Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zorze polarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zorze polarne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 października 2021

Jesienna burza słoneczna

 

Konfiguracja zorzy polarnej w dniu 12.X.2021 r. 

 

Martial Mehr

 

Burza słoneczna - zorza polarna widoczna aż do USA i Wielkiej Brytanii, nowy szczyt magnetyczny spodziewany w piątek!

Oczekuje się, że nowa, bardziej umiarkowana burza słoneczna złożona z resztek z pierwszej erupcji, która dotarła do Ziemi 12 października, będzie widoczna w ten piątek – 22.X.

Kolejny rozbłysk słoneczny zwany CME, czyli koronalny wyrzut masy, ponownie zmierza w kierunku Ziemi i następuje po burzy magnetycznej spowodowanej uwolnieniem materii z plamy słonecznej zwanej AR2882 i wybuchu z 12 października. Ten rozbłysk słoneczny został zgłoszony przez Narodową Administrację Oceaniczną i Atmosferyczną (NOAA) Stanów Zjednoczonych w sobotę 9 października 2021 r. Zbiory zdjęć zorzy polarnej publikowane w sieciach społecznościowych od 12 października świadczą o tym kosmicznym wydarzeniu, burzach słonecznych powodujących kolorowe światła w kolorze białym, zielonym, różowym i fioletowym. Najpopularniejszym kolorem zorzy pozostaje zieleń.

 

Zorza nad Ontario

Koronalny wyrzut masy odnosi się do masywnej eksplozji materii ze Słońca, która może wywołać zjawisko znane jako burza geomagnetyczna po napotkaniu pola magnetycznego Ziemi.

 

Zorza nad Calgary

Ten nowy strumień promieniowania korpuskularnego powinien zatem dotrzeć na Ziemię w piątek, 15 października, tym razem wywołując arktyczną zorzę polarną, ale prawdopodobnie bez burzy geomagnetycznej.

 

Zorza nad Północną Dakotą

Nie ma nic wspólnego z olśniewającym pokazem świetlnym stworzonym przez burzę słoneczną w ciągu ostatnich kilku godzin.

 

Zorza nad Norwegią...

Do bardzo niskich szerokości geograficznych. Niektóre części Wielkiej Brytanii widziały zorzę polarną, podobnie jak Nowy Jork i stan Wisconsin w Północnej Dakocie.

...i Finlandią

Źródło - https://www.lindependant.fr/2021/10/13/tempete-solaire-des-aurores-boreales-vues-jusquaux-usa-et-au-royaume-uni-un-nouveau-pic-magnetique-attendu-vendredi-9848675.php?fbclid=IwAR3Ez_IhJM8dcKXJC1S5h7ftp8LUmWATkGGHlK_mtXYBiHcgabR2yPh7cx0

Przekład z francuskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 12 stycznia 2014

HAARP na lodowej tarczy Grenlandii

Grenlandia z wysokości orbity


Oleg Restowicz


Jedyne w świecie pododdziały wojskowe, przemieszczające się na psich zaprzęgach, należą do armii Danii. Pododdział „Syriusz” zajmuje się patrolowaniem północnego wybrzeża Grenlandii.

Grenlandia/Kalaaliit Nunaat[1] – to jedna z najbardziej niezwykłych wysp na Ziemi. Nie bacząc na jej ogromne rozmiary[2], jest to jedno z najbardziej pozbawionych życia miejsc planety, a której przyroda do końca nie została zbadana.


