Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alchemicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alchemicy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2025

Zagadki Made in Slovakia

 


Jana Čavojská

 

Dr Miloš Jesenský rozwiązuje rebusy Przeszłości.

Czy byli na Słowacji Templariusze, którzy zakopali tutaj wraz ze swym Wielkim Mistrzem także swój skarb? Czy udało się alchemikom z Bratysławy wyprodukować złoto? Odwiedźmy z nami miejsca słowackich zagadek.

Wojownicy, którzy byli także mnichami. Rycerze Czerwonego Krzyża, których zwano także Rycerzami Chrystusa i Świątyni Salomona – z czego zostali oni znani jako Templariusze. Czy jest także prawdą, że tajemniczy kościółek w liptowskiej wsi Martinček jest dziełem ich rąk? I czy parę kilometrów dalej, w krypcie kościoła w Ludrovej, spoczywa ich Mistrz – Johannes Gottfried von Herberstein, którego podczas odwiedzin Węgier w roku 1230 zamordowali (albo zbóje czy jego właśni ludzie – zdrajcy)? A wraz z nim mieli oni do grobu pod ołtarzem włożyć skarb o ogromnej wartości…

 

Zabawa w muzeum

 

- Niestety nie pozwolono nam na archeologiczne badania – mówi dyrektor Kysuckiego Muzeum  i badacz historycznych zagadek, który już od lat szuka rozwiązania dla największych rebusów z Przeszłości. Na koncie ma ponad 40 książek i porównują go do Dänikena. Miloš Jesenský jest przekonany, że Templariusze przebywali na terytorium Słowacji. Wyczytał to głównie ze źródeł pisanych i różnych zdarzeń historycznych. Z wielu średniowiecznych twierdz zostały tylko ruiny i trudno jest powiedzieć, czy jakie jeszcze są w nich tajemnice.

- Ale dlaczego mielibyśmy się mylić w kwestii Templariuszy? – pyta Miloš Jesenský i oczy zabłysły mu tak, kiedy mówi o jakiejś zagadce.

Naczelny propagator historii studiował – dziwuj się świecie! – medycynę weterynaryjną. Jednakże nigdy nie był weterynarzem. Od dziecka przyciągały go zagadki, pytania z Przeszłości na które nie było odpowiedzi, zjawiska paranormalne, polemiki o Pozaziemianach i Ich odwiedzinach na Ziemi. Tematem jego pracy doktorskiej były dzieje alchemii. Według jego poglądów, historia nie powinna pokrywać się kurzem. Nie możemy zamknąć jej w nudnych, pachnących naftaliną eksponatach. Wręcz na odwrót – muzea powinny być żywymi miejscami spotkań, w których Przeszłość prezentuje swoją prawdziwą formę. Za tym przemawia ten fakt, że dzieci poznają twórczość Leonarda da Vinciego w centrach handlowych a nie w muzeach.

 

148 Ojczenaszów i banki

 

Wojskowy zakon Templariuszy założyło w latach 1118-1119 ośmiu francuskich rycerzy – członków I Krucjaty. Zakon miał ochraniać święte miejsca i pielgrzymów na drodze do Jerozolimy. Już w 10 lat później nieli ubodzy rycerze swoją siedzibę blisko Świątyni Salomona w Jerozolimie – 300 rycerzy i ponad 1000 piechocińców. Musieli oni przestrzegać następujących zasad: nosić białe habity, zmówić modlitwę „Ojcze nasz” 148 razy dziennie, milczeć przy wspólnych posiłkach, starać się o swój sprzęt i uzbrojenie, mieszkać w skromnie urządzonych celach, przestrzegać ścisłego celibatu. Nikt niczego nie miał na własność – wszystko było wspólne. Także tajemnice – osobiste listy każdego brata czytano na głos. Jeszcze ściślejsze reguły obowiązywały podczas walki. Nie mogli ustąpić, póki łopotała nad nimi flaga. Za templaryjskich jeńców nie dawano okupu.

Ubodzy bracia stopniowo się bogacili. Byli uwolnieni od płacenia świeckich i kościelnych podatków i danin. Na swych terenach mogli być wybierani. Dokonywali oni jak na ten czas rewolucyjne transakcje i operacje finansowe, podobne do dzisiejszych. Pod ich ochroną na drogach zbójcy mieli ciężki problem i ponosili wielkie ryzyko. Podróżny mógł wpłacić pieniądze w jednej templaryjskiej komandorii i wypłacić w innej u celu swej podróży, albo tam, gdzie akurat przebywał. Jednakże niektórzy myśleli, że templariuszowscy alchemicy znaleźli sposób jak zamienić ołów w złoto i dlatego byli tacy bogaci.

 

Czerwoni mnisi i zagadkowa śmierć

 

Na górze we wsi Martinček, zaledwie kilka kilometrów od Rużemberoka, stoi średniowieczny kościół ozdobiony pięknymi freskami. Góra ta w źródłach pisanych nosi nazwę Mnich. I historycy z XIX wieku zgadzają się w tym, że stał tam templariuszowski klasztor. Historyk Damian Fuxhoffer w swym dziele „Monasteriologia Regni Hungariae” wydanym w Ostrzyhomiu[1] w 1803 roku, pisze tak:

Dokumenty potwierdzające te wydarzenia dostały się do naszych rąk z archiwum słynnego rodu Herbersteinów z rozkwitającego Sztajerska[2] i stoi w nich dosłownie tak: Johannes Gottfried Herberstein – wielki wizytator i przedstawiciel Zakonu Templariuszy, zmarł w czasie wizyty w roku 1230 na Węgrzech, na skraju Liptowa, na górze Mnich przy Świętym Marcinie.

