Powered By Blogger

czwartek, 4 września 2014

Przeklęty raj na atolu Palmyra

Lokalizacja atolu Palmyra na mapie Pacyfiku


Brent Swancer


Istnieje wiele miejsc na świecie, które są pełne zjawisk paranormalnych, w których przeklęte lub dziwne rzeczy się dzieją. Domy, budynki a nawet drogi czy mosty są narażone na działanie przekleństw czy paranormalnych sił, ale cała wyspa? Czy cała wyspa może być przeklęta? Jedna z najbardziej idyllicznych wysp, wyspiarski raj Północnego Pacyfiku znana ze swej piękności – ale jeszcze bardziej z tego, że jest to miejsce przeklęte i nawiedzane przez Zło.

Chociaż mówi się o niej wyspa, to w rzeczywistości jest to atol, czyli pierścień uformowany przez koralowce rosnące wokół basenu czy kaldery po wulkanie. Atol Palmyra znajduje się w strefie równikowej Północnego Pacyfiku, znajdującego się około 1000 mn/~1852 km na południe od Wysp Hawajskich i znajduje się w połowie drogi pomiędzy Hawajami a Amerykańskim Samoa, na 05°53” N - 162°05’ W. Jest to odległe miejsce, bez stałych mieszkańców, nietknięte przez cywilizację i porośnięte bardzo gęstą roślinnością. Sam atol mierzy około półtorej szerokości i półtorej mili długości. Ten niewielki w sumie atol ma wielką różnorodność życia i jest domem dla wielu gatunków korali z systemu rafowego.

Jak długo Palmyra może brzmieć jako idealny raj wyspiarski, gdzie można pojechać i przybyć z każdego zakątka świata, jednakże mimo swego nieziemskiego piękna, to o Palmyrze mówi się, że jest ona złym miejscem i idealnym miejscem dla nadnaturalnych wydarzeń, dziwnych tajemnic i niewyjaśnionych incydentów.

Nawet odkrycie tej wyspy jest otoczone aurą czegoś paranormalnego. Atol został odkryty w 1789 roku, przez amerykańskiego kapitana Edmonda Fanninga, który właśnie był na trasie do Azji na pokładzie swego brygu Betsy. Historia mówi, że Fanning obudził się kilka razy w ciągu nocy z wrażeniem, że stanie się coś złego i nieuniknionego. Z narastającym niepokojem płynącym ze swej psychiki wreszcie wyszedł na pokład i ujrzał niebezpieczną rafę przed dziobem, co pozwoliło mu uniknąć katastrofy. Rafa ta znajdowała się po północnej stronie atolu Palmyra. Fanning zapisał to odkrycie w dzienniku pokładowym, ale z braku możliwości powiadomienia w odpowiednim czasie, inny kapitan o nazwisku Swale został uznany za jego odkrywcę, kiedy jego statek Palmyra wpakował się na rafy w 1802 roku. Od tej pory atol nosi nazwę statku Swale’a.



Krajobrazy Palmyry


Atol Palmyra


Po odkryciu atolu, Palmyra szybko zyskała złą sławę jako miejsca dziwnego i groźnego. Przechodzące statki meldowały o pokazywaniu się tajemniczych świateł-widm na tej całkowicie niezamieszkałej wyspie, a o otaczającym go morzu mówiło się jako o kolebce wyjątkowo żarłocznych i niebezpiecznych rekinów i tajemniczych potworów morskich. Niebezpieczne rafy wokół Palmyry są notorycznym wrakowiskiem. Ci, którzy uniknęli tragicznego losu mówili potem, że rafy pokazywały się w miejscach, gdzie ich nigdy przedtem nie było. Mówiło się o nich jak o jakiejś czującej, myślącej i złośliwej rzeczy.

Tajemniczych opowieści o wrakach na atolu i śmierci na nim jest mnóstwo. Jeden z takich wypadków miał miejsce w 1870 roku, kiedy amerykański statek Angel rozbił się na jednej z raf Palmyry. Grupie ocalałych udało się przedostać do atolu, ale nie zdołali przeżyć. Gdy inny statek pojawił się na krótki postój, to znaleziono ciała załogi Angela porozrzucane na wyspie. Wszyscy oni zostali brutalnie zabici, ale dokładne przyczyny i sprawcy tej zbrodni pozostają nieznani.

Jednym, z najsłynniejszych palmirskich wraków jest hiszpański statek piracki Esperanza, który został zmiażdżony przez rafę tej wyspy, kiedy miał on w ładowniach duże ilości złota i srebra zabranych z inkaskich kopalni w Peru. Rozbitkowie usiłowali załadować część skarbu na tratwy i przetransportować na wyspę. Po niemal rocznym pobycie na Palmyrze, bez żadnej pomocy, rozbitkowie zakopali ich skarb i podjęli desperacka próbę ucieczki z wyspy na tratwach. O większości z nich nie było żadnych wieści, tylko jeden jedyny rozbitek został uratowany przez statek wielorybniczy, ale umarł na zapalenie płuc i nie powiedział, gdzie dokładnie ukryto ten skarb. Te ukryte złoto i srebro dawnych Inków spoczywa gdzieś na Palmyrze do dziś dnia.

Rozbitkowie, którzy dopłynęli do brzegów Palmyry i mieszkali na niej dostatecznie długo opowiadali historie o tym, że tamtejsze lasy są legowiskiem tajemniczych, mrocznych bestii, które widzieli poprzez liście drzew, kiedy drzewa wydawały się szeptać i trzeszczeć w niezwykły sposób. Morze wokół i laguna wyspy wcale nie były bardziej przyjazne. Morskie stworzenia tam zamieszkujące były najczęściej trujące, zaś wody były patrolowane przez wyjątkowo żarłoczne i agresywne rekiny. Wielu z tych, którzy przeżyli katastrofę zostali zaatakowani przez rekiny zanim udało się im dopłynąć do wyspy, a mówi się, że także brodzenie w lagunie było niebezpiecznym.


Uczucie zagrożenia


Ci, którzy dopłynęli do plaży mówili także o tym, że ogarniało ich nieprzezwyciężone uczucie strachu i złe przeczucia przez cały czas. W powietrzu unosi się cały czas jakieś przeczucie nieuniknionego losu, które narasta w miarę pobytu na wyspie. To właśnie uczucie jest raportowane przez wszystkich, którzy tam przeżyli, także w czasach współczesnych. Pewien jachtmen, który prowadził badania geologiczne wyspy, miał to do powiedzenia na temat Palmyry:
Ta wyspa jest nadzwyczaj przerażającym miejscem. To jest wrogie miejsce. Zapisałem w moim dzienniku: „Palmyra to świat znajdujący się poza czasem, miejscem gdzie nawet gnije winyl. Nie widziałem nigdzie gnijącego winylu gdziekolwiek indziej. Palmyra zawsze będzie samą dla siebie, nigdy dla człowieka. To jest bardzo zapomniane miejsce.”

Zgodnie z innym jachtsmenem – Richardem Taylorem – który spędził tam pewien czas w 1977 roku – tak wyglądał tam pobyt:
Miałem złe przeczucie co do tej wyspy. To było więcej, niż fakt, ze ta wyspa należy do wysp nawiedzonych. A nawet więcej. Wygląda na to, że to jest najbardziej nieprzyjazne miejsce. Byłem na wielu atolach, ale Palmyra jest inna. Nie mogę przysiąc, ale to nie była wyspa, która by mnie radowała. Sądzę, że ludzie mieli tam trudności na tej wyspie.

I jeszcze jeden człowiek morza, który spędził na Palmyrze kilka tygodni pisze tak:
Jest coś definitywnie złego na tamtym miejscu. Miałem cały czas uczucie, że nie należę do tego świata, do tej wyspy. Miałem nieodparte wrażenie, że ta wyspa mnie wprost nie chce – tak to odczuwałem. Czułem się zagrożony przez cały czas, a w miarę upływu dni to uczucie narastało i zmuszało mnie do opuszczenia wyspy, bowiem mogło mi się tam przydarzyć coś złego.


Znikły bez śladu


Na dodatek – jakby tego było mało – w okolicy Palmyry zdarzały się notorycznie zaginięcia statków bez wieści, i tam zdarzały się przykłady statków wchodzących na wody atolu, o których już nigdy nie usłyszano. Inne statki, jak statki wielorybnicze w 1855 roku wpadły na rafy otaczające atol, a późniejsze dochodzenie nie ujawniło szczątków wraków i rozbitków, tak jakby wyspa je literalnie pochłonęła.

W czasie II Wojny Światowej, na Palmyrze znajdowała się amerykańska baza morska oraz jako lotnisko dla samolotów bombardujących Japończyków. US Navy często uzywała wyspy jako stacji paliw dla dalekich patroli lotniczych oraz tankowania okrętów podwodnych. Także w czasie wojny, personel floty doświadczał działania tajemniczych sił działających na atolu. Mówi się, że wielu żołnierzy stacjonujących na wyspie łatwo ulegało niewytłumaczonemu i tajemniczemu, zupełnie irracjonalnemu uczuciu strachu i zagrożenia. To ostre uczucie niewytłumaczalnego strachu było tak przytłaczające, że personel domagał się jego ewakuacji z tej wyspy. Jeszcze inni byli podatni na nagłe wybuchy agresji i stwierdzono, że dochodziło tam do bójek czy nawet zabójstw. Jeszcze inni żołnierze mieli napady paniki czy wręcz skłonności autodestrukcyjnych, bowiem stwierdzono kilka samobójstw w tajemniczych okolicznościach.

