Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 października 2018

FARMACJA W STAROŻYTNYCH INDIACH


Fragment Manuskryptu Bowera

Dr Miloš Jesenský

W jednym z najstarszych dzieł indyjskiej literatury – „Rigvedzie“, która została napisana około 1500 lat przed narodzeniem Chrystusa – znajduje sie także pochwała leczniczych mocy roślin o boskim pochodzeniu. Zioła, które stanowiły arsenał w walce z chorobami ludzi i zwierząt, były rozsławiane przez tamtejszych kapłanów i błogosławione, by rosły i kwitły na całej Ziemi i przynosiły zdrowie i ulgę wszystkim pacjentom i cierpiącym. We wstępie do starych wedyjskich tekstów, znanych także jako „Lecząca pieśń“ możemy doczytać, że:

O ziele zrodzonym w prawiekach,
o trzy wieki wcześniej niż bogowie,
o stu i siedmiu odcieniach zieleni,
ja teraz będę śpiewał swą pieśń.

Zainspirowani przez dawnego poetę, powrócimy teraz daleko w Przeszłość, abyśmy przybliżyli sobie farmację w dorzeczu Gangesu i Indusu, która składała się przede wszystkim z użytecznej fitoterapii.


Gen. Hamilton Bower

Manuskrypt Bowera


Przewodnikiem na tej drodze poznania starożytnej indyjskiej farmacji będzie nam przekład ówczesnego aptekarskiego rękopisu znanego jako Manuskrypt Bowera. Został on znaleziony w 1889 roku przez dwóch handlarzy starożytnościami, którzy w tym roku penetrowali ruiny starożytnej metropolii Mingai w Kashgarze. W rok później sprzedali go brytyjskiemu oficerowi wywiadu – późniejszemu generałowi-majorowi Hamiltonowi Bowerowi (1858-1940), który w roku 1891 przekazał w Kalkucie znanemu orientaliście – dr. Augustowi F.R. Hoerlenowi (1841-1918). Tenże badacz rękopis składający się z 56 kart zrobionych z kory brzozowej przełożył w latach 1893-1912 na angielski i wydał pod tytułem „Manuskrypt Bowera“.

Kiedy się ten manuskrypt napisany w języku indoaryjskim (sanskrycie) datuje na IV-VI w n.e., i bez wątpliwości zawiera on o wiele starsze podania. Na 38 kartach znajdują się trzy dzieła z zakresu medycyny.

Część pierwsza (ss. 1-5) zawiera „Hymn o czosnku“, w którym chwali się czosnek jako panaceum, który przedłuża życie, leczy i może zapobiegać wielu chorobom. W dniu dzisiejszym działanie czosnku jako naturalnego antybiotyku jest poparte odkryciami współczesnej medycyny, tak jak znane jest jego działanie w przypadku leczenia arteriosklerozy, chorób górnych dróg oddechowych, czy kamieni nerkowych. Działanie tiosulfinatów, zawartość witamin B1, B2, C a także soli mineralnych w czosnku, jest szeroko polecane w leczeniu, którego używała medycyna w starożytnych Indiach. Na zakończenie tej części znajdują się krótkie teksty o trawieniu, właściwym mieszaniu leków i środkach wzmacniających zdrowie.

Część druga (ss.6-34) zawiera plik pt. „Navanitaka“. Można to przetłumaczyć jako „Śmietanka“ i metaforycznie wskazuje na to, że jest to wyciąg z najlepszego ówcześnie podręcznika sztuki lekarskiej. Wszystkie 16 rozdziałów opisuje przygotowanie leków, sposoby terapii i różne choroby, których z braku miejsca nie jestem w stanie tu dokładnie opisać.

Część trzecia (ss. 35-38) zawiera 14 przepisów na leki przeznaczonych do użyciua wewnętrznego i zewnętrznego przy różnych chorobach.

Odkrycie i przekład Manuskryptu Bowera na zasadnicze znaczenie w historii farmacji i medycyny, bowiem ukazuje on istnienie usystematyzowanej wiedzy lekarskiej oraz farmacji w Indiach pomiędzy IV a VI stuleciem naszej ery. Jednakże dotyczy to powstania samego rękopisu, w skład którego wchodzą o wiele starsze teksty, które dzisiaj prawdopodobnie już nie istnieją. Cytowane teksty, które w czasie pisania Manuskryptu Bowera były starożytnymi dziełami pochodzą z czasów legendarnych staroindyjskich lekarzy: Charaki, Sushruty i Vagbhaty.

Stronica z notatek Sushruty

Wielka Trójca indyjskiej medycyny


Charaka, Sushruta i Vagbhata tworzą Wielką Trójcę indyjskiej medycyny – przypomina niemiecki historyk Kurt Pollak w książce „Medycyna dawnych cywilizacji“. – Byli oni trzema najstarszymi i najsławniejszymi autorami indyjskiej farmacji, a cała późniejsza hinduistyczna literatura przedmiotu nawiązuje do ich słynnych kompendiów. Indyjscy farmaceuci w Średniowieczu i czasach nowożytnych zajmowali się aż do dnia dzisiejszego komentowaniem i uzupełnianiem ksiąg swych mistrzów. Nawet niektóre współczesne podręczniki są pisane starożytnym językiem, jakby powstały przed tysiącami lat, tak że jest bardzo trudno odróżnić je od późniejszych dodatków i zmian.

Jednocześnie jest bardzo trudno określić czasy, w których „ojcowie indyjskiej medycyny i farmacji“ żyli i nauczali swych uczniów. Najbardziej wiarygodnymi są szacunki indyjskiego historyka farmacji – prof. Gorakha Prasada Śrivastava, który w dzisiaj już klasycznym dziele „Historia farmacji w Indiach“ zaszeregował dwóch pierwszych luminarzy do czasów pomiędzy 1000 a 600 r. p.n.e., zaś Vagbhatę do roku 700 n.e.

