Powered By Blogger

czwartek, 13 grudnia 2018

Ufozjawisko na drodze



Larysa J. Pajuszina


W grudniu 2003 roku wraz z mężem wyjechaliśmy z Kuranachu (w Jakucji) w kierunku Nierjungri, gdzie powinniśmy wsiąść do pociągu. W samochodzie było nas czworo. Siedziałam na tylnej kanapie za kierowcą, i z powodu wysokiego oparcia jego fotela nie widziałam drogi.


Niepojęte zjawisko


Była godzina 04:00, mróz na jakieś -40°C, boczne szyby były zaszronione. Już daleko odsadziliśmy się od Kuranachu, ale do najbliższej miejscowości było około 60 km. Była ćma choć w oko wykol, tylko reflektory oświetlały jasno drogę.

Naraz nagle pojaśniało, kierowca przyhamował i samochód stanął. Wyszliśmy z auta. To, co zobaczyliśmy wstrząsnęło nami. Samochód stał w niewielkim promieniu światła padającego z nieba. To był jaskrawy stożek, a my znajdowaliśmy się w kręgu światła o średnicy około 10 m. Ja znajdowałam się jak raz w jego środku. Spojrzałam w górę, by zobaczyć źródło światła. Ale jego nie było! Na tle czarnego nieba, wewnątrz stożka kręciły się bezładnie jaskrawe kłębki, podobne do małych robaczków, ale do nas one nie dolatywały.

Próbowałam zrozumieć, co to takiego. Staliśmy z zadartymi głowami nie mogąc oderwać oczu od tego niepojętego dla nas zjawiska.


Żadnego zimna


Nikogo z nas nie przygniotło do drogi, jak w podobnych przypadkach opisywali inni świadkowie. Silnik samochodu nie przestał pracować i pracował jakby nigdy nic. Mogliśmy się swobodnie poruszać w kręgu światła i nie odczuwaliśmy żadnego dyskomfortu.

Postaliśmy tak jakieś 15 minut, dziwiliśmy się, gadaliśmy o tym, co to być mogło. Potem doszło do mnie, że bez względu na silny mróz, żadne z nas nie czuło chłodu, chociaż byliśmy bez czapek i rękawiczek, tylko w okryciach zwierzchnich.

Mąż powiedział, że ów snop światła oni widzieli już z daleka, ale nie mogli zrozumieć, co to było. Po czym kierowca zawołał nas do auta i wyjechaliśmy ze stożka. Tylna szyba była czysta i jeszcze długo widziałam to niepojęte światło.


Słup światła


Kiedy podjechaliśmy do wioski Chatymi, w dalszym ciągu z tyłu widziałam stożek białego światła padającego z nieba. Z tego wynika, że incydent ten miał miejsce pomiędzy miejscowościami Bolszoj Nimnir a Chatymi na drodze A360, w okolicy Góry Ewota.


Takich promieni światła ani wcześniej, ani później nie widziałam. Wprawdzie w tym roku u nas w Zapolarnym była widoczna niezwykle ciekawa zorza polarna. To czerwone pasmo światła to pojawiała się na horyzoncie to zieleniała…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, s. 25
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  

wtorek, 11 grudnia 2018

Życie i śmierć bez tlenu

Atmosfera ziemska to cienka...

Xennia Baranowa


Pierwsze wzmianki o tlenie spotykamy w rękopisach chińskiego alchemika z VIII wieku – Mao Hao. W XVI wieku Leonardo da Vinci badał tlen, nie podejrzewając nawet, że jest on jednym z najcenniejszych pierwiastków chemicznych.

Wszystkim wiadomo, że tlen (O2) jest ważny nie tylko dla życia człowieka, ale także dla istnienia całej naszej planety. Na szczęście jest on na Ziemi w dostatecznej ilości: rośliny wytwarzają go każdego dnia. A teraz załóżmy, że tlen nieoczekiwanie znika z naszej planety – całkowicie. No nie, nawet nie musi znikać na zawsze. Wystarczy tylko 5 (pięć!) sekund, by przyjazny nam świat zmienił się nie do poznania.

I tak więc przedstawiamy waszej wyobraźni scenariusz najbardziej niszczącej i najkrótszej katastrofy naturalnej:


0,5 s (sekundy): oparzenia słoneczne


Pół sekundy bez tlenu to wystarczy, żeby zniszczyć największy z ludzkich organów – skórę. Ona poczerwienieje, pokryje się pęcherzami, a potem zapłonie. Czy ktoś będzie w stanie przeżyć coś takiego?

