Powered By Blogger

środa, 21 sierpnia 2019

Alchemik III Rzeszy




Dimitri Sokołow


W Imperium Rosyjskim poczynając od XVI wieku aż do rewolucji w 1917 roku, istniała oficjalna funkcja nadwornego alchemika. W swoim czasie pełnił ją Michaił Wasiliewicz Łomonosow.

Otrzymanie złota z ołowiu przez wieki było marzeniem mnóstwa alchemików, pośród których czasami trafiali się i monarchowie oświeconej Europy. Niestety, ich trud nie zwieńczył sukces. Jednakże w 1925 roku, w Niemczech pojawił się awanturnik twierdzący, że potrafi zrobić złoto z ołowiu. Dano mu wiarę…


Generator „genialnych” idei


Trudno powiedzieć, czy znano w Bawarii z pierwszej ćwierci XX wieku popularną bajkę o kaszy z topora. Tym niemniej, jeden z urodzonych tam Niemców – Franz Tausend – postanowił powtórzyć drogę życia pewnego rosyjskiego żołnierza i oświadczył, że zna sposób na uzyskanie złota z nieszlachetnych metali. Oczywiście mu nie uwierzono, chociaż w Europie istniało wiele średniowiecznych muzeów z alchemicznym złotem i nawet monetami wybitymi z niego. Ale nikt nie odnosił się poważnie do tych eksponatów. Przecież gdyby ktoś odkrył tajemnicę kamienia filozoficznego[1] to świat przewróciłby się do góry nogami. Ale Tausend nie poddawał się i twierdził, że przeprowadził wiele udanych eksperymentów otrzymując złoto z ołowiu w zwykłej pracowni pod Monachium. Ale żeby nadać sprawie bieg niezbędne mu były środki finansowe. Sponsorów jednak nie znaleziono. W rodzinnym mieście potraktowano go jak awanturnika.

Zanim pokazał im alchemiczny sposób robienia złota, Bawarczyk wydał skandaliczną książkę pt. „180 pierwiastków chemicznych, ich masy atomowe i włączenie ich do układu harmoniczno-okresowego pierwiastków”. Do tego, wedle słów samego autora, 100 pierwiastków zamierzał on dopiero odkryć. Oczywiście otoczenie odnosiło się do Tausenda z odpowiednio dużą dozą sceptycyzmu, ale jak wiadomo – guttae lapidem caveat – krople drążą skałę, i tak po pewnym czasie nasz awanturnik pozyskał swego pierwszego inwestora, który włożył w jego interes niebagatelną sumę – 100.000,- RM. Jednakże zamiast tego, by zacząć budowę fabryki do produkcji złota, Tausend… rzucił się do skupywania działek ziemi i spekulacje nimi, co przyniosło mu większy dochód, niż produkcja złota…


Franz Tausend

Alchemik z wielkiej drogi


Tak więc Tausend zapomniał o swoim „głównym celu”. Otrzymując wielkie pieniądze, a z nimi możliwości bywania w sferach, bawarski alchemik poznał kierownictwo, nabierającej coraz bardziej na znaczeniu w Niemczech partii nazistowskiej – NSDAP. Potrafiąc operować wielkim i pieniędzmi, rzutki Bawarczyk nie myśląc wiele barwnie opisał świetlaną przyszłość bonzom Trzeciej Rzeszy wynikającej z nieograniczonej produkcji złota na skalę przemysłową wedle jego recepty. Ziarno padło na podatny grunt. Naziści mający ciągotki do mistyki poszli na lep słów Tausenda. Jednakże okazali się być ludźmi praktycznymi, przez rozpoczęciem finansowania poprosili go o zademonstrowanie im metody otrzymania złota z ołowiu. Wypadałoby cwanemu Bawarczykowi obrócić wszystko w żart i nie pokazywać się na oczy nazistom. Ale nie! Tausend bez mrugnięcia okiem zgodził się na zademonstrowanie swej unikalnej metody w praktyce.

Alchemiczne Wielkie Dzieło miało mieć miejsce w łazience pokoju hotelowego. Aby wykluczyć oszustwo, naziści przyprowadzili ze sobą inżyniera-chemika, który miał za zadanie nadzorować czystość eksperymentu. Z ramienia NSDAP był tam gen. Erich Ludendorf, bliski przyjaciel Hitlera i także aktywny uczestnik Monachijskiego Puczu Piwnego.[2] Roztopiwszy ołów, alchemik dodał do niego trzy gramy tlenku żelaza (Fe2O3) i po szeregu manipulacji rzeczywiście otrzymał 0,3 g złota. Ekspert nie wierząc własnym oczom zwrócił się do Ludendorfa i ostrożnie stwierdził:
- Panie generale, to niewiarygodne, ale to jest złoto…


Włoska rezydencja Franza Tausenda


Zręczność rąk?


Po tym, jak kierownictwo NSDAP zawierzyło Franzowi Tausendowi, na jego ręce literalnie rzeką spłynęły wielkie inwestycje. Wkrótce pod naciskiem swoich nowych mocodawców, Tausend zarejestrował tzw. Spółkę 164, której zadaniem było uzyskiwanie złota z ołowiu. Generał Ludendorf jako kurator alchemika kontrolował finansowanie jego projektu, podpisał z Tausendem niewolniczą umowę, na mocy której wszelkie prawa do jego alchemicznej metody przechodziły na generała, a sam Tausend miał zadowolić się jedynie 5% udziałem w zyskach przedsiębiorstwa. Ku ogromnemu zdumieniu Ludendorfa, Bawarczyk przystał na to od razu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Tausend nie zamierzał produkować jakiegokolwiek złota, bowiem interesowały go pieniądze załatwiane przez generała i możliwość operowania nimi.