Ze spuścizny Charaki zachowało sie po jego śmierci jedynie dzieło „Charaka Samhita“, które składa się z ośmiu części. Z punktu widzenia historii farmacji najważniejsze są dwie ostatnie: „Kalpasthana“ składająca się z 12 rozdziałów, w których zajmuje sie on problematyką antidotów, antytoksyn, emetyków i środków przeczyszczających.  Natomiast „Siddhisthana“ w 22 rozdziałach poucza o dozowaniu leków i pielęgnacji pochorobowej.

Staroindyjski lekarz przy pracy

Charaka przypisywał wielkie znaczenie prewencji, co poza innymi zasadami przedstawił tymże twierdzeniem: Lekarz, który nie potrafi wejść do ciała pacjenta z lampą poznania i zrozumienia, nigdy nie jest w stanie leczyć chorób. Musiałby najpierw przestudiować wszelkie czynniki, wszelkie środki, które wpływają na chorobę pacjenta, a dopiero potem przepisywać leki. Bardziej sensownym jest poszukiwać źródeł choroby i jej zapobiegać, niż szukać leków na nią. A kiedy już do tego doszło, należało odpowiedni lek świadomie przygotować i podać pacjentowi.

W praktyce rozpoznawano trzy rodzaje leków według tego, z czego były one sporządzane: roślinne, zwierzęce i mineralne. Pomiędzy tymi ostatnimi do „radości aptekarzy“ należały związki rtęci - Hg, arsenu - As, siarczku ołowiu – PbS, siarczku żelaza – FeS, siarczku miedzi – Cu2S, tetraboranu sodu – Na2B4O7 ∙ 10H2O, tlenku ołowiu – PbO, soli kwasu siarkowego (siarczanów) – MSO4 czy węglanu cynku – ZnCO3 (smithsonit). Używano także preparatów sporządzonych z krzemianów i soli (nie tylko chlorku sodu – NaCl, ale także chlorku amonowego – NH4Cl – salmiaku czy węglanu potasu – K2CO3).

Każdy lek charakteryzowało pięć cech:
1.      smak,
2.    działanie zasadnicze (np. wywołanie gorączki lub jej obniżenie),
3.    przemiana w procesie trawienia i... 
4.    ...różne skutki ze względu na sposób zażywania,
5.     oraz sposób podania – wewnętrznie i zewnętrznie.

Według działania Charaka podzielił leki na 50 róznych grup – wedle współczesnej terminologii możnaby mówić o np.  emetykach, laksatywach, digestiwach, kosmetykach, analgetykach, antidotach, itd.

Tradycyjne przyrządzanie laku przez lekarza w indyjskim stanie Kerala

W trzeciej części „Charaki Samhity“ pod nazwą „Vimanasthana“ możemy się doczytać także i tego, jak stać sie adeptem praktyki medycznej: Rozumny człowiek, który chce zostać lekarzem musi najpierw rozejrzeć się po podręcznikach, z których korzystają znani, uznawani i rozumni ludzie. Niech je nabywa, kiedy polecane są przez znawców przedmiotu dla swych studentów. Niech powtarza tego i udziela instrukcji, wyjaśnień i raportów w odpowiedniej kolejności, trzymaj się rzeczy, nie popełniaj błędów w słowach i nie używaj niezrozumiałych słów, niech mają bogatą treść, są metodyczne, a pojęcia są precyzyjnie zdefiniowane. Niech łączy to, co do siebie należy, że główne tezy nie są mieszane, łatwe do zrozumienia, dają definicje i przykłady. Ten podręcznik potem jak jasne słońce rozjaśnia wszystko.

Z dydaktycznego punktu widzenia są to rady, które możnaby udzielać i dzisiaj autorom współczesnych podręczników farmacji – „Charaka Samitha“ uzupełnia to radami dla pedagoga, którego nauczanie musi być jasne, praktyczne i przejrzyste. Niech będzie bystry, spostrzegawczy, obrotny i bezstronny. Niech jego ręka będzie pewna, niech ma praktyczne pomoce tak w czasie leczenia jak i poza nim. Niech będzie skromny i przyjacielski, niech ma cierpliwość i wyrozumienie dla swych uczniów, których uczy i ich talenty rozwija. Człowiek z takimi atrybutami jest Mistrzem.

Sushruta, podobnie jak jego poprzednik, pozostawił po sobie rozległe medyczne kompendium pt. „Sushruta Samitha“. W nim podzielił on choroby według tego, czy się da je leczyć przy pomocy jedzenia, chirurgicznie albo przy pomocy środków farmacji. Nas interesuje piąta część z sześciu, która pod nazwą „Kalpasthana“ niesie w 8 rozdziałach szerokie wiadomości o toksykologii. Sushruta dokładnie opisał przyrządzanie, dawkowanie i skutki działania roślin leczniczych. Poza tym tak uporządkował on tekst, który dawnym adeptom farmacji służył jako pomoc mnemotechniczna, i jak to ujął niemiecki botanik Ernst H.F. Meyer (1791-1858) w swej „Historii botaniki“ w roku 1856, kiedy nie był w stanie uwolnić się od europejskiego punktu widzenia na wschodnią wiedzę: Ilość prawdziwej wiedzy, która przewiduje obserwację medyczną trwającą od stuleci, jest mieszana z wieloma najbardziej ryzykownymi materiałami, które chcą sprawiać wrażenie największej precyzji. Z całej mieszanki elementy są rysowane, zwijane i ułożone jak kulki różańcowe, zaprojektowane tak, aby zapełnić pamięć swoich uczniów.

