Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toksyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toksyny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2011

O kłamstwach anty-ekologii - dokończenie



Ignorant nie dostrzega problemu, bo nie wynika on z jego doświadczenia. Głupiec w ogóle nie widzi problemu.
Chris Carter – „Z Archiwum X”



Zakończyłem polemikę z jednym z polskich „uczonych”, dla którego słowo postęp jest skojarzone z pojęciem „ujarzmiania przyrody”, tak bardzo hołubionym i lansowanym przez ortodoksyjnych komunistów. Przykłady tego, do czego oni dążyli mamy wyłożone szczególnie w takich powieściach fantastyczno-futurystycznych, jak np. „Mgławica Andromedy” autorstwa Iwana Jefriemowa. Inną rzeczą jest to, że kiedy Jefriemow pisał swą powieść, tj. pod koniec lat 40. XX wieku, wiedza o środowisku i jego mechanizmach była minimalna i dlatego utopię „ujarzmiania przyrody by służyła człowiekowi” wpisano na trwale w utopię komunizmu. Niestety, tego nasz autor nie jest w stanie zrozumieć i teraz miota się od skrajnego materializmu dialektycznego do ortodoksyjnego, drapieżnego dziewiętnastowiecznego kapitalizmu w efekcie czego wypisuje cały szereg bredni, które są nie do przyjęcia dla normalnie myślącego człowieka. W sumie nie mam do niego o to pretensji – tacy „uczeni” są produktem czasów, w których żyjemy, a osobliwie w Polsce, w której środowisko naukowe stanowi odzwierciedlenie polskiego piekiełka. Tylko ten, kto potrafił się zeń wyrwać, w tej chwili odnosi sukcesy za granicami tego kraju, natomiast pozostały w nim takie właśnie mamuty i dinozaury nauki, które okopały się w swych wieżach mądrości i nie dopuszczają do nich kogokolwiek. Część z nich stanowią prawdziwe miernoty, które uczonymi zostały nie wskutek studiów i pracy naukowej, ale awansu społecznego z – jak to się mówi w Małopolsce – „dziada na pana”. Przykładów na to jest dość. Sztandarowym przykładem jest pewien profesor, który potrafił publicznie zelżyć bezkarnie człowieka tylko dlatego, że był on kloszardem… Taki to kraj i tacy to profesorowie…    

Znany trójmiejski ekolog Marcin S. Wilga tak komentuje pierwszą część wynurzeń pana profesora:

Takich pseudonaukowych opracowań, jak to w wydaniu Twojego oponenta jest wiele. Służą one przede wszystkim wybranym opcjom politycznym oraz grupom biznesu. Do nich należą deweloperzy-cwaniacy, którzy w poszukiwaniu nowych terenów do zabudowy potrafią zniszczyć i środowisko, i krajobraz. A lokalne władze przymykają na to oko. Tak jest w Gdańsku. W planach jest zabudowa strefy pobrzeża Bałtyku wysokościowcami, bo  wg projektantów... tu jest zbyt monotonny krajobraz (?!) . No proszę, ktoś zapatrzył się na plaże w Ameryce Południowej i próbuje małpować poroniony pomysł.
Swego czasu ukazał się naukowy (nie pseudonaukowy) artykuł prezentujący szkodliwość DDT dla środowiska. Otóż wyeliminowanie komarów i innych owadów, których larwy żyją w wodzie, spowodowało katastrofę w rybołówstwie w krajach latynoskich. Narybek ginął z głodu, a ludzie nie mieli co łowić. Inny przykład: DDT powoduje zakłócenia w produkcji substancji tworzących skorupę jaj ptaków (węglan wapnia). Owe skorupy stawały się nazbyt cienkie i samica swoim ciężarem niszczyła lęg. W ten sposób nastąpiła katastrofa w populacji niektórych gatunków awifauny.

Na koniec jeszcze jedno stwierdzenie. Otóż to media zafałszowały znaczenie pojęcia ekologia. Przecież to biologia środowiska i nie ma ona nic wspólnego z jego ochroną. Ochroną zajmuje się sozologia. Ekolog nie zajmuje się zagadnieniami ochrony środowiska, tylko bada wzajemne relacje (współzależności ) pomiędzy różnymi "składnikami" w ekosystemach; np. bada ZALEŻNOŚĆ GRZYBÓW OD SZATY ROŚLINNEJ I ODWROTNIE (=> ekologia grzybów). No cóż, właśnie kłamstwo o właściwym znaczeniu terminu "ekologia", powtarzane wielokrotnie spowodowało, że zwykły obywatel nie potrafi zrozumieć czym różni się ekologia od sozologii. Z prasy dowiadujemy się o takich dziwnych terminach jak: ekologiczne rolnictwo, ekologiczna pralnia, ekologiczne farby. Przecież to bzdura. Jest eko-rolnictwo, Eko-Radio, czyli dziedziny (instytucje) związane ze środowiskiem (czyli "domem", po grecku oicos, stąd polska ojczyzna), ale nie z ekologią. To tak, jakby wmawiać ludziom, że ruchami planet zajmuje się matematyka, a nie astronomia, choć ta ostatnia przecież korzysta z matematyki, tak jak sozologia bazuje na ekologii w zakresie poznania środowiska i relacji pomiędzy wszystkimi lub wybranymi jego komponentami (biotop, biocenoza).

Nic dodać, nic ująć. A najgorsze jest to, że takie idiotyzmy są powielane przez rozmaitych „uczonych”, dla których liczą się tylko pieniądze. Kolejna sprawa jest związana pośrednio z tematyką DDT i innych środków owadobójczych, a ma związek z chorobami trapiącymi głównie Afrykę.

Kolejny fragment listu anonimowego Czytelnika:

Pisał Pan o HIV i prezerwatywach. Piszę trochę o AIDS w swojej książce, oto  fragment:

„Gdybym miał się reinkarnować, chciałbym wrócić jako śmiertelny wirus, by rozwiązać problem przeludnienia.”

Książę Filip, sierpień 1988r.

„Za pięć do dziesięciu lat prawdopodobnie będzie możliwe stworzenie nowego, inwazyjnego mikroorganizmu, zasadniczo różniącego się od wszystkich znanych dotychczas drobnoustrojów chorobotwórczych, a co najważniejsze może być niewrażliwy zarówno na odpowiedź układu immunologicznego, jak i działania terapeutyczne, od których zależy nasza względna odporność na choroby zakaźne.”

Doktor Donald MacArthur mający ważne stanowisko w wydziale biologicznym Departamentu Obrony. Wypowiedź z 9 czerwca 1969, kiedy to przemawiał przed komisją do spraw wojskowych, by wystąpić o dalsze fundusze na badania w zakresie broni biologicznej.

Czytając jego wypowiedź przed oczami staje tylko jeden wirus znany nam obecnie: HIV; i jedna choroba: AIDS.

Były to czasy MKUltra i wielu innych zbrodni, wtedy robiono dosłownie wszystko pod jednym tylko pretekstem, o którym MacArthur też mówił: „Gdyby jakiś wróg tego dokonał, bez wątpienia znaleźlibyśmy się na przegranej pozycji w tej ważnej dziedzinie wojskowej, jako że, nie wdrożyliśmy żadnego adekwatnego programu naukowo-badawczego.”

Dlaczego by nie wytworzyć zatem HIV? W końcu to może być przydatne w walce z wrogiem!

Dokładnie w tym czasie, o którym mówił MacArthur, czyli w latach 1977-1978, w Afryce pojawiły się pierwsze przypadki nabytego zespołu niedoboru odporności, czyli AIDS!

Tak się składa, że w grudniu 1974 r. rząd USA ustanowił redukcję populacji Trzeciego Świata najważniejszą kwestią bezpieczeństwa narodowego, a plan operacji nazwany "Memorandum Analiz Bezpieczeństwa Narodowego 2000" stwierdzał, że zaludnienie trzeciego świata to problem dla globalnych elit. Zajął się tym m.in. Henry Kissinger, który wzywał 13 kluczowych w tej kwestii krajów do depopulacji oraz Kissinger zalecił Światowemu Bankowi udzielanie pożyczek wyłącznie pod warunkiem ustanowienia w tych krajach kontroli populacji, takich jak sterylizacja.

No tak, bo co po w Afryce tylu czarnuchów! Tylko jedzą, są nieproduktywni, i rozmnażają się, a przecież przeludnienie to duży problem! Tak niestety myśli wiele popaprańców na ważnych stanowiskach. Podobne poglądy przejawiają w sprawie homoseksualistów. Kongresman z Nowego Yorku, Theodore Weiss, w 1983 mówił: „biorąc pod uwagę nastawienie niektórych części społeczeństwa do homoseksualizmu i homoseksualistów, należy liczyć się z możliwością zastosowania broni biologicznej”

Co za dziwny zbieg okoliczności, że był to okres początkowy pandemii AIDS. I co za kolejny dziwny zbieg okoliczności, że pierwsze wypadki AIDS głównie dotyczyły homoseksualistów i narkomanów…I dziwnym trafem zbiegło się to z wielką kampanią antyhomoseksualną i rządami teamu Reagan – Bush sn.

