Powered By Blogger

sobota, 25 lutego 2012

PRZECIWKO GMO!



ZAPRASZAMY NA KONFERENCJĘ PRASOWĄ PT. ''ŻĄDŁEM w RZĄD! STOP GMO!''

TERMIN: 28 luty 2012, godz.11:30

MIEJSCE: POD SEJMEM RP ...będziemy widoczni z banerami

ORGANIZATOR: Koalicja "POLSKA WOLNA OD GMO"

DLACZEGO:

Wyborcy mówią NIE dla GMO! Tymczasem na 9. POSIEDZENIU SEJMU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ (początek obrad w dniu 28 lutego 2012 r.) odbędzie się pierwsze czytanie przedstawionego przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej projektu ustawy o nasiennictwie (druk nr 176). TEN PROJEKT TO KOLEJNA PRÓBA RZĄDU PANA PREMIERA TUSKA OTWARCIA POLSKI NA UPRAWY GMO (Genetycznie Modyfikowane Organizmy) mimo, że Polacy nie chcą GMO i od dawna domagają się, by polskie władze, biorąc przykład z innych krajów Unii Europejskiej, takich jak: Niemcy, Austria, Francja, Włochy, wprowadziły w Polsce zakaz rejestracji odmian, obrotu i upraw roślin GMO w Polsce. W związku z tym podejmujemy akcję pod hasłami:

ŻĄDŁEM w RZĄD! STOP AGROCHEMII! STOP GMO!

aby uświadomić politykom, że zostali wybrani, aby reprezentować interesy polskiego społeczeństwa, a nie ponadnarodowych korporacji. W szczególności żądamy NATYCHMIASTOWEGO ZAKAZU upraw kukurydzy MON810 i ziemniaków AMFLORA.

Podczas konferencji przekażemy Posłom nasze żądania oraz PETYCJĘ.

KONTAKT:

Edyta Jaroszewska Nowak, tel: 609645386, e-mail: edytaj66@tlen.pl 
Jadwiga Łopata, tel.: 33 8797 114, e mail: jadwiga@icppc.pl 
Lena Huppert , tel.: 502085840, e mail: lenahuppert@wp.pl 

Koalicja "POLSKA WOLNA OD GMO"
reprezentuje ponad 400 podmiotów; tysiące obywateli,
http://www.polska-wolna-od-gmo.org

INFORMACJE DODATKOWE:

Projekt ustawy o nasiennictwie w wersji przedłożonej przez Pana Prezydenta przywraca  przepisy o zakazie wprowadzania do obrotu nasion roślin GMO na terytorium RP, jednak  brak wymaganych zmian definicji "obrotu" umożliwia omijanie tego zakazu i sprowadzanie nasion GMO na tzw. "własny użytek" przez plantatorów transgenicznej kukurydzy powiązanych  z koncernami biotechnologicznymi. W tej sytuacji  jest obciążony istotną wadą, która uniemożliwi egzekwowanie zakazu upraw roślin GMO na terytorium RP.

Postulat skutecznego wprowadzenia zakazu upraw roślin GMO jest głęboko uzasadniony i wychodzi naprzeciw oczekiwaniom ZDECYDOWANEJ większości Polaków, którzy sprzeciwiają się stosowaniu niedoskonałych odmian obecnej generacji roślin transgenicznych w otwartych uprawach polowych oraz żywieniu ludzi i zwierząt. Rosnąca   liczba naukowych doniesień wskazuje na poważne zagrożenia dla zdrowia i nieodwracalne zniszczenia środowiska, jakie może spowodować stosowanie GMO w systemach  otwartych.

Takie argumenty w połączeniu z fiaskiem koncepcji tzw. koegzystencji/współistnienia upraw roślin GMO w sąsiedztwie tradycyjnych stanęły u podstaw decyzji 9-ciu  krajów europejskich (Niemiec, Austrii, Węgier, Grecji, Luksemburga, Bułgarii, Włoch, Francji i Szwajcarii), które zakazały zasiewów GMO, chroniąc w ten sposób swoje zasoby naturalne i zwracając się ponownie w  stronę  rozwoju rolnictwa konwencjonalnego, tradycyjnego oraz ekologicznych metod produkcji żywności.

Ponadto uprawy GMO poprzez skażenie biologiczne spowodują degradację gruntów rolników polskich,  naruszając ich konstytucyjne prawa do ochrony własności rolnej.

Z uwagi na specyfikę polskiego systemu ochrony zasobów rolnych uregulowanie zakazów  upraw GMO  na poziomie ustawy o nasiennictwie wydaje się być niezbędne.

APELUJEMY DO RZĄDU RP O UZUPEŁNIENIE TEKSTU PROPONOWANEJ USTAWY O PRZEPISY ZAKAZUJĄCE SPROWADZANIA NASION I ROŚLIN na tzw."własny użytek" poprzez:
1. Wprowadzenie zapisów doprecyzowujących definicję "obrotu" w następującym brzmieniu: art. 3 ust. 1 pkt. 19 "obrót - oznacza oferowanie do sprzedaży, sprzedaż, sprowadzanie z innych krajów, w tym na własny rachunek i użytek, oraz dostawę materiału siewnego lub inny sposób dysponowania tym materiałem, z wyłączeniem materiału przeznaczonego do:
a ) oceny i kontroli,
b ) przerobu uszlachetniania i pakowania,
c ) innych celów niż siew i sadzenie,
d ) celów naukowych, doświadczalnych i hodowli roślin;"

2. Dodanie w art. 104 ust . 2 przedmiotowego projektu ustawy następującego zapisu w brzmieniu : " art. 104 ust. 2 Nie dopuszcza się do obrotu materiału siewnego, o którym mowa w ust. 1, odmian zawierających modyfikację genetyczną".

DOMAGAMY SIĘ PONADTO:

1. Szerokich konsultacji społecznych, w tym wysłuchania publicznego nowej propozycji ustawy o nasiennictwie.
2. Prawa do nieograniczonego obrotu nasionami tradycyjnymi, lokalnymi, które są dorobkiem pokoleń rolników i są ich wspólnym dobrem, bowiem projekt ustawy o nasiennictwie (druk nr 176) spowoduje poważne ograniczenia dostępu do tradycyjnych/regionalnych nasion. Tradycyjni rolnicy przez setki lat selekcjonowali swoje nasiona, wymieniali z innymi rolnikami dla pozyskiwania różnorodności odmian i oczekiwanych cech. To nie może zostać zaprzepaszczone. Tymczasem projekt nowej ustawy o nasiennictwie zawiera m.in. takie zapisy: ''"...Ilość materiału siewnego odmiany regionalnej roślin rolniczych, jaka może zostać wprowadzona do obrotu, będzie określana, w drodze decyzji, przez ministra  właściwego do spraw rolnictwa. Maksymalna ilość materiału siewnego danej odmiany w przypadku rzepaku, jęczmienia, pszenicy, grochu, słonecznika, kukurydzy i ziemniaka wynosi 0,3 % materiału siewnego danego gatunku stosowanego rocznie na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz odpowiednio 0,5 % dla pozostałych gatunków... Łączna ilość wprowadzonego do obrotu materiału siewnego odmian regionalnych roślin rolniczych nie może jednak przekroczyć 10%..."
Limitowanie dostępu do nasion regionalnych to celowe niszczenie walorów polskiego rolnictwa, hamowanie rozwoju gospodarczego Polski. Polska wieś to, w dzisiejszym wymiarze jakości oraz popytu na tradycyjną i ekologiczną zdrową żywność, wielka szansa dla naszego kraju i dla Wspólnej Polityki Rolnej Unii Europejskiej.
3. Natychmiastowych regulacji prawnych chroniących nasze rodzime nasiona i weryfikacji pod tym względem planów prywatyzacji polskich centrali nasiennych oraz umów sprzedaży, które winny gwarantować rolnikom dostęp do rynku dla nasion rodzimych.

PO RAZ KOLEJNY APELUJEMY O WPROWADZENIE JASNEGO ZAKAZU UPRAW GMO, w tym szczególnie kukurydzy MON810 i ziemniaka Amflora  biorąc przykład z innych krajów Unii Europejskiej. ZOBACZ MAPĘ –-  http://www.icppc.pl/antygmo/2010/06/zakazy-na-gmo-w-ue/ 

piątek, 24 lutego 2012

SPRAWA NR 009/H – CZY KUBA ROZPRUWACZ BYŁ KOBIETĄ?






Zagadka seryjnego mordercy, potwora z Whitechappel, Jacka the Rippera, nadal nie doczekała się rozwiązania od 1888 roku. Ofiarami tego zbrodniarza były prostytutki. Ogólnie przypisuje się mu pięć zabójstw, on sam twierdzi, że było ich więcej. Powszechnie za ofiary Rozpruwacza uznaje się:
v    Mary Ann Nichols (lat 43),
v    Annie Chapman (47),
v    Elizabeth Stride (45),
v    Catharine Eddowes (46) i…
v    …Mary Jane Kelly (25).