Na dodatek do tej fali strachu i agresji pomiędzy mężczyznami, którzy tam przebywali, miały tam miejsce i inne dziwne wydarzenia. W jednym przypadku samolot patrolowy spadł na wyspę ciągnąc za sobą smugę dymu. Drużyna ratowniczo-gaśnicza udała się na miejsce, gdzie – jak uważano – spadł ten samolot, ale niczego nie znalazła. Przeszukano cała wyspę, ale nie znaleziono ani samolotu, ani jego załogi – nawet żadnego kawałka metalu czy śrubki! Jeden z dowodzących akcją oficerów określił to tak: „jakby wypadli poza krawędź Ziemi”.


Inne incydenty


Innym razem samolot wystartował i w tajemniczy sposób zmienił kierunek lotu na wysokości kilkuset stóp poleciał na południe, zamiast lecieć na północ. Było to w czasie pogodnego dnia, w pełnym słońcu, z doświadczona załogą, i nikt nie potrafił zrozumieć, co właściwie się stało. Samolot leciał ignorując wszelkie sygnały z wyspy i nikt go już później nie zobaczył. Zaś inna maszyna w czasie rutynowego lądowania naraz bez żadnego powodu runęła do oceanu. Załogantów pożarły rekiny, zanim zdołano ich uratować. Były oficer USN, który stacjonował na Palmyrze w latach 1942-44 ma to do powiedzenia teraz:
To była cholernie pechowa wyspa. Chłopaki z Pacyfiku mówią o przekleństwie Palmyry.   

Po II Wojnie Światowej Palmyra pozostała niezamieszkałą i dlatego nie ma żadnych relacji o dziwnych zjawiskach tam występujących. Jednakże najbardziej niesławny incydent zdarzył się w 1974 roku, kiedy popełniono tam podwójne morderstwo na małżeństwie, które odwiedziło wyspę. Ta zbrodnia jest niezmiernie dziwna i tajemnicza, i pozostaje nierozwiązaną zagadką do dziś dnia.

Ta historia zaczęła się od małżeństwa 43-letniego Malcolma „Mac” Grahama III i jego 43-letniej żony Eleanor LaVerne-Graham, którą mąż nazywał Muff. Oboje mieli romantyczną naturę i wybrali się swoją łodzią SY Sea Wind dookoła świata. Mac powiedział Muff, że zamierza zatrzymać się na wyspie zwanej Palmyra i pomieszkać dwa lata, a potem kontynuować podróż. Zanim zbadaniem Palmyry, Muff została ostrzeżona o ciemnej historii wyspy i oświadczyła Macowi, że nie chce tam płynąć. Jednak Mac był uparty i dopiął swego – Muff zgodziła się tam jechać na dwa lata. Oboje wypłynęli 24.VI.1974 roku z Hilo Radio Bay na Hawajach z prowiantem na kilka lat. I nigdy nie wrócili.


Druga para


W międzyczasie, inna para – Buck Walker i Stephanie Stears mieli swe własne plany odnośnie wizyty na Palmyrze. Buck miał kłopoty z prawem od lat za handel narkotykami. Zdecydował się on zabranie swej dziewczyny Stearns i uciec przed prawem na bezludną wyspę Palmyrę, gdzie mogliby przeczekać parę lat i powrócić potem do cywilizacji. Oni spędzali czas na naprawie starej łodzi i wypłynęli na ocean 1.VI.1974 roku z Kauai, HI, wraz ze swymi trzema psami. Mieli kłopoty w czasie podróży. Najpierw się zagubili na oceanie i mieli problem z brakiem żywności. Wreszcie para dopłynęła do Palmyry niemal bez jedzenia, a ich psy były zagłodzone. Dopłynąwszy na miejsce z niezadowoleniem stwierdzili, że wyspa jest już zajęta przez wielu ludzi, którzy tak jak oni opuścili cywilizację.

Grahamowie także mieli niejakie problemy na drodze do swego wymarzonego raju. Najpierw natrafili na sztorm, który omal nie zatopił ich łodzi, ale dzięki znajomości żeglarstwa Mac i jego żona dopłynęli do Palmyry w dniu 1.VII.1974 roku. Podobnie jak Buck Walker – Mac Graham był rozczarowany i zdumiony tym, co zastał na wyspie – wieloma ludźmi obozującymi na podobno „bezludnej wyspie”, próbując się zbliżyć do nich. I właśnie wtedy spotkali oni Walkera i Stearns.

Powiedzieć, że Mac i Buck nie zapałali do siebie sympatią jest nieporozumieniem. Ci dwaj natychmiast się znienawidzili, a sytuacje pogarszały kłótnie o psy Bucka, które były agresywne i stanowiły zagrożenie dla ludzi na wyspie. Poza tym dziwne właściwości wyspy sprawiały, że każdy nienawidził każdego. Ludzie byli skłonni do awantur pod byle pretekstem i spory mogły wybuchnąć w każdej chwili. Zła atmosfera zawsze będąca w powietrzu wyspy nigdy nie znikała…

Ta nieprzerwana agresja nie pomagała w sytuacji Bucka i Maca. W sierpniu 1974 roku, kipiąca w nich nienawiść osiągnęła masę krytyczną. Muff obawiała się Walkera i błagała Maca, by przerwał pobyt na wyspie, ale Mac uparł się by zostać. Mac wciąż czekał aż się wszyscy wyniosą z wyspy tak że wkrótce pozostali na niej Mac z Muff i Buck ze Stearns. I to stało się przyczyną śmiertelnego błędu.

W kilka miesięcy później, przyjaciele Grahamów zaniepokoili się, kiedy kontakt radiowy z małżeństwem się urwał i nie można z nimi się było do nich dowołać. Przyjaciel rodziny poleciał nad wyspę, by zobaczyć co tam się stało. Pilot, meteorolog Martin Vitousek zrobił kilka nalotów nad wyspę i zameldował, że jest ona całkowicie pusta i bezludna. Nie było tam żadnego śladu człowieka i ani śladu po łodzi Grahamów – SY Sea Wind. Wyglądało na to, jakby nigdy ich tam nie było. Władze zostały powiadomione o zaginionej parze i w październiku 1974 roku Buck Walker i Stephanie Stearns zostali aresztowani po zadokowaniu w Ala Wai Harbor, HI, w łodzi, która dokładnie przypominała zaginioną łódź Grahamów. Kiedy udowodniono, że był to SY Sea Wind, szemrana parka została oskarżona o kradzież łodzi. Jednakowoż wciąż niczego nie było wiadomo o losach samych Grahamów. Była to tajemnica, którą nikt nie był w stanie ugryźć po upływie 6 lat.

Pacyficzny raj na Palmyrze

Palmyra w czasie wojny

Tamtejsze rekiny należą do najagresywniejszych we Wszechoceanie!

Jakie złe siły działają w tym rajskim zakątku...?


Kolejna tajemnica


W 1981 roku, kolejna para jachtsmenów z RPA – Sharon i Robert Jordan zatrzymali się na Palmyrze na przedłużony pobyt. Po przybyciu na Palmyrę, Jordanowie znaleźli starą chatę w dżungli, który okazał się być miejscem dokonania mordu na Grahamach. Właśnie tam na stole leżał cały plik wycinków z gazet, wszystkie poświęcone tajemniczemu zniknięciu Grahamów. Nie było wiadomo, kto pozostawił te wycinki pośrodku dżungli na odległej wyspie, co było oczywiście straszne. Sharon Jordan potem powiedziała, że od chwili, w której znalazła te wycinki, miała wrażenie, że to właśnie ona znajdzie tutaj te zagubione zwłoki. I to przeczucie się sprawdziło.

W kilka dni później, Sharon szła wzdłuż plaży na odcinku Palmyry znanym jako Strawn Island, kiedy szła przez winnicę znalazła metalowy kontener z czasów II Wojny Światowej, który morze wyrzuciło na brzeg w czasie sztormu. Niemal tuż przy nim, najwidoczniej jakby wypadły z niego, znajdowała się czaszka, kupka kości i damski zegarek – który jak później ustalono – należał do Muff Graham. Znalezisko to otaczała mgła tajemnicy, bowiem było to niezwykłym, że Sharon właśnie tam szła, kiedy kontener podniósł się z dna, gdzie się znajdował przez tyle lat i właśnie morze wyrzuciło go na plaże dokładnie w chwili, gdy ona tam przechodziła. Dokładnie w tym samym czasie. To staje sie jeszcze bardziej zdumiewające i straszne, kiedy – jak stwierdzili to eksperci – kości zostałyby wypłukane z powrotem do morza w czasie przypływu, który miał nastąpić w czasie następnych 20 minut.
[Oznacza to, że ktoś czy coś celowo wyrzuciło z laguny ten pojemnik dokładnie wtedy, kiedy Sharon przechodziła obok plażą! – uwaga tłum.]


Nadal zaginiony


Badanie doczesnych szczątków wykazało, że Muff nie żyła od 7 lat i została zamordowana, a jej ciało usunięto w dość makabryczny sposób. Najpierw została ona zastrzelona lub pobita na śmierć, następnie jej ciało zostało sfragmentowane i najprawdopodobniej przy pomocy palnika acetylenowego, a następnie zapakowane do kontenera, który następnie wrzucono do laguny, gdzie spoczywał na jej dnie przez tyle lat. Tajemnica staje się jeszcze głębszą, odkąd stało się niejasne dlaczego ciężki, metalowy pojemnik wypłynął z dna laguny, na którym leżał przez 6 lat. Na dodatek nie wiadomo jak to się stało, że drut, którym zabezpieczono kontener przed otwarciem i normalnie byłby bardzo trudnym do zdjęcia, zszedł był sam z siebie i został znaleziony obok kontenera zachowując dokładnie taki sam kształt, jakby był owiniętym wokół zamknięcia.
[Innymi słowy mówiąc – ktoś czy coś zdjęło to zabezpieczenie nie uszkadzając go! – uwaga tłum.]      

