Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oceanologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oceanologia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lipca 2022

Dziury w dnie Atlantyku…

 


Mark Price

 

…wyglądają prawie jak stworzone przez człowieka.

NOAA znajduje dziwne linie dziur na dnie Środkowego Atlantyku. Zdjęcia pokazują, że dziury zakłóciły płaską powierzchnię piasku na dnie Atlantyku. Zdjęcia NOAA Ocean Exploration. Naukowcy badający podwodne pasmo górskie na Środkowym Atlantyku natknęli się na coś, czego nie potrafią wyjaśnić: jednolitą serię otworów wywierconych w dnie Atlantyku. Odkrycia dokonano w sobotę 23 lipca, a zdjęcia pokazują, że kropki łączą się w prawie proste linie...lub ścieżki...lub wzory.

NOAA Ocean Exploration nadal nie wie, jak to wyjaśnić.

- Zaobserwowaliśmy kilka takich liniowych zestawów dziur w osadzie. Te dziury były już wcześniej zgłaszane w tym regionie, ale ich pochodzenie pozostaje tajemnicą – donosi NOAA Ocean Exploration. - Chociaż wyglądają prawie jak wykonane przez człowieka, małe kopce osadu wokół otworów sprawiają, że wygląda, jakby zostały wykopane przez nieznane… coś.

Nurkowanie z 23 lipca osiągnęło głębokość 1,7 mili/3148 m podczas wizyty na szczycie podwodnego wulkanu na północ od Azorów. Do bezpiecznego rejestrowania odkryć wykorzystano zdalnie sterowaną kamerę. NOAA opublikowała zdjęcia pokazujące, że dziury znajdowały się na płaskiej, piaszczystej powierzchni. Naukowcy zaprosili opinię publiczną do przedstawienia teorii, ale komentatorzy podnieśli więcej pytań, w tym niektórzy, którzy zastanawiali się, czy dziury zostały wykonane przez kogoś, kto pobrał próbki rdzenia.

- Czy w otworach znajduje się przedmiot lub zwierzę? Czy ta linia biegnie w tym samym kierunku co prąd? - zapytał Anthony Narehood.

- Woda z podziemnych źródeł? - napisał Mike Weathersby.

- A co z metanem? – powiedział Eduardo Pogorelski.


Odkrycia dokonano w ramach ekspedycji „Voyage to the Ridge 2022”, która bada i mapuje mało znane obszary głębinowe Strefy Załamania Charliego-Gibbsa, Grzbietu Śródatlantyckiego (MAR) i Płaskowyżu Azorów. Grzbiet Śródatlantycki rozciąga się na 10 000 mil z północy na południe i jest uważany za najdłuższe pasmo górskie na świecie i jedno z najbardziej znaczących obiektów geologicznych na Ziemi, mówi NOAA Ocean Exploration. Większość z nich znajduje się pod wodą i dlatego wiele z nich pozostaje w dużej mierze niezbadane. W przypadku aktywnej tektoniki MAR jest miejscem częstych trzęsień ziemi, informuje NOAA. - Otwory hydrotermalne mogą tworzyć się tam, gdzie magma dostarcza ciepło, unosząc się na dno morskie. Wiadomo, że te otwory wentylacyjne zawierają różne społeczności chemosyntetyczne. Jednak niewiele wiadomo o życiu w tych miejscach po wygaśnięciu otworów wentylacyjnych ani o tym, jakie życie znajduje się za nimi, dalej od strefy szczeliny.

 

Moje 3 grosze

 

Dno morza skrywa jak widać wiele tajemnic i zagadek. W tym wszystkim za najciekawsze uważam to, że te wszystkie dziury w dnie Atlantyku znajdują się na fragmencie dna, na którym lokalizowano platońską Atlantydę. Czyż mógłby to być tylko i wyłącznie przypadek?

Oczywiście dla ortodoksyjnej nauki są to tylko dziury w dnie i nic ponadto. Ale czy tylko? Kto i po co je wykonał? Czy może są to pozostałości po systemie energetycznym Atlantydów?

I jeszcze jedno przypuszczenie: czy mogłyby to być ślady jakiegoś pojazdu podwodnego? A czemużby nie? Pytanie tylko brzmi: czyj? To musiałby być niezły głębinowiec, bo na tej głębokości panuje ciśnienie ponad 315 at i mało konstrukcji jest w stanie je wytrzymać…

Tak czy inaczej, o ile nie jest to jakiś hoax, to mamy do czynienia z kolejną zagadką Wszechoceanu.

 

Od Czytelników

 

Ta wersja śladów po pojeździe głębinowym do mnie przemawia. Ciekawe jakiej wielkości są to otwory? (L.O.O)

Niestety brak danych - jak zwykle... (Platon)

Do L.O.O.: Pojeździe głębinowym 🤔 W tamtym czasie zapewne nie było jeszcze tej wody gdy coś tam robili. (Piotr Mitpio)

Raczej być mogły. Ślad jest świeży i widać, że to "coś" poruszało się powoli.(Platon)

Piotr mi to też wygląda na w miarę świeży, poza tym jest dość głęboko aby powstał na powierzchni. (L.O.O.)

Leszek Ostoja-Owsiany Co robią pod naszym nosem a my jak to zwykle bywa puszczamy to płazem, standartowo. (Piotr Mitpio)

Nie stawiam na Ufiastych, raczej na Ludzi Morza... (Platon)

Platonie - ok to nie zmienia faktu że my mamy się tylko domyślać (Piotr Mitpio)

Dokładnie tak. To tylko kolejna odsłona w Teatrze Absurdu... (Platon)


Źródło: https://www.elnuevoherald.com/noticias/estados-unidos/article263835922.html?fbclid=IwAR3bcR5x3G1oAolpjpi8gPQcN0hfu4ybMCz7qICG7wqjBnrghgJyL0DY4JI  

Przekład z hiszpańskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz

piątek, 6 sierpnia 2021

Dziura w ziemi i antarktyczne głębiny

 


O ile wiele nam wiadomo o powierzchniach Księżyca i niektórych planet, to o wnętrzu naszej własnej planety i głębinach Wszechoceanu, a szczególnie oceanów Arktycznego i Antarktycznego. Nie wygląda to budująco, bo wciąż Natura nie daje się naszej – nawet najbardziej finezyjnej i  wyrafinowanej technice. Gigantyczne temperatury i ciśnienia nadal pozostają poza naszym zasięgiem, a dokładna mapa dna Wszechoceanu ma powstać gdzieś koło 2030 roku! A jak na razie, to:

 

Najgłębsza dziura na ziemi została zapieczętowana po tym, jak eksperci odkryli tajemnicze skamieniałości. Na odległym półwyspie w północno-zachodniej Rosji naukowcy spędzili dziesięciolecia drążąc w głąb Ziemi. Na ponad 40.000 stóp ich odwiert jest najgłębszy, do jakiego człowiek kiedykolwiek dotarł. Potem jednak dzieje się coś nieoczekiwanego i naukowcy są zmuszeni na dobre zapieczętować swój eksperyment.