Zgodnie z podziałem pakietu akcji, dochód kompanii podzielono następująco: 12% szło do akcjonariuszy, 8% do asystentów, 5% dla Tausenda, a pozostałe 75% generał zabierał dla siebie i na potrzeby NSDAP. Bardzo szybko na kontach przedsiębiorstwa zgromadziło się ponad 1 mln RM, które rozporządzenie nimi powierzono Tausendowi. Inwestorzy i akcjonariusze z niecierpliwością oczekiwali, kiedyż to wreszcie zacznie się produkcja złota na skalę przemysłową. Na próżno. Tausend miał o wiele ważniejsze zadania. Jeździł on po całym kraju rejestrował kompanie, które dzisiaj nazwalibyśmy pralniami pieniędzy. Najczęściej organizacje te występowały pod nazwą Towarzystwo Badawcze Franza Tausenda. A do tego alchemik nie przestawał reklamować na prawo i na lewo swe odkrycie. Doszło do tego, że w inwestorach jego kompanii produkującej złoto z ołowiu znalazł się sam Benito Mussolini, a filie jego firmy pojawiły się we Włoszech.

Ale chciwość i samouwielbienie obróciły się w końcu przeciwko niemu i zgubiły bawarskiego alchemika. Włosi okazali się być niedostatecznie egzaltowanymi i łatwowiernymi jak Niemcy i potrzebowali dowodów na prawdziwość metody Tausenda. Licząc na to, że eksperyment podobnie jak w przypadku Ludendorfa przebiegnie pomyślnie, Tausend zaprosił Włochów do siebie do laboratorium. Był wielce zdziwiony, kiedy na progu swego laboratorium ujrzał nie paru ekspertów, nasłanych na niego przez Duce, ale znanego profesora chemii otoczonego wielką grupą uczonych. Uciec nie było dokąd i eksperyment się rozpoczął. Z początku wszystko szło jak po maśle, ale w najważniejszym momencie profesor dokładnie obserwujący „robienie złota” złapał Tausenda za rękę w chwili, w której awanturnik zamierzał wrzucić do tygla kawałek ołowiu z cząstkami wtopionego weń złota. Oszustwo zostało zdemaskowane. Powstał z tego ogromny skandal.

Franz Tausend na ławie oskarżonych


Krach aferzysty


Przeczuwając szybki koniec, w 1929 roku Tausend ogłosił bankructwo swego Towarzystwa Badawczego Franza Tausenda, oczyścił konta z miliona marek na zakup… działek ziemi i zapisał je na swe nazwisko. Wkrótce został on aresztowany za oszustwo. Od natychmiastowej rozprawy sądowej uratowało go tylko to, że naziści nie przejęli jeszcze pełni władzy w kraju[3], a świadkami w procesie byliby bardzo wysoko postawieni ludzie z NSDAP. Postanowił więc blefować do ostatka, Franz Tausend butnie oświadczył, że wszystkie oskarżenia są kłamliwe, a on rzeczywiście zna sposób „robienia złota” z ołowiu i zażądał przeprowadzenia eksperymentu śledczego. I choć brzmi to niewiarygodnie, sąd przychylił się do jego prośby. (!!!)

Kolejne, trzecie już z kolei, pokazowe „warzenie złota” miała miejsce w budynku monachijskiej mennicy. Aby wykluczyć możliwość oszustwa, Bawarczyka rozebrano i starannie zrewidowano. Dopiero potem dopuszczono go do przeprowadzenia eksperymentu. Następnie stało się coś niewiarygodnego. Tausend z ołowianej próbki o wadze 1,67 g uzyskał maleńką kuleczkę składającą się z 0,095 g złota i 0,025 g srebra.

Sąd był w zamieszaniu, a adwokaci natychmiast zażądali wypuszczenia swego klienta. Uratowali sprawę badacze, którzy przytomnie oświadczyli, że nie sądzi się go za możliwość robienia złota z ołowiu, ale za machinacje i oszustwa finansowe o wielkich rozmiarach. W 1931 roku fałszywego alchemika skazano na 3 lata i 8 miesięcy pozbawienia wolności.

Franz Tausend zmarł w 1942 roku, pozostawiając potomnym zagadkę, kimże on był w rzeczy samej: utalentowanym uczonym-samoukiem czy jednym z najbardziej cwanych awanturników w historii Niemiec.


Moje 3 grosze


Pomijając fakt, że Tausend był jednak tym drugim, wciąż pozostaje otwarte pytanie o robienie złota w III Rzeszy. Pisząc wraz z dr. Milošem Jesenským książkę na temat pozaziemskich technologii w III Rzeszy[4], zwróciliśmy uwagę na pewien dziwny aspekt istnienia tajemniczego kompleksu Der Riese w Górach Sowich.

Powszechnie uważa się, że Riese było częścią kompleksu dowódczo-sztabowego, fabryką broni i amunicji, kompleksem badań nad bronią jądrową, kompleksem badawczo-produkcyjnym broni odwetowych - w tym sławetnej V-7, itd. itp. Na ten temat powstało mnóstwo hipotez i snuto różne przypuszczenia o podobnym stopniu prawdopodobieństwa.

W naszej książce rzuciliśmy jeszcze jedną propozycję, a mianowicie: Riese miał być fabryką … złota. Hipoteza szaleńcza? No nie bardzo. III Rzesza potrzebowała złota na spłacenie przede wszystkim długów zaciągniętych w ramach wysiłku wojennego. Źródła złota znajdowały się poza zasięgiem nazistów, więc co było robić? Na szczęście Niemcy dowiedzieli się o możliwościach fizyki jądra atomowego i transmutacji jednych pierwiastków w drugie. Tak więc znów pojawiła się alchemia, ale ta współczesna – alchemia jądra atomowego.

Jednakże złoto jest metalem niezwykle odpornym i trudnym do syntezy. Oczywiście taka synteza jest możliwa, ale potrzeba do niej ogromnych ilości energii. Całość polega na tym, że np. irydowy target ostrzeliwuje się cząstkami alfa, które wnikając do jąder atomowych zmieniają iryd w złoto zgodnie z równaniem: 19577Ir + 42α => 19779Au. Innym sposobem jest rozpad jąder izotopów cięższych pierwiastków tak, by jednym z produktów rozpadu był ten upragniony, jedyny stabilny izotop 197Au. Dokładnie opisał to Klaus Hoffman w książce „Sztuczne złoto”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1985, którą polecam.