Znalezienie ciała Muff wystarczyło do aresztowania Stephanie Stearns i Bucka Walkera, i oskarżenie ich o morderstwo. Walker, który odsiadywał karę za kradzież łodzi został tym razem skazany na dożywocie. Stearns została uniewinniona z braku dowodów wskazujących na jej bezpośredni udział w tym przestępstwie. Wywnioskowano, że Grahamów zamordowano w ich łodzi, którą następnie skradziono. Nikogo więcej nie skazano za to morderstwo. Ciała Maca Grahama nie odnaleziono i miejsce, w którym się ono znajduje pozostaje tajemnicą do dziś dnia. Kiedy władze poszukiwały zwłok Maca, Walker wydał zdumiewające, złowieszcze i szydercze oświadczenie: A szukajcie sobie, szukajcie. Nigdy go nie znajdziecie. Chociaż Mac Graham bez wątpienia nie żyje, to nadal jest uznawany za zaginionego.


Tajemnica bez końca


Tajemnice otaczające tą sprawę nie mają zakończenia. W czasie procesu, jednym ze świadków był Tom Wolfe – jachtmen przebywający na wyspie wraz z Walkerem, Stearns i Grahamami i mieszkający tam. Wolfe oświadczył, że na miesiąc przed procesem spacerował sobie plażą nad Pudget Sound, WA, niedaleko jego domu. Poprzedniego dnia był tam sztorm i morze wyrzuciło mnóstwo rzeczy na brzeg. Tam właśnie pomiędzy wieloma bezużytecznymi przedmiotami, Wolfe zauważył tekturową pocztową tubę. Zaciekawiony co ta tuba robi na plaży, otworzył ją i w jej wnętrzu znalazł trzy kopie dokładnej mapy Palmyry. Było to zdumiewające znalezisko, które zdaje się wykraczać poza zwykły zbieg okoliczności i znajduje się w strefie nadprzyrodzonej synchroniczności. Mówi Wolfe:
Znalezienie tej przeklętej mapy jest przerażające (i) choć nie jestem typem bojaźliwego faceta, to muszę przyznać, że przeżyłem szok. To wyglądało tak, jakby Palmyra dosięgła mnie i dotknęła swymi mackami z odległości 3000 mil.

Straszna historia, nieprawdaż? Być może straszniejsze są nawet historie sugerujące, że Muff Graham miała pewnego rodzaju psychiczną wizję swego losu.  Jedno z takich przeczuć miał także Wolfe, kiedy wysyłał listy pożegnalne do rodziny i przyjaciół. W jednym ze swych listów Muff stwierdziła, że Palmyra jest „zła”.  To wyszło na światło dzienne później, że Muff była odwiedzana przez spirytystkę, która ja ostrzegała, że w czasie podróży stanie się im coś strasznego. Na dodatek, ich przyjaciel powiedział później, że kiedyś Muff rozpłakała się przed wyjazdem w ich podróż z Macem i wyraziła pewność, że z niej już nie wróci. Przyjaciel ten wyjaśnił, że kiedy Muff żegnała się z nimi przed podróżą na Palmyrę, to miała minę kogoś, kto mówi żegnajcie na zawsze…

Buck Walker został zwolniony warunkowo w 2007 roku i  napisał coś w rodzaju dziwnego sprawozdania, w którym twierdził, że zabił Maca w samoobronie. Walker twierdził, że miał romans z Muff, po którym Mac wpadł we wściekłość, zabił swoją żonę a potem przyszedł do Bucka. Walker twierdził, ze nie miał innego wyjścia jak zabić Maca, którego on opisał jako bezwzględnego, szalonego mordercę. Buck Walker zmarł w 2010 roku, tak więc już się nie dowiemy, jak prawdziwa jest jego wersja wydarzeń sprzed lat.

Prawdopodobne podwójne morderstwo na Macu i Muff Graham i śmierć ich zabójcy wcale nie zakończyło klątwy Palmyry. Od lat od czasu do czasu krążą słuchy o tajemniczych wydarzeniach na atolu. W 1987 roku, statek rybacki zaalarmował Straż Przybrzeżną, że zaobserwował dryfujący jacht nieopodal Palmyry. Rozpoznanie lotnicze stwierdziło, że jacht jest opuszczony, zaś jego maszty i żagle są połamane i podarte. Po wejściu na pokład, funkcjonariusze znaleźli resztki szkieletu jachtmena pana Manninga Edwarda. Nie określono przyczyny jego śmierci i to pozostaje nadal tajemnicą…

W 1977 roku, inny jacht przybył na wyspę na krótki pobyt jak się wydaje został opanowany przez jakiś dziwnych ludzi wyznających jakiś dziwny kult, których opisano jako „hippisów”. Hippisi zagrozili gościom użyciem przemocy, więc jacht szybko odpłynął z wyspy. W czasie kolejnej wizycie na Palmyrze nie znaleziono żadnych dowodów i śladów kultu hippisów, jak to opisano, i żadnych innych ludzi tego pokroju.
[Autentyczni hippisi żyli i działali zgodnie z hasłem Make Love Not War!, zatem trudno przypuścić, by mogli się zachowywać agresywnie w stosunku do kogokolwiek i atakować przybyszów. Zapewne byli to piraci lub szmuglerzy, a nie hippisi czy dzieci kwiaty… – uwaga tłum.]


Zbieżność czy reguła?


Jego bohaterem jest niejaki Graham Hughes i czworo członków jego rodziny płynący na Hawaje z San Diego, CA, w 1989 roku na pokładzie swego jachtu SY Sea Dreamer. W czasie rejsu jacht został zepchnięty z kursu i wylądował na Palmyrze. Rodzina zatrzymała się tam na krótko, zanim znów puściła się na ocean i następnie… znikła z powierzchni Ziemi. intensywne poszukiwania rodziny na trasie z Palmyry na Hawaje nie przyniosły nawet żadnego śladu wskazujących na to, jaki los ich spotkał. I tu rzecz ciekawa: pierwsze imię tego człowieka brzmiało Graham, tak jak nazwisko zamordowanego w 1974 roku Maca Grahama. Obaj pochodzili z San Diego. Nawet nazwy ich jachtów były podobne: Sea Wind i Sea Dreamer. Przypadek to czy złowroga synchronizacja?

Krąży wiele teorii na temat tego, co się dzieje na atolu Palmyra. Niektórzy mówią, że jest on nawiedzony przez dusze marynarzy z rozbitych statków na tamtejszych rafach dawno temu. Inni sądzą, że jest to ląd, gdzie tylko jeden krok dzieli od równoległego wymiaru, cieniutka membrana dzieląca nas od całkowicie nieznanej rzeczywistości. Jeszcze inni twierdzą, że Palmyra jest czymś całkowicie różnym, jakąś żywą istotą z własną ciemną wolą i mocą.

Aktualnie nie ma żadnej ludności osiadłej na Palmyrze. Jedynymi znanymi stałymi mieszkańcami są naukowcy od klimatu, którzy czasami stacjonują na atolu. W swej przeważającej części, Palmyra przypomina spokojną, piękną, rajską wyspę schowaną przed resztą świata. Jednakże ten wygląd jest zwodniczy. Znając paskudną historię wyspy trudno jest oglądać jej pocztówkową urodę i czuć czające się na niej zło. Może to i lepiej, że Palmyra pozostaje niezamieszkałą i ma złą sławę niebezpiecznego miejsca, które leży gdzieś poza naszym zrozumieniem i być może nawet naszą rzeczywistością. I być może miał rację ten żeglarz, który powiedział, że Palmyra zawsze należała do siebie, nigdy do człowieka…


Moje 3 grosze


A jednak wydaje mi się, że istnieje jakieś wyjaśnienie dla tych wszystkich fenomenów Palmyry. Zacznę od tego, że podobne rzeczy obserwuje się na znanej z opowieści o piratach i pirackich skarbach Isla del Coco/Cocos Island - Wyspie Kokosowej – należącej do Kostaryki. Tam też ludzi – szczególnie w nocy – opanowuje często nieuzasadniony strach. Także zwierzęta. Pisze o tym Aleksander Grobicki w książce pt. „Skarby na dnie mórz”. Podobne fenomeny odnotowano na wyspach należących do archipelagu Hebrydów i na Islandii. We wszystkich przypadkach odnotowano obecność Innych – zwanych duchami, elfami, Ukrytymi Ludźmi, itd. Czy nie chodzi tutaj o istoty żyjące w światach równoległych, albo po prostu we Wszechoceanie, które nie życzą sobie ludzkiej obecności na swych terenach/akwenach?

Znany już nam Albert Rosales sądzi, że być może znajdują się tam siedliska Syren lub Wodnych Ludzi – i ja przychylam się do tego stanowiska. Zwróćmy uwagę na to, że dowody w sprawie zabójstwa Grahamów zawsze pochodziły z oceanu, jakby podrzucane przez kogoś, kto zamieszkuje w jego wodach... A dlaczegóżby nie?                      



Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©


środa, 3 września 2014

MV Lubow Orłowa: „statek-widmo” na Atlantyku

Statek-widmo wynurza się z mgieł...


Andriej Lieszukonskij


Na 14 lat przed zagładą RMS Titanic, pisarz Morgan Robertson napisał opowiadanie pt. „Próżność”, w którym statek Titan o rozmiarach równych Titanikowi także zderzył się z górą lodową w kwietniową noc, a większość jego pasażerów zginęła.

Pasażerski liniowiec MV Lubow Orłowa, który przepadł w czasie holowania jeszcze w 2013 roku, do dziś dnia jest poszukiwany na całym Atlantyku. Jednych interesuje taki fakt: wszak cena statku za którą sprzedano go na złom wynosiła ok. 600.000 GBP. Inni boją się, że ogromny „statek-widmo” może się stać zagrożeniem dla żeglugi. Ale fani zjawisk PSI interesują się całkiem innymi rzeczami: od szczurów-kanibali, które z pewnością znajdują się na pokładzie, do sygnałów SOS od czasu do czasu emitowanych przez zaginiony liniowiec.

