Powered By Blogger

środa, 5 grudnia 2018

A tu naraz pojawili się Oni…


Krokodyle różańcowe na wyspie Ramree

Jelena Gałanowa


Na liście miast stanowiących cele atomowych bombardowań znajdowało się Kioto. Ale je oszczędził sekretarz ds. wojny USA Henry Stimson: zakochał się w tym starym mieście od czasu, kiedy ze swą żoną spędził tam miodowy miesiąc.

Historia wojen zna kolizje, w których kropkę nad „i” nie postawili uczestnicy działań wojennych. Z jakiejś przyczyny w konflikty pomiędzy ludźmi mieszały się zupełnie inne siły. One nie tylko sprawiały kłopoty żołnierzom – one, jak się sądzi, dawały nam do zrozumienia, kto tak naprawdę rządzi na tej planecie…


Ogniem i deszczem


Takie dziwne wydarzenie odnotowano jeszcze w odległej Przeszłości. W latach 74-63 p.n.e. toczyła się III Wojna Mitrydasowska[1], w czasie której po raz kolejny starły się dwie armie. Jedną dowodził rzymski generał Lucjusz Licyniusz Lukullus (ten od wystawnych uczt!) a drugą sam król Mitridates Eupator. Kiedy wojska były już gotowe do wejścia w kontakt bojowy, z nieba rozległ się gwiżdżący dźwięk. Żołnierze podnieśli głowy i z przerażeniem ujrzeli, jak na nich leci płonąca kula. Ona runęła dokładnie w miejsce pomiędzy dwoma armiami, na pasie ziemi niczyjej, gdzie powinna być stoczona bitwa. Źródła uważają, że był to nieduży meteoryt o rozmiarach beczki. Żołnierze jednak uznali to jako znak od bogów i w panice się rozbiegli. Obydwaj wodzowie nie byli w stanie przywrócić swych wojsk do karności…

A już tak bliżej, to znana historia o tym, jak to spalił na panewce plan Napoleona wysadzenia Kremla w powietrze. Opuszczając Moskwę, imperator nakazał swemu marszałkowi Éduardowi Mortierowi zaminować wszystkie budynki Kremla. W ciągu trzech dób żołnierze z liczącego 5000 ludzi oddziału Mortiera ryli podkopy i zakładali miny. W nocy 22/23.X.1812 roku, oddział wyszedł z miasta by rozpocząć wysadzanie. Źródła podają, że plan nie wypalił dlatego, że Mortier pracował w pośpiechu i nie zdążył przygotować akcji. Jednakże istnieje także inna wersja. Już wysadzono cztery wieże, część kremlowskiego muru, część Arsenału, spłonęła Granowitaja Pałata. Ale naraz zaczął się deszcz. I to jaki! Lejące się z nieba strumienie wody zalały lonty i zupełnie zmoczyły beczki z prochem. I jak tu po tym wszystkim nie wierzyć w Opatrzność?...

Gdyby tak te nieznane siły, podobne do opisanych, mogły za każdym razem zapobiegać rozruchom i śmierci, ich działania mogłyby tylko nas cieszyć. Jednakże czasami to właśnie one doprowadzają do końca krwawe dzieło, które rozpoczęli ludzie. I z dwóch przeciwników wybierają one jedną ze stron. Czy zazwyczaj?

Dwie takie zagadkowe historie miały miejsce w czasie II Wojny Światowej.[2]

Walki na Ramree były szczególnie krwawe i zacięte...

Japońcy – poddajcie się!