Arktyczne podróżowanie


Wybierając się w podróż na pokładzie pasażersko-towarowego turbinowca, który udaje się w rejs kabotażowy po północnej części Morza Baffina, Aron Mac Call i jego przyjaciele: Irlandczyk Jack Finnegan i Walijczyk Dan Glendur zupełnie zapomnieli o sztormach Północnego Atlantyku. Dlatego też po trzech dniach nieprzerwanego kołysania na horyzoncie pokazał się zarys lądu Przylądka Farewell, byli oni gotowi do zejścia na stały ląd na przystani w Julianehåb/Qaqortoq – pierwszego maleńkiego portu na brzegu gigantycznej, lodowej wyspy. Wchodząc w Cieśninę Davisa, kabotażowiec kołysał się pod uderzeniami wiatru katabatycznego, który wieje z samego wnętrza grenlandzkiego lądolodu, i nie spiesząc się do następnego portu – Godhavn/Qeqertarsuaq. I wkrótce z porannej mgły pojawiła się mocno pocięty fiordami pas ziemi, często przerywany jęzorami lodowców i skalnymi masywami.

Obładowani ciężkimi plecakami podróżnicy zeszli po gnącym się trapie w ostatnim punkcie kabotażowego rejsu na zachodnim wybrzeżu Grenlandii – portowym mieście o trudno wymawialnej nazwie Siorapaluk.

W ciągu kilku dni podróżnicy doszli do samej granicy lodowego pancerza i przenocowali na stacji glacjologicznej. Następnego dnia komfortowo wjechali do „krainy białego milczenia” w traktorze śnieżnym z przyczepionymi saniami towarowymi, w których były złożone ich wszystkie bagaże. Przez trzy dni wokół nich mijały tylko torosy, skały i języki niedużych lodowców powoli przemieniające się w strumienie wody. Wyładowawszy się na niedużym, śnieżnym plateau podróżnicy umówili się z glacjologami na spotkanie po upływie 10 dni. Potem pożegnawszy się z nimi śmiało weszli w lodowy labirynt z gigantycznych brył topiących się w  jaskrawym, lipcowym słońcu.

Co przygnało tą trójkę niezależnych badaczy zjawisk paranormalnych w samo serce lodowatego kontynentu?

Wszystko zaczęło się od kolejnego posiedzenia Nowojorskiego Towarzystwa Ufologicznego „Galaktyczne Poszukiwania” na którym przedstawiono internetowe dane ostatnich radiofizycznych badań niskich warstw jonosfery. Mac Call przedstawił barwne opisy zaczerpnięte z Sieci rezultaty polarnej misji Uniwersytetu Montrealskiego, którą poświęcono badaniom „anomalnej aktywności auroralnej” – albo mówiąc prościej – niezwykłym zorzom polarnym, które coraz częściej pojawiają się nad bezkresnymi połaciami Kanady i Alaski.

Finnegan jako niezrównany haker, potrafił wejść do systemu zbierania danych projektu NASA Zjednoczony Polarny System Satelitarny - UPSS, stanowiącego podstawę amerykańskich obserwacji pogody i klimatu. Tak właśnie nieoczekiwanie odkryto lokalną anomalię magnetyczną na północnym-zachodzie gigantycznego lodowego pancerza Grenlandii. To właśnie tutaj rozpościera się jedno z epicentrów sztormów jonosferycznych, buszujących przy 80° N.

Po kilku burzliwych posiedzeniach galaktycznych poszukiwaczy podjęto decyzję zebrania środków na ekspedycję w celu zbadania „magnetycznego artefaktu” i już po kilku dniach trzech ufologów popłynęli kabotażowcem wzdłuż wybrzeży największej wyspy świata.


Obiekt strategiczny


Los im sprzyjał w bezproblemowym zorganizowaniu ekspedycji i już po kilku dniach błądzący wśród chaosu lodowych brył i torosów ufolodzy natknęli się na obszerne plateau pokryte dziwnymi budynkami i umocnieniami. Poza hangarami znajdowało się tam kilkadziesiąt siatkowych anten otaczających toroidalną wieżę. Teren nieznanego poligonu był nieźle chroniony i otoczony płotem z drutu kolczastego.