Uważa się, że HIV pochodzi od STLV-III (inaczej SIV) odpowiednika HIV u małp. Możliwe, zatem, że HIV stworzono na bazie SIV. Nie da się też wykluczyć wersji, że HIV mógł sam powstać z SIV, po czy został odkryty przez popaprańców pokroju tych z MKUltra i przez nich rozpowszechniony. 4 lipca 1984 indyjskie pismo „Patriot” pisało, że amerykańscy naukowcy poszukiwali w Afryce „potężnego wirusa, niewystępującego w Europie ani Azji”.

Że badania na temat HIV amerykańscy wojskowi prowadzili, wiemy na pewno. W 1987 w czasie debaty na temat powiązań AIDS z Pentagonem, pułkownik David Huxsoll powiedział: „Badania prowadzone w laboratoriach wojskowych wykazały, że wartość wirusa HIV jako aktywnego czynnika broni biologicznej jest znikoma”. A więc były wojskowe badania na temat wykorzystania HIV na polu walki…

Zakażanie Afrykańczyków i homoseksualistów mogło być też wielkim eksperymentem. Na chwilkę przed Reaganem, w 1978 ponad 1000 gejów bez stałych partnerów dzięki staraniom Narodowego Instytutu Ochrony Zdrowia oraz Centrum, Zwalczania Chorób Zakaźnych dostało eksperymentalną szczepionkę do walki z zapaleniem wątroby typu B. I co? W ciągu sześciu lat 64% z nich zapadło na AIDS… W Afryce, rejony gdzie intensywnie szczepiono na ospę, stawały się największymi ogniskami AIDS.

Podobne eksperymenty miały już miejsce. Przed chwilą drogi Czytelniku czytałeś o MKUltra i testowaniu broni biologicznej na Amerykanach. W 1994 wiele na temat takich chorych eksperymentów ujawniła sekretarz Departamentu Energetyki Hazel O'Leary. Jednym z nich było podawanie dzieciom dań Quaker Oat Meal skażonych radioaktywnym plutonem.

We wspomnianym już Tuskegee wydział publicznej „opieki zdrowotnej” prowadził badania nad kiłą na 400 afro-amerykańskich syfilitykach nie podając im leków i ukrywając im, że są zarażeni.

Inne eksperymenty miały miejsce znacznie wcześniej. W 1931 roku w Puerto Rico w ramach eksperymentu prowadzonego przez Instytut tego wspaniałego, dobrodusznego filantropa Rockefellera, zaszczepiono pewnej liczbie Portorykańczyków komórki nowotworowe. Trzynastu nich zmarło. Główny patolog Cornelius Rhoades mówił w tej sprawie, że:

„Portorykańczycy to najbardziej plugawa, leniwa, zdegenerowana i złodziejska rasa ludzka, zamieszkująca kulę ziemską (…). Z całych sił przykładałem się do procesu eksterminacji przez zabicie ośmiu osobników oraz zaszczepienie raka kilku kolejnym. (…) Wszyscy lekarze z upodobaniem dręczyli i torturowali pożałowania godne obiekty badawcze.”

A co, jak tego pokroju świry znalazły się w objęciach CIA i Pentagonu, na kupie pieniędzy Rockefellera i innych tego typu? Ten sam Rhoades w latach ‘40 kierował innymi projektami dotyczącymi broni biologicznej, zasiadał w Komisji Energii Atomowej, by na końcu zostać uhonorowanym medalem Legion of Merit (Legia Zasługi, drugi w randze najwyższych odznaczeń amerykańskich przyznawanych za… zasługi podczas pokoju; przyznawany od 1942 roku za szczególne zasługi w międzynarodowej współpracy i utrzymaniu światowego pokoju)…

Podobne eksperymenty miały miejsce w Izraelu w latach 1951 – 1961 i finansowane były przez USA. Polegały one na napromieniowywaniu dzieci silniejszymi dawkami podczas zabiegu rentgena. Dzieci dostawały 35000 razy mocniejszą dawkę, po czym chorowały i traciły włosy.

W perspektywie przeludnienia warto spojrzeć jeszcze na jedno.

„Myślę, że świat będzie znacznie lepszy, jeśli pozostanie nas 10 - 20 %.”

Dr. Eric Pianka

Dr Eric Pianka to wpływowy teksański biolog uniwersytecki. Pianka, odbierając nagrodę Teksańskiej Akademii Nauk, powiedział, że światowa pandemia AIDS „Nie jest dobra. Jest zbyt powolna”. Pianka stwierdził, że lepsza byłaby pandemia eboli, która szybko zabiłby 90% ludności. Oczywiście jego chore wywody wywołały zaniepokojenie i wrzawę, ale do obrony Pianki stanęli jego uczniowie, którzy stwierdzili, że Pianka jest zbyt zachowawczy, albowiem wszyscy ludzie powinni zginąć. Najgorsze jest to, że w czasie, gdy Pianka paplał swoje niebezpieczne wywody na temat redukcji ludności, 95% prominentnych naukowców stawało i serwowało mu długie owacje na stojąco…

Pianka mówił też: „Chiny były zdolne do wyjścia z dołka i stania się światową superpotęgą, bo są krajem policyjnym i potrafiły zmusić ludzi do zaprzestania reprodukcji.”

A teraz wyobraź sobie Czytelniku takich ludzi jak Delgado, Rhoades, Pianka, popaprańców od eugeniki czy MKUltra pracujących razem dla CIA i innych organizacji sterowanych przez taką elitę jak Kissinger, Bushowie, Rockefellerowie i wielu innych. Pamiętasz cytaty Brzezińskiego o kontroli społeczeństw? Spójrz na to:

„Całkowita ilość ludzi wynosząca 250 - 300 milionów, czyli 95 % spadek obecnego poziomu, byłby idealny.”

Ted Turner, amerykański przedsiębiorca, zajmujący się przede wszystkim mediami; twórca koncernu medialnego Turner Broadcasting System, nadającego m.in.: CNN. Człowiek Roku 1991 według magazynu Time, znany też z dowcipów o Polakach.

W roku 1988 Ted Turner, zobowiązał się przekazać ONZ ponad miliard USD, na wdrożenie polityki redukcji przeludnienia. 2,2 miliardów USD przekazali Bill i Melinda Gatesowie w 1999 na „Planned Parenthood”, fundusz ONZ zajmujący się populacją. Prasa (kontrolowana w dużej mierze przez Rockefellerów i Turnera) doniosła, że Gatesowie przekazują pieniądze na III świat… Warren Buffett amerykański inwestor giełdowy, od 2008 roku najbogatszy człowiek świata (wg pisma „Forbes”, jego majątek wynosi 62 miliardy dolarów), przekazał 37 miliardów USD Gatesom.

Co do HIV to jest jeszcze jedna bardzo ważna kwestia. Propaganda, z jaką szerzy się i propaguje stosowanie prezerwatyw. Na temat skuteczności prezerwatyw w walce z HIV dyskutuje się już od dawna, ale oficjalne dane są dość rozbieżne, bowiem Światowa Organizacja Zdrowia raz podaje 40%, a kiedy indziej 80%, zatem proponuje przejść do konkretów. Badania niemieckie wykazały, że 100 nosicieli wirusa HIV używających prezerwatywy zaraża rocznie 35 kobiet. Ale to jeszcze nic. W Wielkiej Brytanii aż 40% nosicieli wirusa HIV zaraziło się przez stosunek seksualny z użyciem prezerwatywy! To ogromnie dużo biorąc pod uwagę to, że w badaniach wzięto pod uwagę wszystkich nosicieli, nawet tych, którzy zarazili się przez strzykawkę z narkotykami etc. Przerażające, że prawie, co drugi brytyjski nosiciel HIV zaraził się przez stosunek przy użyciu prezerwatywy!

To wszystko wynika z budowy prezerwatywy. Sama prezerwatywa zbudowana jest z lateksu, który jest bardzo rozciągliwy. Tą rozciągliwość zawdzięczamy przede wszystkim gąbczastej strukturze gumy, w której jest pełno mikrootworów zwanych porami. Otworki te są bardzo małe, ich średnica zazwyczaj mają średnicę rzędu 5 mikrometrów. A jaki jest przekrój wirusa HIV? 0,1 mikrometra! W jednym mikroporze mieści się aż 50 wirusów HIV!