Jest to tzw. kanoniczna piątka jego ofiar. Oczywiście ofiar mogło być o wiele więcej i najprawdopodobniej było. A tak na temat tych mordów pisze Wikipedia:

Główną przyczyną trudności z ustaleniem faktycznej liczby ofiar Kuby Rozpruwacza jest duża ilość napadów na kobiety w wiktoriańskim East Endzie. Policja w śledztwie dotyczącym Rozpruwacza uwzględniła jedenaście morderstw, do których doszło od 3 kwietnia 1888 do 13 lutego 1891, określanych mianem „morderstw na Whitechapel”. Nie ma pewności co do ich ewentualnego związku, jednakże pięć z nich określanych mianem „kanonicznej piątki” powszechnie uznaje się za popełnione przez pojedynczego seryjnego mordercę zwanego Kubą Rozpruwaczem. Za modus operandi pozwalający na identyfikację jego ofiar, większość badaczy przyjmuje: głębokie podcięcie gardła, urazy w okolicach jamy brzusznej oraz narządów płciowych, usuwanie organów wewnętrznych oraz rany twarzy, coraz poważniejsze u kolejnych ofiar. Dwa pierwsze morderstwa z Whitechapel, popełnione na Emmie Elizabeth Smith oraz Marcie Tabram, nie pasują do tego schematu, dlatego nie zalicza się ich do „kanonicznej piątki”.

Emma Elizabeth Smith została zaatakowana i okradziona 3 kwietnia 1888 na ulicy Osborn. Udało się jej jednak przeżyć napaść. Po przybyciu do szpitala okazało się, że do jej pochwy wepchnięto tępy przedmiot, przebijając otrzewną. W wyniku tej rany wywiązało się zapalenie otrzewnej, z którego powodu Smith zapadła w śpiączkę i zmarła rankiem następnego dnia. Przed zgonem kobieta zeznała, że zaatakowało ją dwóch lub trzech mężczyzn, z których jeden był nastolatkiem. Pojawiły się sugestie łączące śmierć Emmy Elizabeth Smith z późniejszymi morderstwami na Whitechapel, jednak większość badaczy uważa, że padła ona ofiarą gangu, niepowiązanego z Kubą Rozpruwaczem.
Martha Tabram została zamordowana 7 sierpnia 1888, za pomocą noża. Na jej ciele znaleziono 39 ran kłutych. Dziewiętnastowieczna policja ze względu na okrucieństwo mordu, brak oczywistego motywu, fakt, że doszło do niego w pobliżu miejsc zabójstw „kanonicznej piątki” (George Yard, Whitechapel) oraz niewielki odstęp czasowy między nimi, powiązała śmierć Tabram z działalnością Rozpruwacza. Jednakże przyczyną śmierci Tabram było wielokrotne pchnięcie nożem, a nie podcięcie gardła, ponadto na jej ciele nie znaleziono głębokich ran ciętych typowych dla ofiar Rozpruwacza, dlatego wielu ekspertów neguje związek między jej morderstwem, a zabójstwami dokonanymi przez słynnego mordercę z Whitechapel.

W toku śledztwa pojawiła się hipoteza, że mordercą nie jest mężczyzna – jak to powszechnie uważano – ale kobieta. Pisze dr Miloš Jesenský:

Kolejni autorzy: Martin Howells i Keith Skinner oskarżyli w swej dobrze udokumentowanej pracy skompromitowanego doktora praw Montagu Johna Druitta, którego zwłoki wyłowiono z Tamizy w kilka tygodni po zamordowaniu Mary Kelly. Następnym oryginalnym autorem był niejaki William Stewart, który opracował ciekawą hipotezę, w której zmienił nie tylko imię ale i płeć mordercy, przez co Jack the Ripper stał się Jill the Ripper - Julką Rozpruwaczką!... Według jego hipotezy, morderczynią z East Endu była sfrustrowana akuszerka, która zajmowała się pokątnym dokonywaniem aborcji i sądzono ją za prostytucję. Miała się ona mścić okrutnie na koleżankach po fachu za fałszywe oskarżenie...

Julka Rozpruwaczka? – a czemuż by nie? Właśnie odrzucono tą hipotezę, bo brzmiała zbyt nieprawdopodobnie. Z zeznań świadków – zresztą nielicznych – wynikało, że Rozpruwaczem mógł być:
v    mężczyzna,
v    lat ok. 40,
v    wydający się być cudzoziemcem,
v    sprawiającego wrażenie człowieka ubogiego, ale nobliwego,
v    ubrany w ciemny płaszcz i kapelusz,
v    mającego ze sobą dużą torbę

albo:

v    mężczyzna,
v    lat ok. 30-40,
v    wydający się być żeglarzem, na co wskazywał jego ubiór.

To wynikało z zeznań świadków, którzy widzieli ofiary z takimi osobnikami przed ich zamordowaniem. Tożsamości tych osób nigdy nie udało się ustalić. Lista potencjalnych rozpruwaczy według Wikipedii jest dość długa, a oto i ona:
v    Montague John Druitt (15 sierpnia 1857 – wczesny listopad 1888)
v    Seweryn Kłosowski alias George Chapman (nie był spokrewniony z drugą "kanoniczną" ofiarą Rozpruwacza Annie Chapman, 14 grudnia 1865 – 7 kwietnia 1903)
v    Aaron Kośmiński urodzony jako Aron Mordke Kozminski (11 września 1865 – 24 marca 1919)
v    Michael Ostrog (1833–1904?) był rosyjskim profesjonalnym oszustem.
v    John Pizer lub Piser (1850–1897) – polski Żyd zamieszkały w Whitechapel, zajmujący się wyrobem butów.
v    James Thomas Sadler
v    Francis Tumblety (1833–1903)
v    William Henry Bury (25 maja 1859 – 24 kwietnia 1889)
v    Thomas Neill Cream (27 maja 1850 – 15 listopada 1892)
v    Thomas Hayne Cutbush (1864–1903)
v    Frederick Bailey Deeming (30 lipca 1842 – 23 maja 1892)
v    Carl Ferdinand Feigenbaum (? – 27 kwietnia 1896) – został zatrzymany w 1894 przez nowojorską policję z powodu morderstwa Julianny Hoffmann. Zabójstwa tego dokonał podcinając jej gardło.
v    Robert Donston Stephenson alias Roslyn D'Onston Stephenson (20 kwietnia 1841 – 9 października 1916)
v    Jacob Levy (1856–1891)
v    Joseph Barnett (1858–1927)
v    Lewis Carroll właściwie Charles Lutwidge Dodgson (27 stycznia 1832 – 14 stycznia 1898) Ten Lewis Caroll od Ali w Krainie czarów!!!
v    David Cohen (1865–1889)
v    William Withey Gull (31 grudnia 1816 – 29 stycznia 1890)
v    George Hutchinson
v    James Kelly (20 kwietnia 1860 – 17 września 1929)
v    James Maybrick (20 października 1838 – 11 maja 1889)
v    Alexander Pedachenko (1857–1908, daty niepewne)
v    Walter Richard Sickert (31 maja 1860 – 22 stycznia 1942)
v    Józef Lis (1868–1918)
v    James Kenneth Stephen (25 lutego 1859-3 lutego 1892)
v    Francis Thompson (18 grudnia 1859 – 13 listopada 1907)
v    Albert Wiktor (8 stycznia 1864 – 14 stycznia 1892) – wnuk królowej Wiktorii!!!
v    John Williams był położnikiem uczestniczącym między innymi przy porodach Beatrycze Koburg – córki królowej Wiktorii.

A zatem nie tylko biedacy z East Endu, ale także osoby z najwyższego towarzystwa! Ale czy to był któryś z nich? Być może, ale pojawiła się hipoteza, która tłumaczy te ponure wydarzenia lepiej, niż wszystkie teorie dotychczasowo ukazywane przez różnych autorów. Zacznę zatem od notatki prasowej, która pojawiła się sześć lat temu, oto notatka z „The Independent” z 18 maja 2006 roku:

Seryjny notoryczny morderca, który trzymał w strachu Londyński East End, zarzynający prostytutki i terroryzujący ludność, być może nie był Kubą Rozpruwaczem, ale Julką. 

Australijski uczony użył próbek z listów, które zostały wysłane na policję przez Rozpruwacza w celu zbudowania profilu DNA tego mordercy. Rezultaty sugerują, że osoba która zamordowała i okaleczyła pięć kobiet w roku 1888 mogła być kobietą.

Ian Findlay – profesor molekularnej diagnostyki powiedział Australia Broadcasting Corporation, że rozwinął on technikę profilowania, która umożliwia wyekstrahowania DNA nawet z pojedynczych komórek czy fragmentów włosów sprzed 160 lat. Konwencjonalne badania DNA wymagają materiału z co najmniej 200 komórek.

Dr Finlay, który mieszka w Brisbane, QLD, pojechał do Londynu, gdzie wciąż znajdują się zebrane i przechowywane dowody związane z nierozwiązanymi zbrodniami w National Archive. Materiał dotyczący tych zbrodni jest przechowywany przez Scotland Yard do 1961 roku – w tym listy wysłane do policji w tych czasach, niektóre z nich podpisane „Jack the Ripper” – Kuba Rozpruwacz. Wielu ludzi uważa je za falsyfikaty, ale jak się uważa na podstawie charakteru – zostały one napisane przez zbrodniarza.

Dr Finlay pobrał próbki z podlepki znaczków pocztowych oraz gumy użytej do zaklejenia koperty oraz możliwe drobinki krwi. Wziął on je do Brisbane, gdzie – skoncentrowawszy się na próbkach z tzw. „Listu Oppenshaw”, który uważał za najbardziej autentyczny – wyekstrahował DNA, skąd pozyskał informacje na temat profilu domniemanego mordercy. Rezultaty nie były jednoznaczne i pozwalające na wyciągnięcie ostatecznych wniosków oraz dostatecznie wiarygodne do zbudowania profilu zabójcy, ale o co udało mu się uzyskać pozwalało mu na stwierdzenie, że „Kuba Rozpruwacz mógł być kobietą”.      

