Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lizzardman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lizzardman. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2013

TAJEMNICA RZEKI PAD


- Czy nie uważa pan, że pierwszym celem istot podwodnych byłoby opanowanie lądów? - ot, choćby w skafandrach wypełnionych wodą?...
Stanisław Lem – „Niezwyciężony”



Ten materiał nie powstałby wcale, gdyby nie moja znajomość z włoskim ufologiem i bibliotekarzem Uniwersytetu w Mediolanie Alfredo Lissonim z Peschiera Borromeo oraz dr Sebastiano di Gennaro z Sta. Maria Maddalena di Rovigo, który jest szefem grupy ufologicznej USAC Centro di Studi Ufologico.

Mottem dla tego rozdziału jest cytat z „Niezwyciężonego” Stanisława Lema. Jest on o tyle na miejscu, że stawia niezwykle ważkie pytanie dla naszego problemu: co zrobiłyby hipotetyczne istoty podwodne, gdyby istniały na Ziemi i stanowiły alternatywną do naszej, cywilizację na naszej planecie? Odpowiedź na to pytanie leży być może nad brzegami Padu czyli Po - najdłuższej rzeki Italii.



Dziwne ślady na piasku



O co tu chodzi? Otóż w latach 1987-1990, włoscy badacze stanęli w obliczu niezwykłej zagadki. Rybacy, plażowicze, farmerzy i mieszkańcy miejscowości w dolnym biegu rzeki Po znajdywali na jej piaszczystych brzegach i łachach dziwne ślady upłetwionych stóp o długości 45-60 cm, pozostawionych jakby przez duże zwierzęta (???) przypominające wyglądem jaszczury. Czyżby były to jakieś reperkusje rodem z „Parku jurajskiego” Stevena Spielberga i Michela Crightona? Być może, ale wtedy jeszcze nie śnił im się scenariusz tego filmu, a zatem co to było?

Badania włoskich ufologów wykazały, że nie mogły to być ślady dinozaurów, a to z tego prostego powodu, że ślad dinozaura nie mógłby być radioaktywnym... Niewiele tego było, bo zaledwie 10-15 μR/h ponad promieniowanie naturalnego tła Ziemi, ale zawsze. I nie da się tego wytłumaczyć jedynie efektem skażenia powstałego w wyniku eksplozji w Czarnobylskiej EJ w kwietniu 1986 roku i opadu promieniotwórczego powstałego w jej wyniku. Zresztą dziwnym byłoby, gdyby ślady powstawały tylko tam, gdzie znajdowały się „gorące plamy” poczarnobylskiego fall-out’u... - nieprawdaż?

I Alfredo Lissoni i dr Sebastiano di Gennaro są zdania, że były to ślady pozostawione przez „ludzi-jaszczury” - zwanych z angielska „lizzardmen”, którzy penetrują Ziemią przy pomocy pojazdów znanych u nas jako UFO i USO...

Przyznaję się bez bicia - myśl nie pozbawiona uroku. O ile dobrze pamiętam, to po raz pierwszy o rozumnych jaszczurach pisał czeski pisarz Karel Čapek w katastroficznej powieści pt. „Inwazja jaszczurów” („Valká s mlaků), gdzie rozumne gady opanowują Ziemię. Podobne pomysły mieli realizatorzy filmu science-fiction pt. „Z jak Zwycięstwo” i jeszcze kilku innych utworów tego typu. Kanadyjscy - a potem także i amerykańscy uczeni - stworzyli model „rozwojowy” rozumnego dinozaura - Dinozauroida - który   e w e n t u a l n i e   mógłby zastąpić Homo sapiens sapiens na Ziemi...



Nie tylko we Włoszech...


Owe hipotetyczne Dinozauroidy pokazywały się także na bagnach Florydy, Luizjany i Georgii w Stanach Zjednoczonych. Wszędzie tam znajdowano dziwne ślady podobne do tych, które znajdowano we Włoszech. Ale czy   t y l k o   hipotetyczne Dinozauroidy mogłyby ewentualnie pozostawiać takie ślady? Oczywiście nie - bo wystarczy człowiek, który włożyłby na stopy odpowiednio ukształtowane płetwy i mamy ślady Dinozauroida jak się patrzy! Proszę zwrócić uwagę na to,  g d z i e   te ślady znajdowano poza Italią. Były to południowe i wschodnie wybrzeża USA - czyli dokładnie tam, gdzie operowały radzieckie midgety z Kuby, a ponadto statki i motorówki oraz inne „drobnoustroje” karteli narkotykowych z Calí i Medellin w Kolumbii.