Wirówki i reaktory mogły zatem znajdować się w Riese, gdzie przygotowywano paliwo jądrowe i tarcze. Cyklotron(y) mógłby znajdować się w Ludwikowicach. Świadczy o tym tajemnicza „muchołapka” do której wiodły potężne kable energetyczne. Ich obecność nadaje sens tej hipotezie, bo takie urządzenie żre potworne ilości prądu.

NB, reaktory jądrowe znajdował się także we Wrocławiu, jak pisze Bogusław Wołoszański – przy pl. Strzegomskim i ul. Ołbińskiej, które są odpowiednikami obiektów w niemieckich miejscowościach Miersdorf pod Berlinem i Bad Saarow koło Frankfurtu n./Odrą. Tam też wybudowano podobne okrągłe bunkry z klatkami schodowymi w prostokątnych przybudówkach, choć dużo niższe i wpuszczone w ziemię na półtora metra. Co do ich przeznaczenia nie ma wątpliwości: były to obiekty hitlerowskiego programu nuklearnego. W Miersdorf działał cyklotron, zaś w Bad Saarow umieszczono prawdopodobnie elektromagnetyczny separator izotopów.[5] Na szczęście nazistom nie udało się ich wszystkich uruchomić i III Rzesza nie uzyskała maszynki do robienia złota. Może dlatego, że zabrali się do tego od niewłaściwej strony…?


Źródło - "Tajny XX wieka"nr 3/2019, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego - (C) R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Lapis philosophorum znany jako xerion lub tinctura.
[2] Nieudana próba zamachu stanu i przejęcia władzy w Bawarii przez NSDAP w dniach 8-9.XI.1923 r.
[3] Nastąpiło to dopiero w 1933 roku.
[4] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland: Pozaziemskie technologie III Rzeszy”, WiS, Warszawa 2001.
[5] Wg Bogusław Wołoszański - „Ślady hitlerowskiego programu atomowego w Polsce” - w „Focus”  - https://www.focus.pl/artykul/slady-hitlerowskiego-programu-atomowego-w-polsce

wtorek, 20 sierpnia 2019

Nuklearnego lata ciąg dalszy





Sezon ogórkowy w pełni i dlatego każda informacja na temat wydarzeń w na północy Rosji jest błogosławieństwem dla pismaków wszelkiego rodzaju i maści, w tym dla niżej podpisanego. Nie dziwię się więc, że informacje z tego kraju są coraz to przeraźliwsze i udziwnione. No bo poczytajmy to, co donosi Onet.pl:


Rosja: Wybuch silnika jądrowego. Lekarze w Archangielsku nie wiedzieli, że ratują ofiary skażenia

Dnia 17.VIII.2019 roku Onet.pl podał: Personel obwodowego szpitala klinicznego w Archangielsku nie był poinformowany, że przywiezione tam ofiary wybuchu na wojskowym poligonie są silnie napromieniowane i należy zadbać, by nie szerzyły dalej skażenia - podał dziś dziennik "Moscow Times".
Personel obwodowego szpitala klinicznego w Archangielsku nie był poinformowany, że przywiezione tam ofiary wybuchu na wojskowym poligonie są silnie napromieniowane i należy zadbać, by nie szerzyły dalej skażenia - podał dziś dziennik "Moscow Times". 

Domniemany wygląd pocisku Buriewiestnik/SSC-X-9 Skyfall

Co najmniej 60 lekarzy i pracowników medycznych trafiło do Moskwy na badania
W tkance mięśniowej jednego z lekarzy wykryto - będący produktem rozszczepiania paliwa nuklearnego uran-235 - radioaktywny izotop cez-137
Komputerowa dokumentacja dotycząca przyjęcia trzech mężczyzn, którzy ucierpieli w wybuchu, została wymazana przez oficerów FSB
Co najmniej 60 lekarzy i innych pracowników medycznych, którzy mieli styczność z ofiarami, przewieziono drogą lotniczą do Moskwy, by w trybie pilnym poddać ich badaniom. W tkance mięśniowej jednego z lekarzy wykryto - będący produktem rozszczepiania paliwa nuklearnego uran-235 - radioaktywny izotop cez-137, ale "nie poinformowano go, jaka jest ilość lub koncentracja tego izotopu" - ujawnia gazeta.
8 sierpnia szpital w Archangielsku przyjął trzech nagich i owiniętych przezroczystą folią mężczyzn, których przedstawiono jako ofiary bliżej nieokreślonego "promieniotwórczego wybuchu". Nie wyjaśniono jednak, o co należy zadbać przy udzielaniu im pomocy.
Cała komputerowa dokumentacja dotycząca tej sprawy została wymazana przez przybyłych następnego dnia do szpitala oficerów Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB).
Dwaj z trzech poszkodowanych zmarli w drodze na lotnisko, skąd mieli być przetransportowani do Moskwy. FSB poleciła wszystkim osobom uczestniczącym w ratowaniu napromieniowanych, by podpisały zobowiązanie, że nie ujawnią niczego na ten temat - podał "Moscow Times", powołując się na źródła medyczne.
"Nadal starają się ukrywać prawdę"
- Upłynęły 33 lata i nasz rząd niczego się nie nauczył. Nadal starają się ukrywać prawdę - powiedział gazecie lekarz z Archangielska, nawiązując do maskowania rzeczywistych rozmiarów katastrofy nuklearnej w Czarnobylu.
- Ekspozycji na cez-137 łatwo uniknąć - wystarczy tylko dokładnie umyć pacjenta. Jednak lekarze zostali narażeni na promieniowanie, gdyż nie powiedziano im, co się stało - podkreślił w rozmowie z "Moscow Times" pracujący na Uniwersytecie Leicester specjalista w dziedzinie ochrony radiologicznej Yuri Dubrova.
Według oficjalnych informacji, 8 sierpnia na poligonie rosyjskiej marynarki wojennej koło wioski Nionoksa nad Morzem Białym wybuchł zasilany energią jądrową silnik rakietowy, powodując śmierć pięciu uczestniczących w jego wypróbowywaniu ekspertów przemysłu zbrojeniowego.



