Powered By Blogger

wtorek, 10 lutego 2015

I powróci Godzilla... (12)




XII


Wrak był nieco zdeformowany i mocno zardzewiały, ale wciąż można było rozpoznać w nim opływową sylwetkę wielkiego okrętu podwodnego. Kadłub w kilku miejscach nosił ślady mocnych uderzeń o skały czy lód, ale konstrukcja wytrzymała i nie było w niej dziur. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. W ogóle wyglądało to wszystko tak, jak dekoracja teatralna: rdzawe pudło na kamienistej plaży, wysokie klify i blade niebo w niskim, arktycznym słońcem. Jakieś ptaki nad nami, a w dali taplające się białe  misie. Arktyczna sielanka. I tylko ogromny rdzawy kadłub przed nami stanowił przykry dysonans… Okręt leżał wynurzony w 1/3 swej imponującej długości. Ostry dziób zaryty był w drobnych kamieniach plaży.

- Wchodzimy – usłyszałem głos w słuchawce.
- OK. – odpowiedziałem – I am ready.
To było stosunkowo łatwe, bo wszystkie luki były otwarte. I to właśnie było niepokojące. Gdyby wrak był na wodzie, nie mógłby się na niej długo utrzymać…
- Panie Pitt, nie odnosi pan wrażenia, że… - powiedziałem.
- …ktoś tu był przed nami? – Pitt rozejrzał się dookoła – jestem tego pewien.
Zrobiło mi się nieswojo.
- Tam nikogo nie ma – usłyszałem głos Krystyny. Powiedziała to po polsku.
- What did you say, Ma’am? – zapytał uprzejmie Pitt.
- Perhaps there is nobody here – odpowiedziała Krystyna – być może nie ma tam nikogo.

Weszliśmy na pokład i podeszliśmy do luku ewakuacyjnego. Był otwarty i można było tam wejść.
- Gdzie on prowadzi? – zapytałem Yakahawy.
- Do trzeciego przedziału – odparł tamten – pierwsze dwa, to przedziały torpedowe. Trzeci był dla załogi, w czwartym mieściły się pomieszczenia dowódcy i radio, w piątym centrala dowodzenia okrętem.
- A bomby?
- Dalej, za centralą, w VII przedziale.
- No to idziemy – Pitt skinął na nas ręką, a my ruszyliśmy za nim.

Wnętrze podmorskiego lotniskowca przypominało wnętrza standardowego okrętu podwodnego. Cisza, ciemność i wszechobecna ciasnota. W ostrym świetle lamp zauważyliśmy tu i ówdzie leżące szkielety pokryte zetlałymi łachami. Ale w poszyciu nie było żadnej dziury czy przestrzeliny sugerującej, że I-67 stał się celem ataku nieprzyjaciela.
Solidnie zbudowany – pomyślałem – tyle lat i poza rdzą nie ma właściwie niczego... Gdyby go spuścić na wodę, to mógłby jeszcze popływać.
- Nie zapominajcie, że przez pół wieku tułał się po Oceanie Arktycznym – powiedział Yakahawa – to i tak cud, że tutaj dopłynął…
- Teraz rozumiem, skąd nasi podwodnicy wzięli swe meldunki o tajemniczych okrętach podwodnych w Oceanie Arktycznym – rzekł Pitt. – Po prostu namierzali ten wrak, który unosił się martwo w toni wodnej. Sądzili, że to Rosjanie czy Brytyjczycy, albo Norwegowie…
- A pozostali sądzili podobnie – odparłem – zgadza się. Rosjanie też mieli wielokrotne kontakty sonarowe z nim i sądzili, że to przyczajeni Amerykanie…

Tak sobie gadając doszliśmy do VII przedziału. I tu czekała nas niespodzianka. Przedział stał otworem! Mało tego – ktoś poszerzył wejście częściowo usuwając gródź.
- Oh, bullshit! – usłyszałem głos Pitta.
- Tu rzeczywiście ktoś był – powiedziałem stąpając ostrożnie po metalowym rumowisku, by nie rozciąć skafandra na ostrych krawędziach.
Wszedłem za gródź i nastawiłem światło lampy na rozpraszanie.
Przedział był pusty. Ktoś systematycznie go opróżnił zabierając wszystko, co się w nim znajdowało.
- Czy tu były także bomby z 087? – zapytał Pitt.
- Bomby specjalne znajdowały się właśnie w tym przedziale, i to w skrzynkach po dwie. Ich skrzynki odróżniały się od reszty dwoma zielonymi paskami – usłyszałem głos Hayakawy – Macie je?
- Nie – odpowiedziałem – znikły.
Zapadło milczenie.

Po chwili w przeciwległym wejściu do przedziału zajaśniało światło i weszli ludzie doktora Okimayo.
- Nie ma ich? – zapytałem.
- Nie – doktor pokręcił głową – tam też nie ma. Ktoś tu wszystko wypatroszył.
- O jasna dupa – wyrwało się Krystynie. – No to mamy bardzo poważny problem.
- Trzeba będzie poszukać śladów po tych „ktosiach” – zakonkludował Pitt.
- To jeszcze mały pikuś – mruknąłem – ciekawy jestem, skąd „ktosie” się dowiedzieli i I-67 i jego misji? To w tej chwili jest najważniejsze pytanie! Kto poza nami o tym wiedział?
- Czyżbyśmy mieli „kreta”? – usłyszałem głos komandora Sato.
- Niekoniecznie – odparłem – mogą mieć Amerykanie, mogą mieć Kanadyjczycy.
- OK., ale kto mógł tutaj być? Rosjanie? Chińczycy? – nie ustępował Pitt.
Wzruszyłem ramionami.
- Mają dość swoich zabawek tego rodzaju i jeszcze większy kłopot z utrzymaniem ich – odparłem – nie byliby na tyle głupi, by brać sobie na łeb kolejne gówno…
- No to pozostają terroryści arabscy – zakonkludował Pitt.
- No, to już brzmi lepiej. Ale nie sądzę – odparłem rozglądając się po pustym przedziale.