Teraz zupełnie inaczej wygląda propaganda kondomów. Uważam, że propagandziści zamiast wielbić „skuteczność” prezerwatyw, powinni zacząć mówić prawdę. Ludzie mają prawo być świadomi tego zagrożenia! Gdyby ludzie wiedzieli o nieskuteczności prezerwatyw, część nie dokonałaby stosunku, a cześć dokonałaby go z prezerwatywą. Dzięki temu liczba zakażanych wirusem HIV znacznie by się zmniejszyła.

Jest z tym trochę jak z jazdą z szaleńcem w pędzącym samochodzie. Propaganda mówi: jedź, ale zapnij pasy. I połowa ginie. Czy nie lepiej powiedzieć: lepiej nie jedź? Wtedy ta połowa by nie zginęła.

Propaganda prezerwatyw najsilniejsza jest w Afryce, gdzie kondomy wręcz się rozdaje. Tam korporacje i zachodnie organizacje promują seks z prezerwatywą, dlatego nie dziwota, że w takich krajach jak RPA, Namibia, Botswana czy Zambia procent ludzi zakażonych HIVem wynosi ok. 15%-50%. W takich krajach jak Tanzania, Kenia, Kamerun czy Haiti procent zarażonych wynosi ponad 5%. Zachodowi najwidoczniej zależy na tępieniu Czarnych.

Gdyby ludzie wiedzieli o nieskuteczności prezerwatyw, nie jedna para zamiast robić to z kondomem, nie zrobiłaby tego i nie rozprzestrzeniła wirusa HIV. A statystyki byłyby zupełnie inne.

Kondomy nie chronią przed HIVem. Są nieskuteczne również w walce z innymi chorobami. Mikropory w prezerwatywach jak już mówiłem mają średnicę rzędu 5 mikrometrów. Znacznie mniejszą średnicę mają wirusy przenoszone drogą płciową jak kiła (1 mikrometr), rzeżączka (0.5 mikrometra), wirusy Hermes, tzn. opryszczki (0,3 um), i chlamydia (do 1.5 um). Zgodnie z badaniami prezerwatywa jest skuteczna przed tymi chorobami tylko w 30%.

Dlatego też w Stanach Zjednoczonych każdego dnia na jedną z powyższych chorób zaraża się przy stosunku z użyciem prezerwatywy ok. 7000 młodych ludzi, co daje aż 2,5 miliona rocznie!

Tyle anonimowy autor. Dlaczego o tym piszę teraz? – piszę dlatego, że ma to związek z globalnym ociepleniem klimatu, którego wedle „uczonych” nie ma… Poza HIV i innymi wirusami tzw. Zerowego Poziomu (wysoce letalne o niskiej zaraźliwości) istnieją mikroorganizmy Czwartego Poziomu, które są letalne w 100%, a ich zaraźliwość jest bardzo wysoka, jak np. wirus Eboli. Choroby te będą migrować na wyższe szerokości geograficzne i powodować epidemie w Europie i Ameryce. Nawiasem mówiąc, odmiany tych chorób zastosowano przeciwko rdzennej ludności Ameryki, Afryki i Australii, gdzie tubylców jako istoty niższe tępiono i nadal się tępi przy pomocy wódki, karabinu, Biblii i chorób. Ostatnio Benedykt XVI przeprosił Aborygenów za to, co biali kolonizatorzy im wyrządzili w czasie zasiedlania Australii. Tylko czy wróciło to im życie i zagarnięte ziemie??? Teraz przy pomocy broni biologicznych tępi się mniejszości seksualne, co jest po myśli szczególnie skrajnie ortodoksyjnych duchownych katolickich.     

I kolejna uwaga Marcina Wilgi na temat trucizn i ich małych dawek, które są ponoć tak nieszkodliwe:

Autor widocznie nie wie, że istnieje zjawisko synergii, kiedy kilka czynników (zwykle mało szkodliwych) łącznie może doprowadzić do katastrofy. Rozpatrywanie ich osobno nie ma sensu - razem, jak najbardziej tak.

Niezwykle ciekawe – autor twierdzi, że jest profesorem chemii – sic! – i nie wiedział o takiej podstawowej sprawie? A może „zapomniał”, jak o innych wielu rzeczach? NB, zjawisko synergii dotyczy także małych, nielegalnych dawek promieniowania, które tak czy inaczej po dłuższym wyeksponowaniu na nie organizmu doprowadzą go do śmierci lub ciężkiego rozstroju, a w połączeniu w innymi czynnikami mogą stanowić faktor zadający mu coup de gràce… 

Kolejna uwaga moich Czytelników dotyczyła energetyki jądrowej i negatywnych skutków użycia ekologicznie bezpiecznego zubożonego uranu – ZU (DU):

Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że obecnie najgorszym i największym zagrożeniem jest stosowanie zubożonego uranu (DU) przez takie supercywilizowane państwa, jak USA, UK czy Izrael. DU był stosowany w Kosowie w 1999 roku, w pierwszej wojnie w Zatoce; obecnie w Afganistanie do 2004 roku; obecnie w Iraku (przez US i UK) do 2004 roku oraz przez Izraelczyków w czasie drugiej wojny libańskiej w 2006 roku. Efekt to narodziny wielu zniekształconych chorych dzieci, zarówno w Iraku jak i w Afganistanie. Zdjęcia zamieszczone są w linkach podanych na końcu. Obecnie 697,000 amerykańskich żołnierzy z wojny w Zatoce ma kłopoty zdrowotne, związane z DU i innymi broniami masowego rażenia. Zubożony uran pozostaje niebezpieczny przez 4,5 miliarda lat, dlatego jest to też katastrofa ekologiczna.

Jeden z korespondentów „Christian Science Monitor” zmierzył promieniowanie przy wrakach irackich czołgów na przedmieściach Bagdadu. W pobliżu odłamka amerykańskiego pocisku promieniowanie tysiąckrotnie przekraczało normę. Uran używany przez Amerykanów doprowadził do fali zachorowań na raka w Iraku i falę urodzeń dzieci z deformacjami genetycznymi, co jest pokazane na zdjęciach na stronach. Był też używany w czasie „Pustynnej Burzy”. W samej Basrze w 1989 rok urodziło się 11 dzieci z wadami wrodzonymi, a w 2001 było ich 116! W szpitalu w Basrze zanotowano też znaczny wzrost zachorowań na raka. W 1989 było ich tam 34 a w 2001 aż 603! Wedle holenderskiej fundacji Netherland Visie Foundation wzrosła też liczba białaczek u dzieci. Na skutek używania tej potwornej i obrzydliwej broni choruje również wielu amerykańskich weteranów z „Pustynnej Burzy”.

Oczywiście zubożony uran stosowany jest również teraz w Afganistanie. Kanadyjscy naukowcy z Medycznego Centrum Badań nad Uranem (Uranium Medical Research Centre, UMRC) badający w latach 2002 i 2003 mocz Afgańczyków stwierdzili, że w niektórych przypadkach Afgańczycy mają w sobie setki razy więcej uranu niż amerykańscy żołnierze, którzy pracowali przy zubożonym uranie w czasie Pustynnej Burzy w 1991 roku. Afgańscy lekarze mówią, że w latach 2006-2007 liczba dzieci z różnymi defektami wzrosła dwukrotnie. Jeden z afgańskich lekarzy mówi: „Mamy przedwczesne narodziny i zniekształcenia. Zniekształcenia takie jak uszkodzenie nerwów przewodu, zniekształcenia kończyn, głowy mniejszej wielkości niż normalnie, lub głowy większej wielkości niż normalnie”.

Zdjęcia chorych dzieci z Afganistanu pokazują to samo, co starsze zdjęcia z Iraku.

Badania kanadyjskich naukowców wykazały, że uran znajdował się w amerykańskiej amunicji oraz bombach służących do niszczenia bunkrów. Doktor Asaf Durakovic, prezes UMRC i były doradca amerykańskiej armii mówi, że jest to „broń, która niszczy nie tylko bunkry, ale wnika do ziemi i osłabia górskie środowisko”. Potem na takiej ziemi bawią się Irakijczycy, Afgańczycy czy Libańczycy, i na takiej ziemi rośnie to, co jedzą przyszłe matki.

Broń z zubożonym uranem była używana w czasie ataku na góry Tora Bora w 2001 roku. Teraz o efektach jej stosowania mówią mieszkańcy pobliskich wiosek. „Był straszny smród i większość tutejszych drzew nie dawała owoców” – Yusuf Khan Bakhtawar powiedział, że w jego wiosce urodziły się dzieci, których „ramiona, nogi i twarze nie były normalne, były zniekształcone”.

Doktor Durakovic mówi, że w tym przypadku „najlepszą rzeczą jest przenieść tych ludzi; ludzie musza przenieść się z ciężko skażonych rejonów w bezpieczne rejony, gdzie będą mieli badania lekarskie i opiekę medyczną.”