Ale zobaczmy z naszego punktu widzenia, co w takim przypadku zachodzi.
Wraz z tlenem naszą planetę opuści także ozon (O3), którego cząsteczka składa się z trzech atomów tlenu. Warstwa ozonowa chroni naszą planetę od słonecznego promieniowania ultrafioletowego – UVA, UVB i UVC. Pozbywszy się tarczy ochronnej, Ziemia zostanie wystawiona na pastwę niczym nieograniczonej słonecznej radiacji i jej powierzchnia rychło nagrzeje się do +1000°C i flora i fauna, a oczywiście także ludzie, po prostu spłoną.

...ale jednocześnie mocna tarcza ochronna przed meteoroidami...

1,8 s: woda wyparuje


Przedstawcie to sobie – w każdej chwili po morzach i oceanach świata płyną tysiące, dziesiątki tysięcy statków. Pod ich kadłubami znajduje się warstwa wody o grubości kilku kilometrów. Przypomnijmy – głębina największego rowu oceanicznego – Mariańskiego – sięga do 11 kilometrów, a nad jego dnem też pływają statki.

I oto nagle, w jednej chwili, cała woda zamienia się w jeden wielki kłąb pary. Statki spadają na dno z takiej wysokości, jaka jest głębokość akwenu na jakiej się znajdują. Mieszkańcy Wszechoceanu – począwszy od małych organizmów planktonowych a na płetwalach błękitnych skończywszy – znajdują się na suchej powierzchni dna.

W jakim przypadku może zajść coś takiego? Około 71% naszej planety jest pokryte wodą. Jak wiadomo cząsteczka wody składa się z dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu: H2O. Bez tlenu woda przekształca się w wodór, który ulatuje do troposfery i wyżej. Cała – absolutnie cała - woda znika z planety – a to jest, proszę ja kogo – 1,5 mld km³!

Także znikają podziemne źródła wody, które są podobne do rur wodociągowych i teraz pustynie na Ziemi stanowią nie 29%, ale całe sto! Sucha, jałowa pustynia – przygnębiający widok…


2 s: zniszczenie DNA


I tak: z planety znikł cały tlen. Co się stanie z ludzkim organizmem w 2. sekundzie po tym wydarzeniu? Tam, gdzie przebiegały ważne metaboliczne procesy następuje chaos. Łańcuchy kwasu dezoksyrybonukleinowego – DNA – rozpadają się jak domki z kart, a krew stanie się ciemnobordowa. I wierzcie mi, kolor krwi to najmniejsze zło, jakie się stanie, kiedy tlen opuści nasze ciała. Im mniejszą ilością tlenu jest nasycona nasza krew, tym jest ona ciemniejsza. Bierze się to z czerwonego, zawierającego żelazo białka krwi jakim jest hemoglobina. Jego zadaniem jest związanie molekuł tlenu i roznoszenie ich po całym organizmie. Kiedy krew jest natleniona, wtedy jej barwa jest jaskrawoczerwona. O na odwrót, kiedy nie jest natleniona, wtedy jest koloru ciemnego.

Jeszcze ciekawszy obraz przedstawia sobą łańcuch DNA. On w 30% składa się z tlenu. Pierwiastek ten stanowi jeden z głównych pierwiastków w całej helisie DNA. A zatem, kiedy znika tlen, łańcuch DNA rozpada się na niteczki. A przecież DNA kontroluje syntezę białek, bez których niemożliwy jest proces przemiany materii i procesy życiowe natychmiast ustają. Człowiek umiera.


2,8 s: niebo przestaje być niebieskie


Każdego dnia patrzymy na niebo i czasami zadajemy sobie pytanie: czemu ono jest niebieskie? Czy zawsze tak było?

Przypomnijmy sobie szkolny kurs fizyki. Promienie słoneczne niosą ze sobą wszystkie kolory tęczy. Oddziałując na atmosferę Ziemi promienie te załamują się i rozpraszają. Każdy z siedmiu kolorów tęczy ma inną długość fal. Długość fal światła niebieskiego (420-440 nm) jest rozpraszana przez ziemską atmosferę. Należy tutaj przypomnieć, że atmosfera składa się z 78% azotu (N2) i 21% tlenu, który gra główną rolę dla życia na planecie, i domieszkę 1% innych gazów (CO2, gazy szlachetne).

Jednakże nie zawsze niebo było niebieskie. Dawno, dawno temu, jakieś 4 mld lat temu, atmosfera Ziemi składała się z wodoru (H2), helu (He) i niewielkiej ilości metanu (CH4). Pod koniec okresu formowania się planety, gazy wulkaniczne zmieniły skład atmosfery. W tym czasie składała się ona z dwutlenku węgla i pary wodnej. Molekuły tych związków chemicznych mają bardziej złożoną budowę i mogą załamywać inne długości fal świetlnych. I fale te mają już inny kolor – czerwony  (627-780 nm).