Śmierć wizytatora stanowi cały czas tajemnicę. Nie wiadomo, czy zginął w potyczce, kiedy przyszedł na pomoc kupcom napadniętym przez rozbójników czy został zamordowany przez zdrajcę. Tak czy inaczej, skonał on na górze Mnich w klasztorze, kiedy nie było tam jeszcze kościoła (wg dostępnych źródeł został on zbudowany w 300 lat później) więc pochowano go w najbliższej świątyni. Miał to być kościół p.w. Wszystkich Świętych w Ludrowej k./Rużemberoka, w którym (uwaga polonicum!) wg Jána Kalinčaka – z wyprawy przeciwko Turkom wracający się Jan III Sobieski, król polski, służby Boże wykonał.

Skarb, czyli jakiś wóz wyładowany skrzyniami z kosztownościami, wspominają także legendy. A także tajny, podziemny tunel pomiędzy tamplariuszowskim klasztorem na szczycie Mnicha a Likawskim Hradem. Historycy do dziś dnia się spierają o to, czy Czerwoni Rycerze byli na naszej ziemi czy nie. O ich obecności bardziej mówią miejscowe podania, niż konkretne dokumenty. Ale co jeśli tak…?

 

Alchemik Kempelen

 

Poszukiwali kamienia filozoficznego czyli tynktury potrzebnej do przemiany zwykłych metali w złoto, próbowali stworzyć eliksir życia, rekonstruować żywe organizmy z ich popiołu czy stworzyć homunkulusa – żywą istotę w laboratorium. Alchemicy działali także w Bratysławie. Stefan de Liszty ma nawet rzeźbę i pamiątkową tablicę na ulicy Laurinskiej, na ścianie jednej z restauracji, ale w rzeczywistości na początki XVII wieku udało mu się wyprodukować złoto nieco dalej, bo na Uršulinskiej 11. Najbardziej znanym z bratysławskich alchemików był baron Jan Wolfgang von Kempelen (1734-1804). Ten sekretarz i radca dworu zajmował się fizyką i mechaniką. Studiował prawo i filozofię w Bratysławie, Györ, Wiedniu i Rzymie, władał 6 językami. Jego dom rodzinny stale stoi na rogu ulic Dunajskiej i Klemensovej w Bratysławie.  Chociaż fasada została zrekonstruowana, to jednak widać na nim starą architekturę.

Wynalazca skonstruował czerpadło, które na bratysławski Zamek dostarczało wodę z Dunaju, armatkę wodną dla wiedeńskiego Schönbrunn, a także instalację nawadniającą na Žitnom Ostrove. Skonstruował on jeszcze więcej interesujących maszyn, które nie przestawały zadziwiać jego współczesnych. Tak np. mówiącą maszynę, która miała nos i usta, miechy na miejscu płuc i imitację strun głosowych. Albo też specjalną maszynę do pisania dla niewidomych.

 

Turek, który wygrywał w szachy

 

Ale na cały świat Kempelena rozsławił inny wynalazek: legendarna maszyna do grania w szachy zwana Turkiem. Figura podobna do Turka siedziała ze skrzyżowanymi nogami. Siedziała przed skrzynką z jaworowego drewna z szachownicą. Turek pokonał w szachowych rozgrywkach największych szachistów swoich czasów, a to: Benjamina Franklina, Fryderyka II i Napoleona Bonapartego. Kempelen przedstawił Turka na wiedeńskim dworze królewskim, a potem odbył z nim tournée po Europie. Potem przedziwną maszynę sprzedał znanemu mechanikowi Johannesowi Nepomucenowi Maelzelowi za 30.000 franków. Ten z nim występował w Paryżu, Londynie i USA. Turek przyniósł mu sławę i pieniądze. I wbrew temu, legendarny automat skończył zapomniany w jakimś muzeum osobliwości i w końcu zniszczył go pożar. Ale jaka była tajemnica tego urządzenia? W rzeczywistości w jego wnętrzu siedział szachista, świecił sobie świeczką, a ruchy na szachownicy śledził dzięki magnesikom w figurkach. I chociaż w ten sposób jego zagadkę wyjaśniło amerykańskie czasopismo „The Chess Monthly”z 1857 roku, to nikt już nie mógł tego sprawdzić. Urządzenie spłonęło trzy lata wcześniej.

Kempelen w Wiedniu poznał słynnego włoskiego anatoma Giovanniego Spalanzaniego i się z nim zaprzyjaźnił. Spalanzani często odwiedzał swego nowego przyjaciela w Bratysławie i w końcu postawił pałac na przedmieściu Zuckermandel. Tam mógł całkowicie się oddać swoim badaniom. Próbował zrobić syntetyczną krew z roślin. Hodował je w wielkim ogrodzie w inspektach i szklarniach, a otrzymane związki chemiczne aplikował do żył zwierzętom doświadczalnym. Miejscowi zaczęli nazywać jego pałac Blutfabrik – fabryką krwi. Krążyły o nim straszne opowieści.

 

Czy inspirowaliśmy Juliusza Verne’a?

