Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buddyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buddyzm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 listopada 2012

Kamień Czintamani z Agharty i Szambhalli (1)




Wadim Ilin

Rerich Nikołaj Konstantynowicz (1874-1947) rosyjski pisarz, malarz, archeolog, podróżnik, kronikarz… W latach 20. mieszkał w Indiach. Roerich rozpatrywał historie i przyrodę jak proces jednej „kosmicznej ewolucji”. Przedsięwziął on ekspedycje do Chin, Mongolii i inne kraje Centralnej i Wschodniej Azji.
(„Wielka Encyklopedia Cyryla i Metodego”)

Historia kamienia

O mitycznym Czintamani (Chintamani – przyp. tłum.) wspomina się w wielu podaniach i legendach, a także w rękopisach i księgach – tych dawnych i tych współczesnych, a osobliwie wschodniego pochodzenia. Został on wycięty w kształcie wielościanu z minerału o kolorze czarnym z świecącymi żyłkami. Był to kamień w tych czasach i nie całkiem kamień – w człowieczym tego słowa zrozumieniu on istnieje tylko częściowo w czterech znanych nam wymiarach czasoprzestrzennych. Kamień Czintamani to coś więcej niż artefakt – to jest klucz do jakichś drzwi tajemnych, które ludzie zamknęli kiedyś w bardzo dawnych czasach…
Według jednej z hipotez, bardzo dawno temu kamień został rozbity na trzy części, a jedna z nich znalazła się w pewnym tybetańskim klasztorze, druga w zagadkowym podziemnym mieście Agharti (Agarta, Agharta – przyp. tłum.) a trzecia część znalazła się w nowojorskim Muzeum Współczesnej Historii.
Zgodnie z dawnymi tekstami, jeden z fragmentów kamienia został wysłany z Tybetu do Jerozolimy – dla króla Salomona, który z kolei rozkuł go na cztery części. Z jednej części zrobiono mu oczko do pierścienia, a trzy pozostałe zawiózł prorok Mahomet, założyciel islamu, do Mekki w 1500 lat później.
Tym trzem fragmentom kamienia Czintamani od dawien dawna kłaniali się muzułmanie, którzy wierzyli w ich nieziemskie pochodzenie. Według legendy, kamienie te są ukryte we wnętrzu Kaaby – dawnej świętości, wokół której zbudowano Wielki Meczet albo świątynię Beit-Ullah.