Wszystkie ofiary były prostytutkami, zostały zamordowane i poćwiartowane na mglistych ulicach Whitechapel. Ze względu na chirurgiczną precyzję zadanych ran przypuszczano, że morderca posiadał chirurgiczną wiedzę. 

Głównymi podejrzanymi – w tym adwokat, polski szewc czy rosyjski oszust – wszyscy byli mężczyznami. Ale Frederick Abberline – detektyw, który prowadził śledztwo w tej sprawie, dopuszczał możliwość, że morderca mógł być kobietą. A to wszystko dlatego, że piąta ofiara, Mary Kelly, według świadków „była widziana” w godzinę po jej zamordowaniu. Abberline sądził więc, że to była morderczyni, która uciekła z miejsca zbrodni w ubraniu swej ofiary.

Jedyna kobietą podejrzaną o te zbrodnie była Mary Pearcey, kórą oskarżono o zamordowanie żony swego kochanka, Phoebe Hogg, i została powieszona w 1890 roku. Miała ona najwidoczniej bardzo zbieżny modus operandi z Kubą Rozpruwaczem.    
  
Tyle „The Independent”.

Faktycznie. Pisarz sir Arthur Conan Doyle zaproponował teorię Jill the Ripper, która zakłada, że za morderstwa przypisane Kubie Rozpruwaczowi odpowiada kobieta podająca się za położną, dzięki czemu nie wzbudzała podejrzeń potencjalnych ofiar plamami krwi na ubraniu. Za jedną z podejrzanych uznano Mary Pearcey, która w listopadzie 1890 zamordowała swojego kochanka i jego dziecko – co podają Evans i Skinder w „The Ultimate Jack the Ripper Sourcebook”, s. 577. Tymczasem E. J. Wagner zaproponował, że Julką była raczej Constance Kent, która w wieku 16 lat zamordowała swojego młodszego brata. A zatem ten rop nie jest taki „zimny”, za jaki się go uważa. A zatem Nawe nie jedna, ale dwie kobiety są zamieszane w te ponure zbrodnie!

Śledząc materiały na temat tej postaci, zwróciłem uwagę na pewną osobliwość. Otóż śledczy nie wzięli pod uwagę tego, że morderca czy morderczyni mógł/a się przebrać. Oczywiście zakładali oni, że sprawca przebrał się  p o  dokonaniu zbrodni, choćby po to, by ukryć plamy krwi na swej odzieży. Ja zakładam, że sprawca przebrał się   d w u k r o t n i e   - zarówno   p r z e d   i  p o  dokonaniu zbrodni. Dlaczego? No właśnie dlatego, by świadkowie kojarzyli jego/ją z określoną postacią – mężczyzny o nieokreślonej aparycji, ubranego przeciętnie, szybko wtapiającego się uliczki East Endu. Bo morderca mógł być kobietą i sir Arthur niewiele się pomylił. Kobieta-morderczyni przybywała na East End, tam przebierała się w męską odzież, prawdopodobnie charakteryzowała się na mężczyznę i ruszała na polowanie. Mordowała swoją ofiarę, a potem szybko oddalała się z miejsca swego czynu, przebierała się szybko i rozpływała wśród uliczek East Endu… I szukaj wiatru w polu – policja skupiała swe wysiłki na mężczyznach, a tymczasem poszukiwana przez nią zbrodniarka śmiała się w kułak z jej poszukiwań…

Sprawa druga – listy. Listy te wyglądają, jakby pisały je co najmniej dwie osoby. Pierwszy z nich – z 25 września 1888 roku – pisany jest czerwonym atramentem. Ale najbardziej zwraca uwagę pismo – staranne, kaligraficzne, okrągłe – słowem kobiece. Pozostałe pisane są niewprawną ręką i niechlujnie. Co to sugeruje? A to, że w sprawę są zamieszane co najmniej   d w i e  osoby. Kobieta i mężczyzna. Niemożliwe? Proszę przypomnieć sobie relację jednej z napadniętych ofiar spoza „kanonicznej piątki” -  Emma Elizabeth Smith. Zeznała ona, że została napadnięta przez dwóch lub nawet trzech sprawców: mężczyznę i nastolatka. No właśnie – tym nastolatkiem mogła być przebrana za mężczyznę kobieta…

Sprawa trzecia. Biorąc pod uwagę powyższe można stwierdzić, że mógł być co najmniej dwuosobowy gang działający na East Endzie, mordujący prostytutki. Jill i Kuba działali wspólnie – Jill wystawiała ofiarę, a Kuba mordował i ćwiartował ofiarę. Ewentualnie mogło być odwrotnie – Kuba „zrywał” ofiarę z ulicy, a Jill kończyła robotę. Potem oboje rozchodzili się w dwie strony, a świadkowie opowiadali dokładnie taki przebieg zdarzeń, jaki sobie założyli. I kołowali policję, bo nikomu nie przyszło do głowy, że na East Endzie działa angielska wersja Bonny & Clyde’a…

A teraz motyw.

Dr Jesenský zakłada, że mógł to być nawet jakiś Kosmita przeprowadzający wiwisekcję ludzkich osobników w ogromnym ludzkim zbiorowisku, jakim był i jest Londyn. Niewiarygodne? No to proszę sobie obejrzeć wszystkie filmy z cyklu „Predator” i zastanowić się nad ich sensem. Gdyby taki Predator zjawił się w Londynie, Nowym Jorku czy Warszawie i zaczął mordować, to jaka byłaby reakcja społeczeństwa? Obawiam się, że podobna do tej z roku 1888: strach, zdumienie i panika. Cel? – pozyskanie tkanek z ciała kobiety np. w celach badawczych. Bo patrząc na rekonstrukcje tych zbrodni, ciała pociętych kobiet przypominają wypatroszone zwłoki zwierząt (wskutek tzw. cattle mutilations) znajdywane tu i ówdzie na pastwiskach USA…   

Mania seksualna? Bardzo prawdopodobne, ale w tym szaleństwie było za mało szaleństwa, a za dużo metody. Nie sądzę, żeby dokonał tego pojedynczy szaleniec czy paranoik. Wszystkie zbrodnie były dokonane z premedytacją, planowo i z zimnym rozmysłem. To nie szaleństwo, ale coś innego. To mogło mieć związek z seksem, ale nie taki, jak się powszechnie sądzi… Możliwe jest, że mamy tutaj do czynienia z typowym folie à deux – to jest paranoja indukowana, stan w którym jednostka zdrowa pozostająca w związku z chorym zaczyna bezkrytycznie przejmować myśli chorego. Dwie lub więcej osób zaczyna bezkrytycznie podzielać urojenie lub cały system urojeniowy i wspierają się wzajemnie w tym przekonaniu. Osoby te pozostają ze sobą w bliskim związku. Tak mogło być także w tym przypadku. A zatem choroba psychiczna? Być może.

Zemsta? O, to jest najbardziej prawdopodobny motyw. Być może była to jakaś akuszerka, która mściła się z jakiegoś powodu na prostytutkach. Wiedza medyczna i determinacja, z którą dokonano tych zbrodni wskazują na kogoś z personelu medycznego.

Namiętność religijna? Być może, ale w takim razie dlaczego nie znaleziono śladów symboliki satanistycznej czy innej tego rodzaju? Osobiście nie uważam, by były to jakieś mordy rytualne. Zemsta sekty? Ale co to za sekta, która dokonuje takich mordów: na ulicy czy w pokoiku i na dodatek drażni policję? To chyba nieprawdopodobne.

No i hipoteza szalonego naukowca – jakiegoś dr Frankensteina, któremu były potrzebne narządy do swego potwora. Rzecz była na topie po opublikowaniu w 1818 roku słynnej powieści Mary Shelley. Ale po co w takim razie była potrzebna ta cała przewrotna gra z policją…? To chyba jest mylny trop.

Tak, czy inaczej, hipoteza o tym, że nie było Kuby Rozpruwacza, ale była Julka Rozpruwaczka broni się całkiem nieźle i ma sens.         

czwartek, 23 lutego 2012

Bazy kosmiczne UFO na dnie jeziora Wdzydze w Polsce (2)

Zofia "Eleonora" Piepiórka

W czasie trzech lat byłam tam ok. 30 razy, a każda wyprawa była niezwykła i można by napisać o tym książkę, ale najważniejsze są wnioski i to co z tą sprawą potem zrobili ludzie „szaraków”

Pewnego razu wybraliśmy się nad jezioro wieczorem, gdyż umówiliśmy się ze znajomymi z Gdyni, którzy mieli przypłynąć po nas żaglówką i planowaliśmy spędzić noc na wyspie. Siedzieliśmy w samochodzie nad brzegiem jeziora, niebo było zasnute ciemnymi chmurami. Patrzyłam na jezioro od strony wschodniej, gdy nagle na tle ciemnego lasu, na wysokości przełęczy, tam gdzie zobaczyłam białego konia pojawiła się biała kula. Wisiała kilka minut i znikła. Po jakimś czasie pojawiła się ponownie i po kilku minutach znikła. Stanisław widział to również. Tego wieczoru nie było księżyca i padał deszcz!

