Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwne zdarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwne zdarzenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 grudnia 2018

A tu naraz pojawili się Oni…


Krokodyle różańcowe na wyspie Ramree

Jelena Gałanowa


Na liście miast stanowiących cele atomowych bombardowań znajdowało się Kioto. Ale je oszczędził sekretarz ds. wojny USA Henry Stimson: zakochał się w tym starym mieście od czasu, kiedy ze swą żoną spędził tam miodowy miesiąc.

Historia wojen zna kolizje, w których kropkę nad „i” nie postawili uczestnicy działań wojennych. Z jakiejś przyczyny w konflikty pomiędzy ludźmi mieszały się zupełnie inne siły. One nie tylko sprawiały kłopoty żołnierzom – one, jak się sądzi, dawały nam do zrozumienia, kto tak naprawdę rządzi na tej planecie…


Ogniem i deszczem


Takie dziwne wydarzenie odnotowano jeszcze w odległej Przeszłości. W latach 74-63 p.n.e. toczyła się III Wojna Mitrydasowska[1], w czasie której po raz kolejny starły się dwie armie. Jedną dowodził rzymski generał Lucjusz Licyniusz Lukullus (ten od wystawnych uczt!) a drugą sam król Mitridates Eupator. Kiedy wojska były już gotowe do wejścia w kontakt bojowy, z nieba rozległ się gwiżdżący dźwięk. Żołnierze podnieśli głowy i z przerażeniem ujrzeli, jak na nich leci płonąca kula. Ona runęła dokładnie w miejsce pomiędzy dwoma armiami, na pasie ziemi niczyjej, gdzie powinna być stoczona bitwa. Źródła uważają, że był to nieduży meteoryt o rozmiarach beczki. Żołnierze jednak uznali to jako znak od bogów i w panice się rozbiegli. Obydwaj wodzowie nie byli w stanie przywrócić swych wojsk do karności…

A już tak bliżej, to znana historia o tym, jak to spalił na panewce plan Napoleona wysadzenia Kremla w powietrze. Opuszczając Moskwę, imperator nakazał swemu marszałkowi Éduardowi Mortierowi zaminować wszystkie budynki Kremla. W ciągu trzech dób żołnierze z liczącego 5000 ludzi oddziału Mortiera ryli podkopy i zakładali miny. W nocy 22/23.X.1812 roku, oddział wyszedł z miasta by rozpocząć wysadzanie. Źródła podają, że plan nie wypalił dlatego, że Mortier pracował w pośpiechu i nie zdążył przygotować akcji. Jednakże istnieje także inna wersja. Już wysadzono cztery wieże, część kremlowskiego muru, część Arsenału, spłonęła Granowitaja Pałata. Ale naraz zaczął się deszcz. I to jaki! Lejące się z nieba strumienie wody zalały lonty i zupełnie zmoczyły beczki z prochem. I jak tu po tym wszystkim nie wierzyć w Opatrzność?...

Gdyby tak te nieznane siły, podobne do opisanych, mogły za każdym razem zapobiegać rozruchom i śmierci, ich działania mogłyby tylko nas cieszyć. Jednakże czasami to właśnie one doprowadzają do końca krwawe dzieło, które rozpoczęli ludzie. I z dwóch przeciwników wybierają one jedną ze stron. Czy zazwyczaj?

Dwie takie zagadkowe historie miały miejsce w czasie II Wojny Światowej.[2]

Walki na Ramree były szczególnie krwawe i zacięte...

Japońcy – poddajcie się!


Zimą 1945 roku, zażarte wali toczono w Birmie, na wyspie Ramree. Anglicy wraz z Hindusami próbowali wyprzeć stamtąd japońskie wojska, które okupywały wyspę od 1942 roku. Przez kilka dni zaciekłych walk, japoński korpus dywersyjny zdecydował się porzucić swoje pozycje i połączyć się z silniejszym batalionem. Było ich 1000 ludzi – ostrzelanych i zaprawionych w bojach w dżunglach żołnierzy. I oni odważnie ruszyli przez las, ciesząc się z tego, że nieprzyjaciel nie jest w stanie ich prześladować, bowiem nie znał ich aktualnej pozycji. Tymczasem Anglicy zacieśniali pierścień okrążenia wokół wroga i ostrzeliwali wybrzeże z morza. Od czasu do czasu nawoływali Japończyków do poddania się. Ale ci mając nadzieję przebicia się do swoich ruszyli wprost przez namorzynowe błota. Nieco za późno zorientowali się, że popełnili błąd. Napadły na nich miliony moskitów i cięło przeniknąwszy pod odzież. Do komarów dołączyły żmije i pająki. Jadowite ukąszenia i para wodna ze stojącej wody wywołały u niektórych żołnierzy początki gorączki.

