Powered By Blogger

środa, 27 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (9)



Kioto, Sztab JXFSD, 12.III.2012, godz. 00:08 JST

 
- Co z tym obiektem, który oderwał się od zestrzelonej maszyny? – generał spojrzał na swych podwładnych.
- Melduję, że spada. Jest już na wysokości około trzydzieści tysięcy stóp, ale leci wolniej, poza tym echo jest większe i wyraźniejsze, bo jest znacznie poniżej tej kaszy i… - operator zawiesił na moment głos - …tak, coraz bardziej zwalnia. To spadochroniarz!
- Czyli pilot wyskoczył – zakonkludował generał Orita – gdzie spadnie?
Kawata pochylił się nad monitorem komputera i po chwili wyprostował się, kiedy jego operator podał mu odpowiednie dane.
- Spada do kwadratu TM-114-C – rzekł spokojnym głosem. – Wysyłamy helikopter?
Generał zastanowił się przez ułamek sekundy.
- Za daleko – rzekł – kogo tam mamy? Majorze Ichiro?

Ichiro poderwał się na baczność.
- W pobliżu jest jednostka Straży Przybrzeżnej patrolowiec JCGS-147!
- Sumisu? – generał uniósł lekko brwi – nie mylę się?
- Tak jest: JCGS Sumisu pod kapitanem Ogawą.
- Majorze, proszę nadać im żeby podjęli tego… skoczka. I jak najszybciej dostarczyli do najbliższego portu.
- Czyli do Kamaishi? – zapytał major patrząc na mapę.
- Kamaishi? No niech będzie – mruknął generał. – Tam jest ekipa Wazamiego i ci Polacy. Niech go przycisną, zobaczymy, kto to zacz…

I znów fale radiowe pomknęły na ocean.


Kamaishi-port, godz. 12:00 JST


Punktualnie w południe do zatoki Kamaishi wpłynął niski, szary patrolowiec Japońskiej Straży Przybrzeżnej z wymalowanym na burcie numerem taktycznym 147.
- Witamy Sumisu – major Wazami powiedział te słowa do mikrofonu.
- Mamy dla was prezent i zaraz wychodzimy na nasz sektor – usłyszeliśmy w odpowiedzi.

Okręt szybko dobił do kei i po zacumowaniu rzucono trap. Po kilku minutach ukazał się dowódca okrętu wraz z dwoma marynarzami prowadzącymi wysokiego mężczyznę w szarym kombinezonie roboczym. Jeden z nich niósł ubiór kompensacyjny, a drugi złożony spadochron. To było bardzo dziwne. Za nimi po trapie zszedł dowódca jednostki. Powitanie było krótkie i od razu przeszedł do rzeczy.
- To zbieg z Twierdzy Andyjskiej – rzekł – chce rozmawiać z kimś z dowództwa Sił Samoobrony Japonii.
- Albo z kimś z wywiadu – mężczyzna wtrącił się do rozmowy. Mówił po angielsku z jakimś dziwnym akcentem. – Mam dla was informacje najwyższej wagi.
- Jakie informacje? – zapytał ostro Wazami.
Mężczyzna rozejrzał się na boki.
- Mogę powiedzieć tylko tyle, że dotyczą one bezpieczeństwa rodziny cesarskiej i waszego kraju. Między innymi. Uciekłem z Festuung Anden, musiałem zabić załogę pojazdu, który zestrzeliliście. Na jego pokładzie była bomba nuklearna, która miała spowodować mega-tsunami i skażenie wód przybrzeżnych Japonii, a następnie całego Północnego Pacyfiku – od równika do Cieśniny Beringa i od Japonii do Kalifornii, Oregonu i Alaski.
- Wir Północnopacyficzny! – wyrwało mi się.
Spojrzał na mnie i skinął głową. Janta zbladła.
- To szaleństwo – szepnęła.
- Ma pani całkowitą rację – rzekł Niemiec – zatem proszę, niech mnie ktoś wysłucha. Udało mi się przerwać pierwszą fazę operacji, ale nie na długo.


Kamaishi, wieczór


Szliśmy nabrzeżem patrząc jak ciemnieje niebo i ocean. Nad głowami wykluwały się pierwsze gwiazdy. Janta zapatrzyła się w rozjarzoną tarczę Wenus podpełzającą do ciemniejszego Jowisza.
- Sprawa została już przedstawiona na cesarskim dworze – rzekła – a zatem nic tu po nas.
- No nie bardzo – trzeba jeszcze przekonać Radę Bezpieczeństwa ONZ i przede wszystkim rządy pięciu państw Ameryki Łacińskiej. Ale to już nie nasza sprawa. My swoje zrobiliśmy.
- Ty zrobiłeś – odparła – mnie jeszcze czeka sprawa Vortex’u. przecież trzeba posprzątać to, co po sobie zostawiliście.