Czy kartele narkotykowe mogły współpracować z radzieckimi służbami specjalnymi w rodzaju GRU czy KGB? Ależ oczywiście! Wszak kartele miały interesy zbieżne z tymi dwoma instytucjami, a jak dowodzi Afera Iran-Contras płk CIA Olivera „Ollie” Northa zyski z handlu z kartelami narkotykowymi czerpała także Ameryka. Business is business, keep it well - time’s money and money’s freedom - jak mawiają Amerykanie. W sytuacji panującej w Ameryce Południowej i Środkowej w warunkach mega-korupcji i totalnej hiper-biurokracji możliwy jest każdy przekręt i każda nielegalna machinacja finansowa - kwestią jest tylko pytanie: ile i za ile? Oporni szybko - wedle amerykańskiego powiedzenia - push up the daisies... - czyli mówiąc po polsku - wąchają kwiatki od spodu... Niemal tak samo, jak u nas. No cóż, wedle stawu grobla - CIA wiedziała o radzieckiej i kubańskiej działalności wspierającej kartele kolumbijskie, ale sama miała z tego konkretne korzyści, więc nie interweniowała. Z kolei DEA i FBI były zainteresowane w tym, by narkotykowa ruletka kręciła się na Karaibach, bo to uzasadniało ogromne subwencje finansowe, które rząd USA przeznaczał na walkę z plagą narkomanii.

Kartele narkotykowe to mafia, a gdzie mafia tam polityka. Faktu tego w Polsce nie dostrzegano, nie chciano dostrzec i zrobiono wszystko, by go nie dostrzegać w latach 1989-1998, dopiero zuchwałe i bezczelne zabójstwo Komendanta Głównego Policji gen. Marka Papały otworzyło oczy polskim politykom na problem przestępczości zorganizowanej w kraju. Politycy zdali sobie sprawę z tego, że następnym kandydatem do oberwania kulką w głowę mogą być oni sami. Opamiętanie z tej euro-euforii, na fali której doprowadzono do kilku wyjątkowo głupich posunięć - m.in. zniesienie kary śmierci i złagodzenie kodeksu karnego - przyszło niestety zbyt późno. Kolejne polskie rządy i parlamenty ogłupione skutecznie proeuropejskim kursem wytkniętym przez krótkowzrocznych i pazernych polityków z tzw. „demokratycznej opozycji”, co do których idealnie pasuje określenie NSZZ - Nareszcie Sami Zostaniemy Złodziejami, boją się podjąć skutecznych kroków w walce ze strukturami przestępczości zorganizowanej w Polsce. Jedynym środkiem odstraszającym jest nie tyle wprowadzenie kary śmierci, ale   p o z b a w i e n i e   wszelkich korzyści płynących z podjęcia i prowadzenia przestępczego procederu delikwenta i jego rodziny oraz tych, z którymi delikwent był powiązany w trakcie swej przestępczej działalności. Ale na to trzeba odwagi. No i czystych rąk w rządzie i parlamencie. Dlatego też wszystkie te rady pozostają w sferze pobożnych życzeń...



„Lizzardmen” versus mafia?...


A co z odkryciami w dolinie Padu? - zapyta ktoś. Jeżeli za tymi dziwnymi śladami stoi mafia, camorra, Cosa Nostra, ‘Ndrangheta czy jeszcze coś innego plus radzieckie i amerykańskie spec-służby, to sprawa staje się absolutnie jasna - wszystko to jest jedną wielką mistyfikacją, boż nie ma lepszego sposobu na ukrycie sekretu, niż przykrycie go jeszcze większą tajemnicą, a zatem dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku incydentu nad Maury Island czy w Roswell...

