Powered By Blogger

piątek, 21 stycznia 2022

Zagadka zniknięcia Alfreda Lœwensteina

 


Margarita Kapskaja

 

Były kamerdyner Alfreda L. LœwensteinaFred Baxter w 1932 roku został znaleziony martwy z pistoletem w ręku. Istnieje hipoteza o inscenizacji samobójstwa z powodu współuczestnictwa służącego w zaginięciu multimilionera. W dniu 4.VII.1928 roku, w czasie lotu z Londynu do Brukseli technicznie sprawnym samolotem, doszło do tajemniczego zniknięcia multimilionera Alfreda L. Lœwensteina – jednego z najbogatszych ludzi swego czasu. Później jego ciało znaleziono w Kanale La Manche. Zagadka śmierci magnata finansowego jest nierozwiązana do dziś dnia, a hipotezy wysunięte przez badaczy stają się powoli całkowicie sprzeczne ze znanymi faktami.

 

Przedsiębiorstwa i kompanie pobożnego katolika

 

Według współczesnych ocen Alfred Lœwenstein był wart jakieś 1,5 mld $USA, a to stawiało tego biznesmena na trzecim miejscu w rankingu bogactwa na świecie – po Henrym Fordzie i Johnie Rockefellerze.

Przyszły multimilioner urodził się w 1877 roku w Brukseli, w rodzinie bankiera żydowskiego pochodzenia Bernarda Lœwensteina. Dorósłszy, Alfred założył własny koncern bankowy i zajął się inwestycyjnym biznesem. Podstawą rozkwitu jego interesów stanowiły udane projekty rozwoju sieci elektroenergetycznych i produkcji sztucznego jedwabiu.

Widomo też, że wiele operacji finansowych Lœwensteina przeprowadzał on na granicach i poza granicami prawa. Ten bogacz był znany z tworzenia ustawnych kompanii i sprzedaży ich akcji. Są także świadectwa o tym, że na krótko przed swą śmiercią Lœwenstein dogadał się z szefem jednej z rodzin mafijnych Nowego Jorku – Arnoldem Rotsteinem – aby rozszerzyć dostawy heroiny na USA i zrobić tam wielki rynek zbytu narkotyków z Europy. Do tego wszystkiego Lœwenstein był pobożnym katolikiem (jak każdy mafioso) a odpoczywał na wyścigach konnych. Miał on stajnię, a jego konie niejednokrotnie wygrywały międzynarodowe zawody.

Wedle informacji od niektórych badaczy, w lipcu 1928 roku, Arnold Lœwenstein odwiedził Londyn aby otrzymać solidny kredyt bankowy, bowiem zamierzał zakupić wielką kompanię w Brazylii. Ale brytyjskie banki dopatrzyły się czegoś nielegalnego i pieniędzy nie dały…

 

Awaryjne lądowanie

 

4.VII.1928 roku, Lœwenstein wracał do Brukseli samolotem Fokker F.VIIa (jednosilnikowa maszyna obliczona na 8 pasażerów i 2 tony frachtu). Biznesmenowi towarzyszył sekretarz, kamerdyner i dwie stenotypistki. W kabinie znajdowali się także członkowie załogi: I pilot i mechanik pokładowy.

Samolot wyleciał z londyńskiego portu lotniczego Croydon około godziny 18:30 GMT. W czasie przelotu nad Kanałem La Manche, Alfred wstał z fotela i udał się do toalety znajdującej się w ogonowej części statku powietrznego. Należy zaznaczyć, że w samolocie o tej konstrukcji, drzwi do toalety znajdowały się naprzeciw tylnego wejścia. Nie jest wykluczone, że ta okoliczność odegrała decydującą rolę w losach multimilionera.

Alfred długo nie wracał na swoje miejsce i jego towarzysze podróży zaczęli się niepokoić. Fred Baxter, kamerdyner Lœwensteina, zastukał w drzwi toalety by zapytać, czy nie potrzeba mu pomocy. Odpowiedzi nie było. Baxter otworzył drzwi – w toalecie nikogo nie było…  

Otrzymawszy powiadomienie o zniknięciu pasażera, kapitan Donald Drew zdecydował się na awaryjne lądowanie na plaży w okolicy francuskiego miasta Dunkierki, aby jak najszybciej powiadomić policję i służby ratunkowe. Wszyscy, którzy znajdowali się na pokładzie zeznali dokładnie to samo: Lœwenstein otworzył nie te drzwi, co trzeba i wypadł z samolotu.

 

W oddzielnej trumnie

 

Już następnego ranka ekipy rybaków zaczęły szukać doczesnych szczątków multimilionera. Zwłoki znaleziono w dniu 19 lipca nieopodal brzegu, na terytorium francuskiego miasta Boulogne. Ciało zostało dostarczone do Calais, gdzie nastąpiła sekcja zwłok.

Po dwóch tygodniach przebywania w wodzie ciało się już rozłożyło. Lœwensteina rozpoznano po naręcznym zegarku i odzieży. Ekspertyza wykazała, że biznesmen utonął. Był on jeszcze żywy, kiedy uderzył w wodę, spadł z wysokości 4000 ft/~1200 m. W tyle głowy był ogromny krwiak niewiadomego pochodzenia.

Dziennikarze wskazywali na możliwość, że Lœwenstein mógł skończyć z sobą, ale taki postępek nie pasował do jego reputacji bogobojnego i zagorzałego katolika. Poza tym sekretarz zapewniał solennie, że w ostatnie minuty Lœwenstein zajmował się zwyczajną papierkową robotą, której nie zakończył. A skoro zamierzał skończyć ze sobą, to po co zajmował się tym, co go tak bardzo zajmowało?





Żeby nie mieć kłopotów z Kościołem katolickim, kategorycznie zaprzeczano wersji samobójstwa, ale ciało pochowano w grobowcu znajdującym się poza terenem cmentarza. Grobowiec był bezimienny, nie umieszczono na nim żadnych napisów.