Sprawa Wiru Północnopacyficznego stawała się rzeczywiście sprawą palącą. Coraz więcej śmieci, zanieczyszczeń i innego paskudztwa – głównie plastyków – powoli formowały wyspę pod powierzchnią morza na północ od Hawajów i na południe od Alaski. Stanowiło to zagrożenie dla całego ekosystemu Pacyfiku i naruszało równowagę temperatur powietrza i wody w tym rejonie, a to z kolei groziło nieobliczalnymi komplikacjami pogody, w tym całkowitym zalodzeniem kontynentu północnoamerykańskiego i sporej części Azji…

- A zatem mnie zostawisz? – zapytałem ze smutkiem w głosie.
- Owszem, ale… - uśmiechnęła się tajemniczo.
- …ale co? – zapytałem.
- Ale przecież możesz ze mną jechać do Vortex’u, jako specjalista-ekolog i dziennikarz.
- Jasne, i napiszę reportaż o bohaterskiej Syrenie, która sprząta nasze brudy. Pulitzera niby mam w kieszeni, ale ludzie dowiedzą się o was i wtedy …
Roześmiała się.
- Zobaczysz, że będzie inaczej. Masz na to moje słowo.
- Na pewno?
- Na pewno. Zresztą sam zobaczysz.
No i zobaczyłem.

Ale to już inna historia…      


Felixtowe, listopad 2013


KONIEC

wtorek, 26 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (8)



Pacyfik, godz. 23:50 JST


Trzej mężczyźni podnieśli się na swych fotelach.
- Do zrzutu minus dwadzieścia sekund – usłyszeli głos pilota.
Siedzący pośrodku von Altscher pochylił się tak, jakby chciał włożyć głowę pomiędzy kolana. W rzeczywistości wyjął z cholewy prawego buta nieduży rewolwer. Odwiódł kurek i prostując się strzelił pilotowi w tył głowy. Jeszcze nie przebrzmiał huk wystrzału, kiedy odwrócił się i strzelił w pierś Winklerowi. Potem odwrócił się ku Brenneckemu.
- Co ty… - wykrzyknął tamten z oczami rozszerzonymi ze zdumienia – czy ty… 
- …a ja tak… - odpowiedział i strzelił po raz trzeci.
Łatwo poszło – pomyślał.

Samolot leciał prowadzony przez autopilota. Jego jedyny pasażer znajdował się z trzema trupami i bombą wodorową na wysokości ponad stu kilometrów. Von Altscher zastanawiał się, co robić. Mógł sprowadzić samolot na ziemię czy wodować na oceanie, ale nie był pewien, czy dałby radę go sprowadzić. Mógł zawrócić, ale już nie miał do czego. Spojrzał na zegarek. Naraz z dylematu wyrwał go buczący brzęczyk. Spojrzał na tablicę rozdzielczą i zmartwiał. Na ekraniku płonął czerwienią napis:


JESTEŚ NAMIERZANY RADIOLOKACYJNIE


Zrozumiał, że samolot został oświetlony wiązką z radiolokatora i że czasu ma niewiele. Jak na ćwiczeniach włożył na głowę hełm i otworzył zawory buli z powietrzem. Szybko sprawdził szczelność skafandra i podniósł kopułkę włącznika katapulty. Nacisnął go i z potężnym hukiem wpadł w ryczącą ciemność. Czerń nocy otoczyła go ze wszystkich stron…


Kioto, Sztab JXFSD, godz. 23:51 JST


- Generale, brak odpowiedzi – porucznik Masako Kao zameldowała to głosem, w którym wyczuwało się napięcie.
- Generale! Od głównego obiektu oderwał się jakiś mniejszy obiekt! – rozległ się głos chorążego Davida Izumi, który patrzył na ekran radiolokatora.
- Bomba? – generał zapytał spokojnie – czy…
- Nie, to nie bomba, to chyba pilot…
- Katapultował się? – generał podniósł głos.
- Na to wygląda. Tylko dlaczego?
- I tak trzeba to zestrzelić – zdecydował – pułkowniku Kawata?
- System gotów do akcji – odparł tamten.
- Odpalać – generał wydał rozkaz zdecydowanym tonem.
Kawata nacisnął jarzący się rubinowo przycisk odpalania, który zgasł. Gdzieś na wschodnim wybrzeżu Japonii została wystrzelona antyrakieta, która szybko nabierając wysokości mknęła ku swemu celowi…


Pacyfik, godz. 00:05 JST


Leciał koziołkując w ryczącej ciemności. Przymocowany do fotela czuł straszliwe uderzenia powietrza, którego tutaj, na wysokości stu kilometrów nad Ziemią prawie nie było, ale prędkość z jaką leciał zagęszczała je. To fotel chronił go przed natychmiastową śmiercią. Jeszcze trochę, i nad głową powinien pojawić się mały spadochron, który ustawi go we właściwej pozycji. I rzeczywiście, nagłe szarpnięcie postawiło go brutalnie nogami w dół.
Żeby tylko spadochron główny się otworzył – pomyślał. – No i fotel odpadł we właściwym czasie.
W przypadku wodowania pociągnąłby go natychmiast na dno… - chociaż tego nie był pewny, bo opracowano fotele, które zamieniały się w małą dinghy w przypadku wodowania. Planując ucieczkę nie wziął tego pod uwagę.