Rosyjskie poligony atomowe


 I jeszcze jedna informacja z Onetu:



W Siewierodwińsku promieniowanie znacznie przewyższało naturalny poziom

Przy czwartkowym incydencie na poligonie rosyjskiej marynarki wojennej nad Morzem Białym poziom promieniowania w odległym o 40 kilometrów Siewierodwińsku przewyższał emisję tła naturalnego od 4 do 16 razy - podały rosyjskie władze.
Najpierw władze Rosji zapewniały, że promieniowanie jest w normie. Później podano, że doszło do wzrostu promieniowania. Lekarze pomagający ofiarom zostali na własną prośbę wysłani na obserwację medyczną. To drugi incydent w obiekcie wojskowym w Rosji w ostatnim czasie. Do poprzedniej dużej eksplozji w Rosji - w składzie amunicji w rejonie aczyńskim - doszło 5 sierpnia.

"Według informacji Północnego UGMS (Zarządu Hydrometeorologii i Monitoringu Środowiska Naturalnego), o godz. 12. czasu moskiewskiego (w czwartek) 8 sierpnia 2019 roku automatyczne systemy kontroli sytuacji radiacyjnej notowały w sześciu spośród ośmiu punktów pomiarowych poziom promieniowania od 4 do 16 razy większy niż emisja tła naturalnego na tym terenie" - głosi komunikat rosyjskiej państwowej służby meteorologicznej.
Dodaje, że poziom promieniowania wynosił wtedy od 0,45 do 1,78 mikrosiwerta na godzinę (μSv/h czyli 10^-6 Sv/h), ale zaraz potem zaczął spadać i w dwie i pół godziny później nastąpiła jego normalizacja przy wskaźnikach od 0,13 do 0,16 μSv/h.
W dniu incydentu szef wydziału obrony cywilnej w administracji Siewierodwińska Walentin Magomiedow poinformował, że przez pół godziny poziom promieniowania wynosił 2 μSv/h na godzinę, czyli trzykrotnie więcej niż maksymalnie dopuszczalne 0,6 μSv/h.[1]
Pierwszy oficjalny komunikat na temat czwartkowego wypadku informował, że silnik rakietowy na paliwo ciekłe wybuchł w trakcie próby poligonowej, powodując pożar, ale poziom promieniowania nie zwiększył się ponad naturalną emisję tła.

Nowy pocisk spowodował wybuch w Rosji - tak zachodni eksperci wyobrażają sobie atomowy pocisk Buriewiestnik/SSC-X-9 Skyfall

Natomiast w sobotę rosyjska państwowa korporacja nuklearna Rosatom podała, że wypadek dotyczył "izotopowego źródła energii dla silnika rakietowego na paliwo ciekłe". Była to pierwsza oficjalna wiadomość o związku całego incydentu z instalacją jądrową. Wypadek spowodował siedem ofiar śmiertelnych.
Jak się uważa, na poligonie wybuchł silnik pocisku manewrującego o prędkości hiperdźwiękowej Buriewiestnik. Wprowadzenie tego pocisku na uzbrojenie zapowiedział ponad rok temu prezydent Władimir Putin zaznaczając, że chodzi tu o środek walki zdolny pokonać amerykańską obronę przeciwrakietową.

Lekarze pomagający ofiarom wybuchu na poligonie pod obserwacją medyczną

Lekarze zostali na własną prośbę wysłani na obserwację do federalnej placówki medycznej - podały władze obwodu archangielskiego.
Według nich, procedura ta potrwa od dwóch do trzech dni. Powołując się na źródła medyczne w Archangielsku, agencja TASS poinformowała, że lekarze podpisali dokument, zobowiązujący ich do niewypowiadania się na temat wypadku, a obserwacji zostaną poddani w Moskwie.
Ponadto mieszkańcom położonej przy poligonie Nionoksa wioski o tej samej nazwie zalecono, by opuścili ją jutro na czas prowadzonych na poligonie prac - powiedziała TASS rzeczniczka administrujących także Nionoksą władz miasta Siewierodwińsk. Nie uściśliła jednak, czy ewakuacja ma związek z czwartkowym incydentem.
- Komenda poligonu wysłała zawiadomienie o planowanych przedsięwzięciach organów administracji wojskowej. W związku z tym mieszkańcom Nionoksy zalecono opuszczenie 14 sierpnia jej terytorium. To normalna praktyka w czasie przeprowadzania prób - zaznaczyła rzeczniczka.
Powszechnie uważa się, że na poligonie wybuchł korzystający z nuklearnego źródła energii silnik pocisku manewrującego o prędkości hiperdźwiękowej Buriewiestnik. Rosyjski resort obrony do tej pory tego nie potwierdził.

Eksplozja w składzie amunicji

Do poprzedniej dużej eksplozji w Rosji - w składzie amunicji w rejonie aczyńskim - doszło 5 sierpnia. Ewakuowano wówczas 16,5 tys. ludzi i ogłoszono stan wyjątkowy. Po głównej eksplozji nastąpiły kolejne - już mniejsze - eksplozje.
Doszło do nich zdaniem Rosjan w wyniku pożaru, który rozprzestrzenił się na terytorium jednego ze składów Centralnego Okręgu Wojskowego. Pożar, jak informowano, wybuchł m.in. w składzie nabojów prochowych. W magazynie objętym pożarem znajdowało się ok. 25 tys. jednostek amunicji - podała agencja TASS.

Eksplozja składu amunicji w Aczyńskim Rejonie

W wyniku wybuchów odłamki amunicji przelatywały nawet 15 km - relacjonował TASS, powołując się na anonimowe źródło. Pracownicy jednostki wojskowej, znajdującej się w pobliżu płonącego arsenału, skryli się w bunkrze.
Aluminiowy gigant Rusal poinformował o wstrzymaniu prac i ewakuowaniu pracowników w zakładzie w Aczyńsku ze względu na pożar w składzie amunicji. W tym zakładzie, będącym największym producentem tlenku glinu w Rosji, pracuje ponad 3,6 tys. ludzi.