Madeleine – wdowa po Lœwensteinie – nie uczestniczyła w pogrzebie. Stąd też pojawiły się plotki o jej uczestnictwie z morderstwie męża. Ale Madeleine nie otrzymała żadnego finansowego wsparcia – i tak bez tego żyła dostatnio. Alfred nie miał nikogo na boku, a małżonkowie byli ze sobą w ciepłych stosunkach. Dwa miesiące przed wypadkiem, para odbyła morską podróż do Stanów Zjednoczonych. Gazety pisały o Madeleine, że jest ona „modna ale zamknięta”. Chociaż to lekko wyjaśniano, że pozostawała ona w cieniu swego jaśniejącego męża i zainteresowanie ze strony prasy i publiczności jej nie dotyczyło.

 

Rozwalone drzwi

 

Tak więc ciało Alfreda Lœwensteina zostało znalezione we francuskich wodach, zaś kapitan statku powietrznego Donald Drew posadził samolot nieopodal Dunkierki, śledztwem zajęli się specjaliści z tego kraju. Wedle oficjalnej wersji, śmierć magnata była zwyczajnym nieszczęśliwym wypadkiem: biznesmen przez pomyłkę otworzył nie te drzwi, co trzeba i wypadł z samolotu.

Jednakże eksperymenty wykazały, że niepodobieństwem jest otworzyć drzwi wejściowe w czasie lotu – do tego potrzeba przyłożenia do nich znacznej siły. I najważniejsze – nawet gdyby Lœwensteinowi udało się zrobić coś takiego, to drzwi zostałyby uszkodzone – wypadając z wysokości nie można by ich było zamknąć. Ale zgodnie z zeznaniami pasażerów i załogi, drzwi wejściowe do samolotu były zamknięte w ciągu całego lotu. Ponadto eksperci wskazywali na to, drzwi wejściowe i drzwi do WC bardzo różnią się pomiędzy sobą. Na tych pierwszych był napis informujący, na drugich nie, więc Alfred Lœwenstein, który często latał tym samolotem po prostu nie mógł się pomylić.

Tym niemniej ta wersja zadowoliła krewnych multimilionera. No i pozostała tylko jedna kwestia: co się tam naprawdę stało?

 

Kto mu pomógł odejść z życia?

 

Powstało zatem kilka wersji tragedii. Według jednej z nich, Lœwensteinowi pomogli opuścić samolot, a to oznacza, że było to morderstwo. Biznesmen prowadził swe interesy na granicy ryzyka i to bez jakichkolwiek hamulców – stąd miał wielu wrogów.

Wykończyć magnata mogli jego partnerzy do interesów i struktury mafijne z USA. W 1987 roku reporter William Norris napisał dużą pracę o Alfredzie Lœwensteinie, gdzie nazwał go „człowiekiem, który spadł z nieba”. Według tego dziennikarza, magnata wyrzucili z samolotu przekupieni członkowie załogi. Pozostałych pasażerów zastraszyli, a drzwi wejściowe, które rozleciały się po ich otwarciu wskutek uderzenia o kadłub samolotu, po prostu wymienili już na ziemi. Nowe drzwi mieli przywieźć ich pomocnicy czekający na lądowisku.

Hipoteza ta nie jest taka fantastyczna, jakby się to wydawało. Lœwenstein prowadził swe biznesy nie sam, ale z dwoma młodszymi partnerami. Mówiło się o tym, że w przypadku śmierci jednego z nich, jego dolą podzielą się dwaj pozostali. Tak więc przyczyną śmierci tego magnata mogły być ogromne pieniądze: 1.500.000.000 $USA.

Inni badacze skłaniają się do wersji samobójstwa: Lœwenstein z powodu ryzykownych operacji finansowych i związków z mafią, stanął na granicy bankructwa. Wierny kamerdyner pomógł mu otworzyć drzwi – a potem je zamknął. Ale kontrola finansowa wykazała, że finanse biznesmena były w najlepszym porządku. A poza tym – jak mówiło się powyżej – magnat był katolikiem i uważał samobójstwo za grzech śmiertelny.

 

Podłożone dowody

 

Dokładne badanie ostatnich dni Alfreda Lœwensteina podtrzymuje hipotezę nieszczęśliwego wypadku. U biznesmena silnie podniosło się ciśnienie krwi. Towarzysze podróży magnata mówili, że podchodząc do samolotu omal nie wszedł w strefę działania śmigła. Podwyższone ciśnienie często powoduje u człowieka uczucie dezorientacji przestrzennej, przez co Lœwenstein mógł pomylić drzwi w ogonie samolotu. A potem przerażeni załoganci i pasażerowie mogli zamknąć drzwi przerażeni, że nie pomogli choremu człowiekowi.

Istnieje także hipoteza głosząca, że Lœwenstein sam zainscenizował swoje zniknięcie. Przy pomocy swego kamerdynera wyskoczył ze spadochronem, a na dole już czekali nań jego ludzie w łodzi czy kutrze. Potem już tylko pozostało podłożyć zegarek i niektóre części garderoby jakiemuś bezimiennemu rozkładającemu się trupowi, a swym towarzyszom podróży zapłacić za milczenie. Jego możliwości finansowe pozwalały bez problemów załatwić to i coś innego.

Teoria ta pozwala na wyjaśnienie także nieobecności małżonki na pogrzebie i dziwne życzenie nie wyrycia żadnego napisu na nagrobku. No, ale dlaczego biznesmen zainscenizował swoją śmierć, pozostaje niejasne. Podobnie jak wiele innych rzeczy w tej tajemniczej historii.    

 

Moje 3 grosze

 

Z przypadkiem zaginięcia A.L. Lœwensteina zetknąłem się w latach 70. W książce Ralpha Bakera pt. „Tajemnicze katastrofy”, w której ten przypadek opisano dość dokładnie. Być może było to zmowa i morderstwo. Lœwenstein został wyrzucony przez drzwi wejściowe przez swego kamerdynera, który po prostu pierwej zdzielił go w głowę i wyrzucił na zewnątrz. Oczywiście nikt się do tego nie przyznał i przyjęto wersję nieszczęśliwego wypadku.

Bo drugim wyjściem jest nieszczęśliwy wypadek. Po prostu gość zmylił drzwi i wypadł z samolotu. I to wszystko, ale... – nie mógłby zamknąć drzwi. Drzwi zamknął kto inny.

Hipoteza inscenizacji swej śmierci dobrze się broni, a Lœwenstein miał powody, by udawać trupa – zadarł z mafią, a mafia nie wybacza nigdy. I jak uważam, był to powód wystarczający do odstawienia takiej szopki.