Tak samo, jak było w Saint George Triangle na akwenie Zatoki Meksykańskiej. Ginęły tam jachty, łodzie i inna „drobnica”, które to zniknięcia zwalano na rozpościerający się w pobliżu Trójkąt Bermudzki. Dzięki wzmożonej aktywności CIA, FBI, DEA i USCG z jednej strony, a meksykańskimi Federales[1] z drugiej, udało się ustalić, że tajemnicze zniknięcia mają związek z działalnością narkotykowych karteli z Ameryki Środkowej i Południowej. Kartele te opanowały wkrótce całe Karaiby i Trójkąt Bermudzki oraz komunistyczną Kubę, na co dowodem miał być proces gen. Arnaldo Ochoa Sancheza zwanego procesem 8A. Tego ostatniego oskarżono o współpracę z Kartelem Medellin, osadzono i stracono. A może chodziło tak naprawdę o to, że generał wiedział za dużo na temat powiązań kubańskiego rządu - a właściwie DGI[2] i jego kremlowskich mocodawców - z kartelami narkotykowymi Kolumbii i innych bananowych (a może raczej kokainowych) republik?

We Włoszech sytuacja wyglądała podobnie - skorumpowani politycy, słaba policja, chore promafijne prawo i spenetrowanie kraju przez sowieckie służby specjalne, działające dzięki silnej Włoskiej Partii Komunistycznej, lewaccy terroryści spod znaku Brigade Rosso z jednej strony i faszystowskie bojówki z drugiej. Jednym słowem kraj, w którym mógłby wyjść każdy taki „numer”, kto chciałby go wykonać.

No bo co to takiego wypalić kilka kręgów w trawie palnikami acetylenowymi, spopielić zwłoki kota, odcisnąć kilka płetwiastych śladów w piasku plaży czy na gliniastym brzegu i posypać je lekko radioaktywnym proszkiem, który można łatwo nabyć u pracowników elektrowni jądrowych, a potem dać w łapę ubogim rybakom czy mieszkańcom nadrzecznych slumsów kilka tysięcy lirów (czy teraz euro), by rozpowiadali niestworzone historie o UFO i USO w Padzie... I niech całe przedsięwzięcie kosztuje mafię 1.000 USD, to na takiej „maskirowce” zarobi ona kilkaset tysięcy marek czy dolarów. Mafiosi nie są tępymi durniami, jakich zrobili z nich reżyserzy włoskich i amerykańskich filmów sensacyjno-kryminalnych. To są ludzie myślący perspektywicznie - a to jest cecha, której brakuje polskim politykom, dla których jedynym celem politycznym jest dorwanie się do koryta i „nachapanie” się ile wlezie - oni myślą w kategoriach globalnych i dzięki temu potrafią „chapać” przez całe dziesięciolecia... Wiedzą zatem, że informacje od rybaków dotrą wkrótce do ufologów i uczonych, którzy z kolei podniosą rwetes w mediach. Potem sprawą zajmie się SISCI oraz SISMI[3] i służby wywiadowcze NATO. I o to właśnie chodzi. Wszyscy będą tropili Dinozauroidów, część będzie pro, większość contra, a tymczasem do Włoch - które stanowią „miękkie podbrzusze” Unii Europejskiej - będą napływały tony narkotyków, nielegalnych imigrantów z Europy Wschodniej, Azji i Afryki i Bóg jeden wie, co tam jeszcze.

Smutne to i niesmaczne zarazem, że ufologię i kryptozoologię, te dwie największe przygody naszego czasu sprostytuowano do   t a k i c h   celów... 

Dlatego właśnie żywię głęboki wstręt do polityki i polityków, a szczególnie tych, którzy obiecują „głębokie” i „skuteczne” reformy, a potem okazuje się, że miały one na celu jedynie podreperowanie kont bankowych tychże polityków. Tak samo, jak nie wierzę w żadne programy rządowe niekonwencjonalnych badań, którymi kierują naukowcy, a szczególnie akademicy. To jest dokładnie taki sam szwindel, jak obietnice przedwyborcze liderów różnych partii i partyjek...



Andrzej Lepper i „la piovra”



Sprawa Andrzeja Leppera, człowieka, który wprost powiedział w Sejmie to, o czym ludzie szeptali po kątach, sprawiła wiele hałasu i stała się sensacją dnia. Jednakże szybko znikła z łamów prasy, kiedy zaczęto doszukiwać się jakiegoś racjonalnego jądra w tych - rzekomo paranoicznych - wypowiedziach ex-wicemarszałka Sejmu... Czyżby jednak miał on rację twierdząc, że polscy gangsterzy współpracowali z Usamą ben-Ladenem i jego al-Quaedą? Każdy polski polityk na fali lizusowskiego proamerykańskiego i proeuropejskiego uniesienia zaraz krzyknie, że to potwarz! Ale powoli, powoli...