Ale najstraszniejsze było przed nimi. W nocy 19 lutego Anglicy patrolujący brzeg, usłyszeli przeraźliwe krzyki od strony bagien. Potem usłyszeli bezładną strzelaninę. I ponownie krzyki i krzyki. W nich wyczuwało się taki strach, że wydawało się, że otwarło się Piekło. Słychać było plusk, bezładne wystrzały… Anglicy zamarli na miejscu ogarnięci paskudnym strachem. A potem zza zarośli ktoś się pojawił. To był japoński żołnierz – zmęczony, przerażony i ledwie żywy. On szedł, padał, pełzł i znowu wstawał… Za nim pokazali się następni, i z bagien wysypali się ci, co przeżyli. I naraz spod wody wychynęła podłużna paszcza. Krokodyl!!! I to nie jeden! Za każdym razem potwory atakowały ludzi, których ubywało. Japończycy w panice strzelali we wszystkie strony, ale krokodyle pojawiały się ciągle i wciąż, chwytając zębami kolejne ofiary…

Anglicy nie musieli włączać się do walki, by zmusić przeciwników do poddania się. Zrobiły to za nich krokodyle różańcowe. Potwory o długości do 5 metrów najwidoczniej poczuły zapach ludzkiej krwi i pośpieszyły na ucztę. Ta historia weszła do „Księgi rekordów Guinessa” jako największy atak krokodyli na ludzi.[3]

Wprawdzie źródła nadmieniają, że gady pożarły 1000 ludzi, ale wielu z nich poległo jeszcze wcześniej nie będąc w stanie znieść śmiercionośnej atmosfery błot. I tym niemniej… Jeżeli wróg się nie podda… to na niego posłali krokodyle?[4]


Abandon the ship!


A oto następny przykład, który przypomina po prostu akt zemsty. Prawdą jest, że wybór obiektów odwetu może wyzwać sprzeciw – choćby dlatego, że ci, którzy najbardziej zasłużyli na karę z Niebios, jej uniknęli. Osądźcie zresztą sami.

W dniu 16.VII.1945 roku, krążownik USS Indianapolis wyszedł z portu San Francisco, w celu przetransportowania tajnego ładunku. Zwyczajne zadanie dla okrętu w czasie wojny. Na jego pokład załadowano oplombowane skrzynie i wysłano je na wyspę Tinian. 26 lipca krążownik wszedł do portu, rozładował ładunek, a potem popłynął dalej na Filipiny, Guam i Leyte.

Amerykańscy marynarze i ich dowódca kmdr. Charles McVay nie mieli pojęcia, co znajdowało się w skrzyniach, które wieźli. Jednakże potem świat dowiedział się, ze krążownik przewoził „serca” bomb A, które po upływie kilku dni zostały zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. O tym ładunku nie wiedzieli także załoganci japońskiego okrętu podwodnego I-58, który krążył w tych wodach w poszukiwaniu nieprzyjaciela. Nocą 30 lipca, Japończycy zauważyli jakiś wrogi okręt. Dowódca rozkazał odpalić torpedy. Z sześciu sztuk w cel trafiły dwie. Upewniwszy się, że cel został trafiony, I-58 odpłynął w innym kierunku.

Krążownik USS Indianapolis

Jedna z torped trafiła w przedział maszynowy. Dowódca krążownika dał rozkaz opuszczenia okrętu. Na pokładzie było 1197 członków załogi. Zaczęła się panika. Wokół leżeli ranni i zabici. Żywi próbowali się ratować. Ktoś tam skakał na tratwy ratunkowe, ktoś tam łapał za kapoki. A okręt tonął szybko przechylając się na burtę. Naraz podniósł się pionowo, sterem do góry i na oczach ocalałych wsuwał się pod wodę. Razem z nim zginęło 300 ludzi. Po kilku minutach[5] krążownik poszedł na dno, a na wodzie unosiło się 900 rozbitków.

Oni byli przekonani, że ich szybko odnajdą. Dowódca podtrzymywał na duchu członków załogi twierdząc, że znajdują się na uczęszczanym morskim szlaku. Czas jednak płynął i żaden statek nie pojawiał się na horyzoncie. Dowódca miał nadzieję, że choć jeden radiogram SOS, które zdążył wysłać, został przez kogoś przejęty. Nie mogło mu się pomieścić w głowie, że jego wezwania o pomoc zostały zignorowane z jakichś zupełnie niepojętych (czytaj: mistycznych) przyczyn. Mało tego: kiedy w wyznaczonym dniu krążownik nie przybył do miejsca przeznaczenia, tam doszli do wniosku, że po prostu zmienił kurs…


Oni przyszli po nasze dusze?