Pozostaje tylko jedno pytanie: co się stało z niebagatelnym majątkiem Lœwensteina? Bo tutaj być może kryje się klucz do tej tajemnicy. Co się z nim stało po jego „śmierci”? A na to pytanie już nie ma odpowiedzi – przynajmniej w materiale autorki. Myślę, że warto byłoby poszukać odpowiedzi na to pytanie!

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 39/2021, ss. 26-27

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      

 

czwartek, 20 stycznia 2022

Nowoczesne paranoje

 


Na samym wstępie pragnę podziękować Panu Robertowi za zamieszczenie moich wynurzeń na Pana autorskim blogu. Cieszy mnie to, tym bardziej, że Pan Leśniakiewicz w dużej mierze podziela moje poglądy. Przypuszczam, że gros z odwiedzających ów blog przychyli się i przytaknie treści, którą chcę się z Wami podzielić.

Kiedy piszę te wypociny, mijają prawie dwa tygodnie od przyjęcia przeze mnie trzeciej dawki, tzw. przypominającej czy uzupełniającej szczepionki przeciw COVID 19. Choroba to straszna, siejąca spustoszenie. W moim mniemaniu jednak najbardziej przerażające jest to, że wciąż nie jest znana geneza tej pandemii, i jeśli wierzyć serwisowi BBC, który zapodał na swojej stronie ową informację, siły wywiadowcze USA stwierdziły, że pochodzenie korona wirusa na zawsze pozostanie tajemnicą. To przeraża, a strach staje się w ogromnym stopniu wylęgarnią irracjonalnych zachowań. Te zachowania przejawiają się w sposób różnoraki: również poprzez snucie najrozmaitszych teorii, hipotez. Tak było zawsze. I nic się nie zmieniło w tej materii. A w dobie niczym niepohamowanego zalewu informacji, Internet stał się niezwykle żyzną glebą dla wszelakiej maści oszołomów: idiotów, przygłupów, na swój sposób jednak o tyle bystrych i cwanych, że ich fiksum dyrdum trafia w mózgownice całej rzeszy widzów, słuchaczy, subskrybentów, co z kolei owych odbiorców plasuje jeszcze poniżej w hierarchii debilizmu aniżeli tych oszołomów.

Z góry zaznaczam – mamy demokrację, wolność słowa i przekonań, które gwarantuje nam jeszcze konstytucja. Jeszcze. Mówcie sobie więc, co chcecie, głoście, zapodajcie swoje filmiki, które nagrywacie w czasie posiedzeń na klopie, „wszechwiedzący badacze”. Tylko róbcie to w zdrowych granicach, o ile stać was na to. Bo już swego czasu było kilka ataków na punkty szczepień. Nie chcecie się szczepić – wasza sprawa. Tylko, czemu, matoły i gównozjady, atakujecie punkty do których chcą się udać akurat ci, którzy chcą się zaszczepić?! Mamy wolną wolę. I nawet, jeśli w waszym mniemaniu to zaplanowana depopulacja, może akurat ja chcę celowo się pozbawić życia?! Moje życie, mój wybór. A mimo to żyję. I to po trzech dawkach. Pomijając trzydniowy ból ręki, wszystko jest w porządku i nawet jeśli ta choroba mnie dopadnie, to mam pewność, że przechoruję ją względnie lekko. A nawet jeśli trafię do szpitala, będę miał o tyle czystsze sumienie aniżeli wy.

Ale jak to?! – zapytają antyszczepy na tyle kulturalnie, na ile potrafią.

Ano tak. Od dawien dawna jestem zdania, że ci, którzy celowo się nie szczepią, a się zarażą COVID 19 i wylądują w szpitalu, to egoistyczne szumowiny. Mało tego – (nie)świadomi mordercy. Świadomie i z premedytacją odmawiając nakłucia siebie i następnie lądując na oddziale covidowym, przyczyniacie się do odbierania łóżek chorym na inne choroby. Bo przecież ludzie umierają nie tylko na covida, ale i na serce, na nowotwory, na cała masę innych chorób. A każdy oddział covidowy, jaki jest organizowany w każdym szpitalu, oznacza kolejne z rzędu odłożenie operacji zaćmy, wycięcia chłoniaka, tętniaka, glejaka, guza, nowotworu, przeszczepu serca i nerek. Kolejne z rzędu. Nieco bardziej ogarnięci wiedzą, co to dla tych pacjentów oznacza – śmierć lub trwały uszczerbek na zdrowiu. Ale do was to, antyszczepy, nie dociera. Jesteście egoistami i (nie)świadomymi mordercami i matołami, skoro takich oczywistości nie rozumiecie. Szczepionki są (jeszcze) darmowe, więc kto ma sposobność, może się zaszczepić. Wy jednak wiecie lepiej; za darmo, to znaczy, że chodzi o depopulację. Aha. A co, jeśli za szczepionki trzeba będzie zapłacić? Na to, foliarze, też macie wyjaśnienie: chodzić będzie o chęć zysku.

Głupcy i tłuki mają to do siebie, że na wszystko znajdą wyjaśnienie. I tak źle i tak niedobrze. Jak to mawiał swego czasu wszystkowiedzący Różalski Marcin, zawodnik MMA? Kurwy bez ambicji, którym nic nie pasuje.

Zastanawia mnie i zdumiewa zarazem, że Internet, czyli poletko, którego pierwotnym założeniem było szerzenie wiedzy, stał się szambem, które w pewnym momencie wybiło, zalewając świat, a przede wszystkim mózgownice co bardziej podatnych, gówno informacjami. Można o tym pisać dysertacje naukowe, prace habilitacyjne, a nawet opasłe tomiska a i tak ci, którzy spróbują pojąć ten socjologiczny fenomen, zgłupieją, w najgorszym razie wylądują w zakładzie zamkniętym. Wolność wypowiedzi i poglądów stała się w jakimś stopniu przekleństwem globalnej sieci. Dając złudne poczucie, że każdy może być (opinio)twórcą, jakość informacji sięgnęła poziomu niżej aniżeli szlam. Po co wykształcenie? Po co czytać książki? Przecież wszystko jest w Internecie, przecie w Internecie pełno jest „mądrych głów”, które wiedzą wszystko, nie posiadając często elementarnej wiedzy ogólnej, ale i nie znając podstawowych zasad gramatyki i ortografii. W tym ostatnim wtórują zazwyczaj prawicowi imbecyle, którzy wszystkich przeciwnych kościołowi i prawicy wyzywają od zdrajców i antypolaków.