A teraz podsumowanie. Jak tylko atmosfera naszej planety zostanie pozbawiona tlenu, to niebo utraci swój kolor i pociemnieje, bowiem bez tego pierwiastka nie dojdzie do rozproszenia niebieskiego koloru w atmosferze. Ziemia będzie wyglądać jak Mars: cienka atmosfera i niemal czarne niebo…


3,8 s: wybuchy i eksplozje


Kiedy zdarza się awaria elektrowni jądrowej, to jej następstwa są straszne. Promieniowanie przenika w powietrze, wodę, glebę i organizmy istot żywych, w tym człowieka. Przykładami takiej strasznej sytuacji mogą być katastrofy w Czarnobylskiej EJ i Daiichi-Fukushima 1 EJ.

A teraz pomnóżmy to wszystko przez 434. Dokładnie tyle elektrowni nuklearnych pracuje na naszej planecie. I tak kiedy wyparuje cała woda, a będzie to miało miejsce już po upływie 1,8 s – jak to stoi powyżej – wszystkie systemy chłodzenia padną. Potem następuje niekontrolowana reakcja łańcuchowa: roztopienie się prętów paliwowych na blokach. A potem zostanie przekroczona masa krytyczna i nastąpi eksplozja jądrowa. Dokładniej 434 potężne eksplozje atomowe, jeżeli mówimy o skali planety!


3,9 s: ginie wszystko, co żyje


Ptaki już nie wzniosą się w niebo, rośliny uschły. Ulice są zawalone trupami. Po zniknięciu tlenu, wszystkie żywe organizmy odczuwają śmiertelny kryzys. Ale być może coś przeżyło. Coś, czemu tlen jest niepotrzebny. Powiedzmy wprost – cyjanobakterie.

Zrodzone w wodzie, posiadają umiejętność przekształcenia energii światła słonecznego w cukry proste z dwutlenku węgla i wody. I co najciekawsze, produktem ubocznym tego procesu jest ni mniej ni więcej tylko tlen. Szkoda, że nie może on już nikogo uratować. Także same cyjanobakterie nie są w stanie wyżyć, bowiem – jak wiemy – cała woda rozłoży się i zniknie w 1,8 s wcześniej…


4,2 s: nawet beton nie jest wieczny


Wyobraźmy sobie następujący obrazek. Jakiś budynek a w nim pomieszczenie. Z sufitu zaczynają spadać małe kamyczki. Potem tam pojawia się niewielka szczelinka, która się powiększa. Szkła okienne rozpadają się na tysiące drobnych odłamków i pokrywają podłogę. Dach się załamuje i cały budynek rozpada się z hukiem. Ziemię pokrywają ciężkie obłoki szarego pyłu, jak tsunami niszczące wszystko na swej drodze.

W świecie, w którym nie ma tlenu, wszystkie budowle rozpadają się jak baby z piasku wysuszone i kopnięte nogą. Dzieje się to dlatego, że tlen jest elementem związującym cement jak i beton. Bez O2 inne komponenty mieszanin budowlanych tracą swoje właściwości. Weźmy na przykład wapień CaCO3 – jego molekuła składa się z atomu wapnia, atomu węgla wapnia i trzech atomów tlenu. Dziwne – nieprawdaż?

Tak czy owak, na ulicach pozostaną ogromne góry pyłu.


4,5 s: skorupa ziemska pokryje się pęknięciami głębokimi na kilka kilometrów


Ogromne kłęby szarego dymu podnoszą się z samego serca Ziemi. Zaczyna się trzęsienie ziemi i powierzchnię planety pokrywają głębokie pęknięcia. To, co pozostało na powierzchni Ziemi, teraz wpada do jej wnętrza.

Czemu tak się dzieje? Rzecz w tym, że skorupa ziemska w 47% składa się z tlenu (w tlenkach i wodorotlenkach metali i niemetali), a inne pierwiastki: krzem (Si), żelazo (Fe) czy glin (Al) mogą występować tylko jako tlenki. Ale to jeszcze nie wszystko, bo w rezultacie procesów o których mowa, ciśnienie w jądrze Ziemi zwiększa się, temperatura magmy wzrasta do +800°C i wypływa na powierzchnię. Napór magmy wzrasta i następują erupcje wulkanów. Ziemię pokrywa czerwony dywan lawy. Ale jest dobra wiadomość: lawa nie może niczego zapalić z braku tlenu. Jest wiadomość jeszcze lepsza: nie ma kogo podpalać…


5 s: meteoryty atakują Ziemię


Gdybyśmy patrzyli na film zrobiony na podstawie tego artykułu, to niepokojąca muzyka teraz właśnie osiągnęłaby swe finale grosso. A oto końcowy epizod!
To, co zazwyczaj spala się w górnych warstwach atmosfery teraz nie znajduje przeszkody i bez problemów razi powierzchnię naszej planety. Mowa tutaj o meteorytach. W czasie 5 sekund na Ziemię spada co najmniej 20 meteorytów, a impakt każdego jest w stanie wybić sobą krater, w którym zmieściłoby się Tokio, a to jest około 2000 km²!

