Powered By Blogger

piątek, 25 listopada 2011

SPRAWA 001/X - MAGIA W STAROŻYTNYM EGIPCIE (1)




 

W podziemiach piramid Wielki Set śpi zwinięty;

W cieniu grobowców pełza jego lud przeklęty...
Z bezdennych otchłani wznoszę swe wołanie:
Ześlij mi sługę gniewu, o łuskowaty Panie!

Robert E. Howard - „Feniks na mieczu"

Miloš Jesenský

Wielu klasycznych pisarzy uważało Egipt za źródło powstania wiedzy magicznej. Starożytność jego cywilizacji, ogrom świątyń i piramid, tajemniczy bogowie ze zwierzęcymi głowami, zagadkowe hieroglify, rytuały przeznaczone dla zmarłych i boska aura faraonów, stworzyły mamiącą i cudowną atmosferę Egiptu, która dla wyznawców okultyzmu nigdy nie znikła w pomroce zapomnienia.

 Richard Cavendish - „Historia magii”

---oooOooo---

Termin magia pochodzi najprawdopodobniej od perskiego słowa oznaczającego siłę, władzę albo wielkość - co wedle innych zbliżonych definicji można pojmować także jako aktywność zmierzającą do osiągnięcia celów, a które to czynności nie są wyjaśnialne na zasadzie związku przyczynowo-skutkowego - zaś innymi słowami mówiąc w znaczeniu praktycznym - jest to działalność człowieka na poza-fizycznym poziomie. Taką też definicję będziemy mieli w pamięci, kiedy będziemy mówić o magii praktykowanej w starożytnym Egipcie od czasów najdawniejszych, ginących w pomroce dziejów, aż do czasów hellenistycznych, tj. od roku 3000 do roku 30 p. n. Chrystusa. 
Sam przedmiot badań możemy analizować, wedle prac Františka Lexy, w trzech zasadniczych grupach:

v    Magia na potrzeby życia codziennego;
v    Magia na potrzeby życia pozagrobowego;
v    Magia na potrzeby łączności naszego świata ze światem sił pozagrobowych, w którego realność antyczni Egipcjanie święcie wierzyli.

Szczególnie interesującą dla nas jest ten ostatni rodzaj magii, w której różne zaklęcia i wersety z „Księgi Zmarłych” uznawane jako pomoce nawigacyjne w podróży duszy ludzkiej poprzez świat umarłych, nie dadzą się nijak porównać z praktykami staroegipskiej nekromancji, w czasie których wedle tradycji, były wywoływane duchy zmarłych ożywiane mumie i uruchamiane były najstraszliwsze pozagrobowe siły i moce,  a co straszy teraz naiwnych z ekranów kin i telewizorów w kiczowatej szmirze made in Hollywood...

Przesłanie z państwa Ozyrysa


O, sędziowie i uczeni, urodzeni i sławni i wszyscy ostatni ludzie, którzy wstąpicie kiedykolwiek do tego grobu, podejdźcie bliżej i słuchajcie mojej opowieści! - czytamy z napisu na grobowcu żony Taimhotepa w Aleksandrii. 30-letnia małżonka Wielkiego Księcia Memfisu, która w 42 r. p.n.e. odeszła na tamten świat, mówi o cierpieniu  w ciemnym państwie wiecznego zapomnienia i smutek emanujący z jej słów dobiega do nas nawet po tylu stuleciach:
Na co zdają się lata, przez które nie żyjemy na Ziemi? Kraj Zachodu jest krainą snu i ciemność ciężko spoczywa na tych, którzy się tam dostali. Cienie ich cierpią i nie mogą liczyć na to, by ujrzeli swych braci. Nie widzą swych ojców, ani swych matek, daremnie rozglądają się za swymi małżonkami i dziećmi.
Woda życia, która jest na ziemi, należy się każdemu, ale moim udziałem tutaj jest pragnienie. Woda sama przypływa do tego, który jest na ziemi, ja jestem spragniona, choć woda jest tuż obok mnie, dlatego nie wiem, gdzie ona jest, odkąd przybyłam do tego smutnego ustronia. Daj mi cieknącą wodę, albo wskaż drogę wiodącą ku wodzie, nadstaw ma twarz ku północnemu wiewowi wiatru nad brzegiem rzeki, proszę, abyś wybawił moje serce od tego utrapienia.
Śmierć woła każdego. „Chodź do mnie” - to imię śmierci. Wszyscy, których do siebie woła, idą ku niej, choć serca ich pełne są strachu. Nie ma ani boga, ani człowieka, który odważyłby się na nią spojrzeć. Ma ona w swych rękach to co wzniosłe i proste, a nikt jej nie może się oprzeć. Jej ręka spocznie na każdym, na kim zechce: odbiera dzieci matce, na próżno chce uciec jej starzec. Wszyscy proszą ją o litość, ale ona nikomu nie odpuści - nie przychodzi do tego, który ją wzywa, nie słucha tego, kto się do niej modli, ani tego, który ją wielbi.
„Pieśń harfiarza”, która powstała na dwadzieścia stuleci przed napisem na grobie Taimhotepa, mówi nam jeszcze, że: Z tamtego świata jeszcze nikt nie wrócił. Nikt nie może powiedzieć, jak martwi wyglądają i czego im trzeba. Pamiętaj, że nikomu nie jest dane zabrać ze sobą swój majątek. A z tych, którzy tam odeszli - nikt już nie powraca.
Te słowa wydają się szczególnie dziwne w porównaniu z kultem zmarłych, który rozwinął się w starożytnym Egipcie. W kulturze, w której dobro osób zmarłych było stawiane na pierwszym miejscu, o przemijającym ziemskim życiu musimy poszukać prawdy w magicznych tekstach, a nie w zapisanych pieśniach żałobników.

Powrót z tamtego świata

Jak to wynika z różnych cytatów ze staroegipskich magicznych papirusów, dusze osób zmarłych nie tylko wracały z zaświatów, ale istniały konkretne wyobrażenia o ich wyglądzie. Sprawiedliwy i szlachetny człowiek stawał się po swej śmierci Promieniującym duchem przebywającym w towarzystwie bogów i zapewniał on ich pomoc i opiekę nad swymi żyjącymi bliskimi, a także tym, którzy odpowiednimi rytuałami zyskali jego przychylność. Duch złego człowieka nazywany martwym duchem był wykluczony z obiegu pośmiertnego życia i przebywał na skraju pustyni, gdzie jako złowroga istota wkraczał do ludzkich siedzib i tam się na ludziach srodze mścił - wchodząc w ciała żywych powodował padaczkę, szaleństwo czy choroby zakaźne.
O możliwości spontanicznego powrotu zmarłych bogów i duchów mówi znana historia o faraonie Tutmozisie IV władającym w latach 1413-1405 p.n.e. Granitowa stela znaleziona między łapami Sfinksa mówi, że kiedy faraon zdrzemnął się w południe pod tą ogromną rzeźbą zmęczony polowaniem, objawił mu się we śnie bóg Haremachet, który rozkazał mu oczyszczenie Sfinksa z pokrywających go warstw piasku, co Tutmozis bez wahania rozkazał wykonać. 
W opowiadaniu o cudownym uzdrowieniu księżniczki Bentreshe, faraon Ramzes II z XIX Dynastii zwany Ramzesem Wielkim (ok. 1290-1224 r. p.n.e.) udał się ze swoją prośbą do posągu tebańskiego boga Księżyca Chonsa, który odpowiedział mu skinieniami głowy i słowami. W staroegipskich hieroglificznych inskrypcjach bardzo często pojawia się tematyka kontaktów faraonów z bogami, co najlepiej udowadnia opowiadanie o narodzinach, młodości i koronacji królowej Hatshepsut z XVIII Dynastii (1490-1468 r. p.n. Chr.) z rozbudowanej przestrzennie świątyni w Der el-Bahr.