Nic dziwnego, że ludzie są zafascynowani tym, co kryje się głęboko pod powierzchnią ziemi. Ale odkąd pierwszy sztuczny satelita został wysłany w kosmos w 1957 roku, ludzie byli bardziej zafascynowani patrzeniem w niebo, aby odkryć tajemnice gwiazd. A teraz, z pomocą globalnych agencji kosmicznych i prywatnych firm, wiemy o wszechświecie więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale kiedy nadal patrzymy w niebo ze zdumieniem, czy spoglądamy na inny lecz równie tajemniczy świat na Ziemi?

Szokująco, niektórzy uważają, że nasza wiedza o kosmosie jest teraz większa niż nasze zrozumienie tego, co istnieje pod powierzchnią Ziemi. I chociaż wiele osób wie o wyścigu kosmicznym, który ogarnął Stany Zjednoczone i ZSRR podczas zimnej wojny, niewielu pamięta równie fascynującą bitwę o podbój naszego podziemnego świata.

 

Począwszy od późnych lat pięćdziesiątych rywalizujące zespoły amerykańskich i sowieckich naukowców zaczęły organizować skomplikowane eksperymenty mające na celu penetrację skorupy ziemskiej. Uważa się, że rozciąga się ona na 30 mil w kierunku centrum naszej planety, ale ta gęsta skorupa ostatecznie ustępuje płaszczowi – tajemniczej wewnętrznej warstwie, która stanowi oszałamiające 40 procent masy naszej planety.

Następnie, w 1958 r., Stany Zjednoczone objęły prowadzenie, uruchamiając Projekt Mohole. Operacja zlokalizowana w pobliżu Guadalupe w Meksyku polegała na tym, że zespół inżynierów przewiercił dno Oceanu Spokojnego na głębokość ponad 600 stóp. Jednak osiem lat później ich finansowanie zostało odcięte, a Projekt Mohole został porzucony. Amerykanie nigdy nie dotarli do płaszcza.

Następnie przyszła kolej na Sowietów. 24 maja 1970 r. zespół naukowców rozpoczął drążenia w ziemi poniżej rejonu peczerskiego, słabo zaludnionego regionu na rosyjskim półwyspie Kolskim. Ich cel był prosty: jak najdalej wniknąć w skorupę planety.

 

Co więcej, Sowieci dążyli do osiągnięcia głębokości około 49.000 stóp pod powierzchnią Ziemi. Za pomocą specjalistycznego sprzętu naukowcy zaczęli kopać szereg otworów wiertniczych wychodzących z jednej głównej wnęki. Ale podczas gdy powoli schodzili w dół, poszukiwacze w Ameryce poczynili własne postępy.

W 1974 roku Lone Star Production Company wierciła w poszukiwaniu ropy w hrabstwie Washita w zachodniej Oklahomie. W tym czasie firma stworzyła „dziurę Bertha Rogers” – sztuczny cud, który sięgał ponad 31.400 stóp, czyli prawie sześć mil, pod powierzchnię ziemi.

Chociaż Lone Star nie znalazła tego, czego szukała, jej wysiłek pozostał najgłębszą dziurą na planecie przez kolejne pięć lat. Następnie, 6 czerwca 1979 roku, jeden z odwiertów Kola, nazwany SG-3, pobił rekord. A do 1983 roku dziura o szerokości zaledwie dziewięciu cali przebyła oszałamiającą odległość 39.000 stóp w głąb skorupy ziemskiej.

 




Po osiągnięciu tego kamienia milowego naukowcy na Półwyspie Kolskim tymczasowo pozbyli się narzędzi. Na 12 miesięcy wstrzymali prace nad odwiertem, aby różne osoby mogły odwiedzić to fascynujące miejsce. Jednak po wznowieniu eksperymentu w następnym roku problem techniczny zmusił ekipę inżynierów do wstrzymania wiercenia.

Aby nie zostać pokonanym, naukowcy porzucili poprzedni odwiert i ponownie rozpoczęli pracę z głębokości 23.000 stóp. A do 1989 r. wiercenie osiągnęło rekordowe 40.230 stóp – niewiarygodne 7,5 mil. Zachęcone osoby zaangażowane w projekt optymistycznie patrzyły w przyszłość, wierząc, że do końca 1990 r. otwór przekroczy 44.000 stóp.

Jeszcze bardziej imponująco, przewidywano, że odwiert osiągnie cel 49.000 stóp już w 1993 roku. Ale coś nieoczekiwanego czaiło się pod odległą rosyjską tundrą. I o dziwo, w miarę jak wiertło zbliżało się coraz bardziej do środka Ziemi, nastąpiła zupełnie nieoczekiwana zmiana.

 

Przez pierwsze 10.000 stóp temperatury wewnątrz odwiertu były mniej więcej takie, jak spodziewali się naukowcy. Jednak po tej głębokości poziom ciepła wzrastał znacznie szybciej. A zanim wiercenie zaczęło zbliżać się do celu, otwór rozgrzał się do ogromnej temperatury 180°C (356a°F) – o całe 80°C (176°F) cieplejszej niż przewidywano.

To jednak nie wszystko. Ponadto naukowcy odkryli, że skała na tych głębokościach była znacznie mniej gęsta, niż sobie wyobrażali. W rezultacie reagowała na wyższe temperatury w dziwny i nieprzewidywalny sposób. Tak więc, wiedząc, że ich sprzęt nie wytrzyma w takich warunkach, zespół Kola porzucił projekt. Do tego czasu był rok 1992 – 22 lata po rozpoczęciu wiercenia.

Jednak naukowcy byli w stanie dowiedzieć się kilku fascynujących rzeczy przed zapieczętowaniem tego, co zostało nazwane Kola Superdeep Borehole. Na przykład na głębokości około czterech mil odkryli maleńkie skamieliny roślin morskich. Te relikty były niezwykle nienaruszone, biorąc pod uwagę, jak długo spędzili uwięzione pod kilkoma milami skały – uważano, że ma ponad dwa miliardy lat.