 

Czy Słowację odwiedził słynny pisarz fantasta i wizjoner Jules Verne i czy stąd czerpał pomysły na swe powieści? Miloš Jesenský jest przekonanym, że tak. Twierdzi on, że te odwiedziny Słowacji zainspirowały go do napisania powieści „Tajemniczy zamek w Karpatach” – a tym inspirował się także Bram Stoker, kiedy pisał swego „Drakulę”. Wedle Jesenský’ego Jules Verne przyjechał na Słowację w 1892 roku. Spędził tam parę dni, a oprowadzał go student Janko – a dokładniej Ján Maliarik – późniejszy pastor ewangelicki, pisarz, filozof i publicysta. O odwiedzinach naszej krainy Verne rzeczywiście opowiedział w wywiadzie dla pewnego duńskiego dziennikarza. Kiedy już zwiedziłem dwie stolice Monarchii[3], udałem się do mniejszego, ale bardzo starego miasta Prešporka[4]. Tam miałem się spotkać z pewnym węgierskim pisarzem[5], który miał mnie zaprowadzić po karpackich gór. Niestety, przez sprawy rodzinne nie mógł on przyjechać do Prešporka, tak że zostałem w hotelu zupełnie sam. Wszyscy obok mnie mówili po słowacku, niemiecku i węgiersku tak że nie rozumiałem ani słowa. Na próżno prosiłem hotelarza, by mi sprowadził jakiegoś przewodnika. Kogoś takiego tam nie mieli. Ale w pewnej kawiarni napotkałem młodego człowieka, który czytał francuską gazetę. Zagadałem do niego i poprosiłem, by za pewne honorarium oprowadził po tutejszych drogach. Zgodził się. Był to Słowak, student teologii. Miał na imię Ján, ale jego przyjaciele wołali Janko. Powiedział mi, że to jest zdrobnienie imienia, a ja pomyślałem, że gdybym był Słowakiem, to by na mnie wołali Julko.

Wraz ze studentem Jankiem Jules Verne zwiedził zamek Devin, podróżował górami i dolinami, zobaczył słowacką wieś. Powieść „Tajemniczy zamek w Karpatach” dokończył już po powrocie.

*** 

Godzi się w kontekście dokonań barona von Kempelena wspomnieć o polonicach i filmowych parantelach. Pierwszym polonicum jest nowela Ludwika Niemojewskiego (1823-1892) w której opisuje on dzieje niezwykłego wynalazku von Kempelena. Nowela ta została sfilmowana przez Andrzeja Zakrzewskiego i jako „Szach i mat” ukazała się na ekranach TV w 1967 roku w cyklu „Opowieści niezwykłe”.

Drugą parantelą filmową jest film „Szachista”  (1972) w serialu „Słynne ucieczki” w reżyserii Christiana Janque’a.

Oba te filmy są dostępne w Internecie.

Trzecią – tym razem literacką – jest książka Waldemara Łysiaka pt. „Operacja Szachista” (PAX, 1980), w której opisuje on fikcyjną operację wywiadu brytyjskiego mającą na celu porwanie Napoleona Bonapartego. Akcja miała na celu porwanie Napoleona Bonaparte i podstawienie na jego miejsce sobowtóra. Zadanie to byłoby wykonane za pomocą sławnego pseudoautomatu Mechaniczny Turek, który został sprowadzony do zamku w Szamotułach i tam nastąpił kulminacyjny punkt tej operacji.[6]   

I jeszcze à propos alchemików, to należy tu przypomnieć postać króla adeptów a jednocześnie twórcy nowoczesnej farmacji. Był nim Phillippus Aueolus Teophrastus Bombastus książę von Hohenheim zwany Paracelsusem (1493-1541), który przez pewien czas mieszkał w Bratysławie i Banskej Bystricy, gdzie miał nadzór nad wydobyciem złota w tamecznych kopalniach. Oczywiście uprawiał on alchemię i usiłował uzyskać złoto z podlejszych metali. Nie udało mu się, jak wszystkim innym. Dopiero stało się to możliwe pod koniec XX wieku, ale to już inna bajka…    

 

Źródło – „Nota Bene” nr 157, ss. 8-10

Przekład ze słowackiego - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz    

 



[1] Dziś Esztergom, Węgry.

[2] Styrii.             

[3] Chodzi o Wiedeń i Budapeszt.

[4] Dawna nazwa Bratysławy.

[5] Był to Maurycy (Mór) Jokai.

[6] Wikipedia.

środa, 11 września 2019

Rosyjska alchemia


Jan Matejko - "Alchemik Sędziwój"

Dimitrij Sokołow


Alchemia, jako nauka o przemianie metali w złoto, w świadomości mas zawsze wiązała się ze średniowieczną Europą. Gdzieś w piwnicach zamkowych, za grubymi murami klasztorów, czy to w czarcich młynach alchemicy bezskutecznie próbowali otrzymać drogocennym metal sztucznym sposobem. A w Rosji? Źródła twierdzą, że średniowieczna Rosja w niczym nie ustępowała, a niejednokrotnie przewyższała Europę w tej dziedzinie. Jedynego, czego w naszym kraju nie było, to właśnie alchemików, o czym historyczne dokumenty na ten temat milczą. Jednak znany pisarz i historyk Andriej Sinielnikow z faktami w rękach twierdzi, że alchemiczne dzieło było postawione w Rosji nie gorzej niż na Zachodzie. Swoimi poglądami podzielił się z naszym czasopismem.