Przerażający przykład ludzkiej głupoty i pogardy dla życia poczętego i zrodzonego, którego tak obłudnie bronią kościoły chrześcijańskie i związana z nimi prawica. Szczególnie Kościół katolicki, który stara się wymazać z ludzkiej pamięci swe własne zbrodnie i stroi się w piórka obrońcy życia, odkąd jego hierarchowie zorientowali się, że na tym można zarobić, bo w końcu tylko o kasę tutaj chodzi.

Kończąc można to podsumować tak: wszystko to, co robimy z tą planetą zmierza do stworzenia cywilizacji śmierci – w końcu nasza cywilizacja potrafi jedynie eksterminować żywe zasoby Przyrody i masowo mordować ludzi. W tym zawsze ludzie byli najlepsi. Trwonienie nieorganicznych zasobów naturalnych planety doprowadzi do nieprzewidywalnych zmian klimatycznych, z którymi Ludzkość już sobie nie poradzi. Już sobie nie radzi, co widzieliśmy w Nowym Orleanie.

Jak to stwierdziłem w moim referacie na XII UFO Forum we Wrocławiu, Ludzkość czeka z tego powodu całkowita degeneracja i zanik, któremu nie będzie w stanie sprostać, bowiem każde pogwałcenie praw Przyrody odbija się na żywych istotach zamieszkujących tą planetę. Jak dotąd zmierzamy w najgorszym z możliwych kierunków – w stronę samozagłady gatunku Homo sapiens sapiens w coraz szybszym tempie, a osobliwie właśnie w Polsce, w której mamy takich właśnie „uczonych” tych scholastyków XXI wieku, którzy nie pozwalają, by do uczelni, których katedr trzymają się kurczowo – napłynęło cośkolwiek nowego. Jak pokazuje życie – polscy uczeni osiągają doskonałe wyniki na światowym poziomie tylko wtedy, kiedy wyrwą się spod oczadzającego wpływu takich właśnie dinozaurów nauki, którzy za postępowców uważają tych, którzy podzielają ich chore poglądy. Dla takich nie powinno być miejsca na polskich uczelniach.

Jordanów, 2008-07-19          

    

środa, 19 października 2011

O kłamstwach anty-ekologii (9)


No i na koniec swych chorych wywodów, nasz niewzruszony, nieprzejednany  bojownik i orędownik postępu rozprawia się z trzema tematami, z których pierwszym jest:

Zasada przezorności

Od szeregu lat ekowojownicy mają do dyspozycji bardzo groźną broń do walki z postępem.

Uwaga! Autor twierdzi, że niszczenie i zatruwanie środowiska, pozbawianie życia setek gatunków roślin i zwierząt, rabunkowa eksploatacja zasobów Ziemi, itd. itp. jest postępem i jako takim jest czymś chwalebnym! Natomiast wysiłki ekologów dążących do złagodzenia katastrofalnych skutków tych procesów nazywa on „walką z postępem” i w swym ograniczonym umyśle postrzega jako coś negatywnego!

Bronią tą jest tzw. zasada przezorności. Są różne sformułowania tej zasady. Na konferencji w Rio de Janeiro w roku 1992 zasada przezorności została wyrażona w punkcie 15 tzw. “Deklaracji Ministrów”: „W celu ochrony środowiska poszczególne państwa powinny szeroko stosować postępowanie wymagane przez ostrożność. W razie pojawienia się groźby poważnych lub nieodwracalnych szkód brak naukowej pewności nie powinien opóźniać wprowadzania środków zaradczych”.
Bardziej szczegółowe sformułowanie zostało uchwalone na konferencji w sprawie zasady przezorności, jaka odbyła się w roku 1998 w Wingspread, USA: „Gdy jakieś działanie może zagrażać środowisku lub ludzkiemu zdrowiu, to środki zaradcze należy podejmować nie czekając na naukowe ustalenie wszystkich zależności między przyczynami i skutkami. Ciężar dowodu powinien spoczywać na tych, którzy podejmują potencjalnie szkodliwe działanie.”

Zasada przezorności nie może być traktowana jak ludowe porzekadło “lepiej na zimne dmuchać” bo w praktycznym zastosowaniu ta zasada jest nielogiczna. Brak logiki przejawia się w żądaniu, żeby przed wprowadzeniem technicznych innowacji dostarczane były dowody, że proponowane innowacje nie są szkodliwe w żadnych okolicznościach. Żądania takiego nie można spełnić, bo zasady logiki nie pozwalają na udowodnienie, że coś nie istnieje. Można udowodnić istnienie zagrożeń, ale nie ich brak.

Autor najwyraźniej minął się z powołaniem – byłby niezłym adwokatem. Całkiem nieźle udaje mu się odwrócić kota do góry ogonem. Chodzi tu o to, by przed wprowadzeniem produktu na rynek przetestować go tak, by mieć pewność, że nie jest on szkodliwy lub jest szkodliwy w minimalnym stopniu. To akurat jest możliwe do wykonania. Autor świadomie wprowadza Czytelnika w błąd. Mówiąc nawiasem, poglądy autora na postęp mocno trącą komunizmem i to takim ortodoksyjnym z czasów Stalina, kiedy to w imię postępu rozwalano góry ładunkami jądrowymi, siano zboże z samolotów, a ziemniaki wprost na śnieg…   

Jedynym działaniem wynikającym z zasady przezorności jest zakazywanie stosowania nowych chemikaliów i nowych technologii. Ekowojownikom programowo dążącym do likwidacji przemysłu nie chodzi o nic więcej.

Zasada przezorności jest wyrazem dążenia społeczeństw do absolutnego bezpieczeństwa, do osiągnięcia stanu, w którym wszyscy będą się cieszyli dobrym zdrowiem i wyeliminowane zostaną wszystkie nieszczęśliwe wypadki. Jest to utopijne dążenie, które może spowodować znaczne koszty przy minimalnych lub żadnych korzyściach.

Autor zaprzeczył właśnie sam sobie i to powołując się na logikę, którą tak bez opamiętania szafuje. Według niego postęp to jest dążeniem do osiągnięcia bezpieczeństwa i dobrobytu, a jednocześnie w następnym akapicie krytykuje to dążenie jako utopijne! Schizofrenia?

Groźne w skali całego globu działanie zasady przezorności jest widoczne na przykładzie walki ekowojowników z genetycznie zmodyfikowaną żywnością. Ekowojownicy domagają się zaprzestania doświadczeń nad genetyczną modyfikacją roślin i zwierząt i wycofania z handlu produktów takiej modyfikacji. Istnieje realne niebezpieczeństwo, że zakazy takie zostaną wprowadzone w Polsce. Byłaby to wielka kompromitacja naukowa i polityczna.

Wręcz odwrotnie, byłby to tryumf rozumu i zdrowego rozsądku nad demagogią i obłędną żądzą zysku za każdą cenę.

Ekowojownicy osiągnęli bardzo istotny postęp, bo zasada przezorności jest oficjalnie wprowadzana do prawodawstwa w Unii Europejskiej w postaci tzw. dyrektywy REACH (Registration, Evaluation and Authorization of Chemicals). Według tej dyrektywy producenci będą mieli obowiązek zbadania na swój koszt wszystkich ujemnych skutków, jakie mogą być spowodowane przez substancje wytwarzane w ilościach powyżej 10 ton. Jest rzeczą oczywistą, że dyrektywa REACH uniemożliwi wprowadzanie na rynek produktów wytwarzanych w skali małotonażowej, bo bardzo duże koszty badań będą wymuszały zbyt wysokie ceny produktów.

Organizacje ekologiczne gorąco popierają program REACH, a to już samo w sobie powinno wystarczyć, żeby program ten nie został przyjęty. Zmuszanie do kosztownych a niepotrzebnych badań toksykologicznych jest formą walki ekowojowników z przemysłem chemicznym. Trzeba się obawiać, że forma ta może się okazać nad wyraz skuteczna. Wprowadzając dyrektywę REACH politycy postępują wbrew zasadzie przezorności, która każe unikać działań potencjalnie szkodliwych, a do takich należy uznanie tej zasady za obowiązującą wobec prawa.