Zimą 1945 roku, zażarte wali toczono w Birmie, na wyspie Ramree. Anglicy wraz z Hindusami próbowali wyprzeć stamtąd japońskie wojska, które okupywały wyspę od 1942 roku. Przez kilka dni zaciekłych walk, japoński korpus dywersyjny zdecydował się porzucić swoje pozycje i połączyć się z silniejszym batalionem. Było ich 1000 ludzi – ostrzelanych i zaprawionych w bojach w dżunglach żołnierzy. I oni odważnie ruszyli przez las, ciesząc się z tego, że nieprzyjaciel nie jest w stanie ich prześladować, bowiem nie znał ich aktualnej pozycji. Tymczasem Anglicy zacieśniali pierścień okrążenia wokół wroga i ostrzeliwali wybrzeże z morza. Od czasu do czasu nawoływali Japończyków do poddania się. Ale ci mając nadzieję przebicia się do swoich ruszyli wprost przez namorzynowe błota. Nieco za późno zorientowali się, że popełnili błąd. Napadły na nich miliony moskitów i cięło przeniknąwszy pod odzież. Do komarów dołączyły żmije i pająki. Jadowite ukąszenia i para wodna ze stojącej wody wywołały u niektórych żołnierzy początki gorączki.

Ale najstraszniejsze było przed nimi. W nocy 19 lutego Anglicy patrolujący brzeg, usłyszeli przeraźliwe krzyki od strony bagien. Potem usłyszeli bezładną strzelaninę. I ponownie krzyki i krzyki. W nich wyczuwało się taki strach, że wydawało się, że otwarło się Piekło. Słychać było plusk, bezładne wystrzały… Anglicy zamarli na miejscu ogarnięci paskudnym strachem. A potem zza zarośli ktoś się pojawił. To był japoński żołnierz – zmęczony, przerażony i ledwie żywy. On szedł, padał, pełzł i znowu wstawał… Za nim pokazali się następni, i z bagien wysypali się ci, co przeżyli. I naraz spod wody wychynęła podłużna paszcza. Krokodyl!!! I to nie jeden! Za każdym razem potwory atakowały ludzi, których ubywało. Japończycy w panice strzelali we wszystkie strony, ale krokodyle pojawiały się ciągle i wciąż, chwytając zębami kolejne ofiary…

Anglicy nie musieli włączać się do walki, by zmusić przeciwników do poddania się. Zrobiły to za nich krokodyle różańcowe. Potwory o długości do 5 metrów najwidoczniej poczuły zapach ludzkiej krwi i pośpieszyły na ucztę. Ta historia weszła do „Księgi rekordów Guinessa” jako największy atak krokodyli na ludzi.[3]

Wprawdzie źródła nadmieniają, że gady pożarły 1000 ludzi, ale wielu z nich poległo jeszcze wcześniej nie będąc w stanie znieść śmiercionośnej atmosfery błot. I tym niemniej… Jeżeli wróg się nie podda… to na niego posłali krokodyle?[4]


Abandon the ship!


A oto następny przykład, który przypomina po prostu akt zemsty. Prawdą jest, że wybór obiektów odwetu może wyzwać sprzeciw – choćby dlatego, że ci, którzy najbardziej zasłużyli na karę z Niebios, jej uniknęli. Osądźcie zresztą sami.

W dniu 16.VII.1945 roku, krążownik USS Indianapolis wyszedł z portu San Francisco, w celu przetransportowania tajnego ładunku. Zwyczajne zadanie dla okrętu w czasie wojny. Na jego pokład załadowano oplombowane skrzynie i wysłano je na wyspę Tinian. 26 lipca krążownik wszedł do portu, rozładował ładunek, a potem popłynął dalej na Filipiny, Guam i Leyte.

Amerykańscy marynarze i ich dowódca kmdr. Charles McVay nie mieli pojęcia, co znajdowało się w skrzyniach, które wieźli. Jednakże potem świat dowiedział się, ze krążownik przewoził „serca” bomb A, które po upływie kilku dni zostały zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. O tym ładunku nie wiedzieli także załoganci japońskiego okrętu podwodnego I-58, który krążył w tych wodach w poszukiwaniu nieprzyjaciela. Nocą 30 lipca, Japończycy zauważyli jakiś wrogi okręt. Dowódca rozkazał odpalić torpedy. Z sześciu sztuk w cel trafiły dwie. Upewniwszy się, że cel został trafiony, I-58 odpłynął w innym kierunku.