W 1994 roku, polskie służby celne zatrzymały na polsko-białoruskiej granicy trzy super-transporty po 2.500 kg haszyszu każdy. Ekspertyza wykazała, że był to afgański haszysz (tzw. czarny). Nie muszę chyba przypominać o tym, że trasa z Afganistanu biegnie przez kraje byłego ZSRR. Jakoś nie słyszałem, by znaleziono adresata tej przesyłki w III Najjaśniejszej, bo musiał on stać bardzo, ale to bardzo wysoko  w hierarchii państwowej, że w końcu ukręcono łeb całej sprawie...

Patrząc na to wszystko z tej perspektywy, wcale nie dziwią mnie oskarżenia rzucane przez posła Leppera, bo idę o zakład, że hasz szedł przez Polskę i dalej na Zachód, a pieniądze z jego sprzedaży były transferowane drobnymi sumami do osób prywatnych w Iranie, Iraku, Palestynie, Pakistanie, Afganistanie, Omanie, ZEA, Malezji, Indonezji, Arabii Saudyjskiej, Jemenu i innych krajach arabskich oraz krajach byłej SFRJ, byłego ZSRR, Bułgarii i Turcji... - skąd z powrotem - już dokładnie „wyprane” szły na konta amerykańskich i zachodnioeuropejskich ekspozytur al-Quaedy. Mechanizm prosty i nadzwyczaj skuteczny, któremu nie podołają nawet najlepsze komputery bankowe USA i UE. Dzięki chciwości i głupocie, cywilizacja kupczyków i dealerów - jak mawia Piotr Listkiewicz - sama sobie ukręciła powróz na szyję w postaci la piovry - ośmiornicy w ciele nawet nie mafii, ale najskuteczniejszej organizacji terrorystycznej od czasów Starca z Gór - al-Kaidy. A początki jej działalności w Europie lokują się mniej więcej w czasie, kiedy na włoskich brzegach pojawiły się ślady dziwnych Dinozauroidów...

Dlatego nie potępię Andrzeja Leppera, bo chociaż część jego oskarżeń jest kuriozalna, to jednak w wielu przypadkach ma on rację. Ale przegra, bo po pierwsze: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, a po drugie: w Polsce nie ma nieprzekupnych sędziów i prokuratorów, a że każdy chce żyć, więc prawdy o jego oskarżeniach nie dowiemy się za naszego życia...  


* * *


No i niestety miałem rację – Andrzej Lepper został zamordowany przez „seryjnego samobójcę” w dniu 4.VIII.2011 roku. Ta tajemnicza śmierć może być w bardzo bliskim związku z tym, co głosił za życia. Komuś bardzo na tym zależało, by go uciszyć. A przecież śmiano się z niego i jego opowieści o Talibach w Klewkach. No i okazało się, że w Polsce jednak były tajne więzienia CIA. I parę innych rzeczy też.

Mafia (w sensie ugrupowań przestępczo-politycznych) jak na razie ma się doskonale i coraz lepiej. Wprawdzie Włosi wypowiedzieli jej wojnę, ale jak na razie z mizernymi efektami. Za kościelną mafię, która rozbuchała sięga rządów Jana PawłaII, zabiera się aktualny papież Franciszek. Niestety, nie rokuję mu powodzenia, bowiem niewiele wskóra wskutek oporu w łonie Kościoła katolickiego ze strony zdeprawowanych kardynałów i biskupów, a może skończyć jak Jan Paweł I – od kuli zamachowca czy przedawkowania leków. Finanse były zawsze newralgicznym punktem Kościoła…

Co do Dinozauroidów znad rzeki Pad, sprawa jakoś dziwnie przycichła i czasami jest wzmiankowana gdzieś w kuluarach zjazdów ufologicznych czy krypto zoologicznych. Czego to dowodzi? – ano tego, że była to jedynie sensacja dnia, która szybko przemija...   




[1] Popularna nazwa meksykańskiej policji federalnej stanowiącej odpowiednik amerykańskiej FBI.
[2] Kubański odpowiednik radzieckiego KGB.
[3] SISCI - włoski wywiad cywilny, SISMI - włoski wywiad wojskowy.

sobota, 22 października 2011

PEWNEGO PIĘKNEGO POPOŁUDNIA...