Poszukiwania Nikołaja Roericha

W czasie ekspedycji do Azji Roerich usłyszał o jednym a ciekawych aspektów wierzeń buddyjskich – a mianowicie legendę o Ośmiu Nieśmiertelnych, zamieszkujących we wnętrzu gór, w podziemnym mieście na granicy Chin i Tybetu. W jednych legendach miasto te nazywa się Agharti, w innych Hsi Uong Mu. Według niektórych relacji, rozmieszczone jest ono niedaleko Lhassy, stolicy Tybetu, i w okolicznych górach znajdują się biegnące doń tunele. Niektórzy historycy pisali, że kamień Czintamani może posłużyć jako znak przewodni – wskazujący drogę do Ośmiu Nieśmiertelnych.
Od przewodnika, którego Roerich pozyskał wśród miejscowych, dowiedział się on, że we wnętrzu górskiego masywu Kunlun znajduje się ogromna jaskinia z wysokimi stropami, w której w czasach prehistorycznych znajdowały się nieprzebrane skarby. Poza tym wspomniał on także o tajemniczych „śnieżnych ludziach”.
Istnieją świadectwa, że w tamte lata przeor lamaickiego klasztoru w Trasilumpo przekazał Roerichowi na znak wielkiego szacunku i zaufania kawałek Czintamani, który – według słów lamy – dostarczono na Ziemię z systemu planetarnego (uwaga!)… Syriusza. (!!!) W jednym ze starych lamaickich tekstów mówi się tym, że:
Kiedy Syn Słońca zstąpił na Ziemię, by nauczać Ludzkość, z nieba spadła tarcza, która zawarła w sobie siły całego świata.
Oglądając później kamień, żona Roericha – Jelena Iwanowna – znalazła na nim zagadkowe symbole. Zbadawszy napis Roerich stwierdził, że inskrypcja została napisana w najdawniejszej wersji sanskrytu i rozszyfrował ją tak:
Moja droga tutaj biegnie pomiędzy gwiazdami. Przyniosłem paterę (naczynie ofiarne) pokrytą pancerzem. I przyniosłem jeszcze skarb, podarek Oriona.
Według słów Jeleny Iwanownej, kamień ten promieniował i to znacznie silniej, niż rad, tylko jego częstotliwość była inna.
Roerich przypuścił, że kamień Czintamani jest jakimś akumulatorem energii psychicznej, nazywanej „szug”, którą może w pewnych warunkach oddawać na zewnątrz. I tak, kiedy człowiek tylko dotknie kamienia, to nabierze takiej siły ducha, możliwości i wiedzy do jasnowidzenia, że jest on w stanie na mgnienie oka ujrzeć Aghartę – miasto Ośmiu Nieśmiertelnych.
Według niektórych świadectw, lama-przeor prosił Roericha o odwiezienie prezentu do Europy i przekazanie go jak najszybciej powstałej w Genewie, w 1919 roku Lidze Narodów, której celem było rozwiniecie współpracy między narodami w dziedzinie zapewnienia pokoju i bezpieczeństwa. Po tym, jak w 1946 roku Liga przestała działać, Roerich ponoć przesłał kamień z powrotem do klasztoru Trasilumpo.
A na dodatek lama-przeor opowiedział Roerichowi dawne tajskie podanie o tym, jak Nieśmiertelni zostali stworzeni z gliny i powietrza przez Mu-Kunga władcy powietrza ze Wschodu, i Uong-Mu – władczyni powietrza z Zachodu. Jednakże w świetle późniejszych podań, Nieśmiertelni zjawili się na Ziemi z planety, znajdującej się w systemie gwiezdnym Syriusza, i zainstalowali swoją forpocztę w górach Tybetu, w celu przeprowadzenia eksperymentów genetycznej hybrydyzacji.



Podziemny świat Agharty-Szamballi

W jednej z ksiąg o ekspedycji do Azji, Roerich wspomina zaobserwowany przez siebie latający dysk. Według słów przewodnika, takie latające dyski wylatują z podziemnego świata Agharti.
Istnieje hipoteza, że Ziemia wewnątrz jest pusta. Zwolennicy tej hipotezy stracili (i do dziś dnia tracą) niemało wysiłków na poszukiwanie wejść do tej podziemnej pustej przestrzeni. Sądzi się, że takie wejścia powinny znajdować się w pobliżu Biegunów, a szczególnie w okolicy Bieguna Północnego. Aktualnie poszukiwania „zagubionych wrót” prowadzi się na różne sposoby, włączają w to analizy zdjęć satelitarnych.
Zgodnie z wierzeniami buddystów, wewnątrz Agharty znajduje się jeszcze bardziej tajemnicze miasto – Szamballa.
W czasie podróży do Tybetu, Roerich i jego żona niejednokrotnie rozmawiali z przedstawicielami buddyjskiego duchowieństwa na wszystkie tu poruszone tematy. Niektóre z tych rozmów zostały opisane w książkach Roericha: „Ałtaj-Himalaje” (1927), „Serce Azji” (1929) i „Szamballa” (1930).
Pamiętam – pisał Roerich – jak w czasie naszego przejścia przez przełęcz w górach Karakorum, mój przewodnik i pomocnik Ladakh zapytał mnie:
- A wiecie panie, dlaczego tam hen wprost przed nami rozpościera się taka niezwykła, górska kraina? Czy wiecie panie, że tam w podziemnych jaskiniach kryją się ogromne skarby, i że w tych jaskiniach żyje niezwykły naród, który odwrócił się od wszystkiego, co jest grzesznego na Ziemi?
Pamiętam także, że kiedy przybliżyliśmy się do miasta Hotan (terytorium dzisiejszego Sinczian – Ujgurskiego Rejonu Autonomicznego Chin – przyp. aut.), to dźwięk uderzeń kopyt naszych koni o ziemię stał się grzmiący, jakby pod nami były jakieś jaskinie czy jakieś próżnie skalne. I nawet ludzie z naszej karawany zwrócili na to uwagę. A kiedy ujrzeliśmy wyloty jaskiń, to nasi ludzie powiedzieli:
- Kiedyś tam, bardzo dawno temu, mieszkali tutaj ludzie, ale wszyscy uciekli do wnętrza Ziemi. Oni znaleźli wejście do podziemnego królestwa.