Krążownik USS Indianapolis

Jedna z torped trafiła w przedział maszynowy. Dowódca krążownika dał rozkaz opuszczenia okrętu. Na pokładzie było 1197 członków załogi. Zaczęła się panika. Wokół leżeli ranni i zabici. Żywi próbowali się ratować. Ktoś tam skakał na tratwy ratunkowe, ktoś tam łapał za kapoki. A okręt tonął szybko przechylając się na burtę. Naraz podniósł się pionowo, sterem do góry i na oczach ocalałych wsuwał się pod wodę. Razem z nim zginęło 300 ludzi. Po kilku minutach[5] krążownik poszedł na dno, a na wodzie unosiło się 900 rozbitków.

Oni byli przekonani, że ich szybko odnajdą. Dowódca podtrzymywał na duchu członków załogi twierdząc, że znajdują się na uczęszczanym morskim szlaku. Czas jednak płynął i żaden statek nie pojawiał się na horyzoncie. Dowódca miał nadzieję, że choć jeden radiogram SOS, które zdążył wysłać, został przez kogoś przejęty. Nie mogło mu się pomieścić w głowie, że jego wezwania o pomoc zostały zignorowane z jakichś zupełnie niepojętych (czytaj: mistycznych) przyczyn. Mało tego: kiedy w wyznaczonym dniu krążownik nie przybył do miejsca przeznaczenia, tam doszli do wniosku, że po prostu zmienił kurs…


Oni przyszli po nasze dusze?


Minęły dwie doby. Marynarze pozostawali w wodzie – bez żywności, wody, pod palącymi promieniami słońca. Niektórzy już mieli halucynacje.[6] I wtedy pojawiły się one… - Rekiny! – rozległ się czyjś okrzyk. Na nieszczęście to nie była halucynacja. Marynarze miotali się w wodzie, oglądali się wokoło: - Oto widać ich płetwy. Przyszli po nasze dusze… Ludzie krzyczeli, uderzali rękami w wodę w nadziei odgonienia drapieżników, choć wiedzieli, ze to niczego nie da. Naraz ktoś machnął rękami i znikł pod wodą. Po sekundzie fale zabarwiła krew. I się zaczęło… Wkrótce woda, w której znajdowali się ludzie zamieniła się w krwawy bulion.

Gdybyśmy powiedzieli, że marynarzy ogarnął strach – to jakbyśmy niczego nie powiedzieli. – To było najgorsze piekło – powiedział potem jeden z ocalonych. – Za co, dlaczego? – krzyczeli niektórzy przeklinając Boga, który przed śmiercią urządził im taką jatkę. A rekiny systematycznie wciąż wyrywały kolejne ofiary. Po pewnym czasie się nażarły i pozostawiły ludzi w spokoju – na jak długo?

Czwartego dnia rozbitkowie myśleli już tylko o jednym – żeby wreszcie umrzeć. I naraz usłyszeli dobiegający z góry odgłos silników samolotu. Ludzie zaczęli machać rękami i krzyczeć. Uratowani…[7]

Pilot od razu zawiadomił sztab o znalezionych ludziach i zaczęła się operacja ratunkowa. Po kilku godzinach na miejsce przybył hydroplan, a w ślad za nim dwa duże okręty: niszczyciel i statek szpitalny. Ratownicy pracowali tam przez całą noc. Udało się uratować 316 ludzi – 1/3 z tego stanu załogi, która była tam jeszcze 4 dni wcześniej…

Wśród żywych pozostał kmdr. McVay, któremu potem przyszło bronić się przed sądem, kiedy wytoczono mu proces o utratę ludzi i okrętu. Osądzono go, potem oczyszczono z zarzutów, jednakże członkowie rodzin poległych przysyłali doń gniewne listy. W 1968 roku, już w stanie spoczynku, zastrzelił się z pamiątkowego pistoletu. Zrehabilitowano go dopiero pośmiertnie.