Pytanie: Andrieju Zinowiejewiczu – czy w Rosji uczeni próbowali otrzymać złoto z nieszlachetnych metali?
Odpowiedź: Być może pan się zdziwi, ale w Rosji alchemicy rzeczywiście istnieli. W historii zachowało się niemało informacji o ludziach o tej tajemniczej profesji, żyjących na terytorium naszego kraju w Średniowieczu. O tym fenomenie napisano cały szereg książek, spośród których mógłbym odznaczyć wyjątkowo interesującą pracę Olega Fomina, który dla potomnych opisał historię alchemików na Powołżu podkreślając, że nie tylko w stolicach państwa[1] prowadzono alchemiczne doświadczenia, ale także w oddalonych – można powiedzieć „zapadłych” kątach kraju. 

P. Pozwoli pan - dlaczego zatem to zjawisko nie zostało odnotowane w pracach klasyków naszej literatury i historii?
O. Sądzę, że wszystkiemu jest winna cenzura, w tym także ta religijna. Teraz nie można powiedzieć, że nie ma żadnych informacji o rosyjskich alchemikach Średniowiecza. W pracach europejskich, perskich a nawet arabskich podróżników przebywających na Rusi, spotyka się wiele informacji o ludziach tej profesji. I tak np. znany historyk Jegor Klassen odnotował, że w Niemczech do dziś dnia (czyli XIX wieku) wykorzystuje się rosyjskie górskie nazwy. A do tego Klassen podaje zupełnie zadziwiające rzeczy! Tak np. pisze on:
- Ruś jeszcze do narodzenia Chrystusa obfitowała w złoto; znajdowało się go dużo w miejscach, gdzie nie było złotej rudy, może się ono pojawić tylko drogą handlu.
Uważam, że Klassen się mylił! Złoto mogło się pojawić całkiem z innego źródła, a to dzięki uwieńczonym powodzeniem doświadczeniom alchemicznym, które utrzymywano w ścisłej tajemnicy…

P.: Brzmi fantastycznie!
O.: Jeżeli odwrócimy się od starych podań z głębokiej przeszłości i zwrócić się ku historii kilku ostatnich wieków, to w pełni można znaleźć ślady wydarzeń, które tak bardzo starano się usunąć z naszej pokręconej historii. Tak więc wiadome jest doniesienie, wedle którego u Iwana IV Groźnego na służbie był „arkanista” niejaki Jelisiej Bomielij. W Trzecim Pskowskim Letopisie nazywa się go „szalonym mędrcem”. Bomielij jest znany w rosyjskich aktach z tego czasu jako „dochtór Jelisiej”, który był rodem z Holandii. Niektórzy twierdzą, że miejscem jego narodzenia było Wezel (Westfalia). Dzisiaj jest on znany wg atestacji N.M. Karamzina jako:
Doktor Jelisiej Bomelij oszust i hochsztapler wygrany z Niemiec, który uzyskał dostęp do cara, bo spodobał mu się dzięki swym sztuczkom, wzbudzał w nim strach, podejrzenia; oczerniał bojarów i naród, przepowiadał bunty i powstania, by dogodzić nieszczęsnemu stanowi duszy Joannowej (Iwana). Królowie na dobre i złe zawsze mają chętnych pomocników; Bomielij zasłużył na miejsce pomiędzy zausznikami Johanna, to znaczy pomiędzy złoczyńcami Rosji.
Ów „dochtór”, „dziki mędrzec i heretyk”, w samej rzeczy przepowiadał bunty i rewolty oraz był trucicielem, który usuwał niewygodne dla Iwana osoby. Astrolog, mag, alchemik, profesjonalny wytwórca skutecznych trucizn – Bomelij był przez długi czas bliski sercu Iwana Wasiliewicza, który przygotowywał zioła ze znawstwem tak, że można było przewidzieć dzień i godzinę śmierci państwowej ofiary. Jednakże od nadmiaru powodzenia zamorskiemu czarodziejowi woda sodowa uderzyła do głowy. W czasie carskiej wyprawy na Nowogród, przyszedł na niego donos jakoby wraz z nowogródzkim arcybiskupem zawiązał spisek przeciwko samemu Iwanowi Groźnemu! Surowy car jak wiadomo żartować nie lubił: „dochtóra” wzięto w dyby a potem przypiekano ogniem. Lego los był przesądzony i o ile data urodzenia carskiego lekarza nie jest pewna, to rok jego śmierci jest oczywisty – 1579, kiedy to na rozkaz Iwana IV został spalony za polityczne intrygi.