 

Jednak jeszcze bardziej ekscytującego odkrycia dokonano na najdalszych zakątkach odwiertu Kola Superdeep. Mierząc fale sejsmiczne, eksperci wcześniej przewidywali, że skała pod naszymi stopami przesuwa się od granitu do bazaltu na głębokości około dwóch do czterech mil pod powierzchnią. Szybko jednak okazało się, że tak nie jest – przynajmniej nie na Półwyspie Kolskim.

Zamiast tego naukowcy znaleźli tylko granit, i to nawet w najgłębszym miejscu odwiertu. W końcu byli w stanie wywnioskować, że zmiana fal sejsmicznych była wynikiem metamorficznych różnic w skale, a nie przejścia do bazaltu. Ale to też nie było to. Co zaskakujące, odkryli również płynącą wodę kilka mil pod Ziemią, na głębokościach, na których nikt nie przewidział, że może ona istnieć.

Ale podczas gdy niektórzy entuzjastyczni komentatorzy rzucili się na to odkrycie podziemnej wody jako dowód biblijnych powodzi, uważa się, że zjawisko to jest wynikiem silnego ciśnienia wypychającego atomy tlenu i wodoru ze skały. Następnie nieprzepuszczalne skały spowodowały, że nowo powstała woda została uwięziona pod powierzchnią.

 






Moment zamknięcia odwiertu Kola Superdeep zbiegł się z upadkiem Związku Radzieckiego, a do 1995 roku projekt został trwale zamknięty. Dziś więc miejsce to jest oznaczone jako zagrożenie dla środowiska, chociaż odwiedzający nadal mogą zobaczyć niektóre relikty eksperymentu w pobliskim mieście Zapolarnyj, oddalonym o około sześć mil. I, co imponujące, naukowcy muszą jeszcze pobić swój rekord, co oznacza, że ​​odwiert pozostaje najgłębszym, stworzonym przez człowieka punktem na planecie.

Jednak wyścig do środka Ziemi jeszcze się nie skończył. Na oceanach świata platformy wiertnicze z Międzynarodowego Programu Odkrywania Oceanów nadal zagłębiają się głęboko w dno morskie, walcząc z awarią sprzętu i ekstremalnymi temperaturami, aby dowiedzieć się, jakie tajemnice czekają na ujawnienie.

Nie każda wyprawa pod fale oceanu jest jednak próbą dotarcia do środka Ziemi. Na przykład, dosłownie zanurzając się w nieznane, dwuosobowa łódź podwodna została zrzucona w zimne wody Antarktydy z misją odkrywczą. Cel członków załogi? Aby wejść głębiej pod ocean w pobliżu bieguna południowego niż jakakolwiek inna ekspedycja w historii ludzkości zrobiła to wcześniej. A to, co odkryli na dole, to niesamowity wgląd w świat, którego nikt wcześniej nie widział.

 

Nie był to jednak plan spontaniczny. W rzeczywistości, dwa lata dokładnych badań poszły na znalezienie idealnego czasu i miejsca na wykonanie monumentalnego nurkowania. I jest ku temu bardzo dobry powód. Widzisz, wiemy więcej o innych planetach w naszym Układzie Słonecznym niż o dnie oceanicznym Ziemi.

Rzeczywiście, udało nam się odwzorować powierzchnię Marsa bardziej szczegółowo niż dna mórz, które nas otaczają. Ujmując to z pewnej perspektywy, średnia odległość między Marsem a Ziemią wynosi 140 milionów mil/56 mln km. W przeciwieństwie do tego średnia głębokość oceanu wynosi nieco ponad 12.000 stóp, czyli około dwóch mil.

Ale jeśli myślisz, że to brzmi, jakby nurkowanie pod Antarktydą było proste, to bardzo się mylisz. Na początek naukowcy musieli znaleźć najlepsze miejsce na zejście. Ostatecznie jednak wybrali lokalizację o nazwie „Aleja Lodowa” – a obszar ten nie otrzymał tej nazwy bez ważnego powodu.

 

Omawiana aleja tworzy kanał w pobliżu jednego z najbardziej wysuniętych na północ punktów Półwyspu Antarktycznego. To odcinek morza otoczony kawałkami przesuwającego się lodu; niektóre z tych elementów są mniej więcej wielkości dużego pojazdu mechanicznego, podczas gdy inne zajmują pół mili kwadratowej. Tak więc samo umieszczenie łodzi wiozącej łódź podwodną we właściwe miejsce było ogromnym wyzwaniem.

Dążenie załogi do wypłynięcia w nieznane zostało również zapisane w filmie dokumentalnym. Według producenta wykonawczego Jamesa Honeyborne’a po drodze pojawiły się pewne problemy, gdy powiedział BBC, że przejście przez Iceberg Alley było podobne do „gigantycznej gry Space Invaders”. Ale nie tylko dostanie się na właściwą pozycję stanowiło problem dla zespołu; były też inne czynniki, które utrudniały tę misję.

Po pierwsze, zespół nie był pewien, jak okręty podwodne, których zamierzali użyć, będą się zachowywać pod naporem głębokiej wody. Ale te obawy mogły zniknąć, gdy zaczęli schodzić na 3000 stóp. Dlaczego? Cóż, pod falami odkryli niesamowity ekosystem dziwnych stworzeń, w tym jednego, który nazwali na cześć kluczowego elementu serii filmów „Gwiezdne Wojny”.

 

I choć życie nad falami Antarktydy jest surowe i bezlitosne, pod nimi kryje się ogromna ilość dziwacznych, niemal nieziemskich stworzeń morskich.

- Na jednym jardzie kwadratowym w głębi Antarktyki jest więcej życia niż w rafach Rafy Koralowej Australii – powiedział LADbible jeden z członków zespołu nurkowego, Mark Taylor. Ale jest wiele niesamowitych powodów.

Na przykład morski śnieg, który naukowcy widzieli pod Antarktydą, był, według dr Jona Copleya z University of Southampton, „grubszy niż [on] widział go gdziekolwiek indziej w oceanach na świecie”. Ale czym jest śnieg morski i dlaczego jest tak ważny dla życia na dnie morskim?

Zasadniczo śnieg morski jest materiałem organicznym, który spływa z górnej części oceanu na dno. Jest to niezwykle ważne źródło pożywienia dla stworzeń żyjących w głębinach, ponieważ przenosi składniki odżywcze i energię z części morza, które otrzymują światło słoneczne, do obszarów oceanu, które tego nie mają.