Naraz mój wzrok przykuła leżąca na ziemi wstążka na której czerni rozbłysło złoto. Pochyliłem się i podniosłem ją. Nie była zetlałą szmatą, ale wyglądała niemal jak nowa. Rozpostarłem ja na dłoni i poczułem, że zaczyna mi brakować powietrza. Na czarnej wstążce lśnił złotem napis:


Luftwaffe der Kriegsmarine


Poczułem lodowaty chłód. Przypomniały mi się noce w ruinach Tanis i na stokach Śnieżki. Koszmar wrócił i dopadł nas pod kołem podbiegunowym. Pokazałem to wszystkim.
- Nasi „ktosie” zostawili nam wizytówkę – powiedziałem – to byli Niemcy… I to neonaziści!
Wszyscy spojrzeli na mnie.
- To jakiś głupi żart? – zielone oczy Pitta zalśniły w półmroku.
- Nie – odparłem – i chciałbym, żeby to był tylko głupi kawał…

CDN.


poniedziałek, 9 lutego 2015

I powróci Godzilla... (11)


XI


Narada zakończyła się przyjęciem mojej propozycji przejrzenia jeszcze raz zdjęć brzegów i wód przybrzeżnych Morza Beauforta.
- Nie muszę chyba wszystkim przypominać – rzekł komandor Sato zwracając się do nas – że cała nasza operacja jest ULTRA TOP SECRET. O niej wiedzą tylko gremia najwyższych władz naszych krajów oraz Kanady i teraz wy. I tak powinno być. Nie chcemy niepotrzebnych sensacji, a najmniej najazdu pismaków i ich głupich pytań. Nasze rządy wydadzą oświadczenie, kiedy już będzie po wszystkim. A teraz proszę podpisać to zobowiązanie o zachowaniu milczenia.
Podpisałem. Krystyna też.
Żeby oni wiedzieli, kogo w to wszystko wtajemniczyli… - pomyślałem patrząc, jak Krystyna ujmuje pióro i kreśli swój zamaszysty podpis. Uśmiechnąłem się do tej myśli.

- Co zamierzacie zrobić z tymi bombami? – zapytała.
- Zniszczymy rzecz jasna – Sato wzruszył ramionami – konwencjonalne bomby zdetonujemy na poligonie, zaś bomby biologiczne po prostu rozbroimy i wrzucimy do martena. 1600 stopni Celsjusza powinno zniszczyć je raz na zawsze…
- Jak właściwie miał przebiegać taki atak biologiczny na nasze miasta? – Pitt zapytał Yakahawę.
Ten pokiwał głową.
- Bardzo prosto – rzekł. – Dwa samoloty zrzucały bomby zapalające i burzące, a kiedy na dole zaczynał się zamęt, trzeci zrzucał bombę B na spadochroniku. Na wysokości 200 metrów ładunek flegmizowanego trotylu rozrywał korpus bomby i rozpylał w powietrzu bakterie dżumy. That’s all… Resztę robiły wiatry. Optymalną pogodą była pogoda deszczowa, chodziło o to, by deszcz jak najszybciej wpłukał zarazki do wody gruntowej i pitnej, co dawało optymalny efekt użycia tej broni.
- No to rzeczywiście proste – powiedziałem – dobra, proponuję zacząć poszukiwania, bo czas ucieka…
- E, nie przejmowałbym się tym tak bardzo – Pitt wzruszył ramionami – jak przez tyle lat ta Pandora nie wyszła z puszki, to…
Urwał, bo chyba przypomniało mu się o wyludnionych wioskach inuickich nad Mackenzie.
- A nich to… damn it! – mruknął – masz rację my dear friend – poklepał mnie po ramieniu – no to zabieramy się stąd. Proponuję spotkać się jutro o tej samej porze.

 Następnego dnia siedzieliśmy znowu na swoich miejscach. Komputery S³ i NUMA wyselekcjonowały pięć obiektów, które swym wyglądem przypominały okręt podwodny na płyciznach lub przy brzegu.
- A zatem płyniemy je zbadać – powiedział komandor Sato – no i trzeba będzie przygotować sprzęt do dezynfekcji terenu i wraka. Jak widać, mamy się czego obawiać i bakterie są nadal letalne. Pierwszy obiekt znajduje się stosunkowo blisko, bo w okolicach Wyspy Campbella. Nieco na południe od niej jest mała wysepka, a obok niej podługowaty przedmiot z grubsza odpowiadający wymiarom I-67, a zatem najpierw polecimy tam…

Po kilku godzinach wiedzieliśmy, że było to pudło. Nie był to okręt, tylko nagromadzenie pni drzewnych, mułu i lodu, który dziwnym kaprysem Natury przypominał sylwetkę okrętu podwodnego. Po dwóch dniach przekonaliśmy się, że wszystkie wytypowane miejsca i obiekty były nietrafne.
- Co pan radzi? – zapytał mnie Sato, kiedy kolejny raz jego ludzie wrócili z niczym.
- Przeanalizować zdjęcia jeszcze raz pod tym samym kątem i bardziej w kierunku północno-wschodnim w kierunku Grenlandii i Ziemi Baffina. To musi być gdzieś tutaj. Jestem tego pewien!
- Ja też tak sądzę – poparła mnie Krystyna. – Najwidoczniej przyjęliśmy złe założenie.
- No dobrze – rzekł Sato – ale zatem dlaczego dżuma objawiła się w wioskach Inuitów leżących u ujścia Mackenzie, a nie na Północnym Stoku?
- To rzeczywiście jest zagadkowe… - powiedziałem. – Ale najpierw musimy znaleźć źródło zakażenia, a dopiero potem będziemy się tym martwić.
- Co pan proponuje?
- Przeszukać południowe brzegi Victoria Island, Wyspy Banksa, Eglinton Island i Wyspy Księcia Patricka oraz Wyspy Melville’a, to musi być gdzieś tam!
Westchnął.
- Mam nadzieję, że ma pan rację, Daniel-san – rzekł wreszcie. – Powiadamiam Amerykanów i ruszamy.
I tak się stało.


* * *


Piątego dnia nasz statek wszedł w rejon Wyspy Melville’a. Cztery dni poszukiwań niczego nie przyniosły. Nigdzie nie było nawet śladu wraka. Poszukiwaliśmy go przy pomocy magnetometrów, które jednak były dość zawodne w pobliżu Bieguna Magnetycznego naszej planety. Także aktywność słoneczna nie pomagała nam w tej pracy.
- Wejdziemy do Liddon Gulf – powiedział Sato – pogoda jak na razie jest dobra, ale…
Nasz statek powoli wsunął się w głąb dość dużego fiordu, który otoczony był wysokimi na sto metrów urwistymi klifami.
- Przygotować helikopter do lotu – rozkazał i po kilku minutach czarna ważka podniosła się w powietrze. Weszliśmy do kabiny kontroli lotów, gdzie mieliśmy bezpośredni przekaz z jego pokładu.
- Najpierw na północ, bo pod tymi klifami raczej niczego nie będzie – powiedział – a przynajmniej nie powinno być…
- A jednak sądzę, że trzeba sprawdzić wszystko… - powiedziałem, ale nie dane mi było dokończyć, bo kamera wykonała naraz zbliżenie na coś znajdującego się wewnątrz fiordu i jednocześnie usłyszeliśmy głos pilota mówiącego coś bardzo szybko po japońsku.
- Mamy go! – powiedział komandor – znaleźliśmy! 75°12’33”,15 północna i 112°19’55”,64 zachodnia! To może być tylko I-67!