Devius przed królową Elżbietą I

P.: Czy na tym czarodzieju-alchemiku skończyła się ich kariera na carskim dworze?
O.: Rzecz w tym, że właśnie od Bomelija u ruskich samodzierżawców zaczyna się niewyjaśniona miłość najpierw do zamorskich lekarzy i trucicieli, a potem czarowników i alchemików. Po straceniu Bomelija Iwan Groźny w 1581 roku poprosił Elżbietę I królową Anglii o przysłanie mu ludzi biegłych w kunszcie lekarskim i aptekarskim. Elżbieta szybko odpowiedziała na prośbę moskiewskiego cara przysyłając następującą odpowiedź:
Potrzeby Ci uczony i przedsiębiorczy człowiek dla twego zdrowia; wysyłam Tobie jednego ze swych przybocznych doktorów, uczciwego i uczonego człowieka. Wysyłam do Ciebie doktora Roberta Jacoby’ego, męża wielce doświadczonego w leczeniu chorób, nie dlatego, że był on niepotrzebny mnie, ale dlatego, że jest on potrzebny Tobie. Możesz śmiało powierzyć mu Twoje zdrowie.
P.: Czy inni carowie też przyjmowali alchemików z Europy?
O.: A czemu tylko z Europy? Od XVI wieku na Rusi działali nasi rodzimi alchemicy. Tak więc pierwsze wspomnienie o rosyjskiej alchemii pochodzi z 1596 roku i z czasów panowania cara Fiodora Iwanowicza. W Twerze pewien człowiek „przepuszczał” (przerabiał) rudy złota i srebra. Jego to dostarczono na carski dwór i pod groźbą tortur zmuszono, by powtórzył to samo. Ale alchemik po dokonaniu kilku nieudanych doświadczeń zawołał do nieba: Panie Boże! Wielu próbowało wcześniej i nie potrafiło. Dawałem te same zioła, wlewałem te same nalewki, ale przemiana nie wyszła. Car zapytał także i ucznia alchemika z Tweru. Rezultat żałosny: Obaj zmarli w takich strasznych męczarniach, zatruwszy się rtęcią. Do tego zainteresowanie Fiodora Iwanowicza alchemią było nadzwyczajne i przejawiło się jeszcze w 1586 roku. Z historii wiadomo, że car zajmujący się modną wtedy alchemią, zaprosił do siebie znanego angielskiego kabalistę i alchemika dr Johna Dee zwanego Deviusem, który w tym czasie przebywał na praskim dworze u cesarza-alchemika Rudolfa II. Nie jest tajemnicą, że Borys Godunow także wiele czasu spędził w Choroszewie z zagranicznymi lekarzami i alchemikami obserwując ich doświadczenia…

Czy Devius miał kontakty z innymi światami?

P.: Dziwne, że przy takiej wielkiej miłości carów rosyjskich do alchemii i nie pozostały żadne dokumenty opisujące ich doświadczenia.
O.: Jest to całkowicie błędne mniemanie, wszak w siedemnastowiecznej Rosji został napisany swoisty… podręcznik alchemii! Rzecz w tym, że w 1621 roku, jeden z pierwszych carów dynastii Romanowów – Michaił Fiodorowicz zaprosił do siebie na służbę Arthura Dee – syna tegoż samego Johna Dee, który ongi przybył do Rosji na zaproszenie cara Fiodora Iwanowicza. W Rosji Arthur Dee występował pod pseudonimem Artemija Joannowicza Dijewa przez 10 lat, napisawszy w 1629 roku „Chemiczny zbornik” w którym skrajnie tradycyjnie – w odróżnieniu od prac swego ojca-czarnoksiężnika – położył podwaliny alchemii.

P.: Jeżeli państwowy gość pisał traktaty o alchemii, to na pewno istniały państwowe laboratoria alchemiczne, a także scentralizowane zaplecze materiałowe dla wielu eksperymentów alchemicznych?
O.: Istniały i one, wprawdzie już za panowania Aleksieja I Michajłowicza, któremu swe usługi zaofiarował holenderski alchemik von Haiden. Istnieje interesujący carski ukaz z 1663 roku. W nim car ogłasza, co następuje:
W Grzelskiej wołoszczyźnie dla aptekarskich i alchemickich prób poszukać gliny. Na jej poszukiwania wysłać z Moskwy mistrza Paszkę Ptickiego.  
Doskonale wiadomo, że w tym czasie w Aptekarskim Wydziale już w dostatecznym stopniu obracali się alchemicy i adepci alchemii. Później, w 1718 roku, według ukazu Piotra I, Kolegium Górnicze poszukiwało w Okręgu Moskiewskim, Grzelskiej i Sieleńskiej wołoszczyźnie rud witriolu (uwodniony siarczan żelaza – FeSO4 · 7H2O i uwodniony siarczan miedzi – CuSO4 · 5H2O). A przecież wiadomo, że witriol w alchemii jest jedną z postaci Trzeciego Elementu, za pośrednictwem którego powstaje siarka filozofów i filozoficzna rtęć.


Źródło – „Siekriety i Archiwy”, nr 1/2019, ss. 11-12
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz       


[1] Ówczesna Rosja miała dwie stolice: w dzisiejszej Moskwie i Sankt Petersburgu/Piotrogrodzie.

środa, 21 sierpnia 2019

Alchemik III Rzeszy




Dimitri Sokołow


W Imperium Rosyjskim poczynając od XVI wieku aż do rewolucji w 1917 roku, istniała oficjalna funkcja nadwornego alchemika. W swoim czasie pełnił ją Michaił Wasiliewicz Łomonosow.

Otrzymanie złota z ołowiu przez wieki było marzeniem mnóstwa alchemików, pośród których czasami trafiali się i monarchowie oświeconej Europy. Niestety, ich trud nie zwieńczył sukces. Jednakże w 1925 roku, w Niemczech pojawił się awanturnik twierdzący, że potrafi zrobić złoto z ołowiu. Dano mu wiarę…


Generator „genialnych” idei


Trudno powiedzieć, czy znano w Bawarii z pierwszej ćwierci XX wieku popularną bajkę o kaszy z topora. Tym niemniej, jeden z urodzonych tam Niemców – Franz Tausend – postanowił powtórzyć drogę życia pewnego rosyjskiego żołnierza i oświadczył, że zna sposób na uzyskanie złota z nieszlachetnych metali. Oczywiście mu nie uwierzono, chociaż w Europie istniało wiele średniowiecznych muzeów z alchemicznym złotem i nawet monetami wybitymi z niego. Ale nikt nie odnosił się poważnie do tych eksponatów. Przecież gdyby ktoś odkrył tajemnicę kamienia filozoficznego[1] to świat przewróciłby się do góry nogami. Ale Tausend nie poddawał się i twierdził, że przeprowadził wiele udanych eksperymentów otrzymując złoto z ołowiu w zwykłej pracowni pod Monachium. Ale żeby nadać sprawie bieg niezbędne mu były środki finansowe. Sponsorów jednak nie znaleziono. W rodzinnym mieście potraktowano go jak awanturnika.

