Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą laserowa broń radiacyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą laserowa broń radiacyjna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 września 2023

Gwiezdne wojny – dzisiaj

Laserowy Gatling

 

Jurij Daniłow

 

Laser błysnął białoniebieskim światłem, błyszczący, pulsujący promień przeciął powietrze. Ochoniarze, którzy przywarli do korpusu transportera obrócili się w kłębki płomieni. Od oślepiającego światła Grayson mocno zamknął oczy, ale wciąż miał przed nimi obraz oficera ochrony upieczonego w luku transportera w tej chwili, kiedy stal wokół niego pociekła ognistymi strumykami.

William Kate – „Bitwa”

 

Od teleskopu do bomby

 

Pod koniec listopada 1989 roku, w Belgii miał miejsce incydent: myśliwiec F-16 wystartował na przechwyt UAP emitującego kolorowe promienie. Wprawdzie przybyli na miejsce lotnicy stwierdzili, że chmury podświetlone były promieniami laserowymi pochodzącymi z dyskoteki. W parę lat później podobny przypadek zdarzył się i w ZSRR: w Rydze wielu ludzi stało się świadkami tajemniczych zielonych błysków na niebie. Jak się później wyjaśniło, winnym tego był laserowy teleskop.

W ogóle, to widać, laser stanowił „gotowe wyjaśnienie jeszcze nieistniejących problemów” i od samego początku zwrócił na to uwagę wojskowych.  Wprawdzie humaniści od razu wstawili zakutym łbom kij w szprychy: w „Protokole o oślepiającej broni laserowej” do Konwencji Genewskiej już w pierwszym artykule zabroniono użycia laserowej broni radiacyjnej (LBR) do oślepiania człowieka nie używającego przyrządów optycznych. Jednak kiedy wojskowych obchodziły jakieś tam konwencje!?

Pierwsze na co oni zwrócili uwagę, to możliwość oślepiania promieniami lasera nie tylko przyrządów obserwacyjnych pojazdów pancernych, ale i samych obserwatorów. Przede wszystkim broni małego kalibru karabiny przeznaczone dla piechoty opracowane w USA i Chinach, zaś w amerykańskiej policji działają nie tylko „oślepiacze” (do tego wielolufowe, dlatego zwane laserami Gatlinga) ale także elektroszokery, które poprzez kanał zjonizowanego przez laser powietrza przekazują do celu elektryczny impuls (to takie elektryty z „Zagubionej przyszłości” K. Borunia i A. Trepki). Poza tym generatory kwantowe pomagają precyzyjnie naprowadzać na cel  rakiety i bomby, obliczać odległość do celu a nawet tworzyć bojowe hologramy. Ale nas interesują systemy bojowe.

 

Gdzie my, tam… leser!

 

Pionierami w zakresie zastosowania kwantowych wzmacniaczy światła stali się amerykańscy specjaliści z USMC – piechoty morskiej, w 1976 roku na ich amfibii LVTP-7 zamontowano gazodynamiczny laser CO2 o mocy 30 kW. Próby wykazały, że może on razić niewielkie cele, co jednak nie zapewniło całkowitej obrony plot. wysadzanego desantu. Program przekazano USAF, wszak poręczniej jest zamontować laser w samolocie.

Tymczasem marynarze zmniejszyli swe apetyty i przy pomocy dwóch laserów o mocy 1-2 kW też można było oślepić przeciwnika, kiedy okazało się, że amfibia pod wagą nowej broni zmieniła swe właściwości, co wojskowych wcale nie zadowalało. W rezultacie, w 1983 roku projekt został zamknięty definitywnie.

Kurz z archiwów na temat LBR został zdmuchnięty w 1986 roku, kiedy to przedstawiciele wojsk lądowych USA, których oświeciła idea – dać saperom nie tylko wyszkolone psy i detektory min, ale coś nowszego. W 1994 roku nowopowstały system MODS (Mobilny Kompleks Wykrywania Urządzeń Wybuchowych) laser z lampowym uchwytem na pokładzie transportera opancerzonego M-113 A1 pokazano, że można tym nie tylko wyciąć monogram na korpusie miny, ale także zapalić materiał wybuchowy w niej bez podkopywania. Opracowania (Gerald Wilson z Oddziału Badań nad Ukierunkowaną Energią Dowództwa Obrony Przeciwkosmicznej i Przeciwbalistycznej (OPB) US Army i Owen Hoffer z amerykańskiej firmy SPARTA) już zacierali ręce, przewidując pojawienie się swego dzieła na lotniskach, gdzie rozbraja pozostałości po nalotach – np. niewybuchy bomb, jednakże niedostateczna efektywność laserowej techniki pancernej zniechęciła wojskowych. I znów przyszło siąść do obliczeń.

 

„Zeus”-laserowładny

 

Już w nowym, XXI wieku udało się dopracować systemy – ZEUS albo HLONS mieścił się na zwykłym hummerze i mógł on unieszkodliwiać samodziałowe fugasy terrorystów nie tylko na stacjonarnych obiektach, ale i samochodach i kolumnach transportowych. Ciekawe, że wojskowy laser ZEUSA (jest jeszcze sprzężony z bliźniaczym laserem) z tej przyczyny, że optyczny generator kwantowy w waszym odtwarzaczu DVD oświetla 9 szklanych dysków pokrytych neodymem.

W grudniu 2002 roku, system ten przywieziono do Afganistanu i chciano wypróbować w warunkach bojowych. W ich procesie zostało zdetonowanych 200 składów Talibów, co pozwoliło na wystawienie pozytywnych ocen przez wojskowych.

W 2004 roku, do samochodu zamontowano laser o mocy 1 kW, a potem 2 kW.  Taki agregat – to jest dokładnie ten, który w fabrykach samochodów wykrawa detale. Jeszcze ciekawszym jest ten fakt, że kompania od techniki laserowej bazuje na … 2 rosyjskich instytucjach naukowych. Pierwszy z nich to Instytut Radioelektroniki RAN a drugi INN „Polius”. Znaj naszych!

W roku 2005 trójca ZEUSÓW wyjechała do Iraku, by podjąć tam zbożne dzieło rozminowania kraju i zabezpieczenia konwojów. W czasie służby zostało unieszkodliwionych 1600 urządzeń wybuchowych, których było aż 40 typów. Przy czym aż w 98% przypadków zostało to dokonane bez eksplozji. To tak zachęciło konstruktorów, że już mają w planach zamontowanie na samochodzie laser o mocy 100 kW, przy pomocy którego będzie można nie tylko neutralizować urządzenia wybuchowe, ale także pociski, rakiety i kierunkowe miny już w czasie dolotu!