Naraz wysoko nad nim zauważył dwa lecące ku sobie światła. Pierwsze z nich i większe było światłem płomieni z dysz silnika rakietowego jego samolotu, zaś drugie…
Nie dokończył myśli, bowiem światełka połączyły się na moment i jego oczy poraził przeraźliwy błysk białego światła. Ognista kula pęczniała na niebie świecąc wszystkimi barwami tęczy…
- Mein Gott! To wybuch atomowy! – przemknęło mu przez głowę.
Znajdował się kilkadziesiąt kilometrów od punktu zerowego eksplozji, skafander i fotel powinny ochronić go przed promieniowaniem, ale czy ochronią przed falą uderzeniową, tego nie był pewien. Poczuł potężne uderzenie powietrza, ale nie takie silne jakiego się spodziewał. Odetchnął z ulgą. Byle tylko Japończycy nie zestrzelili go jako bombę.


Kamaishi, 12.III.2012, godz. 00:05 JST


Jaskrawy błysk przeciął ciemność nocy wydobywając na moment otoczenie i zalewając je upiornym, ciężkim białym blaskiem.
- O jasny gwint! – wykrzyknęła Janta po polsku wskazując na niebo nad oceanem – look up!
Spojrzeliśmy we wskazanym kierunku. Jaskrawa kula powoli rozprężała się na niebie powoli ciemniejąc.
Odruchowo zacząłem liczyć, by dowiedzieć się, w jakiej odległości doszło do wybuchu atomowego.
Bo to był wybuch atomowy, co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości…
- To chyba pozdrowienia z Twierdzy Andyjskiej – mruknął major.

Staliśmy kilka minut obserwując rozprężający się w jonosferze świecący obłok brudnobiałych dymów. Wkrótce na ocean spadnie radioaktywny deszcz – pomyślałem.
- Wiecie, co mnie dziwi? – odezwał się major Wazami.
- Co? – zapytaliśmy unisono.
- To, że te skubańce strzelały nie tyle do pani, ile do delfina -  powiedział w zamyśleniu – czemu przeszkadzał im delfin…?
- Pewnie Janta stała na linii ognia i pociski poleciały w jego kierunku tylko dlatego, że nie trafiły w nią – odparłem.
- Pewnie tak było – mruknęła bez przekonania.
To było dla majora Wazamiego i ludzi z JXFSD. W rzeczywistości był to komunikat dla mnie, że ktoś mógł się domyśleć kim NAPRAWDĘ jest Janta i jaką rolę w tej sprawie pełnią delfiny. No i wydał zlecenie zlikwidowania Janty i delfinów, które koło niej się kręciły. Omal się im to udało…
- Może ktoś wziął delfina za płetwonurka? – Wazami spojrzał na Jantę z zainteresowaniem – delfin ma podobne rozmiary, i…
- Możliwe – wzruszyłem ramionami, ale w moim mózgu zapaliło mi się drugie czerwone światełko.

Wazami był żołnierzem z JXFSD, formacji przeznaczonej do walki ze wszelkimi zagrożeniami, które nie wpisywały się w północnokoreańskie rakiety i chińskie megatonówki. Ale za to Szaraki, Godzilla, UFO, gadające delfiny i Wodni Ludzie – tak. Trzeba było się pilnować. Wymieniłem błyskawiczne spojrzenia z Jantą. Zrozumieliśmy się bez słów.  Oboje nie mieliśmy ochoty odpowiadać na masę głupich pytań. Na dodatek Janta nie miała żadnych dokumentów.


- Cholera… - pomyślałem – jeszcze ten problem.

CDN.

poniedziałek, 25 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (7)