Na pokładzie zaczął się zorganizowany ruch. Po kilku minutach pojawili się ludzie ubrani w skafandry biologiczne. Helikopter wrócił po pierwszą partię zwiadowców.
- Poleci pan z nimi? – komandor Sato zadał zbędne w tej sytuacji pytanie.
- Oczywiście lecimy – odpowiedziałem – i rzecz jasna razem.
Błyskawicznie zeszliśmy pod pokład, gdzie ubrano nas w skafandry. Tymczasem spuszczono na wodę niewielki barkas, na którym mieliśmy przeprawić się do miejsca wiecznego spoczynku I-67. Wsiedliśmy na jego pokład. Silnik ruszył i popłynęliśmy w głąb Liddon Gulf. Po godzinie kluczenia wśród kier byliśmy na miejscu. Zdesantowaliśmy się na kamienistą plażę, na której leżał także ogromny wrak. Pomyślałem, że chyba to jakieś fatum i poczułem nieprzyjemny dreszcz i lodowate palce historii dotykające mojego karku. Po raz drugi stanąłem w obliczu legendy. Pierwszy raz to było pod wyspą Lorda Howe, gdzie znaleźliśmy wrak Nautiliusa kapitana Nemo, a teraz…

- Idziemy – usłyszałem w słuchawce radiotelefonu głos Dirka Pitta. – Musimy otworzyć tą puszkę z Pandorą! 

CDN.

niedziela, 8 lutego 2015

I powróci Godzilla... (10)



X


- No, to jeden problem mamy z głowy – powiedział cicho komandor Sato – teraz możemy pogadać o naszych sprawach.
Pitt rzucił nam spojrzenie.
- One moment Captain – powiedział i zwrócił się do nas – mam do was dwa pytania.
- Proszę, niech pan pyta – odparłem. 
- Jak znaleźliście Fairbanksa?
Uśmiechnąłem się.
- Nie uwierzy mi pan, dyrektorze, ale to był fart. Po prostu przypadek i łut szczęścia.

Nie miałem najmniejszego zamiaru wtajemniczać go w rozwiązania techniczne w jakie był wyposażony mój jacht Atlantis MMII na pokładzie którego dokonaliśmy tego odkrycia. Pitt przez chwilę przeżuwał tą wiadomość.
- OK. – rzekł wreszcie – i drugie pytanie: jak go podnieśliście?
- To nie było takie trudne – podparłem.
- Jak to nie było trudne? Przecież padły wszystkie komputery, a okręt był zassany…
- Po pierwsze nie był, a jedynie dotykał dna półkulistym dziobem, dzięki czemu go w ogóle usłyszeliśmy, jak stuknął w dno – odparłem.
- A co po drugie? – Giordino włączył się do rozmowy.
- Po drugie szasowaliśmy awaryjnie balasty. Na szczęście można to było zrobić ręcznie.
- Aha, jasne – Pitt skinął głową w kierunku Giordina i położył przed nim studolarowy banknot – wygrałeś stary!

Roześmialiśmy się wszyscy.
- Widzi pan – rzekłem do Pitta – wasz okręt szedł niesiony prądem na głębokości jakichś 60 stóp. Jego trym był wyważony, nie było żadnego przegłębienia, więc szedł na równej stępce i w ogóle wszystko było OK., poza komputerami, które zwariowały, bo ktoś puścił im wirusa i reaktorem, który pracował na jałowym biegu.
Pitt pokiwał głową ze zrozumieniem.
- OK., drugie pytanie: jak się dostaliście na pokład Fairbanksa? 
- Przez wyrzutnię torpedową.
Amerykanie spojrzeli na nas jak na coś nie z tego świata.
- ŻE CO???!!! – krzyknęli unisono.
- Przecież mówię, przez wyrzutnię torpedową – powtórzyłem powoli i spokojnie sądząc, że nie bardzo rozumieją moją angielszczyznę. Ale rozumieli aż za dobrze.
- Sorry – Giordino wycelował we mnie palec – ale to JEST niemożliwe. Klapy wyrzutni otwierają się naprzemiennie. Po prostu po to, by woda zaburtowa nie dostała się do wnętrza okrętu. Przez wyrzutnię torpedową można tylko WYJŚĆ  z okrętu, ale nie da się WEJŚĆ. Cudów nie ma!
- A jednak tak właśnie było. Byliśmy wtedy we troje: ona – wskazałem Krystynę – moja żona Gemma i ja. Pierwsza weszła Krystyna przez otwartą klapę wyrzutni. Okazało się, że obie klapy są otwarte, a pomieszczenie przedziału torpedowego jest wypełnione wodą. Krystyna weszła do przedziału, zamknęła klapę wewnętrzną i wpuściła powietrze usuwając wodę. A potem już poszło: wszedłem do wyrzutni, Krystyna zamknęła klapę zewnętrzną, wpuściła powietrze i otworzyła klapę wewnętrzną. Tak weszliśmy do wnętrza okrętu. Potem poszliśmy do centrali, gdzie najpierw spróbowaliśmy wynurzyć się korzystając z automatyki. Nie dało się, bo wszystkie komputery szalały. Wynurzyliśmy się szasując awaryjne balasty. Wot i wsio, that’s all...
Pitt skinął głową.
- To by się zgadzało. Ale nie rozumiem, jak to się stało, że obie klapy były otwarte?
- Defekt konstrukcyjny – podsunęła Krystyna.
- Próbowaliście otwierać inne wyrzutnie? – zapytał mały Włoch.
- Nie – odparłem – mogły w nich być torpedy i obawialiśmy się tego, że spowodujemy ich wystrzelenie…
- Jasne – Pitt znów skinął głową. – OK., nie mam więcej pytań. Panie komandorze? – zwrócił się do milczącego Japończyka.
- No właśnie – rzekł Sato zwracając się do Yakahawy – doktorze, proszę nas wtajemniczyć w zadanie.

