Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hinduizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hinduizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2018

Nauczyciel Chrystusa


Babadji


Walerij Kukarienko


Wedle legendy, po ukrzyżowaniu Jezus jeszcze długo żył i umarł w Indiach, w Kaszmirze. Miejscowi nawet dzisiaj twierdzą, że Chrystus został pogrzebany w mieście Śrinagarze.

Dla swych dwunastu apostołów i milionów wyznawców Jezus jest Wielkim Nauczycielem. Jednakże zgodnie z niektórymi źródłami, i Syn Boży miał swego Nauczyciela. W bibliotece miasta Ladakh w Himalajach, znajdują się dawne zapisy o przebywaniu Chrystusa w Indiach i Tybecie oraz jego spotkaniach z nieśmiertelną istotą, którą Hindusi nazywają Maha Avatara Babadji (Mahāvatār Bābājī) – czyli Wielki Awatar Ojca Mądrości lub Wiedzy – Babadżi.


Odległość nie jest przeszkodą


Od czasu do czasu Babadji pojawiał się w różnych rejonach Indii, przychodził tam, gdzie go nie proszono, pojawiał się znikąd, a potem po wypełnieniu swej misji znikał w tajemniczy sposób. Głosił on santana dharmę – wieczną religię – która, według wierzeń Hindusów jest duchową osnową Wszechświata. Wiele z jej elementów jest bliskich chrześcijaństwu, islamowi i taoizmowi. Babadji głosił, że jednym z jego ulubionych uczniów był Jezus, z którym spędził on 9 lat. Skromna informacja o życiu Jezusa i teksty Biblii nie zaprzeczają słowom nieśmiertelnego Babadji’ego.

W Indiach uważają, że Babadji jeszcze za życia osiągnął stopień „uwolnienia” tj. pełnego zwycięstwa nad śmiercią i nie podporządkowuje się prawom Wszechświata. Babadji wyszedł z nieskończonego kręgu inkarnacji, i może zgodnie ze swoją wolą porzucać ciało i ponownie wracać do niego. Mówi się, że on już tysiące lat żyje w podgórzu Himalajów w swej własnej postaci. Kiedy ma ukazać się ludziom, to wtedy przybiera postać człowieka i pojawia się tam, gdzie nań oczekują. Odległość dla niego nie ma znaczenia i zawsze pokazuje się w każdym miejscu i co więcej – może przebywać w kilku miejscach naraz, np. w kilku klasztorach w czasie religijnych ceremonii. Awatary – czyli niepoznawalne dla ludzkiego rozumu żywe wcielenia Boga na Ziemi powołane do wypełnienia jakiejś misji znanej tylko jemu jednemu. Jego znakami są cudowne okoliczności narodzin, mistyczne znaki na dłoniach i stopach, robione przez nie cuda, które są odnotowane z podaniach i świętych księgach.


Czas opuścić świat


W jaki sposób Babadji pokazuje się ludziom? Tym, którym się poszczęściło uczestniczyć w tym wydarzeniu, pozostawiali zapisy w bibliotece w Ladakhu. A oto jak przykładowo opisuje się takie wydarzenie:

Na niebie pojawia się świecący obłok, który zaczyna się szubko obracać, zagęszcza się i zamienia się w pięknego młodzieńca, średniego wzrostu, o jasnej karnacji skóry i długimi, błyszczącymi włosami (vide rysunek). Jego ciało promieniuje, oczy ma spokojne i czułe. I w rzeczy samej, na dodatek on nie rzuca cienia i nie zostawia śladów. Wypełniwszy swoją misję, Babadji zamienia się w słup światła, powoli się wznosi i znika w niebie.

W 1922 roku, Babadji, kiedy jeszcze nie stracił swej ludzkiej postaci, powiedział królowi Nepalu, że zamierza opuścić ten świat i że jego ciało odsłużyło swoje. W obecności radży Aśkota i wielu ludzi on poszedł po wodzie rzeki na jej środek, zamienił się w słup światła i znikł.