Vaghbhata żył około roku 700 n.e. i jest autorem dzieła „Ashtanga Hridaja“ („Jądro medycyny“) oraz „Ashtanga Sangraha“ („Streszczenie farmacji“). Datowanie jego życia i dzieła pochodzi ze sprawozdanie chińskiego buddyjskiego pątnika I-Tsinga, który w latach 673-687 podróżował po Indiach. W tym czasie przebywał dłużsszy czas w klasztorze Nalanda w południowym Biharze, gdzie medycynę studiowały tysiące studentów. Swe zdumienie ten uważny podróżnik nie zostawił tylko dla siebie, i tak po wiekach możemy przeczytać, że: Lekarska wiedza jest podzielona na osiem działów. Tych 8 dyscyplin było najpierw spisanych w 8 księgach, ale niedawno pewien człowiek skupił to w jednym wielkim dziele. Lekarze z wszystkich pięciu prowincji Indii używają jej w swych praktykach, a każdy lekarz, który zna tą księgę może żyć z urzędowej pensji.  

Co zaś się tyczy tożsamości autora, to Kurt Pollak nie ma żadnych wątpliwości: Nawet kiedy nie ma wzmianki o tożsamości autora, to wiadomo że chodzi o Vagbhatę.     

Pomnik Suhsruty na dziedzińcu uniwersytetu w Haridvarze

Od oznaczania do wyrobu leków


Podstawą staroindyjskiej farmacji były przede wszystkim roślinne leki, jak to wspomina wyżej cytowany niemiecki badacz: Indyjscy studenci medycyny mieli w ramach egzaminów znajdywać rośliny, z których nie było żadnego medycznego pożytku. Od dobrego lekarza wymagano, żeby mieszkał w miejscu, w którym rośnie wiele leczniczych ziół i żeby był z ich właściwościami dobrze zaznajomiony. Indyjski lekarz był także farmaceutą – sam te rośliny zbierał i dalej opracowywał z nich leki. Aby znajdować dobre lekarstwa, musiał on chodzić po górach i lasach, a od pasterzy, myśliwych, rolników i wędrowców czerpać wiedzę o miejscach, w których rosną lecznicze zioła i jakie mają właściwości. Najlepsze rośliny były w Himalajach. Nawet dzisiaj, o północnym Pakistanie mówi się jako o ogrodzie leczniczych roślin dla całego świata, która praktycznie jest niewyczerpana i niezbadana.  
     
Sushruta opisał 750, a Charaka 500 roślin leczniczych, przy czym żadna z nich nie była europejska. Z roślin używano: korzenie, korę, soki, oleje, żywice, łodygi, owoce, kwiaty, kwiaty, liście czy ciernie. Środki sporządzone z roślin do użytku wewnętrznego najczęściej podawano w formie świeżego naparu z dodatkiem soku z trzciny cukrowej.

Oddajmy jeszcze głos autorowi „Medycyny dawnych cywilizacji“, aby przejrzeć poziom farmacji w starożytnych Indiach:  Dzięki znajomości chemii, osiągnęła ona wysoki poziom. Były im znane tynktury, dekokty, infuzje, maceraty, syropy, mikstury, emulsje, pigułki, pasty, maści, kataplazmy i opatrunki. Nie brakowało także czopków, o których często  wspomina autor Manuskryptu Bowera, a także notatki Vaghbhaty.

Osobny rozdział przedstawia fakt, że już w czasie Starożytności Indie znane były jako „skarbnica korzeni“ (przypraw). Indyjskie przyprawy i roślinne leki stały się stopniowo znane na całym świecie i pod koniec Średniowiecza znalazły swą drogę do spisu leków w Europie. Wiele z nich było na wagę złota, a używano ich nie tylko w kuchni, ale także w aptekach. Jako przykład można podać: pieprz, kardamon, imbir, goździki, kurkumę, gałkę muszkatałową, benzoes, olej rycynowy, cemulmugowy czy sezamowy. Pragnienie posiadania tych „korzeni“ wiodła wprost do burzliwego rozwoju żeglugi i tyo w czasie, kiedy lądowe drogi do Indii zablokowała ekspansja islamu. Przeto kiedy portugalski żeglarz Vasco da Gama (1469-1524) wylądował on na Wybrzeżu Malabarskim, otworzył on drogę dla indyjskich roślin i wytwarzanych z nich specyfików, których używa sie do dnia dzisiejszego.                  

piątek, 27 lipca 2018

Farmacja w starożytnym Egipcie


Stawianie diagnozy w starożytnym Egipcie

Dr Miloš Jesenský

Już w swoim eposie „Odyseja“ nazywa Homer starożytny Egipt krainą, w: której żyznej ziemi rośnie wiele ziół – jednych leczniczych, innych zgubnych – i gdzie – każdy lekarz bogactwem swej wiedzy przewyższa innych ludzi. Rzymski polihistor Pliniusz zaś dodaje, że jest tam więcej lekarzy, niż w którejkolwiek innej krainie. Mieszkańcy krainy nad Nilem szanowali zdrowie, i nie były im obce współczesne trendy zdrowego stylu życia, kiedy mówili: Większość z tego, co zjemy jest zbędne. Żyjemy właściwie dzięki ¼ tego, co spożywamy, z pozostałych ¾ żyją lekarze. Ze skutkami takiego podejścia zaznajamia nas „ojciec historii“ Herodot, kiedy w swej „Historii“ napisał: Po Libijczykach, Egipcjanie są najzdrowszym narodem świata.


Leki w Krainie Piramid


Pod pojęciem leków egipscy „pecheret“ rozumieli wszystkie przyprawy i mikstury, które przygotowywali lekarze – pisze czeski egiptolog Břetislav Vachala - upłynął długi czas, zanim odkryto lecznicze właściwości wielu roślin i tak powstały konkretne leki. Ze starożytnego Egiptu znamy około 900 przepisów na leki na różne choroby.