Yakahawa rozłożył wielką mapę Arktyki, a dokładniej Morza Beauforta od granicy z Kanadą aż do wysp kanadyjskiego archipelagu arktycznego i Grenlandii.
- Jak wiadomo, I-67 swój ostatni meldunek nadał z okolic Dutch Harbor czyli Aleutów. Potem już wszelki ślad po nim zaginął, a poszukiwanie go nie miało sensu, bo zaczęła się wojna na Pacyfiku. I wszystko było w porządku do maja bieżącego roku. Dwie wioski kanadyjskich Inuitów  w okolicach ujścia rzeki Mackenzie zostały wyludnione w niewyjaśniony sposób. To znaczy wszyscy ich mieszkańcy wymarli i gdyby nie zapuszczający się w te okolice traperzy i geolodzy nie wiedzielibyśmy o tym niczego do dziś dnia! Oczywiście najpierw pojechała tam ekipa kanadyjskich Konnych, bo podejrzewano jakieś zatrucie czy coś w tym rodzaju. Znaleziono martwych mieszkańców wiosek i stwierdzono, że umarli wskutek jakiejś choroby i to w czasie dwóch – trzech dób! Niestety, RCMP  nie była w stanie zidentyfikować czynnika letalnego, więc poproszono na pomoc CDC w Atlancie. Amerykanie też połamali sobie na tym zęby – stwierdzili jedynie, że była to wyjątkowo zjadliwa odmiana dżumy płucnej. I wtedy komuś przypomniało się, że w czasie Drugiej Wojny Światowej uczeni japońscy pracowali właśnie nad bronią biologiczną – dżumą płucną. Zwrócono się zatem do rządu, a rząd do JXSDF. Na podstawie materiału biologicznego z ciał zmarłych Inuitów udało się dojść do tego, że była to bakteria ze szczepu 087. Ostatniego „dziecka” generała Shiro. Dlatego właśnie tutaj jesteśmy. Myśmy napaskudzili i my będziemy sprzątać to gówno.
- No dobrze, ale gdzie trzeba szukać tego okrętu? – zapytał Pitt.
- Nie może leżeć głęboko – odparł Yakahawa – w przeciwnym przypadku bomby z 087 nie wpadłyby w ręce Inuitów.
- A nie dałoby się po prostu przejrzeć tego akwenu z satelity? – zapytałem. – Przecież to nie musi być trudne, a poza tym sądzę, że skoro okręt jest na jakiejś mieliźnie, to powinien być widoczny z wysokości orbity, a zatem po odpowiednim zaprogramowaniu komputera możemy wykryć go w czasie realnym – kilku do kilkunastu godzin. Macie dokładne zdjęcia satelitarne tego akwenu w podczerwieni?
- Mamy z JAXA z Kagoshimy i z NASA – odparł komandor Sato – i już szukaliśmy, ale nic żeśmy nie znaleźli…
- Ale szukaliście na głębinie, a nie przy brzegach, a to nam zawęża pole poszukiwań – poparł mnie Pitt – a zatem spróbujmy jeszcze raz.
- Wiecie, w zasadzie macie rację – nieoczekiwanie poparł nas Yakahawa – przypomina mi się katastrofa chińskiego okrętu podwodnego O-361. 4 maja 2002 roku, media przyniosły wiadomość o kolejnej podwodnej tragedii, która rozegrała się tym razem w głębinach Morza Żółtego. Ofiarami stali się chińscy marynarze – w liczbie 70 osób - z konwencjonalnego okrętu podwodnego, zbliżonego do radzieckiego typu Romeo – NB, zerżniętego z hitlerowskiego U-boota typu XX czy XXIII - źródła mówią o tym rozmaicie, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Co ciekawe – okręt został odnaleziony i odholowany do bazy! Jak podały media, śmierć 70 marynarzy z chińskiego okrętu podwodnego jest w dalszym ciągu niewyjaśniona i wypadek ten bada specjalna rządowa komisja. Przyczyną ich śmierci były „problemy mechaniczne” – jak enigmatycznie podała agencja Xinhua. Mówi się, że załoga zatruła się albo gazem trującym, albo czadem powstałym w wyniku pożaru na pokładzie.
- Słyszałem o tej sprawie, ale nie znam szczegółów – rzekłem. 
- Znam sprawę – mruknął Pitt – mamy całą masę danych z amerykańskich mediów, m.in. „Miami Heralda” i z „Tokyo Timesa”. W świetle tego, co napisano na temat tej katastrofy, sprawa przedstawiała się następująco: Na początku maja, dokładna data nie jest znana – jak podała japońska  agencja Kyodo za chińską agencją prasową Xinhua – na Morzu Żółtym doszło w czasie ćwiczeń do awarii okrętu podwodnego chińskiej marynarki wojennej, w wyniku «problemów technicznych» zginęło 70 załogantów. Okręt został odholowany do swego macierzystego portu.
- Może coś bliżej, panowie – odezwała się Krystyna.
- Oczywiście – Pitt posłał jej jeden ze swych zabójczych i uwodzicielskich uśmiechów. – Następnego dnia, czyli 4 maja, Reuters podaje następne informacje, z których wynika, że awarii uległ okręt podwodny typu Ming o numerze taktycznym O-361 u północno-wschodnich wybrzeży Chin. Chińczycy mają 13 tego typu okrętów, które budowano wzorując się na jednostkach radzieckich. Według „Jane’s Defence Weekly” chińska marynarka posiada 90 okrętów podwodnych w ogóle, z czego większość, to konstrukcje radzieckie. W przyszłości marynarka ta wejdzie w posiadanie 8 okrętów podwodnych klasy Kilo – też poradzieckich – jak twierdzą specjaliści z JDW. Okręt O-361 jest jednym ze starszych okrętów podwodnych w służbie chińskiej marynarki wojennej i strata jego załogi jest największą katastrofą podwodną w Chinach od 1949 roku. A wiecie co w tym wszystkim jest najciekawsze?
- Tak? – Yakahawa spojrzał z zainteresowaniem na Pitta.
- Ciekawym jest to, że na tego typu okrętach podwodnych znajduje się 9 oficerów i 46 marynarzy – a zatem 55 osób załogi – kim zatem było pozostałych 15 osób na pokładzie O-361? Czyżby powtórzyła się historia z 1968 roku i świat znów stanął na krawędzi wojny jądrowej???

