1] Źródło: program telewizyjny „Express reporterów”, TVP-2, marzec 1998 rok. 
[2] Materiały operacyjne Straży Granicznej (dawny WOP) i Głównego Urzędu Celnego z lat 1989-1994, z którymi zetknąłem się osobiście wymieniały ta metodę jako jedną z wielu z całego szeregu metod działania polskiej i zagranicznej mafii w naszym kraju.
[3] Na Podhalu wieją dwa wiatry – ciepły, fenowy wiatr halny od południa i chłodny wiatr orawski od zachodu. Obydwa są zwiastunami zmiany pogody na gorszą.
[4] Józef Kołodziej – „Kronika miasta Jordanowa1967-70”, t. 3, Towarzystwo Miłośników Ziemi Jordanowskiej.
[5] Źródło: Jarosław Krzyżanowski – „Dokumentacja przypadku CE2/NL w Biedrzychowicach”, Legnicki Klub Badań Zjawisk Nieznanych „Kontakt”, Legnica 1998 – na prawach rękopisu.
[6] Zob. Lucjan Znicz-Sawicki – „Goście z Kosmosu – NOL”, t. 3, Gdańsk 1984; Janusz Gil – „UFO, Däniken i zdrowy rozsądek”, Warszawa 1996.
[7] Artykuły prasowe z „Gazeta Krakowska” i „Gazeta Wyborcza”, styczeń 1993 r.
[8] „Gazeta Krakowska”, „Tygodnik Podhalański” i „Nasze Strony” z października 1994 roku.
[9] Termin „magnolot” bardziej odpowiada duchowi języka polskiego, niż „magnokraft”.
[10] Zob. J. Pająk – „Badania osób z nieuświadomionymi przeżyciami”, Dunedin, NZ, 1997 – na prawach rękopisu.
[11] W literaturze popularnej stosuje się angielski termin black-out, co można zastąpić polskim terminem zaciemnienie. 
[12] IUFO – Niewidzialny Nieznany Obiekt Latający – kategoria NOL-i niewidzialna dla nieuzbrojonego oka ludzkiego, a wykrywalna przy pomocy urządzeń technicznych, np. radar, kamery IR czy UV.
[13] Kazimierz Bzowski – wywiad dla „Czterech pór roku”, JEDYNKA Polskiego Radia w dn. 3.IV.1998 roku oraz Bronisław Rzepecki – oświadczenie w trakcie narady koordynacyjnej przy VI Środkowoeuropejskim Kongresie Ufologicznym w Koszycach, 28-30.XI.1997 roku.