No cóż, można powiedzieć, że wiele hałasu o nic. Problem polega jednak na tym, że władze (i to nie tylko Rosji ale wszelkich państw klubu atomowego) niechętnie przyznają się do jakichś porażek a niepublikowanie danych o skażeniach jest czymś nagminnym. Tak było w Three Mile Island, tak było w Czarnobylu, tak jest w Fukushimie… - nie mówiąc już o terenach i akwenach objętymi amerykańską Operation Broken Arrow w czasie Zimnej Wojny[2] – i teraz też.

Dziwi mnie także histeryczny ton wypowiedzi specjalistów atomistów i z wywiadów. Wszak nie jest tajemnicą, że nad jądrowym napędem do rakiet i samolotów pracuje się od wczesnych lat 50-tych – wystarczy sięgnąć do opracowań z tych czasów oraz do… powieści sci-fi. Wtedy to wszystko były tylko plany i rojenia fantastów i inżynierów – dzisiaj jest to już twarda rzeczywistość, ale o tym później.

Przedstawiam jeszcze jeden materiał z „Angory” nr 34/2019, s. 73, gdzie znalazł się artykuł pt. „Nuklearne zbiegi okoliczności”, którego autor CEZ pisze, że:

Niemal tydzień po tajemniczej eksplozji w Morzu Białym rosyjscy uczeni przyznali, że wybuchł tam… „niewielki reaktor jądrowy”. Władze starają się ukryć szczegóły katastrofy tak samo, jak miesiąc temu, gdy zatonął ich supertajny okręt o napędzie atomowym.[3] […]
Putin mówił bowiem o ponaddźwiękowych pociskach manewrujących z napędem jądrowym.
- Nowa rakieta będzie miała nieograniczony zasięg działania i nieprzewidywalną trajektorię lotu – nie ukrywał dumy Putin […]
Część rosyjskich naukowców twierdziła wprost, że to niemożliwe: w skrzydlatej rakiecie nie można zainstalować silnika jądrowego i w ogóle nie ma takich silników. Teraz jednak okazało się, że być może jednak są i ktoś bardzo chce je w tych rakietach umieścić. […]
W czwartek 8 sierpnia, rosyjski resort obrony poinformował, że dwie osoby zginęły a sześć zostało rannych w pożarze na poligonie doświadczalnym w Obwodzie Archangielskim. Doszło tam ponoć „tylko” do eksplozji silnika rakietowego, ale w powiadomieniu znalazły się zagadkowe słowa o tym, że odnotowano „krótkotrwały” wzrost promieniowania.
Część Morza Białego zamknięto dla żeglugi, a władze Siewieromorska leżącego 40 km dalej potwierdziły wzrost promieniowania również tam. […]

Okazało się, że jest to położony w okolicy miejscowości Nionoksa (N 64°37’35” – E 039°10’25”) centralny poligon doświadczalny Rosyjskiej Marynarki Wojennej, na którym testowano m.in. ICBM oraz pociski manewrujące.

To, co tak opornie ujawniają Rosjanie, skrupulatnie analizują Amerykanie. I nie ukrywają, że ich zdaniem na Morzu Białym wybuchł pocisk o napędzie nuklearnym. I to może właśnie Burewiestnik,[4] czy ten sam pocisk, o którym mówił w zeszłym roku Putin. Według terminologii NATO nosi on nazwę SSC-X-9 Skyfall i to jej z typową dla siebie bezpośredniością użył sam Donald Trump.
- Eksplozja rosyjskiego Skyfalla wzbudziła niepokój ludzi w kwestii [skażenia] powietrza wokół obiektu i daleko od niego – napisał we wtorek na Twitterze. – Niedobrze.
Chyba to prawda, że niedobrze. Tego dnia w końcu Rosjanie przyznali, że po wybuchu poziom promieniowania w Siewierodwińsku przekraczał emisję tła naturalnego nawet 16 razy. […]  

Tak czy owak, mamy do czynienia albo z rosyjską „maskirowką” i celowanym rykoszetem, o których pisał w swych pracach Mistrz Lucjan, albo mamy do czynienia z autentycznymi pojazdami atmosferycznymi i kosmicznymi z napędem nuklearnym!

Putinowska broń masowej zagłady

I można by ponad tym przejść do porządku dziennego, gdyby nie obserwacje dziwnych „błędnych” czy „pijanych” satelitów, które dokonywałem ja i moi znajomi już w latach 80-tych XX wieku. Wtedy często obserwowało się niebo, bowiem wzrastająca histeria zimnowojenna zmuszała nas do obserwowania nieba i studiowania prac na temat „gwiezdnych wojen” Ronalda Reagana. Dzisiaj mamy kalkę tej sytuacji: dwóch podpalaczy świata dysponujących technologiami jądrowymi i bandę polskich klakierów, pożytecznych idiotów, tęskniących do wojny w Europie. Jest jednak małe „ale”…

Ale obserwacje dokonywane przez Pana Krzysztofa Dreczkowskiego są – delikatnie mówiąc – niepokojące i wystarczy obejrzeć filmy i zdjęcia z jego blogu, by poczuć zimne ukłucie strachu, zresztą zobaczcie to sobie sami -  https://www.youtube.com/watch?v=il3C0gEPVg8&fbclid=IwAR3YFbE-NT9phUNTl92aeODXN57FHOt4L5hsfrXF657uHY3HbwmqYVFrLXs. Takich ujęć jest więcej!