Czy to właśnie w Himalajach doznał oświecenia Issa czyli Jezus Chrystus?
(mal. Nikołaj Roerich)

Warunek oświecenia


Babadji’emu nie jest potrzebne ciało fizyczne – on tak jak w odzież obleka się w nie wtedy, kiedy uważa za stosowne pojawić się ludziom, aby umocnić w nich wiarę w siły wyższe. On przynosi Ludzkości dobro, naucza ludzi wielkimi prawdami, nie potrzebując posiłku czy odpoczynku. Tylko czasami, żeby sprawić radość swym uczniom, uczestniczy w posiłkach składających się z ryżu i owoców. Ciało, którym się posługuje, nigdy się nie starzeje, jego oczy promieniują ciepłem i miłością. Babadji nie jest tak znany jak Kryszna, Budda czy Chrystus. Tym niemniej on istnieje poza czasem, nie rozróżniając Teraźniejszości, Przyszłości i Przeszłości, więc dlatego właśnie wie wszystko, co już stało się i dopiero się stanie. On łatwo zmienia postać, pokazuje wszystkim to, co najważniejsze – że istota jest skryta wewnątrz, a zewnętrzna forma jest tymczasowa i nieważna. On nie ma swej postaci – ona zmienia się w zależności od tego, z kim on rozmawia. On może wyglądać już to jak bóg Sziwa (Śiva) z niebieską skórą i pękiem splątanych włosów, już to jak Hanuman – bóg z twarzą małpy (niektórzy twierdzą, że jest on Królem Małp) czy jeszcze tam jakąś inną postać. Na podeszwach jego stóp od czasu do czasu pojawiają się symbole znane w indyjskiej tradycji religijnej jako znaki kosmiczne. To jest lotos – symbol bóstwa, swastyka – znak pokoju i powodzenia, wąż – oznaczający mądrość i wieczność, system planetarny ze Słońcem i Księżycem w centrum, orzeł i ośmiokąt, wszystkie znaki Zodiaku, odzwierciedlenie wiecznego ruchu – koło pięciogłowa kobra – symbolizująca pięć zmysłów, pięć elementów stworzenia.

Od początków lat 70-tych wykonano wiele zdjęć Babadji’ego i na wszystkich jest podobny, ale także i różny.


Ostatnia inkarnacja


Mieszkaniec Północnych Indii – leśnik Mangal Singh w 1970 roku ujrzał we śnie dawno już zmarłego ojca, który kazał mu udać się do jaskini w okolicy aśramu Haidakhan w stanie Uttar-Pradesh. Rankiem leśnik wyruszył w drogę. Pod palącymi promieniami słońca, krętą i przepaścistą percią, z ogromnymi trudnościami doszedł do jaskini i zamarł. U jej wejścia w głębokim transie medytacyjnym siedział młodzieniec. Czy był to legendarny Babaji, o którym Singh słyszał jeszcze w dzieciństwie? On pognał do najbliższej wioski i opowiedział ludziom o tym, co widział.

Ludzie poszli do jaskini, ale nie ośmielili się podejść do niego blisko. Któryś ze starców powiedział, że Babadji jeszcze nie wyszedł ze stanu „ciała światła” i nie może żyć normalnym ludzkim życiem.

Zagadkowy młodzieniec siedział tam przez kilka miesięcy na jednym i tym samym miejscu, nie wychodząc ze stanu głębokiej medytacji. Ale powoli stał się bliższy naszemu, ludzkiemu światu. Na początku, kiedy się doń zbliżano, nie otwierał on oczu i tylko podnosił rękę dla błogosławieństwa, to po jakimś czasie zaczął rozmawiać z pątnikami a nawet się śmiać.

Przyszedł dzień, w którym Babadji’ego zaniesiono na rękach do Haidakhanu, gdzie zbudowano dlań świątynię. Tam on przeżył co najmniej 10 lat. Jego awatary spotykały się z wiernymi z różnych krajów, mówił on o wielkich duchowych istotnych sprawach, wypełniając swe zadania – zmienić na lepsze dusze ludzi i ustanowić na Ziemi Złoty Wiek. On wyłuszczał ludziom, co należy robić dla powszechnego błogosławieństwa, i że bezczynność to śmierć…