...i promieniowaniem

Moje 3 grosze


Kiedy przeczytałem ten materiał po raz pierwszy, to zrazu pomyślałem, że jest to kolejny eko-straszak prawie na katowicki szczyt klimatyczny i zabrałem się za przekład bez większego przekonania. Jednakże w miarę zagłębiania się w tekst zaświtało mi, że gdzieś to wszystko już było. Gdzieś już się coś takiego wydarzyło. Na Ziemi? Owszem, Ziemia przeżyła kilka kryzysów, ale życie na niej wyszło obronną ręką. Po każdym Wielkim Wymieraniu życie odradzało się jeszcze bujniejsze i z większą energią. A zatem ślepy tor…?

Ale nie. Jest w Układzie Słonecznym miejsce idealnie odpowiadające czemuś takiemu, co przedstawiła Autorka. To Mars. Planeta odległa o 56 mln km od nas (oczywiście w perygeum). Tam właśnie panują takie warunki, które mogłyby panować na Ziemi, gdyby znikł na niej cały tlen: cienka atmosfera z dwutlenku węgla i gazów szlachetnych, brak wody, temperatura rzędu 380 K w dzień i 90 K w nocy (jak na Księżycu), dziwaczne formy geologiczne w rodzaju gigantycznych wulkanów tarczowych na Tharsis Planitia oraz Elysium Planitia, kanion Coprates (Valles Marineris) czy baseny uderzeniowe Hellas czy Vastitas Borealis (Mare Borealis). Wszystko to stanowi obraz gigantycznego kataklizmu, który uśmiercił tą planetę bardzo dawno temu…

Czy coś takiego grozi Ziemi? Autorka nie postawiła tego pytania, a szkoda. Uważam bowiem, że coś takiego może spotkać i nasz świat.

Moje pokolenie w szkole podstawowej miało jako lekturę obowiązkową książkę Jerzego Broszkiewicza pt. „Ci z Dziesiątego Tysiąca”, w której takie zagrożenie przedstawiono, choć to powieść sci-fi z dalekiej Przyszłości. Otóż bohaterom powieści na sztucznej planecie znajdującej się na peryferiach Układu Słonecznego, zagroził rój dziwnych, radiochłonnych meteoroidów zwany Czarną Rzeką, który wprawdzie nie leciał w kierunku Ziemi, ale porwał dwa kosmoloty z załogami, które trzeba było uratować. Tyle Jerzy Broszkiewicz. A teraz uruchommy wyobraźnię. Czarna Rzeka składająca się z metalowych brył trafia w Ziemię. Żelazo utlenia się lecąc przez tarczę atmosfery i spada jako rdza. Po dłuższym ostrzale Ziemi pokrywa się ona warstwą tlenku żelaza czyli po prostu rdzy, a reszta jak w materiale Xenni Baranowej. Ziemi zostaje upieczona, uduszona a następnie zamrożona jak dzisiejszy Mars…

Oczywiście Czarna Rzeka to fantazja, ale czy nie jest to realne zagrożenie? Czarna Rzeka leciała z prędkością hiperboliczną, to znaczy że była ona pozaukładowa. Od października 2017 roku znamy co najmniej jedno ciało niebieskie, które przeleciało przez Układ Słoneczny z prędkością hiperboliczną – to oczywiście jest obiekt A/2017 U1 C/2017 U1 1I/Oumuamua. To, że na razie nie znamy rojów pozaukładowych wcale nie oznacza, że ich nie ma… Tak więc być może właśnie taki rój niewielkich żelaznych brył uderzył w Marsa, wypalił tlen z jego atmosfery, spowodował odparowanie wody i geologiczny bezruch – zatrzymały się płyty kontynentalne, a na dwóch obszarach pojawiły się gigantyczne wulkany: Olympus Mons (Nix Olympica), Arsia, Ascradeus i Pavonis Mons, postwulkaniczna struktura Alba Mons (Alba Patera), dziwna struktura Lycus Sulcii a także Elysium Mons. Mars ma wiele zagadkowych obiektów, które mogą mieć związek właśnie z tym wydarzeniem. Myslę, że dalsze badania tej planety rzucą nowe światło na historię tej części Układu Słonecznego.          