Poza tym  staroegipskich grobowcach egiptologowie do dziś dnia odkrywają całe skrzynki z lekami, a nas z asortymentem ówczesnych środków farmaceutycznych zapoznają zachowane lekarskie dokumenty, m.in. nazwane od nazwisk swych odkrywców, papirusy Ebersa, Hearsta i Brugscha. Pierwsze dwa pochodzą z ok. 1600 r. p.n.e., zaś trzeci jest młodszy o trzy stulecia.

Dowiadujemy się z nich, że egipski lekarz był sobie sam aptekarzem, bowiem sam sobie przygotowywał leki z całego szerokiego spektrum naturalnych surowców. Niemiecki egiptolog Hermann Grapow (1885-1967) analizował je wedle ich pochodzenia i odkrył, że pochodzą one od co najmniej 70 gatunków zwierząt: 20 ssaków, 20 ptaków, 10 ryb, 10 płazów, 5 gatunków owadów i kilku innych niezidentyfikowanych organizmów; 25 gatunków roślin i 20 składników mineralnych.

Do najbardziej i naczęściej używanych roślin zaliczały się: aloes, anyż, cebula, żożoba, czosnek, jałowiec, arbuz kolokwinta, lotos, mak, mięta, morska cebula (urginia, oszloch), mirra, por, limonka, palma, siano, rycyna, szafran czy tamaryszek. Były one suszone, prasowane, przecierane, proszkowane, gotowane lub pozyskiwano z nich olejki. Używano je albo pojedynczo, albo w kombinacjach z innymi środkami leczniczymi i środkami wspomagającymi.

Z papirusów też można wyczytać, że do najczęściej używanych środków mineralnych należały związki żelaza (Fe), arsenu (As), rtęci (Hg), ołowiu (Pb) i cynku (Zn). Do tego musimy dodać chlorek i węglan sodu (NaCl i NaHCO3), siarczek antymonu (Sb2S3) i octan miedziowy (Cu(CH3COOH2)). Węgiel do leczenia problemów z trawieniem zapisywało się w postaci sadzy, która „się osadziła na ścianach“ albo jako proszek zrobiony z węgla drzewnego i zagęszczonego żywicą.

Czynne związki chemiczne staroegipskiej farmacji nie zostały do dziś dnia dostatecznie udokumentowane, ale są one w zdecydowanej większości używane do dziś dnia.

Przykładem może tu służyć znany nam dobrze olej rycynowy, który uzyskuje się z tłoczenia rycynusu zwyczajnego (Ricinum communis), a zatem z rośliny, którą Egipcjanie znają pod nazwą „dgm“. Zacytujmy passus z Papirusu Ebersa: Środek na wypróżnienia i złagodzenie boleści brzucha chorego: niech chory zżuje owoce rośliny dgm i popije to piwem, aby z niego wyszło wszystko, co ma w sobie. Olej rycynowy nie używano jedynie jako laxativum, ale jako środek do wytwarzania gojących maści na rany i stanów zapalnych skóry, a także jako środek na porost włosów. Dzisiaj już wiemy, że olej rycynowy wstrzymuje namnażanie się bakterii i wirusów, więc nie ma się co dziwić, że w Krainie Faraonów używano go do leczenia ropnych chorób skóry (staroegipskie słowo „wehed“): Olejem, który sie przygotowuje z owoców „dgm“ są smarowani ci, którzy cierpią na chorobę „wehed“.

Innym ciekawym przykładem skuteczności staroegipskiej farmacji jest używanie przeciwpasożytniczego wyciągu z granatu właściwego (Punica granatum) przeciwko wewnętrznym pasożytom takim jak glisty, owsiki czy tasiemce, a także leczy zranienia wewnętrznej strony jelit. W korze granatowca wykryto cztery czynne związki chemiczne na bazie alkaloidów, wśród których pochodna piperydyny (pelletieryna) jest najbardziej efektywna przeciwko tasiemcom. Antocyjany zawarte w owocach swoim działaniem spowalniają starzenie się i działają prewencyjnie przeciwko zachorowaniom onkologicznym.
W Papirusie Ebersa znajdziemy recepty na taki oto laksatyw: Krowie mleko, owoc sykomory i miód zmieszaj w stosunku 1 : 1 : 1. Rozpuść, doprowadź do wrzenia i używaj przez trzy dni. Albo: Świeże daktyle, morską sól i niedokwaszone piwo zmieszaj w stosunku 1 : 1 : 1. Daj do miski, dodaj owoc imbiru (gegn) zagotuj i wlej do kociołka, chory niech używa leku ciepłego jak palec.

W tej recepcie czynnikiem roboczym jest użyty owoc sykomory (Ficus sycomora) jako naturalny i morskiej wody jako osmotycznego filtru.

Poza ustnie podawanymi laksatywami często używano często czopki, czego przykładem jest diagnoza „bolesnego palenia w odbycie“, na które lekarstwem miały być czopki sporządzone z tłuszczu, utwardzonego proszku z fasoli, mirry, benzoesu i antymonu. Nie są wyjątkiem czopki zrobione z wełny czy bawełny i nasączone zwierzęcą żółcią, które używano jako środki przeczyszczające.                          
Leki inne niż siarczan miedzi były używane do usuwania czynników chorobotwórczych, w szczególności używano sfermentowanego miodu z morską cebulą (Scilla maritima), który były stosowany zewnętrznie w leczeniu ran, siniaków i oparzeń.

Podawanie leku choremu

Recepty pisane hieroglifami

Zazwyczaj recepty zaczynają się od frazy        w stylu: Zrób to i tamto... a potem występuje lista ingrediencji, sposób wyrobu i wskazania jak tego uzywać. Ich zasięg – jak to pokazuje Papirus Ebersa – jest bardzo szeroki i zmienny, od zaledwie jednozdaniowej porady, np. Co robić przeciwko oparzeniom - przyłóż na nie miedź, aż po kompleksowe porady w których figuruje aż 37 różnych wskazówek.