Tym bardziej denerwują mnie z dupy wzięte teorie łączące COVID 19 z 5G, NWO i całym tym niczym niepotwierdzonym chłamem. A każdemu, kto twierdzi, że COVID 19 to zwykła grypa lub jedna wielka ściema, życzę – choć to chamstwo i draństwo, ale inaczej się do imbecyli nie przemówisz – by sami zapadli na covida. Wtedy się przekonają. Tylko wtedy – leczcie się w domu, sposobami, jakie zapodali wam wasi „mędrcy” z youtube i „autorytety” z facebooka. Nie zajmujcie łóżek w szpitalach, bo czyni to z was nie tylko debili, ale i morderców. Świadomych bądź nie.

 Czy wobec tego, nie jest zasadnym wprowadzenie jakiegoś rodzaju cenzury, by zahamować pochód nowoczesnej ciemnoty? Wciskanie ludziom, że Ziemia jest płaska przez rozmaitych płaskoziemców, a raczej płasko móżdżków w dobie satelitów to jeden z wielu argumentów w rękach podłych cenzorów, którzy powinni oddzielać ziarno od plew. Najśmieszniejsze jest to, że choć to tajemnica poliszynela, to mało kto pamięta, że praktycznie każde kliknięcie w dowolny link, każde udostępnienie, każdy komentarz, fotka na insagramie, tweet, jest śledzony, monitorowany, oglądany z pięciu, a nawet dwudziestu stron przez znane wszystkim, ale nikomu nieujawnione siły wywiadowcze. Tak jest. Wszystkich oburza stosowanie Pegasusa przez pojebów rządzących naszym krajem. Mnie akurat nie oburza, a nawet nie dziwi, bo kaczyści są tak zwyrodniałą hałastrą obłąkańców, że są w stanie zrobić wszystko, by utrzymać się przy stołku. Są w stanie nawet kłamać w sądzie, byle utrzymać krystalicznie czysty obraz byłej premier, która okazała się zwykłą kłamczuchą. Skutkowało to brnięciem w kłamstwie i zrujnowaniem startu w dorosłość nikomu winnego młokosa, który miał pecha znaleźć się tam, gdzie kolumna rządowych limuzyn. Są w stanie nawet sięgnąć za nasze pieniądze po najbardziej skomplikowaną i zaawansowaną aparaturę do walki z terroryzmem, ale nie w celu walki z terrorystami jeno w celu inwigilacji przeciwników politycznych. Nie łudźmy się więc – każdy nasz ruch, szczególnie w sieci, jest monitorowany. A nawet i poza siecią. Bo dzięki smartfonom i jego licznym bajerom – szmerom i innym duperszwańcom, w które są wyposażone, nawet operator wie, gdzie znajduje się posiadacz danego numeru.

Słowem – świat stał się jednym wielkim panoptykonem.

Nie ma co przeczyć temu, że i największe medium społecznościowe, czyli Facebook, to jedna wielka wywiadownia. Piszę to, choć sam posiadam konto na FB. Lecz szczęśliwie używam go bardzo rzadko, zaś kontakty ze znajomymi utrzymuję przez telefon, drogą mailową, lub – o ile to możliwe – vis à vis. Wiedzą o tym i nowocześni idioci. Tak, ci sami, którzy wierzą, że prezes tego portalu jest Reptilianinem. I co? I sami z owego portalu często korzystają bardzo często, zamieszczając zdjęcia, lajkując odpowiednie strony, słowem – uprawiając cyfrowy ekshibicjonizm, udostępniając na temat swego życia wszystko to, co tylko się da, by poprzez polubienia „zaistnieć”. A potem jęk, skowyt i plucie, że FB jest na postronku służb wywiadowczych. Zdecydujcie się, wreszcie! Dawno, dawno temu, pewna idiotka powiedziała na antenie jednej z komercyjnych stacji radiowych, że kto nie ma konta na FB to tak, jakby nie istniał. To sobie istniej, żyj, pokazuj, gdzie byłaś, co żarłaś, w jakim jesteś nastroju itp.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jesteśmy – Ty, ja, Właściciel bloga, a także odwiedzający i obserwujący, gatunkiem na wymarciu. Ekstynkcja Luda, który wiedzę czerpie z książek lub czasopism, aniżeli z Internetu. Luda, który słowo drukowane, szelest papieru i zapach farby drukarskiej ceni o wiele wyżej aniżeli wypociny zapodawane za friko w internetowym szambie. Za friko? Jeśli nawet, to jest to kontent jakości nijakiej. Za friko? Wolne żarty. A teraz ci, którzy wierzą w darmowy dostęp do informacji, niech podzielą się tą wspaniałą nowiną na facebooku. Tym między innymi sposobem  wyświadcza się wielką przysługę gumowym uszom.

M.K. (nazwisko i adres znane)

środa, 19 stycznia 2022

Potężna erupcja wulkanu na Tonga

 

Schemat katastrofy wulkanicznej na Tonga (wg. Al-Jazeera)

W dniu 15.I.2022 roku na jednej z wysp archipelagu Tonga doszło do straszliwej erupcji wulkanu, który już wcześniej sprawiał poważne kłopoty w tym wyspiarskim kraju. Tym razem podwodny wulkan Tonga-Hunga Ha’apai dał o sobie znać erupcją o indeksie VEI 5.

Wcześniejsze dane o gwałtownej eksplozji wulkanicznej sugerowały, że była ona silniejsza od erupcji Mt. Pinatubo (Filipiny) 30 lat temu – jak twierdzą wulkanolodzy, a dane pozwalają ocenić tą erupcję na VEI 6.

W dniu 14.I.2022 roku rozpoczęła się erupcja tego wulkanu na południowym Oceanie Spokojnym. Znajduje się on w odległości 65 km na północ od Tongatapu – największej wyspy tego miniaturowego państwa. Erupcja ta spowodowała tsunami w Tonga, Fidżi, Amerykańskim Samoa, Vanuatu oraz wzdłuż wybrzeży Pacyfiku w Nowej Zelandii, Japonii i USA, na Rosyjskim Dalekim Wschodzie, Chile i Peru.