Jerzy Strzeja 

Pięknego popołudnia, latem 2000 r. wyruszyłem na poszukiwanie skamielin w nieczynnym kamieniołomie z okresu triasu datowanego na 213 – 248 mln. lat. Odwiedzam te kamieniołomy regularnie od kilku lat i chociaż są już od wielu lat nieczynne ciągle potrafią zaskoczyć jakimś cackiem. Wielokrotnie znajdowałem tam różne okazy triasowej fauny morskiej. Jednak często się zdarza, że okaz jest już mocno zerodowany. Niemniej zgromadziłem niezłą kolekcję, na którą składają się małże, liliowce, korale, fragmenty kości. Zdarza się, że znajduje się kompletne kręgi i żebra, prawdopodobnie plezjozaurów,  zdarzają  się ślady żerowania. Jak przystało na amatora mam wzrok wyostrzony na wszystkie możliwe formy. Gdy „odkryłem” te kamieniołomy kompletnie nie wiedziałem czego się można spodziewać. Wtedy byłem z geologii i paleontologii zupełnie zielony. Jednak parę lat praktyki eksploratorskiej spowodowały, że idąc na poszukiwania wiem z grubsza czego się można spodziewać. Tym razem jednak było inaczej. Wśród osuwiska kamieni znalazłem okaz z wyraźnym wgłębieniem śladu stopy człowieka. No, tak to przynajmniej wyglądało, choć nie powinno. Byłem przecież w kamieniołomie TRIASOWYM, a wtedy obecność człowieka była co najmniej nie na miejscu...

Złapałem za krawędź i podniosłem. „Ciężkie” – pomyślałem i uzupełniłem to spostrzeżenie paroma kwiatkami, które do druku się nie nadają. Tu wyjaśnienie: standardowo chodzę na poszukiwania bez młotka i dłuta. Doświadczenie nauczyło mnie, że nie warto. Natura deszczem bardzo ładnie preparuje okazy. Trzeba tylko brać „fant” we właściwym momencie. Skała wapienna jest bardzo wrażliwa na deszcz który wypłukuje okazy i mróz, który rozsadza strukturę skały odkrywając nowe jej tajemnice lub niszcząc nieodwracalnie ślady przeszłości. Gdy znajdzie się okaz na właściwym etapie obróbki mamy sukces. Młotek i dłuto biorę tylko wtedy, gdy wiem, że czeka na mnie okaz ukryty podczas poprzedniej wyprawy, na którym „coś” jest. Jednak ta skała była zbyt ciężka i trzeba to „coś” odkuć. Zawsze robię to z duszą na ramieniu bo nie trzeba wiele by piękny okaz diabli wzięli. Teraz miałem właśnie taki problem. Ten okaz wymagał radykalnego „odchudzenia”. Nawet nie usiłowałem go dźwignąć, tylko zarzucając bokami zataszczyłem w krzaki.

Kamieniołom służy miejscowej ludności za darmowy podręczny magazyn kamieni do ogródków skalnych. Szkoda by było, gdyby moje nowe „coś” zostało nieopatrznie pokawałkowane do przydomowego skalniaka. Zabrałem rower i pojechałem do domu. Postanowiłem, że ten „fant” czymkolwiek jest będzie ozdobą mojej kolekcji. Wracającego zobaczył mnie sąsiad. „Co tam nowego?” zagadnął. (Sąsiad wie o moim hobby.) „Ach” – stwierdziłem z możliwie beztroskim uśmiechem – „trafiła mi się noga człowieka w kamolu”. Myślę, że taką minę jak sąsiad, miał Niewierny Tomasz, gdy mu gadali o zmartwychwstaniu. „No to dalej, na co liczysz, dawaj po niego!” podjudził mnie do czynu. Był już wieczór i korciło mnie aby to „coś” wydobyć nazajutrz, jednak jego kpiący wzrok podziałał na mnie jak płachta na byka. „Dobra, za jakieś dwie godziny będę z powrotem.” Wziąłem plecak, sprzęt i zostawiłem go z jego wątpliwościami. Po przyjeździe na miejsce wytargałem kamol z krzaków i obejrzawszy go dokładnie zacząłem skuwać co zbędne. Skały w tym kamieniołomie bywają różnej twardości. Od takich, co można rzeźbić scyzorykiem, po takie co można je tłuc młotkiem ile wlezie, a one tylko dzwonią. Ta właśnie dzwoniła. Dobrze. jeśli idzie jakieś większe pęknięcie i można przewidzieć, co odpadnie. Ograniczyłem kucie do takiej właśnie linii pęknięcia, bojąc się, że jeden fałszywy ruch rozwali mi to cudo. Stratę jakiejś tam z kolei małży czy kości można zaryzykować, jednak tu miałem coś, co mi się nigdy nie przydarzyło znaleźć. Więc szansę powtórki oceniałem na bliską zeru. Załadowawszy zdobycz na grzbiet wygramoliłem się z kamieniołomu. Jak by nie było plecak załadowany sprzętem turystycznym nosi się wygodniej niż z kamolem o nieregularnym kształcie, a ciężar rośnie wprost proporcjonalnie do przebytej odległości.