Niektóre receptury zawierają dwa przepisy, np. Jeden lek na pierwszy dzień, a drugi na następne cztery dni. Interesującym jest to, że pewne choroby nie mogły być leczone dłużej niż 5 dni.
– Kto by o tym nie wspomniał we współczesnej chemioterapii? – pyta niemiecki historyk Kurt Pollak, do którego książki „Medycyna dawnych cywilizacji“ będziemy sie tu jeszcze odwoływać.

Wiele medykamentów jest w tych receptach wyliczone dokładnie, także kiedy miary i wagi nie były ujednolicone. Jako jednostkę miary używano „ro“ o objętości dzisiejszej łyżeczki do herbaty. A to udowadnia także dokładność ówczesnego sporządzania leków, na którą zwrócił uwagę w swej książce „Historia rozwoju lekarskiego stanu i lekarskiej wiedzy“ już w XIX wieku niemiecki historyk medycyny Johann Hermann Baas (1838-1909) pisząc: To, że starożytni Egipcjanie byli wynalazcami farmacji jest widocznym już z tego, że leki sporządzali oni według miar i wag.

Do sporządzania leków używali oni odpowiedniego oprzyrządowania, a to: moździerze z tłuczkami, ręczne młynki, proste urządzenia filtrujące, strugaczki, sitka, tygielki do wytopu, wagi z jedną lub dwoma szalkami. Leki przechowywano w specjalnych pojemnikach z wypalonej gliny lub szkła, były one oznakowane napisami i trzymano je w czymś, co przypominało współczesne aptekarskie półki i szafki.

Oprócz tego, znaczną część receptur zajmują wskazówki do ich używania, a więc: ich ciepło (tak ciepłe jak palce) oraz częstotliwość podawania leku (od razu, przed snem, bardzo często) albo jego indykacja (póki chory nie wyzdrowieje, do ugaszenia pragnienia, żeby chory się ochłodził). Do tego autor recepty nierzadko daje wskazówki lekarzowi (zrób, a zobaczysz, czy wprost  pospiesz się!).

Papirus Ebersa

Leki zewnętrznego zastosowania w formie maści czy olejków wcierali wprost do skóry albo nakładali w formie okładów. W przypadku np. raka piersi kobietom zalecano: Rozpuść grudkę soli w miodzie i z wiązką leczniczych roślin.

Przywiązywano także znaczenie dla inchalacyjnej terapii, prz której oprócz pary wodnej stosowano także aromatyczne żywice. Ulubioną mieszaniną była „kyphi“ – mieszanina jałowca, mirry i korzenia tataraku. W Papirusie Ebersa znajduje sie przepis na proste domowe inhalatorium: Przynieś siedem kamieni i rozgrzej je do czerwoności, potem weź jeden z nich i posyp go leczniczą mieszanką, a na kamieniu postaw garnek z dziurawym dnem, włóż do środka ustnik i oddychaj oparami.

A teraz dajmy przykład środka uspokajającego używanego do usypiania małych dzieci – też zaczerpniętego z Papirusu Ebersa: Ziarna maku utrzyj i zmieszaj z porostami na murach, zlej i daj pić przez cztery dni. Krzyk ustanie natychmiast. O skuteczność preperatu nie musimy się martwić, bowiem opiaty z maku są silnym środkiem uspokajającym.[1] Jednakże trzeba bardzo uważać, bowiem dziecku może grozić przedawkowanie.  

Aby naprawić ubytki zębów, lekarze stosowali mieszankę drobno zmiażdżonego malachitu, ochry i mączki kamiennej, inny przepis zalecał mieszankę żywicy i miodu. „Efekt tej procedury był oczywiście oparty na mechanicznych właściwościach mieszaniny, aby stworzyć masę do zamocowania zęba lub stworzenia prymitywnej plomby“, powiedział czeski ekspert Martin Šodek w swoim opracowaniu „Leki, produkty lecznicze i ich zastosowania w kontekście antropologicznym“.

I tam moglibyśmy jeszcze mnożyć przykłady.

I chociaż zważywszy na postępy współczesnej medycyny, mogły sie ona wydawać dziwne, to wedle rady K. Pollaka oceniając je z punktu widzenia współczesnej medycyny zachowajmy właściwe proporcje:

To, co dziś wydaje się być niezrozumiałe i niejasne w starożytnej egipskiej farmacji, może zostać całkowicie wyrzucone. Nawet kilka dekad temu, kiedy nikt nie znał skuteczności antybiotyków, moglibyśmy się uśmiechnąć, że starożytni Egipcjanie zalecali kłedzenie na  zainfekowane rany opatyrunków ze starego drewna lub chleba. Dziś patrzymy na ten przepis znacznie bardziej realistycznie. I że wiele leków działa psychicznie, jest tak samo dobrze jak pięć tysięcy lat temu.

Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  
            


[1] Z maku otrzymuje się opium.

sobota, 30 kwietnia 2016

Genetyczny dysk – list z Przeszłości?





Wiktor Swietłanin

W Przeszłości lidyt był używany jako kamień probierczy do określenia próby srebra i złota. Jubiler kreślił na kamieniu linie wzorcem i próbką metalu, potem linie polewano kwasem i porównywano ich kolor z wzorcowymi. 

Jest to jeden z najbardziej zagadkowych artefaktów na świecie. Średnica kamiennego krążka znalezionego na terytorium Kolumbii wynosi 27 cm, a waga ok. 2 kg. Obie jego strony są pokryte wyobrażeniami ludzkiego płodu we wszystkich stadiach rozwojowych. Dzisiaj ten proces lekarze obserwują przy pomocy specjalnych przyrządów. Ale jak to było możliwe 6000 lat temu? I jeszcze jakimi możliwościami władali ci przedstawiciele nieznanej nam cywilizacji?