Kiedy ZEUS pracował w Iraku i Afganistanie, koncern Boeinga także prowadziła próby nad nową wersją systemu oplot. Avanger, wyposażonego w laser o mocy 1 kW. Wersja próbna pojawiła się w 2007 roku.

Jak twierdzi Boeing Aircraft Corporation, Avanger może nie tylko unieszkodliwiać urządzenia wybuchowe i niewypały oraz niewybuchy, ale może walczyć także z bezpilotowymi maszynami latającymi – dronami. W celu rozszerzenia możliwości nowej broni, skonstruowanej w programie AMWS (Wysokomanewrowy wielozadaniowy system uzbrojenia), z którym może być dodatkowo sprzężony system wyrzutni pocisków rakietowych i karabiny maszynowe).

 

Przodują na całej planecie

 

Najnowsza na dzień dzisiejszy samochodowa LBR są to cztery lasery o mocy 25 kW każdy, zamontowane na podwoziu 19-tonowego samochodu pancernego HEMIT A4 pod swoją nazwą HELTD, którego opracowaniem zajmował się także Boeing. Wtedy projekt ten był w fazie opracowania, zaś dzisiaj (w 2018 r.) jest on w stadium próbnym na poligonie we White Sands (NM).

Co do samochodowych dział laserowych, to powiemy o dokonaniach kolegów zza granicy. Kilka lat temu rada koncernu PWO „Diament-Anteusz” pokazało egzemplarz urządzenia do precyzyjnego kierowania promieniem potężnego lasera, a mówiąc dokładniej laser OPLot. i OPB. Kwantowy wzmacniacz światła o mocy 250 kW został umieszczony na 22-tonowym chassis samochodu pancernego MA3-543M.

 

Źródło: „Siekrietnyje archiwy” nr 6/2018, ss. 40-41

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz              

sobota, 9 lutego 2019

BMR antycznych bogów


Ruiny Mohenjo Daro

Nikołaj Miedwiediew


Badając babilońską wieżę (ziggurat) archeolodzy odkryli ślady oddziaływania na nią wybuchu nuklearnego, ogromnej temperatury, która zmieniła ceglane pokrycie budowli w cienką masę, podobną do stopionego szkła.

W 1996 roku angielski badacz David Davenport wydał sensacyjne oświadczenie, że staroindyjskie miasto Mohendżo Daro (aktualnie znajdujące się na terytorium Pakistanu) zostało zniszczone 4000 lat temu wskutek eksplozji jądrowej. Jej moc była porównywalna z mocą eksplozji amerykańskich bomb A, które zniszczyły Hiroszimę i Nagasaki.[1] W promieniu 1 km od centrum miasta, zniszczenia były największe i znajdują się roztopione kamienie. Sądząc po stanie domów, ogniste uderzenie przyszło skądś z wierzchu.[2] Zaobserwowane zniszczenia są typowymi dla działania fal uderzeniowych. Znalezione w ruinach ludzkie szkielety są radioaktywne. Oświadczenie to wprawiło uczonych w osłupienie. Czy ludzie żyjący tak dawno temu mogli posiadać broń jądrową? Odpowiedzi poszukamy w dawnym eposie.


„Jak 10.000 słońc w zenicie…”


W staroindyjskich świętych tekstach „Mahabharata”, „Ramayana”, „Bhagavata purana” i „Skanda purana” zredagowanych w III-II tysiącleciu p.n.e. opowiada się o okrutnych wojnach, które prowadzili pół-bogowie, ludzie i rozliczne mityczne istoty: Nagowie, Rakszasowie, Rudrowie, Yakshiowie, Daitowie, Davanowie, Ghandarvowie (tak czy inaczej tymi demonami byli także ludzie – Atlantydzi i Hiperborejowie wojujący z indyjskim imperium Ramy). I walczyli oni nie mieczami i łukami ze strzałami, ale straszliwymi broniami, które wstrząsały całym światem i stwarzało całe kontynenty nieprzyjazne dla życia na długi czas.

Szczególnie dużo mówi się o tym strasznym narzędziu zniszczenia w „Mahabharacie”. Epos ten opowiada o wojnie pomiędzy dwoma rodami: Pandawów i Kaurawów. A oto, jak opisana jest jedna z bitew:

Vimana[3] zbliżała się do Ziemi z niesamowitą prędkością i wypuściła mnóstwo strzał, błyszczących jak złoto, tysiące błyskawic…Huk wytworzony przez nie był podobny do bicia w tysiące bębnów…Za nimi postępowały jaskrawe wybuchy i setki wichrów ogniowych…Palony żarem tej broni, świat miotał się jak w gorączce. Słonie paliły się od tego żaru i dziko miotały się tam i z powrotem w poszukiwaniu osłony od siły gorąca. Woda stała się wrząca, zwierzęta ginęły, wrogowie padali jak skoszeni, a ogniowa burza waliła drzewa całymi rzędami.. Tysiące kół zostało zniszczonych, a potem głęboka cisza opadła na morze. Zaczęły dąć wiatry i Ziemi zaświeciła. Trupy zabitych były spopielone straszliwym żarem tak, że nawet nie były podobne do ludzi…

Broń opisana w „Mahabharacie” jest bardzo podobna do broni atomowej:

Wybuch jej był jasny, jak 10.000 słońc w zenicie… płomienie i trujące dymy… rozchodziły się we wszystkie strony. Ona obracała ludzi w proch, a u ocalałych wypadały paznokcie i włosy. Także żywność się psuła. W kilka lat potem słońce, gwiazdy i niebo były ukryte za chmurami i niepogodą.    

Jednym z rodzajów tej superbroni była strzała Indry. Posługiwał się on nim przy pomocy okrągłego odbłyśnika. Po włączeniu wysyłał on strumień światła, który naprowadzano na dowolny cel kierując się dźwiękiem, a kiedy zogniskował się na nim, to błyskawicznie pożerał go swą siłą. Przy pomocy strzały Indry – Kryszna zniszczył Vimanę swego wroga – króla Danava Śalvy – napowietrzne miasto Saubhu.

Ale najpotężniejszą broń skierowano przeciwko Vriśi i Andhakom. Gurkha lecąc swoją szybką Vimaną zrzucił na ich miasto, położone za potrójnym murem, tylko jeden pocisk zawierający w sobie całą siłę Wszechświata. Rozpalona kolumna dymu i ognia, jasna jak 10.000 słońc pokazała się z całą swoją mocą. Była to nieznana broń – Żelazne Uderzenie Pioruna, gigantyczny posłaniec śmierci, który obrócił w popiół całą rasę Vriśi i Andhaków.