Kamaishi, godz. 23:30 JST


- Przesłuchujecie te klony? – zapytałem – coś powiedziały?
- Tylko tyle, co sami wiedzieliśmy. Mieli was zabić i wrócić do swej bazy – odparł major krzywiąc się z dezaprobatą. – To tylko żołnierze, a właściwie faceci i facetki od brudnej roboty. Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że dzisiaj ma nastąpić coś, co zmieni nasz świat, i taki tam propagandowy bełkot…
- A co ma zmienić świat?
- Tego nie wiedzą, ale to może mieć związek z tym, co oni wrzucali w głębiny Rowu Japońskiego.
- A co to było?
- Odpady, gruz i wypalone pręty z Fukushimy. Z tego, co wyliczamy jest tam tego pół tysiąca ton. Wszystko radioaktywne, jak jasny gwint. Kilka czy nawet kilkadziesiąt kilosiwertów na godzinę.
Zastanowiłem się.
- No to chyba nie będzie trudno przewidzieć, co będzie dalej? – rzekłem.
- Co pan chce przez to powiedzieć – zainteresował się major.
- To przecież oczywiste, majorze – odparłem – wystarczy jakaś torpeda w rodzaju HWT wystrzelona z okrętu nawodnego czy podwodnego, albo pocisk rakietowy klasy woda-głębina wodna, powietrze-głębina wodna czy nawet kosmos-głębina
Spojrzał na mnie z uznaniem.
- Ma pan rację, Robert-san – rzekł powoli. – A zatem trzeba będzie zamknąć przestrzeń wokół tego punktu w Rowie.
Sięgnął po walkie-talkie i przez dłuższą chwilę konferował z kimś po drugiej stronie. Skończył i spojrzał na mnie.
- Zaczyna się zabawa – rzekł – właśnie namierzono jakiś obiekt latający zmierzający po paraboli w stronę Japonii na wysokości stu dwudziestu kilometrów.


Pacyfik, godz. 23:49 JST


- Dziesięć minut do celu –  SS-Sturmbannführer von Altscher poprawił się w swym fotelu. Głos pilota spowodował przypływ adrenaliny. – Operacja zrzutu za trzydzieści sekund.
Rozejrzał się dyskretnie na boki. Obok niego siedzieli Brennecke i Winkler. Przed nim siedział pilot potężnego, podorbitalnego bombowca, który leciał z prędkością dziesięciu jednostek Macha, na wysokości ponad stu kilometrów.

Bombowiec w kształcie ogromnego trójkąta o długości sześćdziesięciu metrów był zbudowany w oparciu o konstrukcję stealth. Jego napęd stanowiły dwa silniki: odrzutowy i rakietowy pracujące na ciekły metan. To umożliwiało stutrzydziestotonowej maszynie na lot z prędkościami rzędu ośmiu kilometrów na sekundę, co pozwalało mu wyjść na niską orbitę i pokonać odległość Andy – Japonia w godzinę. W jego komorze bombowej spoczywała samosterująca bomba termojądrowa o mocy dwustu kiloton. Pilot miał ją po prostu wyrzucić o godzinie 23:50. Przez dziesięć minut miała lecieć lotem ślizgowym w kierunku wybrzeży Japonii, ale nad Rowem Japońskim miała zmienić kierunek i spaść wprost w dół, a następnie zanurzyć się w wodach Pacyfiku po to, by po kilkunastu minutach eksplodować nad złożami hydratów metanowych. I zatopionych tam radioaktywnych paskudztwach.

Plan zakładał skażenie wód Pacyfiku i jednocześnie wybuch złóż klatratów metanowych, które miały spowodować Apokalipsę: gigantyczne tsunami i skok radioaktywności wód północnego Pacyfiku. A do tego wzmożony efekt cieplarniany, spowodowany przedostaniem się do atmosfery co najmniej czterech bilionów ton metanu…  A dalej światowy kryzys i chaos, który miał spowodować koniec cywilizacji w postaci, jaką znamy. I właśnie wtedy z Andyjskiej Twierdzy na świat miały ruszyć grupy uderzeniowe przywracające nowe porządki. Porządki IV Rzeszy…


Kioto, sztab JXFSD, godz. 23:49 JST


- Co to jest? – tęgi mężczyzna o posturze zawodnika sumo w mundurze generała Japońskich Sił Samoobrony przed Obcymi Formami Życia wskazał na ekran monitora. – Czy to jest ten obiekt?
- Tak jest, panie generale – pułkownik Kawata służbiście skinął głową – mamy go już na celownikach naszego systemu AR, ale musimy czekać, aż wejdzie w jego zasięg.
- Czy nie da się zestrzelić tego przez nasze samoloty? – generał Orita zadał o pytanie tylko pro forma. Wiedział, że system AR miał swe ograniczenia. Obiekt leciał z prędkością 10 Ma, kursem niemal 280 stopni. No i na wysokości 100.000 metrów.
- To nie jest UFO? – zapytał znów generał.
- Nie, to jest jakiś samolot hipersoniczny – odparł Kawata – to coś w rodzaju maszyn S3 z Projektu 2025. Dawniej nazywano to Aurora i Uragan w rosyjskiej wersji. Wygląda na to, że to jest coś podobnego.
Orita znów wbił wzrok w monitor, na którym czerwony trójkącik zbliżał się powoli do brzegów Japonii.
Zastanowił się na moment.
- Nadać sygnał ostrzegawczy – rzekł. - Jeżeli nie zmieni kursu – rozwalić!  