Święte słowo

A oto fragment rozmowy z jednym z tybetańskich lamów, który zacytowano w książce Roericha, a który miał miejsce w 1928 roku:
- Lamo, opowiedz mi o Szamballi.
- No przecież wy, ludzie Zachodu, nie tylko nie wiecie o Szamballi niczego, i nie chcecie niczego wiedzieć. Najpewniej ty pytasz mnie z prostej ciekawości i z łatwością wymawiasz to święte słowo.
Po długich rozmowach i zapewnieniach Roericha o jego szlachetnych intencjach, lama wreszcie zdecydował się mówić dalej:
Wielka Szamballa leży daleko za oceanem. Jest to wielkie królestwo bogów. Nie ma w nim niczego z Ziemi. Czemu wy, ludzie, interesujecie się nim tak? Tylko daleko na północy, i tylko w niektórych miejscach mógłbyś zobaczyć lśnienie promieni Szamballi. Sekrety Szamballi są doskonale ukryte przed postronnymi.
- Lamo, mu wiemy o wielkości Szamballi. I my wiemy, że to nieopisanie piękne królestwo rzeczywiście istnieje. I wiemy także, że niektórzy lamowie wyższej rangi przebywali w Szamballi… Wiem doskonale o podróży pewnego lamy z Buriacji, którego przeprowadzono poprzez wąskie przejście, dlatego też nie opowiadaj mi o niebiańskiej Szamballi, a opowiadaj mi o tej, która istnieje na Ziemi dlatego, że ja wiem – ziemska Szamballa istnieje! Powiedz mi lamo, jak mogło się zdarzyć, że ziemskiej Szamballi nie odkrył żaden z podróżników? Jeżeli spojrzymy na mapę Ziemi, to widać, że niewiele na niej białych plam. Wszystkie górskie obszary, doliny i rzeki zostały już zbadane.
- No tak, ale póki ci wszyscy ludzie, których ty nazywasz podróżnikami jeszcze wielu rzeczy nie znaleźli na Ziemi. No i niech któryś z nich spróbuje przeniknąć do Szamballi bez zaproszenia! Zapewne słyszałeś, że wokół wysokogórskich plateau płyną potoki i rzeki, których wody są nasycone trucizną zabójczą dla człowieka. Być może nawet widziałeś ludzi, którzy umierali po nawdychaniu się trujących oparów w czasie próby sforsowania tych potoków i rzek. Wielu śmiertelników próbowało dotrzeć do Szamballi nie będąc zaproszeni do niej. Niektórzy z nich znikają bez śladu i na zawsze. Tylko niektórym udało się dojść do świętego miasta, i to tylko w tych przypadkach, kiedy ich karma sprzyja temu celowi.
O zagadkach Szamballi i Agharty pisze Jan Lamprecht w książce „Puste planety” (1998). W niej opisuje się, jak to znany święty lama Kusum Lingpa, lekarz tybetańskiej medycyny, znawca i nauczyciel jednego z kierunków buddyzmu – vadjarayany – prowadził warsztaty w San Jose (CA).
Według słów Lamprechta – W czasie jednego wykładu wygłoszonego w San Jose, lama ów twierdził, że do Agharti można dostać się lecąc z Indii na północ w czasie siedmiu dni. Ja uważam, że lama porównywał ów lot do lotu ptaka, a jeżeli tak, to siedmiodniowy lot przywiedzie nas w samo centrum Arktyki.
Ponad siedemdziesiąt lat temu Roerich w rozmowie z innym lamą usłyszał od niego, że Szamballa leży daleko na północy. A zatem być może, że ten lama jak raz miał na myśli rejon Północnego Oceanu Lodowego?