Minęły dwie doby. Marynarze pozostawali w wodzie – bez żywności, wody, pod palącymi promieniami słońca. Niektórzy już mieli halucynacje.[6] I wtedy pojawiły się one… - Rekiny! – rozległ się czyjś okrzyk. Na nieszczęście to nie była halucynacja. Marynarze miotali się w wodzie, oglądali się wokoło: - Oto widać ich płetwy. Przyszli po nasze dusze… Ludzie krzyczeli, uderzali rękami w wodę w nadziei odgonienia drapieżników, choć wiedzieli, ze to niczego nie da. Naraz ktoś machnął rękami i znikł pod wodą. Po sekundzie fale zabarwiła krew. I się zaczęło… Wkrótce woda, w której znajdowali się ludzie zamieniła się w krwawy bulion.

Gdybyśmy powiedzieli, że marynarzy ogarnął strach – to jakbyśmy niczego nie powiedzieli. – To było najgorsze piekło – powiedział potem jeden z ocalonych. – Za co, dlaczego? – krzyczeli niektórzy przeklinając Boga, który przed śmiercią urządził im taką jatkę. A rekiny systematycznie wciąż wyrywały kolejne ofiary. Po pewnym czasie się nażarły i pozostawiły ludzi w spokoju – na jak długo?

Czwartego dnia rozbitkowie myśleli już tylko o jednym – żeby wreszcie umrzeć. I naraz usłyszeli dobiegający z góry odgłos silników samolotu. Ludzie zaczęli machać rękami i krzyczeć. Uratowani…[7]

Pilot od razu zawiadomił sztab o znalezionych ludziach i zaczęła się operacja ratunkowa. Po kilku godzinach na miejsce przybył hydroplan, a w ślad za nim dwa duże okręty: niszczyciel i statek szpitalny. Ratownicy pracowali tam przez całą noc. Udało się uratować 316 ludzi – 1/3 z tego stanu załogi, która była tam jeszcze 4 dni wcześniej…

Wśród żywych pozostał kmdr. McVay, któremu potem przyszło bronić się przed sądem, kiedy wytoczono mu proces o utratę ludzi i okrętu. Osądzono go, potem oczyszczono z zarzutów, jednakże członkowie rodzin poległych przysyłali doń gniewne listy. W 1968 roku, już w stanie spoczynku, zastrzelił się z pamiątkowego pistoletu. Zrehabilitowano go dopiero pośmiertnie.

A oto obaj piloci, którzy zrzucili bomby A na otwarte miasta japońskie, zostali awansowani do wysokich stopni i zmarli w spokojnej starości. Żaden z nich nie był ciągany po sądach. I wcale tego nie ukrywali: - Jak ojczyzna dałaby im jeszcze raz taki rozkaz, to oni by go wykonali…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, ss. 10-11
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz





[1] Wojna rzymsko-pontyjska.
[2] NB, takim przykładem dziwnych interwencji są zamachy na Adolfa Hitlera, których było około 42 i z których żaden – z różnych przyczyn – nie doszedł do skutku… 
[3] Niektórzy historycy twierdzą, że Brytyjczycy i Hindusi po prostu wymordowali jeńców japońskich w odwet za ich okrucieństwa wobec Birmańczyków, a ich ciała rzucono krokodylom na pożarcie.
[4] Niektórzy zoolodzy sądzą, że krokodyle wzięły odgłosy strzelaniny na odgłosy walk godowych krokodyli różańcowych i popłynęły by wziąć w niej udział. Natknęły się na ludzi i skorzystały z okazji…
[5] Dokładnie po 12 minutach.
[6] Wedle późniejszych zeznań ocalałych, widzieli oni w wodach oceanu jakieś tajemnicze, przemieszczające się szybko światła czy wielkie świetliste obiekty przypominające ich okręt, tyle że pod wodą. Wszystko to przywodziło na myśl obserwacje USO czy UAO.
[7] Był to samolot patrolowo-bombowy PV-1 Ventura.

wtorek, 29 marca 2016

Alarm w Modlinie: bomba, loty zwiadowcze czy terroryści?





W dniu 28.III.2016 r. o godzinie 06:10 CEST, na portalu Onet.pl  pojawiła się taka dość dziwna informacja:

Odwołana ewakuacja lotniska w Modlinie



Wczoraj późnym wieczorem ewakuowano terminal na lotnisku w Modlinie. Samoloty z Dublina, Gdańska, Shannon i Bergamo zostały przekierowane na Lotnisko Chopina w Warszawie. "Wszystkie poniedziałkowe loty z i do lotniska odbędą się zgodnie z rozkładem" - poinformowała w nocy na Twitterze rzeczniczka portu lotniczego Magdalena Bojarska.