MV Lubow Orłowa w Arktyce


Kurs na lody


W 1976 roku, stocznia w jugosłowiańskiej Kralewnicy/Sremskiej Mitrowicy spuściła na wodę dwupokładowy statek pasażerski o podwójnym dnie, o kolejnym numerze 413. Radziecki armator nazwał statek Lubow Orłowa. Wielka aktorka lubiła luksus i dlatego statek nazwany jej imieniem, z całą pewnością by się jej spodobał. Kajuty były wyposażone w węzły sanitarne, klimatyzacją, stabilizatorami (urządzeniami nie dopuszczającymi do kołysania), szerokimi łóżkami. Restauracja, dwie kawiarnie, kino, dansing – oto jakie luksusy czekały na podróżujących na jego pokładzie. Właścicielem liniowca stała się Dalekowschodnia Żegluga Morska. Statek pływał w rejsy, których pasażerami byli członkowie nomenklatury partyjnej i cudzoziemcy: luksus musiał się zamortyzować, a poza tym pojawienie się na pokładzie tego liniowca oznaczało prestiż i przynależność do elity. Dlatego też nabycie biletów, nawet biorąc pod uwagę ich drenażowe ceny, było niełatwo.

W 1999 roku, liniowiec był doposażony i wynajęty przez kompanię Marine Expeditions. Teraz pływał on w rejsy do Antarktyki. Ubyło nieco luksusów, ale za to pojawiło się lądowisko dla helikopterów, które było niezbędne dla statku w przypadku uwięzienia w lodach.

I tak bez względu na wszelkie nowinki techniczne, MV Lubow Orłowa nie cieszył się dobrą sławą. Turyści i załoganci skarżyli się na nieprzyjemności, które zdarzały się im na pokładzie: a to ktoś się przewróci i złamie rękę albo nogę (i to w czasie sztilu!), a to z mostka znikają bez śladu mapy nawigacyjne, a to samoczynnie włączają się sygnały alarmowe… A najważniejsze – na pokładzie liniowca masowo zalęgły się szczury, których nie dało się wytępić, pomimo wysiłków załogi.

Lądowisko dla helikoptera na pokładzie MV Lubow Orłowa


Przyszedł prikaz: na żyletki!


Nie bacząc na wielką ilość turystów chcących dopłynąć do Antarktydy i niezłe dochody kompanii z tego tytułu płynące, w 2010 roku Lubow Orłowa została aresztowana w kanadyjskim porcie St. John’s za długi. Członkowie załogi i pasażerowie opuścili liniowiec. Wkrótce na pokładzie pojawili się portowi ochroniarze. To właśnie oni zauważyli, że pełnoprawnymi właścicielami statku stały się szczury.

Przeszły ponad dwa lata, ale właściciele statku nie mogli dogadać się z kredytodawcami. I tak, żeby spłacić część długów statek został sprzedany na złom, czyli jak to się mówi – statek poszedł na żyletki, albo jak mawiają Rosjanie – „na igiełki”. Utylizować Lubow Orłową zdecydowano w Republice Dominikańskiej, gdzie znajduja się duże przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w rozbiórce statków. Jednakże pracownicy portu St. John’s zauważyli dziwną osobliwość: szczury, które zazwyczaj wyczuwały instynktownie, że statek idzie na miejsce swego wiecznego postoju, uciekają z niego. W tym zaś przypadku kadłuba tego statku nie opuściła ani jedna szara mordka. I wśród kanadyjskich dokerów poszedł chyr, że coś z tym jest nie tak…

Holowanie statku w styczniu 2013 roku zaczęło się przy całkowitym sztilu, ale już następnego dnia na Północnym Atlantyku zaczął się sztorm. Hol, na którym szedł liniowiec – pękł. Holownik kilkukrotnie usiłował „złapać” statek, ale ogromne fale za każdym razem na to nie pozwalały. Wreszcie, kiedy ta zabawa stała się zbyt niebezpieczna dla załogi, kapitan holownika podjął decyzję pozostawienia Lubow Orłowej w dryfie a sam popłynął do Kanady. Po kilku godzinach, sztorm wbrew wszelkim zapowiedziom – ucichł. Kapitan zawrócił holownik, ale odnaleźć liniowca się nie udało. Morski wilk doszedł do wniosku, że statek zatonął, o czym przekazał przez radio na brzeg. Wydawałoby się, że na tym epizodzie z życia MV Lubow Orłowa można by postawić kropkę, ale nie – dalej zaczyna się już mistyka…
[Wikipedia podaje: Jednostka miała zostać odholowana z Kanady na Dominikanę, gdzie planowano jej zezłomowanie. 23 stycznia 2013 Orlova zerwał się z holu z powodu wysokich fal i zaginął. Statek bez załogi, pozbawiony zasilania oraz oświetlania, dryfował stanowiąc zagrożenie dla innych statków oraz instalacji wydobywczych. 1 lutego jednostka została dostrzeżona przez MV Atlantic Hawk, statek zaopatrzeniowy platform wiertniczych płynący w odległości około 2400 km od zachodniego wybrzeża Irlandii (49°,2270 N - 44°,5134 W), który próbował wziąć go na hol. Jednak 4 lutego musiał go odciąć na prośbę kanadyjskiego Ministerstwa Transportu, z tego powodu Orlova nadal dryfował po Atlantyku. W marcu 2013 roku odebrano sygnały automatycznego nadajnika EPIRB, uruchamianego po zanurzeniu w wodzie; odpowiednie urzędy norweskie, brytyjskie, irlandzkie i islandzkie uznały, że statek najprawdopodobniej zatonął na północnym Atlantyku i nie stanowi zagrożenia dla żeglugi w rejonie – uwaga tłum.]


Save Our Souls…


Dnia 22.II.2013 roku, brzegowe radiostacje Irlandii nieoczekiwanie przyjęły sygnał wezwania o pomoc z MV Lubow Orłowa, którą uważano za zatopioną. Sygnał SOS nie powtórzył się, i eksperci przeanalizowawszy sytuację doszli do jedynego możliwego wniosku: najwidoczniej holownik nie mógł znaleźć liniowca, którego fale zniosły na jakieś 700 km na wschód, a potem MV Lubow Orłowa poszła na dno. Morska woda zamknęła obwody nadajnika i automatyczny sygnał wezwania pomocy poleciał w eter. I na tym sprawa by się skończyła, gdyby nie to, że… po miesiącu z pokładu statku znów nadano sygnał SOS! A tego już nie dało się wyjaśnić w taki sposób. Od tego czasu aż do dnia dzisiejszego (marzec 2014 roku – przyp. tłum) sygnały SOS z pokładu Lubow Orłowej wychwycono jeszcze dwukrotnie. Sądząc ze wszystkiego wynikało, że MV Lubow Orłowa dawno opuścił wody Morza Karaibskiego i dryfował po Północnym Atlantyku, zbliżając się powoli do Wysp Brytyjskich. Pewnego razu amerykańskiemu satelicie szpiegowskiemu udało się wykryć duży, metalowy, nieznany obiekt nawodny w odległości 1000 km od brzegów Irlandii. Jednakże samoloty zwiadowcze Royal Navy skierowane nad tamten akwen wróciły z niczym. Potem było jeszcze kilka wylotów, ale niczego nie znaleziono…

Po raz ostatni sygnał „ratujcie nasze dusze” zabrzmiał w eterze w styczniu 2014 roku. I teraz już nikt nie miał wątpliwości – statek samowolnie porusza się w kierunku Wysp Brytyjskich. Jednakże wszystkie loty samolotów Royal Navy nie dały żadnego rezultatu. Tym niemniej, by uspokoić publiczność, władze Irlandii i Szkocji – dwóch najbardziej możliwych punktów docelowych ruchu statku – oświadczyły, że:
Jak tylko da się zlokalizować MV Lubow Orłowa, zostanie on zatopiony. Aktualnie statek jest poszukiwany nie tylko przez Royal Navy, ale także „łowców pryzu”. Rzecz w tym, że formalnie liniowiec już do nikogo nie należy i znalazca ma pełne prawo zrobić z nim, co zechce. Orientacyjna wartość statku przy przekazaniu go na złom wynosiła 600.000 ₤ (czyli około 1 mln $USA)

Poza tym poszukiwaniami zaginionego pasażera zajmują się miłośnicy zjawisk paranormalnych. Oni są przekonani, że sygnał SOS nadawała nie automatyka statku, a… szczury! Zacytuję tutaj jednego z badaczy fenomenu Lubow Orłowej, Anglika Tima Burke’a:
Sądzę, że szczury przeżyły. Żeby nie zginąć na statku, gdzie nie ma żadnej żywności przyszło im uprawiać kanibalizm. W rezultacie doboru naturalnego na liniowcu pojawiła się cywilizacja ogromnych i praktycznie rozumnych zmutowanych szczurów. Jeżeli uda się im dopłynąć do brzegu i dostać się na ląd, to ludzi czekają ogromne problemy.

Oczywiście ten punkt widzenia jest bardzo, ale to bardzo kontrowersyjny, jeżeli nie bardziej – ale wielu miłośników fantastyki go podziela. Kiedy wybierają się na pływania przybrzeżne, na ryby czy patrole nabrzeżne, to mają przy sobie duży zapas trucizny na szczury. Ci łowcy „statków-widm” wierzą solennie w to, że ratują Ludzkość od strasznej napaści.
[A jednak hipoteza, że to szczury nadają sygnał SOS ma pewien sens, bowiem mogą one przypadkowo uruchomić automatyczny nadajnik, który wysyła wołanie o pomoc. Oczywiście obawy „łowców” są przesadzone i taka mutacja mogłaby się pojawić, ale nie w tak krótkim czasie o jakim mówimy i nie w taki sposób – uwaga tłum.]        