Zapadła chwila napiętej ciszy. Przerwał ją Sato.
- Możliwe. Nasz wywiad nie pomijał i tej możliwości - rzekł.
- Oczywiście – odparł Pitt – bo w dniu 6 maja chińska CCTV nadała reportaż z wizyty na pokładzie okrętu O-361 dwóch najwyższych rangą dygnitarzy Komunistycznej Partii Chin i rządu: prezydent Chin Hu Jintao i przewodniczący Centralnej Komisji Obrony Narodowej Jiang Zemin, którzy zwiedzili go przedział po przedziale w bazie morskiej Floty Północnej w Dalian. Tymczasem rosyjska agencja prasowa Interfax, cytując wysokich wojskowych w Pekinie pisze, że miedzy innymi na pokładzie okrętu O-361 wybuchł pożar spowodowany krótkim zwarciem w instalacji elektrycznej. Jednakże nie było widać żadnych śladów ognia w czasie transmisji CCTV z wizyty obydwóch chińskich dostojników w Dalian... Pod koniec tej korespondencji, agencja Kyodo podała, że strona chińska nie podała daty tego wypadku, ale gazeta „Mingbao” wychodząca w Hong-Kongu stwierdziła, że katastrofa ta miała miejsce gdzieś pomiędzy 20 a 26 kwietnia 2003 roku.
- No to kiedy w końcu to się stało? – zapytała Krystyna.
- Nie wiadomo – odrzekł Pitt - tego samego dnia, agencja Associated Press w swej korespondencji z Pekinu podała, że: stan zastany na pokładzie okrętu podwodnego pozwala na stwierdzenie, że załoga zatruła się jakimś toksycznym gazem albo dymem, lub ewentualnie wskutek wadliwego działania instalacji oczyszczania powietrza i klimatyzacji.  Zagraniczni eksperci stwierdzili, że jest to bardzo dziwne, iż nie przeżył nikt z załogi okrętu O-361, i że nikt nie opuścił go, mimo tego, iż okręt ten był płytko zanurzony w wodzie. Potwierdzałoby to tezę, że załoga udusiła się lub zatruła. Jedna z teorii sugeruje, że to woda morska dostała się do akumulatorni okrętu podwodnego i w reakcji z kwasem siarkowym z baterii akumulatorów wytworzył się chlorowodór, który spowodował śmiertelne zatrucie załogi. Inni specjaliści wojskowi twierdzą, że winę za śmierć załogi ponosi nieszczelna instalacja wydechowa silników dieslowskich, wskutek czego załoga zatruła się tlenkiem węgla. W takim przypadku musiałoby dojść do zatkania tzw. «chrap» i wydmuchu spalin do wnętrza okrętu. Tymczasem dzienniki „Boston Globe” i fiński „Helsingin Sanomat” opublikowały wiadomość, że wypadek ten miał miejsce w dniu 16 kwietnia, ale okręt z martwą załogą zlokalizowano dopiero 26 kwietnia 2003 roku! Okręt ten brał udział w ćwiczeniach, których celem było unikanie wykrycia przez jednostki nawodne, podwodne i helikoptery ZOP , dlatego też załoga miała zakaz podawania swej pozycji. Z tego powodu nie można było zlokalizować jej od razu. Śmierć załogi musiała nastąpić nagle, bowiem wszystkich ludzi znaleziono na ich stanowiskach.

Podziwiałem go, bo facet cytował dane z pamięci, nie posiłkując się niczym. Widać było, że ta sprawa bardzo go zajęła.
- I co jeszcze ma pan na ten temat? – zapytałem.
- Jeszcze tylko tyle, że wasza gazeta „The Hoshijima Daily Report” powołując się na prasę z Hong-Kongu twierdzi, że tragedia załogi okrętu O-361 nastąpiła następująco: załoga udusiła się wskutek skokowego obniżenia się zawartości tlenu w powietrzu wewnątrz okrętu podwodnego, o czym poinformowały wysoko postawione osobistości z chińskiego Sztabu Generalnego. Okręt ten brał udział w 13-dniowych ćwiczeniach połączonych sił marynarki wojennej i lotnictwa wojskowego na akwenach zatoki Bo-Hai, Zatoki Koreańskiej i Morza Żółtego. Miał on za zadanie przepłynąć z Dalian do bazy morskiej w Wei na półwyspie Shandong tak, by nie został namierzony. Dochodzenie w sprawie śmierci załogi wykazało, że mogło dojść do zatrucia spalinami pochodzącymi z silnika dieslowskiego, który napędzał okręt idący na małej głębokości pod wodą.
- I to wszystko? – zapytał Yakahawa.
- W zasadzie tak – dokończył Pitt. – Potem sprawa ucichła, ale dzięki CIA wiemy, że nałożono na nią „knebel” i nawet osławiony izraelski MOSSAD nic na ten temat nie wie, co potwierdza hipotezę o próbie rozpętania Trzeciej Wojny Światowej przez militarystów chińskich…
- OK., a co to ma do waszego okrętu? – zapytałem Yakahawę.

- A to, że mogło dojść tam do identycznej sytuacji, w wyniku której załoga zginęła na miejscu, jak w przypadku O-361, a sam okręt unoszony prądami głębinowymi mógł dopłynąć nawet do Walhalli…

CDN. 

sobota, 7 lutego 2015

I powróci Godzilla... (9)


IX


Załoganci gracko pobrali próbki tego „czegoś” i statek powoli oddalił się od osobliwego tworu. Miałem dziwne uczucie, jakbym zetknął się z legendą i okazała się ona czymś w rodzaju bajki dla dzieci. Czy to wszystko? – zadałem sobie pytanie. Czułem jakieś nienasycenie i niezadowolenie. W paskudławym nastroju schodziłem z pokładu, kiedy usłyszałem za sobą miły głosik.
- Daniel-san, czy mogę pana prosić do naszego labu?
Odwróciłem się. Stała za mną młoda kobieta o uśmiechniętych oczach błyszczących spod kaptura puchówki w kolorze morskiej zieleni, jakie nosiła cała załoga Kaio Maru. 
- Czy ja panią znam? – zapytałem grzecznym tonem.
- Nie, ale zaraz się poznamy – wypaliła z bezpośredniością nie pasującą do jej japońskiego wyglądu i wychowania. No cóż, czasy się zmieniają – pomyślałem.
- Jestem doktor Miranda Akito – wyciągnęła do mnie szczupłą dłoń.
Naraz zrozumiałem, skąd znam tą twarz i te oczy.
- Witam, miło mi panią poznać osobiście – odparłem i cmoknąłem ją w rękę po staropolsku.
Zaczerwieniła się, a mnie zrobiło się głupio. Na Wschodzie coś takiego jest równe oświadczynom…
- Czytałam pańskie sprawozdanie na temat meduz z Labiryntu Thummerlinga i całkowicie się nie zgadzam z pańskimi wnioskami końcowymi!
To było interesujące.
- Uważa pani, że te meduzy nie rozrosły się tak pod wpływem tych wszystkich świństw, które pakujemy w wody Wszechoceanu? – zapytałem ze zdumieniem. – A zatem z czego?
Uśmiechnęła się.
- Źle mnie pan zrozumiał – odparła – oczywiście że to jest jeden z czynników, podobnie jak globalne ocieplenie powodujące zmiany upwellingu i całego systemu dystrybucji substancji pokarmowych Wszechoceanu. Ale czynnikiem decydującym w tym przypadku musiało być coś innego. Jakiś czynnik pozabiologiczny, czy może nawet… - zawiesiła głos.
- … nawet jaki? – zapytałem.
- … pozaziemski? – dokończyła patrząc mi w oczy. – Kosmiczny.
Była bardzo blisko prawdy. Ale jej nie znała. Znało ją niewielu ludzi nawet w łonie Komitetu Dziewiętnastu.