Komentarze z KKK

Cześć.
Apokalipsa w kilka sekund, straszne. Nieraz się cieszę, że nasze życie tak krótko trwa.
PS póki co mamy małą apokalipsę w postaci pis. 😞  (K A ZE K)


Obawiam się, że Autorka naświetliła tylko niektóre aspekty czegoś takiego i efekty braku tlenu będą jeszcze straszniejsze. Dla nas nie, bo nas nie będzie w ułamkach sekundy, ale dla naszej planety. Będzie ona tak samo zimna i martwa jak Mars... (Arystokles)         


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, ss. 20-21
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz 
Foto - NASA

niedziela, 9 grudnia 2018

Nauczyciel Chrystusa


Babadji


Walerij Kukarienko


Wedle legendy, po ukrzyżowaniu Jezus jeszcze długo żył i umarł w Indiach, w Kaszmirze. Miejscowi nawet dzisiaj twierdzą, że Chrystus został pogrzebany w mieście Śrinagarze.

Dla swych dwunastu apostołów i milionów wyznawców Jezus jest Wielkim Nauczycielem. Jednakże zgodnie z niektórymi źródłami, i Syn Boży miał swego Nauczyciela. W bibliotece miasta Ladakh w Himalajach, znajdują się dawne zapisy o przebywaniu Chrystusa w Indiach i Tybecie oraz jego spotkaniach z nieśmiertelną istotą, którą Hindusi nazywają Maha Avatara Babadji (Mahāvatār Bābājī) – czyli Wielki Awatar Ojca Mądrości lub Wiedzy – Babadżi.


Odległość nie jest przeszkodą


Od czasu do czasu Babadji pojawiał się w różnych rejonach Indii, przychodził tam, gdzie go nie proszono, pojawiał się znikąd, a potem po wypełnieniu swej misji znikał w tajemniczy sposób. Głosił on santana dharmę – wieczną religię – która, według wierzeń Hindusów jest duchową osnową Wszechświata. Wiele z jej elementów jest bliskich chrześcijaństwu, islamowi i taoizmowi. Babadji głosił, że jednym z jego ulubionych uczniów był Jezus, z którym spędził on 9 lat. Skromna informacja o życiu Jezusa i teksty Biblii nie zaprzeczają słowom nieśmiertelnego Babadji’ego.

W Indiach uważają, że Babadji jeszcze za życia osiągnął stopień „uwolnienia” tj. pełnego zwycięstwa nad śmiercią i nie podporządkowuje się prawom Wszechświata. Babadji wyszedł z nieskończonego kręgu inkarnacji, i może zgodnie ze swoją wolą porzucać ciało i ponownie wracać do niego. Mówi się, że on już tysiące lat żyje w podgórzu Himalajów w swej własnej postaci. Kiedy ma ukazać się ludziom, to wtedy przybiera postać człowieka i pojawia się tam, gdzie nań oczekują. Odległość dla niego nie ma znaczenia i zawsze pokazuje się w każdym miejscu i co więcej – może przebywać w kilku miejscach naraz, np. w kilku klasztorach w czasie religijnych ceremonii. Awatary – czyli niepoznawalne dla ludzkiego rozumu żywe wcielenia Boga na Ziemi powołane do wypełnienia jakiejś misji znanej tylko jemu jednemu. Jego znakami są cudowne okoliczności narodzin, mistyczne znaki na dłoniach i stopach, robione przez nie cuda, które są odnotowane z podaniach i świętych księgach.


Czas opuścić świat


W jaki sposób Babadji pokazuje się ludziom? Tym, którym się poszczęściło uczestniczyć w tym wydarzeniu, pozostawiali zapisy w bibliotece w Ladakhu. A oto jak przykładowo opisuje się takie wydarzenie:

Na niebie pojawia się świecący obłok, który zaczyna się szubko obracać, zagęszcza się i zamienia się w pięknego młodzieńca, średniego wzrostu, o jasnej karnacji skóry i długimi, błyszczącymi włosami (vide rysunek). Jego ciało promieniuje, oczy ma spokojne i czułe. I w rzeczy samej, na dodatek on nie rzuca cienia i nie zostawia śladów. Wypełniwszy swoją misję, Babadji zamienia się w słup światła, powoli się wznosi i znika w niebie.