 

Jednak w wodach głęboko pod Antarktyką jest jeszcze inne kluczowe źródło pożywienia: kupa z kryla. Kryl to maleńkie skorupiaki, które żyją w oceanach naszej planety i odgrywają tam ważną rolę. W szczególności ich ekskrementy zamieniają dno morskie w błotniste środowisko idealne do życia. I tak się składa, że ​​życie, które kwitnie w tej okolicy, jest jednym z najdziwniejszych, jakie kiedykolwiek zobaczysz.

Jedno z najdziwniejszych stworzeń odkrytych przez zespół jest znane jako antarktyczna gwiazda słoneczna, chociaż naukowcy nadali jej znacznie bardziej złowrogą nazwę. Nazwali stworzenie Gwiazdą Śmierci – i nie bez powodu. Zwierzę, którego łacińska nazwa to Labidiaster annulatus, jest krewnym pospolitej rozgwiazdy; jest to jednak zupełnie dziwniejsza bestia niż jej odpowiednik.

Po pierwsze, Gwiazda Śmierci może mieć nawet 50 ramion i może stać się większa niż kołpak. Skóra na jego ramionach jest również pokryta małymi szczypcami, a jeśli coś ich dotknie, zatrzaskują się. Najczęściej pechową ofiarą jest przelotny kryl. I jest jeszcze coś dziwnego w tej rozgwieździe.

 

Podczas gdy ryby są dominującymi drapieżnikami w innych oceanach świata, Gwiazda Śmierci jest doskonałym przykładem tego, jak różne rzeczy są na Antarktydzie. Ponieważ woda na biegunie południowym jest tak zimna, niewiele ryb może tam przetrwać. Oznacza to, że bezkręgowce, takie jak antarktyczna gwiazda słoneczna, znajdują się na szczycie łańcucha pokarmowego.

Co więcej, nurkowanie na Antarktydzie jest zasadniczo jak zaglądanie do okna, które pokazuje, jak wyglądało życie w morzach na długo przed tym, jak ludzkość kiedykolwiek chodziła po Ziemi.

- To zwierzęta bez kręgosłupa dominowały i dominują jako drapieżniki – powiedział dr Copley. - I tak wyglądały oceany ponad 250 milionów lat temu.

Innym dziwnym stworzeniem żyjącym na Oceanie Antarktycznym jest lodowa smocza ryba, czyli Cryodraco antarcticus, która w niezwykły sposób przystosowała się do przetrwania w niesamowicie zimnych warunkach. Po pierwsze, jej krew zawiera białka, które działają jak płyn przeciw zamarzaniu, aby zapobiec jej oblodzeniu. I ta krew jest również przeźroczysta, ponieważ nie potrzebuje hemoglobiny, którą my ludzie, do przenoszenia tlenu w ciele.

 

Jednak misja podjęta przez dr Copleya i jego kolegów nie polegała tylko na tym, by po raz pierwszy zobaczyć dziwne stworzenia w ich naturalnym środowisku. A lepsze zrozumienie sposobu przetrwania życia na Oceanie Antarktycznym które może również odgrywać kluczową rolę w trwających działaniach ochronnych na biegunie południowym i wokół niego.

- Podczas tych nurkowań obserwowaliśmy codzienne życie antarktycznych zwierząt głębinowych, pomagając nam je zrozumieć znacznie lepiej niż badanie okazów zebranych przez sieci lub włoki ze statków – wyjaśnił BBC dr Copley. - I [to] pomaga nam zbadać, w jaki sposób nasze własne życie jest połączone z tym odległym, ale delikatnym środowiskiem.

Nawet najbardziej dostępne części oceanów pozostają czymś tajemniczym, chociaż dr Copley ma nadzieję, że ta ekspedycja może w jakiś sposób to zmienić.

- Wysłanie ludzi na kilometr w głąb oceanu wokół Antarktydy po raz pierwszy pokazuje, że nie ma już niedostępnej dla nas części naszej niebieskiej planety, jeśli uda nam się tam znaleźć wolę – dodał.

 

Poza zakresem odkryć naukowych i lepszego zrozumienia naszego własnego świata, jest być może coś jeszcze głębszego w udaniu się do miejsca, do którego tak trudno dotrzeć.

- To, co teraz robimy, to eksploracja w najczystszym tego słowa znaczeniu – stwierdził dr Copley. - Jeśli wszyscy będziemy uczestniczyć w eksploracji naszej planety, to… wszyscy poczujemy się zaangażowani w jej zarządzanie na przyszłość.

 

Źródło - https://storytohear.com/pl/earths-deepest-hole/1/  i dalsze

poniedziałek, 9 września 2019

Zagadka na dnie morza


Lokalizacja zaginionej stacji


A oto, co na ten temat piszą bracia Czesi:

Ze stacji badawczej o masie 750 kg pozostały tylko kable! Z wielką zagadką zmierzyli się niemieccy naukowcy. W sierpniu stracili kontakt ze stacją badawczą umieszczoną na dnie Morza Bałtyckiego, która zbierała dana o środowisku morskim. Kiedy na miejsce udali się nurkowie, to znaleźli jedynie zerwane kable, które utrzymywały na miejscu obserwatorium. Zaginięciem stacji wartej milionów koron zajmuje się już policja.

Urządzenie, które w wodzie mierzyło m.in. temperaturę, zasolenie, ilość tlenu i metanu, znajdowało się 2 km od brzegu i 22 m pod zwierciadłem zatoki w okolicy miasta Eckenförde na północ od Kilonii. Jej zniknięcie przyprawia naukowców o ból głowy, bowiem cała stacja ważyła aż 750 kg.[1]


- Wg ekspertów nie mógł jej odnieść prąd wody, np. w czasie burzy, ani żaden wielki zwierzak morski – podaje BBC. Akwen ten jest zabroniony dla żeglugi wszelkich statków, w tym także rybackich.

Obserwatorium centrum badawczego GEOMAR pracowało od 2016 roku, ostatnie dane wysłało 21.VIII.br. Według agencji AP początkowo jego zamilknięcie uważano za problem techniczny, jednakże potem stwierdzono brak stacji i przerwany kabel światłowodowy.




Niemiecka agencja DPA w czwartek podała, że w tym tygodniu nurkowie przeszukali zatokę i znaleźli tylko części podpór stacji. Zatem GEOMAR zwrócił się do społeczeństwa z prośbą o pomoc, czy ktoś nie widział czegoś podejrzanego.