A oto obaj piloci, którzy zrzucili bomby A na otwarte miasta japońskie, zostali awansowani do wysokich stopni i zmarli w spokojnej starości. Żaden z nich nie był ciągany po sądach. I wcale tego nie ukrywali: - Jak ojczyzna dałaby im jeszcze raz taki rozkaz, to oni by go wykonali…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, ss. 10-11
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz





[1] Wojna rzymsko-pontyjska.
[2] NB, takim przykładem dziwnych interwencji są zamachy na Adolfa Hitlera, których było około 42 i z których żaden – z różnych przyczyn – nie doszedł do skutku… 
[3] Niektórzy historycy twierdzą, że Brytyjczycy i Hindusi po prostu wymordowali jeńców japońskich w odwet za ich okrucieństwa wobec Birmańczyków, a ich ciała rzucono krokodylom na pożarcie.
[4] Niektórzy zoolodzy sądzą, że krokodyle wzięły odgłosy strzelaniny na odgłosy walk godowych krokodyli różańcowych i popłynęły by wziąć w niej udział. Natknęły się na ludzi i skorzystały z okazji…
[5] Dokładnie po 12 minutach.
[6] Wedle późniejszych zeznań ocalałych, widzieli oni w wodach oceanu jakieś tajemnicze, przemieszczające się szybko światła czy wielkie świetliste obiekty przypominające ich okręt, tyle że pod wodą. Wszystko to przywodziło na myśl obserwacje USO czy UAO.
[7] Był to samolot patrolowo-bombowy PV-1 Ventura.

wtorek, 4 grudnia 2018

Trzęsienie ziemi z dnia 3.XII.1786 roku




Stanisław Bednarz


Nasze okolice też nawiedzały trzęsienia ziemi o dość dużej skali oceniane na 6° w skali Richtera.

Najsilniejsze było 3 grudnia 1786 r. - epicentrum tego trzęsienia ziemi zlokalizowane było w okolicach Myślenic. Wstrząsy odczuwano w pasie od Wrocławia przez Kraków po Lwów (również na Słowacji i w Czechach). W Kętach trwało jak pisał niezapomniany Ambroży Grabowski: trzy pacierze. Gdyby wystąpiło ono dzisiaj byłaby to katastrofa i mówiłoby się nie tylko o zniszczeniach ale i ofiarach.



Wstrząs spowodował zniszczenia: w Krakowie burzyła się woda w Wiśle, w kościołach spadały gzymsy i tynki, samoczynnie odzywały się dzwony. Znów podobnie jak podczas trzęsienia w XV wieku zarysowało się sklepienie w kościele św. Katarzyny w Krakowie i kościół zamknięto. W Tyńcu miała miejsce zerwa skalna widoczna do dziś. Ambroży Grabowski słynny krakowski antykwariusz i kronikarz ciekawych zdarzeń pochodzący z Kęt pisał że w Kętach:

Ziemia się nadzwyczajnie trzęsła, ściany w domach ruszały, powały trzaskały, okna brzęczały, a z słabszych szyby wylatywały, dachy się z jednej strony na drugą przechylały, deseczki i gonty zlatywały, kury z grzęd pospadały, zgoła wielki strach na ziemi już ostatniego ginienia okazywał się. W ziemi zaś wielki gruch wzruszył się i tak się widziało jakoby wozów ciężko obładowanych wielki gmin z szelestem szedł. W kościołach sklepienia się padały, mury rozstępowały. Na ratuszu kęckim zegar z trybów wyskoczył i we dzwon uderzył, w innych zaś miejscach dęby do połowy łamało, w lasach drzewa obalało. Trwało to trzęsienie ziemi przez trzy pacierze. U karmelitów na Piasku wyraźniej ucierpiały mury, Fizyk zajęty przygotowywaniem do druku dysertacji o trzęsieniu ziemi poczuł jak chwieją się ściany. Opary o zapachu siarki utrzymywały się w mieście przez kilka dni, a „przestraszenie obywatelów tak było wielkie, że niektórym krew puszczać musiano”.