Przyjaciele wybrali punkt obserwacyjny na lodowym płaskowzgórzu i zaczęli z ciekawością obserwować życie w „strategicznym obiekcie HAARP”, jak od razu określił tą bazę wojskową Mac Call. Walcząc z sennością obserwował żołnierzy w polarnych kombinezonach, jak ustawiają jakąś instalację koło centralnej wieży.

Mac Call odwrócił na chwilę wzrok od widowiska i pomasował palcami zmęczone powieki, a potem znów przywarł oczami do wojskowej lornetki. Doskonałe warunki oświetleniowe pozwalały dostrzec każdy szczegół obrazu oświetlonego ostrym lipcowym słońcem.


Czarny helikopter


Jeszcze raz  spojrzawszy na „białe milczenie”, Mac Call energicznie machnął ręką nakazując uwagę. Rozległ się daleki pomruk, który przeszedł w głuchy warkot, a zza najbliższej lodowej sopki wyleciała czarna kijanka helikoptera.
- Czarny helikopter! – ze zdumieniem powiedział Mac Call patrząc na ludzkie sylwetki, które energicznie wypakowywały z luku maszyny jakieś skrzynie.
- Jednak to nie Kiowa[3] – mruknął Finnegan, który zwrócił uwagę na szeroki kadłub i kokpit helikoptera.
Trzeba tu powiedzieć, że istnieje amerykańska legenda miejska o czarnych helikopterach. Uważa się, że supertajne organizacje rządowe i Pozaziemianie wykorzystują czarne śmigłowce typu Kiowa bez świateł pozycyjnych i znaków rozpoznawczych, i na dodatek latających bezszmerowo. Pilotują ich „ludzie w czerni” – MiB – polujący na niezależnych badaczy i ufologów, którzy poznali rządowe tajemnice o UFO i paranormalnych fenomenach.


„Plazmatyczne spodki”


Zmierzchało się, ruch wokół masztów antenowych zamarł, a wszyscy ludzie schowali się pod masywną białą kopułą, którą ufolodzy od razu nazwali „punktem dowodzenia”. Naraz rozległ się silny przeciągły trzask i toroidalny szczyt najwyższej wieży otoczył wieniec wyładowań. Finnegan szybko przygotował przyrządy do pomiaru światła, a Glendur zabrał się za liczniki promieniowania, kiedy naraz ufolodzy zauważyli wysoko na niebie czeredę świecących się obiektów, przypominających podświetlone różowym światłem obłoki. Te „obłoki”, które określili oni jako „plazmatyczne spodki” latające w auroralnej strefie jonosfery. Było trudno określić ich prędkość przemieszczania się, ale sądząc z wszystkiego była ona bardzo wysoka. Mac Callowi od razu przypomniały się obserwacje niebieskawych NOL-i przemieszczających się w wierzchnich warstwach atmosfery Ziemi i znanych jako widmowe wyładowania: elfy, dżety i widma.

Tymczasem „plazmatyczne spodki” zaczęły się zlewać jedną plamę, która szybko przybrała wyraźnie karminową barwę. Ufolodzy zszokowani obserwowali, jak „plazmatyczne spodki” zlewały się w kształt gigantycznego zbiornika jednocześnie rozciągając się w poziomie. Naraz pomiędzy „spodkami” przeskoczyła iskra wyładowania, a potem jeszcze jedna. Po kilku sekundach błyskawice zaczęły pojawiać się nieprzerwanie i naraz z ich dolnej warstwy strzeliło potężne wyładowanie elektryczne, a po nim pojawiła się cała ognista kurtyna przechodząca w autentyczny elektryczny huragan.

Ta dziwna burza elektryczna skończyła się równie szybko, jak się zaczęła – znikły wyładowania elektryczne, zaś na szczycie głównej wieży zaczęła się powoli obracać dziwna siatkowa konstrukcja przypominająca nieco kilka ustawionych obok siebie anten radarowych. Kiedy zagadkowy „radar” skierował się w stronę miejsca stania ufologów, to w ich głowach jakby rozerwała się wiązka granatów błyskowo-hukowych – wszyscy trzej padli jak skoszeni na śnieg trzymając ręce przy głowach.