- A skąd pani ma tą pewność?
- Nie mam pewności, ale przeczucie – odpowiedziała.
- Intuicja badacza? – zapytałem.
- Hmmm…. Powiedzmy, że tak – powiedziała otwierając drzwi do laboratorium. – I powiem panu dlaczego. Bo nie wynika z mojego dotychczasowego doświadczenia i mojej wiedzy. A zatem musi istnieć czynnik spoza układu biologicznych powiązań Wszechoceanu, który spowodował tak burzliwy rozród i rozwój meduz. Nic się nie dzieje przypadkiem…

Miała stuprocentową rację.
- A czy zauważyła pani jakieś nowe gatunki, które pojawiły się dopiero teraz? – strzeliłem w ciemno.
- Nie tych dużych, ale co jakiś czas odkrywane są nowe i coraz bardziej jadowite gatunki meduz kostkowych, których neurotoksyny są bardzo selektywne i porażają tylko i wyłącznie system nerwowy tylko jednej istoty na tej planecie…
- Człowieka?
Uśmiechnęła się tryumfująco.
- Tak Daniel-san – potwierdziła spokojnie – właśnie TYLKO  Homo sapiens sapiens. Człowieka rozumnego i żadnej innej istoty więcej!
- Gdzie bytuje ten dopust Boży?
- Na razie w wodach koło Queenslandu – odrzekła wkładając fartuch – wydaje się, że te wody są wylęgarnią tych potworków-koszmarków. Ale istnieje jakiś czynnik spoza Wszechoceanu, który to wszystko napędza. I mam zamiar go znaleźć Daniel-san!
 
Wróciłem z laboratorium późno w nocy. To znaczy było późno, ale na zewnątrz było jasno i tylko słońce przemieszczające się nad horyzontem zdradzało że Ziemia się obraca. Krystyna już spała. Rozebrałem się i wskoczyłem do koi.

Co jak co, ale Miranda Akito była co najmniej interesującą osóbką. Potrafiła przeniknąć zawiłości celowo sfabrykowanych raportów i dojść do sedna. A tym sednem była obecność 12 stymulatorów rozwoju biologicznego ziemskich organizmów oceanicznych, które wpadły tam dosłownie z nieba…  Powinni się nią zainteresować ludzie z Komitetu Dziewiętnastu. Przydałaby się z jej chłodnym, analitycznym umysłem… I z tą myślą zasnąłem.


* * *


Ranek był szary i bezsłoneczny. Arktyka znów pokazywała swą chmurną twarz. Od zachodu znów wiało i statek zaczął kołysać się na falach. Wyjrzałem przez bulaj i stwierdziłem, że w nocy nastąpił „przyrost ludności”. Koło naszego Kaio Maru 22 kołysał się potężny atomowy lodołamacz, na jego burcie widniał napis cyrylicą i łacińskimi literami Arktyka i niepokaźny statek o turkusowym malunku kadłuba, na którego rufie białymi literami była wymalowana nazwa Fathom. Bandera amerykańska. Starzy znajomi – pomyślałem.
- Mamy towarzystwo – powiedziałem do Krystyny przeciągającej się rozkosznie na koi – Amerykańcy z NUMA  i Rosjanie.
- Pewnie po samolot Lewoniewskiego… - wzruszyła ramionami. – Ale co robią tutaj chłopcy od Sandeckera?
- Sadzę, że wkrótce się dowiemy – rzekłem. – Tymczasem proponuję zjeść śniadanie. I chyba zanosi się na sztorm.
- Na pewno – Krystyna wyjrzała przez bulaj. – Brrrr…! Nie lubię Arktyki!
I otrząsnęła się jak pies po wyjściu z wody.

Ledwie skończyliśmy jeść, kiedy podszedł do nas jeden ze stewardów i poprosił nas, byśmy poszli za nim.
- Kapitan prosi – wyjaśnił – i jego goście także.
Domyśliliśmy się, że pewnie ma u siebie kapitanów Arktyki i Fathoma. Wspinając się po stromym trapie dotarliśmy wreszcie do kabiny komandora Sato. Steward otworzył nam drzwi i kłaniając się ceremonialnie wpuścił nas do środka. Weszliśmy.

Poza komandorem był tam dr Yakahawa, potężny Rosjanin nazywający się Konstantin Fiedotow, który był dowódcą Arktyki i dwóch Amerykanów. Jeden z nich czarnowłosy o oczach intensywnie zielonych, a drugi niewysoki Włoch. Od razu poznałem Dirka Pitta i Ala Giordino. Staliśmy przez moment taksując się wzrokiem.
- Mister Laskovsky? – Pitt uniósł na moment brwi. – Skąd ja pana znam? Czy się już kiedyś spotkaliśmy?
Uśmiechnąłem się z wyższością – mogłem sobie na to pozwolić. Powoli usiedliśmy na fotelach. Kapitan zaproponował nam whisky, ale podziękowaliśmy i zadowoliliśmy się colą.
- Owszem, mieliśmy okazję się widzieć. Na kei portu w Atlanterra, w Hiszpanii. Szukaliście wtedy zaginionego okrętu podwodnego.
Obaj Amerykanie wymienili błyskawiczne spojrzenia.
- Jakiego okrętu podwodnego? – zapytał Pitt.
- USS Fairbanks.
- A co pan o tym wie?
Uśmiechnąłem się znowu, tym razem szyderczo.
- Podnieśliśmy go wam. Oczywiście uprzednio go znaleźliśmy… I nawet nie usłyszałem za to słowa „dziękuję”. Nieładnie.
- Panowie – wtrącił się Sato – jak widzę już się znacie, ale nie wspominajcie gorszych czasów, OK.?
- Dlaczego? – odrzekłem. - Dla mnie to było miłe wspomnienie. Przynajmniej burzy to wiele stereotypów o Polakach.
- Nie doceniałem Polaków – burknął Pitt – i chyba zmienię o was zdanie. Mimo stereotypów, jak to pan wyraził. Nawiasem mówiąc nie zostawił pan wizytówki, a Wuj Sam ma dla was znaleźne. Ani ja, ani admirał Sandecker nie wzięliśmy za to ani centa. Mamy swój honor.

Pozostali słuchali tej wymiany zdań niewiele z niej rozumiejąc.
- Gaspoda – powiedział Fiedotow – pogawarili i chwatit. Mamy mało czasu, bo chcemy zdjąć tego Douglasa jeszcze przed sztormem. To wyście go znaleźli?
Skinąłem głową.
- Da, to znaczy tak – powiedziałem.
- Nie znaleźliście tam nikogo?
- Nikogo, nawet martwego ducha. Wygląda na to, że przeżyli katastrofę i poszli na południe w kierunku Alaski albo na wschód w kierunku Kanady.
- O, skąd ta pewność? – Fiedotow dopił swoją whisky i rozejrzał się za butelką.
- Bo znaleźliśmy także to – Krystyna podała mu notes Lewoniewskiego – tutaj wyraźnie pisze, co zrobili. Niech to pan weźmie, może coś z tego wydedukujecie.
- A pewnie – kapitan Fiedotow skinął głową – nu to uże para. Zaczynamy operację ściągania tego wraka.
- Z Japonii płynie tutaj cała ekipa do ściągnięcia tego Airbusa – powiedział Sato – więc może zostaniecie tutaj i zrobimy to wspólnymi siłami?
- E, nie – Fiedotow wstał i spojrzał na nas z wysokości swoich dwóch metrów – czasu mało, a w Murmańsku już na nas czekają, będzie wielka pompa, feta, gala, telewizja i w ogóle…
Podał nam swą wielką dłoń i uścisnął mi rękę tak, że miałem wrażenie, że mi ją zaraz amputuje.
- Spasibo mołodcy – powiedział całując dłoń Krystyny – to przecież bohater nasz i wasz. A może zabierzecie się z nami? Z Murmańska do Moskwy pociągiem, a potem jeden skok do Warszawy?
- Nie, dziękujemy – odpowiedziała Krystyna – ale mamy tutaj jeszcze coś do zrobienia.
- A skoro tak, to nie nalegam! – zahuczał i zaczął żegnać się z pozostałymi. Po chwili wyszedł.