Zanim pokazał im alchemiczny sposób robienia złota, Bawarczyk wydał skandaliczną książkę pt. „180 pierwiastków chemicznych, ich masy atomowe i włączenie ich do układu harmoniczno-okresowego pierwiastków”. Do tego, wedle słów samego autora, 100 pierwiastków zamierzał on dopiero odkryć. Oczywiście otoczenie odnosiło się do Tausenda z odpowiednio dużą dozą sceptycyzmu, ale jak wiadomo – guttae lapidem caveat – krople drążą skałę, i tak po pewnym czasie nasz awanturnik pozyskał swego pierwszego inwestora, który włożył w jego interes niebagatelną sumę – 100.000,- RM. Jednakże zamiast tego, by zacząć budowę fabryki do produkcji złota, Tausend… rzucił się do skupywania działek ziemi i spekulacje nimi, co przyniosło mu większy dochód, niż produkcja złota…


Franz Tausend

Alchemik z wielkiej drogi


Tak więc Tausend zapomniał o swoim „głównym celu”. Otrzymując wielkie pieniądze, a z nimi możliwości bywania w sferach, bawarski alchemik poznał kierownictwo, nabierającej coraz bardziej na znaczeniu w Niemczech partii nazistowskiej – NSDAP. Potrafiąc operować wielkim i pieniędzmi, rzutki Bawarczyk nie myśląc wiele barwnie opisał świetlaną przyszłość bonzom Trzeciej Rzeszy wynikającej z nieograniczonej produkcji złota na skalę przemysłową wedle jego recepty. Ziarno padło na podatny grunt. Naziści mający ciągotki do mistyki poszli na lep słów Tausenda. Jednakże okazali się być ludźmi praktycznymi, przez rozpoczęciem finansowania poprosili go o zademonstrowanie im metody otrzymania złota z ołowiu. Wypadałoby cwanemu Bawarczykowi obrócić wszystko w żart i nie pokazywać się na oczy nazistom. Ale nie! Tausend bez mrugnięcia okiem zgodził się na zademonstrowanie swej unikalnej metody w praktyce.

Alchemiczne Wielkie Dzieło miało mieć miejsce w łazience pokoju hotelowego. Aby wykluczyć oszustwo, naziści przyprowadzili ze sobą inżyniera-chemika, który miał za zadanie nadzorować czystość eksperymentu. Z ramienia NSDAP był tam gen. Erich Ludendorf, bliski przyjaciel Hitlera i także aktywny uczestnik Monachijskiego Puczu Piwnego.[2] Roztopiwszy ołów, alchemik dodał do niego trzy gramy tlenku żelaza (Fe2O3) i po szeregu manipulacji rzeczywiście otrzymał 0,3 g złota. Ekspert nie wierząc własnym oczom zwrócił się do Ludendorfa i ostrożnie stwierdził:
- Panie generale, to niewiarygodne, ale to jest złoto…


Włoska rezydencja Franza Tausenda


Zręczność rąk?


Po tym, jak kierownictwo NSDAP zawierzyło Franzowi Tausendowi, na jego ręce literalnie rzeką spłynęły wielkie inwestycje. Wkrótce pod naciskiem swoich nowych mocodawców, Tausend zarejestrował tzw. Spółkę 164, której zadaniem było uzyskiwanie złota z ołowiu. Generał Ludendorf jako kurator alchemika kontrolował finansowanie jego projektu, podpisał z Tausendem niewolniczą umowę, na mocy której wszelkie prawa do jego alchemicznej metody przechodziły na generała, a sam Tausend miał zadowolić się jedynie 5% udziałem w zyskach przedsiębiorstwa. Ku ogromnemu zdumieniu Ludendorfa, Bawarczyk przystał na to od razu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Tausend nie zamierzał produkować jakiegokolwiek złota, bowiem interesowały go pieniądze załatwiane przez generała i możliwość operowania nimi.

Zgodnie z podziałem pakietu akcji, dochód kompanii podzielono następująco: 12% szło do akcjonariuszy, 8% do asystentów, 5% dla Tausenda, a pozostałe 75% generał zabierał dla siebie i na potrzeby NSDAP. Bardzo szybko na kontach przedsiębiorstwa zgromadziło się ponad 1 mln RM, które rozporządzenie nimi powierzono Tausendowi. Inwestorzy i akcjonariusze z niecierpliwością oczekiwali, kiedyż to wreszcie zacznie się produkcja złota na skalę przemysłową. Na próżno. Tausend miał o wiele ważniejsze zadania. Jeździł on po całym kraju rejestrował kompanie, które dzisiaj nazwalibyśmy pralniami pieniędzy. Najczęściej organizacje te występowały pod nazwą Towarzystwo Badawcze Franza Tausenda. A do tego alchemik nie przestawał reklamować na prawo i na lewo swe odkrycie. Doszło do tego, że w inwestorach jego kompanii produkującej złoto z ołowiu znalazł się sam Benito Mussolini, a filie jego firmy pojawiły się we Włoszech.