Wiele rodzajów opisanej w „Mahabharacie” niebiańskiej broni było w stanie wywołać gigantyczne atmosferyczne i geofizyczne kataklizmy: ogromne tsunami, powodzie, huraganowe wiatry, burze, śniegi, trzęsienia ziemi, pogrążenie Ziemi w mroku albo na odwrót – jej nasłonecznienie.

Straszliwa broń, używana tylko w ostateczności, nazywało się Brahmaastra. Ona to przewyższała wielokrotnie swoją mocą niszczenia i przypominała swym działaniem dzisiejszą broń H – głowicę termojądrową.



Broń Indry - Vadżra/Wajra

Uderzenie pioruna


Specjalnie trzeba tutaj powiedzieć tutaj o broni strzelającej błyskawicami. W Indiach ono nazywało się Vadżra/Vadźra (w sanskrycie to słowo ma dwa znaczenia: „diament” i „błyskawica”) w Tybecie - Dordże, w Japonii – Kongosjo, w Chinach – Dzin-gansi a w Mongolii – Oczir. W mitologii hinduskiej Vadżra okazuje się być potężnym, uderzającym bez ochyby orężem głównego boga Indry. Przy jej pomocy mógł on burzyć twierdze, rozkruszać skały, zmieniać bieg rzek i kierować pogodą.

Vadżrę ukazuje się w rękach Indry, Śivy, Viśnu a także Zeusa, Thora i innych bogów-gromowładnych różnych narodów świata. Ten przedmiot składa się z 3-9 prętów. Jeden z nich – środkowy – jest prosty, pozostałe mają zagięte końce do środka (vide foto) ma on także dwa kuliste zgrubienia na rękojeści.

Prawie identyczny wizerunek Vadżry można zobaczyć w różnych miejscach planety. Czyżby więc była to kwestia fantazji malarzy i rzeźbiarzy, która pracowała na tej samej fali? Już prędzej mieli oni takie same wzory. Żeby odtworzyć widok jakiegoś przedmiotu z taką precyzją, to należałoby mieć go przed oczami.

Vadżra – to rytualny przedmiot w hinduizmie, buddyzmie i dżinizmie. Budda nierzadko pokazywany jest jak trzyma go w rękach. W Nepalu istnieje kompleks świątynny Bodnath, zbudowany w VI wieku n.e. W jego centrum znajduje coś, co nazywane jest buddyjską stupą. Jest to prawidłowej formy półkula ze zwieńczeniem przypominającym statek kosmiczny. Koło niej znajduje się ogromna Vadżra, która jest obiektem kultu dla wielu pątników. Do tego miejscowi mnisi twierdzą, że tą Vadżrą bogowie operowali tak, jak jakimś instrumentem: cięli kamienie, przygotowując bloki do budowy świątyń i innych ogromnych budowli.


Jak to działało?


Ale jak działał ten instrument bogów? Istnieje wersja, że Vadżra to swego rodzaju rezonansowy generator podobny do tego, jaki w 1896 roku skonstruował Nikola Tesla. Dawał on moc rzędu kilkunastu milionów kW, literalnie jak błyskawica. Zasadę działania swego aparatu Tesla utajnił przed potomkami, słusznie sądząc, że będzie on użyty w niecnych celach, np. jako broń.

Także więc i my nie znamy zasady działania Vadżry. Być może wojsko i rzemieślnicy z tej dawnej, wysokorozwiniętej cywilizacji wykorzystywali energię pól siłowych Ziemi, dla nas niemal nieznanej. Istnieje hipoteza, że Vadżra jest związana z polami wirowymi. Tym terminem, jeszcze w 1922 roku francuski uczony Élie Cartan nazwał hipotetyczne fizyczne pole, które powoduje skręcanie się przestrzeni. Niestety, teoria ta do dziś dnia jest ignorowana przez naukę. Jest to związane przede wszystkim z tym, że jej zwolennicy twierdzą, że człowiek i jego myśli są w stanie generować pola wirowe i kierować nimi. I jest bardzo możliwe, że nasi dalecy przodkowie wyprzedzali nas o wiele w zakresie rozwoju techniki dzięki umiejętności kierowania takimi właśnie polami. Schematy takich pól cząstek elementarnych są podobne swym wyglądem do Vadżry.

Indra z Wajrą w ręku

Zeus z piorunem w ręku


Teraz symbol władzy


Sądząc z tego wszystkiego, Vadżra byłaby doskonałym instrumentem we współczesnym świecie. Tylko że póki co, nikomu nie udało się jej odtworzyć.[4] Mówi się, że w Indiach jest kilka Vadżr, które ocalały z dawnych czasów. Ostatnio odtajniono zapisy i kserokopie notatek aresztowanego w 1929 roku zwiadowcy Jakowa Bljumkina, który twierdził, że w 1925 roku w Tybecie widział on urządzenie, które wyglądało jak wielka Vadżra. Według jego słów, Dalajlama XIII powiedział, że ta broń bogów znajdowała się tam tysiące lat i pokazał jej działanie!  Vadżra przekształciła złote samorodki w proszek, który potem mógł być wykorzystany do przemieszczania wielkich platform. Ale przede wszystkim Bljumkin w tym przypadku został posądzony o głupi żart. A na świecie istnieją modele tego urządzenia odtwarzające tylko jego widok - wygląd tej tajemniczej broni z dawnej cywilizacji. Strzelać błyskawicami one nie mogą.

Przypomina to historię, która zdarzyła się mieszkańcom pewnej wyspy, którą zajęli i opuścili Amerykanie w czasie II Wojny Światowej. Tubylcy zaczęli budować samoloty ze… słomy. Były one całkiem podobne do prawdziwych, ale nie latały. To jednak nie przeszkadzało krajowcom modlić się do nich i mieć nadzieję, że „bogowie” wrócą i przywiozą jeszcze więcej czekolady i „wody ognistej”. Na świecie takie postępowanie nazywane jest kultem cargo.