- Dane, które uzyskiwaliśmy przy pomocy tej stacji były wprost bezcenne – powiedział prof. Hermann Bange, dyrektor wydziału oceanograficznego. – Jest możliwe, że ktoś znajdzie części urządzenia wyrzucone na brzeg – dodał. Całe urządzenie kosztowało 300.000 EUR czyli 7,7 mln CZK. Tego rodzaju badania są prowadzone od 1957 roku i należą do najstarszych w świecie.


Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Portal Curiosmos podał tylko 350 kg.

niedziela, 8 września 2019

Podwodne obserwatorium znikło bez śladu…


Zerwany kabel światłowodowy na dnie Bałtyku...

Duże podwodne obserwatorium znikło bez śladu w Morzu Bałtyckim, co wprawiło uczonych w konsternację. Eksperci twierdzą, że stacja została usunięta z użyciem wielkiej siły. Jedynie pozostał po niej paskudnie zerwany kabel światłowodowy podłączony do stacji monitoringu.

Stacja monitoringu używana przez ekspertów do zbierania ważnych danych naukowych znikła w tajemniczy sposób bez sladu na dnie Morza Bałtyckiego.

Stacja ta operująca na dnie morskim od grudnia 2006 roku była wykorzystywana przez GEOMAR Helmholtz Centre for Ocean Research w Kiel oraz Helmholtz Centre Geesthacht (HZG). Przez trzy lata pracowała ona bez żadnych problemów. Potem, od dnia 21 sierpnia, transmisje ze stacji uległy przerwaniu.

Aby zobaczyć, co tam się stało, grupa nurków została wysłana do zbadania rzeczy in situ. Ku swemu zdumieniu i przerażeniu ujrzeli oni, że całe to urządzenie znikło i tylko zerwany światłowodowy kabel transmisyjny został zlokalizowany na miejscu, gdzie była stacja.
- Początkowo sądziliśmy, że to jakiś błąd w transmisji danych – powiedział Hermann Bange, koordynator projektu z Boknis Eck Obserwatory w oświadczeniu dla GEOMAR. To on doradził wysłanie misji nurków na miejsce w celu zbadania sytuacji.
- Urządzenia znikły i nurkowie nie mogli ich znaleźć – powiedział on. – Kiedy nurkowie osiągnęli dno morza w okolicy lokalizacji stacji, to znaleźli tylko urwany kabel światłowodowy. Był on zupełnie zniszczony – dodał Bange.   

Lokalizacja stacji badawczej


Strefa zakazana


I chociaż zniknięcie stacji bez śladu jest zdumiewające i alarmujące, to tajemnica się pogłębia.

Według BBC, to podwodne obserwatorium było umieszczone wewnątrz strefy zakazanej u północnych wybrzeży Niemiec. Tam nie mogły wpływać żadne jednostki, w tym łodzie rybackie. Boknis Eck Obserwatory było umieszczone w Eckernförde Bucht (N 54°30’ – E 009°59’), na północ od Kilonii w Niemczech i na południe od granicy z Danią. Obserwatorium umieszczono 2 km od brzegu na głębokości 22 m – doniosło BBC.

Choć eksperci nie mają żadnego pomysłujak i co spowodowało znikniecie tej stacji bez śladu, to badacze przekonują, że najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest to, że ktoś lub cała grupa ludzi usunęła stacje obserwacyjną z tego miejsca. I chociaż eksperci przypuszczają, że ktoś sabotował tą stację, to inne czynniki mogły grać rolę w jej zniknięciu. Uczeni9 powiedzieli, że mógł to być potężny sztorm, silny prąd czy nawet jakieś morskie zwierzęta mogą być odpowiedzialne za ten incydent. Pomimo to, kto czy co usunęło te urządzenia, to zniknięcie stacji pozostaje kompletną tajemnicą. By dotrzeć do dna tajemnicy, policja aktualnie bada to zniknięcie i prowadzi śledztwo, jak oświadczyło GEOMAR.


Podwodne dane


Podwodna stacja pomiarowa została umieszczona na dnie morza w celu zbierania danych o zasoleniu, temperaturze wody, składnikach odżywczych oraz koncentracji chlorofilu i metanu. Dane te są wykorzystywane przez uczonych w celu oceniania ekosystemu w rejonie południowo-zachodnich akwenów Morza Bałtyckiego. Dane te pomogą uczonym  wykryć potencjalne problemy zanim się wydarzą w celu podjęcia odpowiednich przedsięwzięć ochronnych. Zbiaranie takich danych jest niczym nowym. W rzeczywistości uczeni robią to już od lat 50-tych ub. wieku. Stacja ta była także używana przez sieć COSYNA (Coastal Observing System for Northern and Arctic Seas) należącej do HZG.

Dane zbierane przez tą podwodną stację opisywano jako „wręcz bezcenne”. Obydwie organizacje: GEOMAR i HZG prowadziły swe własne poszukiwania stacji, ale całkowicie bezowocnie. Teraz zwracają się do ogółu społeczeństwa, prosząc każdego, kto wie coś o zaginionej stacji, aby się z nimi skontaktował.


Co zaginęło?


Boknis Eck Observatory składało się z dwóch stojaków ważących ogółem 350 kg. Zawierały one źródło prądu oraz czujniki. Wedle oświadczenia GEOMAR, oba stojaki zostały usunięte z ogromną siłą ze swych miejsc. Czy jakieś morskie zwierzęta byłyby w stanie usunąć obie ramy, to wciąż pozostaje tajemnicą.

Co dziwniejsze, zniknięcie tej stacji monitorującej przypomina zatopione statki, które też w podobnie zagadkowy sposób znikły z dna morza. Chociaż w przypadku zaginięcia statku eksperci twierdzą, że rabusie mogą być rozsądni licząc na znaczne zyski, to nie są pewni, co zrobiliby z „kupą instrumentów naukowych”.