Tajemnice nekromancji

Wywoływanie duchów zmarłych, ściślej zwane nekromancją, jest dokładnie opisane w demotycznych, magicznych księgach z muzeów Londynu, Leidy i Luwru. Znajdziemy tam całe przepisy, w jaki sposób przywoływać nie tylko bogów i świetliste duchy, ale także złe i demoniczne istoty, dusze zatracone. Nekromancja powstała dzięki chęci poznania rzeczy ukrytych, teraźniejszych, przeszłych i przyszłych - co wynika z samej jej nazwy. Nekromancja pozwala na przyjmowanie rozkazów z innego świata i wydawanie rozkazów istotom w nim przebywającym. Wszystkie te czynności, oczywiście, były głęboko zrytualizowane.
Wiedza starożytnych Egipcjan o istnieniu, wyglądzie i działalności demonów była o wiele bardziej złożoną, niż wiedza europejskich magów na przełomie Średniowiecza i Odrodzenia. Z pisemnych i rzeczowych źródeł wiemy, że było ich ponad 200. Imion wielu z nich zapomniano, bowiem ich imion nie można było zapisywać i wymawiać, na zasadzie „nie wywołuj wilka z lasu”... 
Wszystkie demoniczne istoty były obdarzone nadprzyrodzoną siłą i poza czarodziejskimi różdżkami, amuletami i inną magiczną bronią, można je było przegonić przy pomocy ognia. Z pomiędzy tych, które złowrogich stworów można wspomnieć te, których imiona związane są z ich fizycznymi właściwościami: Czerwonooki, Ślepogłowy, Białozęby, Dalekokroczący, Czaszkogłowy, itp. Osobną podgrupę stanowią demony towarzyszące bogini wojny Sachmet, którzy w każdym roku rozsiewali w Egipcie mór. Jednak najwięcej informacji zostało na temat podziemnych demonów opisanych w tekstach „Księgi zmarłych”. Niektóre z nich strzegły bram podziemnego królestwa przed „nieczystymi”, inne zaś krążyły po podziemnym państwie Ozyrysa i w tej ciemnej krainie jedzeniem ich były ciała zmarłych, zaś napojem - ich krew.
Ze złymi duchami zazwyczaj egipski mag się nie zadawał, a kiedy się zbliżyły, to używał zwierciadła by je odegnać, zaś kiedy weszły do ciała jakiejś osoby, wypędzał je - co nie było prostą i łatwą czynnością.

Magiczne teksty i zaklęcia

Podstawową czynnością w magicznej działalności (i to nie tylko w Egipcie) było zaklinanie służące przywołaniu, opanowaniu i odwołaniu z powrotem na plan astralny istot z zaświatów. Najstarszym i najprostszym czarodziejskim środkiem, który zrodził się wraz z językiem mówionym, było zaklęcie. Wygłaszanie jego tekstu, już to z pamięci, już to z zapisu miało zawsze brzmienie rozkazujące, wzmacniane jeszcze dodatkowo odpowiednią wokalizacją i gestykulacją. I tak najstarsze zaklęcia występowały tylko w formie rozkazu - nakazu czy zakazu - później łączono je z innymi tekstami i używano także do innych celów. Czarodziejskie zaklęcia były często ściśle utajniane i tak poza ich właścicielem nikt nie mógł ich używać, czy nawet przeczytać, inaczej traciły moc.
Bolesław Prus w swej powieści, niejednokrotnie podaje  przykłady takich magicznych formuł:
Ojcze niebieski, łaskawy i miłosierny, oczyść duszę moją... Ześlij na niegodnego sługę swoje błogosławieństwa i wyciągnij wszechmocne ramię na duchy buntownicze, abym mógł okazać moc Twoją...
Oto znak, którego dotykam w waszej obecności. Otom jest  - ja - oparty na pomocy bożej, przewidujący i nieustraszony... Otom jest potężny i wywołuję was i zaklinam... Przyjdźcie tu, posłuszne w imię Aye Saraye, Aye Saraye...[...]
W imię wszechmocnego i wiekuistego Boga... Amorul, Tanecha, Rabur, Latisten... […]
W imię prawdziwego I wiecznie żyjącego Eloy, Archima, Rabur, zaklinam was i wzywam... Przez imię gwiazdy, która jest słońcem, przez ten jej znak, przez chwalebne i straszne imię Boga żywego...
„Faraon”, tom 1, rozdz. XX

Ta księga, to jedna wielka tajemnica. Nie dopuść do tego, by widziało ją oko człowieka , ponieważ to jest szkodliwe dla niej, kiedy przeczyta ja ktoś obcy. Ukrywaj tę księgę! - czytamy w siódmym ustępie XII rozdziału „Księgi zmarłych”. W jej tekstach są opisane wszystkie efekty, które można osiągnąć stosując jej zaklęcia, mówi się o pochodzeniu i znalezieniu czarodziejskich papirusów - jak to ukazuje np. fragment z Papirusu Londyńskiego z przełomu XIII/XII wieku p.n.e.:
Księgę tę objawiono w sali świątyni w Chebjete, a dostała się ona tajemną mocą bogini do rąk bibliotekarza świątynnego. Ziemia była pogrążona w ciemnościach, a Księżyc świecił na tą księgę, gdziekolwiek by ona nie była.
Imperatywny charakter zaklęcia wzmagał się wraz z upływem czasu. Wydaje się być czymś naturalnym, że faraon będący zastępcą jedynego Boga na ziemi, nakazuje pomniejszym bogom w czasie rytuału pogrzebowego, by odstąpili część swej mocy duchowi jego zmarłego ojca - co Bolesław Prus opisał bardzo dokładnie w trzecim tomie  „Faraona”, w rozdziałach IV i V, jednakże o znacznym upadku religijności świadczy fakt, że czarodzieje z czasów rzymskich zwracał się do bogów już tylko w sprawach dotyczących marnego żywota ziemskiego. Przyczyny tego stanu rzeczy możemy jednak widzieć w procesach, które zgubnie wpłynęły na egipskie życie religijne: obce kulty, rywalizacja pomiędzy faraonami a kapłanami, napływ mniejszości narodowych, zakulisowe walki o władzę i niezrozumiałe dla prostego ludu rytuały religijne. Do tego należałoby dodać jeszcze rozwój czarodziejskich i nekromantycznych praktyk, czarnej magii i negatywistycznych kultów bogini Amemait - postrachu wszystkich zmarłych, demona Apopa, wroga Słońca w kształcie ogromnego węża Sutecha (Seta, Setha) znanego jako „ucieleśnienie wszelkiego zła”, „złoczyńcy pomiędzy bogami”, Kuka - boga ciemności „którego władza już się skończyła”, itd.

Powstanie kultu Seta

Kult Seta istniał rzeczywiście, nie tylko na papirusach. Jeden z przyczynków do jego powstania opisuje Bolesław Prus w roku 1895, który w „Faraonie” tak opisuje dramatyczny przełom w życiu kapłana Samentu, który spowodowany był znalezionym przezeń szkieletem prawiekowego gada w podziemnych jaskiniach półwyspu Synaj:
Kiedy miałem dwadzieścia pięć lat, byłem kapłanem Ozyrysa...
- Ty?... - zdziwił się Ramzes.
- Ja, i zaraz powiem, dlaczego wstąpiłem do służby Seta. Wyprawiono mnie na półwysep Synaj, aby tam wybudować małą kaplicę dla górników. Budowa ciągnęła się sześć lat, a ja zaś mając dużo wolnego czasu włóczyłem się między górami i zwiedzałem tamtejsze pieczary.
Czego ja tam nie widziałem! ... Korytarze długie na kilka godzin; ciasne wejścia, przez które trzeba było pełzać na brzuchu; izby tak ogromne, że w każdej zmieściłaby się świątynia. Oglądałem podziemne rzeki i jeziora, gmachy z kryształów, jaskinie zupełnie ciemne, w których nie było widać własnej ręki, albo znowu tak widne, jakby w nich świeciło drugie słońce...
Ile razy zbłąkałem się w niezliczonych przejściach, ile razy zgasła mi pochodnia, ile razy stoczyłem się w niewidzialną przepaść!... Bywało, żem po kilka dni spędzał w podziemiach żywiąc się prażonym jęczmieniem, liżąc wilgoć z mokrych skał, niepewny, czy wrócę na świat.
Za to nabrałem doświadczenia, wzrok zaostrzył mi się i polubiłem te piekielne krainy. [...] Gmachy ludzkie są kretowiskami wobec niezmiernych budowli wzniesionych przez ciche i niewidzialne duchy ziemi.
Raz jednak spotkałem rzecz straszną, która wpłynęła na zmianę mojego stanowiska.
Na zachód od kopalni Synaj leży węzeł wąwozów i gór, wśród których często odzywają się podziemne grzmoty, ziemia drży, a niekiedy widać płomienie. Zaciekawiony wybrałem się tam na czas dłuższy, szukałem i dzięki niepozornej szczelinie odkryłem cały łańcuch olbrzymich pieczar, pod których sklepieniami  mogłaby się pomieścić najwyższa piramida.
Kiedy się tam błąkałem, doleciał do mnie silny zapach zgnilizny, tak przykry, że chciałem uciec. Przemógłszy się jednak wszedłem do pieczary, skąd pochodził, i zobaczyłem...
Racz wyobrazić sobie, panie, człowieka, który ma nogi i ręce o połowę krótsze niż my, ale grube, niezgrabne i zakończone pazurami. Dodaj temu kształtowi szeroki, z boków spłaszczony ogon, na wierzchu powycinany jak grzebień koguci; dodaj do tego bardzo długą szyję, a na niej - ptasią głowę. Nareszcie ubierz tego potwora w zbroję pokrytą na grzbiecie zagiętymi  kolcami...
Teraz pomyśl, że figura ta stoi na nogach, rękoma i piersiami oparta o skałę...
- To coś bardzo brzydkiego - wtrącił faraon - Zaraz bym to zabił...
- To nie było brzydkie - mówił kapłan wstrząsając się. - Bo pomyśl panie, że ten potwór był wysoki jak obelisk...
Ramzes XIII zrobił gest niezadowolenia.
- Samentu - rzekł - zdaje mi się, żeś swoje pieczary zwiedzał we śnie...
- Przysięgam ci, panie, że mówię prawdę. - Tak jest, ten potwór w skórze gada, okryty kolczastą zbroją, gdyby leżał na ziemi, miałby wraz z ogonem z pięćdziesiąt kroków długości... Pomimo trwogi i odrazy kilkakrotnie wracałem do jego jaskini i obejrzałem go sobie najuważniej...