Lata 1785-1786 były aktywne w trzęsienia ziemi: wcześniej 25 sierpnia 1785 roku trzęsienie w sile M6,0 miało swe epicentrum koło Wisły, ale u nas nie było odczuwalne. Z kolei 27 lutego 1786 roku trzęsienie M5,2 wystąpiło na północ od Cieszyna. Prawdziwy rój. Profesor Janusz Pagaczewski geofizyk brat znanego pisarza Stanisława Pagaczewskiego - autora „Przygód Baltazara Gąbki” i brat jordanowskiej malarki Jadwigi Pagaczewskiej w swym katalogu trzęsień ziemi z 1972 roku przedstawił mapę graficzną tego trzęsienia z 3 grudnia 1786. Wynika z niej że w Jordanowie musiało być mocno odczuwalne, tylko nie miał kto zdać relacji. Od tego czasu nie odnotowano w Polsce aż tak silnych wstrząsów.






Moje 3 grosze


Ostatnie odczuwalne trzęsienie ziemi w Jordanowie miało miejsce w dniu 30.XI.2004 roku o sile M4,7 z epicentrum pod Skrzypnem w tzw. Pienińskim Pasie Skałkowym – zob. „Trzęsienia ziemi na Podhalu”  https://wszechocean.blogspot.com/2013/03/trzesienia-ziemi-na-podhalu-1.html i dalsze. Na szczęście u nas nie było tak silnych trzęsień ziemi, jak w XIX wieku, kiedy to w dniu 15.I.1858 roku miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 9 st. MSK, a jeszcze silniejsze miało miejsce w dniu 28.VI.1763 roku, kiedy to wstrząsy osiągnęły siłę 9-10 st. MSK! Kroniki mówią, że było to regularne „terremoto” i w Czechach, Słowacji i Austrii nie ostał się żaden murowany dom… Trzęsienie to trwało – bagatela! – 36 godzin! Jego epicentrum znajdowało się na Słowacji. Prawdziwy koszmar. Wstrząsy odczuwano w połowie Europy. Nie muszę chyba mówić, jakie wywołały przerażenie. Dzisiaj straty materialne by poszły w miliardy euro…   

poniedziałek, 3 grudnia 2018

O paprykarzu szczecińskim




Stanisław Bednarz


Nigdy kulinaria nie gościły w moich postach. Dziś coś z kulinariów PRL. Dnia 1 grudnia 1968 roku szczecińska puszka paprykarza otrzymała znak międzynarodowej jakości Q. Paprykarz szczeciński został opracowany w połowie lat 60. XX w. przez pracowników laboratorium połowów dalekomorskich PPDiUR Gryf ze Szczecina. Paprykarz szczeciński był pomysłem racjonalizatorskim na zagospodarowanie odpadów po wykrawaniu zamrożonej kostki rybnej. Pierwowzorem paprykarza szczecińskiego była afrykańska potrawa czop-czop, której smakiem zachwycili się technolodzy z polskich statków-chłodni podczas pobytu w portach u wybrzeży Afryki Zachodniej.

Poza mięsem uzyskiwanym ze ścinków w ilości 50% z różnych gatunków afrykańskich ryb (m.in. gowik), w pierwotnym oryginalnym paprykarzu szczecińskim była pulpa pomidorowa sprowadzana z Bułgarii, ostra afrykańska papryczka pima, warzywa i przyprawy. Pierwsze puszki paprykarza zeszły z taśmy produkcyjnej w 1967 r.







Paprykarz szczeciński eksportowano do 32 krajów. W Kolumbii podrobiono paprykarz szczeciński i produkowano podobny wyrób, również na eksport. Po utracie przez Polskę łowisk afrykańskich do paprykarza trafiał atlantycki mintaj, a w latach 80 niedobry, falklandzki błękitek (niechętnie przyjmowany wśród konsumentów ze względu na znaczne skażenie tej ryby pasożytem Kudoa alliaria występującym w mięśniach, a przypominającym ziarna ryżu, które są w paprykarzach).

Podczas kryzysu gospodarczego w PRL w latach 80-tych paprykarz nie spełniał wymogu, a poza mięsem rybim trafiały do niego łuski, płetwy, ości i kręgosłupy. Od początku lat 90. paprykarz szczeciński nie jest produkowany w Szczecinie. Ponieważ nazwa nie była zastrzeżona, podobne wyroby rybne pod tą nazwą produkuje wiele różnych firm.