No i wyszło szydło z worka i spod pięknych słówek wyszedł obrzydliwy sens tej obłędnej walki z ekologami. Tu wcale nie chodzi o to, że REACH uniemożliwi wprowadzenie na rynek produkcji małotonażowej, ale o to, że ich obligatoryjne badania toksykologiczne nie dopuszczą wielu produktów na rynek. No i znowu, straty poniosą ci, których nasz advocatorus diaboli tak gorąco broni. A najśmieszniejsze jest stwierdzenie, że REACH nie powinno być przyjęte ze względu na poparcie ekologów – faktycznie, jest to argument odzwierciedlający anty-ekologiczne fobie i urojenia autora! Ale to jeszcze pestka w porównaniu z następnym akapitem:  

Szkodliwość azotanów

Licząca sobie setki lat tradycja konserwowania mięsa przez zanurzanie na dłuższy czas w roztworze saletry (jest to azotan sodu lub potasu) skutecznie chroni ludzi przed bakteriami rozmnażającymi się w mięsie w warunkach beztlenowych. Mimo szeroko rozpowszechnionego stosowania nie są znane przypadki zachorowań spowodowanych przez azotany. Nie przeszkadza to ekowojownikom w ostrzeganiu społeczeństwa przed szkodliwym działaniem azotanów. Tym, którzy dają wiarę ekowojownikom trzeba wyraźnie powiedzieć, że znaczne ilości azotanów i azotynów są wytwarzane w przewodzie pokarmowym człowieka i wcale to ludziom nie szkodzi.

Tutaj autor pozwolił sobie na wyjątkowo bezczelne kłamstwo. Rzecz w tym, że ekolodzy ostrzegają nie przez azotanami, ale przed azotynami.

Czym są azotany? Azotany są solami i estrami kwasu azotowego – HNO3. Azotany(V) są krystalicznymi substancjami, rozpuszczalnymi w wodzie, oprócz nielicznych azotanów zasadowych, mają silne właściwości utleniające w szczególności po stopieniu. Natomiast w roztworach nie posiadają takich właściwości. Azotany otrzymuje się w reakcji: kwas azotowy + metal lub tlenek/wodorotlenek/węglan metalu. Azotany należą do V grupy analitycznej anionów, wykrywa się je za pomocą m.in. próby obrączkowej. Mogą występować w przyrodzie jako minerały: np. nitratyn, nitryt. Znajdują zastosowanie jako nawozy mineralne, materiały wybuchowe, do produkcji barwników, w lecznictwie oraz jako topniki. Wobec estrów kwasu azotowego(V) zamiast nazw "azotan(V) związku" (np. azotan(V) celulozy) używa się często niezbyt poprawnych nazw "nitrozwiązek" (np. nitroceluloza) przysługujących związkom zawierającym grupę nitrową (-NO2) połączoną bezpośrednio z atomem węgla. Azotany są końcowym produktem przemiany azotowej odpadowych białek i mocznika. W akwarium pochłaniają je rośliny i glony, a usuwane są przez beztlenowe bakterie denitryfikujące w specjalnym filtrze (źródełko/denitryfikator) lub podmianę wody. Są mało szkodliwe dla ryb przy stężeniu do 50 mg/l ale np koralowce wymagają zawartości poniżej 5 mg/l. (Wikipedia) A czym są azotyny?

Azotyny (potasu E 249 i sodu E 250) i azotany (sodu E 251 i potasu E 252) są to środki używane w przemyśle spożywczym, głównie w przetwórstwie mięsa, jako substancje konserwujące, zapobiegające rozwojowi bakterii jadu kiełbasianego (Clostridium botulinum). Jad kiełbasiany jest jedną z najsilniej trujących substancji biologicznych, jakie znamy, dlatego zapobieganie takim zatruciom jest kluczową sprawą w produkcji żywności. Procesy termiczne, którym poddaje się przetwory mięsne, zabijają znajdujące się w nich bakterie, jednak nie niszczą przetrwalników - to "zadanie" spełniają właśnie związki azotu. Poza tym dodawanie ich do produktów mięsnych (tzw. peklowanie) powoduje nadanie im odpowiedniego smaku, zapachu i barwy. Azotany "same z siebie" nie wykazują aktywności antybakteryjnej. Po dodaniu ich do żywności, musi najpierw nastąpić przekształcenie ich do azotynów.

Szczególne niebezpieczeństwo stanowią związki pochodne azotynów i azotanów, mianowicie nitrozaminy. Powstają one w dużych ilościach przy ogrzewaniu pożywienia konserwowanego związkami azotu i mają bardzo silne działanie rakotwórcze. Z tego powodu nie należy podgrzewać konserwowanych wędlin, a te używane np. do grilowania nie powinny być peklowane.

Ustalona przez Światową Organizację Zdrowia, maksymalna dawka azotynów, jaką człowiek może spożywać codziennie, przez całe życie, bez uszczerbku na zdrowiu (tzw. ADI - Acceptable Daily Intake) wynosi 0,1 mg na kilogram masy ciała. W przypadku azotanów wartość ta jest nieco większa i wynosi 5 mg / kg masy ciała / dzień.

Spożycie związków azotu nie pozostaje bez wpływu na nasze organizmy. Poza wymienionymi nitrozaminami, zwiększającymi ryzyko wystąpienia nowotworu, same azotyny i azotany spożyte w zbyt dużych ilościach wykazują działania niekorzystne. "Przedawkowanie" może spowodować uszkodzenie hemoglobiny (białka przenoszącego tlen we krwi) i następujące niedotlenienie tkanek i organów (sinicę). Szczególnie narażone są na to niemowlęta i dzieci - ich hemoglobina jest bardziej wrażliwa na działanie azotynów / azotanów.

Nieprawidłowe nawożenie, stosowane przy uprawie warzyw powoduje, że występują w nich w dużych ilościach azotany. Podobnie w wodzie gruntowej zanieczyszczonej nawozami. Spożycie takich warzyw i wody powoduje magazynowanie azotanów w organizmie, gdzie przekształcane są w azotyny i wykazują szkodliwe działanie.

Przekształcanie azotany - azotyny następuje również w warzywach w czasie ich przechowywania, najprawdopodobniej w skutek działania mikroorganizmów. Świeże warzywa zawierają bardzo małe ilości azotynów. (Zob. Jedz dobrze - http://www.jedzdobrze.pl/haslo,7,Azotyny,_azotany.html)

Od siebie dodam, że przedostawanie się azotanów z nawozów sztucznych używanych bez umiaru i opamiętania w rolnictwie doprowadza do zakwitu glonowego morza i w rezultacie do pomoru ryb oraz powstawaniu martwych stref w płytkich lub zamkniętych akwenach takich jak np. Bałtyk czy Morze Czarne. I to jest to zagrożenie, o którym autor wstydliwie milczy. No i wreszcie:

Problem azbestu

Nie ulega wątpliwości, że wieloletnie przebywanie w atmosferze zawierającej rozpylony azbest może wywołać raka płuc, ale jest też prawdą, że nie jest możliwe całkowite wyeliminowanie azbestu z powietrza. Według urzędowej polskiej normy powietrze może zawierać nie więcej, niż 400 włókienek azbestu w objętości jednego metra sześciennego. Prawdą, o której sanitarne władze w Polsce zdają się nie wiedzieć jest to, że azbest nie może unosić się w powietrze gdy jest uwięziony w płytach eternitowych. Dlatego bezzasadne są nawoływania do demontażu eternitowych dachów. Nawoływania takie są nawet szkodliwe, bo nieuchronne podczas demontażu uszkadzanie płyt powoduje rozpylenie azbestu. Możemy zaoszczędzić miliony złotych, gdy zostawimy w spokoju eternitowe dachy do ich naturalnej śmierci.

Tylko autor zapomniał (który to już raz???) dodać, że eternitowe dachy ulegają – podobnie jak wszystkie tego rodzaju materiały erozji pod wpływem czynników atmosferycznych, która to erozja przyczynia się do powstania pylistego azbestu unoszonego przez prądy powietrzne. Im szybciej usunie się jego źródło, tym chyba lepiej?

CDN.  

poniedziałek, 17 października 2011

O kłamstwach anty-ekologii (8)



Kolejnym tematem, za który zabrał się nasz autor jest:

Hipoteza liniowa i progowa

Według hipotezy liniowej substancje trujące są szkodliwe w każdej ilości, podczas gdy hipoteza progowa głosi, że dla wszystkich trucizn istnieją dawki tak małe, że są nieszkodliwe.

We wszystkich rozważaniach szkodliwych działań substancji obecnych w naszym otoczeniu trzeba brać pod uwagę zależność między wielkością dawki i działaniem biologicznym. Zależność biologicznego działania od dawki pierwszy opisał niemiecki lekarz Paracelsus (1493-1541), autor słynnego powiedzenia, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę. Sens tego powiedzenia jest taki, że każdą substancją można się otruć przy dostatecznie wysokiej dawce i żadna substancja nie jest trująca gdy dawka jest mała. Na przykład sól kuchenna jest niezbędnym składnikiem naszego pożywienia zjadanym w ilości okolo 15 g dziennie a śmiertelna dawka dla dorosłego człowieka wynosi okolo 200 g.