Ewakuacja rozpoczęła się tuż po godzinie 22. "Trwa rozpoznanie przyczyny zagrożenia. Trwają czynności sprawdzające. Prosimy o cierpliwość" - napisano wieczorem na oficjalnym koncie portu lotniczego w Modlinie na Twitterze. Jednocześnie przedstawiciele lotniska informowali, że to przewoźnicy decyduje o lotach i to oni jest źródłem informacji, co do przekierowanych czy odwołanych lotów.

W nocy lotnisko poinformowało, że czynności sprawdzające nie wykryły żadnego zagrożenia dla pasażerów. Przedstawiciele lotniska w Modlinie nie poinformowali jednak, jaka była przyczyna ewakuacji terminala.

Port lotniczy Warszawa-Modlin położony jest w odległości około 35 kilometrów od Warszawy. Lotnisko to obsługuje głównie loty wykonywane przez tanie linie lotnicze oraz połączenia czarterowe. Funkcjonuje ono od 2012 roku. Rocznie obsługuje ponad 2,5 miliona pasażerów. (PG)

Nie podano przyczyny ewakuacji, co już samo w sobie jest dziwne... Podobna informacja pojawiła się na Interia.pl w dniu wczorajszym o godzinie 22:48 i aktualizowano ją o godzinie 00:20 CEST w dniu 28.III.

Ewakuacja na lotnisku w Modlinie



W niedzielę wieczorem ewakuowano terminal pasażerski na lotnisku w Modlinie. Krótko po północy na profilu portu w serwisie Twitter poinformowano, że ewakuacja została zakończona. Działanie lotniska powoli wraca do normy.

Ewakuacja terminalu pasażerskiego rozpoczęła się po godzinie 22.00 w niedzielę.

Nie podano powodu ewakuacji. Najprawdopodobniej chodziło o bagaż pozostawiony przez jednego z pasażerów lub pakunek na pokładzie jednego z samolotów. Czynności sprawdzające zostały zakończone krótko po północy. Nie wykryto żadnego zagrożenia dla pasażerów.

Jak informowała Magdalena Bojarska, rzecznika portu w Modlinie, samoloty z Dublina, Gdańska, Shannon i Bergamo zostały przekierowane na lotnisko Chopina w Warszawie.

Na Twitterze lotnisko przeprosiło "za niedogodności".


I jeszcze info z portalu WP.pl, z dn. 28.III.2016 r., g. 01:04 CEST:

Ewakuacja terminala pasażerskiego w Modlinie



W niedzielę kilka minut po godz. 22 ewakuowano terminal na lotnisku w Modlinie

·        Tuż przed północą ewakuację odwołano

·        Rzeczniczka lotniska: czynności sprawdzające nie wykryły żadnego zagrożenia dla pasażerów

·        Część lotów przekierowano na lotnisko Chopina w Warszawie

·        Jak podaje nieoficjalnie TVN 24, policja zatrzymała już autora telefonu alarmowego

Port lotniczy w Modlinie informuje na Twitterze, że działanie lotniska powoli wraca do normy.

Ewakuacja całego terminala pasażerskiego lotniska Warszawa-Modlin rozpoczęła się tuż po godzinie 22:00. Informację tę potwierdziła rzeczniczka lotniska Warszawa-Modlin Magdalena Bojarska, ale odmówiła podania przyczyny ewakuacji.

- Trwają czynności sprawdzające - powiedziała. - Być może to będzie pozostawiony bagaż, być może to będzie inna przyczyna - dodała.

Port lotniczy poinformował na Twitterze o "standardowym rozpoznaniu zagrożenia".

TVN24 podało nieoficjalnie, że przyczyną ewakuacji mógł być podejrzany pakunek na pokładzie jednego z samolotów lub bagaż pozostawiony bez opieki na lotnisku.

W związku z zarządzoną ewakuacją terminala cztery samoloty zostały przekierowane na lotnisko Chopina w Warszawie; chodzi o loty z Dublina, Gdańska, Shannon i Bergamo.

Dzisiaj rano otrzymałem od Artemidy następujący email, który miał związek z wydarzeniami w Modlinie:

Gościu z FB (K.G.) zaobserwował dziwne rzeczy na niebie wcześniej i teraz w nocy. Rzucił to do wiadomości. Zbiegło się to tez z zamkniętym Modlinem. Po godz. 1:00 samoloty w Modlinie już lądowały. Obserwowałam lot Rayana z Okęcia na Modlin.