Ostatnią rzeczą, którą zapamiętał Mac Call były jakieś dziwne, ciemne cienie powoli spuszczające się z nieba z błyskającego gwintowanego kręgu i histeryczny krzyk Finnegana:
- Czarne helikoptery! Zostawcie mnie na Ziemi!!!


Na polarnym cyplu


Po kilku latach kompleksowa ekspedycja uniwersytetów w Toronto i Montrealu została wysadzona na dalekim polarnym Przylądku Morris-Jessup, niedaleko najdalej na północ wysuniętego punktu Grenlandii i w ogóle Ameryki Północnej. Prowadziły je dane uzyskane przez jednego znanego entuzjasty-ufologa, który poświęcił resztę swego życia na badania „tajnych baz arktycznych”.

Teraz z trudem poznalibyśmy w tym człowieku z twarzą zniekształconą nerwowym tikiem, pełnego radości życia i zawsze uśmiechniętego Arona Mac Calla. Spędziwszy długi czas w szpitalu wojskowym w Thule/Qaanaaq, gdzie go wraz z odmrożonymi Finneganem i Glendurem dostarczono samolotem transportowym ze stacji Nord (miejscowość na Ziemi Króla Fryderyka VIII), powrócił on do Bostonu jako zupełnie inny człowiek. W ojczyźnie przyjacielski kolektyw ufologów się rozpadł  i oni już nie wymieniali się wiedzą, spostrzeżeniami, wspomnieniami, itd. itp. (skąd to znam?) a on próbował zrozumieć co się stało, kiedy on leżał bez pamięci na drugim wybrzeżu Grenlandii…

Po zdesantowaniu się na czarne, złowieszcze skały przylądka, Mac Call poprowadził pewnie ekipę poprzez labirynt torosów, w stronę dalekiej i wysokiej wieży, która wznosiła się pośród lodów… Ufologiczne legendy głosiły, że gdzieś tutaj dowództwo Północno-Wschodniego Odcinka Systemu Obrony Kosmicznej rozmieściło generatory „broni wiązkowej”, przypominające nieco supermocne radary wchodzące w tajemniczy system HAARP. Zatrzymawszy się uczeni zaczęli obserwować przez lornety tą tajemniczą wieżę.

Kiedy nastąpił polarny zmierzch, z zagadkowej konstrukcji uderzył czerwonawy promień laserowy, doskonale widoczny w lekkiej mgiełce, która go rozpraszała. Promień wykonywał zygzaki i inne linie łamane, aż nagle uderzył w stado polarnych ptaków. I naraz nieznany operator postanowił się zabawić i włączył główny promiennik. Na miejscu lecących ptaków na niebie strzelił jaskrawy fajerwerk. Ciała ptaków eksplodowały rozrzucając wokół sobie iskry pozostawiając po sobie jedynie gorące obłoczki popiołu…

A dalej, to już było tylko ciekawiej: na odcinku nieba napromieniowanym przez to urządzenie – rozpalił się kolosalny jonosferyczny pożar zorzy polarnej, przelewających się kolorów, które zgasły dopiero po kilku godzinach…

Grenlandzki pejzaż 


Moje 3 grosze


Przeczytałem ten artykuł i miałem go odłożyć, boż wydawał się on kolejną wariacją na temat HAARP i broni z programu SDI/NMD, ale coś zwróciło moja uwagę. Nie dziwiło mnie to, że w interiorze Grenlandii może się znajdować jakaś stacja bojowa – dziwne byłoby, gdyby jej tam nie było. W końcu jest to jeden z elementów Tarczy Antyrakietowej, którą zamierzano uszczęśliwić także i nas. Ale nie o to chodziło. Skądś pamiętałem, że już kiedyś spotkałem się z różowymi latającymi spodkami.