W 1922 roku, Babadji, kiedy jeszcze nie stracił swej ludzkiej postaci, powiedział królowi Nepalu, że zamierza opuścić ten świat i że jego ciało odsłużyło swoje. W obecności radży Aśkota i wielu ludzi on poszedł po wodzie rzeki na jej środek, zamienił się w słup światła i znikł.

Czy to właśnie w Himalajach doznał oświecenia Issa czyli Jezus Chrystus?
(mal. Nikołaj Roerich)

Warunek oświecenia


Babadji’emu nie jest potrzebne ciało fizyczne – on tak jak w odzież obleka się w nie wtedy, kiedy uważa za stosowne pojawić się ludziom, aby umocnić w nich wiarę w siły wyższe. On przynosi Ludzkości dobro, naucza ludzi wielkimi prawdami, nie potrzebując posiłku czy odpoczynku. Tylko czasami, żeby sprawić radość swym uczniom, uczestniczy w posiłkach składających się z ryżu i owoców. Ciało, którym się posługuje, nigdy się nie starzeje, jego oczy promieniują ciepłem i miłością. Babadji nie jest tak znany jak Kryszna, Budda czy Chrystus. Tym niemniej on istnieje poza czasem, nie rozróżniając Teraźniejszości, Przyszłości i Przeszłości, więc dlatego właśnie wie wszystko, co już stało się i dopiero się stanie. On łatwo zmienia postać, pokazuje wszystkim to, co najważniejsze – że istota jest skryta wewnątrz, a zewnętrzna forma jest tymczasowa i nieważna. On nie ma swej postaci – ona zmienia się w zależności od tego, z kim on rozmawia. On może wyglądać już to jak bóg Sziwa (Śiva) z niebieską skórą i pękiem splątanych włosów, już to jak Hanuman – bóg z twarzą małpy (niektórzy twierdzą, że jest on Królem Małp) czy jeszcze tam jakąś inną postać. Na podeszwach jego stóp od czasu do czasu pojawiają się symbole znane w indyjskiej tradycji religijnej jako znaki kosmiczne. To jest lotos – symbol bóstwa, swastyka – znak pokoju i powodzenia, wąż – oznaczający mądrość i wieczność, system planetarny ze Słońcem i Księżycem w centrum, orzeł i ośmiokąt, wszystkie znaki Zodiaku, odzwierciedlenie wiecznego ruchu – koło pięciogłowa kobra – symbolizująca pięć zmysłów, pięć elementów stworzenia.

Od początków lat 70-tych wykonano wiele zdjęć Babadji’ego i na wszystkich jest podobny, ale także i różny.


Ostatnia inkarnacja


Mieszkaniec Północnych Indii – leśnik Mangal Singh w 1970 roku ujrzał we śnie dawno już zmarłego ojca, który kazał mu udać się do jaskini w okolicy aśramu Haidakhan w stanie Uttar-Pradesh. Rankiem leśnik wyruszył w drogę. Pod palącymi promieniami słońca, krętą i przepaścistą percią, z ogromnymi trudnościami doszedł do jaskini i zamarł. U jej wejścia w głębokim transie medytacyjnym siedział młodzieniec. Czy był to legendarny Babaji, o którym Singh słyszał jeszcze w dzieciństwie? On pognał do najbliższej wioski i opowiedział ludziom o tym, co widział.

Ludzie poszli do jaskini, ale nie ośmielili się podejść do niego blisko. Któryś ze starców powiedział, że Babadji jeszcze nie wyszedł ze stanu „ciała światła” i nie może żyć normalnym ludzkim życiem.

Zagadkowy młodzieniec siedział tam przez kilka miesięcy na jednym i tym samym miejscu, nie wychodząc ze stanu głębokiej medytacji. Ale powoli stał się bliższy naszemu, ludzkiemu światu. Na początku, kiedy się doń zbliżano, nie otwierał on oczu i tylko podnosił rękę dla błogosławieństwa, to po jakimś czasie zaczął rozmawiać z pątnikami a nawet się śmiać.

Przyszedł dzień, w którym Babadji’ego zaniesiono na rękach do Haidakhanu, gdzie zbudowano dlań świątynię. Tam on przeżył co najmniej 10 lat. Jego awatary spotykały się z wiernymi z różnych krajów, mówił on o wielkich duchowych istotnych sprawach, wypełniając swe zadania – zmienić na lepsze dusze ludzi i ustanowić na Ziemi Złoty Wiek. On wyłuszczał ludziom, co należy robić dla powszechnego błogosławieństwa, i że bezczynność to śmierć…

A w dniu 14.II.1984 roku, Babadji wszedł w wody rzeki, usiadł w pozycji lotosu, zamienił się w światło i znikł. On obiecał znów powrócić by ratować Ludzkość, ale od tego czasu nie pojawił się w ciele fizycznym, przychodził tylko we śnie i w czasie medytacji. Wierzący nie mają wątpliwości, że kiedy w nim wzbiera ostra potrzeba, Babadji znów pojawi się w swej normalnej postaci młodego człowieka i uratuje ich od każdego nieszczęścia.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, ss.14-15
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz     

piątek, 7 grudnia 2018

NL/RV nad Gdynią - cd.