Tak więc i Hindusi spróbowali zbudować repliki Vadżr i wykorzystać je do walki. Wyszło coś w rodzaju kastetów, które nie są tak efektywne. Tak więc zmodyfikowali je dodając rękojeści. Tak powstał szestopior – staroruska broń uderzeniowo-krusząca. I taka buława nie całkiem pomagała w bitwie. Tak więc ta broń w końcu stała się symbolem władzy, i to nie tylko w Indiach, ale także w innych krajach.[5]

I żeby było ciekawiej – korony wielu ziemskich władców przypominają kształtem Vadżrę i należy sądzić, że nieprzypadkowo…


Źródło: „Tajny XX wieka” nr 35/2018, ss.22-23
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Czyli ok. 15-20 kt TNT.
[2] Czyli była to napowietrzna eksplozja atomowa.
[3] Latający aparat o niewiarygodnych możliwościach – przyp. red. „Tajn XX wieka”.
[4] To właśnie takich artefaktów poszukiwały komanda SS w okresie od 1930-1945 roku operujące od Himalajów do Andów. Naziści poszukiwali przede wszystkim wszystkiego, co mogło stanowić BMR do prowadzenia wojny z całym cywilizowanym światem. Istnieje możliwość, że taki ośrodek badawczy powstawał w Górach Sowich… Podobne działania podejmowały także radzieckie specsłużby (NKWD i GRU).
[5] Także i w Polsce z czasów Rzeczpospolitej Szlacheckiej była to oznaka władzy wojskowej. Współcześnie kiedy Polska jeszcze miała armię, która cokolwiek znaczyła, skrzyżowane buławy znajdowały się na pagonach nieistniejącego już dziś najwyższego stopnia wojskowego Marszałka Polski. 

piątek, 22 listopada 2013

TAJEMNICA GENERAŁA KALISKIEGO

 

Kilka lat temu TVN w swym sensacyjnym cyklu „Nie do wiary” przedstawiła jedną z najciekawszych postaci PRL, która mogła mieć kolosalny wpływ na dalsze dzieje Ludzkości i przebieg Zimnej Wojny. Postacią tą był gen. dyw. prof. dr hab. Sylwester Kaliski - były komendant Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Redaktorzy tego programu wyskoczyli z sensacyjną tezą głoszącą, że uczony ten został zaangażowany przez ówczesnego I sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysza Edwarda Gierka do stworzenia polskiej bomby wodorowej i wprowadzenia tym samym Polski do ekskluzywnego „klubu atomowego” atomowych mocarstw: ZSRR, USA, Chin, Francji i Wielkiej Brytanii.


Uczony i generał.


Kim był generał Sylwester Kaliski? Encyklopedie podają zwykle garść skondensowanych faktów:
 Sylwester Kaliski - [1925-1978], specjalista w zakresie fizyki, techniki; generał; profesor Wojskowej Akademii Technicznej, (od 1967 jej komendant), członek PAN, minister nauki, szkolnictwa wyższego i techniki; prace z [zakresu] mechaniki, akustyki, teorii pól sprzężonych, inicjator polskich badań nad mikrosyntezą jądrową.
Tyle encyklopedie.

Patrząc na to wszystko z boku zdumiewają dwie rzeczy: po pierwsze - niesamowita pracowitość tego człowieka, rozległość jego zainteresowań, bo oprócz spraw zawodowych zajmował się także sprawami stricte administracyjnymi i stricte naukowymi; po drugie - człowiek ten skupiał w ręku ogromną władzę, co wynika z jego tutaj przytoczonego CV.

Zginął on w niewyjaśnionym do dziś dnia wypadku samochodowym. Niektórzy w jego śmierci dopatrują się działania osób trzecich - innymi słowy mówiąc - zamachu... Wszyscy łowcy sensacji widzą w tym udaną próbę wyeliminowania znakomitego uczonego, wojskowego i polityka z walki o władzę, co niektórzy odebrali jako wyraz tarć i napięć w łonie Komitetu Centralnego PZPR. Inni widzą w tym interwencję służb specjalnych Związku Radzieckiego czy Ameryki.

Prawdą jest to, że gen. Kaliski był jednym z najwybitniejszych polskich uczonych XX wieku, co doceniali Rosjanie i Amerykanie, i kto wie, do czego by doszedł, gdyby nie tragiczny wypadek samochodowy, który przerwał jego życie w najciekawszym miejscu...


Bomba wodorowa dla tow. Gierka?


Jak już tu powiedziałem, redaktorzy z TVN „Nie do wiary” imputują gen. Kaliskiemu to, że został on zaangażowany do wyprodukowania polskiej broni termojądrowej. Brzmiało to prawdopodobnie - boż znając megalomanię Gierka i jego chęć do pokazania Polski jako mocarstwa - czemu bez reszty służyła „propaganda sukcesu” lat 70., a która załamała się w 1980 roku na Wybrzeżu - można by to przyjąć za pewnik. Ze względów propagandowych byłoby to kolejnym sukcesem naszego kraju na drodze do wybudowania komunistycznego społeczeństwa ludzi wolnych i równych - jak eufemistycznie i bombastycznie napisałaby zapewne „Trybuna Ludu”...

Ale nie. To akurat byłoby niemożliwe, a to ze względu na to, że na coś takiego - posiadanie broni termojądrowej przez kraj satelicki, a zatem złamanie monopolu na nią zastrzeżonego tylko i wyłącznie dla Związku Radzieckiego - nie mogło wchodzić w grę! To akurat byłoby całkowicie niemożliwe, a to dlatego, że uniezależniałoby Polskę pod względem militarnym od Wielkiego Brata zza wschodniej granicy! A na to ówczesny gensek Leonid I. Breżniew w życiu by nie pozwolił. I każdy jego następca też.

I właśnie z tego względu ów nieszczęsny program TVN był czystym przelewanie z pustego w próżne... Gierek zbyt uzależnił gospodarkę i obronność PRL od ZSRR, by można ją było oderwać nawet przy pomocy bomby wodorowej. Tu była potrzebna polityka i wola ludu. Dlatego też powstanie Solidarności umożliwiło powolne oddzielanie PRL od ZSRR i RWPG, oczywiście za amerykańskie pieniądze hojną ręką sypane przez CIA.




A może... kosmolot?


Nie zapominajmy, że okres lat 70. to tryumfy amerykańskiej kosmonautyki, objawiające się m.in. lądowaniami Amerykanów na Księżycu. Te loty księżycowe uwypukliły nam dobitnie słabość konstrukcyjną rakiet na paliwo chemiczne. Ogromna dysproporcja masy startowej do payloadu, który można było wyrzucić w Kosmos powodowała, że na programy kosmiczne łożono ogromne pieniądze. Poza tym rakiety na paliwo chemiczne były jednorazowego użytku i za każdym razem trzeba było budować kolejną rakietę - ogromną i kosztowną. Sytuacja zmieniła się trochę na lepsze w momencie wprowadzenia przez Amerykanów do służby wahadłowców, które posiadają wszystkie elementy zwrotne i można je wykorzystywać wielokrotnie.