I przypomniałem sobie: faktycznie – całą eskadrę takich właśnie różowych spodków obserwowali żołnierze stacjonujący w Dziwnowie w nocy 24.VI.1983 roku. Był to incydent, który nazwaliśmy później „Paradą lotniczą nad Dziwnowem” i opisałem go na łamach miesięcznika Wojsk Ochrony Pogranicza – „Granica” w 1989 roku oraz w opracowaniu pt. „UFO nad granicą” (Kraków 2000, s. 21-22).

Poza tym o różowych NOL-ach w kształcie charakterystycznych soczewkowatych obłoków Altocumulus lenticularis pisali Siergiej Abramow i Aleksander Abramow w swej powieści „Jeźdźcy znikąd” (Warszawa 1969), której akcja toczy się m.in. na Antarktydzie, a tajemnicze różowe obłoki są – jak się okazało – jedynie superprecyzyjnymi maszynami naszych Braci w Rozumie. Od razu zadaje się w takich przypadkach pytanie: czy jest to tylko fantazja autorów, czy może mieli jakieś dane, które ich „natchnęły” do napisania tej powieści? Tak czy inaczej – rzecz jest ciekawa i kto wie, czy nie dowiemy się wkrótce czegoś nowego o różowych UFO i tajnych instalacjach SDI/NMD…?


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 35/2013, ss.26-27
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©       



[1] Na Grenlandii istnieje system podwójnych nazw miejscowości: duńskich i inuickich (eskimoskich).
[2] Powierzchnia – 2.175.600 km².
[3] Bell OH-58 Kiowa – lekki śmigłowiec rozpoznawczy i wielozadaniowy. 

czwartek, 2 maja 2013

Niepokój Słońca, niepokój Ziemi... (2)


…zorze polarne i bomby z nieba!

Zapowiadało się zgoła sensacyjnie:

Zorza polarna nad Polską 13 kwietnia wieczorem? Istnieje duża szansa, że w sobotę w nocy (z 13 na 14 kwietnia) będzie można nad Polską zobaczyć zorzę polarną. Powód? Jak mówi Onetowi Jerzy Rafalski - astronom z Planetarium im. Władysława Dziewulskiego w Toruniu - akurat mamy maksimum aktywności Słońca, które przypada raz na ok. 11 lat, a na najbliższej nam gwieździe doszło do dużej eksplozji.
Wczoraj rano na Słońcu miał miejsce silny rozbłysk, któremu towarzyszył ogromny wyrzut plazmy z powierzchni gwiazdy. Fala ta - co bardzo prawdopodobne - podąża dokładnie w stronę Ziemi. Gdy znajdzie się w atmosferze, wywoła zorzę polarną widoczną także na naszej szerokości geograficznej. W Polsce to rzadkie zjawisko.
Miłośnicy astronomii - np. na stronie Crazy Nauka - wskazują, że obserwacja zorzy powinna być łatwa. Niebo ma być rozchmurzone, a Księżyc widoczny jedynie w formie rąbka - to istotne, bo światło odbite od satelity Ziemi zmniejsza efektowność zórz.
To, czy zorza się pojawi, czy nie nigdy nie jest absolutnie pewne. Tym razem jednak szansa jest znaczna. Realnie oceniając - jak wielka?
- Rzeczywiście zorza może wystąpić, trzeba być czujnym i patrzeć w niebo. Szansa wynosi raczej mniej niż połowa, bo jest to zjawisko nieprzewidywalne. Jeśli zorza się pojawi, to nagle i nieoczekiwanie, na kilka minut do pół godziny - ocenia Rafalski.
Niemal na pewno zorze będą widoczne nad Islandią czy obszarami podbiegunowymi - jednak tam to żadna sensacja. A w Polsce - owszem.
Szansę warto wykorzystać, patrząc w niebo. Co ciekawe, ostatnio w Polsce zorza była widoczna niespełna miesiąc temu - wtedy też po dużym wybuchu na Słońcu w kierunku Ziemi poleciała znaczna ilość plazmy.
Jak mówi nam astronom z Planetarium im. Dziewulskiego, obecnie mamy czas, który bardzo sprzyja pojawianiu się zórz. Dlaczego? - Słońce co ok. 11 lat wykazuje wzmożoną aktywność, jest więc więcej zórz, także nad Polską. Aktualnie mamy maksimum aktywności Słońca, więc możemy je obserwować raz na kilka miesięcy. Kiedy to maksimum minie, a to kwestia raczej miesięcy, roku, na zorze nad Polską szanse zmaleją do minimum.
Dlatego też astronom Jerzy Rafalski zachęca: - Zorza naprawdę potrafi zadziwić. Sam w 2003 r. byłem zaskoczony jak jasne może to być zjawisko.
Rok 2003 to istotna data. Wtedy to, także w Polsce, można było obserwować jedną z najokazalszych w znanej nam historii zorzę. Była ona efektem niespodziewanego wybuch plam na Słońcu - a był on tak mocny, że przekraczał skale pomiarowe.
W sobotę wieczorem niebo warto obserwować, bo kolejne słoneczne maksimum za 10-11 lat. - A jeśli nie w sobotę, to przez najbliższy rok też pojawią się szanse na obserwowanie tego zjawiska. Na taką okoliczność warto przygotować aparaty fotograficzne, z dłuższym czasem naświetlania.
Zorza to zjawisko świetlne, które zachodzi na wysokości od 65 do 400 km nad powierzchnią ziemi. Kolory zorzy polarnej są efektem reakcji cząsteczek wiatru słonecznego z cząsteczkami powietrza. Zorze potrafią zakłócać łączność radiową i satelitarną. Mogą też być groźne - z powodu emitowanego promieniowanie rentgenowskie - dla pilotów i pasażerów samolotów lecących na wysokich szerokościach geograficznych. (RZ;KT - Onet.pl)