Zofia Piepiórka - Eleonora


Dnia 13.11.2018 na Blogu Roberta Leśniakiewicza „UFO i Ludzie Wszechoceanu” został opublikowany mój artykuł -  https://wszechocean.blogspot.com/2018/11/obserwacja-ufo-nad-gdynia-chylonia-i.html?fbclid=IwAR2ivesTbWnAHJJWGNpyme0AoFgEQUDJE0efshe6IoJomVi_l1TEOCsh1Kk

Opisałam w nim obserwację UFO dnia 31.10.2018 r. około godz. 17.00. Poprosiłam wówczas  znajomą - Stefanię T. aby sprawdziła co się dzieje nad moją dzielnicą. Opowiedziała mi co widziała i obiecała że to opisze. Tej samej nocy w jej życiu zaczęły się dziać niespodziewane  sprawy, które skutecznie odwróciły jej uwagę od tej obserwacji. Tak zresztą dziej się z wieloma obserwacjami ludzi, którzy nie są wstanie opisać swoich obserwacji.


Po publikacji 1 części napisała do mnie znajoma z Krakowa. Wspomniała o podobnej obserwacji rok temu.

Opublikowałam ten artykuł na Facebooku i w komentarzu pani z Częstochowy napisała w jednym zdaniu o podobnej obserwacji ok. rok temu nad dzielnicą 1000-lecia Państwa Polskiego. Obie panie nie przesłały żadnych opisów.

Minął miesiąc, gdy Stenia T. przesłała mi opis swojej obserwacji w Gdyni wraz ze zdjęciami. Oto co pisze:

„Dnia 31 .10. 2018r. między godziną 17.00 a 18.00 zatelefonowała do mnie Zosia Piepiórka. W trakcie rozmowy dowiedziałam się, że obecnie obserwuje niebo nad Gdynią - Chylonia. Obiekt, który zauważyła przesuwał się w stronę dzielnicy Chylonia przy Świętej Górze. Stwierdziła, iż jest to UFO. Podeszłam do okna i zaczęłam obserwować niebo. Był wieczór, niebo bez ciemnych chmur dobrze  widoczne. Mieszkam na wzgórzach Gdyni-Obłuża, dlatego mam rozległy widok na południową część dzielnic Gdyni. Widok z mojego okna lub balkonu to widok na ulicę Kwiatkowskiego, Terminal kontenerowy, a w oddali lasy i niebo nad dzielnicą Grabówek do Chyloni. Zgasiłam światło, otworzyłam okno aby zrobić zdjęcie (by nie było odbicia aparatu w szybie) i obserwowałam niebo. Okrągły „obiekt'' w kolorze białym z rozmazaną ledwo widoczną czerwienią przesuwał się w lewo, w prawo, obniżał, wznosił. Poruszał się chaotycznie. Obserwowałam „TO” przez chwilę, po czym wzięłam lornetkę, ale przez nią wydawał się inny niż widziany „gołym okiem''. Nie mogłam nadążyć za „obiektem”, więc odłożyłam lornetkę. Kilka razy powtarzałam podgląd z lornetką, ale stwierdziłam, że wolę polegać na swoim wzroku. Pozwalało mi to całościowo obserwować niebo i NOL. Trwało to dosyć długo i tak mnie to zafascynowało, że straciłam rachubę czasu. NOL zaczął szarżować w stronę Chyloni, by znów się ujawnić zmieniając barwę na iskrzącą białą kulę. Nazywam ją kulą, NOL lub obiektem, bo nie przypomina gwiazdy (za duża). W środku była wyraźnie diamentowo-biała. Poruszała się łukiem jak elipsa (z prawej do lewej strony) z Chyloni do Zatoki Gdańskiej. Zaznaczam, że obraz zdjęć i filmu to w dole 1/3 obrazu oświetlonego przez światła, a 2/3 to pole nieba - manewru NOL.