A w dniu 14.II.1984 roku, Babadji wszedł w wody rzeki, usiadł w pozycji lotosu, zamienił się w światło i znikł. On obiecał znów powrócić by ratować Ludzkość, ale od tego czasu nie pojawił się w ciele fizycznym, przychodził tylko we śnie i w czasie medytacji. Wierzący nie mają wątpliwości, że kiedy w nim wzbiera ostra potrzeba, Babadji znów pojawi się w swej normalnej postaci młodego człowieka i uratuje ich od każdego nieszczęścia.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, ss.14-15
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz     

środa, 23 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (2)

Świątobliwi sadhu


Święte miejsce i świątobliwi sadhu


Według jednej z legend, bardzo – bardzo dawno temu, święta krowa Kamaduh, spełniająca życzenia, pasła się na wzgórzu obok rzeki Bagmati i polewała ziemię swym mlekiem. Jeden pastuch z ciekawości poszedł za nią i rozkopał ziemię polaną jej mlekiem. I w tym samym momencie został spopielony snopem światła, który wyrwał się spod ziemi do samego nieba. Na tym miejscu potem powstało święte miejsce – Pashupatinath (Paśupatinath). To miejsce należące do boga Sziwy-Pashupati (Śiwy-Paśupati) – pana wszelkich żywych stworzeń, w tym także ludzi. Ale do środka kompleksu, nad którym wznosi się główna świątynia, mogą wchodzić tylko hinduiści. Ale ja udaję się na drugi brzeg rzeki.

Kamaduh - święta krowa spełniająca życzenia

Tam, po obydwu stronach kamiennych schodów prowadzących na szczyt wzgórza, znajdują się niewielkie świątyńki Śiwy. Obok nich siedzą, leżą albo chodzą sadhu – przedziwni, wędrowni, hinduistyczni asceci. Powiadają o nich, że niektórzy sadhu to szarlatani, którzy ubrawszy się w szafranowe szaty i pomazawszy swe ciała sakralnym popiołem, pozostałym po rytuale kremacji, pozują do zdjęć turystom. Być może i tak, że jak sądzę, że w każdym razie sadhu po prostu widzą z czym i dlaczego ludzie do nich podchodzą.

Czas na herbatę w klasztorze Śechen


Jak chcesz zakosztować wschodniego mistycyzmu, egzotyki, nie musisz się specjalnie trudzić – tylko płać. Bo przecież my – ludzie Zachodu – przedstawiciele dzisiejszej cywilizacji uznajemy pieniądz za nasza najwyższą wartość. I oto otrzymujemy to, czego szukamy.


Czerwona kropka


Stąd właśnie mamy wspaniały widok na ghaty – miejsce obmywań rytualnych w rzece, albo mówiąc prościej – szerokie, kamienne stopnie schodzące ku wodzie. To właśnie tam na szerokich, kamiennych postumentach kremuje się ciała zmarłych. To właśnie tam, niedaleko ode mnie, wszystko przygotowano. Ciało jest zawinięte w białą tkaninę, obsypane górą żółtych kwiatów i obłożone ze wszystkich stron drewnem. Umarły jest zamknięty jakby w klatkę z suchych bierwion i wyjść z tego zamknięcia pomoże mu tylko ogień. Ognisko rozpaliło się naraz z głuchym trzaskiem. I to wszystko… Chudy chłopiec po pewnym czasie zmiata z kamiennej tumby popiół i niespalone kwiaty do rzeki. A na innym miejscu trwają przygotowania do kolejnej kremacji.

Ktoś mnie ujął za łokieć. Odwróciłem się i lekko zachwiałem – przede mną stał sadhu. Uśmiechał się.
- Nie smuć się tak – rzekł do mnie najwidoczniej widząc wyraz mojej twarzy. – To nie jest cały człowiek.
I dosłownie jakby odpowiadając moim myślom, zanurzył palec w czymś w skrzyneczce, którą miał przewieszoną przez plecy i potem zrobił mi czerwoną kropkę (tilakę, pundrakę) pomiędzy moimi brwiami.

Mnich z klasztoru Śechen idzie po wodę

Paśupatinath - wielki kompleks światynny w Nepalu



Hanuman – bóg małp


Po godzinie siódmej wieczorem, niebo jakby zasłaniano storami i na Katmandu opuszcza się noc. Siedziałem właśnie przy oknie na piętrze małej kawiarenki, która mieściła się na samym początku Freak Street – ulicy Dziwadeł, gdzie w końcu lat 60. snuli się pierwsi hippisi.