Rysunki, których nie wolno powtarzać


Kolumbijski uczony prof. Jaime Gutierres Lega od dziesiątków lat zbiera niezwykłe przedmioty z Przeszłości. Większość egzemplarzy z jego kolekcji zostało znalezionych w mało zbadanym i trudnodostępnym rejonie Sutatausa znajdującym się w prowincji Cundinamarca – N 05°14’50” – W 073°51’10”, 2602 m n.p.m. Są to kamienie z wyobrażeniami ludzi i zwierząt, a także pola pokryte niepojętymi symbolami i napisami w nieznanym języku. 

Głównym eksponatem ze zbioru profesora jest genetyczny (inna nazwa - embriologiczny) dysk i inne rzeczy zrobione z lidytu (odmiana krzemionki z chalcedonem – przyp. tłum.) – kamienia, który najpierw wydobywano w Lidii – krainie na zachodzie Azji Mniejszej. Minerał ten w swej twardości jest równy granitowi, jednakże ma on słoistą strukturę i jest bardzo trudny w obróbce. 

Kamień ten jest także znany pod nazwami: darlingit, radiolaryt i bazanit - odznaczającym się jaskrawym odcieniem. Już od czasów antycznych wykorzystywano go do ozdób i w mozaikach. Ale wyrzeźbienie czegoś na nim, nawet posługując się dzisiejszymi narzędziami, jest praktycznie niemożliwe! Na to nie pozwala szczególna struktura minerału, która pod działaniem dłuta będzie się kruszyć. Tym niemniej ów „genetyczny dysk” jest wykonany właśnie z niego. A do tego rysunki nie przypominają rzeźb, ale sztance. Najwidoczniej przy obróbce tego minerału została użyta jakaś nieznana nam technologia. Tak więc nawet nie biorąc pod uwagę samych wyobrażeń, my od razu spotykamy się z pierwszą tajemnicą, która pozostaje bez wyjaśnienia.


Mistrzowie z podziemnych tuneli


Druga zagadka brzmi: w jakim to konkretnie miejscu dysk ów znaleziono? Prof. Lega otrzymał go od jednego z miejscowych mieszkańców, który twierdził, że znalazł ten kamienny dysk z rzeźbami gdzieś w okolicy miasteczka Sutatausa. Ale niektórzy uczeni (np. Erich von Däniken) utrzymują, że dysk ten mógłby pochodzić z kolekcji o. Carlosa Crespiego – misjonarza pracującego w połowie XX wieku w Ekwadorze. Żeby jakoś związać koniec z końcem, padre Crespi skupywał od swych parafian artefakty z Przeszłości, które znajdywali oni na polach i w dżungli - od inkaskiej ceramiki do kamiennych płyt. Sam zakonnik nie interesował się badaniem swoich zbiorów, ale wiadomo o tym, że znajdowały się tam rzeczy, które nijak nie pasowały do żadnej ze znanych kultur Ameryki Południowej. Były to przedmioty z metali, ale zdarzały się także kamienne krążki pokryte napisami i rysunkami. Po śmierci zakonnika niektóre cenne rzeczy z jego zbiorów zostały wywiezione do Watykanu, zaś inne po prostu wyrzucono. 

Według słów samego o. Crespi, miejscowi znajdowali pokryte rysunkami kamienne przedmioty w okolicach ekwadorskiego miasta Cuenca (prowincja Azuay, S 02°53’57” - W 079°00’55”, 2548 m n.p.m.) z rozmieszczonych w podmiejskiej dżungli podziemnych tuneli i komór. Padre także twierdził, że od miasta Cuenca ciągnie się system podziemnych tuneli na odległość ponad 200 km. Potem o tym systemie tuneli pisał także Erich von Däniken w książce pt. „Złoto bogów”, 1972, (w wydaniu polskim „Siejba i Kosmos”, Warszawa 1993) 

Czy zatem nie mógłby być ów dysk jakoś powiązany z ludźmi, którzy zbudowali te podziemne tunele?


Rysunki na kamiennym dysku


Nie mniej pytań rodzi to, co jest ukazane na tym dysku. Na jego obrębie, po obu stronach z jubilerską precyzją został pokazany proces pojawienia się na świecie istoty ludzkiej: organy reprodukcyjne mężczyzny i kobiety, moment poczęcia, wewnątrzmaciczny rozwój płodu i narodzenie się niemowlęcia. 

Genetyczny dysk - awers...
 
W lewej części awersu (jeżeli krąg porównamy do tarczy zegara) na godzinie 11. znajduje się wyraźny rysunek męskiego jądra bez spermatozoidu (plemnika) i obok rysunek jądra z spermatozoidem (jak widać, autor rysunku chciał pokazać proces zapłodnienia męskim nasieniem). 

Wyjaśnijmy: plemniki zostały odkryte przez Antoine’a van Leeuvenhoeka dopiero w 1677 roku. To odkrycie zostało dokonane dzięki wynalazkowi mikroskopu. Ale jak widać – rysunki na dysku pokazują to, że takie rzeczy były już znane w dalekiej Przeszłości! Dalej na dysku – w kierunku godziny 1. można zobaczyć kilka powstałych plemników. Potem następuje niezrozumiały rysunek – uczeni nie doszli do jednego wniosku, co właściwie on oznacza. Następnie w rejonie godziny 3. widać wizerunki mężczyzny, kobiety i dziecka. Ale do jakiej rasy należą ci ludzie – tego nie wiadomo. 

...i rewers

Na rewersie dysku pokazano zarodki w kilku stadiach rozwojowych tworzącego się młodzieńca. Rysunki pokazują zmiany rozwojowe od płaza do człowieka (ontogeneza). W rejonie godziny 6. znów pokazani są mężczyzna i kobieta. 