Ale Lubow Orłowa jak dotąd pozostaje nieuchwytna. I właśnie stała się takim legendarnym widmem morskim, jak Latający Holender…

Dryf MV Lubow Orłowa na Atlantyku
1. MV Lubow Orłowa opuszcza kanadyjski port St. John's holowana do Republiki Dominikany na złomowanie;
2. Holownik MV Charlene Hunt gubi holowany statek, który staje w dryfie;
3. Przyjęto sygnał SOS najprawdopodobniej z zagubionych radioboi, które wypadły ze statku;
4. Satelity zaobserwowały metalowy obiekt w kształcie statku dryfujący w stronę wybrzeży Irlandii lub Szkocji...


Fakty


Temat „statku-widma” jest bardzo popularny w Internecie i nawet pojawiła się strona internetowa, w którym od czasu do czasu straszy się Czytelników pogłoskami o Lubow Orłowej i szczurach-kanibalach, które za chwilę znajdą się na lądzie. Strona ta ma kilkadziesiąt tysięcy wizyt dziennie.

Wielu ekspertów twierdzi, że cała ta historia z MV Lubow Orłowa jest niczym więcej, niż mistyfikacją. Północny Atlantyk jest akwenem pociętym szlakami żeglugowymi, na których znajdują się dziesiątki statków i którykolwiek z nich powinien zaobserwować dryfującego liniowca. I taki zapis o podobnym spotkaniu powinien się znaleźć w „Morskom wiestnikie” – a takich danych nie zapisano.

W poprzednim sezonie, cena 11-12-dniowej wycieczki morskiej na Antarktykę na pokładzie Lubow Orłowej wynosiła p0d 4000 do 8500 USD w zależności o0d klasy kabiny.


Moje 3 grosze


Mnie to przypomina dość dokładnie kilka przypadków zaginięcia holowanych jednostek na akwenach Trójkąta Bermudzkiego, z których najsłynniejszym jest zaginięcie idącego na złom brazylijskiego pancernika Sao Paulo, co miało miejsce w 1951 roku, w okolicy Azorów. Okręt szedł na holu z Brazylii do Portsmouth w Anglii. Powiadają, że w tym czasie na oceanie był sztorm, i załogi holowników widziały w morzu USO…  

Nieco mniej znanym jest przypadek szkunera Ellen Austin, którego załoga – też w czasie sztormu - trzykrotnie (!!!) łapała tajemnicy statek i za każdym razem „gubiąc” załogę pryzową! W ten sposób zaginęło bez wieści 13 marynarzy i jeden oficer. Rzecz miała miejsce w 1881 roku, w okolicach Labradoru.

Wydaje się więc, że przypadek zniknięcia MV Lubow Orłowa kwalifikuje się właśnie do tego rodzaju wypadków. Te „błędne ogniki” radiosygnałów z kolei przypominają równie słynne zaginięcie znanej lotniczki Amelii Earhart na Pacyfiku, gdzieś w okolicy wyspy Howland, w dniu 2.VII.1937 roku.

Osobiście jestem zdania, że MV Lubow Orłowa albo leży na dnie Atlantyku zatopiony przez jakiś sztorm, albo stoi gdzieś w odludnym miejscu zepchnięty Prądem Zatokowym daleko na północ, na mieliznach lub szkierach któregoś z arktycznych archipelagów i jeśli tak jest, to wkrótce zostanie znaleziony. Ale to wcale nie przesądza tego, że ta zagadka zostanie rozwiązana…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 13/2014, ss. 26-27
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©  


wtorek, 2 września 2014

Tajemnica Dysku z Phaistos

Tajemnicze pojazdy Vimana na Dysku z Phaistos i...


Natalia Trubinowskaja


Archeolodzy czasami znajdują groby ludzi pochowanych twarzą do ziemi. wydawałoby się, że to nic nadzwyczajnego, ale badania wykazały, że twarzą do ziemi chowano tych ludzi, których nie poważano i chciano ich poniżyć nawet po śmierci…

Ten artefakt znaleziono na początku XX wieku, do dziś dnia pozostaje największą zagadką Przeszłości. Nie wiadomo, kto go zrobił, dlaczego i co zostało na nim uwidocznione. Znajduje się on w Muzeum Archeologicznym w kreteńskim mieście Iraklion/Heraklion i jest najbardziej popularnym eksponatem z jego zbiorów – wielu turystów przyjeżdża specjalnie po to, by go zobaczyć.


Skrytka w pałacu


Na przełomie XIX i XX wieku, archeolodzy zaczęli dogłębniej badać grecka wyspę Kretę. Jedna po drugiej jechały tam ekspedycje i po kilku latach dokonano tam wielu archeologicznych odkryć. Tak więc w 1900 roku, Anglik – Arthur Evans – odnalazł pałac w Knossoss – zadziwiającą budowlę nazwaną Ósmym Cudem Świata, w którym znajdowała się kanalizacja, wodociąg i ogrzewanie. Dla porównania, w kreteńskich domach mieszkalnych w tym czasie kanalizacji jeszcze nie było, co pozwoliło Evansowi zażartować: „Jestem jedynym człowiekiem na wyspie, który ma prawdziwą toaletę”.

Ale to nie było jedynym kreteńskim cudem. Jednocześnie z Evansem na wyspie pracowali włoscy archeolodzy pod kierownictwem Frederico Halberry, którzy odkryli zagadkowe miasto Fejst/Fajstos/Phaistos. W swoim czasie zostało ono zburzone przez wielki wybuch wulkanu na sąsiedniej wyspie Santorini.
[Dokładniej w odległości 110 km na północ, w 1613 roku p.n.e. Była to jedna z najsilniejszych i najbardziej niszczycielskich erupcji wulkanicznych świata starożytnego. Spowodowała ona powstanie fali tsunami o wysokości 200 m, zaś wulkan wyrzucił ze swego krateru ok. 60 km³ lawy i materiałów piroklastycznych, które spowodowało znaczne zaciemnienie na obszarze wschodniego basenu Morza Śródziemnego, co być może z kolei stało się źródłem biblijnej legendy o plagach egipskich – zob. Wj 7,14-29 i dalsze – przyp. tłum.]

Wedle legend, Phaistos zostało założone przez króla Minosa, ojca Ariadny. Swoją nazwę otrzymało ono na cześć Phaistosa – syna Heraklesa. W mieście zbudowano wspaniały pałac, w ruinach którego uczeni znaleźli wiele interesujących rzeczy – a do tego wykopaliska trwają tam do dziś dnia, bowiem ta stara ziemia chroni w swym wnętrzu wiele przedmiotów i śladów z Przeszłości.

Ale najciekawsze znalezisko w Phaistos zostało dokonane w dniu 3.VII.1908 roku. Luigi Pergne – członek ekspedycji Frederico Halberrego znalazł w jednym z budynków pałacu skrytkę zamaskowaną w podłodze pod grubą warstwą sztukaterii.

Wewnątrz skrytki znajdował się zagadkowy przedmiot – terakotowy dysk o średnicy 16 cm i grubości ok. 2 cm, obustronnie pokryty tajemniczymi znakami. Wszyscy uczestnicy ekspedycji byli zdumieni znaleziskiem i zaraz zaczęli dyskutować o tym, czym mógłby być ten dysk i co właściwie na nim przedstawiono. Spory uczonych o przeznaczeniu Dysku z Phaistos i próby rozszyfrowania jego niepojętych symboli trwają do dziś dnia.

Na obu stronach Dysku naniesione są spirale, które są podzielone poprzecznymi liniami na pola. W każdym z tych pól znajduje się od 2 do 7 symboli – wszystkiego 259 tajemniczych znaków na całym dysku. Niektóre z nich występują pojedynczo, inne powtarzają się wielokrotnie. Najczęściej spotykany jest znak, którego uczeni nazwali „głową z piórami”, bardzo podobną do Indianina ze szczepu Irokezów. Uczeni skatalogowali i opisali każdy ze znaków.


Najdawniejsza pieczęć


Z Dyskiem z Phaistos jest związane mnóstwo tajemnic. Okazało się, że znaki zrobione na nim, zostały wytłoczone przy pomocy pieczątek-czcionek, a nie narysowano ręcznie. Zagadka pozostaje technologia wykonania tych czcionek. Zostały one wykonane z twardego, nieznanego materiału – z dużą trwałością i dokładnością wykonania detali.

Ta właśnie dokładność pozwala na uznanie tego dysku za najstarszy drukowany tekst świata. A na dodatek dysk ten być może jest o wiele starszy, niż się powszechnie uważa. Rzecz w tym, że ocenić czas jego powstania jest niemożliwością. Znajdował się on w skrytce wraz z odłamkami tabliczki zrobionej w 1700 roku p.n.e. – jej datowanie nie sprawiło żadnych kłopotów ze względu na jej cechy zewnętrzne. I tylko na postawie tego faktu wyciągnięto wniosek, że ten Dysk też powstał w tym samym czasie. W gruncie rzeczy mógł on powstać w niepamiętnych czasach.

Ale największa zagadka Dysku z Phaistos polega na tym, że do dziś dnia nikt nie był w stanie powiedzieć, co właściwie na nim wyobrażono. Mnóstwo uczonych usiłowało rozwiązać tą zagadkę. Powstały prace naukowe, obroniono dysertacje, powstają różne hipotezy, ale żadna z nich nie została uznana za oficjalną. Cała trudność badania polega na tym, że nie znaleziono nigdzie podobnych znaków w innych kulturach, co od razu wprawiło badaczy w osłupienie.

Wysunięto hipotezę, że ten napis powstał w praindoeuropejskim języku, a sam tekst jest hymnem do Zeusa i Minotaura. Powstały przypuszczenia, że to rytualny zapis, meldunek wywiadowców, hymn wojenny, wiersz, list miłosny, itd. Istnieje także ciekawe przypuszczenie, że na dysku wyobrażono gwiazdozbiory, a sam dysk to mapa gwiezdna dla morskich nawigatorów.
[Jak wiadomo, Minojczycy byli doskonałymi żeglarzami i nawigatorami – najlepszymi w basenie Morza Śródziemnego i jak sądzą niektórzy uczeni – przedsiębrali oni wyprawy na Ocean Atlantycki i Indyjski, gdzie znajomość gwiazdozbiorów półkuli południowej nieba była niezbędna – uwaga tłum.]  