Co to oznacza? Ano to, że albo chłopcy-rakietowcy mają nową fajną zabawkę, którą puszczają nad naszymi głowami, a która może w każdej chwili spaść nam na łepetyny, albo mamy nad głową Obcych, EBE, ALF, Ufiastych czy jak tam jeszcze Ich nazwiemy, którzy nas obserwują z niepokojem czy bez, ale zawsze. A to mi się wcale nie podoba. Nie lubię być mikrobem pod mikroskopem, albo krewetką na talerzu…



[1] Dla porównania promieniowanie tła Ziemi w rejonie Jordanowa waha się pomiędzy 0,08 a 0,16 μSv/h.
[2] Operacja Złamana Strzała – kodowa nazwa akcji mających za zadanie wydobycie bądź odzyskanie utraconej broni jądrowej – A, H lub N oraz innych urządzeń jądrowych (np. reaktorów, pojemników paliwa jądrowego, itp.). 
[3] Chodzi o pożar na atomowym okręcie podwodnym specjalnego przeznaczenia AS-12 Łoszarik.
[4] Burzyk albo petrel.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Kiedy powrócą mamuty?




Konstantin Fiedotow


Jakieś 30-12 tys. lat temu, mamut był jednym z najbardziej popularnych obiektów twórczości paleolitycznych artystów-malarzy, którzy pozostawili po sobie obrazy tego kudłatego zwierza na ścianach wielu jaskiń w Europie Zachodniej.

Przede wszystkim, zanim zaczniemy roztrząsać to, kiedy w naszych ZOO pojawią się mamuty (i na pewno się pojawią), powiedzmy sobie o tym, gdzie się one podziewały.


Wszyscy chcieli jeść…


Kiedy zapytamy jakiegoś uczonego zoologa, gdzie się podziały mamuty, to z największą pewnością powie on lapidarnie: „wymarły” – i pójdzie swoją drogą. A jeśli dogonimy go i zadamy następne pytanie: „a dlaczego one wymarły?” – to wasza rozmowa będzie trwała bardzo długo.

Istnieje przypuszczenie, że mamuty po prostu zjedli nasi przodkowie. To znaczy na początku jednego mamuta z powodzeniem wystarczyło jednemu plemieniu – powiedzmy na tydzień. Ale bardzo szybko ludzie zorientowali się, że ich (mamutów) jest bardzo dużo i wydawało się im, że końca temu nie będzie, więc można je zabijać wycinając tylko te najsmaczniejsze części – np. mięśnie oczne, a resztę wyrzucić – wskutek czego na jedno plemię wypadały 2, 3 albo 5 mamutów, i ilość smakoszy wśród ludzi rosła w wzrastającej proporcji. A potem patrzą, a tu mamutów już nie ma – skończyły się.

I tutaj pojawia się kontr-przypuszczenie. Rzecz bowiem w tym, że niektóre mamuty nie były w ogóle zjedzone i umarły jakąś szybka i straszną śmiercią. I tak np. w rejonach wiecznej marzłoci  - na północy Syberii i Alasce – badacze znajdują całe i nieuszkodzone ciała mamutów. One doskonale zachowały się do naszych czasów, że ich mięso można było wziąć na szaszłyk. A najbardziej interesujące jest to, że w żołądkach tychże mamutów, a i nie tylko w żołądkach, ale w paszczach niektórych egzemplarzy znajdowały się resztki nieprzeżutej i niestrawionej trawy! To mówi o tym, że dane zwierzęta zginęły nieoczekiwanie, do tego literalnie za suto zastawionym obiadowym stołem…


One się otruły albo zamarzły


A być może one się otruły? Nie! Uczeni bardzo dokładnie przebadali żołądki unikalnych okazów i znaleźli tam sosnowe i jodłowe szyszki, korę i łyko drzew rosnących w tamtych czasach na wieleset kilometrów na południe od tych miejsc, gdzie znaleziono te ciała. Tak więc mamuty nie mogły zjeść niczego szkodliwego czy trującego – to po pierwsze, a po drugie – w tamtych czasach w rejonie wiecznej zmarzliny było o wiele cieplej, niż dzisiaj.

- Aha! – powiedzieli badacze – było cieplej, a potem pochłodniało. No i biedne mamuty po prostu zamarzły.

Tak, teoria szybkiego ochłodzenia klimatu dziś mało kogo zdziwi. Wiadomo, że w czasie ostatnich 600.000 lat na Ziemi miały miejsce co najmniej 4 większe zlodowacenia. Ostatnie z nich miało miejsce 20.000 lat temu, a zakończyło się mniej więcej 10.000 lat temu. Dlaczego mamuty nie miałyby zginąć przede wszystkim od tego?

Ale Epoka Lodowa to przede wszystkim jest obniżenie temperatury. A tutaj wychodzi wszystko na to, że ogromne, porośnięte gęstą sierścią ciało zwierzęcia zostało eksponowane akurat w czasie obiadu na nagłe obniżenie temperatury o dziesiątki stopni, tak że trawa doskonale zachowała się do naszych czasów w ich żołądkach i przewodach pokarmowych. Co się więc stało? Jakąż to „lodową bombę” odpaliła Przyroda, żeby zetrzeć mamuty z oblicza Ziemi?


Zmiana klimatu


Jeszcze jedna z hipotez wyjaśniająca przyczyny szybkiego wymarcia mamutów, którą wzięto wprost z Biblii, gdzie mówi się o Potopie Powszechnym oraz z opisu zagłady platońskiej Atlantydy. Zgodnie z tą hipotezą, (w jej naukowej wersji) kosmiczne ciało o ogromnych rozmiarach zderzyło się z Ziemią. Ziemia się zatrzęsła i kierunek obrotu osi naszej planety zmienił się, zaś bieguny zmieniły swe miejsca i znalazły się w innych punktach powierzchni Ziemi. To oznacza, że oś ziemska pozostała na miejscu, ale sama Ziemia z lekka się zatoczyła. Ale następstwa tego „z lekka” były straszne – nastąpiła zmiana wszystkich szerokości geograficznych na całej powierzchni planety, co zaowocowało natychmiastową zmianą klimatu. Tak więc wyobraźcie sobie, że jakiś egipski Sharm-el-Sheik, gdzie śniegu na oczy nie widzieli w środku grudnia naraz przemieszcza się na równoleżnik, Irkucka. Było +20°C, a w czasie 30 minut temperatura spadła do -30°C – no i gdzie w takim układzie znajdą się szarmelszejkowskie mamuty?