Pod koniec lipca 2010 Marszałek Województwa zwrócił się do Ministerstwa o wpisanie go na listę produktów regionalnych. 22 grudnia 2010 paprykarz stał się produktem tradycyjnym i jest naprawdę dobry! Szczecinianie kochają swój paprykarz. Różne jego wariacje można dostać w szczecińskich restauracjach, także tych z najwyższej półki.

niedziela, 2 grudnia 2018

Zanim był „Batory”...


Reklama rejsu statkiem SS Pułaski

Stanisław Bednarz


...były „Klejnoty księżniczki Dagmary”.

W 1930 roku Rzeczpospolita kupiła pierwsze trzy transatlantyki, a także prawa do przystani w Nowym Jorku. Powierzono je spółce PTTO, od 1934 roku Gdynia-Ameryka Line (GAL).Wybrano ofertę duńskiej kompanii DOK, która przejęła statki od Russian Line powstałej dzięki duńskiej księżniczce Dagmarze. Poślubiła ona cara Aleksandra III. Kupiła cztery statki, nadając im nazwy Russia, Kursk, Car i Caryca. Zbudowane w Glasgow, Duńczycy przemianowali je na Polonię, Estonię, Lithuanię i Latvię. Ten ostatni sprzedano do Japonii. Pozostałe do Polski tj. Polonia, Estonia, (vel Pułaski), Lithuania (vel Kościuszko). Wszystko opisał Karol O. Borchardt w książkach „Znaczy kapitan” i „Szaman Morski”.

SS Polonia na tle Manhattanu

SS Polonia. Pod polską banderą obsługiwała linię Gdynia - Nowy Jork. Kapitanem statku był Mamert Stankiewicz. Od roku 1933 skierowano statek na linię palestyńską gdzie przewoził emigrujących Żydów. Pływał jako wycieczkowiec (w 1931 roku, na Nordkapp). Sprzedany na złom w 1939.

SS Kościuszko

SS Kościuszko z 1915. Pod polską banderą pływał na liniach nowojorskiej, palestyńskiej i południowoamerykańskiej oraz jako wycieczkowiec. Jego dowódcą był kpt. żeglugi wielkiej Eustazy Borkowski. Po wejściu Batorego przeszedł na linię południowoamerykańską. W 1939 r. został zastąpiony przez nowo powstałe Sobieski i Chrobry. Kościuszkę wycofano i przeznaczono do kasacji.

SS Pułaski w Gibraltarze

SS Pułaski z 1912 roku ma najbogatszą historię. W 1913 r. ratował pasażerów z brytyjskiego transatlantyka SS Volturno - uratował 102 pasażerów. Pod polską banderą pływał na trasie Gdynia - Nowy Jork. W 1932 roku statek przewiózł ekipę olimpijską do Los Angeles. W 1936 skierowano go na trasę Gdynia - Buenos Aires. Statkiem dowodził kpt. ż. w. Zdenko Knötgen. Przeznaczony na złomowanie w 1940. W sierpniu 1939 roku zmieniono decyzję i wyruszył do Wielkiej Brytanii. Po wybuchu wojny transportowano nim żołnierzy z Rumunii. Został internowany przez Francuzów z Vichy w Gwinei, ale 9 lipca 1941 „zbiegł” pod ogniem baterii nabrzeżnej. Służył jako transportowiec, na Oceanie Indyjskim, po wojnie, przekazany Wlk. Brytanii pod nazwą Empire Penryn. Oddany na złom w 1949.