Kilkanaście osób pozostaje zaginionych na Fidżi, 2 osoby utonęły w Peru, 3 osoby zostały ranne przez 3-metrowe fale na amerykańskim wybrzeżu Pacyfiku, 1 osoba ranna w Japonii, jak doniesiono po tsunami.

Do tej pory zgłoszono 1 zgon w Tonga, ale w ostatnich dniach podczas lotów rozpoznawczych zaobserwowano rozległe zniszczenia.

Wydarzenie to jest prawdopodobnie największą erupcją wulkanu XXI wieku i prawdopodobnie silniejszą erupcją wulkanu od czasu legendarnej eksplozji Mt. Pinatubo na Filipinach w 1991 roku – indeks VEI 6.

 


Wygląd erupcji z ziemi...

Kolejne ostrzeżenie zostało przekazane całej Tonga wieczorem 15.I.2022 r. po kolejnej erupcji, ok. g. 15:10 TOT.

17.I.2022 r. Departament Środowiska na Fidżi potwierdził stężenie dwutlenku siarki w atmosferze. Departament wezwał społeczeństwo do zakrycia wszystkich domowych zbiorników na wodę i pozostania w domu na wypadek kwaśnego deszczu.

Według urzędnika rządowego Nowej Zelandii, w stolicy Tonga, Nukualofa, wzdłuż wybrzeża miasta dotkniętego tsunami doszło do rozległych zniszczeń.

Firma Southern Cross Cable poinformował, że erupcja mogła uszkodzić system Tonga Cable, łączący Tonga z transpacyficznym kablem Southern Cross na Fidżi.

17.I.2022 r. urzędnicy w Tonga na portalu społecznościowym napisali: Tonga potrzebuje natychmiastowej pomocy, aby zapewnić swoim obywatelom świeżą wodę pitną i żywność. Międzynarodowy Czerwony Krzyż, Ruch Czerwonego Półksiężyca i Forum Wysp Pacyfiku są przygotowane do pomocy.

Fala uderzeniowa ciśnienia powietrza pojawiła się po obu głównych erupcjach na całym świecie, z krótkotrwałymi zmianami ciśnienia powietrza od 7 hPa na wyspie Norfolk w Australii do 2-3 hPa w wielu krajach europejskich. Także w Polsce odnotowano jej przejście m.in. w obserwatoriach meteorologicznych na Kasprowym Wierchu i Ojcowie w dniu 17 stycznia, o godzinie 20:23 CET. Jak rozchodziła się fala tsunami – widzimy na filmikach.

Efekt największej erupcji wulkanu na świecie w ciągu ostatnich 30 lat powinien mieć istotny wpływ na efekt globalnego ochłodzenia w kolejnych miesiącach.

Szacunkowa siła erupcji VEI 5 powinna spowodować ochłodzenie Ziemi do kilku dziesiętnych stopni Celsjusza – erupcja osiągnęła prawie 100.000 stóp (98,425 stóp)/~30 km, a cząstki tefry już zostały wstrzelone do stratosfery.

 






...i z wysokości orbity

Stolica Tonga, Nuku’alofa, została pokryta dwucentymetrową warstwą popiołu wulkanicznego oraz pyłem. W niektórych regionach stolicy przywrócono już dostawy prądu. Lokalne połączenia telefoniczne zostały wznowione, ale komunikacja międzynarodowa nie jest możliwa.

Nabrzeże stolicy zostało poważnie zniszczone przez skały i gruz zepchnięty w głąb lądu przez tsunami. Zdjęcia satelitarne opublikowane przez Centrum Satelitarne ONZ pokazały wpływ erupcji i tsunami na maleńką wyspę Nomuka, jedną z najbliższych wulkanu Hunga-Tonga-Hunga-Ha’apai. Centrum satelitarne poinformowało, że ze 104 struktur przeanalizowanych na obszarze bez chmur, 41 struktur zidentyfikowano jako uszkodzone i prawie wszystkie zostały pokryte popiołem.

Lotnisko Tonga przewiduje, że do wtorku usunie popiół wulkaniczny z pasa startowego stolicy – podało OCHA. Władze Australii przewidują, że popiół musi zostać usunięty, zanim będzie mógł wylądować z pomocą humanitarną samolotem wojskowym C-130.

Liczba ofiar wśród ludzi pozostaje nieznana.

- W tej chwili głównym priorytetem jest dostęp do czystej wody pitnej – powiedział we wtorek minister obrony Nowej Zelandii. - ponieważ źródła wody w Tonga mogły zostać zatrute przez opad wulkaniczny.

 




Wyspa przed i po erupcji

Ekspert ds. wulkanów Ray Cas z Monash University w Australii podejrzewa, na podstawie intensywność eksplozji, że duża ilość gazu dostała się do komina wulkanicznego. - Tsunami mogło zostać wywołane przez fale uderzeniowe rozchodzące się w wodzie – skomentował w Australian Science Media Center.

- Ale bardziej prawdopodobne jest jednak głównie przez osunięcie się ziemi w podmorskiej części gmachu wulkanicznego wywołane przez wybuchową erupcję – dodał. Jeszcze inna możliwość jest taka, że szczególne położenie wulkanu tuż pod powierzchnią oceanu mogło zaostrzyć negatywne skutki tego zjawiska.

Zapis barograficzny fal uderzeniowych na Kasprowym Wierchu

Wulkan wznoszący się 1800 m n.p.m. jest prawie całkowicie zanurzony pod powierzchnią oceanu, a jedynie krawędź krateru tworzy niezamieszkaną wyspę.

- Kiedy erupcje występują głęboko w oceanie, woda zwykle tłumi ich aktywności. Kiedy dzieje się to w powietrzu, ryzyko koncentruje się na bezpośrednim obszarze – powiedział geolog z Paryża, Raphael Grandin. - Ale kiedy jest tuż pod powierzchnią, wtedy ryzyko tsunami jest największe – dodał.

- Media donoszą, że ludzie słyszeli erupcję Hunga Tonga-Hunga Ha’apai tak daleko jak Alaska, 9000 kilometrów od źródła, co – jak stwierdził Grandin - czyni ją wyjątkową. O ile wiem, ostatni wybuch, która była słyszalna z podobna odległości, towarzyszył wulkanowi Krakatoa w Indonezji w 1883 roku – jego erupcja zabiła wówczas 36 tys. osób – dodał.