- Panie generale! - jest kolejny meldunek od grupy majora Wazamiego, na trzeciej linii – głos oficera dyżurnego zabrzmiał w sali operacyjnej sztabu jak seria wystrzałów.
Orita sięgnął po słuchawek i wcisnął przycisk.
- Słucham cię Wazami, co masz dla mnie? – rzucił w mikrofon.
- Generale, sugeruję, by zestrzelić to, co leci na nas z kierunku Ameryki Łacińskiej – to coś najprawdopodobniej spowoduje wybuch klatratów metanowych. To może być rakieta…
- …to nie jest rakieta – Orita wpadł mu w słowo – bo jest za duże, to raczej jakiś samolot. Jest bardzo szybki.
- No to trzeba go zestrzelić, bo to może być ten bombowiec… – odparł Wazami.
Orita westchnął. Musiał natychmiast podjąć decyzję. Podniósł oczy i ujrzał wbite w siebie dwadzieścia spojrzeń swych podwładnych i współpracowników.

- Pułkowniku Kawata, czerwony alarm dla Systemu AR – rzekł spokojnym głosem – procedury do przechwycenia i unieszkodliwienia celu.
- Tak jest, generale – odpowiedział tamten – procedury do zestrzelenia!

Ludzie pochylili się nad monitorami swoich komputerów. 

CDN.

niedziela, 24 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (6)



Kamaishi, godz. 21:00 JST


Janta zarzuciła mi ręce na szyję. Nasze usta połączyły się w słodkim, miłosnym pocałunku.
- Rozbierz mnie, na co czekasz – Janta szepnęła mi do ucha.
Nie trzeba mnie było dwa razy prosić. Naraz coś zapaliło wszystkie światełka alarmowe w moim mózgu. Janta zesztywniała w moich ramionach. Nasłuchiwała. Coś się działo, jej wyczulone zmysły wychwyciły coś nietypowego. Na zewnątrz było cicho, nie dobiegały żadne odgłosy z miasta, ale teraz ciszę wieczoru przerwał odległy odgłos pracy silnika i gwizd turbin. Helikopter.

Teraz słyszałem to i ja. Odgłos nadlatywał od strony morza i odgłos pracy jego silnika słychać było coraz bardziej.
- Będzie zabawa – powiedziałem cicho do Janty. – Przebieraj się w coś ciemnego, ale szybko…
- Ożeżtykurrr… - zmełła przekleństwo – …waichmać, że też nie mieli kiedy…
- Właśnie na to liczyli – warknąłem – że się zajmiemy sobą zapominając o bożym świecie. Nie zapominaj, że prowadzimy w tej rozgrywce dwa do zera, a oni nie należą do tych, którzy lubią przegrywać.
Skoczyliśmy szybko w swe ciuchy. Wydobyłem i zarepetowałem pistolet.
Jedno było naprawdę dziwne – cały hotel był ciemny i pusty, jakby poza nami nikogo w nim nie było, a przecież…
- Trzeba przygotować się do zabawy – mruknąłem gasząc światło i otwierając okno. – Niby jesteśmy chronieni, ale…
- Co chcesz zrobić? – zapytała Janta.
- Pryskamy w las – odparłem.
Wyszedłem przez okno. Pół metra niżej znajdował się pochyły daszek, na który wskoczyłem i zjechałem na dół, a potem spadłem jak ulęgałka na szczęście na proste nogi, jak przy skoku ze spadochronem.
- Dawaj – powiedziałem półgłosem – no już!
Po chwili Janta wpadła mi w ramiona.
- Co dalej? – zapytała, kiedy już oddaliliśmy się w kierunku miasta.
Nie odpowiedziałem, bo nad głowami przeleciał nam helikopter. Był zupełnie czarny i nieoświetlony, a za nim drugi. Dwa razy po osiem. Szesnastu ludzi. Nieźle.

- Spadajmy stąd – odpowiedziałem.
- Ale gdzie?
- Ty do wody i z niej nie wychodź, a ja muszę ostrzec ludzi z JXFSD.
Do miasta mieliśmy w linii prostej trzy kilometry, szosą dziesięć. Szosa odpadała, bo wystawilibyśmy się im jak kaczki na wodzie. Równie dobrze moglibyśmy wyjść im naprzeciw z podniesionymi grzecznie rękami.
Schodziliśmy w dół w kierunku świateł miejskich widocznych jako czerwonawa łuna. Helikoptery wylądowały na parkingu, bo huczący łomot ich silników przeszedł w niski pomruk.