Ale to jeszcze nie było to. Wahadłowce mogą wylatywać tylko na LEO, natomiast dalej już niestety - nie. Trzeba było albo wynaleźć sposób na wzmocnienie - energetyczne „doładowanie” napędu chemicznego, albo... wynaleźć inny rodzaj napędu. Tym innym rodzajem napędu był napęd jądrowy.

Idea wykorzystania napędu jądrowego zakłada wytworzenie plazmy poprzez kontrolowaną reakcję syntezy wodorowo-helowej, która to reakcja jest najbardziej wydajną energetycznie znaną reakcją jądrową. Taka reakcja przebiega na Słońcu i innych gwiazdach. Taką reakcję wykorzystuje się w bombach wodorowych. Tym razem można by jej użyć w służbie człowieka. Obliczono bowiem, że kosmolot napędzany plazmą z takiej reakcji byłby w stanie rozwinąć prędkości rzędu od 1.000 km/s i to w Układzie Słonecznym! Odkrycie takie otworzyłoby nam właściwie dostęp do wszystkich planet Układu Słonecznego...

Podejrzewam i nie jestem w tym odosobniony, że generał Sylwester Kaliski pracował właśnie nad takim napędem!!!


Poligon i marzenia


A dlaczegóżby nie?

W książkach polskich autorów science-fiction z lat 50. ubiegłego wieku - a dokładniej Stanisława Lema -„Astronauci”, „Obłok Magellana”, Krzyszofa Borunia i Andrzeja Trepki  - „Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”, występują opisy napędu plazmowego i fotonowego do tamecznych rakiet kosmicznych. Opisy te są czasami niemal drobiazgowe, jakby autorzy chcieli dać konstruktorom wskazówkę: zróbcie tak a tak, i wtedy powinno się udać wysłać rakietę w Kosmos z prędkością kilku tysięcy kilometrów na sekundę... I kto wie - niestety gen. Kaliski już nie żyje, by dać nam odpowiedź na to - czy nie myślał on właśnie nad zastosowaniem tych rozwiązań na skalę - rzekłbym - przemysłową???...

Nie bez kozery trzeba tutaj przypomnieć, że w latach 70. Rosjanie zamknęli nasz poligon rakietowy w Łebie. Dlaczego? Otóż dlatego, że okazało się, iż polskie konstrukcje rakietowe są o całą klasę lepsze, wydajniejsze i w ogóle optymalniejsze od radzieckich. A że ZSRR chciał za wszelką cenę utrzymać pozycję monopolisty i nie znosił konkurencji jakichś tam Polaków, więc sprawie ukręcono łeb, zamknięto poligon i zamrożono polskie prace nad rakietami na czas nieokreślony.

Tymczasem generał Kaliski - jak widać to z jego CV - zaczął skupiać w swym ręku ogromną władzę: był komendantem WAT, ministrem techniki i szkolnictwa wyższego, generałem LWP i członkiem PAN. To dawało mu nieograniczone możliwości prowadzenia badań nad mikrosyntezą jądrową i co za tym idzie - silnikami plazmowymi dla kosmolotów. To także dawało mu zaplecze polityczne i finansowe. On naprawdę zamierzał zrealizować plan budowy polskiego statku kosmicznego z plazmowym silnikiem rakietowym! Ciekawy jestem, do czego by doszedł, gdyby nie ów fatalny wypadek!? Czy to w ogóle był wypadek...

Nie, nie była to robota CIA czy KGB albo GRU, bowiem wszystkie te instytucje mogły mieć informacje o tym z pierwszej ręki - być może była to robota Kogoś, komu zależało na tym, by pewne wynalazki nie pojawiały się na Ziemi zbyt wcześnie. Najprawdopodobniej wmieszała się w to ta Trzecia Siła, która sprawuje realną władzę na tej planecie, a która od czasu do czasu daje o sobie znać poprzez często niezrozumiałe a spektakularne posunięcia. A to daje nam do myślenia i niejednokrotnie dochodzimy do przekonania, że nie jesteśmy tutaj sami...


---oooOooo---


To, co pokazałem Czytelnikowi w tym artykuliku, jest zaledwie czubkiem góry lodowej problematyki rodem z „Archiwum X”. Takie archiwa istnieją naprawdę i znajdują się w rękach rządowych i prywatnych. W tych archiwach nigdy nie następuje przedawnienie, i są one niedostępne dla profanów.

Opisane przypadki budzą niepokój, bo pokazują, do jakiego stopnia można manipulować faktami w celu ich wykorzystania do celów politycznych, wojskowych czy komercyjnych. Oczywiście są także opinie różnych nawiedzonych uczonych i badaczy, którzy np. w ataku na Pentagon i WTC widzą działania Kosmitów... - co jest tylko barwnym folklorem ufologicznym, i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, która jest o wiele ciekawsza i barwniejsza, niż to się PT Autorom takich hipotez wydaje...

Jestem pewien tego, że nie jesteśmy sami na Ziemi i temu dałem swój wyraz niejednokrotnie na łamach różnych czasopism, w wywiadach radiowych i telewizyjnych oraz w Internecie. I tylko krew mnie chce zalać, kiedy pomyślę o tym, że kilku obrotnych cwaniaków potrafiło sprostytuować to NAJWIĘKSZE MARZENIE LUDZKOŚCI, jakim jest Kontakt z Obcym Rozumem, i zaprzęgło je w rydwan polityki i czyichś brudnych interesów. TO OPRACOWANIE JEST PROTESTEM PRZECIWKO TAKIM PRÓBOM. Zdecydowanie odcinam się od wszelkich prób upolityczniania ufologii - jak to miało miejsce np. w Bułgarii, gdzie istniały plany powołania do życia Bułgarskiej Partii Ufologicznej - a także mieszania do ufologii którejkolwiek z religii, wyznań czy ideologii. W ufologii nie ma na to miejsca, bo ufologia jest nauką - może niezwykłą - ale nauką, i nie ma w niej miejsca na politykę i religię czy choćby najlepsze i najświatlejsze ideologie. Niech to opracowanie będzie przestrogą dla wszystkich tych, którzy chcą się nią kiedykolwiek zajmować.