CDN. 

sobota, 27 sierpnia 2011

Atlantyda i Agharta (10)










Ludmiła Szaposznikowa[1]

Szamballa dawna i zagadkowa

Aby zrozumieć współczesne życie duchowe mieszkańców Południowej i Centralnej Azji, należy znać ich korzenie, którymi sa ich dawne religie. Taką możliwość dało poznanie dziś mało komu znanej religii Bön, która przetrwała od czasów, w których ludzie po raz pierwszy zawładnęli siłami Przyrody. Wyznawcy tej religii żyją w jednym z klasztorów w Północnych Indiach. W owym klasztorze znajduje się bezcenne dziedzictwo ich dawnej kultury. Słynna radziecka uczona, indolog opowiada o tym, czego dowiedziała się w trakcie swej podróży odbytej do Indii.

* * *

Mapę Szamballi[2] rysowano w garażu Lokesha Chandry. Rysowali ja długo, oblewając się potem w niesamowitym skwarze Delhi. Było ich trzech: rimpoche[3] - Senge Tenzing Djongdon i dwóch lamów, którzy przeszli z rimpoche całą drogę z Tybetu do Indii. Uciekli z Tybetu tajemnymi ścieżkami, prowadzącymi poprzez śnieżne przełęcze, których podejścia były strome, a zejścia niebezpieczne. Ci, z którymi przyszło się im spotkać na śnieżnych górskich drogach odnosili się do nich nieufnie. Większość z nich była buddystami, zaś oni byli wyznawcami starej religii Bön, reliktowego przed-buddyjskiego kultu, co stanowiło dla nich znaczne utrudnienie w podróży. Poza tym nieśli oni ze sobą i na sobie bezcenne manuskrypty. Te, których nie mogli zabrać ze sobą, poukrywali w tajnych skrytkach i jaskiniach. Rękopisy te przedstawiały stan opłakany. Najwiekszą wiedzę o nich uzyskał młody indyjski uczony dr Lokesh Chandra, który wyłuskał rimpoche i lamów z poczekalni delhijskiego dworca kolejowego. I właśnie dlatego stał się on słynnem tybetologiem i dyrektorem Międzynarodowej Akademii Kultury Indyjskiej. A zaczął on niemal od zera, maleńkiego mieszkania z garażem, w którym stał rozklekotany hindustan. Garaż ten oddał do dyspozycji rimpochemu i lamom, bo to było wszystko, w czym mógł im pomóc. W kacie garażu stał stosik bezcennych dzieł – nie było tego wiele, lecz dzięki fenomenalnie wytrenowanej pamięci rimpochego i lamów udało się odtworzyć utracone rękopisy. Dlatego też pracowali oni bez wytchnienia, dniem i nocą, w dusznym garażu Lokesha, aby odtworzyć i uratować od zapomnienia swą dawną tradycję, kulturę i duchowy dorobek.