Katmandu by night

Zazwyczaj nepalskie ulice nie mają nazw. Ale tutaj właśnie władze zdecydowały się naruszyć tradycję i tym sposobem uchronić pamięć o tamtych czasach. Poza tym, o tej sławnej przeszłości nic nie przypomina. Od czasu do czasu spotkać można słaniających się długowłosych dziadków chodzących szlakami swej młodości, i ich wiernych przyjaciółek, w podniszczonej odzieży, z masywnymi pierścieniami na palcach i hinduistycznymi wiankami na szyjach.

Powoli piję z oszronionej butelki miejscowe piwo „Everest” i patrzę przez okno. A naprzeciw mam były zamek królewski. Obecnie znajduje się tam muzeum, wejście do którego strzeże Hanuman – bóg małp, okutany w purpurowy płaszcz. Nad jego głową znajduje się ceremonialny feretron. Hanuman tkwi nieporuszenie na kamiennym postumencie, a na mostach i dachach biesi się jego małpie wojsko, wiecznie użerające się z bezdomnymi psami o miejsce pod słońcem…

Zmierzch gęstnieje i wszystko dookoła przyjmuje fantastyczny kształt i formę. Przechodząc koło Monumental Lodge - hotelu z wytartymi literami na fasadzie (to właśnie tam zamieszkiwały „dzieci-kwiaty”), skręciłem w ciemną uliczkę, a potem jeszcze raz – i ocknąłem się na jasno oświetlonym placu. Noc już owładnęła miastem, a tutaj tyle światła!

Do świątyńki  na środku placu ustawiła się cała kolejka. Dziesiątki, setki świateł płonie w maleńkich miedzianych czareczkach przed wejściem do niej. Wokół nich rozsypany ryż. Kamienny posąg Ganeshy (Ganeśi), boga ze słoniową głową, w połowie starty przez czas i dłonie wiernych. Wszędzie biegają dzieci.

Kobieta obraca wielki młynek modlitewny


Obok chramu zainstalował się białozębny kucharz z przenośną kuchnią na kółkach. Płoną maleńkie świeczki podgrzewające jedzenie, jak jesienne liście leżą placki chapati, a w specjalnych pojemniczkach strąki grochu, kawałki ziemniaków i oczywiście ostre przyprawy.


I naraz nieoczekiwane zamieszanie – procesja mężczyzn przecinająca plac. Wszyscy odziani w niebieskie djoti (dhoti – przepaski biodrowe) i ciemne bluzy wyglądają jak bracia bliźniacy. Wysocy i chudzi. Wszyscy są z Indii, z kasty kupieckiej. Jedną ręką prowadzą swe rowery, drugą ręka przytrzymują na głowach niesprzedany towar.

CDN.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Znikająca Shangri-La (1)



Nepal, Mt.Everest - widok ze szczytu Gokyo Ri (5483 m n.p.m.)


Oleg Pogasij


Kumari – to żywa nepalska bogini. Kumari wybiera się spośród dziewczynek w wieku od trzech do pięciu lat z kasty shakya (śakia). Kryteria są ostre: komisja powinna się przekonać, że na ciele dziewczynki nigdy nie występowała krew, i że ma wszystkie i całe zęby.

Jeszcze w młodszych klasach szkoły lubiłem patrzeć na mapę świata, wiszącą u mnie na ścianie. Moja uwagę zawsze przyciągało miejsce pomiędzy bezkresnym płaskowyżem Tybetu a wielka równiną Hindustanu. Ciemnobrązowy na mapie, wyciągnięty wzdłuż system górski, podobny nieco do warg. Patrząc na taki bezkresny rejon Azji Południowo-Wschodniej – jak zaczarowany powtarzałem do siebie – „Himalaje…”, „Czomolungma”…

Stolica „dzieci kwiatów”

Przeglądam znaczki pocztowe w klaserze, i zawsze mój wzrok zatrzymuje się na znaczkach z Nepalu. Jest na nich widoczny król tej niezwykłej i zagadkowej krainy, która zda się kiwa swą zdobną w pawie pióra głową. Na tylnym planie, na górskim głazie leżał śnieżny lampart, zaś w dół górskiej rzeki brodził długosierstny jak.