Eksperci podkreślili również, że chociaż wulkan może być aktywny jeszcze przez wiele tygodni, a nawet miesięcy, wcześniejsze badania pokazują, że erupcje na taką skalę jak w sobotę prawdopodobnie występują tylko co 1000 lat. Naukowcy, którzy skomentowali to zjawisko, powiedzieli, że dowiedzą się więcej o nim, kiedy zostanie przywrócona komunikacja z narodem Pacyfiku leżącym na około 170 wyspach.

 

Moje 3 grosze

 

Mnie osobiście ta erupcja kojarzy się z erupcjami Krakarau z 1883 r. o VEI 6. Wybuch Krakatau w 1883 roku doprowadził do powstania fali tsunami o wysokości 40 m. Opłynęła ona połowę naszej planety. 2/3 wyspy zniknęło z powierzchni ziemi, zginęło prawie ok. 40 tys. ludzi, choć nie istnieją żadne dokładne dane. Ocenia się, że erupcja miała siłę ok. 200 Mt, a gazy uwolnione w jej wyniku sprawiły, że przez 3 lata słońce miało zielonkawą barwę i nie tylko, bo zachody słońca miały piękną, czerwoną barwę, co uwieczniono na obrazach i rysunkach z epoki. Pył pokrył 70% powierzchni Ziemi, a fala sejsmiczna obiegła ją 7 razy. Eksplozja wyrzuciła ogółem 46 km³ pylistej tefry do stratosfery. Fala uderzeniowa wybuchu obiegła trzykrotnie kulę ziemską i odnotowano ją na całym świecie.

Drugim podobnym wydarzeniem była erupcja i wybuch wulkanu Nova Rupta z grupy Mt. Katmai na Alasce w 1012 roku, o indeksie VEI 6. W jej wyniku powstała Dolina Dziesięciu Tysięcy Dymów. Była to największa eksplozja wulkaniczna w XX wieku. Nie jest ona tak znana jak erupcja i eksplozja Krakatau, bowiem wydarzyła się w słabo zaludnionym regionie globu i nie było ofiar w ludziach.

Erupcja ta przypomina mi także wybuch wulkanu Santorini na Morzu Egejskim, który miał miejsce w roku 1613 p.n.e. Wybuch ten wyrzucił ok. 60 km³ tefry w stratosferę. Wybuch ten oszacowano na dwukrotnie silniejszy od erupcji Krakatau z 1883 roku, ale przypisano mu indeks VEI 6. Po tej erupcji, podobnie jak w obu cytowanych powyżej przypadkach – część wyspy wyleciała w powietrze, jak Wyspa Lincolna z powieści Juliusza Verne’a. Podejrzewam, że właśnie Verne wziął pomysł zagłady Wyspy Lincolna z katastrofy wulkanu Rakata-Krakatau…   

 

Źródła:

·        https://mkweather.com/tongas-violent-volcanic-eruption.../

·        https://podroze.radiozet.pl/News/Wybuchl-wulkan-Krakatau-w-Indonezji-To-jeden-z-najbardziej-niebezpiecznych-obiektow-tego-typu

·        Wikipedia

·        https://krolowasuperstarblog.wordpress.com/2022/01/18/rozlegle-zniszczenia-w-dotknietych-tsunami-wyspach-tonga/#more-181913

·        https://krolowasuperstarblog.wordpress.com/2022/01/18/naukowcy-fale-uderzeniowe-i-osuwiska-mogly-spowodowac-rzadkie-wulkaniczne-tsunami/#more-181860

 

Opracował - ©R.K.F. Leśniakiewicz

wtorek, 18 stycznia 2022

Tajemnice uranowego jądra

 

Semipałatyńsk - radziecki i rosyjski poligon atomowy

Walerij Jerofiejew

 

Amerykanie mogli wypróbować swoją kompaktową bombę wodorową tylko w dniu 1.III.1954 roku na atolu Bikini. Po eksplozji pojawił się ogromny krater o średnicy 1,8 km, który bardzo zmienił wygląd atolu.

W marcu 1896 roku, fizyk Antoine Henri Becquerel na posiedzeniu francuskiej Akademii Nauk wygłosił sensacyjny wykład o odkryciu niewidocznego promieniowania, które pochodzi od minerałów zawierających uran – U. zjawisko to nazwał on radioaktywnością. Tak wyglądało pierwsze zetkniecie się człowieka z groźnymi siłami kryjącymi się we wnętrzu jądra atomowego. Dzisiaj wiemy, że w XX wieku, tą kolosalną energię wykorzystano nie w celach pokojowych, ale do opracowania nowych, strasznych rodzajów broni masowego rażenia – BMR.

 

Bomba A dla Hitlera

 

W lutym 1932 roku, angielski fizyk James Chadwick odkrył nową cząstkę elementarną – neutron – która w pewnych określonych warunkach mogła być emitowana przez jądra atomowe. Wychodząc z tego założenia, w dniu 26.I.1939 roku, na konferencji fizyków-teoretyków  w Waszyngtonie, duński fizyk Niels Bohr oznajmił o tym, że po trafieniu neutronu w jądro uranu może się ono rozlecieć na fragmenty z wydzieleniem ogromnej ilości energii.

Francuski fizyk Frederick Joliot-Curie zrazu nie zrozumiał nadzwyczajnej ważności tego wykładu i w marcu tego samego roku opublikował o tym notatkę. W niej mówiło się o tym, że w czasie rozpadu jąder uranu pokazują się inne wolne neutrony, które z kolei będą uderzały w inne jądra. Zaczyna się reakcja łańcuchowa rozpadu jąder uranu, wskutek której dochodzi do wybuchu o takiej mocy, z jaką Ludzkość nigdy się jeszcze nie spotkała.

W tym czasie te wykłady były czymś dalece oderwanym od realnego życia. Jednakże hitlerowskie kierownictwo III Rzeszy odniosło się do prac tych fizyków z całkowitą powagą. I tak czy owak, w dniu 26.IX.1939 roku, przy Heereswaffenamt (HWA) powstało Towarzystwo Uranowe – Uranverein – czyli Niemiecki Projekt Uranowy pod kierownictwem znanego w tym kraju fizyka Wilhelma Heisenberga. Postawiono przed nim konkretne zadanie: sporządzić w najbliższe lata bombę atomową.