Książka „Szaman Morski” poświęcona jest kapitanowi Kościuszki Eustazemu Borkowskiemu zwanemu Szaman Morski. Postać ekscentryczna i kontrowersyjna. Lubił popisywać się przed pasażerami. Kapitan Kościuszki, Batorego do 1939 roku. Znany był jako poliglota (mówił kilkunastoma językami) i doskonały mówca, co sprawiało, że był niezwykle popularny wśród pasażerów. 2 listopada 1933 roku przeprowadził jako kapitan Kościuszki udaną akcję ratowania rozbitków z niemieckiego trawlera Horst Wessel. Wybuch II wojny światowej zastał go wraz z MS Batory w Nowym Jorku. Kapitan wygłosił wówczas kilka publicznych wypowiedzi, które - wskutek nieścisłych relacji prasy amerykańskiej i nieporozumień językowych - zaniepokoiły zdenerwowaną wybuchem wojny załogę. W związku z tym dyrekcja GAL odwołała go z dowództwa Batorego. Podczas wojny służył na statkach handlowych amerykańskich. Zmarł w 1960 roku w Nowym Jorku.


W książce „Znaczy kapitan” opisuje autor postać kpt. ż. w. Mamerta Stankiewicza pierwszego kapitana Polonii, bardzo prawego człowieka pochodzącego z rosyjskiej marynarki wojennej. Zginął wraz ze statkiem Piłsudski po prawdopodobnym wejściu na minę w listopadzie 1939. Opisuje też Zdenko Knötgena z Pułaskiego pochodzącego z marynarki wojennej Austro-Węgier. Był synem Austriaka i Słowaczki słabo mówił po polsku. Dlatego miał przydomek białe mszy (chciał powiedzieć białe myszy). Podczas wojny dowodził transatlantykiem Sobieski. Po wojnie był na emigracji w Nowej Zelandii i w Australii. Zmarł w 1959 roku w Grazu w Austrii. Chodził z samicą pająka ptasznika na ramieniu.




Nasze transatlantyki w pełnej krasie

Moje 3 grosze


Statki pasażerskie - tzw. „wolna” Polska o nich niemal całkowicie zapomniała, podobnie jak zapomina o tym, że Biało-Czerwona kiedyś królowała na morzach już to w marynarce handlowej, już to w rybackiej. Statki pod polską banderą można było spotkać w każdym porcie, pod każdą długością i szerokością geograficzną. Były wielkimi koszykami na zakupy, które przewoziły wszystko, co tylko produkowano i hodowano na całym świecie – od Norwegii i Labradoru do Patagonii i Kraju Przylądkowego, od Japonii do Australii. No, ale tak było w tej „niesłusznej” Polsce Ludowej.

Dziś tzw. „wolna” Polska pod rządami ekonomicznych analfabetów i skatoliczałych oszołomów odwróciła się od morza, o dostęp do którego walczyły całe pokolenia Polaków i postawiła na cuda Jana Pawła II i niewidzialne ręce rynku. Ci macherzy od etosu i styropianu, mający się za spadkobierców II Rzeczpospolitej, którzy tyle gadają w parlamencie i mediach o polskich barwach narodowych i ich poszanowaniu, czczeniu i ochronie, sami najwyraźniej się ich wstydzą…

Jak zwykle.   

sobota, 1 grudnia 2018

Magia transatlantyków


Błękitna Wstęga Atlantyku

Stanisław Bednarz


Ile czasu płynęło się do „Hameryki”?

29 listopada 1897 roku parowiec niemiecki SS Kaiser Wilhelm ze stoczni Wulkan w Szczecinie (cztero-fajkowiec) zdobył Błękitna Wstęgę Atlantyku przepływając w 5 dni 17 godzin 23 minuty ze średnią prędkością 22,3 węzła to jest 41,3 km/h.

SS Keiser Wilhelm

Na kanwie tego warto przedstawić w jakim czasie w różnych okresach statki przepływały Atlantyk. Trasa biegła od wylotu kanału La Manche - latarni Bishop Rock, do latarniowca Ambrose, gdzie przyjmuje się pilota do Nowego Jorku. Po drodze statki muszą ominąć płyciznę Nowofundlandzką. Całkowita długość trasy wynosiła 3150-3430 km.


Bocznokołowiec i scenka z jego pokładu

Rejs żaglowcem z Europy do Ameryki Północnej w XIX wieku trwał 40-45 dni w zależności od wiatrów. Pierwszym zdobywcą Błękitnej Wstęgi Atlantyku był w 1838 brytyjski PS Sirius — bocznokołowiec parowo- żaglowy płynący ze średnią prędkością 12,4 km/h (6,7 węzłów) płynął 18 dni 14 godzin 22 minuty.