Przeprowadzona lekarska ekspertyza potwierdziła: na dysku rzeczywiście pokazano podstawowe etapy rozwoju zarodka człowieka, które można łatwo zidentyfikować. Przede wszystkim wskazują na to takie szczegóły jak oczy znajdujące się za czołowymi płatami głowy, a każe szeroki segment nosa. Cechy te są charakterystyczne dla wczesnego embrionalnego rozwoju głowy.


Inne artefakty w kolekcji


Poza dyskiem w kolekcji Gutierresa znajdują się inne przedmioty zrobione z lidytu. Sądząc z tego wszystkiego, należały one także do przedstawicieli nieznanej cywilizacji. 

I tak np. wielofigurowa statuetka na której z jednej strony jest matka i dziecko a z drugiej mężczyzna z przyborami do polowania. 

Albo całkowicie niezwykły nóż. Na jego rękojeści wyrzeźbiona głowa matki a niżej głowa dziecka, którego szyja jest owinięta pępowiną. Jest zatem oczywiste, że ten nóż służył do przecinania pępowiny i ratowania życia noworodka. Poza tym mógł on pomagać przy wydobywaniu się noworodka na świat (cesarka). Nóż zrobiono tak, że jego można naciskać tylko jednym palcem – kciukiem, tj. nie ze wszystkich sił. To jest najbardziej bezpieczne dla dziecka, a w porównaniu z instrumentami medycznymi używanym w naszych czasach, mogą one uszkodzić głowę dziecka. 


Tajemnicze narzędzia chirurgiczne

Wśród artefaktów znajduje się wiele innych przedmiotów używanych w oczywistych celach medycznych. Przy ich małych rozmiarach, cechuje je bogactwo kształtów. 

Znany badacz archeologicznych znalezisk – prof. Klaus Dohna z Austrii kierował dokonanej w Wiedniu ekspertyzą tych instrumentów. W szeregu swych artykułów zauważył on, że obejrzeli je najlepsi światowi specjaliści. Wnioski ich były jednoznaczne: nikt nie mógł zrozumieć, jak zostały one wykonane, ale wszyscy zgodni byli co do jednego – dzisiaj nie da się wykonać takich instrumentów tego materiału. One pasują do ręki dowolnego rozmiaru – tak precyzyjnie je wykonano.


Tysiące lat temu


Do jakiego periodu czasowego należy dysk genetyczny i instrumenty medyczne z lidytu? 

Ekspertyza geologiczna przeprowadzona w Narodowym Uniwersytecie Kolumbii wykazała, że powstały one na pewno w czasach prehistorycznych i możliwość fałszerstwa jest właściwie żadna. Jak dotąd znaleziono je w Kolumbii (albo niewykluczone, że w Ekwadorze) i nie należą one do żadnych kultur z Ameryki Południowej – i eksperci oceniają ich wiek na jakieś 6000 lat. 

Jak dotąd, nikt nie jest w stanie wyjaśnić, jakiego rodzaju technologii użyto do wykonania takich przedmiotów. Ale na podstawie badań tych znalezisk można dojść do wniosku, że wszystkie one należały do wysokorozwiniętej cywilizacji z Przeszłości, o której istnieniu oficjalna nauka niczego powiedzieć nie może. I nie jest wykluczone, że w tym embriologicznym dysku są odnotowane tajemnice genetyki, których jeszcze nie odkryli współcześni uczeni…


Moje 3 grosze


Oczywiście, oficjalna nauka nie wypowiada się na ten temat, boż oficjalna nauka nie uznaje istnienia Atlantydy i jej cywilizacji. Tak było, jest i długo jeszcze będzie. 

Dysk ten stanowi dowód na to, że cywilizacja Atlantydy poszła nieco inną drogą rozwoju i postawiła nie na technologię, ale na biotechnologię, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Stąd właśnie wzięły się wszystkie dziwne hybrydy zwierzęco-ludzkie: chimery, smoki, Gorgony, Meduzy, nawet Nessie czy zmutowani ludzie w rodzaju Syren czy Tytanów, Gigantów, Cyklopów, Stolemów, Yeti… To wszystko mogą być pozostałości po tej super biocywilizacji. Jest to faktycznie prawdziwy, namacalny, konkretny „list z Przeszłości”. 

Ale taka biocywilizacja wymagała wysokiej wiedzy na temat genetyki i w ogóle biologii. I taka była, ale po jej zagładzie wiedza ta została wypatrzona, skrzywiona, wykoślawiona i doszła do nas w postaci magii. Zresztą dotyczy to nie tylko biologii i medycyny, ale także innych nauk – wystarczy przeczytać starożytne eposy czy postudiować mitologie narodów świata. Wszędzie znajdują się okruchy wiedzy wielkiej, ale wcale nie tajemnej, którą zaczęliśmy pojmować dopiero w II połowie XX wieku, kiedy umożliwił to nam postęp techniczny. Polecam Czytelnikom pracę dr Miloša Jesenský’ego – „Bogowie atomowych wojen” czy Aleksandra Mory – „Atomowa wojna bogów” – dostępne na stronach - http://hyboriana.blogspot.com/2012/07/bogowie-atomowych-wojen-1.html i dalszych.   

Uważam, że narzędzia te stanowią dowód na powyższe. Ta wiedza jeszcze jest przed nami ukryta pośród religijnych bredni i metafizycznego bełkotu. Ale te artefakty są już twardymi dowodami na to, że przed nami ktoś dysponował wiedzą o wiele wyższą od naszej. 