Ale chciwość i samouwielbienie obróciły się w końcu przeciwko niemu i zgubiły bawarskiego alchemika. Włosi okazali się być niedostatecznie egzaltowanymi i łatwowiernymi jak Niemcy i potrzebowali dowodów na prawdziwość metody Tausenda. Licząc na to, że eksperyment podobnie jak w przypadku Ludendorfa przebiegnie pomyślnie, Tausend zaprosił Włochów do siebie do laboratorium. Był wielce zdziwiony, kiedy na progu swego laboratorium ujrzał nie paru ekspertów, nasłanych na niego przez Duce, ale znanego profesora chemii otoczonego wielką grupą uczonych. Uciec nie było dokąd i eksperyment się rozpoczął. Z początku wszystko szło jak po maśle, ale w najważniejszym momencie profesor dokładnie obserwujący „robienie złota” złapał Tausenda za rękę w chwili, w której awanturnik zamierzał wrzucić do tygla kawałek ołowiu z cząstkami wtopionego weń złota. Oszustwo zostało zdemaskowane. Powstał z tego ogromny skandal.

Franz Tausend na ławie oskarżonych


Krach aferzysty


Przeczuwając szybki koniec, w 1929 roku Tausend ogłosił bankructwo swego Towarzystwa Badawczego Franza Tausenda, oczyścił konta z miliona marek na zakup… działek ziemi i zapisał je na swe nazwisko. Wkrótce został on aresztowany za oszustwo. Od natychmiastowej rozprawy sądowej uratowało go tylko to, że naziści nie przejęli jeszcze pełni władzy w kraju[3], a świadkami w procesie byliby bardzo wysoko postawieni ludzie z NSDAP. Postanowił więc blefować do ostatka, Franz Tausend butnie oświadczył, że wszystkie oskarżenia są kłamliwe, a on rzeczywiście zna sposób „robienia złota” z ołowiu i zażądał przeprowadzenia eksperymentu śledczego. I choć brzmi to niewiarygodnie, sąd przychylił się do jego prośby. (!!!)

Kolejne, trzecie już z kolei, pokazowe „warzenie złota” miała miejsce w budynku monachijskiej mennicy. Aby wykluczyć możliwość oszustwa, Bawarczyka rozebrano i starannie zrewidowano. Dopiero potem dopuszczono go do przeprowadzenia eksperymentu. Następnie stało się coś niewiarygodnego. Tausend z ołowianej próbki o wadze 1,67 g uzyskał maleńką kuleczkę składającą się z 0,095 g złota i 0,025 g srebra.

Sąd był w zamieszaniu, a adwokaci natychmiast zażądali wypuszczenia swego klienta. Uratowali sprawę badacze, którzy przytomnie oświadczyli, że nie sądzi się go za możliwość robienia złota z ołowiu, ale za machinacje i oszustwa finansowe o wielkich rozmiarach. W 1931 roku fałszywego alchemika skazano na 3 lata i 8 miesięcy pozbawienia wolności.

Franz Tausend zmarł w 1942 roku, pozostawiając potomnym zagadkę, kimże on był w rzeczy samej: utalentowanym uczonym-samoukiem czy jednym z najbardziej cwanych awanturników w historii Niemiec.


Moje 3 grosze


Pomijając fakt, że Tausend był jednak tym drugim, wciąż pozostaje otwarte pytanie o robienie złota w III Rzeszy. Pisząc wraz z dr. Milošem Jesenským książkę na temat pozaziemskich technologii w III Rzeszy[4], zwróciliśmy uwagę na pewien dziwny aspekt istnienia tajemniczego kompleksu Der Riese w Górach Sowich.

Powszechnie uważa się, że Riese było częścią kompleksu dowódczo-sztabowego, fabryką broni i amunicji, kompleksem badań nad bronią jądrową, kompleksem badawczo-produkcyjnym broni odwetowych - w tym sławetnej V-7, itd. itp. Na ten temat powstało mnóstwo hipotez i snuto różne przypuszczenia o podobnym stopniu prawdopodobieństwa.

W naszej książce rzuciliśmy jeszcze jedną propozycję, a mianowicie: Riese miał być fabryką … złota. Hipoteza szaleńcza? No nie bardzo. III Rzesza potrzebowała złota na spłacenie przede wszystkim długów zaciągniętych w ramach wysiłku wojennego. Źródła złota znajdowały się poza zasięgiem nazistów, więc co było robić? Na szczęście Niemcy dowiedzieli się o możliwościach fizyki jądra atomowego i transmutacji jednych pierwiastków w drugie. Tak więc znów pojawiła się alchemia, ale ta współczesna – alchemia jądra atomowego.

Jednakże złoto jest metalem niezwykle odpornym i trudnym do syntezy. Oczywiście taka synteza jest możliwa, ale potrzeba do niej ogromnych ilości energii. Całość polega na tym, że np. irydowy target ostrzeliwuje się cząstkami alfa, które wnikając do jąder atomowych zmieniają iryd w złoto zgodnie z równaniem: 19577Ir + 42α => 19779Au. Innym sposobem jest rozpad jąder izotopów cięższych pierwiastków tak, by jednym z produktów rozpadu był ten upragniony, jedyny stabilny izotop 197Au. Dokładnie opisał to Klaus Hoffman w książce „Sztuczne złoto”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1985, którą polecam.

Wirówki i reaktory mogły zatem znajdować się w Riese, gdzie przygotowywano paliwo jądrowe i tarcze. Cyklotron(y) mógłby znajdować się w Ludwikowicach. Świadczy o tym tajemnicza „muchołapka” do której wiodły potężne kable energetyczne. Ich obecność nadaje sens tej hipotezie, bo takie urządzenie żre potworne ilości prądu.