---oooOooo---

Wybacz  mi Czytelniku tę dygresję, ale muszę tutaj dodać coś od siebie, a mianowicie - Bolesław Prus z niesamowitą intuicją przewidział to (a może miał po temu jakieś konkretne dane - kto wie? - to kolejna tajemnica XIX wieku), iż zostanie udowodniony w XX wieku fakt kontaktów ludów z basenu Morza Śródziemnego z dinozaurami. Prof. dr Bernard Huevelmans w swej biblii kryptozoologów pt. „Na tropie nieznanych zwierząt” (Warszawa 1963) w pełni potwierdza istnienie niektórych dinozaurów w czasach rozkwitu Egiptu, Babilonu czy Asyrii.
NB, słynny fiński pisarz Mika Valtari w swej kultowej powieści „Egipcjanin Sinuhe” także opisuje spotkanie głównego bohatera z tajemniczym gadem morskim, w podziemiach minojskiej Krety, którą to scenę literalnie zerżnął z „Faraona”. Za Bolesławem Prusem poszedł cały legion autorów powieści, nowel i opowiadań grozy, że wspomnę tylko H. Ph. Lovecrafta czy jego następcę R. E. Howarda oraz E. A. Poë, a na japońskich twórcach potworów z filmów Inoshiro Hondy i Takao Okawary skończywszy. Powróćmy jednak do opowieści Samentu o Godzilli z Synaju:

---oooOooo---

- Więc on żył?
- Nie. To był już trup, bardzo dawny, ale tak zachowany, jak nasze mumie. Utrzymała go wielka suchość powietrza, a może i nieznane sole ziemi.
Było to moje ostatnie odkrycie - ciągnął Samentu. Nie wchodziłem już do jaskiń, alem dużo rozmyślał. Ozyrys - mówiłem - tworzy wielkie istoty: lwy, słonie, konie... - zaś Set rodzi węża, nietoperza, krokodyla... Potwór, którego spotkałem, jest na pewno tworem Seta, a ponieważ przerasta wszystko, co znamy pod słońcem, więc Set jest mocniejszym bogiem, niż Ozyrys...
„Faraon” tom 3, rozdz. VIII

Tak więc wygląda na to, że właśnie wtedy Ozyrys przegrał swoją walkę z Setem...

Kult Voodoo w krainie piramid

Szczególną kategorię czarodziejskich praktyk tworzyła kreacja zastępczego ciała, która służyła zwłaszcza w praktykach czarnej magii. Starożytni Egipcjanie sądzili, że jak czarownik stworzy woskową podobiznę człowieka, to na zasadzie pars pro toto jest w stanie przenosić swe oddziaływanie poprzez woskową podobiznę na konkretnego człowieka.
Jedna z najstarszych z dotychczas odkrytych wzmianek o magicznych rytuałach z woskowymi laleczkami, mających na celu uśmiercenie ofiary, pochodzi z inskrypcji na trumnach z okresu Średniego Państwa. Charakterystyczne przykłady pochodzą także z okresu Nowego Państwa, oraz epoki króla Aleksandra II (323-310 p. Chr.).
Zabrał się do czarowania, aby wywołać i sprowadzić nieszczęście - czytamy w papirusie Rollina - Sporządził kilka figurek bogów i ludzi z wosku, aby potem tych ludzi przyprawić o zeschnięcie członków i dał je Rabbekameowi, którego boski Re nie dopuścił do ustanowienia naczelnikiem domu.
Ten cytat jest niezmiernie ważnym dla naszych dalszych rozważań, bowiem należy do grupy zabytków piśmiennych informujących nas o haremowym spisku wymierzonym przeciwko Ramzesowi III (1188-1157 p.n.e.), ostatniemu wspaniałemu władcy Nowego państwa. Przeciwko niemu wystąpili wtedy niektórzy magowie, którzy zwrócili przeciwko niemu i jego pretorianom swą czarnomagiczną sztukę.
Pentiboon, który był zarządcą majątku, tak mu powiedział: <<Przynieś mi księgę, która dodałaby mi czarodziejskiej siły i władzy>> - czytamy w Papirusie Lee -  I on przyniósł mu czarodziejską księgę z biblioteki faraona Vesermaat-Re-meri-Amona, wielkiego boga, swego pana, i poszedł on zastosować boską siłę dla ludu swego. Urzędnik El-rem wykonał ludzkie figurki z wosku i odprawiał nad nimi różne czary i zaklęcia. I spuścili obaj na ludzi chorobę i mór i inne nieszczęścia.

Magowie przeciwko faraonowi

Jak to wiadomo z sądowego Papirusu Turyńskiego, sprzysiężenie to zostało ujawnione i śledztwo zostało przeprowadzone przez sąd. Jednego czarownika stracono w okrutny sposób, zaś drugiego zmuszono do popełnienia samobójstwa:
Prawdą było to, że zamierzał on wykonać te wszystkie zbrodnie i inne niegodziwości, o które go posądzano. Prawdą było to, co zamierzał dokonać wraz z innymi winowajcami, wzbudzając gniew i odrazę wszystkich bogów i wszystkich bogiń. Wykonano na nim najcięższą karę śmierci, o którym zadecydowali bogowie.
Były to ciężkie śmiertelne grzechy i zbrodnie na cały świat, których on się dopuścił - to było na temat drugiego maga - kiedy zaś mu udowodniono, że to on się ich dopuścił, sam podniósł na siebie rękę i się uśmiercił.
Sprawa ma jeszcze drugie dno, bo jak można było panującemu czarami zaszkodzić, czy nawet go czarami uśmiercić, to z drugiej strony czarami można go było także chronić.
Zrobiono z wosku figurki wszystkich żywych lub nieżywych przeciwników i wrogów faraona i ich imiona wypisano na nich zieloną farbą - pisze o tym w księdze poświęconej demonowi Apopowi - potem wkłada się je do skrzynki, pluje na nie, a następnie depce lewą „nieczystą” nogą, kłuje nożem, a potem wrzuca do płonącej słomy, którą potem gasi się moczem dojrzałej kobiety. A potem napisane imiona demona Apopa i wszystkich nieprzyjaciół faraona - oby żył wiecznie! - czy to żywych czy to martwych rzuć na ziemię i depcz po nich lewą nogą!

CDN.

czwartek, 24 listopada 2011

Eldorado, Miasto Z, Tarapalanda…




…wiedzeni ciekawością ujrzeli wielką kolumnę wyrastającą z morza… a potem natknęli się na błotnisty, mulisty brzeg i na wyniosłe budownictwo Cyklopów, będące namacalnym dowodem najstraszliwszego postrachu Ziemi – koszmaru miasta R’lyeh zbudowanego przez … poczwary przybyłe z ciemnych gwiazd…

Howard Philips Lovecraft – „Zew Cthulhu”

- Wierzę w każde jego słowo, a mogę coś o tym powiedzieć. Kocham Amerykę Południową! Obszar od Darien do Fuego to najbogatszy, największy i najdziwniejszy szmat ziemi na naszej planecie!