Znajdziemy wspólny język

Zaczęli od czegoś najprostszego i oczywistego, o czym ludzie powinni zawsze pamiętać przekazując coś potomnym. Narysowali mapę Szamballi. Starodawne rękopisy Bönu opisywały dawna tradycję tego tajemniczego kraju, w którym żyją ludzie równi bogom i Wielcy Nauczyciele (Naacalowie). Tradycja ta liczy wiele podeszłych w mgłę zapomnienia tysiącleci, których nikt jeszcze nie próbował nawet policzyć… Nie było w tym nic niezwykłego. Najważniejszym było ustalenie miejsca i czasu, choćby tylko proksymalnie, w których Szamballa istniała. Byli przekonani o tym, że tylko oni, tj. Bön zna tajemnicę tej krainy, a buddyści jedynie kanonizowali to, o czym już dawno wiedzieli wyznawcy i mędrcy Bönu.

Kilkumiesięczny, natężony do granic możliwości trud przeznaczono na to, by opracować mapę świętej krainy. Mapa ta nie przypominała w niczym naszych współczesnych map – nie było na niej południków i równoleżników, długości i szerokości geograficznych, znanych nam gór i rzek… Dziwna mapa, na której rzeczywistość mieszała się z mitem, choć jej autorzy znali już nasz świat, jednak daleko gorzej, niż ten legendarny. Mapę tą opublikowano dzięki pomocy Lokesha Chandry. Pierwsi zwrócili na nią uwagę radzieccy znawcy Wschodu – L. N. Gumilew i B. I. Kuzniecow, którzy skorelowali mapę Szamballi z współczesnymi mapami świata.[4] Powiadomili oni o tym rimpochego i tak nawiązała się pomiędzy nimi korespondencja. Ale to zdarzyło się o wiele później, wcześniej na pogórzu Himalajów powstał nowy klasztor Bönu, ku któremu zmierzali tybetańscy uciekinierzy, którzy otrzymali ziemię od indyjskiego rządu.

Wraz z rimpoche siedzieliśmy w jego klasztornych apartamentach – słowo „apartamenty” jest w tym przypadku eufemizmem, biorąc pod uwagę skromne wnętrze jego pokoju. Siedzieliśmy przy niziutkim stoliku, na którym leżała mapa Szamballi – ta narysowana przed laty w garażu Lokesha Chandry, kiedy był on jeszcze młodym przeorem klasztoru Bönu.

Poza tą mapą leżała tam jeszcze jedna, na której znajdował się plan jej stolicy – Kalapy.
- W jednym z naszych manuskryptów – mówił rimpoche Tenzing – znajduje się opis tego, jak powstał Wszechświat, jak powstali ludzie i jak powstała święta Szamballa. Uczeni, zwłaszcza europejscy plącza się w relacjach na temat jej lokalizacji. Niektórzy umieszczają ja w Iranie, ale nie zgodził się z nimi sir Aurell Stein, który twierdzi, że znajduje się ona w górach śnieżnego Kajłasu (Kailasu).
- A skąd znacie rimpoche, sir Aurella Steina? – zapytałam.
Uśmiechnął się.
- Wy europejscy uczeni – rzekł – nie chcecie zrozumiale pokazać naszego dawnego dziedzictwa. Wydaje się wam ono głupie i fantastyczne. Nie wgłębiacie się w nie, bo nie uznajecie go za godnego dogłębniejszego zbadania. My zaś interesujemy się wszystkimi waszymi dokonaniami. Chcemy bowiem was zrozumieć, poznać metody waszego myślenia naukowego, w celu opanowania go. Chcemy wam opowiedzieć o naszych tajemnicach waszym językiem pojęć. Dlatego też znam prace europejskich uczonych, którzy zajmowali się tymi problemami, w tym także wielkiego archeologa sir Aurella Steina. Powinniście pracować razem z nami, ale jedynie jednostki wychodzą nam naprzeciw. Czy słyszeliście o takich ludziach jak George (Jurij) Roerich i jego ojcu?
- Co?! – wykrzyknęłam – znaliście Jurija Roericha???
Rimpoche Tenzing roześmiał się widząc nieoczekiwany efekt swych słów.
- Pani reakcja – odparł – świadczy o tym, że też go pani dobrze zna. Był on jednym z pierwszych, który wyszedł nam naprzeciw, tak jak Csoma de Deresz, węgierski uczony, który pierwszy opracował zasady gramatyki języka tybetańskiego oraz kilku innych. Nasze życie ma tu także drugą stronę. Skończyła się nasza izolacja od reszty świata. Weszliśmy z nim w kontakt darując w zamian nasze rękopisy i mądrość. Weźcie je! Znajdźmy wspólny język i starajmy się porozumieć. Nie nazywajcie nas fantastami i opowiadaczami bajek!