I tak właśnie śmierć dosięgła mamuty nagle, ale winnym jej okazuje się być mróz (był on jednak efektem ubocznym), a wszechobecny kataklizm ogarniający naszą planetę w związku z impaktem komety. Stąd właśnie niespodziewane a potężne erupcje wulkanów, które spowodowały wyrzut do atmosfery gazów trujących – które na dodatek spowodowały to, że mamuty się nimi zatruły – wyrzuty pylistej tefry i potężne powodzie, i inne kataklizmy. Jednak to też nie wyjaśnia, dlaczego wiele zwłok mamutów przemarzły do kości w stosunkowo krótkim czasie – szybciej nim zdołały się rozłożyć – to po pierwsze, i nijak nie wyjaśnia to zguby zwierząt żyjących na szerokości geograficznej zero – na równiku, które naraz znalazły się w subtropikach, które dla nich nie były tak śmiercionośne? – to po drugie.


Masowy rozstrzał


Jest jeszcze jedna teoria kosmiczna. Ona twierdzi, że mamuty… rozstrzelano. Amerykańscy uczeni Richard Firestone i Allan West mnie odrzucają możliwości, że masowe wymieranie wielkich ssaków (megafauny) zostało spowodowane uderzeniem meteorytu ok. 13.000 lat temu. Ale bezpośrednią przyczynę wymierania postanowili oni poszukać w ich kościach. I znaleźli! W niektórych kościach znaleźli oni dziwne otwory z wyżarzonymi brzegami o średnicy 2-5 mm. Kiedy uczeni zbliżyli do tych otworów małe ale silne magnesy, to one przywierały do dziurek, co wskazywało na obecność z nich żelaza. Przy pomocy mikroskopu elektronowego, w kościach znaleziono inne fragmenty, zaś w niektórych przypadkach ślady ich rozerwania się po trafieniu w ciało zwierzęcia. Analiza chemiczna wykryła duże ilości żelaza (Fe) i niklu (Ni) oraz niską ilość tytanu (Ti), co może potwierdzać ich pozaplanetarne pochodzenie. I jeszcze jedna rzecz ciekawa: we wszystkich przypadkach dziurki znajdowały się tylko po jednej stronie kości – oczywiście na tej, która znajdowała się od strony epicentrum eksplozji. To wszystko zmusiło uczonych do wyciągnięcia wniosku, że kiedyś w atmosferze ziemskiej eksplodował wielki meteoryt, którego drobne odłamki dosłownie „rozstrzelały” większość megafauny, w tej liczbie i te, które znajdowały się w dużej odległości od epicentrum eksplozji.

Jednakże istnieje kontrargumentacja, bo rzecz w tym, że wiek tych kości ustalono na 30-34 tys. lat, ale jeden z eksponatów wyłamuje się z tej listy – ma on 21.000 lat. Uczeni twierdzą, że może to być błędem pomiarowym użytej metody radiowęglowej[1], jednakże w pewnych wypadkach otrzymane dane mogą być wcześniejsze i nie zgadzają się z datą ostatniego Wielkiego Wymierania – 10.000 lat temu, czy z hipotezą o impakcie asteroidy – 13.000 lat temu. Nie jest też jasny także szeroki rozrzut geograficzny znalezisk – od Alaski do Syberii.

Tak więc na pytanie dlaczego wymarły mamuty, nie ma jakiejkolwiek zadowalającej odpowiedzi.


Na Syberię je wszystkie!


A czy mamuty będą brodzić po naszej Ziemi w najbliższej przyszłości? – oto kolejne pytanie! Dzisiaj szczególnie rosyjscy uczeni zajmują się nimi, dlatego że to właśnie w Rosji znajdują się największe cmentarzyska tych zwierząt. I dlatego, że to właśnie tutaj uczeni mają największe szanse na wśród milionów komórek wymarłych gigantów tą jedną, którą by można było rozmnożyć. W razie powodzenia, komórkę wszczepiłoby się w jajeczko słonia do macicy słonicy. I teoretycznie w 22 miesiące powinien pojawić się na świecie mały mamutek. A obszarem, na którym mogłyby się paść stada mamutów mogłaby być syberyjska tundra. Rosyjscy uczeni zamierzają docelowo sklonować znalezione w sierpniu 2011 roku bizona i konia, które zginęły jakieś 3-4 tys. lat temu (wedle innych uczonych 10-20 tys. lat), a także rośliny znalezione w żołądkach tych zwierząt.


Mamut – podstawowe dane


MamutMammuthus d. Elaphas primigenius
Gromada – ssaki
Miejsce zamieszkania – Europa, Azja, Afryka, Ameryka Pn.
Podstawowe pożywienie – trawożerne
Długość życia – 60-65 lat
Wzrost w kłębie – do 5,5 m
Masa ciała – 350-6000 kg


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 13/2019, ss. 38-39
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Opartej na mierzeniu ilości izotopu węgla C-14 w badanym materiale.

piątek, 16 sierpnia 2019

Mały Czarnobyl nad Morzem Białym




Andrzej Łomanowski („Rzeczpospolita”)


Od kilku dni specjalny okręt wyławia odpady nuklearne z Zatoki Dwińskiej.
Czy to było niebezpieczne? Tak! Wyrażenie „latający reaktor atomowy" mówi wszystko – próbował wyjaśnić amerykański ekspert Jeffrey Lewis.

8 sierpnia na poligonie rosyjskiej marynarki wojennej w pobliżu miejscowości Nionoksa nad Zatoką Dwińską (tysiąc kilometrów na północ od Moskwy) doszło do tajemniczej eksplozji.

Według pierwszej wersji resortu obrony w czasie testowania jakiejś broni na nadbrzeżnym poligonie zginęły dwie osoby.