Podręcznik z Atlantydy


Nie pozostawili Dysku w spokoju także badacze zjawisk paranormalnych. Polski uczony Maciej Kuczyński sądzi, że Dysk z Phaistos jest dowodem na istnienie Atlantydy. Twierdzi on, że znaki na Dysku – ale nie tekst, tylko symbole opisujące etapy rodzenia się życia na Ziemi. Tym sposobem, Dysk jest krótkim „podręcznikiem” biologii. Według poglądów Kuczyńskiego – Dysk mógł się pojawić tylko w wysokorozwiniętej cywilizacji, która znikła z powierzchni Ziemi, i znalazł się na Krecie  wraz z jej ocalałymi przedstawicielami. Wielu badaczy uważa, że Atlantydę zniszczył wulkan z wyspy Santoryn, który zniszczył miasto Phaistos i tamtejszy pałac.
[Istnieje hipoteza, że Atlantydą była właśnie wyspa Thera/Thira/Θήρα, na której istniała wysoko rozwinięta cywilizacja, która potem Aristokles Ateńczyk vel Platon (427-347 p.n.e.) nazwał Atlantydą. Wiele wskazuje na to, że tak właśnie być mogło, a Platon żyjący ponad 1000 lat później, celowo zmienił lokalizację Atlantydy na Ocean Atlantycki, by nadać swemu utworowi pozór baśni. Wszak wydarzenie to już wtedy było zamierzchłą przeszłością – to tak, jakbyśmy to my pisali o wydarzeniach, które rozegrały się w Polsce w 1014 roku czyli XI wieku, za panowania Bolesława I Chrobrego…  – uwaga tłum.]

Trudno powiedzieć, czym naprawdę jest ten Dysk. Mnie, jako stronniczce teorii paleokontaktu, w czasie dokładnych oględzin Dysku pokazało mi się, że niektóre opisy znaków przez uczonych są niedokładne i znaki symbolizują o wiele bardziej złożone pojęcia.


Jeżeli dopuścimy myśl, że w dawnych czasach na Ziemi istniały wielkie, rozwinięte cywilizacje albo że odwiedzali nas goście z innych planet, top takie znaki z Dysku można interpretować zupełnie inaczej. Powiem, że znak – który uczeni nazywają „domem” – jest bardzo podobny do Vimany – latającego statku z najdawniejszych eposów.

Znak, który uczeni nazwali „papirusem” jest podobny do dawnej laski Kaduceusza, którym posługiwali się antyczni greccy (i nie tylko) bogowie. Kaduceusz miał mistyczne właściwości – mógł zabijać i niszczyć – i dlatego jest on bronią o wysokiej technologii.


Trudno powiedzieć, czym jest zagadkowy trójkąt równoboczny z kropkami z Dysku z Phaistos, ale na pewno nie jest to „sito” czy „przetak” jak uważają to uczeni.  Znaki nazwane „dzbanem” i „grzebieniem” wcale nie przypominają tych przedmiotów.

A tak w ogóle, to patrząc na rozszyfrowane symbole z Dysku z Phaistos odnosi się wrażenie, że zrobiono je w sposób uproszczony i wcale nie oddaja one sensu samych rysunków.

A to oznacza, że może to być cokolwiek, ale nie „gąsienica”, „toporek” czy „torba” – jak to się uważa w świecie nauki. Uczeni interpretowali je na jakimś dziecięcym poziomie, bowiem by je prawidłowo odczytać, to nie osiągnęliśmy odpowiedniego poziomu nauki i techniki.

Nie znamy jeszcze niektórych pojęć i wyjaśnienia tych znaków, tak jak odpowiadające im przedmioty pojawią się później w naszej Przyszłości (albo w ogóle nie pojawią się nigdy).

W XIX wieku zagadkowe figurki z Kolumbii uczeni uważali za ptaki, a potem się okazało, że przede wszystkim podobne są one do samolotów. Tak więc jeszcze do niedawna Vimany były tylko mitami, a dzisiaj samoloty i statki kosmiczne są częścią naszej rzeczywistości. Nie jest wykluczone, że za kilkadziesiąt czy kilkaset lat nasi potomkowie spojrzą na Dysk i zobaczą na nim przedmioty, które otaczają ich w normalnym życiu codziennym.


Moje 3 grosze: poszukać drugi klucz!


Być może jest właśnie tak, jak pisze to Autorka, mnie jednak wydaje się to zbyt ciągnięte za włosy. Dysk z Phaistos jest przedmiotem z TAMTEJ rzeczywistości i musiał on czemuś służyć. Przedmiotem nietypowym, stworzonym tylko raz, w jednym lub tylko kilku egzemplarzach. To właśnie ta nietypowość stanowi odpowiedź na pytanie o cel jego istnienia.

W swoim życiu zetknąłem się z szyfrowaniem i kodowaniem informacji przy pomocy szyfrów jednorazowych składających się z tablicy kodującej i tzw „gamy”. Tablica kodująca zawierała coś w rodzaju słownika od A do Zet składającego się z najczęściej używanych wyrazów, które zamieniono na liczby. „Gama” zawierała drugi zestaw liczb, do których dodawało się czy odejmowało od nich liczby z tablicy kodującej. Po sporządzeniu kryptogramu „gamę” niszczono albo zmieniano tablicę kodową. Odczytać ten szyfrogram mógł tylko ten, kto posiadał drugą taką samą tablicę kodową oraz „gamę”.

W Starożytności posługiwano się mniej czy bardziej skomplikowanymi szyframi i kodami już to w wojsku już to w handlu, więc być może Dysk z Phaistos stanowi właśnie element takiego szyfru czy kodu. Za tą hipoteza przemawia fakt, że znaleziono go w skrytce i że był on tylko jeden, jedyny i unikalny. Ciekawy jestem, gdzie był drugi – identyczny – egzemplarz takiego dysku? Na Santorynie? Nad Nilem? Nad Eufratem i Tygrysem? Na Atlantydzie…?

Chociaż nie, Atlantyda już wtedy nie istniała. To musiał być ktoś, kto posiadał odpowiednią wiedzę do stworzenia takiego kodu i jednocześnie śledził poczynania Minosa (a właściwie Minosów – władców Krety) z Krainy Keftiu. Pisze o tym barwnie Mika Waltari w powieści „Egipcjanin Sinuhe”. Mogli to być właśnie Egipcjanie – a jeżeli tak, to gdzieś w Kraju nad Nilem powinien znajdować się drugi taki sam krążek z wytłoczonymi nań znakami. A zatem stawiam jednak na wątek szpiegowski. Fakt, że szpieg działał w pałacu królewskim mnie nie dziwi – wszak jest rzeczą oczywistą, że takim szpiegiem mógł być tylko ktoś, kto znajdował się blisko osoby króla i był na tyle wykształcony, by mógł posługiwać się tego rodzaju narzędziem. I w razie czego wywierać wpływ na królewskie decyzje. Lekarz? Kochanka? Doradca? Tego nie wiemy, bo nie wiemy, kto mieszkał w pomieszczeniu, w którym znaleziono skrytkę z Dyskiem. Kiedy dowiemy się tego, być może potwierdzimy lub zanegujemy tą hipotezę. No i trzeba będzie poszukać drugiego klucza…

Czy tak właśnie używano takich dysków? Do takich właśnie celów? Według jednego z moich przyjaciół mogło to wyglądać właśnie tak:

…Roześmialiśmy się. Nastrój napięcia się rozładował.
- Czy możemy wiedzieć, czemu nas wzywałeś? – zapytałem.
- Ależ oczywiście – odpowiedział sięgając do stolika, gdzie leżała cała masa pergaminów i papirusów, skąd wyciągnął jeden i podał mi.
- To jest list, który otrzymałem wczoraj po południu od posłańca z Khorali. To list od cesarza Vendhyi – położył nacisk na słowo „cesarza” – do naszego Wielkiego Mistrza. Przeczytajcie go, proszę.
- Ale on… - zacząłem.
- … dotyczy przede wszystkim ciebie i ciebie też – Komandor zwrócił się do Iris.
Uśmiechnąłem się. To było absurdalne, bo skąd cesarz Vendhyi mógł wiedzieć o nas. Śpiewano pieśni o Halidorze, Conanie, czy Kullu Atlantydzie, ale o nas na razie nikt nie śpiewał żadnych pieśni, a nasze imiona nie zapisano nigdzie w żadnych kronikach, poza dokumentami Bractwa…
- Czytaj! – polecił Komandor.
Rozłożyłem papirus i przebiegłem wzrokiem linijki równego, kaligraficznego pisma. Poczułem na uchu oddech Iris, która zaglądała mi przez ramię. Na papirusie stało czarno na białym:

… Zwracam się do Ciebie z dyskretną prośbą, bo sprawę mam nad wyraz delikatną. Otóż od pewnego czasu na południowo-zachodnim krańcu naszego kraju, w prowincji Goa, pojawiły się pogłoski o powrocie ludzi-węży z Valussii. Przeprowadzone śledztwo w sprawie kilkunastu osób, które zmarły w dziwnych i do dziś dnia niewyjaśnionych okolicznościach wskazuje na to, że zostały one zaatakowane i pokąsane przez ogromne węże i to niezwykle jadowite – zgon następował niemal natychmiast lub po minucie. Wszystko wskazuje na to, że ludzi tych zaatakowała ogromna kobra, ale… nikt dotąd nie widział takowych w tych okolicach.
Doszło do tego, że ludzie w tej prowincji boją się wychodzić po zmroku z domów, choć wiadomo, że byli oni atakowani także – a właściwie przede wszystkim – właśnie w domach. Ludzie boją się o tym mówić, panuje przedziwna zmowa milczenia, bowiem uważają to za karę bogów wiszącą nad prowincją. Z tego, co udało się dowiedzieć mojej administracji wiadomo, że w okolicach, w których znajdowano martwe ciała ludzi ze znakami ukąszenia, widywano dziwnych ludzi, na widok których wyły wszystkie psy, a inne zwierzęta okazywały szalony, paniczny strach.
Psychoza strachu doprowadziła już do tego, że moi pracownicy nie są w stanie zapanować nad sytuacją, która coraz bardziej wymyka się spod kontroli i grozi nieobliczalnymi skutkami. Co więcej, może dojść do zamieszek na tle religijnym, a to jest to, czego właśnie wszyscy się najbardziej obawiają w tej prowincji, bowiem za utarczkami religijnymi mogą przyjść, i przyjdą na pewno, także utarczki narodowościowe, bowiem – jak zapewne wiesz – Vendhya to konglomerat wielu różnych narodowości i wierzeń.
A zatem moja prośba jest następująca – jeżeli możesz i jesteś w stanie, wyślij do mnie kogoś z Bractwa, kto byłby w stanie położyć kres tej niebezpiecznej sytuacji, wytropić i zabić potwora, który morduje moich poddanych w Goa. Sprawa jest bardzo poważna, a ja nie znam nikogo na tym świecie, który byłby w stanie mi pomóc. Oczywiście będziecie za to sowicie wynagrodzeni, Cesarstwo Vendyi może Wam wynagrodzić każdy Wasz trud i każdą ofiarę, która poniesiecie w Waszej misji moim Cesarstwie, o to możesz się nie martwić. …

Skończyłem czytać i spojrzałem na Komandora Wolfera.
- A co nam do tego? – zapytałem, choć już wiedziałem, jaka będzie odpowiedź.
- Z polecenia Wielkiego Mistrza macie udać się do Vendhyi – rzekł Komandor Wolfer i podał mi drugi kawałek – tym razem pergaminu. Rzuciłem nań okiem i zdębiałem. Był zapisany jakąś mieszanką liter i cyfr. Po chwili zrozumiałem – to był osobisty szyfr, do którego gamę otrzymałem wraz z nominacją na Mistrza. Musiałem rozszyfrować go używając małego dysku z wypalanej gliny, który pokryty był ślimakowatym wzorkiem zawierającym klucz szyfru.[1] Po paru minutach rozszyfrowałem kryptogram. Było to potwierdzenie polecenia udania się do Vendhyi i podjęcia śledztwa w sprawie tajemniczych zgonów.
- Podejmujecie się tego dokonać? – Komandor zadał nam sakramentalne pytanie.
- Tak – odpowiedzieliśmy unisono. Mogłem odmówić wykonania zadania i w takim przypadku musiał je podjąć ktoś inny, ale nikt jeszcze nie odmówił – to była kwestia honoru i nie tylko. Albo musiałbym wystąpić z Bractwa, albo zgodzić się na hańbę powrotu do nowicjatu jako Uczeń. Spojrzeliśmy na siebie. Iris była śmiertelnie poważna, ale jej spojrzenie mówiło coś innego. Było ufne i kochające. Zrozumiałem, że mając u boku taką kobietę nie mam się czego bać. Ona mnie nie zawiedzie.
- A zatem – rzekł Komandor – wasza misja się zaczęła. Czasu jest mało, więc podrzucimy was drogą morską do Yuetshi u ujścia Zaporoski, a potem już konno do Fortu Ghori w Górach Ghulistańskich, a potem prostym traktem do Khorali. Stąd do Goa jest jakieś pięćset staj, może mniej. Oni tam mają niezłe rozstawne konie, więc będziecie tam w ciągu miesiąca. […]

-----------------

Przeczytałem to jeszcze raz i poczułem znajomy dreszcz. List napisany był w połowie sierpnia, a zatem kiedy byłem już w Goa. Fakt, że znów znalazł się kolejny dowód na penetrację naszej planety przez kogoś spoza naszego czasu był już sam w sobie interesujący i intrygujący. Podejrzenia, które powziąłem jeszcze w czerwcu powoli nabierały kształtów i rumieńców.
- Co ci tatko? – usłyszałem zaniepokojony głos Tii – czy coś się stało? Złe wieści?
- Nie, córeńko – odpowiedziałem – tylko…
- Tylko??? – jej ślicznie zarysowane brwi uniosły się lekko.
- Tylko będę musiał wyjechać, i to z mamą.
- Tatko!!! – tupnęła stópką obutą w delikatny sandałek – Gdzie znowu!? Mało mamy roboty z tą Malaboną???

Podałem jej list. Przeczytała i jej twarzyczka spochmurniała.
- Masz rzucić to wszystko z powodu jakiegoś starego papierzyska? – zapytała żałosnym głosem, ale widziałem, że była wściekła.
- To jest prośba – odparłem – mogę nie jechać.
- Akurat! – wybuchła – już to widzę! Oboje jesteście tak narwani, że jak was znam, to pojedziecie i to beze mnie…

Ja też widziałem to w ciemnych barwach.
- Obawiam się, że jest gorzej, niż myślimy – odpowiedziałem otwierając czwarty list z pieczęciami Belverusu. Rozłożyłem wielokrotnie złożoną kartkę i spojrzałem na jej lico.

Była czysta.

Obróciłem ją na verso – to samo. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
- To jakiś durny kawał tatko? – zapytała z tłumioną wściekłością w głosie.
- Nie, kochanie – odpowiedziałem spokojnie – to tajnopis. Przynieś, proszę, świecę.
Tia skoczyła po świecę i po kilku minutach weszła niosąc srebrny lichtarz z zapaloną świeczką. Postawiła ja przede mną i czekała, co będzie.
- Kochanie, weź ołówek i pergamin i pisz – powiedziałem delikatnie podgrzewając list z Belverusu. Pod wpływem płomienia na cieniutkim pergaminie pojawiły się cyfry i litery. Zacząłem je dyktować, a Tia zapisywała je pracowicie na swoim kawałku pergaminu.
- I co wyszło? – zapytałem.
Milczała przez chwilę.
- To jakaś bzdura! To nie ma sensu! – odparła.
- Ma, ma – odparłem – a teraz weź ten krążek.
Podałem jej krążek z wypalanej gliny pokryty znakami alfabetu i cyframi.
- Odszukuj znaki na zewnętrznym krążku i patrz, jakie znaki znajdują się na wewnętrznym. Te właśnie są tymi właściwymi i te zapisuj, zrozumiałaś?
Skinęła głowa w odpowiedzi, a potem zabrała się za dekryptaż. Sprawa musiała być bardzo poważna, skoro Mistrz Brontosphoros zastosował takie środki ostrożności.
- Mam! – wykrzyknęła po kilku minutach – ale… to też jest bez sensu!
- Ma sens, tylko musimy jeszcze pokombinować – odrzekłem – powiedz mi, jakie cyfry otwierają zapis i zamykają go?
- Otwiera 8, a zamyka 7 – odrzekła.
- No to rozpisz ten tekst na macierz złożoną z 8 wierszy po 7 znaków każdy – poleciłem.
- Zrobione – odrzekła po kilku chwilach – i co dalej?
- A teraz czytaj z góry na dół.

Przeczytała.

A ja poczułem nagły chłód mimo upalnego dnia. I zrozumiałem, dlaczego Mistrz Brontosphoros zastosował aż trzystopniowe - najwyższe zabezpieczenie tej informacji. […]

Daniel Laskowski – „Bractwo Zielonego Smoka”
(na prawach rękopisu)


Komentarz Macieja Kuczyńskiego


Ponieważ Autorka powołała się na Macieja Kuczyńskiego, pozwoliłem sobie przesłać mu kopię przekładu jej artykułu. W odpowiedzi Pan Maciej Kuczyński napisał mi, co następuje:

Oto kilka moich słów komentarza do artykułu. Autorka myli się pisząc, że takich znaków jak na Dysku nigdzie nie znaleziono. Przeciwnie, znaczna ich część jest na skałach, ceramice, tkaninach, płaskorzeźbach i w kodeksach wszystkich części świata. To właśnie pozwoliło mi "odczytać" biologiczny sens inskrypcji. Wtajemniczenie jej autora pochodzi bez wątpienia z wizji szamańskich w zmienionym stanie świadomości. To przeoczyła i pominęła autorka artykułu. Wątek Atlantydy, jako ew. źródło wiedzy, potraktowałem "marketingowo". Dziś jestem już całkowicie przekonany, po serii własnych doświadczeń w USA, Peru i Meksyku, że ta wiedza wyprzedzająca naukę ma źródła szamańskie i świadczy o istnieniu ścieżki dostępu do ponadczasowej zbiornicy wiedzy. Serdecznie pozdrawiam,

Maciej Kuczyński

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 13/2014, ss. 20-21
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                                  




[1] W parę tysięcy lat później archeolodzy odkryją je na Krecie.

poniedziałek, 1 września 2014

Zaginiony samolot malezyjski (17)



 MH-370: Tajemnica zaginionego lotu



Stanisław Danilin


Okręt podwodny USS Capelin (SS-289) zwodowany w dniu 20.I.1943 roku znikł w dniu 2.XII.1943 roku w rejonie Morza Moluckiego. Okręt albo wyleciał w powietrze na polu minowym, albo padł ofiarą gigantycznego morskiego potwora.