Wzięłam telefon i aparat fotograficzny. Robiłam zdjęcia, jak również włączyłam kamerę w telefonie. (0.18 sekund filmik z telefonu). To co zobaczyłam później bardzo mnie rozczarowało. Ani telefon ani aparat nie pokazał tego, co widziałam „gołym okiem''. Myślę, że latarnie, światła w oknach, billboard pod oknem, ulica dwukierunkowa z pojazdami, oświetlony kościół, dźwigi, suwnice, Terminal kontenerowy kolorowo oświetlony, jak również niskiej jakości aparaty mogły zniwelować widok NOL. Niestety nie mam takiej możliwości (programu w laptopie), by przeanalizować to z nagrania.







Minął miesiąc, naprawdę nie mogłam oderwać się od codziennych spraw rodzinnych, by zająć się tym co obiecałam Zosi. Sprawy osobiste, rodzinne, zdrowotne odciągały mnie od tego tematu i zatrzymały na  pewnym etapie, więc przepraszam przede wszystkim Zosię.

Czytałam opinię z KKK (odnośnie jej artykułu). Mieszkam tutaj 40 lat i także obserwowałam oświetlone drony - w dzień i w nocy również samoloty, helikoptery i inne, które latają nam nad głowami (lotnisko w Babich Dołach), dlatego jesteśmy przyzwyczajeni do ich widoku i hałasu. Jeżeli zaś pokaże się coś nietypowego to śmiem twierdzić, że to jest NOL. Nie próbuję podważać opinii KKK, ale proszę mi wierzyć, iż nad Zatoką Gdańską dzieje się wiele i są świadkowie owych obserwacji. Wolą jednak milczeć, bo po cóż się ośmieszać... Wiele takich sytuacji obserwowałam i wiele razy przecierałam oczy ze zdumienia, bo to co widziałam było w zasięgu wzroku. W takich sytuacjach zachowywałam się różnie, lecz dla mnie osobiście było i jest porażką, iż nie mogę tego udowodnić. Jedyną osobą z którą mogę porozmawiać o tym jest Zosia, gdyż jest ufologiem. Ona również ociera się o takie historie z UFO, pisze o tym i prosi o odzew i konfrontację, dlatego musiałam to opisać.”
Stefania J. T.

Gdynia, dnia 1 -12-2018 r.
   

Wnioski


Przeglądałam kilkanaście zdjęć i filmik Steni T. na ekranie laptopa, ale tylko na jednym zdjęciu w powiększeniu widoczna jest mglista kula światła.

Ja również robiłam zdjęcia lecz tym razem nic mi nie wyszło gdyż NOL był zbyt wysoko, a światła lamp oraz bloków rozproszyły  obraz tak jak na większości zdjęć Steni T.

Zastanawiałam się nad moją obserwacją w Gdyni, która opisałam w cz.1, gdzie m.in. napisałam, że UFO odleciało na południe.

Cytuję: „Gdy nagrywałam widziałam jak UFO nagle wzmocniło blask swoich kolorów jakby na pożegnanie i powoli obniżało się na tle drzewa stojącego pomiędzy blokami - odleciało na południe.  Obserwacja trwała ok. 10 minut. Czy ktoś jeszcze widział to „cudo”???” 

 Po publikacji obserwacji z 31.10.2018 w odpowiedzi potwierdziły swoje obserwacje rok temu dwie osoby - z Krakowa i Częstochowy, ale bez opisów i zdjęć. Może ktoś jeszcze widział takie UFO nad innymi miastami w Polsce?
Co bada UFO w Gdyni, nad Krakowem, Częstochową?






Czy były to drony? Moim zdaniem nie!

Idąc tropem moich wieloletnich badań kamiennych kręgów przed laty pisałam iż wg PLANU kamiennych kręgów w Odrach m.in. na terenie Gdyni istnieją bazy kosmiczne Hiad. Istnieją one na terenie Polski. Czy dlatego widok ich statków kosmicznych sprawił, że czuliśmy się zafascynowani i szczęśliwi – jak napisały panie z Krakowa i z Częstochowy. Ja miałam podobne odczucia, ale trudno o tym pisać gdy widzą to jednostki… Te kolory świateł i bliskość nad ziemią mówiły mi o tym na co czeka całe Chrześcijaństwo…

Podkreślam - co innego bazy kosmiczne i statki kosmiczne Hiad, a co innego kuliste statki UFO w Gdyni i w wielu miejscach na Ziemi – o czym mówiłam w filmie „COSTERON - flagowy statek kosmiczny Króla Lajszla k/Kościerzyny”  cz.1 - https://www.youtube.com/watch?v=F3t7h2WGH4k

Będę o tym pisać, ale to wymaga czasu i potwierdzeń gdyż na wszystkim się nie znam i nie muszę. Oczekuję współpracy z ufologami oraz astronomami i fizykami. Psychotronikom dziękuję za dotychczasową życzliwość i współpracę.