Sir Arthur Conan Doyle – „Świat zaginiony”



Przyznaję szczerze, że od kilku numerów „Nieznanego Świata” z zapartym tchem śledzę cykle reportaży z Ameryki Południowej o jej tajemniczych miastach i płaskowzgórzach, na których znajdują się jeszcze bardziej tajemnicze megalityczne rzeźby i dzieją się rzeczy, od których normalnemu zjadaczowi chleba, jak ja i mnie podobnym, jeżą się włosy na głowie i mózg staje w poprzek…

Jeżeli idzie o Marcahuasi i jego tajemnice, to sprawa wydaje się być jasną – kiedyś, jakieś 12.000 lat temu był to po prostu tętniący życiem… kosmodrom! Tak! Znaczne wyniesienie powyżej 4000 m n.p.m. i położenie geograficzne pomiędzy 26°N a 26°S zawsze stwarza najlepsze warunki do wyrzucania w przestrzeń kosmiczną sztucznych satelitów i statków załogowych. Istnienie takich kosmodromów doskonale wpisuje się w to, co autorzy i badacze tej miary, co Aleksander Mora i dr Miloš Jesenský głoszą na stronach swoich prac: w okresie od 50.000 do 12.000 lat temu, na Ziemi kwitła wspaniała Supercywilizacja, która około 120 wieków temu została zniszczona albo wskutek wojny domowej, lub… najazdu Obcych z Kosmosu – ot, choćby z Proximy Centaura, jak już to kiedyś postulowałem w referacie na II Międzynarodowej Konferencji Ufologicznej w Pradze w dniach 30.IV/1.V.1998 roku.

Jak dotąd odkrycia ekipy Romana Warszewskiego i jego ekipy idealnie potwierdzają fakt jej istnienia – a co więcej – fakt chowania tam zmarłych potwierdza to przypuszczenie. Po prostu Indianie pamiętali, że kiedyś wysyłano tam w Kosmos ludzi, więc zaczęli naśladować swych antenatów kładąc tam swych zmarłych w pragnieniu, by oni – jak ich wspaniali Przodkowie – też odeszli pomiędzy gwiazdy!

I nie ma się co dziwić, że Indianie słyszeli o Egipcie, boż dowodem i to materialnym (!!!) na to jest figurka należąca do płk Percy H. Fawcetta, która trzyma w ręku tablicę z jakimś napisem. Kiedy się dobrze jej przyjrzymy, to zobaczymy na niej hieroglify egipskie (pismo sakralne), znaki hebrajskie, greckie czy runy skandynawskie, a także pismo tybetańskie! To ostatnie wcale nie powinno dziwić, bowiem Tybet to także kosmodrom – wszak znajduje się na wysokości ponad 4000 m n.p.m. i też znajduje się w dogodnym miejscu do wystrzeliwania statków kosmicznych i ich przyjmowania. Nieopodal znajdują się chińskie kosmodromy i poligony rakiet ICBM.

A właśnie tak à propos zaginięcia płk Fawcetta – być może dotarł on nie tyle do cyklopich murów tajemniczego miasta Z, ile po prostu do mitycznego Eldorado i… - i nie wrócił. Dlaczego? – tego nie wiem. Płk Fawcett podał jako oficjalny powód i cel swych wypraw odnalezienie w selwie i złowienie okazów gigantycznego węża sucurucu – (Sucuruyu gigante – jak zaproponował je nazwać słynny belgijski kryptozoolog dr Bernard Huevelmans) – ponad 35-metrowej długości anakond żyjących w Amazonasie. Nieoficjalnie zaś szukał legendarnego Złotego Miasta – Eldorado.

Eldorado jest miastem złota i ogólnej szczęśliwości – po hiszpańsku znaczy to tyle, co el dorado – złoty człowiek, którego wyobrażał posąg mężczyzny odlany z czystego złota. Aliści w tej legendzie pojawiły się szpary, bo niektórzy eksploratorzy w rodzaju znanego podróżnika, pisarza i nurka w jednej osobie – Amerykanina Clive Cusslera dopatrują się w nim nie tyle mężczyzny El Dorado, ale kobiety La Dorada![1]

La Dorada miała być odlana z czystego złota 24K, ale jej głowa m iała być z nefrytu czy jadeitu – kamienia cenionego przez Inków na równi ze złotem. Wedle Cusslera – La Dorada została znaleziona i spoczywa na dnie portu w Hawanie na Kubie, we wraku jednego z hiszpańskich galeonów należącego do jednej ze Złotych Flot. Niestety – nie ma na razie możliwości zweryfikowania tej hipotezy.

Eldorado był/było poszukiwane od zawsze – od chwili, w której pierwszy konkwistador postawił stopę na kontynencie południowoamerykańskim. Poszukiwali go awanturnicy w rodzaju Francisca de Orellana, który właśnie dzięki temu odkrył Amazonkę! – i przy okazji przepłynął w poprzek prawie cała Amerykę Południową z jej biegiem, po drodze rozglądając się za złotem i Eldorado, co miało miejsce w latach 1539-42.

Nie znalazł. Innym słynnym podróżnikiem był faworyt Elżbiety I, sir Walter Raleigh, który w 1616 roku popłynął do Gujany, by przebłagać swą panią (której mówiąc między nami śmierdząco podpadł) złotem z Eldorado. Też mu się nie udało i po powrocie do Anglii oddał głowę pod topór… - co stało się w roku 1618.

Inny słynny faworyt królowej Eli – najpierw awanturnik i pirat, a potem  korsarz w służbie Korony Brytyjskiej sir Francis Drake wolał przezornie łupić Hiszpanów i Portugalczyków, co przyniosło mu większe korzyści i splendory, niż nieszczęsnemu sir Walterowi! Ale i on poszukiwał El Dorado/La Dorady w ładowniach napadanych przez siebie statków.

Znany angielski mistyk i ufolog sir Brinsley Le Poer-Trench – Lord of Clancarty – w swej pracy „Operation Earth” twierdzi wprost, że sir Walter pojechał do Gujany w poszukiwaniu nie tylko El Dorado czy La Dorady, ale innych tajemnych przedmiotów dla swej School of the Night – będącej ansambleą Różokrzyżowców lub utajnionym klasztorem Templariuszy! Do tej Szkoły Nocy należeli co znaczniejsi angielscy panowie i uczeni w tym słynny (uwaga – polonicum!) dr John Dee, który przebywał na dworze polskiego króla Zygmunta Augusta i który z Polski wywiózł do Anglii perły Barbary Radziwiłłównej. W Rzeczypospolitej Sarmackiej spotkał się zapewne także z czaromistrzem, polskim doktorem Faustem słynnym Janem Wawrzyńcem Dhurrem vel Twardowskim. O czymże rozmawiali? – tego się tylko możemy domyślać…

Inna hipoteza łączy Eldorado ze skarbem na Wyspie Dębów (Oak Island) w Zatoce Fundy (Kanada), a to wszystko ze skarbem rodowym Uminy Berzevicy 1° voto Tupac Amaru, żony (uwaga! – drugie polonicum!) Sebastiana Berzevicego – polsko-węgierskiego szlachcica, pana na Zamku Dunajec/Dunajecz w Niedzicy na Polskim Spiszu. Wygląda na to, że skarby Eldorado wywieziono na Oak Island i tam przemyślnie ukryto – jak dotąd mimo wysiłków nie udało się wydobyć niczego poza kawałkiem złotego łańcucha! – zaś kipu ze wskazówkami, gdzie go szukać, dostała Umina we wianie. Na złocie tym ciąży przekleństwo i każdy, kto po niego sięgnie – umiera nienaturalną śmiercią. Klątwa ta ponoć kilkukrotnie się spełniła…

Poza płk Fawcettem Eldorado poszukiwali także ci, którzy pośpieszyli mu na pomoc: Ernesto da Silva-Rôndon i Albert de Winton. Ich wyprawy nie powróciły – i nie ma w tym nic dziwnego, bo skoro natknęły się na białych Indian, to ci albo ich zabili, albo ich uwięzili – albo – co też jest możliwe – stali się oni ich władcami! Rzecz bowiem w tym, że ci biali Indianie mogą być potomkami… skandynawskich Wikingów! 

Wikingowie?

A czemuż by nie? Wikingowie w swych wyprawach potrafili dotrzeć do Ameryki Północnej w rejonie Kanady, którą nazywali Vinlandem – Krainą Wina. Ich ślady znaleziono także nad Wielkimi Jeziorami, gdzie dotarli z biegiem Rzeki św. Wawrzyńca, a zatem czemu nie mogliby dotrzeć płynąc na południe do ujścia rzeki Orinoco i Amazonki, gdzie mogli osiąść dając początek plemieniu Waika. Coś takiego było teoretycznie możliwe w warunkach żeglugowych w IX – X wieku.