Te słowa napisałem w 2000 roku, kiedy jeszcze wierzyłem w to, że ufologia ma przed sobą jakąś przyszłość w tym kraju. Naiwnie wierzyłem, że wspólnie da się coś zrobić – i niestety myliłem się. Cóż, nie popełnia błędu tylko ten, kto nic nie robi. Wychodzi bowiem na to, że ufologię od samego początku wprzęgnięto w służbę polityki i co chwilę się o tym przekonujemy. Podobnie jak wszystkie brednie w rodzaju chemtrails czy HAARP stanowi ona dymną zasłonę dla czegoś bardzo groźnego i konkretnie wymierzonego – niestety – w ludzi, ale nie pochodzącego z Kosmosu, tylko z Ziemi. I na Ziemi należy szukać źródeł tego właśnie „czegoś”. UFO i inne sensacyjne brednie straszące nas z nagłówków medialnych to idealna „maskirowka”, która funkcjonuje już od lat, a ludziom wpaja się przekonanie, że to tylko preludium do wielkiego wydarzenia, jakim ma być ów wyczekany i wytęskniony Kontakt. Tylko że obawiam się, że żadnym – choć trochę rozumnym Kosmitom – odejdzie jakakolwiek ochota do kontaktu po obejrzeniu naszych programów TV pełnych agresji, przemocy, nienawiści i strachu. Wysyłamy codziennie miliony watów w Kosmos naszych emisji TV, które są wizytówką naszej cywilizacji. Najgorszą ze wszystkich możliwych… I nie zdziwię się, jak spełni się kiedyś genialna wizja Stanisława Lema, którą zawarł w jednym z opowiadań Ijona Tichego, który wziął udział w debacie Organizacji Planet Zjednoczonych na temat Ziemi i jej mieszkańców, którzy na forum Zgromadzenia Ogólnego OPZ zostali nazwani sztuczniakami potworniaczkami i ohydkami szalejami. No cóż – dostali w swe ręce dowody na nasze zbrodnicze szaleństwo, więc jakże mogło być inaczej…?      

poniedziałek, 11 lipca 2011

Strzały nad Ussuri i radziecka LBR (3)

Co wiemy teraz?

Tyle autorzy rosyjscy. Rzecz wymaga jednak komentarza i pozwól Czytelniku, że zacznę od tego iż jeden z redaktorów Innych Oblicz Historii skomentował rzecz krótko: „brednie”.  Nie ustosunkuję się do chronologii wydarzeń, bom nie historyk, ale w jednym punkcie się zgadzam z ekspertem z IOH. Chodzi o słynnego Grada:

BM-21 Grad – to radziecka polowa wyrzutnia rakietowa skonstruowana w latach 60. Przeznaczona dla artylerii dywizyjnej.

Decyzję o zaprojektowaniu BM-21 Grad podjęła Rada Ministrów ZSRR decyzją z 30 maja 1960. Zadanie to otrzymało biuro konstrukcyjne NII-147 z Tuły. Pierwsze wyrzutnie trafiły do jednostek w 1963, publiczna prezentacja nowego systemu odbyła się w 1964 na defiladzie w Moskwie podczas obchodów rewolucji październikowej. W następnych latach była szeroko eksportowana, wśród jej użytkowników znajduje się także Wojsko Polskie.

Podobnie jak inne typy wyrzutni artyleryjskich BM-21 jest przeznaczona do rażenia celów powierzchniowych – środków ogniowych piechoty, stanowisk ogniowych artylerii, sprzętu bojowego w rejonach ześrodkowania oraz umocnień polowych.

BM-21 posiada 40 (4 x 10) prowadnic rurowych zainstalowanych na zmodyfikowanym podwoziu samochodu Ural-375D (6 x 6). Pakiet prowadnic wraz z kołyską jest osadzony na obrotowym łożu przymocowanym do ramy samochodu. Kąty ostrzału poziomego są dla małych kątów podniesienia ograniczone ze względów bezpieczeństwa (wyloty prowadnic znajdują się na wysokości kabiny). Prowadnice mogą być naprowadzane elektrycznie lub ręcznie. Pociski są odpalane elektrycznie. Celownik mechaniczny, kątomierz działowy oraz mechanizm sterowania napędami kierowania jest umieszczony na wysięgniku z lewej strony wyrzutni.

Standardowym typem pocisku wystrzeliwanego z BM-21 jest M-21OF z głowica odłamkowo-burzącą. Ma on masę 66 kg i długość 2870 mm. Jego donośność wynosi 20.400 m. W Polsce powstała rodzina pocisków Feniks-Z, które dzięki zastosowaniu nowoczesnego paliwa rakietowego mają zasięg ponad 40 km. Pociski na torze lotu są stabilizowane zarówno brzechwowo, jak i obrotowo (niewielką prędkość kątową nadaje im występ prowadzący współpracujący z bruzdą rury wyrzutni). Pociski są dostarczane na stanowisko ogniowe przy wykorzystaniu samochodów amunicyjnych ZiŁ-152 lub Star. Pociski tego samego typu mogą być odpalane z sowieckich wyrzutni Grad-W i czechosłowackich RM-70 – Wikipedia.

No cóż, jak wynika z tej informacji broń ta jest znana co najmniej od roku 1963 – kiedy to pierwsze egzemplarze trafiły do jednostek Armii Radzieckiej – i od roku 1964, kiedy zaprezentowano ją szerokiej publiczności. A zatem w roku 1969 NIE BYŁA ona jakąś „tajną bronią Sowietów”, a więc musiało to być coś innego. Jest to broń w rodzaju słynnej Katiuszy, której działanie było znane, a zatem NIE BYŁO w niej niczego nowego, zaskakującego czy przerażającego. Zasada jej działania była znana już od lipca 1941 roku, kiedy to na frontach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej pojawiły się „Organy Stalina”…[1] ergo – nihil novi sub Sole. To musiało być coś innego.

I chyba było. Pisze Piotr Listkiewicz:

Mój stryj, z którym razem mieszkaliśmy w Warszawie, miał przyjaciela, operatora Polskiej Kroniki Filmowej o nazwisku Aleksander (Sasza) Lipowski. Ponieważ był pół Rosjaninem, a pół Polakiem, znał biegle rosyjski, a poza tym miał różne chody i wejścia, co mu pozwalało na docieranie z kamerą nawet w takie miejsca, które w tamtych czasach nie były nawet dostępne dla rodowitych rosyjskich dziennikarzy.

Pamiętam jak pewnego wieczoru Sasza trochę więcej wypił w mieszkaniu stryja, rozgadał się i zrelacjonował swoje kilka dni spędzone nad Ussuri. Uwielbiałem wtedy Saszę, bo sam marzyłem o karierze filmowej, więc słuchałem z zapartym tchem jego opowieści.