Potem – nie pamiętam już w jakiej książce – przeczytałem o Katmandu, do którego z całego świata zjeżdżali się hippisi, „dzieci-kwiaty”, którzy obrali to miasto za swoją stolicę.

To wszystko było w latach 60. i 70. XX wieku. Od tego czasu sporo wody upłynęło. No i teraz Nepal to już nie jest „ostatnim hinduistycznym królestwem na Ziemi”, ale normalną, demokratyczną republiką.

Kiedyś w Katmandu drzwi domów stały otworem, a na drogach miasta jeździły dwie czy trzy taksówki oraz kilka starych autobusów, zaś człowiek, który zabił czy choćby uderzył  przypadkowo krowę mógł się narazić na lincz za śmierć świętego zwierzęcia. Teraz po ciasnych uliczkach Katmandu szaleją motocykliści, snują się motoriksze i trąbią autobusy. Z każdym rokiem jest coraz więcej środków transportu.

Lokalizacja krainy Kham


Święta dolina

600 lat temu, z Wschodniego Tybetu, z prowincji Kham (historyczny region we wschodnim Tybecie, obecnie rozczłonkowany na chińską prowincję Syczuan i rejon specjalny Qamdo, który wszedł w skład Tybetańskiego Regionu Autonomicznego – przyp. tłum.) do Nepalu przybył jeden tybetański naród – Szerpowie, co oznacza „wschodni”. Według ich świętych ksiąg, oni odzyskali w górach Nepalu zapomniane w nich już dawno sakralne miejsca – wszystkie poza jednym. I tak to jedno zapomniane miejsce nazywa się „Znikająca Dolina”. W tej właśnie górskiej dolinie – zgodnie ze świętymi tekstami – czas płynie powoli, ludzie żyją długo i szczęśliwie, i władają bezgraniczną mądrością. Czy wiedział o tych księgach także James Hilton, który napisał w 1933 roku powieść pt. „Zaginiony horyzont”? Nie sądzę. Ale na stronicach swej powieści, tajemniczą krainę otoczona górami, gdzie czas się niemal zatrzymuje, a ludzie posiadają wyższą wiedzę, nazywa on Shangri-La. I to właśnie nią stał się Nepal dla ludzi Zachodu.

Bilet w jedną stronę

Do roku 1950, Nepal był krajem zamkniętym. Unikalna kultura himalajska, mnóstwo buddyjskich i hinduistycznych tysiącletnich świątyń, niesamowite ascetyczne praktyki, wielcy jogini i mistycy, a do tego niesamowity krajobraz Himalajów, w których zamieszkują bogowie, którzy tworzą wokół doliny Katmandu pole mocy… I chociaż czas płynie tutaj inaczej, niż gdzie indziej, nasza świadomość przestaje rozróżniać wpływy ducha i materii. I wtedy my widzimy cuda. A czyż nie żyjemy mając nadzieję na cud?

To była czystej wody przygoda. W tych już dawnych czasach wczesnych lat 90., kiedy całkiem poświęciłem się biznesowi, ktoś tam odkrywał dla siebie Amerykę i Europę, no i oczywiście Wyspy Kanaryjskie… A jak skierowałem się na Wschód. Byłem tam jednym z pierwszych – bez agencji turystycznych i zorganizowanych grup. Teraz takich pojedynczych turystów indywidualnych nazywają backpacker – z plecakiem na plecach – czyli po prostu plecakowiec.

Na lotnisku Pułkowo, dziewczyna w biurze rejestracji podróżnych, kiedy dowiedziała się o docelowym punkcie mojej podróży, zdziwiła się:
- Dokąd? Dokąd? Do Nepalu? A cóż to za kraj?
Miałem bilet tylko w jedną stronę – do Kalkuty. O powrocie nawet nie pomyślałem. Co ma być to będzie! W kieszeni wszystkiego 100 dolarów, ale w duży straszne pragnienie ujrzenia kraju swych marzeń.