Autor celowo pominął fakt, że duża ilość małych dawek trucizny doprowadza organizm do śmierci, co widać najlepiej na przykładzie śmierci Napoleona Bonapartego, którego podtruwano arszenikiem. Małymi dawkami trucizn mordowano na dworze Borgiów. I tak dalej, i temu podobnie – przykładów w historii jest dość. Kumulowanie się małych dawek ołowiu i innych metali ciężkich doprowadzało do chorób i śmierci ludzi, którzy posługiwali się naczyniami z tych metali. No, ale o tym już jakoś nasz „uczony” nie wspomina, bo to mu nie pasuje do przyjętego à priori założenia… 

Ekowojownicy nie przyjmują do wiadomości, że tylko dawka czyni truciznę i działanie trucizn interpretują według tak zwanej hipotezy liniowej. Hipoteza ta zakłada, że substancja trująca w dużych dawkach musi być szkodliwa także w dawkach małych. Działanie trujące zmniejsza się przy zmniejszeniu dawki, ale według ekowojowników nigdy nie spada do zera.

Hipoteza liniowa dobrze służy do podsycania lęku przed chemią i dlatego znajduje ochoczą akceptację u ekowojowników, chociaż jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i obserwacjami trucizn od początku ludzkości. Przyjęcie hipotezy liniowej pozwala ekowojownikom na wszczynanie alarmów za każdym razem, gdy uczeni wykryją jakieś nowe zanieczyszczenie środowiska, nawet gdy stężenie tego zanieczyszczenia jest tak małe, że jego wykrycie wymaga najbardziej czułych aparatów.

Przeciwieństwem hipotezy liniowej jest hipoteza progowa, według której trujące działanie zanika przy małych dawkach, nazywanych dawkami progowymi. Dzięki temu nie szkodzą nam drobne zanieczyszczenia środowiska, bo dawki trucizn wnoszonych przez te zanieczyszczenia do naszych organizmów są grubo poniżej dawek progowych i ekowojownicze alarmy nie są potrzebne.

Społeczeństwo trzeba informować, że nie ma trującego działania poniżej pewnych dawek, i że nie mają sensu nawoływania do oczyszczenia przyrody z najmniejszych nawet śladów trujących substancji. Ludzie muszą wreszcie przyjąć do wiadomości, że życie rozwinęło się i trwa do dziś wśród trucizn.

Autor milcząco zakłada, że człowiekowi nie jest obojętne to, czy zabija go dawka podprogowa, progowa, czy nadprogowa trucizny. Ale wiadomo, na czym polega intencja tego, co napisał – otóż chodzi mu o to, że środowisko można zatruwać małymi dawkami wszelkich toksyn i nikomu to nie zaszkodzi. Oczywiście, tylko że przemysł produkuje rocznie setki milionów ton odpadów chemicznych i radioaktywnych, które tylko częściowo da się utylizować i neutralizować albo recyklingować. Najczęściej można tylko te „ekobomby” składować i czekać, aż dojdzie do samorozłożenia czy utlenienia się lub wypromieniowania tych substancji. Krótko mówiąc nasza Cywilizacja Bankierów i Dealerów sama wkrótce utonie we własnym przez nią wyprodukowanym chemicznym szambie, ale właśnie tacy „uczeni” jak autor po to biorą kasę za to, by do tego doszło, a ich mocodawcy nie musieli płacić odszkodowań ofiarom tego rodzaju katastrofy i płacić za utylizację, neutralizację i recykling odpadów. Niechaj Ziemia stanie się wielkim śmietnikiem w imię interesów firm chemicznych i wspierających ich „uczonych”!    

Według dziennikarskich relacji żyjemy w bardzo niebezpiecznym świecie. W powietrzu grasują “barbarzyńskie freony” “efekt cieplarniany” grozi potopem,

…jak dotąd „uczeni” nie znaleźli odpowiedzi na te pytania i nie szukają, bo wygodniej im jest rzucać gromy na oponentów, a nie szukać kontrargumentów.

 gdzieś na niebie czatuje groźna i tajemnicza “dziura ozonowa”,

… która jest twardym i namacalnym faktem, szkodliwym dla życia na Ziemi…

obmywają nas “kwaśne deszcze”,

… które działają podobnie, jak defolianty i inne bronie z arsenałów broni C. Zaprzeczenie istnienia kwaśnych deszczów pokazuje dokładnie, jakim kompetentnym jest nasz autor, który mieszka we Wrocławiu i chyba nigdy nie był w Karkonoszach czy Izerach, gdzie skutki działania kwaśnych deszczów widać jak na dłoni! Ale na takie fakty autor ma klapki na oczach i nie chce ich widzieć…

żywność jest trująca bo “naszpikowana chemią”,

… dam przykład – sałata po 2-3 dniach więdnie i trzeba ją wyrzucić. Sałata GMO czy naszpikowana chemią może być i dwa tygodnie w lodówce i jest nadal świeża, tylko… zwierzęta nie chcą jej jeść, bo im zwyczajnie nie smakuje. Ludziom także, jest bez smaku i tylko ładnie wygląda, ale „uczonym” to raczej nie przeszkadza. No cóż – w końcu to zwykli ludzie z miast muszą jeść tą sałatę, którą wyprodukowano na chemii, hormonach, pestycydach i nawozach sztucznych… - zaś sami cichaczem zaopatrują się na wsi, gdzie produkty żywnościowe są ekologicznie czystsze, albo z ekologicznych farm. Ot, przewrotność taka!...

elektrownie atomowe rozsiewają “śmiercionośne opady radioaktywne”

… a najmniej szkodliwym jest to, co spadło po Czarnobylu i Fukushimie. Znamy, znamy te adwokackie wybiegi popaprańców z tytułami i stopniami naukowymi…

 i przenikają nas “niebezpieczne fale elektromagnetyczne”.

… zwane elektromagnetycznym smogiem, który odbija się negatywnie na naszym zdrowiu. Uczeni biją na alarm w związku z nadmiernym zwiększeniem się natężenia promieniowania mikrofalowego i eksperymentami instalacji w rodzaju HAARP, które mogą wpływać na klimat planety. Ale „uczonym” to nie przeszkadza, a wszelkie próby ich oprotestowania są przez nich postrzegane jako hamowanie postępu…   

Tak więc do tradycyjnych lęków przed duchami, czarownicami i diabłami, jakie zawsze gnębiły ludzkość, dołączyły nowe strachy, wykarmione postępem naukowym i technicznym. Ludzie zawsze boją się tego, co nieznane, tajemnicze i niezrozumiałe, a więc boją się chemii i wszystkiego z przymiotnikiem “atomowy”, bo przecież ogromna większość ludzi nie wie nic o chemii ani o atomach.

Przed głupotą „uczonych” uchowaj mnie Panie! – chciałoby się dodać. No, tutaj autor już walnął gola do własnej bramki. A czyją jest winą, że – jak twierdzi – „ogromna większość ludzi nie wie nic o chemii i atomach”? A kto miał ich tego nauczyć? A jaka jest rola nauki w procesie edukacji jednostki i społeczeństwa? O tym autor raczył nie wspominać, bo okazałoby się naraz, że istnieje kasta naukowców i ciemne ludzkie bydło, do którego to bydła ludzkiego naukowcy mają oni pretensję, że są nieoświeceni. Innymi słowy mówiąc – naukowcy mają pretensje do samych siebie, że nie potrafią oświecić ludzi tak, by podzielali ich punkt widzenia… Znamienne!

I jeszcze jedno: autor pomija milczeniem fakt, że ludzie, którzy urodzili się na początku XX wieku dożywają wieku w granicach 85 – 95, a nierzadko do 100 i więcej lat. Byli tacy, którzy urodzili się w końcu XIX a umarli na początku XXI wieku. Czego to dowodzi? A tego, że urodzili się i wychowali w zdrowym i prawie nieskażonym środowisku i umierali najczęściej ze starości. Natomiast ludzie, którzy urodzili się po 1945 roku? – odchodzą bardzo szybko, w wieku 65 – 70 lat i to z przyczyn różnorakich chorób zwanych dla niepoznaki chorobami cywilizacyjnymi: nowotwory, choroby serca i układu krążenia, choroby układu oddechowego i trawiennego. Postęp medycyny pozwala im przeżyć zawały serca i wyleczyć niektóre formy raka, ale nie wszystkie. Ale to też temat zakazany, bo leżący w jaskrawej sprzeczności z wypocinami autora.   

Ekowojownicy, ci współcześni kapłani ekologicznej grozy, jak szamani w świecie dzikich ludzi wykorzystują ludzką nieświadomość do szerzenia strachu i pogłębiają irracjonalne lęki przez kłamliwe przedstawianie zagrożeń. Szamańska propaganda utrudnia rozpowszechnianie prawdziwych informacji, bo przy każdej próbie rzetelnego przedstawiania zagrożeń trzeba się przedzierać przez tumany irracjonalnych przekonań, wpajanych ludziom przez ekowojowników. Hipoteza liniowa jest dla szamanów idealnym narzędziem pracy.