Innym razem wybraliśmy się na wyspę, aby porozmawiać ze starym gospodarzem panem J. Knitter, który mieszkał tam od urodzenia w starym domu wraz z synem, a reszta rodziny przeniosła się na stały ląd. Stanisław mówił po kaszubsku więc szybko nawiązał kontakt z gospodarzem, który opowiedział nam historię swojej rodziny. Zapytałam czy zdarzały się tutaj jakieś dziwne zjawiska? Długo patrzył na mnie, a po chwili chropowatym kaszubskim językiem zapytał – Niby co? Odpowiedziałam - Nooo… jakieś konie, albo kule? Powiedziałam wprost, że widziałam to na własne oczy. Patrzył na mnie dziwnie i po chwili odpowiedział, że on i jego krewny widział wiele razy białe kule, a raz widział koło domu wielkiego czarnego konia. Chciał go złapać, ale on nagle stanął dęba, skłębił się i znikł… Przyznał, że był przerażony i uciekł do domu. Zapytałam czy w tym czasie na wyspie były konie? Odpowiedział, że od lat na wyspie nie ma koni i nie wie skąd się wziął tutaj ten czarny koń. Jego syn nigdy nic takiego nie widział. Jest rybakiem i tylko raz w nocy widział dziwne światła nad jeziorem, ale uciekł, bo był przerażony.

Opowiedziałam o tym zaprzyjaźnionej dziennikarce Marii Gedz, która wybrała się z nami na wyspę i zrobiła wywiad dla „Dziennika Bałtyckiego” z panem Knitter na temat tajemnic jeziora Wdzydze.

Rok później w lecie było kilka kolejnych wypraw na wyspę owocnych w niezwykłe zdarzenia.

Był lipiec i wybrałam się na nocną wyprawę na wyspę z moimi kuzynkami - Małgosią i Moniką oraz sąsiadem Stanisławem. Zawiózł nas samochodem nad jezioro i wypożyczonym czółnem przepłynęliśmy na wyspę. Była godzina 23.00 gdy wyszliśmy z łodzi na wysokości przełęczy i szliśmy w ciemności przez las na druga stronę wyspy. Nie mieliśmy namiotu, bo chcieliśmy obserwować UFO na niebie w okolicy wyspy. W zagajniku znaleźliśmy miejsce na rozłożenie plandeki i koca. Zbliżała się północ i staliśmy w kręgu blisko siebie rozmawiając i jedząc kanapki. Stachu obierał scyzorykiem szklarniowy ogórek, gdy nagle otoczyła nas złociste światło i zrobiło się jasno jak w dzień.  W tym świetle zobaczyłam wytrzeszczone oczy Stacha wpatrujące się w swój fosforyzujący ogórek… Popatrzył na nas z przerażeniem w oczach. Tak samo zareagowały moje kuzynki, a ja ryknęłam śmiechem! Patrzyli na mnie nic nie rozumiejąc i nagle wszyscy chcieli się za mnie schować. Ogarnęła ich histeria tak wielka, że z trudem ich uspokoiłam.  Zapytałam - co widzicie? No światło… A jaki to kolor? Hmmm… nie potrafili tego określić. Wyjaśniłam, że to jest złote światło, albo inaczej kolor sepi. Takie samo światło widziałam wiosną o północy w 1991 roku przy Świętej Górze w Gdyni, ale tamto było rozległe w promieniu co najmniej 100 od Świętej Góry. Opisałam to w różnych artykułach, a potem również w książce. Uspokoili się trochę wiec zapytałam - A jaki zasięg ma to złociste światło? Miało zasięg 2-3 metrów, gdyż otaczało tylko naszą małą grupkę! Spojrzeliśmy w niebo. Wokoło panowały ciemności i tylko kilka metrów nad nami jak z reflektora padał snop złocistego światła. Nie było widać źródła światła, żadnego zarysu obiektu, żadnego dźwięku. Gdy się uspokoili mogliśmy spokojnie rozmawiać o swoich odczuciach. Światło trwało ok. 20 min. potem powoli zanikało, aż zrobiło się wokół nas zupełnie ciemno. Chcieliśmy obserwować UFO, a oni dokładnie nas namierzyli i pilnowali… Biały Koń był z nami…. Usiedzieliśmy na rozłożonej plandece i kocu rozmawiając, ale w końcu zmógł nas sen i wszyscy spaliśmy pod gołym niebem zakryci kocem. O świcie obudził nas Stachu, gdyż musiał wracać do domu. Ustaliliśmy, że wraca z Moniką, a ja z Małgosią zostanę jeszcze jedną noc, a następnego dnia po południu po nas przyjedzie. No… i dwie kobiety zostały na wyspie, bez śpiworów i namiotu z zapasem jedzenia na jeden dzień. Jak sobie poradzą?

W czasie dnia analizowałam nocne światło na wyspie i doszłam do wniosku, że musi to mieć związek ze Świętą Górą w Gdyni i Małymi Stawiskami. Ale jaki? Wskazówką był zasięg złotego światła. Tutaj na wyspie był ułamek tego co jest w Gdyni i Małych Stawiskach. Ale o co chodzi jeszcze nie wiedziałam.  Teraz po latach już wiem i wielokrotnie pisałam w różnych artykułach na temat STREFY 3c 123 na Kaszubach. Tam jest wielki Dysk Króla Jahwe o śr. 1 km.  A co jest w Gdyni? Wyjaśniam to w książce pt. „Święta tajemnica Gdyni”. W legendarnej Świętej Górze jest grobowiec króla Jahwe czyli Arka Przymierza. Ale co ta wyspa ma wspólnego z grobowcem Króla Jahwe i jego Dyskiem w Małych Stawiskach? Odpowiedź jest w kamiennych kręgach w Odrach, które są Planem Baz Kosmicznych Hiad na terenie Polski. Ale gdzie one są? Wiedziałam, że w Gdyni jest Baza Kosmiczna Hiad. Znając choćby dwa miejsc Baz Kosmicznych można znaleźć pozostałe Bazy Kosmiczne wg Planu w kamiennych kręgach w Odrach. Wielkie odwzorowanie gwiazdozbioru Byka w Odrach - Hiad a w Węsiorach - Plejad na Kaszubach wskazało miejsce „Radioźródła 3c 123 pozornie w tym gwiazdozbiorze. Tam „płonęły  drzew” jako wskazówka mistyczna, astronomiczna, fizyczna i techniczna.  W Odrach kamienny krąg 33-niebieski ze znakiem płomienia na kamieniu centralnym jest kluczowy dla pozostałych Baz Kosmicznych Hiad w Polsce. Ale gdzie jest ta Baza Kosmiczna? Odpowiedź na to pytanie otrzymałam tego samego dnia.

W czasie dnia włóczyłyśmy się po całej wyspie, ponieważ chciałam poznać ją możliwie dokładnie, tak żeby nawet w nocy trafić do właściwego miejsca. Po południu przespałyśmy się wiedząc, że może trzeba będzie czuwać całą noc. Leżałam na kocu patrząc na pobliski las sosnowy, gdy nagle na ten obraz nałożył mi się inny obraz jak slajd… obraz kręgu 33-niebieski, który jest kluczowy. Niedaleko  mnie stał kamień centralny w kręgu 33- niebieski. Podniosłam głowę patrząc z niedowierzeniem, ale obraz nie znikał. Co to znaczy? Gdy zrozumiałam co to znaczy  wszystko znikło. Wiedziałam, że ten krąg który mi się tutaj pojawił wskazał centrum tej Bazy Kosmicznej na wyspie… pod wyspą! Symboliczny kamień centralny ze znakiem ISKRY to główna BAZA KOSMICZNA HIAD w gwiazdozbiorze BYKA, która jest na wyspie Ostrów na jeziorze Wdzydze. Tutaj na wyspie jest klucz do tajemnicy kamiennych kręgów i tajemnicy jeziora Wdzydze oraz tajemnicy przyjścia Jezusa Chrystusa z nieba wg przepowiedni św. Faustyny Kowalskiej. Skąd powróci Jezus Chrystus? Z Hiad w gwiazdozbiorze BYKA. Ale ja byłam na terenie ich Bazy Kosmicznej! Dlatego otoczył nas złocistym światłem, takim samym jaki zobaczyłam o północy w 1991 roku w Gdyni.

Aby to wszystko zrozumieć musiałam spędzić ten dzień i kolejną noc na wyspie.

Innym razem Stanisław z panem Edwardem z Grudziądza (emerytowany policjant) wybrali się na nocną wyprawę na wyspę Ostrów. Opowiadali, że siedzieli o północy w łodzi paląc papierosy, gdy nagle z jeziora w odległości ok. 50 m dalej wystrzelił biały słup światła w niebo. Miał szerokość ok 10 - 20 m może więcej.  Trwało to ok. 5 minut w ciszy i nagle wszystko znikło. Nic więcej tej nocy się nie działo.

Kiedyś w lecie ze znajomym z Gdyni opływałam żaglówką wyspę z włączonym silnikiem. Co jakiś czas czułam silne wibracje, ale tłumaczyłam to sobie, że to od silnika. Gdy znajomy wyłączył silnik i płynęliśmy na żaglach poczułam te same wibracje. Co to jest?! Okrążyliśmy ponownie wyspę na żaglach i naliczyłam 8 takich miejsc wokół wyspy. Miały średnice  ok. 100 m. Co to może być? No oczywiście dyski kosmiczne na dnie jeziora. Od okolicznych rybaków dowiedziałam się, że jezioro ma podwójne dno.