Rimpoche pochylił się nad mapą i jego palec zatrzymał się na górze Kajłas i jeziorze Manasartowar, z którego zaczyna swój bieg Brahmaputra. Potem przesunął swym palcem w kierunku Mt. Everestu i jeziora Namche, zatrzymując go na grani Tang-la. Napisy na mapie były tybetańskie, więc początkowo rimpoche czytał mi je, a potem tylko objaśniał niektóre geograficzne nazwy.

Długo siedzieliśmy nad mapą rozmawiając i dyskutując. […] Na pierwszej mapie zobrazowano w przybliżeniu i niezbyt dokładnie rejon położony pomiędzy zachodnią częścią indyjskich Himalajów, Lhassą a Transhimalajami. Wyjaśniło się, że dawno temu, na tym terytorium znajdowało się państwo Szan-Szun podzielone na trzy części. Centralną część nazywano Szan-Szun Bu, pośrednią – Szan-Szun Par, zaś zewnętrzna nosiła nazwę Szan-Szun Go. Rimpoche Tenzing twierdził, że Szan-Szun Go zajmowała terytorium na pn-wsch od Kajłasu do klasztoru Bön o nazwie Czun-Po. Szan-Szun Par rozciągała się na zachód od Kajłasu i dochodziła do Afganistanu, natomiast Szan-Szun Bu była święta i błogosławioną Oł-mo-łun-rin, czyli Szamballą właśnie.

Rimpoche z jakiegoś nieznanego mi powodu zmienił temat i zaczął opowiadać o świętych miejscach wyznawców kultu Bön. Od Kajłasu, opodal którego stoi klasztor Czun-Łun należy iść na wschód do świętego jeziora Namche. Tam jest śnieżna grań Tang-La, która swym kształtem przypomina krater ogromnego wulkanu. Na szczytach tych zamieszkuje groźny górski bóg – Tang-La. Dosiada on białego konia, który nazywa się Lun-Po. Na środku jeziora stoi wysoka góra ze śnieżnym szczytem zwana Nam-co-to-rin (dosł. Serce Jeziora).

We wnętrzu tej góry znajduje się wiele jaskiń połączonych ze sobą skalnymi korytarzami. Nie można do nich wejść, bowiem strzeżone są przez tych, którym je powierzono. Wielu mędrców Bönu w nich przebywało, tam trawili czas na medytacjach i dlatego dla wyznawców Bönu i szanszuńskich mędrców jest to miejsce święte.

Potem rimpoche opowiedział o górze Tan-Ho na której mieszka zupełnie dziki bóg górski. Bożek ten jeździ na jaku i nikogo się nie boi. Nie zląkł się on nawet samego Padmasambhawy, który pokonał wszystkich górskich bogów i pozostał niepokonanym. Rimpoche zamilkł i spojrzał na mnie.