Jak wyżej. Nienawistny bełkot autora ma nas przekonać, że tylko tacy „naukowcy” jak on sam są w stanie głosić Prawdę i samą Prawdę. Tacy sami „naukowcy” twierdzili, że np. kamienie nie spadają z nieba i człowiek nie jest w stanie skonstruować maszyny latającej cięższej od powietrza, a Ziemia jest płaska. I takim właśnie „uczonym” bardzo wygodnie jest zarzucać szamańskie praktyki ekologom, bo sami nie potrafią (i nie chcą) przedstawić niczego konkretnego, a jak wiadomo, krytykować jest o wiele łatwiej, niż dowieść prawdy. Prawdy, której „uczeni” w rodzaju autora cytowanych bredni nawet nie chcą szukać, bo a nuż okazałoby się, że ekolodzy i sozolodzy mają rację, to któż będzie im płacił za wypisywane przez nich idiotyzmy?

CDN.  

sobota, 15 października 2011

O kłamstwach anty-ekologii (7)


W dalszym ciągu swego artykułu, autor rozprawia się z kolejnym – jego zdaniem – mitem, którym jest:

Dioksyna

Tematem licznych kłamstw głoszonych przez ekowojowników jest dioksyna. Według ekowojowniczych źródeł dioksyna jest produktem ludzkiej działalności i jest najsilniejszą z trucizn stworzonych przez człowieka. Twierdzenie o toksyczności dioksyny zostało bezkrytycznie uznane za prawdziwe przez politycznych przeciwników Juszczenki, wówczas kandydata na urząd prezydenta Ukrainy. Przeciwnicy zaufali ekowojownikom i chcąc usunąć Juszczenkę ze sceny politycznej podali mu dawkę dioksyny, która według ekowojowników powinna być absolutnie śmiertelna. Na szczęście zawiedli się srodze, bo jedynym skutkiem zatrucia były zmiany skórne na twarzy ofiary tego zamachu. Przykład ten uczy, że nigdy i pod żadnym pozorem nie wolno ufać ekowojownikom.

Najpierw zobaczmy, czym są dioksyny.

Dioksyny – potoczna nazwa grupy organicznych związków chemicznych będących pochodnymi oksantrenu. Składają się one z dwóch pierścieni benzenowych połączonych przez dwa atomy tlenu oraz od jednego do ośmiu atomów chloru przyłączonych do pierścieni benzenowych. Podobnymi związkami są dibenzofurany, które niekiedy zalicza się do dioksyn. Dioksyny są jednymi z najbardziej toksycznych związków, jakie otrzymano w wyniku syntezy. Istnieją jednak na Ziemi w śladowych ilościach jako produkt spalania drewna od czasu pierwszego pożaru lasu.

Potoczna nazwa "dioksyny" odnosi się do wszystkich możliwych chloropochodnych oksantrenu (dibenzo-1,4-dioksyny). Każda z tych pochodnych nazywana jest kongenerem. Dla dibenzodioksyny istnieje 75 możliwych kongenerów. Z 75 dioksyn 7 jest bardzo toksycznych. Najbardziej niebezpiecznym kongenerem jest 2,3,7,8-tetrachlorodibenzodioksyna, w skrócie 2,3,7,8-TCDD, a często oznaczana jako TCDD.

Na drugim miejscu znajduje się 1,2,3,7,8-PCDD, dwukrotnie mniej toksyczna niż TCDD. Pozostałe dioksyny są znacznie mniej toksyczne od wyżej wymienionych. Całkowitą toksyczność próbki można określić, sumując zawartości poszczególnych składników pomnożone przez współczynnik toksyczności. Dla TCDD ma on wartość 1, dla innych proporcjonalnie mniej - 0,5, 0,01 czy 0,001. Określa się w ten sposób tak zwany równoważnik toksyczny, czyli TEQ.

Dioksyny w niezamierzony sposób powstają w śladowych ilościach podczas różnych reakcji chemicznych prowadzonych w przemyśle bądź samorzutnie np. w trakcie spalania drewna i wszelkich związków organicznych.

W 1976 roku we włoskiej miejscowości Seveso, gdzie mieści się wytwórnia pestycydów doszło w wyniku niedopatrzenia obsługi do wybuchu ciśnieniowego reaktora, w którym prowadzono reakcję syntezy 2,4,5-trichlorofenolu. Do atmosfery przedostały się pyły zawierające pośród innych składników TCDD w nieznanej ilości, przypuszcza się, że było to kilka kilogramów. Pomimo stosunkowo niewielkich ilości rozproszonego TCDD, ludność miasta została ewakuowana, kobiety będące w ciąży poroniły. Wierzchnie warstwy gruntu zbierano do dołów zabezpieczonych wodoszczelną izolacją. W wyniku tego wypadku wiele osób zostało porażone trądem chlorowym, który jest objawem zatrucia dioksynami.

Obecnie toksyczność i rakotwórczość dioksyn jest przedmiotem sporów naukowców. Wedle jednych zagrożenie ze strony dioksyn przy obecnym poziomie ich emisji jest marginalne; wedle drugich stanowią one obecnie poważne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Nie ulega wątpliwości, że niektóre dioksyny są silnymi truciznami i mają właściwości toksyczne. Jednak różne organizmy żywe wykazują różną wrażliwość na działanie dioksyny. Do zabicia świnki morskiej wystarczy 0,6 mikrograma tej trucizny, a do uśmiercenia chomika potrzeba aż 5000 razy większej dawki. Dawka śmiertelna dla człowieka nie jest znana, ponieważ nie jest znany ani jeden przypadek śmierci człowieka spowodowanej działaniem dioksyny. O małej toksyczności dioksyn świadczy przypadek Wiktora Juszczenki, prezydenta Ukrainy, którego usiłowano otruć dioksyną. Stężenie dioksyny we krwi w jego przypadku wyniosło 100 000 pg/g tłuszczu, czyli 20 tysięcy razy przekroczyło dopuszczalną normę. Jedynymi objawami zatrucia są zmiany skórne, do dziś widoczne na twarzy prezydenta Juszczenki.

Z badań wynika, że głównym źródłem emisji dioksyn do atmosfery są pożary lasów. Szacuje się, że w wyniku pożarów w samych lasach Ameryki Północnej do atmosfery dostaje się około 100 kg dioksyny rocznie. Można więc przypuszczać, że roczna emisja dioksyn na całej kuli ziemskiej wynosi kilkaset kilogramów. Jest to co najmniej o rząd wielkości więcej niż wydostaje się ze wszystkich źródeł przemysłowych razem wziętych. W związku z tym należy uznać, że za największe emisje dioksyn do atmosfery odpowiedzialne są źródła naturalne i to one stanowią największe zagrożenie dioksynami.

Temat dioksyn i zmniejszenia ich emisji stanowi nieprzerwanie jedną z największych gałęzi działań wielu organizacji ekologicznych. Organizacje te często za główne źródło emisji dioksyn do atmosfery podają spalarnie odpadów. Najbardziej nowoczesne spalarnie odpadów w gazach odlotowych zawierają jednak znacznie mniej dioksyn niż powietrze, którym na co dzień oddychamy. Wielokrotnie więcej dioksyn przedostaje się do naszych organizmów wraz z tak zwanymi "potrawami z grilla" a także na skutek palenia drewna w otwartych i źle wentylowanych kominkach. (Wikipedia)

Tyle Wikipedia. Nie wiem, czy autor liczy na ludzką naiwność, czy głupotę służb specjalnych Rosji, kiedy pisał ten akapit. Oto okazuje się, że to straszliwe i wszechwładne KGB, które posądzano o próbę otrucia Juszczenki, dostarcza zamachowcom… nieszkodliwej trucizny. Rzecz przypomina mi inną brednię, a mianowicie taką, że to KGB dokonała zamachu na Jana Pawła II wysyłając przeciwko niemu jakiegoś tureckiego niedołęgę, który nie dość, że nie położył swego celu trupem, to jeszcze dał się złapać…

Rzecz w tym, że KGB raczej nie słucha ekowojowników, a jego V Dyrekcja Generalna (tzw. Departament Mokrej Roboty) dysponowała najbardziej zjadliwymi truciznami, które tylko wymyśliła nauka. Ich skuteczności dowiodły liczne „eliminacje” sowieckich, bułgarskich, rumuńskich dysydentów, renegatów z KGB i GRU, itd. przy pomocy wymyślnych trucizn czy radioizotopów (radu i polonu).      

W ogóle to ekowojownicy nie mieli szczęścia z tą dioksyną, bo fałszywym jest też ich twierdzenie, że dioksyna jest dziełem człowieka. Najpierw okazało się, że duże ilości dioksyny powstają podczas pożarów lasów a niedawno znaleziono dioksynę w pokładach gliny, których wiek oceniono na kilkadziesiąt milionów lat. W tej sytuacji tracą sens nawoływania do ograniczenia emisji dioksyny ze źródeł przemysłowych.