Ruszyliśmy znowu w dół. Naraz przewróciliśmy się, bo czyjeś silne ręce powaliły nas na ziemię. Błysnęła ślepa latarka. Rozejrzałem się błyskawicznie. W mroku otaczali nas ludzie w obłych hełmach i ubiorach maskujących. Jacyś żołnierze?
Puścili nas.
- A to pan Robert-san – usłyszałem niezłą angielszczyznę – właśnie spieszyliśmy wam na pomoc, ale zorientowaliście się w sytuacji szybciej od nas. Jestem major Wazami – przedstawił się – siły specjalne JXFSD.
- Co z Yuka-san i Sima-san? – zapytałem.
- Są całe i zdrowe – usłyszałem za sobą głos Simy.
- No to OK. – odpowiedziałem – a tamtych będzie szesnastu.
- A ja mam dwie kompanie komandosów – odparł Wazami – i w razie czego wsparcie oddziału AT z Sendai.
- A co z obsługą hotelową? – zapytała Janta.
- To nasi ludzie – rzekł major – i zgotują im powitanie. A na razie idziemy! Włóżcie to!
Podał nam dwie kamizelki z kevlaru i hełmy.
I dodał coś szybko po japońsku do swego walkie-talkie. Poszliśmy z powrotem w stronę hotelu, skąd rozległy się strzały.
- Zaczęło się! – krzyknął i ruszył biegiem.
A my za nim.


Kamaishi, godz. 21:30 JST


Kiedy dobiegliśmy na miejsce, było już po walce. Przed wejściem do hotelu, na podjeździe leżał pokot. Policzyłem szybko leżące sylwetki. Było ich jedenastu. Pozostała piątka skuta jak barany siedziała już w pojazdach pancernych, które podjechały od strony miasta. Do majora podszedł jakiś oficer i złożył krótki meldunek.
- Co z pilotami? – zapytałem.
- Wyeliminowaliśmy ich jako pierwszych, żeby nam nie uciekli, to oczywiste – major wzruszył ramionami. – Niestety nadali sygnał o tym, że są atakowani…


Andy, godz. 08:45 ART 


Ubrany na czarno, potężny mężczyzna odwrócił się do stojących za nim kilku osób. Jego twarz była czerwona z wściekłości.
- Który bałwan był odpowiedzialny za tą operację? – zapytał zduszonym z pasji głosem – no???
Jeden z mężczyzn podniósł głowę.
- To ja Herr Obergruppenführer – powiedział spokojnie.
- Keller! Ty durny idioto! – wrzasnął – czy ty wiesz kretynie jeden, co zrobiłeś? Położyłeś naszą operację. Przecież wiesz, że nie chodziło tutaj o tych dwoje, ale o Plan U=Z! Himmeldonnerwetter! Za coś takiego powinieneś stanąć pod ścianą!
Z wściekłością rozpiął kołnierz z patkami na których widoczne były trzy dębowe liście i dwa białe kwadraty.

Obersturmbannführer Keller wytrzymał jego wściekłe spojrzenie.
- Herr Obergruppenführer, Plan U=Z jest niezagrożony i zostanie wykonany, a co do tych dwojga, to się to tylko odwlecze – rzekł spokojnie. – Zresztą i tak zginą w czasie realizacji Planu, więc nie ma co się nimi przejmować.
Obergruppenführer powoli odzyskał panowanie nad sobą.
- No to po co było to w ogóle robić? – zapytał zionąc resztą ognia.
- Nie wiem – odparł spokojnie Keller – to był pański rozkaz Herr Obergruppenführer.
No tak. Keller zapędził go w kozi róg. Kiedyś zatłucze tego sukinsyna
- No, dobrze – Obergruppenführer Henschel już całkiem się uspokoił. – Co z nimi?
- Z kim?
- Z naszymi, oczywiście!
- Japończycy twierdzą, że zabili wszystkich. Jeżeli tak, to nie ma problemu. To i tak były tylko klony, więc nic się nie stało – odrzekł Keller – natomiast co do Planu, to jego końcową fazę realizują Sturmbannführer von Altscher, Hauptmann Brennecke i Kapitänleutnant Winkler.
- Dlaczego zaangażowano w tą operację ludzi spoza SS? – Henschel znów zakipiał gniewem – przecież to jest nasza operacja!
- Owszem, to jest nasza operacja – Keller mówił to tonem nauczyciela tłumaczącego coś niezwykle tępemu uczniowi – ale istnieje dyrektywa Führera nie zezwalająca na operację z użyciem broni jądrowej bez przedstawicieli armii i marynarki.
No tak, polityka utrzymania równowagi… – pomyślał Henschel – odwieczna rywalizacja pomiędzy rodzajami wojsk a SS…
- Czy oni są… pewni? – zapytał Obergruppenführer.
- Tak, sprawdziliśmy ich – odparł Keller. – Wyruszają za dwie godziny. Przelot trwa godzinę, więc o północy czasu japońskiego powinni zdetonować ładunek jądrowy w Rowie Japońskim.