Zasiedliśmy ponownie do stołu.

CDN. 

piątek, 6 lutego 2015

I powróci Godzilla... (8)



VIII


- Niesamowite – pomyślałem – ta sprawa wraca do mnie jak bumerang.

Mało kto wie, że Sensuikan I-67 był to jeden z japońskich krążowników podwodnych, który miał za zadanie topić wszystko, co nawinęło mu się przed rury wyrzutni torpedowych, ale i nie tylko. Oficjalnie okręty te weszły do służby dopiero w roku 1945, ale tak naprawdę, to próby z nimi miały miejsce już w 1940 roku. I-67 był pierwszym z nich. Pozostałe dwa odnalezione w 1995 roku na dnie Pacyfiku: I-14 i I-201 należały do grupy supernowoczesnych okrętów podwodnych, które były japońskim odpowiednikiem niemieckiej Wunderwaffe. To były największe okręty z napędem konwencjonalnym, jakie kiedykolwiek wybudowano. W 2005 roku natrafiono jeszcze na I-401. Były szybkie, miały duży zasięg, a niektóre były przystosowane do przewożenia samolotów. Wojna jednak skończyła się, zanim Japończycy zdołali na dobre wdrożyć okręty do służby. Jednostki wpadły w 1945 roku w ręce Amerykanów, którzy postanowili posłać je na dno w pobliżu Hawajów. Miało to uniemożliwić dostanie się nowatorskich japońskich pomysłów w ręce ZSRR. Amerykanie nie zanotowali jednak, gdzie dokładnie zatopili wraki. Odkryto je dopiero niedawno w pobliżu Hawajów. Najciekawszym z tego wszystkiego było ich uzbrojenie – trzy wodnosamoloty Aichi M6A Seiran miały one za zadanie nie tylko prowadzenia konwencjonalnego rozpoznania i bombardowania celów na ladzie i na wodzie, ale nade wszystko były przystosowane do użycia broni biologicznej. To były największe okręty z napędem konwencjonalnym, jakie kiedykolwiek wybudowano. Ich zadaniem był nalot nad cel i obrzucenie go bombami zawierającymi skażone pchły czy inne „wektory” broni B. Poza tym okręty te miały jedno działo kalibru 140 mm, a do tego 10 działek 25 mm i 8 wyrzutni torpedowych 533 mm z zapasem 20 torped. Ten długi na 122 metry okręt mógł zanurzać się do 100 metrów i poruszać się pod wodą z prędkością 6,5 węzła. Nad wodą osiągały 18,7 węzła. Jak na te czasy, były one bardzo nowoczesne i bardzo silnie uzbrojone.

- No i bomby – uzupełnił Yakahawa – to były specjalne bomby do rozsiewania bakterii i wirusów na dużych obszarach. Najczęściej w aerosolu. Pchły, mrówki, muchy i inne owady nie nadawały się do tego, bo zdychały po pewnym czasie, za to zastosowanie bakteryjnych czy wirusowych aerosoli miało rację bytu. Generał Ishii Shiro wypróbował to na poligonie Andzie w okolicach Harbina w Mandżurii już w 1936 roku. oficjalnie pisze się, że miało to miejsce w 1942 roku, ale to nieprawda. Jego jednostka 731 od pierwszych dni swego istnienia prowadziła badania nad dżumą, cholerą, wąglikiem, japońscy komuniści przeprowadzili swoje śledztwo w wyniku którego doszli do wniosku, że wyhodował on bakterię dżumy 078 o letalności ponad sto razy większej od „zwykłej” dżumy. Podobnie było z wąglikiem i cholerą. Wszystkie wyniki badań zgarnęli Amerykanie i jego samego też. Cała prawda o nim i jego zbrodniach wyszła na jaw dopiero w 1989 roku, kiedy ekshumowano ciała jego ofiar…

Zapadło milczenie. Wciąż jeszcze umarli rzucali swe długie cienie. Przeklęty czas, przeklęte ideologie, pierdolona, bezsensowna wojna… – pomyślałem z nagłą złością. – I najgorsze jest to, że nikogo, niczego nie nauczyła…
- Ale co my mamy do tego? – zapytałem – przecież to było tak dawno…
- Doktor Yakahawa jest pracownikiem prokuratury Japońskich Sił Samoobrony – rzekł komandor Sato – i prowadzi dochodzenie właśnie w tej sprawie.
- Jednostki 731? – zapytała Krystyna – myślałam, że sprawa ta została zamknięta po jej rozformowaniu w 1945!... 
- Rzecz w tym, że jednostkę rozformowano, podobnie jak Oddział 543 z Hajłaru, Oddział 100 z Changchunu,  Oddział 1644 z Nankinu, Oddział 1855 z Pekinu oraz Oddział 8604 z Guangzhou. Prace nad dżumą 087 prowadzono właśnie w Oddziale 8604 w Guangzhou. Wszystko przejęli Amerykanie i dali tym ludziom immunitet. Tych zbrodni wojennych nie objął Proces Tokijski, rozumiecie? Prawda o tym wychodzi dopiero teraz. Godzilla to był ładunek bomb biologicznych przeznaczonych dla Stanów Zjednoczonych i Kanady. Godzilla to plan biologicznych bombardowań amerykańskich i kanadyjskich miast – od Dutch Harbor na Aleutach aż do San Diego w Kalifornii.
- Kto to wymyślił? – zapytała Krystyna.
- Według naszego rozeznania, ówczesny dowódca Jednostki 731, generał Kitano. To był jeden z jego pomysłów na wygranie wojny z USA.
- Na czym, polegał ten plan? – zapytała Krystyna.
- Ten plan był genialny w swej prostocie – rzekł komandor Sato – I-67 miał podejść do wybrzeży amerykańskich i w czasie sprzyjających warunków pogodowych wypuścić „ptaszki” nad amerykańskie miasta. Lecąc na wysokości pięciu tysięcy metrów miały zrzucać na spadochronach bomby, które eksplodowały jakieś 500 metrów nad ziemią rozpylając zabójczy aerosol nad miastem z wiadomym skutkiem. Coś takiego miało miejsce w czasie wojny balonowej w 1944 roku, kiedy to użyto fusan bakudan – balonów z podwieszonymi bombami, zwanymi także Fu-Go. Atak na wybrzeże amerykańskie miał być zgrany z atakiem na Pearl Harbor. Niestety, a raczej na szczęście, I-67 zaginął gdzieś w rejonie Dutch Harbor i wszelki ślad po nim zaginął.
- No, dobrze… Ale dlaczego szukacie go po północnej stronie Cieśniny Beringa? – zapytałem.
- Szukamy dlatego, że właśnie na północnych brzegach Morza Czukockiego i Morza Beauforta zdarzyły się przypadki zachorowań na dżumę 087 – odparł komandor Sato – a jak nam teraz wiadomo, taką właśnie bakterię dżumy miał na pokładzie I-67 w swym ostatnim rejsie…