Sasza opowiedział, że w pewnym momencie bitwa zaczęła być zbyt groźna dla Rosjan, bo Chińczycy zaczęli po prostu przechodzić nie tysiącami, lecz milionami przez rzekę. Niektórzy mieli broń, ale większość to byli po prostu chłopi zagonieni z okolicznych wiosek. I wtedy Ruscy użyli tej broni. Nie było żadnego lodu na rzece, więc nie było czego topić przy pomocy broni termicznej, lecz przechodzący ludzie po prostu docierali do jakiejś niewidzialnej granicy na rzece i... znikali. Po prostu rozpływali się w powietrzu. Sasza był tak zszokowany, że zapomniał o kamerze i patrzył jak urzeczony na to zjawisko, ale jakiś oficer kazał mu filmować mówiąc, żeby nie zapominał po co tu jest. Oczywiście tuż po bitwie, w której po chińskiej stronie zginęło parę milionów ludzi, Sasza musiał oddać kamerę razem z filmem. Kamerę mu później zwrócono, ale pustą i swojego filmu nigdy nie zobaczył. Ale zobaczył wystarczająco wiele na własne oczy.

Chyba nie były to lasery… Przynajmniej nie takie, o jakich pisze Oleg Gorosow.

Poligon i ośrodek badawczy radzieckich LBR znajdował się w Sary-Szagan w Kazachskiej SRR i dokonywano w nim próby broni kosmicznych. Przedtem jednak słowo o broniach ASAT w ZSRR. Związek Radziecki rozwinął szerokie możliwości rozwojowe broni ASAT, włączając w to wyrzutnie pionowego startu z konwencjonalnymi i nuklearnymi pociskami rakietowymi, orbitalne i podorbitalne systemy antysatelitarne oraz systemy laserowej i cząsteczkowej broni radiacyjnej (LBR i CBR). Aktualny stan tych systemów jest niezbyt oczywisty. Wiele z nich zostało zainstalowanych w krajach Azji Środkowej (szczególnie w Kazachstanie i Tadżykistanie), a wiele z nich nie było przeglądanych i konserwowanych od wielu lat.

Najbardziej skuteczny system przeciwpocisków Gałosz został pierwej rozlokowany w okolicach Moskwy w późnych latach 60. i przemianowany w latach 70. i 80. na poza-atmosferyczny myśliwski komponent radzieckiego systemu ABM, zbudowanego w celu ochrony centralnego kompleksu dowodzenia i kierowania. Pociski te klasy ziemia - przestrzeń kosmiczna o oznaczeniach ABM-1 mod. 1 i ABM-2 mod. 2 były uzbrojone w głowice termonuklearne o mocy 3,5 Mt TNT, które były w stanie zniszczyć wszystkie bez wyjątku satelity lecące na LEO w okolicach Moskwy.

Budowa i rozwój systemu Gorgona (SH-11 albo ABM-4) poza-atmosferycznych pocisków rakietowych rozpoczęła się w latach 1983-84 w celu dokonania wymiany systemu Gałosz. 36 z nich zostało dyslokowanych pod Moskwą, uzbrojono je w głowice termojądrowe o mocy 1 Mt. Z ich zasięgiem 350 km mogły one razić nisko lecące satelity nad regionem moskiewskim. Inne przeciwpociski systemu Gorgona miały chronić poligon ABM Sary-Szagan, Kazachstan.[2]

Pierwsze operacyjne nie-atomowe systemy ASAT zostały opracowane na przełomie lat 60. i 70. Składały się one z orbitalnego systemu ASAT używającego wyrzutni SL-11 wyposażonego w czujnik radarowy i głowicę odłamkową (w której czynnikiem rażącym jest rozlot odłamków płaszcza pocisku) - przeciwpocisk startował, kiedy satelita znajdował się nad wyrzutnią, a następnie w czasie obiegu przezeń 1 lub 2 orbit - czyli od 90 do 200 minut manewrując zbliżał się do satelity-celu na odległość około 1 km i detonował głowicę. Był on w stanie razić satelity na orbitach o wysokości od 230 do 1000 km. Wypróbowywano go około dwudziestokrotnie pomiędzy latami 1963 a 1972 - w tym 7 razy próbowano przechwycić satelitę, i pięciokrotnie detonowano głowice.[3]

Próby nad nowym orbitalnym systemem ASAT rozpoczęły się w roku 1976. Przeciwpocisk ten używał systemu optycznych i podczerwonych czujników naprowadzających go na cel, zamiast pokładowego radaru (jak w pociskach systemu Gałosz i Gorgona) i mógł razić cele znajdujące się na orbitach zawartych pomiędzy wysokością od 160 do 1600 km, manewrując tak, by zbliżyć się jak najbardziej do satelity-celu. System ten wypróbowano w latach 1978-1982.[4]

System ten był postawiony w gotowość operacyjną w roku 1979. Dwie wyrzutnie znajdowały się w Centrum Kosmicznym w Tiuratamie (Bajkonur), Kazachstan i znajdowały sie tam także magazyny przeciwpocisków - każdego dnia można było wystrzelić ich kilka z każdej wyrzutni. System ten został zmodernizowany w 1991 roku, ale nie wypróbowywano go od 1982 roku i w tej chwili prawdopodobnie już nie funkcjonuje.

Systemy LBR o dużej mocy rażenia zostały skonstruowane w rejonie poligonu Sary-Szagan w pobliżu jeziora Bałchasz, Kazachstan, w połowie lat 70. Pięciokrotnie w okresie październik - listopad 1975 roku, satelita wykrywania odpalenia pocisków rakietowych i wczesnego ostrzegania DSP-East - prowadzony z Nurrungar AFB w Południowej Australii, został oślepiony przez intensywne promieniowanie świetlne pochodzące z terytorium ZSRR, które jednak mogły być spowodowane przez intensywny pożar ropociągu czy gazociągu, a nie promień lasera.[5]