Wybuch na Słońcu odpowiedzialny za burzę magnetyczną i zorze polarne w kwietniu br.


No i nic z tego nie było. Mimo potężnego wybuchu – zob. zdjęcia, nie zobaczyliśmy niczego. Zorza, owszem się pojawiła, ale słaba, a poza tym cała Polska była pod chmurami i niestety z zapowiadanego widowiska wyszły… nici! Natomiast nie zawiodły nas meteoroidy. Pierwszy pojawił się w Hiszpanii:

Do zdarzenia doszło w niedzielę 14.IV, o godzinie 23:45 czasu lokalnego. Meteoryt, który wszedł w atmosferę dokładnie nad miastem Toledo, spowodował tak silny blask, iż mógł być widoczny niemal w całym kraju.
Jose Maria Madiedo z Uniwersytetu w Huelva powiedziała, że meteoryt wchodząc w atmosferę około 100 kilometrów nad Ziemią natychmiast się zapalił, tworząc kulę ognia. Następnie osiągając prędkość ponad 75 000 kilometrów na godzinę, eksplodował na wysokości 70 kilometrów. Hiszpański Instytut Badawczy sklasyfikował meteoryt jako kawałek komety, która przelatywała niedaleko Ziemi.
Wydarzenie wywołało strach wśród obserwatorów ale na szczęście nikomu nic się nie stało i nie doszło do żadnych zniszczeń. Mimo to, eksplozję meteorytu natychmiast porównano do tego, który spadł w Czelabińsku 15 lutego. Tamtego pamiętnego dnia fala uderzeniowa zniszczyła kilkaset budynków, rozbiła też około 100 tysięcy metrów kwadratowych szkła a 1200 osób potrzebowało pomocy medycznej.