Trzy dni później mówiono już, że zginęło pięć osób. Nie byli to wojskowi, lecz naukowcy z rosyjskiego centrum atomowego w Sarowie. I nie na lądzie, ale na platformie morskiej znajdującej się na wysokości Nionoksy.

W końcu okazało się, że zginęło dwóch oficerów na lądzie, a pięciu naukowców utonęło na morzu. Dodatkowo sześć osób zostało rannych (w tym trzech oficerów).

Nie czekając na oficjalne wyjaśnienia, mieszkańcy leżącego 30 km od Nionoksy Siewierodwińska (gdzie znajduje się baza rosyjskiej floty oraz jej stocznie Siewmasz) i Archangielska (60 km) wykupili jod ze wszystkich aptek w okolicy.
– Skażenie było krótkoterminowe i niezagrażające ludności – bagatelizował były szef Rospotrebnadzoru Giennadij Oniszczenko.

Ale rosyjski Greenpeace twierdzi, że radioaktywne skażenie 20-krotnie przekroczyło normy. Miejscowe władze początkowo informowały o skażeniu, ale potem usunęły z Internetu wszystkie informacje, powołując się na rozkaz Ministerstwa Obrony.

Przez szczelną blokadę informacyjną przebił się (chyba niechcący) Rosgidromet – rosyjski odpowiednik polskiego IMGW – informując o skażeniu w okolicach Siewierodwińska 4–16 razy przekraczającym normy.


Na żądanie armii do 9 września zamknięto Zatokę Dwińską dla żeglugi cywilnej. Część ekspertów twierdzi, że to standardowa procedura po testowaniu rakiet – dająca czas na wyłowienie resztek pocisku i oczyszczenia powierzchni z paliwa rakietowego. Ale Amerykanie zauważyli, że po Zatoce pływa Serebrianka – statek przystosowany do zbierania i przechowywania ciekłych odpadów radioaktywnych.

- Eksplozja rosyjskiej rakiety Skyfall zaniepokoiła ludzi mieszkających w pobliżu i też znacznie dalej z powodu zanieczyszczenia powietrza. To źle! – napisał na Twitterze prezydent Trump.

Skyfall to natowska nazwa rosyjskiej rakiety Burewiestnik, o której mówił w marcu ubiegłego roku Władimir Putin. Pocisk ma co najmniej dwa stopnie: pierwszy z ciekłym paliwem, drugi – atomowym. Miała latać na mniejszych wysokościach niż normalne rakiety balistyczne. Paliwo jądrowe zapewniać jej miało „prawie nieograniczony zasięg”, a Rosji – całkowitą przewagę nad USA.

Ale amerykański wywiad twierdzi, że dotychczas jedynie raz udało się jej przelecieć w ciągu dwóch minut ok. 40 kilometrów.
– One nie spełniają podstawowych norm w zakresie bezpieczeństwa. Poza tym nie wiadomo, do czego miałyby służyć – twierdzi ekspert, generał Władimir Dworkin.

Część ekspertów nie ma jednak pewności, czy do Zatoki wpadła rakieta z silnikiem atomowym. Powołują się przy tym na oficjalny komunikat koncernu Rosatom mówiący o „radioizotopowych generatorach termoelektrycznych” (prąd generowany jest przez naturalny rozpad pierwiastków radioaktywnych, bez reakcji łańcuchowej). Takie urządzenia mogą długo działać bez ingerencji człowieka i są wykorzystywane w kosmosie oraz w Arktyce. A w rosyjskiej armii podobno w jądrowej „rakiecie Sądnego Dnia” – Skif (Scyta). Kontenery z nimi zrzuca się na dno oceanu, by po latach wystrzelić w czasie ewentualnej wojny. Kolejna teoria mówi o testowaniu w Nionoksie podwodnego drona (bezzałogowego okrętu atomowego) Posejdon. O nim również mówił Putin w marcu ubiegłego roku.

Testy będą trwały nadal, to jasne – zapewnił rosyjski parlamentarzysta Franc Klincewicz.
Na razie mieszkańcom nieszczęsnej Nionoksy kazano w czwartek o świcie iść do pobliskiego lasu.

Z poligonu znów będą wystrzeliwane rakiety.


***


Ale wielki aj-waj! Sam Trump raczył wydalić wypowiedź w tym temacie! I wyraził zaniepokojenie skażeniem Morza Białego!

Amerykańska hipokryzja polega na tym, że w latach 50. i 60. Amerykanie topili w Pacyfiku wszelkie odpady z zakładów wytwarzania paliwa jądrowego w Hanford, WA i jak dotąd nikt ich nie wydobył z głębin oceanu. Więc Trump niech zajmie się tym radioaktywnym śmietnikiem, jaki ma w Pacyfiku u wybrzeży USA i Kanady. Teraz też zaświnia wszechocean na wszelkie sposoby, ale zgodnie z biblijną zasadą widzi źdźbło nie widząc belki.




A co do rakiet, to mieszkańcy San Diego widzą startujące rakiety z Vandenberg III AFB i jakoś nie protestują, chociaż niejedna z nich ma na pokładzie niebezpieczne ładunki. Oczywiście o niepowodzeniach ni słychu ni duchu, bo wszystko tam jest tajne/poufne/przed odczytaniem spalić. Bo Amerykanie boją się świata, który może kiedyś im wystawić rachunek za ich łajdactwa, i zbroją się przeciwko niemu. Polska jest fragmentem ich polityki i niczym więcej. Nie łudźmy się – jesteśmy tylko jednym z wielu pionków na szachownicy. Takie pionki poświęca się bez żalu.   

Nakręcanie wojennej histerii jest na rękę wszystkim tym, którzy pchają świat do wojny, której płomienie zniszczą cywilizację i nas wszystkich. Ale pożytecznym idiotom to nie przeszkadza. Pożyteczni idioci łudzą się, że to przeżyją i jakoś tam będzie, jak to Polacy, liczący na Opatrzność, a że młyny Boże mielą powoli, to i wraz z nami zakończy się raz na zawsze „sprawa polska”…