Dyskusja na FB:  


Robert Leśniakiewicz: USO czy może... Megalodon?
[Megalodon? A czemu nie. Te gigantyczne rekiny najprawdopodobniej istnieją we Wszechoceanie i jakiś okaz mógł się zapuścić na akweny Bałtyku. W przeciwieństwie do waleni, Megalodon nie musi się wynurzać, by zaczerpnąć powietrza…]
Mateusz Majcher: 350 kg zestaw to też nie takie wielkie halo do podiwanienia. Ciekawsze co wspominają - że na dnie Bałtyku "znikają" całe wraki. Ciekawe czy "anomalia bałtycka" może tu być jakimś wątkiem
Eleonora Zofia Piepiórka: Tak, to jest zaskakujące, bo komu potrzebne są stare wraki?
Robert Leśniakiewicz: To mi przypomina wydarzenia z lat 80-tych, kiedy Szwedzi oskarżali Rosjan o penetrowanie ich wód terytorialnych przy pomocy tzw. midgetów. Tam też w podobny sposób przecięto kabel podmorski w okolicach Umea czy Sundswall. Ruskim niczego nie udowodniono, ale gazety miały o czym pisać...
[Nawiasem mówiąc, wydarzenie to miało miejsce w okolicy Sundswall w 1985 czy 1986 roku, tego nie pomnę. Sprawa była na tyle poważna, że zainteresował się nią Wydział Zwiadu Pomorskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza, bo rzecz dotyczyła zerwanego kabla telekomunikacyjnego. Chodziło o ochronę naszych kabli telekomunikacyjnych przed jakimś zagrożeniem. Przez jakiś czas śledziłem tą sprawę, ale poza tym, że według Szwedów były to radzieckie „podmorskie traktory” jeżdżące po dnie morza i wykonujące misje szpiegowskie u brzegów Półwyspu Skandynawskiego, niczego nowego w tej sprawie się nie dowiedziałem. W latach 90-tych powróciłem do tej sprawy, ale red. Clas Svahn – do którego się zwróciłem - też niczego się nie dowiedział, a zatem był to chyba efekt „niepokoju służbowego” szwedzkich dowódców…]


Radzieckie pojazdy podwodne rzekomo operujące w szwedzkich wodach terytorialnych

Eleonora Zofia Piepiórka: czyli podwodni zbieracze metali?
Robert Leśniakiewicz: Możliwe. A może Syreny robią u siebie porządek?
Eleonora Zofia Piepiórka: a gdzie to składują?
Eleonora Zofia Piepiórka: może wyrzucają na brzeg...
Robert Leśniakiewicz: Na wybrzeżach Pakistanu...
Eleonora Zofia Piepiórka: a dlaczego tam?
Robert Leśniakiewicz: Bo tam ludziska rozbierają je na złom.
Eleonora Zofia Piepiórka: podobnie w krajach Amazonii...
Robert Leśniakiewicz: I to jest racjonalne - ludzie stworzyli, niech ludzie utylizują...
[Oczywiście te ostatnie uwagi to żart, prawda może być o wiele bardziej prozaiczna. Wraki są źródłem metali kolorowych, przewożonych przez nie towarów, artefaktów z metali szlachetnych, drogich kamieni i przede wszystkim złomu. Być może jest jakieś konsorcjum, które trudni się wydobyciem wraków i zarabianiem na tym. Biznes jest biznes…]


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 25 marca 2017

Wielkie połacie australijskiej Wielkiej Rafy Barierowej umierają…



Silne wybielanie koralowców na Północnej Wielkiej Rafie Barierowej dotyka przede wszystkim największe i najstarsze korale jak te wolno rosnące kolonie Porites. ("Nature") 

…jak to odkryli uczeni.


Sydney, Australia – Wielka Rafa Barierowa w Australii od długiego czasu stanowi jeden z największych naturalnych cudów świata tak wielki, że jest doskonale widoczny z Kosmosu, tak piękny, że doprowadza turystów do łez.
Ale rafa i wszystkie morskie stworzenia istniejące na niej są w poważnych kłopotach. 

Ogromne fragmenty Wielkiej Rafy Barierowej rozciągające się przez setki mil najbardziej dziewiczego północnego sektora, zostały niedawno uznane za martwe, zabite w zeszłym roku przez przegrzaną wodę morską. Dalsze odcinki południowej części rafy, które ledwo przeżyły, teraz się bielą, zwiastunem kolejnej śmierci, która mogłaby złamać niektóre z najczęściej odwiedzanych obszarów kolorystyki i życia.
- Nie spodziewaliśmy się zobaczyć takiego poziomu destrukcji Wielkiej Rafy Barierowej przez te ostatnie 30 lat – powiedział Terry P. Hughes – dyrektor sponsorowanego przez rząd Centrum Badań Raf Koralowych przy Uniwersytecie im. Jamesa Cooka w Australii i wiodący autor pisma na temat rafy, które zostało opublikowane w czwartek jako artykuł w „Nature”. - Na północy widziałem setki raf – literalnie 2/3 z nich było umierających i teraz już nie żyją. 

Zniszczenia Wielkiej Rafy Barierowej, jednej z największych na Ziemi konstrukcji biologicznych, jest zaledwie częścią globalnej katastrofy, która trwa nieprzerwanie od dwóch dekad i wciąż się intensyfikuje. W tym piśmie, tuziny uczonych opisują ostatnie nieszczęście jako trzecie masywne bielenie korali od 1998 roku, które jest jeszcze bardziej rozprzestrzenione i niszczące.

Stan koralowców i raf koralowych jest sygnałem zdrowotności mórz. Ich osłabienie i śmierć są kolejnymi wskaźnikami procesu zmian klimatycznych na naszym globie. 

Kolonie korali w okolicach Lizzard Island w Wielkiej Rafie Barierowej wybielone w czasie ocieplenia się wody, sfotografowane w dniu 26.II.2016 roku (po lewej) odrodziły się już po kilku tygodniach dzięki przejęciu przez nie alg, zdjęcie wykonane w dniu 19.IV.2016 roku ("Nature")

Jeżeli większość raf koralowych umrze, jak tego obawiają się naukowcy, to część najbardziej kolorowego i bogatego życia oceanicznego zostanie bezpowrotnie stracona, poza ogromnymi pieniędzmi z turystyki na Rafie. W biedniejszych krajach, wchodzi w grę życie setek milionów ludzi, którzy swoje dzienne porcje protein czerpią przede wszystkim z połowów na rafach, a utrata tego źródła żywności spowoduje kolejny kryzys humanitarny. 

Ostatnie bielenie raf i tym trzecim z kolei roku, jak twierdzą uczeni, bez wątpienia jest odpowiedzialny EGO.

Oni ostrzegali o tym już całe dziesięciolecia temu, że rafy koralowe są w złym stanie spowodowanym przez spalanie przez Ludzkość paliw kopalnych, co powoduje uwalnianie się gazów szklarniowych do oceanu. Emisje wciąż wzrastają, i temperatura wód Wszechoceanu jest wysoka, co powoduje stan krytyczny dla koralowców.
- Zmiany klimatu nie są przyszłym zagrożeniem – twierdzi prof. Hughes – na Wielkiej rafie Barierowej to ma miejsce od 18 lat.  

Korale wymagają ciepłej wody do dobrego rozwoju, ale one są czułe na przegrzanie. Już podniesienie temperatury wody o 2-3°F może czasami zabić te delikatne stworzenia.  