Po przyjeździe (rowerem oczywiście) położyłem „fant” na trawniku i przy pomocy węża ogrodowego zmyłem resztki błota. Sąsiad zza płota zauważył te poczynania. Ja z kolei zauważyłem, że dołączył jego brat i obaj są w półdystansie opróżniania kufli z piwkiem. „Hmm..., zobaczymy czy niewielka ilość tego szlachetnego napitku wyostrza, czy przytępia zmysły” – pomyślałem i zaprosiłem obu do zapoznania się z bliska ze znaleziskiem. No cóż, obaj mieli lekki obłęd na obliczu. Wam, Czytelnicy, musi niestety wystarczyć zdjęcie. Szkoda, że nie widzę Waszej reakcji. „Co to jest? Wygląda groźnie!” - stwierdził jeden z nich. „To co widać” – odbiłem bawiąc się ich reakcją. „NO SERIO! CO TO JEST?” – chcieli wiedzieć. Wyłuszczyłem, że podobnie, lecz nie identycznie wyglądają ślady żerowania małży. Jednak małże wyrabiają charakterystyczne esy-floresy i ich ślady nie mają takich ostrych krawędzi. (Gdybym jednak musiał to „logicznie” wytłumaczyć wyszedłbym właśnie od tego). Jednak prawda może być inna.

Znalezisko pokazałem prof. Łukaszowi Karwowskiemu z Wydziału Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego i prof. Andrzejowi Grodzickiemu z Muzeum Geologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Pan Grodzicki był bardzo zainteresowany, zwłaszcza pozyskaniem tego eksponatu do zbiorów swego muzeum. Do jego przekazania nauce kusił mnie 300 letnią tradycją muzeum i wpisaniem mojego nazwiska do historii tego muzeum.

Obaj profesorowie zgodnie uważali, że jest to formacja przypadkiem powstała przy wietrzeniu skały. Być może poprzez nakreślenie przez „złośliwe” małże zarysu tego co widać. Ja zaś nie lubię słuchać o przypadkach. Życie na Ziemi też według uczonych powstało przypadkiem, statystycznie jednak rzecz biorąc jest to prawie niemożliwe, ale jest. Gdy jednak czytam na temat nieprawdopodobieństw przypadkowego powstania struktury DNA najprostszej formy życia szczypię się w różne części ciała nie wierząc (chwilowo) w swą egzystencję. Wprawdzie i moja wstępna diagnoza była podobna, uważam jednak, iż okaz jest na tyle fajny, że warto było pokazać go innym. Jednym z nich  był Robert Leśniakiewicz, który z kolei stwierdził, że to „coś” warto pokazać światu. To jemu zawdzięcza świat widok tych zdjęć. Ja przywykłem do spokoju, o co nie trudno, bez Internetu w domu.

Na koniec apel do wszystkich: patrzcie pod nogi! Czasami warto!

* * *

Oczywiście! Pan Jerzy Strzeja ma całkowitą rację.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy TEN OKAZ, to przyszło mi do głowy tajemnicze zwierzę zwane Chiroterium - dosłownie „zwierzę z rękami”, które jest znane uczonym z warstw Triasu. Rzecz w tym, że nigdy nie udało się znaleźć jego szkieletu, ba! - nawet pojedynczych kości! Tylko ślady i nic ponad ślady.

Ale nie, Chiroterium pozostawiało ślady podobne do odcisków ludzkich dłoni, tyle że obróconych o 180 stopni. Tutaj zaś wygląda to jak odcisk stopy i to ludzkiej. Ludzkie stopy w Triasie?