Na drodze do Wieży Tajemnic

- A teraz – rimpoche przerwał przedłużające się milczenie – spróbujemy zorientować się nieco na tej mapie Szan-Szun Bu. O, tutaj – rzekł wskazując palcem na rysunek – rośnie drzewo o czerwonych kwiatach, a nazywa się Pe-mi-dum-po i jest jednym ze znaków bliskości tajemniczej krainy. Pomiędzy nim a tymi skałami znajduje się duże jezioro. Na rysunku go nie było, widocznie rysownik był niewprawny. Gdy rysowaliśmy tą mapę w garażu Lokesha Chandry to nie mieliśmy dobrego rysownika, dlatego nie naniesiono tego jeziora, bo nie mieściło się na rysunku. A tutaj – palec rimpoche przesunął się od drzewa na północ, w kierunku schematycznie narysowanych gór – jest przejście. Przez to przejście nasz nauczyciel Shenrab szedł z tajnego państwa do Tybetu drogą biegnącą na zachód. Miejsce w którym stoi to drzewo i wznoszą się te skały nazywa się Me-Lha. Tamże mieszka groźny bóg ognia – Me…

Wyminęliśmy Me-Lha, gdzie spod ziemi wyrywały się języki płomieni i po sforsowaniu śnieżnej przełęczy zagłębiliśmy się w Tajemniczy Kraj. Krok po kroku, idąc w kierunku północno-zachodnim zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie stała Centralna Wieża. Przemierzyliśmy Kosmiczny Ogród i Ogrót Lotosów w którym na niebieskich wodach stawów o marmurowych brzegach kwitły lotosy wszystkich odmian i gatunków – od różowych do fioletowych. Stanęliśmy przy kolumnach wznoszących się w bezdenne niebo. Wykonano je z monolitycznych bloków kryształu górskiego[5], a ich przeźroczyste płaszczyzny pokrywało jakieś pismo.
- Czy to szanszun? – zapytałam rimpoche.
- Tak – potwierdził – to szanszun, dawny język bogów, pismo dawno już zapomniane…[6] Uchroniło się ono tylko na tych kolumnach.

Porzuciliśmy kryształowe kolumny i poszliśmy przez kilka ogrodów – był więc Ogród Królewski, Miedziany, Złoty… A potem pałace wkomponowane w skały i wodospady. Nad wygiętymi i wielopoziomowymi dachami płynęły obłoki. Za pałacami, gdzieś przy bliskim horyzoncie stały potężne szczyty gór. Każdy pałac miał swą nazwę: Pałac Szczęścia, Pałac Kosztowności, itd., nie wchodziliśmy do nich – spieszyliśmy się do Wieży, która wypiętrzała się przed nami zbudowana z wielkich bloków skalnych.

Stanęliśmy przed nią. Patrzyła na nas oczami szerokich okien w kamiennych ścianach.
- Ta Wieża, to coś najważniejszego na naszej planecie – rzekł rimpoche – liczy ona wiele setek tysiącleci, a kto wie, czy i nie milion lat… W tej wieży jest ukrywana Tajemnica. Tylko wielcy mędrcy Bönu – siddhowie mogli wchodzić do niej, a i to ci nieliczni. Nie mam odwagi zrobić tego z panią.
- Szkoda – pomyślałam – być tak blisko największej tajemnicy planety i odejść z niczym…
- Szkoda, wielka szkoda – powtórzył za mną rimpoche – ale na wszystko przyjdzie czas. Musimy już wracać.

Znów udaliśmy się w kierunku skał i kwitnącego drzewa, a potem weszliśmy na drogę do Tybetu. Następnie wpadliśmy do hinduskich Himalajów, do Simli, Solanu, a stąd do wsi Dolanji, skąd powróciliśmy do klasztoru Bönu i gabinetu jego przeora. Potem rimpoche Tenzing zaprowadził mnie do pokoju z wysokim sufitem i długimi, drewnianymi regałami biegnącymi wzdłuż bielonych ścian. Leżały na nich sterty książek, zarówno zwykłych jak i tybetańskich wydrukowanych zwykłą techniką na zwykłym papierze. Powstały one dzięki wydatnej pomocy Lokesha Chandry. Nakłady ich były niewielkie, najwyżej kilkaset egzemplarzy. Rimpoche podchodził do półki, wyjmował i wkładał książki…
- Udało się nam – mówił – opublikować ponad setkę manuskryptów, które znajdowały się w różnych klasztorach Tybetu. Mało kto o nich w ogóle wiedział. Literatura Bönu jest bardzo bogata, ale w naszych klasztorach bardzo niechętnie przyjmowano cudzoziemskich uczonych i równie niechętnie udostępniano im nasze pisma, które chroniono przed niepowołanymi oczami. No, ale teraz nastały nowe czasy i posyłamy nasze pisma uczonym zajmującym się Tybetem.