Ujmując rzecz globalnie, Wszechocean ogrzał się o 1,5°F od końca XIX wieku – a wyliczenia wskazują, że bardziej właśnie w strefie zwrotnikowej – miejscu występowania wielu raf koralowych. Na dodatek ten kopniak w górę jest wspomagany przez pogodowe zjawisko El Niño, które osiągnęło swój szczyt w 2016 roku i tymczasowo podgrzewało większość powierzchni naszej planety, tworząc najgorętszy rok od czasu regularnego zapisywania stanu pogody, czyli od 1880 roku. 

Mapa zniszczenia raf koralowych Wielkiej Rafy Barierowej wykonana przez ARC Centre of Excellence for Coral Reef Studies. Kolorem czerwonym oznaczono największe zniszczenia, niebieskim - najmniejsze.

Było oczywiste, że w ostatnim roku korale z wielu raf było niemalże martwymi, ale dopiero teraz wpłynęły oficjalne szacunki od naukowców. Pismo opublikowane w „Nature” mówi o bieleniu korali w 2016 roku wzdłuż 500 mn/~900 km odcinka Rafy na północ od Cairns, QLD, miasta na wschodnim wybrzeżu Australii (czyli praktycznie rzecz biorąc do północnego końca Półwyspu Jork – przyp. tłum.)

Bielenie wskazuje na to, że korale znajdują się pod wpływem ciepła, ale one nie zawsze umierają i chłodniejsza woda pomaga im wrócić do życia. Postępujące badania Wielkiej Rafy Barierowej, prowadzone w ostatnim roku po opublikowaniu tego pisma w „Nature” dokumentującego, że duże powierzchnie Rafy rzeczywiście są martwe i nie są w stanie odrodzić się później, jak w ogóle.
Prof. Hughes prowadził swe badania. Powiedział on, że on i jego studenci popłakali się, kiedy pokazał im mapy zniszczeń, które sporządził on latając małymi samolotami i helikopterami na niskim pułapie.

Cień samolotu widoczny na wybielonych koralowcach Wielkiej Rafy Barierowej w marcu 2016 roku (ARC Center of Excellence for Coral Reef Studies)

Jego powietrzne badania, powiązane z podwodnymi pomiarami, pozwoliły na ustalenie, że 67% korali wymarło na długim odcinku na północ od Port Douglas, QLD, a pasami śmiertelność sięgała do 83%. Na szczęście sztormy mieszają wody w środkowej i południowej części Rafy schładzając ją i śmiertelność jest tam relatywnie niższa – jakieś 6% na rafie rozciągającej się od Townswille, QLD, i nawet niższa w południowej części Rafy.


100 mil


Ale stadium opublikowane przez rząd australijski w ostatnim tygodniu stwierdza, że ostatni rok przyniósł „najwyższe temperatury powierzchni morza na akwenie Wielkiej Rafy Barierowej jakie kiedykolwiek odnotowano”.

- Tylko 9% Rafy uniknęło bielenia od 1998 roku – prof. Hughes powiedział  - a teraz bliższy i częściej odwiedzany odcinek od Cairns na południe ma znów kłopoty. Temperatury wody są tam tak wysokie, że trwają tam kolejne sezony masowego wybielania korali, co potwierdziła w ubiegłym tygodniu dyrekcja Great Barrier Reef Marine Park.  

Prof. Hughes powiedział, że ma nadzieję wymieranie nie będzie tak poważne jak w ubiegłym roku, ale takie bielenie raz za razem jest czymś niesłychanym w Australii. Środkowa i południowa część Rafy została paskudnie poszkodowana przez ludzką działalność taką jak pogłębianie i zanieczyszczanie.
Rząd Australii próbuje walczyć z tymi lokalnymi zagrożeniami w ramach planu „Reef 2050”, który zmniejsza rozwój portów, pogłębianie i przedsięwzięcia rolnicze, pomiędzy wieloma zagrożeniami. Ale badania prof. Hughesa odkryły, że pod względem podwyższania się temperatury wody, wysiłki te były niedostateczne.
- Rafy w mętnej wodzie były równie usmażone jak te w czystej – powiedział prof. Hughes. – To nie jest dobra wiadomość o tym, co można zrobić lokalnie, aby zapobiec wybielaniu – odpowiedzi na to nie ma wcale. Należy się odnieść wprost do zmian klimatycznych.

Zdjęcie wykonane w okolicach Cairns, w dniu 6.III.2016 roku, pokazuje kolonię koralowców cierpiących na wybielanie. Wielka Rafa Barierowa przechodzi już drugie w tym roku wielkie wybielanie - jak twierdzą uczeni (AFP)

Po wybraniu Donalda J. Trumpa na prezydenta USA, ostatnie globalne porozumienie rozwiązujące ten problem, znane jako Porozumienie Paryskie, wydaje się być skończone. Konserwatywny rząd Australii także wspiera rozwój paliw kopalnych, w tym wielu uczonych i konserwatystów widzi natychmiastowe zagrożenie dla Rafy – proponowana kopalnia węgla, która będzie jedną z największych w świecie zbudowanych w wewnętrznej części Rafy przez koncern Adani Group w Indii. 

- Faktem jest, że Australia jest największym eksporterem węgla na świecie i ostatnią rzeczą, którą moglibyśmy zrobić dla naszego interesu narodowego, to pogorszyć tą sytuację – powiedział Imogen Zethoven, dyrektor ds. kampanii Australian Marine Conservation Society.   


Czas naukowców


Australia zawdzięcza Wielkiej Rafie Barierowej 70.000 miejsc pracy i miliardy dolarów rocznie wpływów z turystyki i nie jest teraz jasne jak ekonomia będzie poszkodowana przez zniszczenie Rafy. Nawet w ciężko dotkniętych rejonach, duże połacie Wielkiej Rafy Barierowej ocalały, i przewodnicy będą zabierali turystów tam omijając martwe strefy. 

Globalny kryzys z rafami koralowymi nie oznacza całkowitego wymarcia korali. Korale same mogą się uratować, jak to wiele innych gatunków próbuje zrobić uciekając w kierunku biegunów Ziemi i dojdzie do powstania nowych raf koralowych w chłodniejszych wodach – na wyższych szerokościach geograficznych.  

Ale zmiany antropogeniczne są zbyt szybkie – wedle geologicznych standardów – i nie jest do końca jasnym, czy korale będą w stanie utrzymać się. I nawet jeżeli korale to przeżyją, to nie oznacza, że indywidualne rafy będą tak prosperować jak dotąd.