RMS Mauretania

Statki wyłącznie z silnikiem parowym i śrubą wprowadzono dopiero w latach 60. XIX wieku. RMS Mauretania (z turbiną parową) 5 grudnia 1907 przepłynął w 4 dni 22 godziny 33 minuty ze średnią prędkością 26,1 węzła to jest 48,3 kilometra na godzinę. 24 sierpnia 1936 roku brytyjski RMS Queen Mary przepłynął w 3 dni 23 godziny 57 minut z prędkością 30,1 węzła to jest 55,8 km/h. Ostatnim transatlantykiem odznaczonym nagrodą był MS United States, który 7 lipca 1952 roku przepłynął Atlantyk w 3 dni 10 godzin 40 minut z prędkością 35,6 węzła to jest 67,8 km/h.


Queen Mary i United States

Symbolem nagrody była niebieska wstęga mocowana na maszcie. Rekordu United States nie pobito do 1990 roku. Próba katamaranem brytyjskim Hoverspeed 1990, (choć poprawił wynik o 3 h), nie została uznana, gdyż reguły nie zezwalają na tankowanie na trasie i brak było kabin pasażerskich. 20 lipca 1998 norweski katamaran Cat-Link V przepłynął Atlantyk w 2 dni 20 godzin 9 minut z prędkością 41,3 węzła to jest 76 km/h. Rekordu nie uznano. Ile na tle tego płynął nasz MS Batory?. W zależności od warunków pogodowych - od ośmiu do dziewięciu dni. Odejmując odcinek do kanału La Manche 6-7 dni.


Batory i Stefan Batory

W mojej rodzinie jak byłem mały twierdzili że 2 tygodnie, ale to chyba przesada W 1980 jego następca TSS Stefan Batory oraz Queen Elizabeth 2 zostały dwoma ostatnimi Atlantyckimi Liniowcami. W 1982 Queen Eizabeth 2 został skierowany do wojny na Falklandach i nie powrócił już do służby liniowej. TSS Stefan Batory ostatni Mohikanin transatlantyków - odbył ostatni rejs z Gdyni do Montrealu i z powrotem w październiku 1987. Był to koniec ery regularnych rejsów transatlantyckich. A jednak mi żal.


Moje 3 grosze


W latach 70-tych XX wieku, w planach rozbudowy polskiej floty handlowej i pasażerskiej był – poza statkami ro-ro takimi jak MF Pomerania i Silesia także MF Mazovia oraz transatlantyk MS Polonia. Niestety kryzys lat 80-tych położył kres tym marzeniom i do ich realizacji już nie doszło.

Dziś w tzw. „wolnej” Polsce polskie statki pływają pod banderą Wysp Dziewiczych czy innych Kajmanów i Bahamów, co uważam za skandal i hańbę dla naszego kraju! I dziwię się, że tak wysoce „patriotyczne” rządy postsolidarnościowe nie zrobiły niczego, by tą sytuację uzdrowić! Flota, która była dumą i chlubą Polski Ludowej dzisiaj przeżywa swe chude dni. Polska dzięki głupocie tych rządów, odwróciła się od morza, o które walczyła przez tyle lat. Ale teraz mało kto jest w stanie to zrozumieć…

Mały rozumek jest dobry w książkach Milne’a, ale nie w czasach rozwiniętego kapitalizmu, do którego nie dorośliśmy jako naród.     


Komentarze z KKK


Przeczytałem ostatni wpis na Pana blogu. Dopowiem od siebie tylko tyle: Jak polska żegluga morska ma się mieć dobrze, skoro chcieli odkupić od Australii stare złomy (chyba raczej wydobyć z dna albo z demobilu)? Tak swoją droga, to chyba papieska barka będzie bronić polskiego wybrzeża... (M.K.)

To tak jak w tym kawale:
-Dlaczego polska flota nie płynie na pomoc Ukrainie?

- Bo nie wyraził na to zgody konserwator zabytków... (Daniel Laskowski)