Napisał min. tak: Dziwne rzeczy się dzieją na tym świecie. Uwaga zamieszczam dwa zdjęcia tych samych kodów samolotów!
https://www.flightradar24.com/AFL2415/ Podał tez link, ale w ciągu 5 minut (!)  już były  niedostępne.

Ma związki z lotnictwem i Koperskim, więc nie podejrzewam go o jakieś "banialuki".

Nad Warszawą:




Dziwne, nieprawdaż?

Wkrótce okazało się, że był to fałszywy alarm, bo namierzono telefon, z którego zadzwoniono z powiadomieniem o bombie. Była tam impreza suto zakrapiana alkoholem. Policja zatrzymała 21 osób do wyjaśnienia. Ale to nadal nie tłumaczy dziwnych lotów tego samolotu nad Warszawą i Toruniem.



Jak widać ze zdjęć, samolot ten – to niemiecki, prywatny Aero Commander 680FL, numer rejestracyjny D-IABB latał nad Polską w okolicach Warszawy na wysokości 3700 ft/~1230 m z prędkością 331 kts/613 km/h, w dniu wczorajszym około godziny 23:45. Samolot ten pojawił się także na radarach o godzinie 20:01 w okolicach Torunia. Tym razem latał na wysokości 2200 ft/~730 m. 

To mi dziwnie pachnie. No bo nie wyobrażam sobie, by jakiś znudzony biznesmen latał bez celu w okolicach Warszawy i nad Toruniem. Biznesmeni latają najkrótszą drogą z punku A do punktu B, bo czas to pieniądz, a pieniądz to wolność. Oni to wiedzą najlepiej. A paliwo też kosztuje, a oni trzęsą się nad każdym euro-centem.

Lot zwiadowczy? Być może. Ale na czyje zlecenie? NATO? BND? MAD? CIA? Jakaś kontrola czujności czy sprawności urządzeń?

I wreszcie może to terroryści szykują jakiś spektakularny numer – np. zrzucenie naszym parlamentarzystom czy Episkopatowi na głowy samolotu wyładowanego trotylem? Taki zamach teoretycznie jest możliwy i uważam, by tą sprawą na serio zajęły się P.T. Władze Odnośne. 

Fot. - Flightradar24.com i Facebook 


Uwagi i opinie

 
Dziwnie wyglądają te "pajęczynki" narysowane na mapie. Swego czasu dość często zaglądałem sobie do "flightradaru" i nieraz się zdarzało tam zobaczyć że jakiś samolot np. w pobliżu któregoś lotniska zbliża się, krąży, rysuje dziwaczne zawijasy (nietypowe dla samolotów oczekujących na zezwolenie do lądowania), czasem nawet znikał na jakiś czas z mapy... by po kilku minutach pojawić się znowu w zupełnie innym miejscu (często już na pasie, po wylądowaniu). Ale te niekształtne "esy-floresy" sprzed czasu lądowania już na mapie pozostawały. Prawdopodobnie to skutek "zacięć" lub błędów w bieżącym napływie danych. W przypadku wyżej przytoczonym też by mogły o tym świadczyć np. zarejestrowane ślady w kształcie ostrej piły. Przecież żaden samolot, nawet mały nie jest w stanie tak ostro i "do kantu" zawracać. Cała ta narysowana pajęczyna może być skutkiem błędów w danych, chociaż trochę przeciwko temu przemawia jej "mnogość" (Nadir)

  

sobota, 11 października 2014

W mrokach nadbałtyckiej nocy (2)



I Czytelnicy się odezwali:


Bardzo ciekawe! Pokrótce opiszę również swoje spotkanie z podobnym zdarzeniem. W latach 80 u. w. popróbowałem, na szczęście epizodycznie, łowiectwa. Trwało to niespełna 5 lat, i kiedy uświadomiłem sobie czym jest to "hobby", szybko z tego zrezygnowałem - czego do dziś nie mogą zrozumieć znajomi i koledzy. Ale do rzeczy: którejś mroźnej i pięknej, księżycowej nocy wybrałem się w pojedynkę na dzika. Jak zwykle, tak i wtedy (mimo wszystko!) wolałem, aby nie natknąć się przedmiot mojej wyprawy, i raczej traktowałem wypad jako niezwykły spacer pod gwiazdami. Około 2 po północy znalazłem się na rozległym, płaskim polu (ok.20 - 25ha), okolonym ze wszystkich stron połaciami lasów - taka wielka polana! Ponieważ okolica przykryta była świeżym śniegiem (tzw. ponów) więc czułem się, dosłownie, jak zawieszony w próżni. Na tym zaś polu było inaczej: białą jego płaszczyznę znaczyło, jak wówczas oceniłem, co najmniej 200 ciemnych punktów. Dobrze znałem to miejsce, i wiedziałem, że nie mogą to być np. wystające kamienie, czy coś podobnego. Zacząłem odchodzić od ściany lasu i wchodzić w tę płaszczyznę. Po chwili z niedowierzaniem (skracam tu relację) stwierdziłem, że wszystkie te ciemne punkty, to najprawdziwsze zające! Postanowiłem im nie zakłócać, zapewne jakichś ich ważnych/nadzwyczajnych interesów, i dyskretnie wycofałem się. Nadmieniam, że ilość, jaką tu podałem, obarczona może być błędem rzędu 10- najwyżej 15%. Nie muszę nikogo przekonywać, że taką ilość zajęcy można by/było naliczyć, może w kilku nadleśnictwach - albo i nie. Rano, aby zweryfikować nieprawdopodobny nocny widok, wybrałem się tam raz jeszcze, i okazało się/ potwierdziło się, że to nie była jakaś tam fata morgana - całe to pole, o którym piszę, pokryte było niezliczoną ilością zajęczych tropów, a wszystkie one brały swój początek z kilkunastu ścieżek wychodzących z okalających pole lasów. W ciągu kilku następnych lat, w podobnym okresie i podobnych warunkach, odwiedzałem to miejsce, ale już nigdy czegoś takiego nie spotkałem. Oczywiście, kiedy nieraz komuś opowiadam o tym fenomenie, widzę na twarzach nie tylko niedowierzanie, ale często i gęsto bardzo wymowny grymas. Zdarzenie miało miejsce na Mazurach, w okolicach Giżycka.

Roman Rzepka, Giżycko


Rzeczywiście ciekawe! A tak już nawiasem, to po staropolsku zając był nazywany kotem… Przyznaję, że nie mam żadnego wyjaśnienia. I jeszcze jeden głos w tej sprawie:


Zwierzaki czasem różnie reagują na dziwiące ich rzeczy. Może po prostu pierwszy raz w życiu zobaczyły ognisko i podeszły do niego dziwiąc się że w pobliżu płomieni jest tak cieplutko.
 A zahipnotyzować mogły je nawet iskierki wylatujące z płomieni. Koty są ciekawskie i czasem bacznie przyglądają się różnym rzeczom.
Pamiętam jak zdziwiłam się kiedy Pusia polubiła wodę, jak zaczęły ją intrygować bąbelki czyli pieniąca się woda w rzece.
Te bąbelki tak ją zaczęły bawić, że sama zaczęła wchodzić do wody i łapać je w pyszczek, a przedtem panicznie bała się wody.
Oczywiście koty przez to nie weszłyby do ognia, ale może siedziały zaintrygowane czymś tak dla nich niezwykłym jak ogień i ciepłem bijącym od niego.
Jakby umiały mówić to może usłyszelibyście jak rozmawiają między sobą:
- Hej, stary, widziałeś kiedyś coś takiego!
- E no co ty, ja pierwszy raz widzę takie dziwo.
- A ja kiedyś widziałem tylko z daleka, jak cała chałupa była tym ogarnięta, wtedy to wszyscy moi kumple uciekali w drugą stronę, a tu niepojęte że tak łatwo można do tego podejść i popatrzeć, i takie miłe ciepełko z tego bije, itd. itp.
Więc zwierzaki czasem mogą nietypowo reagować na zaskakujące ich widoki.
Aga Draco

Ciekawe podejście zakładające, że zwierzęta myślą na wyższym stopniu abstrakcji, niż się to nam – ludziom – wydaje.
I kolejne głosy klubowiczów z Darz Grzyba:


Czary i Dziwy
Mnie zastanawia taka ilość kotów.
A to że siedzą i się gapią przed siebie to normalne ich zachowanie. Może widziały się nawzajem przez zniekształcone ciepłe powietrze ogniska. Lub bo było zimo siedziały i się grzały.
Albo była to bezdomna osoba która postanowiła przenocować na plaży, a koty był przy niej bo je karmiła resztkami. Spała pod tym co dała jej plaża.
Damianieczunieczek


Bardzo ciekawa historia, aż mnie wciągnęła. Tą ciemną postacią mogło być wszystko. Ja osobiście wierzę w istoty pozaziemskie, może należy szukać odpowiedzi w tym dziale.
Emilos66