W leżących na półkach publikacjach znajdowały się traktaty astronomiczne, astrologiczne, medyczne, tantryczne, rytualne, historyczne czy kanoniczne dotyczące życia klasztornego. Osobne miejsce poświęcono wielkim magom i lamom Bönu. Samemu życiorysowi i dokonaniom założyciela Bönu, nauczyciela Shenraba było poświęcone dziesiątki książek.

Tutaj na stronicach tych książek żył cały świat dawnej kultury tybetu, zagadkowy i niezbadany. Świat czekający na swego odkrywcę…[7]

Siedziałam na stopieńkach i rozmyślałam o Bönie. Chciałam wreszcie zrozumieć, co to właściwie takiego. Tutaj w Dolanji zetknęłam się z tzw. zreformowanym Bönem – tym, który poniósł porażkę w wielokrotnej rywalizacji z buddyzmem. Niewiele z niego zostało – kilka klasztorów, garstka wyznawców, trochę ksiąg… A jak było wcześniej?

Wcześniej były czary, podległość siłom Przyrody, skomlenie szamanów.
- Bön – pisał J. M. Roerich – to konglomerat szamanizmu i religii pn-zach Indii. Ten kult Przyrody pochodzi z indoeuropejskiego pnia kulturowego, albo jak mi się wydaje z protoaryjskiego. Jednak jeszcze niczego nie można powiedzieć o tym pewnego.

Przedaryjski krąg kulturowy jest bardzo stary, i to właśnie umożliwiło przeżycie Bönowi. Krąg ten powstał gdzieś w zaraniu istnienia Ludzkości, w ogniu szamańskich ognisk, pierwszych petroglifach, pierwotnych świątyniach, których ołtarze zrobiono z grubo ciosanych menhirów. Ta protoreligia posłużyła za fundament wszystkim innym religiom – także buddyzmowi. Bön – ten nie zreformowany – także się na niej oparł, ale znacznie wcześniej niż buddyzm. Tak, jak istniał klasztor w Dolandji na szczycie góry, oddzielony od wioski leżącej u jej podnóża.

Tutaj obchodzili swe święta, kłaniali się swym duchom i czcili swych przodków. A na nizinie żyły swym życiem legendy o mądrych magach, Wielkiej Matce Ziemi i białym koniu Łun-Ta, na siodle którego siedzi tajemnicze Przeznaczenie. […]

Wyjeżdżałam z Dolandji i w mojej torbie podróżnej leżała mapa Tajemniczej Krainy wraz z kilkoma kolorowymi karteczkami z Białym Koniem Szczęścia Łun-Ta.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©    


[1] Dr Ludmiła Szaposznikowa doktor nauk historycznych, członek Związku Pisarzy ZSRR, laureatka Międzynarodowej Nagrody im. Javarharla Nehru, autorka szeregu prac poświęconych Indiom.
[2] Agharta, Shangri-La, Kraina d’Bus, Kraina Üi lub Ui.
[3] Przeor klasztoru lamaickiego.
[4] Zastosowano tutaj podobną metodę korelacji map do metody Charlesa Hapgooda, który użył jej do rozpracowania map zawartych w tureckiej księdze „Bayhire” autorstwa Piri Reisa.
[5] Jedna z postaci czystej krzemionki, dwutlenku krzemu – SiO2.
[6] U A. F. Ossendowskiego pismo to nazywa się „waten”.
[7] Opuszczono tutaj rozdział opisujący życie klasztorne, który nie wnosi niczego do sprawy Agharty.