Rafy koralowe są czułymi systemami, zbudowanymi przez unikalne, niezwykłe zwierzęta. Korale są małymi stworzeniami, które działają jak farmerzy przechwytując kolorowe jednokomórkowe rośliny (fitoplankton) zwane algami, które zamieniają światło słoneczne w pożywienie (w procesie fotosyntezy). Polipy koralowe formują kolonie i budują wapienne konstrukcje, w których żyją – to rafy. 

Ale kiedy woda wokół rafy zwiększy swoją temperaturę i będzie za ciepła, algi zaczynają produkować toksyny, zaś korale broniąc się przed nimi staja się upiornie białe. Jeżeli temperatura wody spadnie dostatecznie szybko, korale zdołają wyhodować nowe algi i przeżyć, ale jeżeli nie, to mogą się zagłodzić lub zachorować.

Ale jeżeli nawet korale obumrą, to rafa może ponownie ożyć. Kiedy temperatura wody stanie się umiarkowana i stan ten się utrzyma, to zniszczone odcinki Wielkiej Rafy Barierowej mogą być pokryte koralami ponownie w czasie następnych 10-15 lat. 

Ale jeżeli temperatura oceanu będzie wciąż wysoka, globalne bielenie korali będzie się powtarzało coraz częściej. Kiedy stanie się to rutyną, to wiele z światowych raf koralowych już nigdy nie zostanie ożywiona i odbudowana.
W ciągu jednej dekady, wiele rodzajów korali ramiennych i płaskich może wyginąć – jak mówią uczeni zajmujący się koralami – a wraz z nimi wiele małych rybek, które chronią się wśród nich przed drapieżnikami.

- Nie sądzę, by Wielka Rafa Barierowa była znowu taka wielka, jaką była za naszego życia – powiedział dr C. Mark Eakin, ekspert od raf koralowych z NOAA w Silver Spring, MD, USA. 

Dr Eakin był autorem nowego pisma i prowadzącym programu zwanego Coral Reef Watch, wytwarzającym mapy prognostyczne ostrzegając, że proces bielenia raf jest groźny. Nawet jeżeli ubiegłoroczny El Niño się zakończył, temperatury wody są dostatecznie wysokie, że jego mapy ukazują gorące wody wędrujące poprzez miliony mil kwadratowych oceanu.  

Dr Kim M. Cobb – klimatolożka z Georgia Institute of Technology, która nie była zaangażowana w napisanie tego nowego dokumentu, opisała go jako najbardziej trafny i dołujący. Ona powiedziała, że widziała w ubiegłym roku intensywną dewastację korali u brzegów wyspy Kiritimati Island (N 01°52’17,58” – W 157°25’33,27”, max. 9 m n.p.m. – przyp. tłum.) – części Republiki Kiribati, położonej kilka tysięcy mil od Australii (6115 km – przyp. tłum.) będącej miejscem, które odwiedza regularnie w swych badaniach.
- Międzynarodowe wysiłki w walce ze zmianami klimatycznymi są zagrożone utratą tempa i temperatury wód oceanu kontynuują swój marsz w górę – powiedziała dr Cobb.  – Pomysł, że będziemy mieli 20-30 lat czasu do kolejnego epizodu bielenia raf i obumierania korali jest w zasadzie fantazją.

                  
Umarłe rafy koralowe w okolicach Lizzard Island w maju 2016 roku (AP)
 

Moje 3 grosze

Rafy giną, bo są podgrzewane przez wody Wszechoceanu z kolei nagrzewane przez EGO, którego – jak twierdzą „uczeni” nie było i nie ma. Oczywiście ci „uczeni” są kupieni przez różne lobbies paliwowo-energetyczne, które zarabiają na tym właśnie, że sprzedają paliwa kopalne i energię uzyskaną z ich spalania. Mają gdzieś to, że produkty spalania: tlenek, dwutlenek węgla i tlenki siarki potęgują EGO. Najważniejszy jest zysk i kogo obchodzą jakieś tam malutkie polipy tworzące rafy koralowe? – a do diabła z nimi! 

Przerażające jest to, że także w naszym kraju są ułomni umysłowo urzędnicy, którzy mają gdzieś Przyrodę i Jej prawa – liczy się tylko kasa, kasa i jeszcze raz kasa… Po nich choćby potop! Ich bezlitośnie pazerna bezmyślność przeraża. Najgorsze jest to, że popiera ich masa ogłupionych stronników nie rozumiejąca, że piłuje gałąź na której siedzi i strzela sobie w kolana. Ale cóż – rujnowanie ojczystej przyrody ma być lekarstwem na ekonomiczną ślepotę i ciemnotę decydentów – nie tylko w naszym kraju, jak widać z powyższego materiału. 

Zagłada życia biologicznego we Wszechoceanie będzie początkiem końca życia na Ziemi. I wcale nie jest to odległa perspektywa, bo wystarczy jakieś głupie, nieprzemyślane działanie w rodzaju tego, które opisał Clive Cussler w powieści „Sahara” czy Frank Schätzing w powieści „Odwet oceanu”, i rzeczywiście dojdzie do ekologicznej katastrofy, nad którą już nie będziemy w stanie zapanować. Wszechocean jest wielki, to 70,8% powierzchni naszej planety i 1.370.000.000 km³ wody ale to, co wytwarza człowiek jest w stanie zatruć i pozbawić życia nawet tak ogromne środowisko! Przykład japońskiej zatoki Minamata stanowi znamienne ostrzeżenie. Przypominam totalne zatrucie Cisy i Dunaju związkami cyjanowymi z rumuńskiej kopalni złota w Satu Mare w lutym 2000 roku oraz skażenie Dunaju wodorotlenkami metali z węgierskiej huty aluminium w Ajka w lecie 2010 roku. Rzeki te nie otrząsnęły się po tym do dziś dnia… (w tym kontekście polecam ciekawy blog - https://pstrokato.blogspot.com/) Oczywiście oberwało się wszystkim organizmom żywym zamieszkującym te rzeki oraz w Delcie Dunaju. Tylko kogo to obchodzi? Przecież liczą się tylko i wyłącznie zyski, a takie „obstakle konserwatorskie” i „komplikatory procesu inwestycyjnego” jak ja i mnie podobni nie mają racji bytu, bo tylko przeszkadzają w ich osiąganiu - na chama, po trupach, byle więcej i więcej! 

Tylko że to się kiedyś zemści i to wcale w nie tak odległej Przyszłości, jak nam się wydaje.
    

Przekład z angielskiego – ©Robert K. F. Leśniakiewicz