 

„Tubylców” nastawiono przyjaźnie

 

W październiku 1939 roku, wiodący fizycy, którzy uciekli przed nazistami do USA w tym Enrico Fermi i Albert Einstein zwrócili się do prezydenta Franklina D. Roosevelta z informacją o tym, czym może grozić Ludzkości rozpracowanie bomby A w hitlerowskich Niemczech. W rezultacie tego, w końcu 1939 roku w Ameryce zaczęto pracować nas specjalnym projektem jądrowym. Jednocześnie we wszystkich krajach z wolnej prasy znikły publikacje dotyczące rozpadu jąder atomowych uranu.[1]

W sierpniu 1942 roku, administracja USA wdrożyła najściślej tajny Projekt Manhattan pod kierownictwem włoskiego fizyka Enrico Fermiego. Kiedy 2.XII.1942 roku w ramach Projektu została przeprowadzona pierwsza kontrolowana reakcja łańcuchowa, do Białego Domu wysłana została następująca informacja: Włoski żeglarz dotarł do Nowego Świata. Ze stolicy USA zapytano: Czy tubylcy są życzliwi? Na co odpowiedziano: Tak, zaprzyjaźniliśmy się z nimi. Do reakcji łańcuchowej wykorzystano 6 ton uranu i 315 ton grafitu jako moderatora neutronów, który nie pozwolił Fermiemu doprowadzić sprawy do nuklearnego wybuchu i zrobić „tubylców” przyjaznymi.

A półtora roku zanim, pracownicy z Kalifornijskiego Uniwersytetu w Berkeley pod kierownictwem Glenna Seaborga zsyntetyzowali transuranowy pierwiastek nr 94, który potem nazwano plutonem – Pu. Dalsze eksperymenty wykazały, że pod wpływem neutronów rozpada się tylko jeden jego izotop nowego pierwiastka – 239Pu. To właśnie na podstawie tego materiału skonstruowano urządzenie jądrowe Trinity, które zdetonowano w dniu 16.VII.1945 roku na poligonie w stanie Nowy Meksyk, a także bombę A - Fat Man, którą zrzucono na Nagasaki w dniu 9.VIII.1945 roku. Trzecia bomba A, którą zrzucono trzy dni wcześniej na Hiroszimę nazywała się Little Boy była zbudowana na bazie uranu.

 

Pierwsza radziecka bomba atomowa - RDS-1

Bomba wodorowa AN-602/RDS-220 Car Bomba

Radziecki projekt uranowy

 

Tylko w drugim roku Wielkiej Wojny Ojczyźnianej , kierownictwo ZSRR zostało zmuszone do zwrócenia uwagi na dane wywiadowcze o zagranicznych pracach nad nową BMR. Już w dniu 28.IX.1942 r. Państwowy Komitet Obrony (GKO) przyjął ściśle tajne zamówienie „O organizacji prac nad uranem”, które przez pół roku było w „zamrażarce” i nikt się nim nie zajął, bo w tym czasie całe siły skierowano na powstrzymanie niemieckiego natarcia na Stalingrad i Północny Kaukaz.

Ale zaraz po zakończeniu Bitwy Stalingradzkiej w gabinecie Stalina przypomniano sobie o uranowym problemie, czego rezultatem stała się Dyrektywa GKO z 11.II.1943 r. o powołaniu do życia Laboratorium Nr 2 AN ZSRR pod kierownictwem prof. Igora Kurczatowa. I tak w liczbie zadań, które rząd postawił przed fizykami, najważniejszym było: …odkrycie sposobów opanowania energii rozpadu uranu i zbadania możliwości wojskowego zastosowania energii uranu. Organizację tego projektu zlecono gen. Awraamowi Zawieniaginowi, zaś odpowiedzialnym za cały projekt GKO ZSRR był szef NKWD Ławrientij Beria.

 

Nasza odpowiedź Ameryce

 

Krótko po atomowych bombardowaniach Hiroszimy i Nagasaki, Politbiuro i GKO ZSRR przyjęły Uchwałę Nr 9887/ss/op „O specjalnym Komitecie przy GKO” z dnia 20.VIII.1945 roku, w której nakazano ostro forsować prace nad zbudowaniem bomby A, w wyniku czego ów Komitet stał się organem przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR (potem Radzie Ministrów ZSRR). Przy nim utworzono Pierwszy Urząd Główny  (PGU), które przejęło całkowite kierownictwo wszystkich przedsiębiorstw wykorzystujących energię atomową i produkcji bomb A. Naczelnikiem PGU został Borys Wannikow, który wcześniej był zastępcą narodowego komisarza ds. uzbrojenia.

Na rozkaz Berii, w całym systemie GUŁAG-u zaczęto wyszukiwać znanych fizyków, których wysłano do specjalnych „szaraszek”.[2] Wśród nich znalazł się także nauczyciel fizyki Aleksander Sołżenicyn. Jeszcze w strukturze GUŁAG-u utworzono urząd Gławpromstroj, w skład którego weszło 15 obozów kolonii karnych, które zawierały w sobie co najmniej 100.000 skazanych. Oni przede wszystkim pracowali w uranowych kopalniach na Kołymie, gdzie wydobywali radioaktywną rudę dla przyszłej radzieckiej bomby A.

Pierwsza w ZSRR i Europie reakcja łańcuchowa została uruchomiona w dniu 25.XII.1946 roku w Moskwie, w eksperymentalnym uranowo-grafitowym reaktorze jądrowym F-1, w którym potem opracowywano technologie otrzymywania plutonu z naturalnego uranu.[3] Potem na podstawie doświadczenia zdobytego na budowie i eksploatacji F-1 w czerwcu 1948 roku na Uralu (obecnie miasto Oziersk) zaczął pracować przemysłowy reaktor jądrowy A-1. To właśnie w nim uzyskano dostateczną ilość plutonu, który w dniu 29.VIII.1949 roku został użyty w pierwszej radzieckiej bombie A na Semipałatyńskim poligonie nuklearnym. Dzięki temu eksperymentowi nasi uczeni zlikwidowali atomową przewagę USA, co zajęło im nie 10-15 lat, jak zakładali Amerykanie, ale tylko 4 lata.