 Opowiem jeszcze o historii „wzięcia” lub porwania przez UFO na wyspie czego świadkiem był sąsiad  Stanisław U. Pewnego jesiennego dnia 1995 roku wybrał się na wyspę z naszą znajomą M., pensjonariuszką OPS w Stawiskach, która interesowała się naszymi wyprawami i bardzo chciała zobaczyć wyspę. Chodziła o kulach i z szyną na nodze, gdyż była po kilku wylewach i taka wyprawa dla niej była męcząca, ale bardzo chciała tam być i w końcu uprosiła Stacha, który na własną odpowiedzialność zabrał ją na wyspę.  Przyjechał po nią samochodem do Ośrodka w Stawiskach i zawiózł nad jezioro Wdzydze, a tam wsadził ją do łodzi i popłynął do przełęczy, gdzie było łagodne wejście  na wyspę. Pomógł jej wspiąć się na wzniesienie skąd był rozległy widok na jezioro. Pozostawił ją na chwilę i poszedł w krzaki, a gdy po chwili wrócił nigdzie jej nie było. W tym miejscu las sosnowy był rzadki i ona w tym stanie nie mogła przejść dalej niż 10-20 m. Przeczesał całą okolicę bez przerwy ją wołając, ale nigdzie jej nie było. Po kilku godzinach poszukiwań był już załamany, bliski obłędu i myśli samobójczych, bo co zrobi jak jej nie znajdzie? Opowiadał, że płakał i modlił się, żeby ona się znalazła. Krążył do wieczora po okolicy wciąż ją wołając, nagle usłyszał jej śpiew gdzieś na dole w gęstych szuwarach po przeciwnej stronie wyspy. Nie było jej widać, tylko słychać. Gdy tam doszedł stała w podmokłym terenie w wysokich szuwarach oparta na kuli niezdolna do wyjścia o własnych siłach. Był wściekły, ale najpierw ją uściskał dziękując Bogu że ją odnalazł, a potem wyniósł na suchy brzeg i powoli szli kilkaset metrów do łodzi i czym prędzej odpłynęli, bo zapadał zmrok i już dawno mieli być w ośrodku, a on w domu. Po drodze opowiadała jemu, że gdy on odszedł ona nagle poczuła dziwną energię, była szczęśliwa, śpiewała i widziała jak się unosi ponad czubki drzew sosnowych. Widziała Stacha który ją wołał i szukał… ale nie pamięta co było dalej, ani jak się znalazła w gęstych szuwarach kilkaset metrów dalej. Nie miała pojęcia ile czasu to trwało, ale usiłowała wyjść z tych szuwarów lecz nie wiedziała w którą ma iść stronę w grząskim terenie. Przedzierała się idąc przed siebie, ale okazało się, że tam jest  jezioro. Wołała Stacha, a w końcu zaczęła płakać, modlić się i śpiewać i dzięki temu ja znalazł.

Następnego dnia Stachu przyjechał do mnie i pojechaliśmy do niej do Ośrodka w Stawiskach. Czuła się dobrze i opowiedziała szczegółowo co się działo. Zapytali się co to było? Wracając do domu powiedziałam Stanisławowi, że była porwana przez UFO. Ale które? Czy Biali z Hiad czy Czarni czyli „szaraki” ją porwali? „Po owocach ich poznacie”.

To było perfidne… Zabrali ją, gdy się tego nie spodziewał, a potem szukał jej kilka godzin do wieczora, bliski obłędu i myśli samobójczych. Gdyby wówczas wrócił do domu, a ona tam została nigdy by nie wyszła o własnych siłach z trzęsawiska i nikt by jej tam nie znalazł, bo to jest duży obszar szuwarów, a on zostałby oskarżony o  morderstwo. „Szatański Czarny koń”… Tak działają Kosmiczne Bazy „szaraków” nie tylko w Polsce! To już nie były żarty! Ta historia zaważyła na dalszych wyprawach na wyspę.

A jak jest z innymi wielkimi jeziorami w Polsce i na świecie oraz ich badaniami? Czy ufolodzy wiedzą czyje Bazy Kosmiczne tam stacjonują i co tam się dzieje? Jak do tej pory nic nie wiedzą o OBCYCH Bazach Kosmicznych oprócz tego, że różnego rodzaju NOL pojawiają się nad jeziorami.

 Jeżeli ktokolwiek zrozumie tajemnicę kamiennych kręgów w Odrach to odkryje tajemnicę Baz Kosmicznych jeziora Wdzydze. Nikt z OBCYCH nie powiedział mi o tym. Zastanawiałam się dlaczego ja to zrozumiałam? Wskazówką były wizje oraz kamienne kręgi w Odrach, które w tym czasie badałam. Wizje są dla mnie inspiracją do myślenia zupełnie innymi kategoriami niż chce to widzieć większości ufologów oraz naukowców, a nawet psychotroników.

Czarni czyli „szaraki” mają swoich ludzi wszędzie i manipulują nimi dla własnych celów i korzyści. Naukowcy wymyślili teorię o pochodzeniu człowieka od małp. Czyżby inspiracja wyszła od ludzi „szaraków” i dlatego teoretycznie jesteśmy stworzeni na ich wzór i podobieństwo? Czy jesteśmy podobni do cywilizacji „szaraków”? Ja nie widzę takiego podobieństwa, no chyba w tym do czego są zdolni ich ludzie, aby ukryć prawdę i perfidnie zniszczyć człowieka…

„Po owocach ich poznacie”! Na tym opiera się tajemnica wiary, religii i naszej cywilizacji, a za tym kryje się potęga techniczna cywilizacji kosmicznych, których jesteśmy potomkami. Wiedza o Bazach Kosmicznych w jeziorach oraz górach i w morzach pozwala zrozumieć, kim jesteśmy i co tutaj się dzieje. Co ja w tej sytuacji robię? Co Ty w tej sytuacji zrobisz? Co wy zrobicie?

Myślcie… myślenie  nie boli.

Gdynia, 21.02.2012 r.

środa, 22 lutego 2012

Bazy kosmiczne UFO na dnie jeziora Wdzydze w Polsce (1)




Zofia “Eleonora” Piepiórka

Na Blogu http://wszechocean.blogspot.com przeczytałam interesujący art. Igora Wołozniewa przetłumaczony przez  Roberta Leśniakiewicza pt. „Bazy kosmiczne na dnie jezior” cz.1i2. Ten  artykuł wywołał wspomnienia wielu wypraw na jezioro Wdzydze na Kaszubach i zdecydowałam się troszeczkę o tym napisać.

 Pamiętam, że jednym z pierwszych artykułów na temat UFO, który czytałam był art. w  „Nieznanym Świecie” - „UFO nad wielkimi jeziorami USA” napisany przez Bronisława Rzepeckiego. Czytając  artykuł pomyślałam: No cóż… takie rzeczy dzieją się w USA, ale nie w Polsce! Nie przeczuwałam, że będę badała tego typu Bazy Kosmiczne w jeziorze Wdzydze. Gdy zaczęłam tam jeździć stopniowo odkrywałam, że sprawa jeziora ma ścisły związek z tym co działo się nad wielkimi jeziorami USA czy np. w Rosji. Początkowo trudno mi było  rozmawiać o tym z psychotronikami, a nawet z ufologami ponieważ to było skomplikowane. Każdy z nich w zależności od swoich poglądów oraz zaangażowania w sprawę badań wyspy widział to inaczej i nie dostrzegał związku. Wg nich mieszałam wizje z ufologią i nauką, a oni oczekiwali, że będzie to Agharta lub podane na tacy dane techniczne, które wykorzystają dla własnych celów i korzyści. Jestem wizjonerką, a nie ufologiem dlatego opiszę to tak jak ja to widzę, a powodów ku temu jest kilka…

Przypomnę w skrócie co pisze Igor Wołozoniew:

Powszechnie uważa się, że bazy Obcych mogą znajdować się na Księżycu i na dnie mórz i oceanów, gdzie pozaziemskie obiekty latające mogą się łatwo ukryć przed oczami ludzi. No i także – jak zapewniają ufolodzy – Obcy skrywają także swe aparaty latające czyli UFO na dnie niektórych jezior – przy czym nie zważają Oni na to, że w takim przypadku łatwiej jest tam ich zobaczyć.

Jedna z baz Obcych znajduje się na dnie jeziora Cree Lake w Kanadzie. W początkach lat 70. ubiegłego wieku, miejscowi widzieli niejednokrotnie przeloty nad jeziorem NOL-i, z których wiele zawisało nad jego taflą i błyskawicznie pogrążało się w jego wodach. A przecież przy takiej prędkości jakikolwiek ziemski aparat latający, rozbiłby się na drobny mak uderzając w wodę. Podobne UFO przejawiają zainteresowanie jeziorem Erie na granicy Kanady i USA (wielkie jeziora!).

Z wysoką dozą prawdopodobieństwa można mówić o istnieniu bazy UFO na dnie jeziora Gaipo w górach Cordillera Azur w Argentynie. Częstotliwość pojawiania się UFO nad tym jeziorem i jego okolicami jest ogromna. Indianie z plemienia Keczua zamieszkujący na brzegach Gaipo odnoszą się do nich z obawą i mistycznym lękiem. W Argentynie jest inne jezioro Salatina godne zainteresowania  ufologów. Uważają, że gdy UFO na dnie jeziora wysyła komuś jakieś sygnały w Kosmos to w tym czasie dzieją się tam dziwne rzeczy z grawitacją. Obserwowano w okolicy jeziora tajemnicze obiekty latające o wszystkich kształtach – okrągłe, elipsoidalne, prostokątne i trójkątne. Miejscowi widują je lecące nad taflą jeziora, wpadające do wody, czy zawisające nad wodą zanim znikną w niebiosach.