I tylko szkoda, że nawet tak wysoka wiedza nie uchroniła jej przed zagładą…


Opinie z KKK


Świetny tekst, dużo nowości, ale...
...A zaawansowane cywilizacje, i raczej z ingerencją kosmicznych "turystów", istniały - baaaardzo dużo dowodów w świecie, to potwierdza. Właściwie - moim zdaniem - to już Wielkie Piramidy i Sfinks powinny wystarczyć.
Z pozdrowieniami! (Avicenna)

*

Niech każdy zatrzyma opinie swoje, ale nie koniecznie dla siebie, a zatem niech i mi będzie wolno dorzucić kopiejkę do sakwy deliberacji.
Otóż moim szalonym zdaniem, i mniejsza przy tym, co się kryje za którym słowem, jesteśmy wszak cywilizacją, jednak nie tylko prymitywną, ale i wtórną, a może i wsobną. Niech mi ktoś zaręczy, że nie istniejemy jako wytwór innej, która sprawia nad nami kontrolę/opiekę/dozór, i według której motywów wiedziemy swe losy, mając tyle wolnej woli, ile jest Im potrzebne, by czegoś dowieść lub coś obalić, a pewnie i tylko sprawdzić.
Co więcej, jako tak zwane byty, poszczególne elementy cywilizacji, możemy być jej częścią, istniejącą na dwóch poziomach - raz jesteśmy po tamtej stronie, raz po tej - jako ludzie. Niech mi ktoś zagwarantuje, że nie jesteśmy tymi, którzy to wszystko stworzyli, i którzy wcielają się we własne twory, egzystując okresowo w czymś, czego, jako wcielone byty, nie zrozumiemy, bowiem cały pic w tym właśnie, by nie dało się tego zrobić tak łatwo, jak tego pragniemy, będąc tymi pragnącymi poznania bytami.
A może cały szkopuł w tym, by się rozwijać, a największy jak dotąd rozwój gwarantuje okres dysharmonii, zawieruchy, niepewności, pozbawienia podstawowych wartości i dóbr, itp.? Może to tu jest cały fun, a nie w niebiesiech? Może po powrocie wszystko wydaje się tym, co zwykle nazywamy wspomnieniem snu? Nie mówię koniecznie o zaświatach jako o miejscu istnienia pierwotnej cywilizacji, ale nie mówię też, że nie jest właśnie tak - nasza, ziemska cywilizacja może wynikać z innych, wspanialszych, które były przed nami, ale i tej, która fizycznie istnieje wokół i wśród nas - nie mam nawet zamiaru celować w wyjaśnienie jej proweniencji.
Jedno widzę jako pewne - jeśli coś istnieje, miało swą przyczynę, a co istnieje, o czymś kolejnym świadczyć może. Czym są jednak te nieokreślone słowa podszyte, jaką prawdą niezmierzoną - ot, i cały fun w tym, by to zbadać:)
Pozdrawiam z Niewyspanodworu! (Smok Ogniotrwały)



*

A nie kojarzy się to z Dyskiem z Fajstos? Też informacja jest zapisana na okrągłym dysku i też obrazkowo. Jednakże w przypadku Genetycznego Dysku jest to bardziej pomoc mnemotechniczna, niż dokument. Wygląda na to, że kiedyś istniała pewnego rodzaju moda na tego rodzaju utrwalanie informacji i metoda ta może być jedynie powtórzeniem czegoś bardziej wyrafinowanego technicznie – np. płyt DVD… Ktoś zapamiętał, że coś takiego było używane i po prostu powtórzył to już w warunkach prymitywu, kiedy to wysoka cywilizacja upadła… (Arystokles)

*

Witam,

moim zdaniem wyciąganie wniosku po krótkiej analizie artefaktu, że dysk ten, tzw. genetyczny, jest dowodem na to, że dawniej prowadzono zaawansowane badania/eksperymenty genetyczne jest za daleko idący, delikatnie pisząc.

Taki wniosek jest zbyt pochopny. Informacje przekazywane w tej formie i przy innych artefaktach, nają walor edukacyjny. O tym dysku rozpisywał się fantasta Daniken. Dla niego to było jasne. Ktoś bawi się genami. A moim zdaniem ktoś uczył prymitywnych ludzi. Jeżeli dobrze pamiętam znaleziono go w Ameryce Południowej. Daniken wpadł przy tym w samozachwyt i rozpisywał się o nim. Nie zauważył tylko jednego, co nam podpowiada logika, że warunki w jakich żyli ci ludzie były bardzo prymitywne, a badania takie wymagają wiedzy, pracy naukowej, specjalistów, poważnego sprzętu, ale przede wszystkim znajomości genetyki. Ci co tworzą krzyżówki ją posiadają, więc nie tworzyli by tego dysku. Jego forma i wykonanie też jest wymowne. A więc ci wykształceni ludzie uczyli by prymitywnych Indian jak robić hybrydy? Nie. Po prostu by je zrobili i żadnego dysku by po sobie nie zostawili.

Wiele na to wskazuje, że w różnych kulturach, na różnych kontynentach, w pewnym czasie pojawiają się Nauczyciele. Często próbują przekazać ważne informacje ludziom w formie jak najbardziej zrozumiałej, używają metafor itd. Stąd myślę błędne pojęcie dawnych ludzi o świecie i wymienianie wśród bogów Słońca, naszej gwiazdy. Zderzenie tych informacji, trudnych do wyobrażenia z ich prostymi umysłami, wybaczyło podstawowe pojęcia i dało początek najróżniejszym fantastycznym opowieściom.

Panowie i Panie, więcej logiki, mniej Danikena i innych oszołomów! Do stworzenia takich superistot potrzebne jest nowoczesne laboratorium. Budowle Indian są prymitywne, jak oni sami. Obok tych struktur z kamienia, drewna, miałoby stać supernowoczesny ośrodek badawczy? Gdzie tworzono by syreny, gigantów itd? To przecież cały przemysł. (M.S.)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 35/2016, ss.18-19
Przekład z j. rosyjskiego – © Robert K. Leśniakiewicz