Jak widać, źródłem informacji dla autora jest Wikipedia. Rzecz ciekawa – kiedy trzeba dowieść czegoś na niekorzyść przeciwników, „uczeni” bardzo chętnie się na nią powołują, zaś w przeciwnym przypadku, odsądzają od czci i wiary! Tak jak przeciwnicy Lecha Wałęsy, którzy w przypadku dokumentacji SB twierdzą, że jest ona sfałszowana przez esbeków, ale akurat w tym jednym jedynym przypadku Lecha Wałęsy jest autentyczna i wiarygodna! I strasznie i śmiesznie…

To, że dioksyny wydzielają się w czasie pożarów lasów jest zabawnym argumentem o tyle, że ich ilość w porównaniu z tymi wyprodukowanymi przez człowieka jest niewielka i stosunkowo szybko ulega degradacji. Natomiast ilość wytworzonych przez człowieka dioksyn rośnie w zatrważający sposób, a do tego dochodzi jeszcze spalanie niektórych mas plastycznych, które także emituje do atmosfery znaczne ilości dioksyn, co autor już pomija. Jak wszystko, co jest dlań niewygodne.

Afera z próbą otrucia ukraińskiego prezydenta nie była jedynym wejściem dioksyny na scenę polityczną. Dużo wcześniej dioksyna była przedmiotem gorących dyskusji politycznych w USA, gdzie emocje wzbudziły pozwy sądowe wnoszone przez weteranów wojny wietnamskiej, którzy skarżyli się na różne choroby wywołane rzekomo przez dioksynę, z którą stykali się podczas wojny w Wietnamie. Kontakt żołnierzy z dioksyną był możliwy, bo amerykańska armia stosowała środki chwastobójcze zanieczyszczone dioksyną pochodzącą z procesu produkcyjnego. Podczas sądowych rozpraw kwestią dyskusyjną była możliwość szkodliwego działania drobnych ilości dioksyn zawartych w środkach chwastobójczych, bo te same środki stosowano w rolnictwie i nie było skarg ze strony rolników. W rozprawach sądowych brali udział eksperci popierający skargi weteranów ale przeważało zdanie, że są to skargi bezpodstawne. Sprawę załatwił amerykański senat, który uchwalił, że weteranom, którzy mogli udowodnić, że mieli kontakt z dioksyną, należy się odszkodowanie bez względu na to, czy dioksyna jest czy nie jest przyczyną ich dolegliwości.

Hmmm…, autor tutaj już zwyczajnie, bezczelnie kłamie, bowiem środek o nazwie Orange Agent używany był przez Amerykanów w Wietnamie, Laosie i Kambodży. Orange Agent jest silnym defoliantem. Niszczy rośliny szerokolistne, uprawy warzywne, krzewy i drzewa liściaste. Powoduje opadanie liści i usychanie młodych pędów drzew po ok. 3-4 tygodniach. Niższe rośliny obumierają w czasie do kilku dni. Stosuje się dawki 15-50 kg/ha. Rośliny trawiaste są względnie odporne na działanie mieszanki pomarańczowej (do ich zniszczenia są potrzebne większe dawki). W czasie degradacji mieszanki pomarańczowej (jak również fioletowej – Violet Agent, różowej – Pink Agent i zielonej – Green Agent) wyzwalały się dioksyny, które miały szkodliwy wpływ na zdrowie ludzi wystawionych na ich działanie w czasie wojny wietnamskiej. Mieszanki niebieska – Blue Agent i biała – White Agent były częścią tego samego programu, ale nie zawierały dioksyn.

Badania populacji wystawionych na działania dużej ilości dioksyn wskazują na zwiększone ryzyko zachodzenia różnego typu schorzeń, jak rak czy defekty genetyczne. Efekt długoterminowego działania niskich dawek nie został ustalony. Od lat 80. XX wieku wytoczono kilka procesów firmom, które produkowały Agent Orange – były to między innymi Dow Chemical i Monsanto. W roku 1984 amerykańscy weterani otrzymali 180 mln dolarów odszkodowania. W tym samym roku weterani z Australii, Kanady i Nowej Zelandii otrzymali pozasądowe rekompensaty. W roku 1999, 20 tysięcy Koreańczyków Południowych wytoczyło proces przed koreańskim sądem. W styczniu 2006 Koreański Sąd Apelacyjny nakazał Monsanto i Dow wypłacić 62 miliony dolarów rekompensaty około 6 800 osobom. Odszkodowania do tej pory nie dostał żaden mieszkaniec Wietnamu. 10 marca 2005 roku sędzia Jack Weinstein z Brooklyńskiego Sądu Federalnego oddalił sprawę wietnamskich poszkodowanych przez działanie Agent Orange, wytoczoną przeciw koncernom chemicznym, którzy produkowali defolianty i herbicydy. (Wikipedia)

No i już wiemy, co boli naszego autora! Te wysokie odszkodowania, które muszą wypłacić jego mocodawcy. I tu należy szukać źródła jego zoologicznej nienawiści do ekologów. Tu chodzi o kasę i to niemałą! Aby jej bronić, autor obłudnie brnie dalej w swe kłamstwa:

Przeświadczenie, że dioksyny są niebezpieczne dla ludzi, było podsycane przez różne agencje urzędowe. Na przykład amerykańska agencja ochrony środowiska (EPA, Environment Protection Agency) ogłosiła kiedyś, że nawet jedna cząsteczka dioksyny może wywołać chorobę nowotworową. Oświadczenie to znakomicie przyczyniło się do wzmożenia strachu przed dioksyną i jest ciągle powtarzane w ekowojowniczych publikacjach. Ekowojownicy powstrzymaliby się być może od takich publikacji gdyby wiedzieli, że każda komórka ludzkiego ciała zawiera mierzalne ilości dioksyny a nowotwory wywołane przez dioksynę nie są znane u ludzi.

Oczywiście. To samo „uczeni” mówili o radioaktywności. Zwiedzając wyspy Polinezji Francuskiej widziałem na ludziach efekty napromieniowania ich po wybuchach nuklearnych na atolach Moruroa, Eniwetok, Bikini czy Elugelab. Ułomne dzieci, dorośli z wolami i guzami na tarczycy, otyli tytanicznie. (Najzabawniejsze są tłumaczenia tych chorób zmianą… nawyków żywieniowych i użyciem cukru białego, zamiast trzcinowego. Oczywiście powoływane są przy tym badania amerykańskie.) O tym jakoś „uczeni” nie mówią, bo pokazanie skutków działania atomu w tym polinezyjskim raju uderzyłby po kieszeni tamtejszy przemysł turystyczny, a to jest ogromna kasa… A skażenie dioksynami jest bardziej rozpowszechnione, niż skażenie substancjami radioaktywnymi. Więc lepiej je przemilczeć w imię zysków, które się osiągnie dzięki kłamstwom i przemilczeniom. 

Ten krótki przegląd zakończę kłamstwami, z których jedno jest dramatycznie głupie a drugie dramatycznie śmieszne. Autorem obu kłamstw jest Paul Ehrlich, profesor na uniwersytecie Stanforda w USA. Dla pełności obrazu muszę dodać, że jest to jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie.

W artykule ogłoszonym w roku 1969 profesor Ehrlich ostrzegł ludzkość, że dokładnie latem w roku 1979 nastąpi koniec życia na ziemi z powodu braku tlenu. Brak tlenu miał być spowodowany przez zahamowanie fotosyntezy przez DDT.

Na tej rewelacji nie zakończyła się bynajmniej publikacyjna działalność profesora Ehrlicha, bo w roku 1996 ukazała się jego książka, w której na stronie 167 znajduje się następująca wiadomość:

Kontakty z papierowymi wyrobami, takimi jak dziecinne pieluszki i papier toaletowy, mogą doprowadzić do absorpcji dioksyny przez skórę.

Uczeni ekolodzy poważnie potraktowali tę sprawę i po wieloletnich badaniach (na koszt podatników, oczywiście) ustalili, że celulozowe pieluchy nie są niebezpieczne dla dzieci, bo ilość dioksyny absorbowanej z pieluch jest kilka tysięcy razy mniejsza od ilości spożywanej z mlekiem matki.

Nie znam prac Erlicha, zresztą to są – jak widać – podobne bzdety jak te, które głosi autor. Natomiast fakt, że znaleźli się uczeni ekolodzy, którzy zbadali możliwość wchłaniania dioksyn i innych toksyn przez pieluchy uważam za chwalebny, bo w końcu uczeni od tego są, by ludzi informować, ostrzegać i chronić przed zagrożeniami. I na to idą pieniądze podatników, które autor w swej małoduszności tak im wypomina. Tak właśnie być powinno!


CDN.