Wyobrażam sobie to tak – Wikingowie pokonywali Atlantyk krótkimi (dla nas) skokami na trasie Półwysep Skandynawski – Wyspy Owcze – Szetlandy – Islandia – Grenlandia – Labrador – no i Vinlandia czyli dzisiejszy Quebek. Potem stosując żeglugę kabotażową – płynąc wzdłuż brzegów Ameryki Północnej – udawali się na południe, ku Zatoce Meksykańskiej i dalej – wzdłuż łańcuchów Antyli do kontynentu południowoamerykańskiego.

Ekspansje Wikingów na południe skutecznie hamowały poważne przeszkody w postaci wiatrów i prądów morskich – ciepły Golfstrom i gorący Prąd Gujański od Zatoki Gwinejskiej – obydwa ciągnące się z południa ku północy i to z prędkością 2 – 4, i więcej węzłów. Ówczesne statki poruszały się z prędkością do 6 kts, więc widzimy, jak trudno było docierać do Ameryki Południowej tą trasą – a jednak dokonali tego!

Ekspansja wikińska została definitywnie zakończona w XII wieku przez dwie katastrofy żywiołowe: zlodowacenie Grenlandii i likwidację baz Wikingów na tej wyspie oraz likwidację baz wikińskich na Islandii, co się stało za sprawą straszliwej erupcji wulkanu Laki (Skraptarjökull), co miało miejsce około roku 1150, który to wybuch wykończył 90% ludności Islandii, przetrzebił stada owiec, bydła i zniszczył zasiewy, co stało się przyczyną głodu i epidemii, wskutek których Islandia stała się niemal martwa… - a Wikingowie nie byli w stanie dokonać tego, czego dokonał Kolumb 300 lat potem – w 1495 roku, bowiem ich drakkary nie mogły pokonać Oceanu przeciwko Prądowi Zatokowemu i Gujańskiemu, które spychały je z powrotem na północ lub – co gorsza – na śmiertelną gładź Morza Sargassowego, gdzie ich załogi czekała niechybna śmierć z głodu i pragnienia. Chociaż… Jak udowodnił to jeden z najznamienitszych uczonych i żeglarzy wszech czasów, Norweg prof. Thor Hayerdahl – na morzu da się przeżyć bez słodkiej wody, tylko trzeba wiedzieć, jak to zrobić. Zainteresowanych odsyłam do jego pracy pt. „Kon-Tiki”. Jak udowodnił on, także Egipcjanie i inne ludy basenu Morza Śródziemnego mogły wcześniej odkryć Amerykę przed Kolumbem i dokonali tego m.in. Fenicjanie. Ale opis bitnych i okrutnych Waika pasuje jak ulał do Wikingów. Zresztą sama nazwa plemienia Waika lub Vaika dziwnie przypomina słowo Wiking – czyż nie? A kto wie, czy nie pacyficzne bractwo białych i rudowłosych rycerzy Arioi nie ma coś wspólnego z Wikingami właśnie? Mogli oni dostać się na Pacyfik poprzez Przesmyk Panamski lub powtarzając à rebus drogę don Francisco de Orellany – czyli Amazonką od ujścia do źródeł i dalej drogą poprzez Andy do Peru czy Ekwadoru.

I jeszcze jedno pytanie: czy Wikingowie nie stali się dzięki temu Inkami? Nie zapominajmy, że wszędzie w Ameryce Południowej i Mezoameryce mówi się o istotach boskich, które przybyły tam ze wschodu i po wypełnieniu misji cywilizacyjnej udały się na zachód – na Pacyfik właśnie! To właśnie mit o tych przybyszach zza morza pomógł konkwistadorom podbić te kraje. Fernando Cortez podbił Meksyk, a Francisco Pizarro podbił Peru. Indianie mieli pecha.

Taka podróż była w granicach ich możliwości. Nie mając odpowiedniego drewna na budowę drakkarów Wikingowie mogli używać trzciny czy sitowia tortora rosnącego na brzegach jeziora Titicaca czy na Wyspie Wielkanocnej. Proszę sobie porównać kształt drakkaru z charakterystycznie podniesionym dziobem i rufą, z łodziami czy tratwami pae-pae – a podobieństwo rzuci się w oczy. Wszak wyspiarze z Wyspy Wielkanocnej i innych wysp Polinezji wspominają, że Arioi pływali łodziami, które mogły zabrać nawet 300 osób na swój pokład!

Jednakże sęk w tym, że nie wiadomo jak i dlaczego ci raubritterzy Pacyfiku mieliby nakłaniać (czytaj: zmuszać) mieszkańców Wyspy Wielkanocnej, Ponape, Tahiti czy Nuku Hiva do budowania ogromnych kamiennych platform ahu i stawiania na nich ogromnych figur moai… Czyżby wypełniali jakiś mit religijny? Tego może się dowiemy, kiedy uda się nam porozumieć z Waikasami z Amazonasu.

Gdzie onio mogą być? Wydaje się, że przebywają w pobliżu ruin Miasta Świateł, gdzies w okolicy punktu opisanego współrzędnymi: 11°43’ S - 054°35’ W – czyli na Mato Grosso, w dorzeczu Rio Xingu – gdzieś na plateau pomiędzy rzekami Rio Ponuro a Rio Culuene, otoczonymi od południa górami Sierra do Roncador, które zamykają Planalto do Mato Grosso także od wschodu, i górami Sierra Formosa, które zamykają płaskowyż od zachodu. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie drobiazg – mamy tam do czynienia z obszarem wielkości Polski! Wszak odległość pomiędzy miastem Cuiabá na południu a Piara-Açu na północy plateau wynosi około 700 km w linii prostej – to jest mniej więcej tak, jak z Zakopanego do Gdańska! Tylko że u nas teren jest stosunkowo płaski, jeżeli nie liczyć niewysokich Gorców, Beskidów i Gór Świętokrzyskich – a tam? A tam mamy płaskowyż dochodzący w porywach do 1000 m n.p.m., porośnięty dżunglą, w której może być wszystko – od złych duchów curupuri aż do dinozaurów z conan doyleowskiego Zaginionego Świata i kosmodromów Atlantydów. Czy jest jakiś sposób, by wydrzeć mu te tajemnice?[2]

Oczywiście jest – posłać karne ekspedycje w stylu tych z XIX wieku – z badaczami, misjonarzami i żołnierzami, którzy wystrzelają i zrównają z ziemią wszystko to, co białym i cywilizowanym ludziom nie pasuje… W ten sposób eksterminowano w obu Amerykach 30 – 40 mln ludzi w czasie konkwisty i rekonkwisty! Portugalczyków i Hiszpanów w tym „zbożnym dziele” mordowania niewinnych ludzi prześcignęli tylko Hitler ze Stalinem, no ale oni mieli już najnowsze środki techniczne, których nie mieli konkwistadorzy… A zatem musi być inny sposób, bezinwazyjny i bezkrwawy. I jest! Tym sposobem jest teledetekcja satelitarna.

Chciałbym dożyć tego dnia, kiedy to całe latające nam nad głowami foto- i tele-szpiegostwo zostanie wprzęgnięte w służbę człowieka, a nie przeciwko niemu. Wtedy można by – dosłownie – centymetr po centymetrze przeczesać terytorium całego Amazonasu w poszukiwaniu śladów dawnych cywilizacji czy nawet Supercywilizacji. Przecież przy współczesnych technikach teledetekcyjnych można odczytać numer rejestracyjny samochodu zaparkowanego w Nowym Jorku, Warszawie czy Moskwie, albo przeczytać artykuł na łamach „Literaturnoj Gaziety” czy „Timesa” z wysokości orbity, a zatem tak duże obiekty jak ruiny miast czy nawet pojedyncze artefakty powinny wyjść na zdjęciach jak na dłoni, nie mówiąc już o tym, ze współczesne detektory IR współczesnych satelitów są w stanie wyłapać różnice temperatury rzędu 0,001 K i dzieki temu „zajrzeć” pod płaszcz wegetacji porastającej Amazonas. Trzeba tylko chcieć!