Satelity DSP-E były jeszcze kilkakrotnie "iluminowane" w latach 1983-84, prawdopodobnie celowo.[6] W roku 1976, najnowszy satelita fotozwiadowczy KH-11 został "olśniony" i "trwale uszkodzony" przez sowiecki laser ASAT.[7] Baza w Sary-Szagan "ostrzelała" laserem wahadłowiec Challenger w dniu 10 października 1984 roku, powodując uszkodzenia na pokładzie oraz częściową ślepotę części załogi promu kosmicznego.[8] Dwa wysokoenergetyczne systemy laserowe (używające laserów rubinowych o pracy ciągłej i impulsowych na dwutlenek węgla) działały w bazie Sary-Szagan w 1987 roku. Zanim ZSRR załamał się, istniało w nim 8 baz LBR z przeznaczeniem ASAT, w tym baza w Storożewej na północnym Kaukazie, gdzie znajdował się laser na wolne elektrony (FEL) i kompleks Sary-Szagan. Trzy z nich zlokalizowano w Tadżykistanie - w Nurek, Dusznbe i nieznanym miejscu pomiędzy tymi dwoma miejscowościami.[9]

W ZSRR pracowało się także nad orbitalnym laserem przeznaczonym do celów ASAT. W 1987 roku wystrzelono tam satelitę Skif-DM „z przeznaczeniem doskonalenia projektu przyszłościowych pokładowych systemów kosmicznych LBR”, ale satelita nie osiągnął zaplanowanej orbity i nie powrócono więcej do tych prób.[10]

Antyrakiety contra UFO

Kiedy 17 września 1996 roku miałem szczęście spotkać się w Debreczynie z płk dr Kolomanem von Keviczkym i posłuchać jego wystąpień, to zdałem sobie sprawę z tego, że militaryzacja przestrzeni kosmicznej jest tylko kwestią czasu i możliwości ekonomicznych szeregu zainteresowanych państw. Jak powiedziano powyżej, Koloman von Keviczky twierdził, że system ten może być bardzo pomocny w walce z ewentualną inwazją Obcych na Ziemię.[11]

Osobiście nie podzielam tego poglądu, bowiem jak wykazuje praktyka ufologii - Nieznane Obiekty Latające obserwowano w czasie testów jądrowych i termojądrowych, i czynniki rażące wybuchów nuklearnych im nie szkodziły. A zatem technologie Obcych są odporne na nasze bronie i ich wektory. To jest pewnik, jednakże jest czymś oczywistym, że cały czas na orbitach wokółziemskich trwa zaciekła rywalizacja pomiędzy wszystkimi państwami dysponującymi technikami i technologiami kosmicznymi, i trwa to - jak twierdził swego czasu już tutaj wzmiankowany polski uczony i członek AAS - prof. dr inż. Zbigniew Schneigert - od pierwszego satelity wystrzelonego w 1957 roku. Jest to walka o dominację w Kosmosie i zarazem nad całym światem.[12]

Pierwsze systemy ASAT pojawiły się w latach 60. XX stulecia. Jest to ważki argument przemawiający za tym, że większość tych sławetnych obserwacji "kosmicznych UFO" była niczym innym, jak właśnie próbami tychże broni w przestrzeni atmosferycznej i kosmicznej. I chcąc – nie chcąc musimy się z tym pogodzić. I co więcej – właśnie eksperymentami (i to udanymi) broni ASAT można wytłumaczyć tak znane wydarzenia ufologiczne, jak m.in. sławetny Incydent Gdynia’59, w którym chodziło o zestrzelenie amerykańskiego satelity SCORE przez radziecki pocisk ASAT i przejęcie jego wraka w porcie gdyńskim w dniu 21 stycznia 1959 roku.[13]

Przekład z j. rosyjskiego i opracowanie –
Robert K. Leśniakiewicz ©

Jordanów, 2011-07-08


[1] Katiusza – wspólna nazwa obejmująca radzieckie wyrzutnie rakietowe BM-8 kalibru 82 mm, BM-13 kalibru 132 mm, BM-31 kalibru 310 mm i ich modyfikacje wprowadzane na uzbrojenie Armii Czerwonej począwszy od 21 czerwca 1941 roku podczas II wojny światowej. Chrzest bojowy Katiusze przeszły 14 lipca lub 15 lipca 1941 roku pod Orszą, a już 8 sierpnia 1941 powołano w Armii Czerwonej osiem oddziałów artylerii rakietowej wyposażonych w trzydzieści sześć wyrzutni każdy. Po uzyskaniu przez Związek Radziecki przewagi na froncie, zmasowany ogień Katiusz był stałym elementem artyleryjskiego przygotowania natarcia każdej sowieckiej ofensywy. Mimo niewielkiej celności prowadzonego ognia ostrzał pozycji wroga z użyciem Katiusz był bardzo efektywny, a to dzięki jego koncentracji na stosunkowo niewielkiej powierzchni i masowemu użyciu. Dochodził do tego czynnik psychologiczny – charakterystyczny dźwięk wydawany przez startujące pociski wzbudzał w niemieckich żołnierzach uczucie panicznego lęku. Wyrzutnie rakietowe zgrupowane były w dywizjonach (4 wyrzutnie), brygadach i dywizjach. Brygada artylerii rakietowej w czasie odpalania jednej salwy, co trwało 7 - 10 sekund, mogła wystrzelić do 1152 pocisków, a dywizja - 3456 pocisków. Niektóre dywizje wchodziły w skład korpusów uderzeniowych naczelnego odwodu, których używano do przełamywania frontu na szczególnie ważnych kierunkach natarcia – Wikipedia.
[2] Gorgon ABM Interceptor, GlobalSecurity.org, 27 kwietnia 2005; oraz SH-11 ABM-4 Gorgon.
[3] Laura Grego, “A History of Anti-Satellite Weapons Programs”, Union of Concerned Scientists.
[4] Ibidem.
[5] Des Ball – “A Base for Debate: The US Satellite Station at Nurrungar”, (Allen & Unwin, Sydney, 1987), ss. 26-27.
[6] James T. Hackett, “Violating SALT: Moscow Jams U.S. Satellites”, Heritage Foundation, 8 czerwca 1984.
[7] “Real Space Wars”, Space Operations Discussion Board, 25 września 2004.
[8] „Sary Sagan”, Wikipedia; oraz “STS-41-G”, w “Encyclopedia Astronautica”.
[9] “Lasers”, Federation of American Scientists (FAS), “Space Policy Project”; oraz “Real Space Wars”, Space Operations Discussion Board, 25 września 2004.
[10] “Lasers”, Federation of American Scientists (FAS), “Space Policy Project”.
[11] Koloman von Keviczky – „Referat na II Międzynarodową Konferencję Ufologiczną”, Debreczyn, wrzesień 1996 – nagranie video, archiwum moje.
[12] Zbigniew Schneigert – „Zagrożenie z kosmosu”, Warszawa 1984
[13] Zob. R. Leśniakiewicz – „UFO i kosmos”, Tolkmicko 2010.