* * *


Statek kołysał się w takt dużych, sztormowych fal. Skończyła się krótka chwilka pogody i Arktyka pokazała swoją prawdziwą twarz – okrutną i bezlitosną. Staliśmy w cieniu aerodynamicznym Białej Atlantydy, co pozwalało nam na chwilkę oddechu. Ale tak czy owak, ocean pieklił się i szalał. Krystyna leżała w swojej koi i czytała, bo nie chciało się jej wychodzić na pokład. Ja z kolei zaznajamiałem się z obłąkańczymi planami japońskich militarystów i zastanawiałem się z Japończykami, gdzie właściwie mógł rozbić się I-67, bo to,  że uległ on katastrofie było czymś oczywistym. Kiedyś pisząc jedna ze swych książek zastanawiałem się nad losami tego okrętu i męczyłem swoich japońskich przyjaciół mailami na ten temat. Wtedy mnie to jeszcze bawiło, bo miało to urok Nieznanego. Teraz wiedziałem już wszystko i wiedziałem, że będę musiał grać do końca. Jakbym przeczytał interesującą książkę od ostatniego rozdziału.

Po kilku dniach pogoda uspokoiła się na tyle, że można było zbadać Białą Atlantydę i pozostałe na niej samoloty. Samolot Lewoniewskiego stał cały czas pomiędzy dwoma górami i nie tykała się go ani rdza, ani żywioły. I wtedy przypomniał mi się notes, który Krystyna znalazła w kabinie pilotów Douglasa.
- Krysiu? – zapytałem. – Masz jeszcze ten notes?
- Nie wyrzucałam go, więc gdzieś jest – odparła i wstała z koi i podeszła do szafki. Wyjęła puchówkę i po chwili miała w reku czarny notes w skórzanej oprawie.
- Będziemy musieli to przeczytać wreszcie – powiedziałem.

Zapaliłem lampkę nad koją i położyłem się koło niej. Krystyna dała mi notes.
- Czytaj -  powiedziała – zapomniałeś już, że nie czytam cyrylicy?
No tak, przecież to zapewne było pisane po rosyjsku!
Otworzyłem notes. Był doskonale zachowany, papier był jeszcze całkiem biały mimo upływu tylu lat…
Przerzuciłem pierwszą stronę – nic. Druga, też nic, dopiero na trzeciej widniało kilka linijek napisanych ołówkiem po rosyjsku i angielsku:

Do znalazców tego notatnika!

Należy on do Zygmunta Lewoniewskiego – lotnika, dowódcy samolotu o znakach CCCP H-209 lecącego z Moskwy przez Biegun Północny do Fairbanks, który w dniu 13 sierpnia 1937 roku o godzinie 14 minut 52 czasu moskiewskiego lądował awaryjnie na wielkiej krze znajdującej się na pozycji 83° 5’ szerokości geograficznej północnej i 144° 25’ długości geograficznej zachodniej. Wszyscy wyszliśmy z tego niemal bez szwanku, jeżeli nie liczyć drobnych kontuzji. Po kilku godzinach odpoczynku postanowiliśmy udać się w kierunku południowym z dwoma gumowymi dinghy, którymi może uda się nam dopłynąć do wybrzeży Alaski. Jesteśmy daleko na północ, ale istnieje szansa dostania się do którejś z eskimoskich osad na Północnym Stoku lub do Wyspy Księcia Patricka. Pozostanie tutaj oznacza pewną śmierć – idąc na południe mamy przynajmniej  jakąś szansę na przeżycie.

Zygmunt Lewoniewski  

- I to wszystko? – zapytała Krystyna.
- Tak – poza tym, nie ma tutaj niczego… - odpowiedziałem kartkując notatnik.
- Zginęli?
- Na to wygląda – mruknąłem – mogli nie dojść do otwartej wody, a może usiłowali zejść na pole lodowe otaczające Białą Atlantydę i spadli – tam jest z sześćdziesiąt czy nawet sto metrów… Któż to wie?
Zamilkliśmy leżąc obok siebie. Każde z nas przetrawiało te wiadomości. A nie było łatwo pogodzić się z tym, ze udało się nam wyjaśnić – no prawie wyjaśnić – jedną z ponurych tajemnic Arktyki. Chciałem coś powiedzieć, ale nie było mi dane. Rozległo się nagłe, przeraźliwe jodłowanie syreny alarmowej.
- Co jest? – Krystyna rozejrzała się dookoła.
- Jakiś alarm, cholera ich wie, jaki… - powiedziałem przekrzykując przeraźliwe wycie. – Chodź, idziemy zobaczyć, co się dzieje…

Wyszedłem  na korytarz. Nikogo na nim nie było. Wróciłem do kabiny.
- Bierz puchatkę i idziemy na pokład – powiedziałem.
Krystyna natychmiast włożyła kurtkę i wzięła pas ratunkowy.
- Gdzieś tu powinny być kombinezony izolacyjne – powiedziała rozglądając się dookoła.
- E, chyba nie toniemy – powiedziałem – no to dalej, na pokład!
Wybiegliśmy na pokład i dostaliśmy lodowatym podmuchem w twarz. Zatkało mnie na moment, a potem dostałem ataku kaszlu.
- A niech to… - warknąłem, kiedy przestałem charczeć.

Kilka osób załogi stało na burcie i wychylało się przez reling wskazując coś sobie na wodzie. Spojrzeliśmy i my. W szarej toni powoli poruszało się coś długiego, cienkiego  i o oleistym wyglądzie, jak rozciągnięta na pół mili co najmniej plama ropy. Ale to nie była ropa. Ani cokolwiek, co znaliśmy.
- No to macie waszego węża morskiego – usłyszeliśmy za swoimi plecami głos doktora Okimayo – a ja już myślałem, że to jest tylko wytwór waszej zaszokowanej wyobraźni!...


I roześmiał się wesoło. 

CDN.