Niedawno (8.III.2014 r. – przyp. tłum.) zaginął pasażerski stratoliner, należący do Malezji. A co jeżeli porwał go pilot-Kosmita, został zestrzelony superrakietą czy zatonął w oceanie? Nie uważaj tego, Czytelniku, za bezsensowne rozważania. Tobie już, w odróżnieniu od autora, przede wszystkim jest „wiadomo”, co w „rzeczywistości” przydarzyło się malezyjskiemu Boeingowi 777-200, z rejsu MH-370. Może zdarzyć się tak, że w momencie, w którym czytacie ten tekst, w TV pokażą wam szczątki rozbitego samolotu. Albo cały nieuszkodzony stratoliner porwany jakoby przez terrorystów, który wylądował w jakimś „gościnnym” państwie. Albo… Tym niemniej, nie sądźcie, że my zabraliśmy się za przedłożenie wam świadectw, które na czas wypuszczenia tego numeru były ustalone. Lepiej zróbcie sobie przegląd oficjalnej – „jedynie słusznej” – poniższej informacji. A wtedy, jak wiadomo, nie znajdziecie naszej propozycji bardziej adekwatnej, niż bzdury, którymi karmią was „kompetentne osoby”.


W pajęczynie kłamstw


Nawet jeżeli tobie – Szanowny Czytelniku – na oczy pokazali „porwanego Boeinga”, to zastanów się nad tym: czy „trzy siódemki” nie mógł porwać pilot-samotnik (swoją drogą, to czym zajmowało się pozostałych 11 załogantów – przyglądali się? A może byli w zmowie?)  czy komando superpilotów? Owszem – mogli. W jednym przypadku z dwóch możliwości: albo piloci-porywacze byli Kosmitami, dla których wszystkie techniczne arkana (szczególnie awionika Boeinga) to fraszka – coś jak dziecięcy samochód na pedały dla Schumachera. Druga możliwość to taka, że byli oni tylko pionkami w szeroko zakrojonym spisku – na  poziomie nie mniejszym, niż w przypadku samobójczego ataku samolotami na Twin Towers WTC w Nowym Jorku.

Aż wstyd czytać i słuchać oświadczeń wydawanych przez przedstawicieli władz i kompetentnych organów twierdzących co innego. Dlaczego? Fakty, a nie domysły, można długo by wymieniać. Przytoczymy tutaj tylko jeden, a właściwie „dwa w jednym”.

W samolocie typu Boeing-777 załoga praktycznie nie jest w stanie wyłączyć transpondera ACARS (po rosyjsku AZN-W – przyp. tłum.), które to urządzenie umożliwia kontrolerom ruchu lotniczego widzieć oznakowanie samolotu na ekranie radiolokatora i tym samym zidentyfikować statek powietrzny. Rozumie się, zakładam że terroryści to też ludzie wykształceni i też mogą czytać ten artykuł – nie będę ujawniał sekretów niektórych nowinek technologicznych wbudowanych w urządzenie ACARS, właśnie po ataku na Nowy Jork. 

Powiem tak – wyłączyć całkowicie ACARS piloci nie mogą. A nawet gdyby się im to udało, to razem z całą funkcjonującą elektroniką na pokładzie. Trzeba być dyletantem wierzącym w to, że pozostała reszta też jest profanami, żeby przekonywać ludzi o tym, że przez kilka godzin ten stratoliner wykonywał manewry w przestrzeni powietrznej. I to jeszcze „nad samą gładzią oceanu, uciekając od radiolokatorów”. A przecież takimi bzdurami nas karmiono. Jak i wieloma innymi – równie kłamliwymi. Np. o tym, że „technicznie niemożliwe” było namierzenie miejsca znajdowania się telefonów komórkowych pasażerów samolotu, które pracowały przez kilka godzin od czasu rozpoczęcia się incydentu.

Pajęczyna kłamstw, którą przedstawiciele władz, brygady śledcze, samozwańczy eksperci owinęli nieszczęsny rejs MH-370 można wytłumaczyć tylko dwoma okolicznościami. Każda z nich jest ważna dla każdego z nas – tak dla zakamieniałego materialisty jak i miłośnika zagadek i tajemnic.


Prawda leży gdzieś obok?


Okoliczność numer jeden: jeżeli nie brać pod uwagę Kosmitów, to porwanie albo zniszczenie takiego samolotu jak Boeing-777 może być cynicznie wykorzystane tylko w interesie niektórych pasażerów znajdujących się na pokładzie. Mowa, oczywiście, nie o „Iwanach”, których wygodnie byłoby oskarżyć, jak tylko zabrzmiała wersja o akcie terroru, a np. o pewnych „wtajemniczonych”. Czy byli tacy na pokładzie? Byli. I to w niemałej liczbie.

Należy tu powiedzieć, że właśnie tego dnia na pokładzie tego samolotu pojawiły się dwie dziesiątki przedstawicieli kompanii Freescale Semiconductor, zajmującej się rozpracowywaniem najnowszych technologii półprzewodnikowych know-how profilu obronnego. Kto jeszcze z „nosicieli tajemnic” zaginął wraz z malezyjskim samolotem – Bóg raczy wiedzieć. Ciekawą hipotezę lansują na swych niedostępnych i niejawnych forach internetowych pracownicy zachodnich służb specjalnych. Hipoteza brzmi tak: pewnego ważnego „wtajemniczonego” (albo kilku) porwano jeszcze przed startem samolotu – czym objaśnia się fakt pracujących w sieciach łączności telefonów komórkowych pasażerów. Owi pasażerowie byli „fałszywymi celami” w akcji „przykrywania”, którą stało się porwanie i/albo zniszczenie samolotu. Rzecz jasna ogromną ilość kłamliwych szczegółów rzuconych na pożarcie mediom przez rozmaitych komentatorów i instancje objaśnia się przede wszystkim doskonale wykonaną przez „nieznane bliżej zainteresowane” osoby operacją dezinformacyjną. Logika tej hipotezy jest bezsprzeczna. Taktykę tego rodzaju działań w języku służb specjalnych określa się jako „rozwałka całej karawany po to, by wyciągnąć jeden, jedyny rodzynek”.

Druga okoliczność ma największe znaczenie dla nas wszystkich. Okolicznością tą jest ten fakt, iż wszystkie tak ultra- i super-drogie urządzenia do śledzenia – w tym amerykańskie „totalne pokrycie obserwacją satelitarną” okazały się całkowicie bezsilne. Tak samo jak setki obsługujących je specjalistów i tysiące funkcjonariuszy i żołnierzy służb specjalnych z różnych krajów. Po to, żeby zatuszować tą szokującą okoliczność, totalnie zawyżali możliwości jakichś złoczyńców, jednocześnie zaniżali możliwości systemu ACARS.

No i czy nie wyda się Czytelnikowi cyniczną ta myśl? Najbardziej wygląda na to, że tajemnica lotu MH-370 zawiera się w jednym – ale dla większości z nas – retorycznym pytaniu. Kto jest w stanie dać gwarancję, że coś takiego się nie powtórzy? Tylko już nie w wersji „zniknięcia” samolotu nie z pasażerami, a z środkami masowego rażenia na pokładzie?


Moje 3 grosze


No i mamy wreszcie rozsądny głos w oceanie bełkotu. Faktycznie – wygląda na to, że było to porwanie zorganizowane przez służby specjalne. Służby specjalne kraju, któremu zależało na poznaniu tajemnic koncernu Freescale Semiconductor. Koncern ten z siedzibą w Austin, TX – wedle amerykańskiej Wikipedii – ma swe filie w 19 krajach i zatrudnia 17.000 pracowników. W marcu 2014 roku 20 pracowników tej firmy zaginęło bez wieści. Firma ta specjalizuje się w półprzewodnikach i konstrukcjach urządzeń radiowych dla samochodów i innych pojazdów – w tym kosmicznych. Poza tym zajmowano się komputerami i technologiami informatycznymi. W firmie tej stworzono pierwsze całkowicie tranzystorowe dupleksowe radio samochodowe w 1969 roku oraz pierwszy prototyp telefonu komórkowego – już w 1973 roku! Poza tym to właśnie tam stworzono procesor MC68000 i inne detale, które doprowadziły do rewolucji komputerowej w 1984 roku, a które wykorzystano w EMC produkowanych przez Apple, Atari, Commodore, Sun czy HP. Obecnie – czyli w pierwszej dekadzie XXI wieku, firma zajmuje się opracowywaniem i produkcją mikroelektroniki użytkowej. A zatem jest się o co bić…

Czy ktoś mógłby porwać samolot z BMR na pokładzie? Oczywiście – do tego szkoli się uderzeniowe i dywersyjne siły specjalnego przeznaczenia. A czy ktoś mógłby dać gwarancję, że do tego nie dojdzie? O ile wiem – to nikt. Nie ma stuprocentowych zabezpieczeń - bo nie ma czegoś takiego, jak stan idealny.

I jeszcze jedno. W dniu 17.VII.2014 roku, na Ukrainie zestrzelono z premedytacją samolot Boeing-777-200ER z rejsu MH-17 lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur. Zginęło 283 pasażerów i 15 załogantów. Na pokładzie znajdowało się ponad 100 specjalistów od AIDS, którzy lecieli na konferencję naukową do Melbourne w Australii. I znów pytanie brzmi: był to przypadek czy celowa prowokacja? Bo w takim kontekście pierwej należy odpowiedzieć na pytanie nie kto zestrzelił ten samolot i czym, ale akurat dlaczego właśnie ten a nie inny??? Oczywiście ta tragedia stała się powodem huraganowego ataku propagandowego na Rosjan, ale tak naprawdę to nie o to tam chodziło. Chodziło o to, by na tej konferencji nie padły czyjeś słowa. Czy miałyby one związek z rozwijającą się w Zachodniej Afryce epidemią gorączki krwotocznej EVD – znanej jako Ebola?

Tak czy inaczej – wydaje się, że istnieje związek pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami. Coś komuś się wymknęło, ktoś wypuścił na świat demona i usiłuje to ukryć przed szeroką publicznością zamykając ludziom usta bez względu na koszty i ofiary…

Tekst i zdjęcia – „Tajny XX wieka” nr 14/2014, ss.16-17
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©