 

Bardzo duży Mike

 

Pierwsze urządzenie termojądrowe nazwane Mike, amerykańscy specjaliści zdetonowali w dniu 1.XI.1952 roku na atolu Eniwetok w archipelagu Wysp Marshalla. Jednakże nie można go było nazwać prawdziwą, bojową bombą H, bowiem było to urządzenie wielkości piętrowego domu o masie aż 82 ton[4], w którym znajdowało się urządzenie kriogeniczne, dzięki któremu deuter[5] - zasadniczy komponent reakcji termojądrowej – mógł się znajdować w stanie ciekłym. Ale ze względu na tak dużą masę nie można było tego urządzenia termojądrowego załadować na samolot i zawieźć nad cel. Moc tej eksplozji wyniosła 10,4 Mt TNT czyli 800 razy silniejszy od bomby A typu Hiroszima. W rezultacie eksplozji, atol Eniwetok został kompletnie zniszczony, zaś krater poeksplozyjny miał milę średnicy. Taka konstrukcja wykorzystujące płynny deuter okazała się nie mająca perspektyw i dalej nigdzie jej nie użyto.

 

Schemat Słojka

 

Pierwsza na świecie prawdziwa bomba H oznaczona jako RDS-6s została wypróbowana w ZSRR na poligonie Semipałatyńskim w dniu 12.VIII.1953 roku. W odróżnieniu od amerykańskiej konstrukcji, radziecki ładunek termojądrowy można było dostarczyć samolotem na miejsce bombardowania na terytorium wroga. Opracowała ją grupa fizyków pod kierownictwem Andrieja Zacharowa i Jurija Charitona, którzy zastosowali schemat Słojka.[6] W jej wierzchniej zewnętrznej warstwie znajdował się materiał wybuchowy (TNT). W środku pomiędzy warstwami było paliwo termojądrowe[7], a w środku – ładunek jądrowy. Materiał wybuchowy aktywowali przy pomocy elektrodetonatorów, w rezultacie czego dochodziło do ściśnięcia bomby, ładunek jądrowy w środku eksplodował i mieszał się z termojądrowym paliwem. Zaczynała się reakcja niekontrolowanej reakcji syntezy termojądrowej czyli eksplozja termojądrowa. Moc tej eksplozji wynosiła 400 kt – czyli 20 razy większa od pierwszej amerykańskiej bomby A. W promieniu 4 km wokół punktu ZERO znajdowała się strefa całkowitego zniszczenia, wszystko było spalone, a ziemia zwitryfikowana.

Przypominam, że w dniu 28 września przypada Dzień Pracownika Przemysłu Atomowego w Rosji. Został on ustanowiony dekretem prezydenta RF Nr 633 z dnia 3.VI.2005 roku, jako dodatek do Uchwały „O organizacji prac nad uranem” z dnia 28.IX.1942 roku.

 

Moje 3 grosze

 

Jako współautor opracowania pt. „Piekielne katastrofy nuklearne” chciałbym dodać coś do artykułu Walerego Jerofiejewa. Zacznę od tego, że hitlerowskie Niemcy chciały dostać w swe ręce broń jądrową i to jest już niemal udowodnione. Użycie BMR przez nazistów skończyłoby się straszliwą masakrą na niespotykaną skalę, bo trudno przypuścić, by hitlerowscy fanatycy liczyli się z ekologicznymi skutkami użycia broni A i H przeciwko przeciwnikom III Rzeszy. Należy w to wątpić – NB, Amerykanie też nie liczyli się z dalekosiężnymi skutkami atomowych bombardowań Japonii (i najprawdopodobniej Korei) i cała nasza wiedza o skutkach użycia tych BMR pochodzi po bombardowaniach.

Naziści mogli przeprowadzić próby z bombami A o niewielkiej mocy – jakieś 10 kt na wyspie Rugii i w Ohrdurf (Turyngia) – na co są relacje świadków. Trzecia bomba, ta z 1942 roku rzekomo odpalona w okolicach Homla nie była bombą nuklearną – ale mogła to być np. bomba o dużej mocy, coś à la brytyjski Tallboy albo bomba termobaryczna w rodzaju MOAB czy FOAB.

Bomby te Niemcy mogli przygotować w swoich placówkach badawczych w Jonastalu, a także mniejszych zakładach takich jak Luftamunitionanstallt – skład amunicji lotniczej czyli Luftmuna 1/II w Bromberg (Bydgoszczy) i Luftmuna 4 w Speck (dziś Mosty k./Goleniowa). To tam mogli zmontować bombę A, którą później zrzucono na Rugię. 

Reaktor jądrowy w Heigerloche

Podobne urządzenia mogły znajdować się w Luftmunach w Bydgoszczy i Mostach k./Goleniowa

Poza tym zapewne zamierzali zbudować jakieś instalacje poza zasięgiem radzieckiego i alianckiego lotnictwa – na co wskazuje przypadek zatopienia statku SS Artushof na Zalewie Szczecińskim. Statek ten przewoził elementy techniczne reaktora jądrowego. Czy było to wyposażenie z którejś Luftmuny, które ewakuowano do Rzeszy? Bardzo możliwe. Jak na razie nie ma rozwiązania tej zagadki.

Podobnie jak nie ma rozwiązania zagadki podziemi Gór Sowich i zamku Książ, które ktoś podpalił – ciekawe dlaczego? Osobiście jednak jestem przekonany o tym, że w Górach Sowich pracowało się nad czymś innym i to coś wymagało ogromnych ilości energii. Możemy tylko zgadywać – albo nad bombami D i antymaterią, albo nad przemieszczaniem się w Czasie – co atoli jest już tematem na inną balladę…     

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 39/2021, ss. 20-21

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] To stało się sygnałem dla radzieckiego wywiadu, że coś zaczęto robić w sprawie wykorzystania tego rozpadu i zaczęto „węszyć” w tej sprawie.

[2] A konkretnie do Agudzery i Gorki.

[3] Naturalny uran jest mieszaniną nietrwałych izotopów 234,235,238U, z których U-234 występuje śladowo. Rozszczepialne izotopy U-233 i U-236 otrzymuje się sztucznie.

[4] W innych źródłach 60 ton.

[5] Tzw. ciężki wodór – D albo H-3.

[6] Dosł.: ptyś.

[7] Wodorek litu – Li2H (LiD).