A może już to ktoś zrobił? [3]

Jeżeli tak, to wszystkim tym, którzy się tam wybierają jestem winien wraz z dr Milošem Jesenským i innymi zwolennikami hipotezy o atomowych wojnach bogów-astronautów bardzo poważne ostrzeżenie:

Kiedy znajdziecie ruiny Eldorado, Tarapalandy, Miasta Z czy innych miast sprzed 12.000 lat, pamiętajcie o zachowaniu jak najwyższej ostrożności! W ruinach może czaić się nie curupuri, kanaima czy inne diabelstwo, ale mordercze bronie ABC z czasów Wielkiego Konfliktu Bogów sprzed 120 wieków. Mogą tam być głowice z bronią jądrową, biologiczną, chemiczną czy inną BMR, które mogą w każdej chwili uaktywnić swe śmiercionośne działanie. Taką bronią – typowym przykładem broni B – może być wirus HIV wywołujący AIDS, wirus Marburg wywołujący Ebolę, wirus Hanta i inne mikroorganizmy. Związki chemiczne się utleniają i finalnie rozpadają, uran, tor czy pluton zanikają ulegając przemianom jądrowym, ale bakterie, wirusy, priony czy riketsje wciąż żyją i przyczajone czekają na swych żywicieli, których zabijają szybko i precyzyjnie, jak ludzie… Weźcie sobie to ostrzeżenie do serca i potraktujcie je poważnie!

W takim kontekście możemy wreszcie zrozumieć, jaki los spotkał tych, którzy przeniknęli do Eldorado, Miasta Z czy podziemi Mato Grosso. Wyprawa płk Fawcetta doszła do ruin Miasta Świateł czy Miasta Z i rozpoczęła penetrację. Po pewnym czasie odkryto podziemia z czymś, co teraz nazwalibyśmy składem BMR. Członkowie ekspedycji zostali nią porażeni i śmierć przyszła po nich szybko i tak skutecznie, że nie dali nawet znaku życia o sobie… Curupuri wysiada w swej letalności w porównaniu z bronią dawnych bogów! A może curupuri to indiańska nazwa właśnie czegoś takiego, co niesie niewidzialną śmierć temu, kto wejdzie na zakazany przez tabu teren? A biali w swej zadufanej głupocie i poczuciu swej iluzorycznej przewagi nad „głupimi dzikimi”, gnani żądzą złota i bogactw raz po raz wpadali do Eldorado i ginęli porażeni promieniami alfa, beta i gamma z głowic jądrowych, zatruci solami uranu, toru czy plutonu oraz produktami ich rozpadu, zatruci bojowymi środkami trującymi – BŚT, albo zabici przez drobnoustroje chorobowe w rodzaju gorączki krwotocznej. No, a potem mówiło się: porwali ich Indianie, Kosmici, Aghartyjczycy, Interterranie, piraci, bandidos, pistolleros… - niepotrzebne skreślić. I żadnemu nie przyszło do głowy, że ci ludzie zginęli tylko i wyłącznie wskutek własnego nieuctwa, lekkomyślności i braku wyobraźni!

Wiele jeszcze tajemnic kryją amazońskie dżungle, ale nie musimy jechać aż nad Amazonkę, Rio Xingu czy Rio Negro by znaleźć ślady Supercywilizacji. Wystarczy dobrze rozejrzeć się i poszukać jej śladów – w Polsce. I jak słusznie zauważyła Zofia Piepiórka „Eleonora” – one są tutaj i to na wyciągnięcie ręki, tylko my ich nie dostrzegamy. Niestety – żyjemy w kraju, w którym myślenie długo jeszcze będzie traktowane jako zbrodnia przeciwko ciemnocie i szarości dnia codziennego, do której się przyzwyczailiśmy i której nie chcemy zmieniać, bo jest z nią nam dobrze i do twarzy…

* * *

Artykuł pierwotnie opublikowano w „Nieznanym Świecie” nr 10/1999 i wywołał on odzew w światku niekonwencjonalnych badaczy. Niestety, a może na szczęście dla Ludzkości, jak dotąd nie odkryto Eldorado czy Miasta Z, do którego dotarł jedynie dr Indiana Jones ze swoją rodziną i z niego powrócił! Ale to tylko na hollywoodzkim filmie, który ma się tak do życia, jak pięść do nosa. Czekamy więc na prawdziwych odkrywców w rodzaju inż. Mackerle, którzy mają realne szanse rozwiązać tą zagadkę.



[1] Zainteresowanych odsyłam do powieści C. Cusslera pt. „Cyklop”.
[2] Ostatnią ekspedycją naukową była ekspedycja czeskiego podróżnika inż. Ivana Mackerlego, który opisuje jej wyniki na swej stronie internetowej. Informacja o niej znajduje się także na moim blogu oraz opublikowano ją niedawno w „Nieznanym Świecie”.
[3] Znany australijski badacz polskiego pochodzenia Piotr Listkiewicz jest zdania, że NASA i Pentagon dokładnie wiedzą, gdzie znajdują się jakieś osobliwości wykryte na zdjęciach satelitarnych zamieszczonych na Google-Earth. Niektóre zdjęcia są bowiem celowo nieostre lub pokryte chmurami, i to uniemożliwia badaczom prowadzenie takich poszukiwań. 

środa, 23 listopada 2011

SPRAWA NR 003/X: UFO NAD DZIKIM ZACHODEM (2)








Miloš Jesenský -


TAJEMNICZE OKALECZENIA ZWIERZĄT I...

Tajemnicze statki powietrzne nie tylko zostawiały jakieś dziwne przesłania, bowiem świadkowie ich przelotów słyszeli dobiegające z ich pokładów dźwięki rozmów i muzykę. Dokładnie tak, jak w powieści Verne’a! i co ciekawe, istnieje relacja o porwaniu przez tajemniczy statek powietrzny... krowy z pastwiska  w okolicach Yakes Center (Kansas), co miało miejsce w dniu 13 kwietnia 1897 roku. Tutejszy farmer Alexander Hamilton i jego syn Wally oraz kilku kowbojów zobaczyło, jak jedno z cieląt ze stada Hamiltona zostało schwytane na lasso i porwane na pokład sterowca. Pewien farmer znalazł po kilku dniach skórę z cielaka z wypalonym znamieniem wskazującym na przynależność do stada Hamiltona. Gdyby udało się potwierdzić autentyczność tej historii, to byłby to PIERWSZY ZAREJESTROWANY PRZYPADEK OKALECZENIA ZWIERZĘCIA GOSPODARSKIEGO W HISTORII! - incydent z kategorii AM lub CM[1], o których coraz głośniej na Zachodzie i u nas, szczególnie w drugiej połowie XX wieku.
Jednymi z najciekawszych informacji są relacje o spotkaniach z załogami tych latających obiektów. Pewien mieszkaniec Chattanooga (Teksas) np. mówił o tym, że spotkał załogę statku powietrznego, która naprawiała go na stoku pobliskiej góry pod kierownictwem niejakiego prof. Charlesa Davidsona z Sacramento. Mieszkaniec Harrisbugra (Arkansas) zaś spotkał załogę statku latającego w postaci kobiety, dwójki dzieci i wąsatego kapitana - wynalazcy. 11 kwietnia 1897 roku, świadkowie z Minnetonki (Minnesota) ujrzeli latającą maszynę w kształcie kajaka. Po obu jej burtach świeciły się czerwone i zielone lampy, a na przedzie silny punktowy reflektor. Na pokładzie widać było sylwetki mężczyzn, kobiet i dzieci, które chodziły sobie tam i sam. W dniu następnym, wielebny August Rodgers i jego małżonka widzieli ogromny obiekt na niebie, zaś na jego przedzie siedział jakiś człowiek, który nim kierował. Tego samego dnia, tj. 12 kwietnia 1897 roku, ujrzał - wedle wiadomosci z „St. Louis Post - Dispoatch” - lądowanie latającego statku niejaki pan W. H. Hopkins z Springfield (Missouri). I tym razem chodziło o wąsatego mężczyznę słusznego wzrostu i szlachetnej postawy, z piękną młodą kobietą w stroju Ewy -  odzianą jedynie w listek figowy - jak określili to redaktorzy gazety, i długimi blond włosami - à la Pamela Anderson ze „Słonecznego patrolu”. 13 kwietnia 1897 roku Frederick Chamberlain jechał konno wraz ze swym przyjacielem z Lakeland  (Minnesota) do Hudson (Wisconsin). Około godziny 23:00 zauważyli oni w okolicy miasteczka Lakeela na leśnej polanie osobę, która przebiegała z jednego miejsca na drugie. Kiedy  świadkowie przybliżyli się do niej, usłyszeli przed sobą trzask łamanych gałęzi i dziwne syczenie. Po chwili ujrzeli oni biało-szary obiekt przypominający widokiem górną część wagonu, który odleciał pod ostrym kątem w górę. Na powierzchni obiektu znajdowały się dwa rzędy światełek koloru białego, czerwonego i zielonego. Nie było widać jednak żadnych płatów, usterzenia czy pasażerów. Świadkowie tez nie potrafili podać jego wielkości, ale na polanie znaleźli oni odciśniętych 14 śladów, których rozmiary wynosiły 60 x 15 cm. Obserwacje tą potwierdził pod przysięgą niezależny od nich świadek. 3 maja tego roku, niejaki Erwin Shaffer zaobserwował statek powietrzny długi na 12 metrów, który wylądował w korycie wyschłej rzeki w okolicach Casville (Indiana). Na pokładzie znajdowała się załoga, która porozumiewała się ze sobą w niezrozumiałym dlań języku i nie rozumiała po angielsku.
Roburowski Albatros, podobnie jak jeszcze bardziej uniwersalna Epouvanta, był doskonałym pojazdem z idealnymi osiągami. Możliwe one były dzięki zastosowaniu rozwiązań technicznych bazujących na znanych nam z przyrody biotechnologiach.[2]
W połowie kwietnia 1897 roku, Jim Hooton z Rockland (Teksas) usłyszał monotonny odgłos przypominający pracę maszyny parowej lokomotywy, dolatujący z wnętrza statku powietrznego, który na jego oczach wylądował na pastwisku. Załoga wyszła na spacer po łąkach. 24 kwietnia 1897 roku, wielu Teksańczyków z Chattanooga nie mogło uwierzyć własnym oczom, kiedy ujrzeli sterowiec, który wylądował nieopodal miasta, zaś jego załoga wysiadła na zewnątrz z jakimiś narzędziami w rękach. Tego samego dnia znalazł kpt. H. A. Hooks i jego kolega A. V. Hodges sterowiec, który wylądował z kolei koło miasteczka Kountre koło Beaumont (Teksas). Mieli oni okazje pogadać z członkami załogi, którzy coś naprawiali na dziobie. Wilson i  Jackson - jak się przedstawili kapitanowi i jego koledze - oznajmili im, że będą musieli jeszcze pobyć trochę na tym miejscu „z ważnych przyczyn”. W związku z tym w „Hudson Daily Post” opublikowano informację, że każdy, kto chciałby ujrzeć ten statek powietrzny, niech przyjedzie w nocy do Kountre. Niestety, ciekawscy przeżyli zawód, bowiem po statku powietrznym pozostały jedynie odciśnięte w gruncie ślady...
Takich spotkań było o wiele, wiele więcej. Pięć następnych miało miejsce w Teksasie w dniach 14 - 23 kwietnia 1897 roku. W żadnym przypadku nie udało się odgadnąć tożsamości załóg i pasażerów tych dziwnych pojazdów.