Do granicy z Nepalem przejechałem całe Indie pociągiem i autobusami w dwa dni. Wschód mnie oszołomił. Moja wiedza o nim była książkowa i „ucukrowana”, a tutaj było samo życie…

Lama Rabdjam Rinpoche


Powrót

Nocowałem w hoteliku na obrzeżu Katmandu i liczyłem, na ile dni jeszcze mi wystarczy pieniędzy. Ale wierzyłem w to, że jeżeli to miejsce jest autentycznie moje, to powinno się coś stać. I pewnego ranka, kiedy pieniędzy mi już nie stało, coś podszepnęło mi iść do Bodnath – w rejon buddyjskich klasztorów. Pomiędzy budynkami od razu zauważyłem pagodę – klasztor Shechen. To, co potem się stało, można porównać do całej serii cudów. Wchodząc po schodach nikogo nie spotkałem, a furta była otwarta. A w ostatnim pomieszczeniu, na podwyższeniu, zagłębiony w lekturze świętych zwojów, siedział lama. Podszedłem, pozdrowiłem go i usiadłem na podłodze vis-à-vis niego. Był to Rabdjam Rinpoche – przeor klasztoru i strażnik tradycji Ninghma (jednej z czterech szkół tybetańskiego buddyzmu). On uśmiechnął się na dźwięk mojej kulawej angielszczyzny i zapytał skąd i po co tutaj przybyłem i czego chcę od niego? Opowiedziałem mu wszystko jak było. Lama pomyślał i tak do mnie rzekł:
- Zostań tutaj. Zamieszkasz w klasztorze, wizę ci przedłużymy, a nasza kuchnia ci się spodoba – i wezwawszy ekonoma klasztoru wydał mu polecenia.

Tak więc zdecydował się mój los. To spowodowało niejaki popłoch w ścianach klasztoru. Cudzoziemców tutaj nie przyjmowano bezpłatnie, wymagano od nich ofiary. Wokół szeptano – i Tybetańczycy i zachodni rezydenci – że rosyjski aferzysta wykorzystuje naiwność lamy. A ja uczyłem się tybetańskiego, jadłem klasztorny ryż i podziwiałem z dachu mojej przybudówki fantastyczne stoki i szczyty górskie, mając nadzieję znaleźć się wśród nich…

Ale to nie mogło trwać bez końca – w Nepalu nie można przebywać dłużej, niż 5 miesięcy w roku. I tak Rabdjam Rinpoche dał mi pieniądze na bilet do Rosji i powiedział:
- Zapracuj i wróć do nas, powrócisz jak będziesz chciał.

Powróciłem tam po dwóch latach. Chłopcy świątynni krzyczeli w klasztornym budynku:
- Rosjanin, Rosjanin przyjechał! – i przekazując tą wieść jeden drugiemu dodawali – Lama widzi, lama ma rację!
Jeszcze nieraz wracałem do Nepalu i przebywałem w najbardziej niezwykłych miejscach. Ale za każdym przyjazdem z żalem stwierdzałem, że z tego kraju wraz z nadejściem postępu znika jakieś magiczne oczarowanie… Ono pozostaje jedynie w mej pamięci i w tych historiach, które ja potem przeniosłem na papier.

Śiwa - pan wszelkich istot żywych na Ziemi


Poza owocami i mięsem

Od Bodnathu do Pashupatinathu (Paśupatinathu), głównego kompleksu klasztornego hinduizmu w Katmandu, rozpostartego na obydwa brzegi rzeki Bagmati, jest godzina drogi. Zazwyczaj chodzę tam poprzez Chabahil, dzielnicą o dużym zaludnieniu, gdzie pierwsze kondygnacje budynków są przeznaczone do targowania i handlu. Owocami zazwyczaj handlują dzieciaki. Zazwyczaj usiłują sprzedać mi wiszące girlandami banany. Ja już wiem, że trzeba brać duże, mięsiste, przywiezione z Muglingu, miejsca postoju autobusu na trasie z Pokhary do Katmandu. A starsi Nepalczycy w niedużych, barwnych czapkach, białych bluzach i ciemnych spodniach, siedząc z podwiniętymi nogami pośród bel materiału – oni handlują materiałami i suknami.

Kramy z mięsem należą do muzułmanów. Mają długie brody i długie do kolan chałaty. Packami odganiają chmary much od wyłożonych na stołach połci mięsa. Dlatego ja po przyjeździe na Wschód zostałem wegetarianinem…


CDN.