W Rosji szczególną uwagę ufologów przyciąga jezioro Bajkał. UFO obserwuje się nad nim ustawicznie i te NOL-e, które obserwuje się w okolicach jeziora praktycznie zawsze lecą w jego kierunku.

Na dzień dzisiejszy sądzi się, że baza NLO znajduje się także na dnie jeziora Czeremenckiego (Leningradzkaja Obłast’) nad którym od końca lat 90. przelatują lub zawisają nad jego wodami tajemnicze obiekty.

Takich doniesień o stacjonarnych Bazach Kosmicznych jest wiele. Do tej listy należy również dopisać  jezioro  Wdzydze na Kaszubach w Polsce. Moje badania tego jeziora trwały trzy lata, od 1993 – 1996 roku.

A zaczęło się tak…

Był sierpień 1993 rok… Pewnego letniego dnia przebywałam na terenie kamiennych kręgów w Odrach robiąc tam swoje badania. Gdy odpoczywałam nagle zaczęły się wizje, których nie rozumiałam, ale wiedziałam, że zapowiadają nowe kierunki badań i poszukiwań. Jestem wizjonerką i  wizje są dla mnie inspiracją do poszukiwań i badań. Ta wizja była  w Odrach, a więc miało to jakiś związek z kamiennymi kręgami w Odrach. Po powrocie do domu spisałam wizje i okazało się, że jak zwykle jest kilka części, a każda z nich dotyczy czegoś innego lecz wszystkie mają coś wspólnego. Jedna z części wizji mówiła o wyprawie na jezioro. Zobaczyłam podłużną łódź zwaną u nas czółnem wypływającą na jezioro, w której siedziało pięć osób. Zastanawiałam się gdzie jest to jezioro? Zobaczyłam charakterystyczny kształt jeziora Wdzydze z lotu ptaka oraz kilka wyspy, ale obraz zatrzymał się na największej. To jezioro za każdym razem mijałam jadąc do Odr!

 Jezioro ma charakterystyczny kształt krzyża lub miecza, a na nim jak wielkie szlachetne kamienie, tkwią cztery wyspy. W dalszej części wizji zobaczyłam dużą wyspę w blasku słońca, którą okrążałam nad brzegiem, aż dotarłam do miejsca, gdzie w ziemi tkwił niewielki kamień z krzyżem. Nastepny obraz pokazał źródło spływające kaskadą do jeziora. Nigdy nie byłam na tej wyspie i nie wiedziałam czy jest tam takie źródło, ale postanowiłam odszukać to miejsce.

 Najpierw rozmawiałam z sąsiadem Stanisławem U. na temat jeziora. Okazało się że ma kuzynkę   która mieszkał nad jeziorem. Pani Bernadeta wychowała się w Zabrodach nad jeziorem Wdzydze naprzeciw wyspy Ostrów i znała różne legendy i historie związane z jeziorem i wyspą. Miała tam krewnych, którzy później przewieźli nas na wyspę. Była zainteresowana wyprawą na wyspę. Zebrałam dostępne informacje w przewodnikach, a potem zainteresowałam się okolicą jeziora oraz legendami i ludźmi tam mieszkającymi.

 Co wiemy na temat jeziora Wdzydze?

Jezioro Wdzydze znajduje się na Pojezierzu Kaszubskim i jest położone najwyżej ze wszystkich pojezierzy pomorskich. Pojezierze Kaszubskie leży w regionie Dolnej Wisły, a na jego terenie znajduje się ponad 500 jezior. Przeważają jeziora rynnowe. Jezioro Wdzydze znajduje się  na terenie Borów  Tucholskich w powiecie kościerskim (województwo pomorskie), na obszarze Kaszub Południowych. Miejscowi nazywają ten piękny akwen jeziora Wdzydze - Kaszubskim Morzem, Wielką Wodą lub Szerzawą. Jest to jedno z najbardziej znanych miejsc na Kaszubach, co roku oblegane przez tysiące  turystów. Wraz z przylegającymi terenami zostało objęte ochroną Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego. Jezioro ma powierzchnię 1455 ha, a głębokość dochodzi do 69,5 m. Długość jeziora dochodzi do 8,2 km, szerokość 2,8 km. Zwierciadło wody położone jest na wysokości 133,4 m n.p.m.   Na podstawie badań przeprowadzonych w 2001 roku wody jeziora zaliczono do II klasy czystości. Położone jest w rynnach polodowcowych, tworzących kształt wielkiego krzyża, z którego wyłania się dziesięć wysp z czego największe to: Wielki Ostrów, Mały Ostrów, Glonek i Sorka, których całkowita powierzchnia wynosi 150,7 ha. Jest to prawdziwy raj dla żeglarzy i kajakarzy, przez jezioro bowiem przepływa popularny szlak kajakowy rzeki Wdy. Jednocześnie to jedyne miejsce w Polsce, gdzie żyje populacja wielkiej troci – Troci Wdzyckiej, która przyciąga wędkarzy z odległych stron. Dawniej typowy zbiornik oligotroficzny, w którego czystych wodach dominowały łososiowate.

Czysta woda oraz dogodne warunki do uprawiania sportów wodnych i rekreacji to nie wszystkie atuty terenów Jeziora Wdzydze. Akwen to siedlisko wielu różnorodnych gatunków zwierząt i ptaków, które przy odrobinie cierpliwości, może obejrzeć każdy turysta w ich naturalnym środowisku. Nad Jeziorem Wdzydze można spotkać łabędzie, żurawie i tracze. Jezioro jest także siedliskiem puchaczy, bielików, jastrzębi i myszołowów natomiast wśród zwierząt najliczniejszą populacją są bobry.

Ale mnie najbardziej interesuje wyspa Wielki Ostrów!

 Na jeziorze znajduje się jedyna zamieszkana wyspa (największa z ośmiu) o nazwie "Wielki Ostrów". Długość wyspy wynosi 3 km, obwód 9 km. Obok wyspy przepływa nurt rzeki Wdy. (Ta sama rzeka przepływa obok Skansenu Kamiennych Kręgów w Odrach.) W latach 70-tych ubiegłego wieku archeolodzy prowadzili tam wykopaliska i odkryli stare słowiańskie cmentarzysko z popielicami liczące co najmniej 2000 lat.

Tak przygotowana w wiedze na temat jeziora miesiąc później, na początku września 1993 roku wybrałam się na wyspę Ostrów w towarzystwie czterech osób + ja, a więc  pięć osób tak jak zobaczyłam w wizji (!). Żadna z osób nie była przypadkowa, ale z nich wszystkich znałam jedynie sąsiada Stanisława U.

 Tego dnia było pochmurnie i mgliście, ale gdy ok. godz.  12.00 wypłynęliśmy na jezioro mgły się podniosły i  zrobiła się pięknie słoneczna pogoda. Wypłynęliśmy czółnem rybackim z Kozłowca okrążając wyspę Ostrów od strony zachodniej. W tej części wyspy znajdowały się jedyne zabudowania gospodarcze, a na wzgórzach wyspy pasły się stada byków i owiec. Byki wówczas swobodnie chodziły po całej wyspie i zastanawialiśmy się co zrobimy, gdy staną nam na drodze? 

Gdy okrążyliśmy od strony zachodniej najszerszy koniec wyspy nagle  zobaczyłam wysoko nad tym terenem białą kulę jak księżyc w pełni. Zapytałam Stanisława U. czy widzi tę kulę? Widział i pozostali uczestnicy wyprawy również. Pomyślałam, że może to jednak księżyc, ale dlaczego o tej godzinie i w tym miejscu? Biała kula po kilku minutach znikła, po czym pojawiła się znowu i po jakimś czasie znowu znikła. Na niebie nie było chmur więc co to było? Powiedziałam – wysiadamy tutaj i idziemy brzegiem jeziora. Ja, Stanisław i jego kuzynka pani Bernadeta wysiedliśmy z łodzi, a pozostali dwaj panowie opłynęli wyspę i mieliśmy się spotkać przy przełęczy zwanej „sidłem”. Szliśmy brzegiem jeziora ścieżką rozdeptaną kopytami byków rozglądając się za kamieniem z krzyżem. Doszliśmy do przełęczy, gdy nagle zobaczyłam kamień z krzyżem, który zobaczyła w wizji. Było to kamień graniczny!  Idąc ścieżką wzdłuż przełęczy na drugą stronę jeziora nagle po lewej stronie tuż za jakimiś krzakami zobaczyłam dużego czarnego konia, który łypał na mnie czarnym okiem. Patrzyłam na niego długo, ale nie ruszał się więc zastanawiałam się co zrobić i spojrzałam na wzgórze po lewej stronie, a tam pomiędzy wysokimi sosnami stał przepiękny biały koń z długim ogonem i długą grzywą. Gdy mnie zobaczył stał chwilę i nagle ruszył galopem wprost na mnie, zatrzymał się przy mnie ocierając się i wyraźnie ciesząc się na mój widok… Miałam wrażenie, że stanął tak jakby chciał mnie osłonić od czarnego konia! Gdy tam spojrzałam z czarnego konia nagle zrobił się kłąb czarnej energii i wszystko znikło. Patrzyłam na to w szoku. Spojrzałam na białego konia z radością, ale po chwili on również znikł. Co to było?? Tego nie było w informatorach… ale o tym mówiły legendy. Wiedziałam, że to jest ważna wskazówka. W tym czasie nadszedł Stanisław z Bernadką i coś mówili do mnie. W końcu ruszyłam za nimi idąc do brzegu jeziora, gdzie wszyscy mieliśmy się spotkać. Opowiedziałam im co zobaczyłam. Nikt nic nie powiedział, ale nie bez powodu znaleźliśmy się w tym miejscu, gdyż w tej okolicy mieliśmy poszukać źródła jakie widziałam w wizji. Wg nich gdzieś tutaj było miejsce gdzie mogło być takie źródło, bo o tym mówili okoliczni starzy rybacy. Rozmawialiśmy o wielu sprawach i okazało się, że tam gdzie stał biały koń była kiedyś pustelnia Cystersów, ale my weszliśmy na wzniesienie po przeciwnej stronie przełęczy. Kilkadziesiąt kroków dalej zobaczyłam lejowate zagłębienie w ziemi. Patrząc na nie pomyślałam, że już to gdzieś widziałam. Przypominało lejowate zagłębienie na terenie kamiennych kręgów w Odrach, lecz tutaj było dużo większe. Okoliczni mieszkańcy w Odrach opowiadali, że było tam niegdyś źródło wody o właściwościach leczniczych, lecz już dawna wyschło. Mieszkańcy okolic jeziora Wdzydze również twierdzili, że na wyspie było źródło, ale już wyschło. Podobne lejowate zagłębienie widziałam na Świętej Górze w Gdyni.