...TAJEMNICZE KATASTROFY

Zdarzały się także katastrofy tych dziwnych statków latających. Pierwsza udokumentowana historia tego rodzaju wydarzyła się w okolicy miasta Lincoln (Nebraska), w dniu 6 czerwca 1884 roku, około godziny 13. było to w odległości 55 km na NW od wsi Benkelman. Najpierw miejscowy ranczer John W. Ellis i kilku kowbojów usłyszało straszliwy huk nad głowami, a potem ujrzeli oni lecący w dół ogromny żarzący się obiekt podobny do meteorytu. Spadł on nieopodal nich, ale poza zasięgiem ich wzroku. Podjechali na spienionych z przerażenia koniach na szczyt pobliskiego wzgórza i ujrzeli tam w odległości około kilometra część rozżarzonego obiektu, który zakrywały skałki. Dalsze wydarzenia tak opisywał „Daily State Journal”:
Pojechaliśmy na miejsce spadku tak szybko, jak to było możliwe. Jadąc widzieliśmy resztki kół zębatych i innej maszynerii. Leżały na ziemi w bruździe, którą wyrył tajemniczy pojazd. Były one bardzo rozgrzane, bowiem wokół każdej z nich płonęła trawa. Nie dało się do nich podejść. Ludzie szli dalej, aż zbliżyli się do miejsca, gdzie spoczywał żarzący się obiekt. Było tam tak gorąco, że powietrze drżało. Sam obiekt świecił tak jasno, że można było nań patrzeć tylko przez moment. Jeden z kowbojów Alf Wiliamson odważył się do niego podejść, ale stracił przytomność po pół minuty. Twarz miał poparzoną i spalone włosy. Jego stan zdrowia wzbudzał obawy, a przecież upadł w odległości aż 70 metrów od Aerolitu, czy co to tam było.
Kowboja dowieziono na rancho, wezwano doń lekarza i posłano do jego brata z Denver. Ten go dowiózł do innego lekarza w mieście, ale to już nic nie dało, bowiem oślepł, a jego twarz zmieniła się nie do poznania...
Chcieliśmy zobaczyć, co się będzie dalej działo z tajemniczym obiektem, więc zawróciliśmy z powrotem na miejsce upadku tego ciała. Tam, gdzie ono leżało, pozostał na ziemi jedynie piasek, bez śladów jakiejkolwiek roślinności. Był on roztopiony do głębokości, której nie można było określić, na obszarze 3 x 9 metrów. Pomiędzy miejscem pierwszego kontaktu a miejscem zatrzymania się obiektu było jeszcze kilka takich miejsc, ale nie tak wyraźnych.
Kowboje bez wahania obrócili swe konie i pocwałowali do Benkelman, gdzie w mgnieniu oka sformowano małą grupę z inspektorem pożarniczym L. M. Rawlingsem na czele, która miała za zadanie przebadać miejsce impaktu dziwnego ciała niebieskiego. Po przybyciu na miejsce katastrofy były mniejsze odłamki jeszcze stale gorące, tak że manipulowano z nimi przy pomocy łopaty. Inspektora zaintrygowała część przypominająca śmigło czy śrubę, wykonaną z mosiądzu. Odłamek ten był długi na 40 cm, szeroki na 15 cm i gruby na 8 cm. Ważył około 2,5 kg i, jak się wydaje, był twardszy od wszystkich znanych wtedy metali i ich stopów. Grupa znalazła też część wielkiego koła zębatego, którego średnica musiała wynosić około 3 metrów! Oszacowali oni długość obiektu na 20, a szerokość na 4 metry. Cała historia skończyła się dość absurdalnie, o czym doniósł „Daily State Journal” w dniu 10 czerwca 1884 roku:

MAGICZNY METEORYT?

Szanowni Czytelnicy - nasz wysłannik prawie wrócił z miejsca, gdzie spadł niedawno gość z Wszechświata. Obiekt ten znikł - literalnie rozpłynął się w powietrzu! Wczoraj po południu, około godziny 14 dość mocno padało. Ludzie rozeszli się w poszukiwaniu jakiegoś schronienia przed deszczem. Deszcz padał tak intensywnie, że ludzie mogli widzieć tylko rękę przed twarzą! Deszcz lał jakieś pół godziny. Kiedy się skończył wszyscy zobaczyli, że Aerolit znikł. Na tamto miejsce płynął już strumień deszczówki, szeroki na metr. Ludzie sądzili początkowo, że jej prąd zepchnął obiekt do rozpadliny, niektórzy mężczyźni ryzykując życiem zaczęli szukać go pod rwącą wodą.
Ku swemu zdumieniu i przerażeniu odkryli, ze obiekt nie został zepchnięty przez wodę, ale roztopiony. Pozostał po nim jedynie kawałek roztopionej materii, która znaleziono w kałuży. Kawałek ten robił się coraz to mniejszy, aż wreszcie całkiem rozpłynął się w wodzie, która wsiąkła w ziemię. Powietrze napełniała jakaś dziwna, słodka woń.
Co zatem rozbiło się w okolicach Lincoln!?...
Wypadek opisany w „Daily State Journal” szybko został przedrukowany we wszystkich ważniejszych gazetach USA, katastrofę i wrak obiektu widziało zbyt wielu świadków, by sądzić, że była to tylko gazetowa story rzucona publiczności przez dziennikarza li tylko w celu podreperowania swej skromnej pensyjki.