Niejednokrotnie odkrywano różne dziwne ślady w warstwach skalnych sprzed milionów lat. Najstarsze z nich pochodzą z Prekambru - sprzed jakichś 650 mln lat temu. Dr Miloš Jesenský badał ludzkie ślady sprzed 50-55 mln lat, a zatem z wczesnego Trzeciorzędu. Teraz ten ślad sprzed 230 mln lat... Szkoda tylko, że to coś nadepnęło piętą prawej nogi na ślad palców lewej i nie widać tego, ile palców ma ta stopa: trzy czy pięć? Jeżeli trzy, to ślad należy do gada, zaś jeżeli pięć, to... NB, odniosłem wrażenie, że coś takiego już kiedyś widziałem. Przejrzałem pliki graficzne w pamięci mojego komputera i...
...no i proszę - znalazłem trzy zdjęcia, które dostałem z Włoch, od naszych kolegów-ufologów. Pierwsze i drugie przedstawiają gipsowe odlewy tajemniczych śladów znalezionych przez wieśniaków i rybaków zamieszkałych nad rzeką Pad (Po), wykonane przez włoskich badaczy we wczesnych latach 90. ubiegłego stulecia! Trzecie zdjęcie przedstawia ich samych z rezultatami swych badań - są to dr Sebastiano di Gennaro, Alfredo Lissoni i Vittorio Crosa - wszyscy z Mediolanu. Badali oni doniesienia o lizzardmen widzianych wzdłuż biegu Padu. Ślady zazwyczaj były ostro wyciśnięte w piaskach i iłach rzecznych, a na dodatek lekko radioaktywne! I nader podobne do odcisku stopy znalezionego przez Jerzego Strzeję w jednym z górnośląskich kamieniołomów...

Jakie mogą być implikacje tego odkrycia? Albo mamy do czynienia z odciskiem stopy triasowego gada i oznaczałoby, że jakiś jego daleki potomek pałęta się na brzegach i pławi się w wodach włoskich rzek, karolińskich, florydzkich i georgiańskich bagien oraz kilku innych miejsc na kuli ziemskiej. Jeżeli zaś mamy do czynienia z odciskiem ludzkiej stopy - to oznaczałoby, że rodzaj ludzki jest o wiele starszy, niż to mówią uczeni, lub są to ślady stóp naszych dalekich potomków, którzy podróżując w czasie plażowali sobie na piaskach wybrzeży Oceanu Tetys... - prawdę rzekłszy, to osobiście nie wyobrażam sobie astronauty z innej planety, który biega sobie na bosaka po triasowych piaskach, chociaż oczywiście mogę się mylić. Nie ma mowy o jakichś „złośliwych” małżach, które dzięki swemu kaprysowi ułożyły się akurat w odcisk stopy czy łapy. Prawdopodobieństwo takiego właśnie ustawienia się małży istnieje, ale jest niesłychanie nikłe - prędzej wygrałbym w totka sześć razy pod rząd. Takie - pożal się Boże - „wyjaśnienie”, jakie podali ci uczeni dowodzi braku wyobraźni u tych skądinąd szacownych luminarzy nauki. Nie pierwsze to i nie ostatnie zarazem. Obawa przed losem Beringera paraliżuje u tych ludzi wolę odkrywania Nieznanego i dlatego racjonalistyczna nauka w tej chwili przypomina psa, który drepce w kółko usiłując pochwycić własny ogon...

* * *
       
 Te słowa napisałem na początku I dekady XXI wieku, a życie poszło do przodu. W tej chwili można sobie obejrzeć rekonstrukcję Chiroterium w Muzeum Przyrody i Techniki Ekomuzeum w Starachowicach – vide http://www.ekomuzeum.pl/?t=1 oraz w parkach jurajskich, których w tym kraju jest już 18. Jak się okazuje – jego szczątki znalezione zostały właśnie na terenie Polski – w Górach Świętokrzyskich!

Polska ma swe dinozaury, jak się okazuje, i choć nie tak spektakularne jak na innych kontynentach, to także ciekawych i godnych zobaczenia. Natomiast Włochom i Amerykanom nie udało się pochwycić „lizzardmena” czy „człowieka-jaszczura” znad Padu, co dla mnie stanowi kolejny dowód na prawdziwość hipotezy o związku tych UMH/UMA z przemieszczaniem się w czasie aparatów znanych nam pod pojęciem UFO – a co wyjaśniłem w mej pracy pt. „UFO i Czas” (Tolkmicko 2011).