CDN.

sobota, 23 maja 2015

POWRÓT METANOGODZILLI (5)



Kamaishi, godz. 17:00 JST


Delfin wychylił obły łeb z wody i zaćwierkał na widok Janty. Szybko wymienił świergotliwe wiadomości z Syreną i już miał zanurkować, kiedy woda wokół niego zapieniła się gwałtownie. Delfin wykonał jakiś dziwny ruch i woda wokół niego nagle pociemniała. W ułamku chwili zrozumiałem – ktoś strzelał do niego z automatycznej broni z tłumikiem.
Co za skurwysyn!? – pomyślałem, a potem dotarło do mnie, że to przecież my byliśmy celem. A konkretnie ja.
- Janta, do wody! – krzyknąłem po polsku – pomóż delfinowi!
Janta posłusznie zrzuciła puchówkę i skoczyła w ubraniu do wody. Syrena tylko tam mogła czuć się bezpiecznie. Wyjąłem z kieszeni pistolet i odbezpieczyłem go. Zaczynała się zabawa. Przypomniałem sobie Kosowo i strzelaninę na „Carribean Pearl”, tylko że tam miałem przeciwników przed sobą, a tutaj…

Jak tylko mogłem najszybciej zeskoczyłem z korony falochronu i podbiegłem do najbliższego zrujnowanego zabudowania. Strzelec ukrył się w nie posprzątanym jeszcze kwartale, który przedstawiał sobą labirynt rozwalonych ścian, gnijącego już i butwiejącego drewna, plastyków i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze. To, że strzelał do delfina mogło świadczyć o tym, że wiedział dlaczego i do czego strzelać – albo po prostu wygarnął po to, by nie mieć świadków.

Powoli zacząłem poruszać się wzdłuż resztek ściany. Zabójca nie mógł być daleko, bo inaczej nie miałby pola ostrzału obejmującego falochron… Bałem się tylko, że Janta wynurzy się i wyjdzie z wody w najbardziej nieodpowiednim momencie i zginie głupio…

Coś poruszyło się w gęstniejącym mroku. Stąpając jak najciszej ruszyłem w jego kierunku, a po minucie ujrzałem jakiegoś człowieka przycupniętego za załomem muru i celującego w moją stronę z uzi z tłumikiem. Uskoczyłem za ścianę w momencie, kiedy podniósł broń do oka. W ułamek sekundy później pociski uderzyły w ścianę, która rozsypała się na setki odłamków. Odskoczyłem. Facet znowu puścił serię, ale bardziej w prawo – najwidoczniej liczył, że z rozpędu wyskoczę mu pod lufę.

Przeliczył się, bo przyklęknąłem i wycelowałem w niego mojego desert eagle’a.
- Drop it! Freeze! – rozkazałem – don’t move!
Chciał do mnie strzelić, ale usłyszałem tylko szczęknięcie iglicy. Albo mu się broń zacięła, albo opróżnił magazynek. Wyskoczyłem zza ukrycia, przebiegłem kilka kroków i wycelowałem mu spluwę pomiędzy oczy – a raczej w środek czarnej kominiarki.

Facet jednak był głupi. Jednym sprężystym podskokiem i kopnięciem z półobrotu chciał wytrącić mi pistolet, ale byłem szybszy i strzeliłem mu w udo. Grzmot wystrzału przetoczył się nad ruinami. Facet padł nie wydając nawet jęku, co mnie nie zdziwiło. Desert eagle to bardzo humanitarna broń – półcalowy pocisk wyładowując swoją energię na celu doprowadza człowieka do głębokiego omdlenia, gdziekolwiek trafi, kiedy nie zabije. W przypadku trafienia w głowę odpadała ona wraz z płucami – jak mawiał nasz instruktor z KFOR. Później miałem okazję zobaczyć to na własne oczy…

Podszedłem do niego i zdarłem mu maskę. To był jakiś Japończyk.
Ciekawe? – pomyślałem. Czyżby Andyjczycy najęli miejscowych jakuza do tej roboty?
To było możliwe.
Naraz nad głową zapiały mi pociski uderzające we fragment ruiny. Poczułem uderzenie w ramię. Odruchowo przycupnąłem do ziemi. Popełniłem szkolny błąd – kontemplując jednego powalonego przeciwnika nie wziąłem pod uwagę, że mogło być ich więcej…

Odskoczyłem za ścianę i zobaczyłem drugą postać. Tym razem nie bawiłem się w podchody i wygarnąłem do niej dwukrotnie. Chybiłem szpetnie, ale drugi jakuza chyba się wystraszył i zaczął uciekać w stronę morza i falochronu. Ruszyłem w pościg. Za mną rozległy się jakieś dziewczęce krzyki – Sima i Yuka biegły wymachując bronią.

Facet miał charakter w nogach, bo w rekordowym czasie wybiegł na koronę wału i rozejrzał się. Naraz wydał z siebie okrzyk przerażenia. Coś świsnęło i jego sylwetka załamała się w pół i osunęła na plastobeton. Dobiegłem do niego celując w głowę.