A zatem nadal sytuacja jak w czeskim filmie – nikt nic nie wie. Możemy się spierać, czym było to „coś” czarnego, ale mnie z kolei dziwi to, że nikt nie połączył tych wydarzeń z dziwną „burzą”, która miała miejsce gdzieś na dalekiej redzie portu. Bo jak żyję to ponad pół wieku, to jeszcze takiej dziwnej burzy nie widziałem. Ona sama w sobie jest czymś niezwykłym…


Jestem przekonany, że tam działo się coś dziwnego. Syrena? A czemu nie? Przecież sam szukałeś Syren na Helu, czyż nie? Może właśnie wtedy spotkaliście Syrenę, która rzuciła na Was urok, dzięki czemu pamiętasz to wydarzenie tak, jak je nam przekazałeś? Tak jak w jednym z moich opowiadań, które Ci przesyłam.
Daniel z Felixtowe  


Cóż, Daniel może mieć rację i spotkaliśmy stworzenie z innego wymiaru Rzeczywistości czy innego świata. Może kiedyś uda się nam rozwiązać tą zagadkę? A jak na razie, to bardzo dziękuję moim respondentom!   

piątek, 10 października 2014

W mrokach nadbałtyckiej nocy (1)



To wydarzyło się około 12 października 1985 roku, w Świnoujściu. Korzystając z pięknego wieczoru wraz z żoną postanowiłem przejść się na spacer po miejskiej plaży. Wyszliśmy z domu gdzieś koło dziewiątej wieczorem i poszliśmy od razu na plażę.

Pogoda była bardzo dziwna, bo nad nami świeciła księżycowa pełnia, a od morza, a konkretnie od Cieśnin Duńskich wiało niemiłosiernie chłodnym wiatrem. Pierwszą rzeczą, jaka zauważyliśmy to była dziwna piramida z chmur wisząca gdzieś na kierunku na Cap Arkona. Piramida była biała w księżycowym świetle i od czasu do czasu rozświetlało ją bladofioletowe światło błyskawic. Musiała tam być solidna burza, ale do nas nie dolatywał ani jeden odgłos uderzeń piorunów. Być może zagłuszał je silny wiatr i szum fali. Obserwowaliśmy ten obłok i stwierdziliśmy, że wisi on nad jednym miejscem, nie zmieniając ani wielkości, ani kierunku. Dziwne to było, bo zazwyczaj burze przychodziły szybko, a ta jakoś dziwnie pastwiła się tylko nad jednym akwenem…

Ale to nie było jeszcze czymś najdziwniejszym tego wieczora, bo w pewnym momencie zauważyliśmy snop iskier strzelających gdzieś na pasie wydm. Gdzieś paliło się ognisko, które mogło spowodować pożar, jako że niedaleko znajdował się lasek. Zeszliśmy tedy z plaży i weszliśmy pomiędzy wydmy. Tam znajdowała się jakaś betonowa konstrukcja z poniemieckich umocnień brzegowych i stanowisk flak. Pośrodku płyty dogasało ognisko, ale nie to było najdziwniejsze. Wokół ognia, na leżących pniach i gałęziach drzew, siedziały koty. Nie jakieś czarne, ale zwyczajne mruczki dachowe, wielorasowe i wielokolorowe. Mogło być ich 10 czy 12. Siedziały wokół ognia, parami i hipnotycznie wpatrywały się w płomienie. To było niesamowite, bo nie wiem czemu, skojarzyło się to nam z sabatem czarownic. Wokół huczał wiatr w koronach sosen, zza Świny dobiegały nas światła i hałasy przeładunku na Świnoporcie III (Nabrzeże Chemików), a tutaj kilkanaście kotów odprawiało tajemne misterium przy dogasającym ognisku…

Naraz zauważyłem coś dziwnego: nieopodal ogniska leżało… - coś. Inaczej tego nie nazwę. W zwodniczym świetle księżyca i niepewnym, drgającym blasku dogasających płomieni zauważyłem nieokreślony, smoliście czarny kształt przypominający leżącego konia czy inne duże zwierzę. To coś się poruszało od czasu do czasu – a może mi się to tak wydawało. Wydawało mi się, że „to” wydaje jakieś odgłosy, ale mogłem się mylić…

Nie wiem, co to było i wolałem nie sprawdzać. Wziąłem żonę za rękę i oboje wycofaliśmy się z dziwnej kotlinki. Szybko i bez słowa wróciliśmy do domu. I do dziś dnia nie znaleźliśmy odpowiedzi na to, co właściwie tam było. Może ktoś z Czytelników spotkał się z czymś podobnym?