Historia źródła naprowadziła mnie na właściwy trop, ponieważ łączyła się z kamiennymi kręgami w Odrach. Co wspólnego mają kamienne kręgi w Odrach z wyspą? Wizja o jeziorze i wyspie była w kamiennych kręgach w Odrach.

 Po powrocie do domu analizowałam wszystko co się tam zdarzyło i doszłam do wniosku, że są tam dwie stare bazy kosmiczne, które symbolicznie manifestują się jako białe kule i konie. Konie to moc, a więc są tam dyski kosmiczne dwóch różnych cywilizacji. Tak więc symboliczny biały koń oraz biała kula jak hostia to fenomen mistyczny oraz techniczny i fizyczny, gdyż jest tam baza kosmiczna Hiad. A co oznacza czarny koń? To czarna energia, która się zmaterializowała w postaci konia i tak samo skłębiła się w kulę, gdyż jest tam Baza Kosmiczna „szaraków”. Stacjonują tam od czasów poprzednich cywilizacji. Między tymi bazami jest stała opozycja czyli stan „wojny”… o wpływy psychotroniczne na ludzi! Białe kule lub biały koń to cywilizacja, która zapewnia spokój i równowagę w naszym świecie na każdym poziomie. Cywilizacja szaraków jest agresywna i niszczycielska czego przykładem była historia rodzin zamieszkujących wyspę o której opowiadał mi mieszkaniec z okolicy jeziora, ale również dotyczyła nas i o tym opowiem na koncu. Oznacza to jedno. Cywilizacja „szaraków” ma tutaj swoich ludzi i wpływa na ich zachowania co umacnia ich wpływy…  Takich Baz Kosmicznych jak ta jest wiele na Ziemi.

Taki był początek mojej fascynacji wyspą Ostrów oraz odkrywania tajemnic jeziora Wdzydze.

wtorek, 21 lutego 2012

NLO nad Stalingradem


Iwan A. Barykin

Tuż przed końcem wojny, Niemcy zbudowali 24 wielkie okręty podwodne o wyporności 5000 ton każdy. Spuszczono je na wodę, załogi skompletowano z doświadczonych podwodników, a następnie… znikły one bez śladu!

Niedawno zadzwonił do mnie do Moskwy mój krajan, uczestnik Bitwy Stalingradzkiej - Wadimir Kondratiew.
- Antonycz! – niemal wrzasnął w słuchawkę – oglądałeś program na REN-TV[1] z Igorem Prokopienką? Nazywa się „NLO pod Stalingradem”.
- Nie, nie widziałem.
- No to żałuj!... A tak swoją drogą, to ja sam w 1942 roku, a dokładniej 23 sierpnia, widziałem nad Wołgą latający dysk. Zameldowałem o nim  kombatowi[2] a on tylko pogroził mi palcem. Ale przecież nie tylko ja to widziałem! Nawet dziewczyny z POWP[3] też to widziały! Przez lornetkę nawet widziałem charakterystyczny czarny krzyż na jego burcie. Mój przyjaciel, Żenia Winogradow też oglądał ten program. Tak też on powiedział, że w 1970 roku spotkał w Hiszpanii ze znaną lotniczką III Rzeszy, ulubienicą Hitlera, kpt. pil. Hanna Reitsch. Powiedziała ona Żeni, że za oblatanie pierwszych w Niemczech helikopterów, samolotów odrzutowych, pocisków V i dyskoplanów została odznaczona dwoma Żelaznymi Krzyżami i Złotym Medalem.[4] A teraz wyobraź to sobie: Reitsch zamierzała polecieć dyskoplanem nad Stalingrad. Ale Hitler jej na to nie pozwolił.
- Być nie może! – wykrzyknąłem – i co było dalej?
- Pogadamy przy spotkaniu. Zamierzam przyjechać do pana do Wołgogradu[5] na dniach.

Na helikopterowym air-show

No i wkrótce się spotkaliśmy. Jewgienij opowiedział mi pokrótce, jak poznał Hannę Reitsch. Po wojnie ukończył on szkołę latania helikopterami, a w końcu lat 60. zaliczył kilka helikopterowych rekordów na Mi-8. Zaś Hanna zorganizowała helikopterowy air-show z okazji otwarcia centrum szkolenia pilotów helikopterowych w Hiszpanii i zaprosiła Winogradowa do uczestnictwa w imprezie.
- Po raz pierwszy usłyszałem o niej w końcu kwietnia 1945 roku – opowiadał Żenia – kiedy to nasza 39. Dywizja Strzelecka Gwardii, gdzie ja byłem partorgomem[6] zajęła wraz z czołgistami Katukowa rządowe lotnisko Tempelhof pod Berlinem i zmierzała w kierunku Kancelarii Rzeszy. Pojechałem w sprawach służbowych do sztabu 8. Armii Gwardii i tam byłem mimowolnym świadkiem pewnej rozmowy. Wasilij Iwanowicz Czujkow rugał od ostatnich szefa dywizyjnego oddziału SMIERSZ-u[7]:
- Jak śmieliście wypuścić feldmarszałka Greima i tą jego… jak jej tam… Hannę Reitsch! – grzmiał Czujkow. – Wy lepiej ode mnie wiecie, że Hitler zrzucił Göringa ze stanowiska, a na jego miejsce naznaczył właśnie Greima na stanowisko dowódcy Luftwaffe! To skandal, żeby jakaś smarkula posadziła samolot pod waszym nosem na ulicy!

Okazało się przy tym, że w te dni von Greim i Reitsch potrafili przylecieć na zdezelowanym Storchu do okrążonego Berlina, bu zabrać stamtąd Hitlera. Hanna wirtuozersko posadziła samolot na Alexanderplatzu, nieopodal Kancelarii Rzeszy. Ale Hitler nie zgodził się na opuszczanie Berlina.
- Frau Reitsch opowiedziała mi o tym po zakończeniu helikopterowego show – mówił Winogradow – prawdę powiedziawszy, to nie dałbym jej tych 58 lat. Szczuplutka, niewysoka, nie dałbym jej nawet czterdziestki. Powiedziałem to jej na powitanie. Mile podbechtana komplementem zaprosiła mnie do swego biura.

„Potrzebna pani jest nam tutaj i żywa”

Całą ścianę jej gabinetu zajmowała mapa Rzeszy. Nad masywnym biurkiem wisiał portret Hitlera z dedykacją, a poniżej hitlerowska flaga ze swastyką.
- Tak, byłam, jestem i będę oddaną idei narodowego-socjalizmu – z niejaką dumą w głosie powiedziała Frau Reitsch, która zauważyła moje zdumione spojrzenie.[8]

Zacząłem oglądać zdjęcia na ścianach. Naraz stanąłem jak wryty.
- Czy o jest UFO? – zapytałem wskazując na jedno z nich.
- Nie, to jest dyskoplan – uśmiechnęła się gospodyni – nasi uczeni zajmowali się konstrukcją takiego aparatu już w latach 20. Używali oni do tego energii pola elektromagnetycznego – EM, wichrowych potoków, siły grawitacji. Proszę spojrzeć – wskazała na fotografię w kącie. Na niej był widoczny lecący nad Wołgą dysk – to było pod Stalingradem w 1942 roku. Jak ja prosiłam Führera, by mnie tam posłał!
- Frauelin Reitsch, jest pani dumą Rzeszy, jest nam pani potrzebna tutaj i żywa. Pani już nieraz ryzykowała życiem – powiedział Hitler.
- Ten dyskoplan – rzekła Hanna wskazując na zdjęcie – pilotował wtedy Horst Beisel.

I wtedy opowiedziałem przyjaciołom historię, która wydarzyła się w Niemczech w czasie jednej z moich podróży służbowych.

Spotkanie w Berlinie

To zdarzyło się akurat w dniu 22 czerwca. Wybrałem się w celu odnalezienia autografów naszych żołnierzy na murach Reichstagu i zobaczyłem na Alexanderplatzu stragany kolekcjonerów. Oni mieli na sprzedaż lub wymianę ordery i medale z czasów wojny.