Niepotrzebnie. W jego piersi tkwił krótki harpun – odwieczna broń Wodnych Ludzi. Spojrzałem na ciemne wody zatoki. Janta pomachała mi ręką, w której trzymała pneumatyczną kuszę i znikła pod wodą na widok nadbiegających Japonek.
- Co my tu mamy? – zapytała Yuka chowając pistolet pod pachę.
- Drugiego zamachowca – mruknąłem – wygląda na to, że postanowiono mnie sprzątnąć miejscowymi siłami i środkami. Nie było trzeciego?
Pokręciły główkami. Sima podeszła do bandyty i zdarła mu maskę z twarzy.
- Hiroi Ichi – mruknęła – drugi cyngiel od pana Yakamury.
- A tamten? – zapytałem skinąwszy głową w stronę ruin.
- A to Sawao Mataba – odrzekła  wzruszając ramionami - to  też cyngiel tutejszej mafii.
- No to trzeba będzie pogadać z panem Yakamurą – rzekłem.
- Nie ma pospiechu – Yuka wyjęła z kieszeni telefon komórkowy i wystukała jakiś numer. Po chwili konwersacji przerwała połączenie.
- Chłopcy już do niego jadą – powiedziała – a zaraz zjawią się nasi „sprzątacze”.
- A co z tamtym? – zapytałem o Matabę.
- Nie żyje, chyba się wykrwawił. Rozwaliłeś mu tętnicę udową. Dobra robota – rzekła z uznaniem.
- Dziękuję – odrzekłem.
- Tylko nie rozumiem, kto załatwił tego… - wskazała na leżące u naszych stóp zwłoki.
- Janta – odparłem – jest teraz gdzieś w wodzie. Ten skurwiel zranił nam delfina.
Krótkie brwi obu Japonek podniosły się o cal.
- Postrzelił waszego delfina?
- No naszego, a co? – odparłem. – Nie wolno w Japonii mieć swojego oswojonego delfina?...


Kamaishi, godz. 20:30 JST


Janta zjawiła się jakby nigdy nic. Miała na sobie czerwoną puchówkę, ale pod nią była ładna prosta w kroju sukienka z materiału w delikatnym kolorze ecru. Na nogach miała samozaciskowe pończochy, a jej stopy tkwiły w miękkich pantofelkach z kremowego zamszu.
- Jesteś wreszcie – doskoczyłem do niej. – Co się z wami działo?
- Delfiś odpłynął do swego stada, w końcu ono go ochroni i obroni w razie czego – uśmiechnęła się ciepło – a ja wyskoczyłam z wody i poszłam na zakupy. Musiałam sobie kupić sukienkę, bo nie lubię, jak dżins ociera mi się o nogi.

No tak, w Trójkącie Bermudzkim Janta chodziła w krótkich szortach z gołymi nogami i w sandałkach zori. Jej skóra nie była przyzwyczajona do szorstkiego płótna i zamkniętych butów.
- Mogłaś sobie kupić rajstopy – mruknąłem – są z lycry.
- Kupiłam – odpowiedziała zadowolonym tonem – ale chciałam się poczuć bardziej… kobieco?
Odetchnąłem.
- Co wiesz o tej szybkiej łodzi? – zapytałem, bo to mnie teraz zainteresowało.
- To dziwne, ale niewiele. Oczywiście Delfiś – wymówiła to pieszczotliwie – przekazał moje instrukcje i od tej pory nasi będą obserwowali wybrzeża Japonii. Co ciekawe, delfiny zainteresowały się nią, ale…
- …ale co? – zapytałem zaintrygowany.
- Ale to, że oni nie pozwalają się im zbliżyć do siebie. W czasie wyrzucania do wody tych pojemników stadko delfinów zbliżyło się do nich i… zostało ostrzelane. I zauważ, że teraz też strzelano do naszego Delfisia. Nasz Delfiś został lekko ranny. Natomiast wtedy zabito dwa delfiny… 
- Skurwysyny – mruknąłem.
- Żebyś wiedział. A to może oznaczać, że oni coś wiedzą o nas i o delfinach. I to mnie niepokoi. Być może ktoś z  n a s z y c h  wpadł w ich ręce, a to groziłoby nam wszystkim nieobliczalnymi konsekwencjami.
- Nam, to znaczy Wodnym Ludziom?
- Też… - odparła. – A co z naszymi agentkami?
- Chłopaki z JXFSD właśnie obrabiają pana Yakamurę i jego mafiosów. To sprawa bezpieczeństwa państwa, więc nie będzie sentymentów. Od razu przejdą do konkretów.
- Chyba nie będą im robić „wodnej kuracji”?
- E, tam – mruknąłem – obrobią ich chemicznie, pentatol, amytal sodu, LSD-25 czy coś jeszcze… Choćby „sok z kanarka”!
- Co to takiego?
- Mieszanina różnych alkaloidów i narkotyków syntetycznych stosowana przez KGB.
Zastanowiła się na moment.
- Jesteśmy sami?
- Owszem, Yuka i Sima jeszcze nie wróciły, a co?
Uśmiechnęła się.

- A to, że mamy trochę czasu tylko dla siebie…

CDN.