---oooOooo---


Rozesłałem ten tekst do moich znajomych spoza kręgu KKK z prośbą o napisanie mi o tym, co sądzą o tym wydarzeniu. A oto ich odpowiedzi:

Jakieś (chyba) 5 lat temu widziałam filmik na You Tube, zrobiony na plaży jakiemuś syreno-podobnemu stworzeniu. To stworzenie było ciemne, dośc duże, podłużne i jeszcze żyło, gdy chłopak (był z kolegą) robił ten filmik, chyba swoim telefonem.
Potem pojawiły się różne teorie.
U ciebie leży to 'dziwne'  stworzenie też blisko morza, na wydmach. Przypadek??????
Ja mam bujną fantazję i wierzę, że jeszcze istnieje sporo dziwnych stworzeń. A może tworzą się/powstają wciąż nowe???
pozdrawiam wszystkich,
Basia z Holandii

Wyjaśnienie może być prozaiczne. Skoro to coś jest tylko cosiem, to równie dobrze może to być forma śpiwora z kimś w środku (ewentualnie dwie osoby). Koty? Koty są inteligentne i wiedzą, czy ktoś im zaszkodzi, może więc to zbiorowisko było zapoczątkowane przez wcześniejsze doświadczenia jednego z kotów, (może nawet należącego do tego lub innego cosia), który zna ognisko i nie bał się. Co z pozostałymi kotami? By dopasować wcześniejsze do ostatniego, muszę zaryzykować stwierdzając, że może to były dzikie/wolne koty z jednym takim, który lubi ogniska. Reszta poszła w jego ślady, nawet jeśli jakiś coś był w pobliżu. Przecież dzikie koty to myślące zwierzaki i też szukają dla siebie najlepszych miejsc. Od ogniska na pewno biło choć delikatne ciepło (ale czy go potrzebowały, czy wyłącznie je ciekawiło, jak nas...?).
Koty lubią wpatrywać się w ekran TV, lubią patrzeć na ryby w akwarium, lubią kolorowe światła. Ale takie sparowanie i zgrupowanie? A może to czynnik Oz?
Ponieważ ludzie są, jakie są, jak rzekłaby przekupa na targu, oferuję coś z pogranicza matrixowego lustra.
To były nie-koty, czyli ani nie koty, ani nie ludzie, tylko ktosie. Półpoważnie mówię.
Czasem osoby widzą sokoła zamiast NOLa, inni szaraka za miast insektoida, MIBa zamiast szaraka, dzieci zamiast migdałookich, itp. Czy jeśli wkroczymy na drogę czystej spekulacji, to nie można by uznać owe koty za maskę jakichś istot, które, niczym krasnoludy czy gnomy, przybrały warstwę poznawczą wprost z głębi jestestwa obserwatora? Nomen omen, czy nie było to sabacie zebranie?
Tomasz Wieluńczyk

Słuchajcie, to mogło być tak: Ktoś tam robił ognisko, jadł dobre żarcie, pił, itd., zostały jakieś resztki z pańskiego stołu, ludzie się pospali a koty zwabione smakowitymi zapachami czekały aż ognisko dogaśnie żeby jakieś resztki wydobyć z popiołów i może coś jeszcze wymiauczeć od ludzi.
Aga Draco

I moja odpowiedź:

Ba! Żeby to było aż takie proste! Choć z drugiej strony, zgodnie z regułą Brzytwy Occhama najprostsze wyjaśnienie jest najbardziej prawdopodobne.
Obawiam się, że jednak chyba nie – prędzej uwierzę w Syrenę albo fokę...  - tylko że te koty. Może rzeczywiście – te zwierzaki zeszły się, by się ogrzać przy resztkach ogniska? A Syrence co – też było zimno?
Obcy pod postacią kotów? A czemuż by nie? Przypomina mi się lektura książki „Communion” Whitleya Striebera, w której zawarta jest podobna sugestia – w tym przypadku koty (które lubię) mogły stanowić dla mnie wspomnienie osłonowe po spotkaniu z Obcymi. Ale moja żona nigdy nie lubiła tych zwierząt, więc powinna ich nie widzieć lub widzieć coś innego, a my widzieliśmy oboje to samo.
Żadnych ludzi tam nie widzieliśmy, nikogo tam – i zresztą na całej plaży – nie spotkaliśmy.
Co do sabatu, to rzeczywiście – taka myśl mi też przyszła do głowy, ale to nie była Noc Walpurgii… Tak czy inaczej, ta noc była niezwykła – rzekłbym zwariowana. A w czasie pełni księżycowej dzieją się różne rzeczy. Tak czy inaczej, tajemnica tej nocy wciąż pozostaje tajemnicą.

A co na to nasi Czytelnicy?