Kiedy podziwiałem właśnie to bogactwo, posłyszałem niegłośna rozmowę dwóch starszych Niemców. Jeden z nich, wysoki i szczupły, który doczepił się do jakiejś kobiety.
- Z „V”? Służył pan w Peenemünde? – zapytał on właściciela straganu, przysadkowatego, zwalistego Niemca.
- Jawohl mein Herr, ma pan rację. Też tam pan służył?
- Tak – odpowiedział wysoki – w specjalnym batalionie SS. Ochranialiśmy poligon, na którym wypróbowywano „V” i dyskoplany.
- A ja w pułku przeciwlotniczym. Nazywam się Franz Meier.
Nie wytrzymałem i podszedłem do nich.
- Przepraszam panowie, jestem dziennikarzem z Wołgogradu… Stalingradu – dodałem widząc, że nic im to nie mówi.
- O, Stalingrad! – ożywił się wysoki – Walter Schulke, kolekcjoner – przedstawił się podając mi wizytówkę. – Chyba sam Bóg mi pana zesłał. Rzecz w tym, że pod Stalingradem zginał mój wujek Helmut. Jego przyjaciółka, ciocia Magda wciąż powtarzała: „Walter, dowiedz się, gdzie są te Ros-sosz-ki” – z trudem przesylabizował nazwę wsi pod Wołgogradem. – Nie zna pan tego miejsca?
- On bardzo się ucieszył, kiedy dowiedział się, że byłem tam nieraz i jestem znajomym kierownika firmy turystycznej, która organizuje do Rosji wycieczki rodzinom zabitych tam niemieckich żołnierzy.
- A zatem co pana interesuje? – zapytał Schulke, kiedy już wymieniliśmy się adresami i numerami telefonów. – Jestem gotów odpowiedzieć na każde pańskie pytanie.
- Przepraszam panowie, ale niedawno usłyszałem waszą rozmowę. Rozmawialiście o jakichś dyskoplanach.
Niemcy spojrzeli po sobie.
- Jesteśmy kiepskimi konspiratorami Franz – zachichotał Schulke – ale ma pan rację. W Peenemünde były próby nie tylko z „V”…

„Spójrzcie na niebo!”

- Widziałem dyskoplan w 1942 roku nad Stalingradem na własne oczy – powiedział Meier – omal nie wypuściłem z rąk pocisku, kiedy zobaczyłem to nad Wołgą. „Spójrzcie na niebo!” – wykrzyknąłem do Feldfebla Hansa Polanskiego – „o Boże, co to takiego!?” – wykrzyknął ten ostatni i wyrwał z futerału swoją leicę i zdołał zrobić kilka zdjęć, zanim dysk nie zniknął z widoku.

W grudniu zostałem ranny i wywieziono mnie z kotła transportowym Ju-88. Na pożegnanie Polanski dał mi swój aparat fotograficzny.
- Zabierz moją leicę Franz, potem oddasz – powiedział.
Po wyjściu ze szpitala pojechałem na tydzień do rodzinnego Frankfurtu i tam dałem zdjęcia do wywołania. Jedno ze zdjęć okazało się udane.
- Mam ją nawet ze sobą – powiedział Meier wyciągając teczkę – a oto i ona. Nawet chciałem ją sprzedać kolekcjonerom – rzekł podając mi wymięte zdjęcie.

Zdębiałem widząc na niej dyskoplan wiszący nad Wołgą, i zaproponowałem:
- Niech mi pan sprzeda to zdjęcie!
- Nijak nie mogę, Herr Journalist – rzekł Meier – to jest pamiątka po Stalingradzie i o Polanskim.

Po miesiącu Schulke zadzwonił do mnie:
- Herr Journalist, wielkie dzięki za pomoc. Właśnie wróciłem z Rossoszek. Znalazłem tam na ścianie pamięci nazwisko mojego wuja. Czy nie moglibyśmy się spotkać? Przywiozłem panu starego „Der Spiegla”. Tam jest wszystko o dyskoplanach III Rzeszy.

Cytuję tutaj fragment artykułu z „Der Spiegla”:

DYSKOPLAN NAD STALINGRADEM
- opowiada Kurt Schneider,
emerytowany generał Bundeswehry

Mój ojciec w czasie wojny zajmował się opracowaniem superbroni. Wernher von Braun, konstruktor rakiet, często przychodził do nas w gości. I oni bardzo często ze sobą rozmawiali zamknąwszy się w gabinecie mojego ojca. Pewnego dnia przez przypadek podsłuchałem ich rozmowę.
- Herr Schneider - powiedział gość - jeszcze trochę, a my zmienimy bieg wojny. Jeden z naszych dyskoplanów został z powodzeniem wypróbowany nad Stalingradem.

Rewelacje generała

Ale powróćmy do naszego spotkania.
- Kiedy wzięliśmy Berlin, w sztabie przeglądano wydania kroniki filmowej – opowiadał dalej Kondratiew – i tak to głos lektora tego wydania „Wochenschau” powiedział: „Nasz dyskoplan nad Stalingradem. Wunderwaffe – cudowna broń Führera – wzbudza strach wśród bolszewickich komisarzy!” – i na ekranie przemknął kadr z dyskoplanem nad Wołgą. Znaczy się, o wszystko była prawda i wtedy, w 1942 roku mnie się nic nie wydawało?

No i jak się okazało, nasz wywiad doskonale o wszystkim wiedział. A oto relacja generała lejtnanta[9] KGB G. M. Wołkowa:
- O pojawieniu się nad Wołgą UFO naczelnik Wydziału Specjalnego Stalingradzkiego Frontu Sieliwanowskij zameldował Abakumowowi jeszcze tego samego dnia, a ten z kolei zameldował Stalinowi. Potem dyskoplan widziano nad Prochorowskim Polem[10] i wtedy Stalin wydał rozkaz: zrobić coś podobnego!

Pierwsze nasze dyskoplany zbudowano wedle niemieckich wzorów pod Pawłodarem, a po wojnie – w Ulianowsku. Ale prototypy nie latały. Kiedy do władzy doszedł Chruszczow, to kazał zaprzestać nad tym pracować, ale w latach 80. one zostały wznowione. Udało się uruchomić jeden dyskoplan w tajnej bazie pod Kujbyszewem.[11] Na początku lat 90. mieliśmy już cały szereg udanych startów. Ale kiedy rozleciał się Związek Radziecki , Projekt EKIP został zamknięty. Obecnie dyskoplan rdzewieje na jednym z lotnisk pod Moskwą. Zaś Amerykanie nie przedłużyli swych prac, które zaczęli jeszcze w czasie trwania działań wojennych i zaszli w nich daleko.

Tak więc być może, to wcale nie Kosmici, ale amerykańskie dyskoplany stoją u podstawy Legendy o UFO?



Od tłumacza

Oczywiście jest to możliwe, ale…

Amerykanie i Kanadyjczycy przeprowadzali próby z latającymi dyskami produkowanymi m.in. przez koncern AVRO, ale w końcu też je porzucili. Były mało stabilne w powietrzu i trudne w prowadzeniu. W większości były to wentylatorowce. Wprowadzenie silników odrzutowych niewiele zmieniło i wreszcie dali sobie spokój.

Jest jednak pewne, że idea dyskoplanu przetrwała i na pewno pracuje się nad nimi, z tym że zmieniła się całkowicie zasada ich napędu. Poza tym nie jestem pewien, czy dyskoplany były pojazdami przestrzennymi. Oczywiście pracowano nad nimi, ale obawiam się, że uczeni Hitlera na tym nie poprzestali i zapewne pracowali nad przemieszczaniem się obiektów materialnych w Czasie. I stąd zapewne zainteresowanie Hitlera i jego akolitów historią najdawniejszych cywilizacji. Po prostu Führer chciał wiedzieć, czy jego uczonym się powiodło i czy Niemcom udało się pokonać Czas… A to mógł stwierdzić tylko i wyłącznie badając artefakty po dawnych, antycznych cywilizacjach Wschodu i Ameryki Południowej.  Dlatego właśnie wysyłał wyprawy archeologiczne we wszystkie zakątki świata, gdzie mógł przeprowadzać takie badania. I dlatego właśnie przeprowadzała je czarna gwardia Hitlera – SS. Najwierniejsi z wiernych.

Oczywiście jest to tylko hipoteza, ale uważam, że należałoby ją brać pod uwagę rozważając różne aspekty hitlerowskich tajnych badań naukowych i pseudonaukowych.      

Źródło: „Tajny XX wieka” nr 45/2011, ss. 6-7

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©


[1] REN-TV jest największą rosyjską telewizją komercyjną od 1997 roku.
[2] Komandir bataliona – dówódca batalionu albo komandir batierii – w tej fazie wojny radziecki stopień wojskowy odpowiadający stopniowi majora lub kapitana wojsk lądowych.
[3] Punkt Obserwacji Wzrokowej Plot.
[4] Faktycznie odznaczono ją Żelaznym Krzyżem I klasy i Żelaznym Krzyżem II klasy oraz Złotą Odznaką Pilota-Obserwatora z Brylantami.
[5] Dzisiejsza nazwa Stalingradu od 1961 roku.
[6] Partorgom – sekretarz grupy partyjnej Komunistycznej Partii ZSRR.
[7] Od słów smiert’ szpionam  czyli śmierć szpiegom – radziecki kontrwywiad wojskowy.
[8] Hanna Reitsch była oddaną stronniczką Hitlera, ale nie należała do NSDAP.
[9] Polski odpowiednik: generał dywizji.
[10] W czasie bitwy pancernej na Łuku Kurskim. Pisałem już o tym na łamach „Nieznanego Świata” w 2011 roku.
[11] Dziś Samara.