Zaś 16.IV pojawił się…

Jasny bolid nad południową Polską! 16 kwietnia 2013 roku o godzinie 20:26UT (22:26 czasu lokalnego) niebo nad granicą polsko-czesko-słowacką rozświetlone zostało przez wyjątkowo jasne zjawisko. Bolid zarejestrowany został przez bardzo wiele stacji bolidowych PFN oraz z terenu Czech, Słowacji i Węgier. Trwa analiza uzyskanych zapisów. Wstępne szacunki pozwalają na stwierdzenie że było to zjawisko bardzo długie. Przelot zarejestrowany został na długości prawie 250 km! Duża prędkość wejścia w atmosferę oraz wysokość na jakiej bolid się zakończył wykluczają możliwość znalezienia spadku meteorytu. Naoczni świadkowie informują o niebiesko-zielonym kolorze oraz widocznej fragmentacji. Niezwykłe szczęście miał fotograf z Węgier. Zarejestrował ostatnią fazę lotu aparatem z teleobiektywem. Na zdjęciach dostrzec można kolor, pozostawiony pomarańczowy ślad, a na koniec kilka wyraźnie rozdzielonych fragmentów. Wszystkich świadków prosimy o przesyłanie swoich relacji na nasz adres mailowy pkim@pkim.org. Więcej szczegółów podamy po analizie zebranych materiałów. (Blog Pracownia.IV)

Zdjęcie jasnego bolidu z 16.IV.2013 r. (PKiM)

Meteor ten był widziany także u nas, w Jordanowie - 49°40′N 19°50′E, około godziny 22:26 CEST. Duża, świecąca zielonkawym światłem kula wlokąca za sobą płomienisty „ogon” ukazała się nad Luboniami i lecąc bardzo szybko znikła za północno-zachodnim horyzontem. Jej prędkość była bardzo duża i świadek nie zdążył zarejestrować więcej szczegółów. Ogólnie rzecz biorąc meteoroid leciał z kierunku SE-E w kierunku NW-W. Ciekawym jest to, że po jego zniknięciu od strony osiedla Wrzosy rozległ się stłumiony, ale słyszalny huk, który świadkom wydarzenia kojarzył się z wybuchem. W rzeczywistości był to najprawdopodobniej tzw. grzmot balistyczny – z ang. sonic boom, który towarzyszy ruchowi każdego ciała lecącego z prędkością większą od prędkości dźwięku.

Ciekawe, czy te bolidy znad Hiszpanii i Polski miały coś wspólnego z niedawno widoczną w okolicy Ziemi asteroidą 2012 AD14, która przeleciała wewnątrz orbit wielu sztucznych satelitów Ziemi, a której „towarzyszem podróży” były meteoroidy widoczne nad Syberią, Kalifornią i Kubą? Nie zapominajmy, że komety i asteroidy nie latają solo, więc mieliśmy okazję zobaczyć koniec niebiańskiego kamienia, który towarzyszył asteroidzie, którą już ochrzczono mianem „Latającej Eylafjatlajökull”… - na cześć islandzkiego wulkanu, który narobił tyle bigosu w lotach nad Europą w kwietniu 2010 roku.

środa, 27 marca 2013

Zorza polarna nad Beskidami



Ostatnio dużo się mówi i pisze o aktywności Słońca i związanymi z nią zorzami polarnymi. Niestety – ostatnio nie miałem nawet najmniejszych szans na ich sfotografowanie – zachmurzone niebo i zimowa aura nie sprzyjały obserwacjom komet czy asteroidów, które śmigały sobie obok Ziemi. Tak samo było z zorzami polarnymi, które fotografowano na północy naszego kraju.





Chciałbym tutaj przypomnieć Czytelnikom jesień 2003 roku, kiedy to w październiku i listopadzie zorze polarne płonęły na naszym niebie, jak to widać na załączonych zdjęciach.




Pomarańczowo-żółte obszary nieba, to łuny świateł Myślenic i Krakowa. Ponad nimi widać najdelikatniejsze pałanie zorzy polarnej, przez które przebijają się gwiazdy. Tak to właśnie wyglądało…