NB, reaktory jądrowe znajdował się także we Wrocławiu, jak pisze Bogusław Wołoszański – przy pl. Strzegomskim i ul. Ołbińskiej, które są odpowiednikami obiektów w niemieckich miejscowościach Miersdorf pod Berlinem i Bad Saarow koło Frankfurtu n./Odrą. Tam też wybudowano podobne okrągłe bunkry z klatkami schodowymi w prostokątnych przybudówkach, choć dużo niższe i wpuszczone w ziemię na półtora metra. Co do ich przeznaczenia nie ma wątpliwości: były to obiekty hitlerowskiego programu nuklearnego. W Miersdorf działał cyklotron, zaś w Bad Saarow umieszczono prawdopodobnie elektromagnetyczny separator izotopów.[5] Na szczęście nazistom nie udało się ich wszystkich uruchomić i III Rzesza nie uzyskała maszynki do robienia złota. Może dlatego, że zabrali się do tego od niewłaściwej strony…?


Źródło - "Tajny XX wieka"nr 3/2019, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego - (C) R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Lapis philosophorum znany jako xerion lub tinctura.
[2] Nieudana próba zamachu stanu i przejęcia władzy w Bawarii przez NSDAP w dniach 8-9.XI.1923 r.
[3] Nastąpiło to dopiero w 1933 roku.
[4] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland: Pozaziemskie technologie III Rzeszy”, WiS, Warszawa 2001.
[5] Wg Bogusław Wołoszański - „Ślady hitlerowskiego programu atomowego w Polsce” - w „Focus”  - https://www.focus.pl/artykul/slady-hitlerowskiego-programu-atomowego-w-polsce

piątek, 16 grudnia 2016

Dzieje alchemii w Europie Środkowej




Dr Miloš Jesenský, znany autor wielu prac z zakresu ufologii i historii wszelkich nauk z pogranicza, w tym także tajemnych, wydał kolejną książkę pt. „Děiny alchemie v Českých zemích, w Polsku a na Slovensku”, (CAD Press, Bratysława 2016) – „Dzieje alchemii na ziemiach czeskich, w Polsce i na Słowacji”. A oto garść opinii na temat tej pracy:

To dzieło, chociaż pisane ściśle naukowym językiem, stanowi łatwym sposobem podany fascynujący przegląd dziejów środkowoeuropejskiej alchemii, umieszczonej w ramach historii zachodnioeuropejskiej alchemii, ruchów ezoterycznych i wiedzy. Jest ono nie tylko przeglądem historii alchemii, ale jej doktryny z naukowego i ezoterycznego punktu widzenia. Studiowanie jej treści jest wspaniałą przygodą intelektualną w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa. W tym właśnie znaczeniu, książka ta należy do najlepszych w danej kategorii fachowych publikacji. (Prof. dr fil. Milan Nakonečný)

Największym plusem tej pracy o historii alchemii jest teren, który obejmuje swym zasięgiem – Europa Środkowa – gdzie historia tej nauki jest wciąż mało zbadana, a w literaturze zagranicznej po prostu pomijana, z wyjątkiem czasów rudolfińskich.[1] Rozdziały tej książki przedstawiają jednocześnie rodzimych zwolenników jak i przeciwników tej nauki w Czechach, Morawach, w Polsce i na Słowacji. Należy nadmienić, że była to przez długi czas terra incognita tamecznej historiografii.
Należy podkreślić, że terytorium niegdysiejszej unii polsko-litewskiej zajmowało poza Litwą także część ziem Białorusi i Ukrainy, i podobnie jak była wzajemnie powiązaną historia Czech i Austrii oraz Słowacji i Węgier, nie przedstawia jedynie dziejów alchemii na terytoriach Królestwa Czeskiego, Polski i Słowacji ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej, gdzie działali alchemicy z Niemiec, Francji, Holandii, Anglii, Szwajcarii, Italii i innych krajów Zachodu, którzy rozwijali i wzbogacali swą działalnością alchemię, a także dzięki pobytowi czeskich i innych studentów w Niemczech, Francji czy Italii!
Jest wielką zasługą Autora, że będąc nadzwyczajnie zdolnym badaczem odkrywa przed nami tamten świat, a jego praca stanowi bardzo ciekawe spojrzenie na alchemię w tej dotąd pomijanej części Europy. (Prof. doc. dr n. przyrodniczych Vladimir Karpenko – Katedra Chemii Fizycznej i Makromolekularnej, Prawniczego Fakultetu Uniwersytetu Karola, Praga)

Ta szeroka publikacja ukazująca detaliczny pogląd na rozwój tej protonaukowej dyscypliny graniczącej z mistyką, nie pozostawia wątpliwości, że Autor potrafi umiejętnie powiązać swoją wiedzę z jej prezentacja dla specjalisty jak i zwykłego Czytelnika. (Doc. dr fil. Pavol Matula – Katedra Historii, Fakultet Pedagogiczny UK w Bratysławie) 

Od siebie mogę dodać tylko tyle, że w Polsce taka praca powinna powstać choćby dlatego, że polski wkład w alchemię – bez względu na to, czy jest ona pseudonauką czy nie – był bardzo duży i znaczący. Dość wspomnieć postać taką jak Sędziwój, który był jednym z niewielu alchemików, którym nigdy nie udowodniono oszustwa, który dokonał Wielkiego Dzieła i który zdobył to, czego pragnęli oni wszyscy: sławę, pieniądze i wpływy. Dlatego ta praca jest taka ciekawa i cenna.    


[1] Chodzi o czasy panowania Rudolfa II w latach 1576-1611.