---oooOooo---

Pozwól Czytelniku, że wtrącę tutaj swoje trzy grosze. Kiedy przedzierałem się przez czeski tekst książki dr Miloša Jesenský’ego, to wydawało mi się, że czytałem kiedyś już taką relację. Wytężyłem pamięć i „zaskoczyłem” - otóż niemal identyczny przypadek spadku „meteorytu z Arkham” opisał nie kto inny, jak tylko sam Mistrz Grozy - Howard Phillips Lovecraft w opowiadaniu „Kolor z przestworzy”...

I jeszcze jedna uwaga: wydarzenia z 1884 roku dziwnie pasują mi nie do „fali” obserwacji 1896-97, ale do teorii o pozostałych na orbicie wokółziemskiej pozostałościach po atomowej wojnie bogów-astronautów sprzed co najmniej 12.000 lat. Obserwowanie pod koniec XIX wieku statki latające mogły być - i zapewne były -  tylko i wyłącznie ziemskim wynalazkiem. To, co spadło w okolicy Lincoln wyglądało na przedmiot o wiele bardziej zaawansowanej techniki, niż te wszystkie „sterowce” czy „latające statki” z relacji kowbojów i ranczerów z końca lat 80. XIX wieku...

Patrząc na to wszystko z punktu widzenia inżyniera mogę powiedzieć, że konstrukcja - która spadła w okolicach Lincoln - mogła być wykonana ze stopów metali nieżelaznych, które w atmosferze palą się wydzielając ogromne ilości ciepła - do 3.8000C! - i co więcej - nie może ich ugasić nawet woda. Takimi stopami są np. termit (mieszanina Fe2O3 i Al) czy elektron (mieszanina Al, Mg, Fe, Zn i Si) - ten ostatni ze względu na swą lekkość znajduje zastosowanie w konstrukcjach lotniczych i kosmicznych. To ostatnie zdanie daje dużo do myślenia, bowiem potwierdza tylko hipotezę o kosmicznych konstrukcjach, które spadały na Ziemię, zanim ludzie wymyślili aparaty latające cięższe od powietrza...

---oooOooo---

Jeszcze bardziej zagadkowa była katastrofa, która rozegrała się rankiem, dnia 17 kwietnia 1897 roku, w małym teksaskim miasteczku Aurora. Było to w szczycie „sterowcowego boomu”. W roku 1973 członkowie Mutual UFO Network [MUFON] znaleźli jeszcze żyjącego świadka tego wydarzenia - panią Mary Evans - która opowiedziała im następującą historię, potwierdzającą ówczesne doniesienia prasowe:
Możecie mi wierzyć, czy nie - ale katastrofę tą widziało mnóstwo ludzi. Nikt nie wiedział, co właściwie tam spadło. Miałam wtedy tylko 15 lat, i zapomniałam o tym wydarzeniu. Aż do teraz, bo kiedy przeczytałam gazetowe doniesienia, to wszystko jakby odżyło w mej pamięci.
Moi rodzice zabronili mi iść z nimi na Richter Proctor Brunnen, miejsce katastrofy. Po powrocie opowiedzieli mi o tym, jak wybuchł latający statek. Pilot się zabił, był rozerwany na strzępy. Mężczyźni, którzy pozbierali szczątki z ziemi twierdzili, że był on niskiego wzrostu. Następnego dnia pochowali go na cmentarzu w Aurora.
Według dziennikarza Franka Tolberta z „Dallas Morning Times”, który wywlókł całą tą historię na światło dzienne w 1966 roku, została ona opisana w „Dallas Morning News” i „Fort Worth Register” dzięki błyskawicznej reakcji reportera S. E. Heydona, który relacjonował, jak to o godzinie szóstej rano wystraszył mieszkańców miasteczka nieznany obiekt latający, poruszający się nisko nad dachami domów i lecący na północ:
Najwidoczniej coś nie działało w tej maszynie, ponieważ obiekt lecący z prędkością jakichś 10-12 mph[3], stale zmniejszał wysokość lotu. Prawie przeleciała ona nad Peasants Square, a kiedy zbliżyła się do północnego skraju miasta, wyrżnęła we wiatrak.[4]
Straszny widok przedstawiał obiekt rozerwany na strzępy, rozrzucone po okolicznych polach. Wiatrak, zapora wodna i kwiatowy ogródek zostały całkowicie zniszczone. Znalezione doczesne szczątki pilota wykazały, że był on jedyna istotą żywą na pokładzie. Jego ciało było poszarpane na kawałki, ale i tak było widać, że nie był on istotą z tego świata...
Na miejscu katastrofy poza strzępami metalu przypominającego aliaż srebra z glinem, znaleziono także kawałki papieru pokryte nieznanym, hieroglificznym pismem.
Miejsce katastrofy jest pełne ludzi, którzy przyszli obejrzeć wrak i pozbierać metalowe szczątki. Pogrzeb pilota odbędzie się jutro w południe.
Co zatem naprawdę stało się w ów kwietniowy dzień 1897 roku w Aurora? Odpowiedzi postarał się poszukać badacz William Case, były redaktor „Dallas Times Herald”, członek MUFON, wraz ze jej szefem Walterem Andrusem. Wiosną 1973 roku, w Aurora zaczęli oni poszukiwania razem ze specjalista od detekcji Frederickiem N. Kellym. Po opublikowaniu ogłoszenia w lokalnej prasie, zgłosiły się do nich dwie osoby: wspomniana już tutaj Mary Evans oraz 83-letni C. C. Stephens. Ten ostatni doskonale pamiętał, jak jego rodzice opowiedzieli mu o metalowych szczątkach po eksplozji i zaprzeczył on ostro temu, że sterowiec uderzył we wiatrak. Niestety, badacze przybyli zbyt późno do Aurory, by mogli znaleźć jakieś ślady. Były one grubo zabetonowane, a na tym fundamencie stały stodoły. Jednakże udało im się znaleźć w powierzchniowych warstwach ziemi jakiś dziwny kawałek metalu, który wysłali do analizy laboratoryjnej.
W centrum uwagi triumwiratu badaczy znalazł się teraz miejscowy cmentarz, gdzie miał być pochowany pilot latającego statku pod półmetrowym piaskowcowym nagrobkiem. Ich podniecenie wzrosło, kiedy detektor Kelly’ego zarejestrował jakąś anomalię. Na głębokości około metra pod ziemia musiał leżeć jakiś metalowy przedmiot. Jeszcze tego samego dnia badacze załatwili wszystkie formalności w sprawie otwarcia grobu. Następnego ranka udali się na cmentarz i ku swemu niebotycznemu zdumieniu. Ciężki piaskowcowy nagrobek znikł, i ktoś przy pomocy świdra wydobył  ten zagadkowy, metalowy przedmiot z metrowego grobu! Niestety, mieszkańcy Aurory obawiając się o los grobów swych bliskich nie zgodzili się na kopanie na cmentarzu.
Badacze otrzymali wyniki badań niezwykłego kawałka metalu, który znaleźli w okolicy miejsca eksplozji, a która przeprowadziły trzy niezależne laboratoria. Ekspertyzy wykazały unisono, że chodzi tutaj o czyste aluminium z domieszką żelaza, który to stop został roztopiony i zastygł na piaskowym podłożu nie tak dawno temu. Próby rentgenowskie wykazały, że stop ten nie zawierał ani cynku i miedzi, które to domieszki towarzyszą zawsze glinowi i żelazu w czasie ich wytapiania w hutach. Co spowodowało stopienie się aluminium, które się zmieszało z lokalnymi minerałami, wszak kroniki miasteczka nic nie mówią o pojawieniu się jakiegoś silnego pożaru, którego płomienie spowodowałyby stopienie się aluminiowych elementów?[5] W czasie konferencji prasowej w 1983 roku, William Case tak wyjaśnił to dziennikarzom:
Wszystkie [znalezione] ślady świadczą o eksplozji. Rozrzut odłamków statku powietrznego świadczą o tym, że leciał on bardzo nisko. Najpierw eksplozja rozerwała prawą stronę spodniej części obiektu i rozrzuciła szczątki na powierzchni około 1 ha na stoku wapiennego wzgórza. Potem nastąpił wybuch, który rozrzucił szczątki na północ i na zachód.
Tak zatem sprawę katastrofy dziwnego obiektu latającego z dnia 17 kwietnia 1897 roku w teksańskiej Aurorze, możemy całkiem spokojnie uważać za autentyczną. Z badań tego przypadku wynika jedyny i logiczny wniosek, że pod koniec XIX wieku egzystował na Ziemi realny, do dziś dnia niewyjaśniony fenomen, objawiający się lotami i katastrofami niezwykłych statków powietrznych na kontynencie amerykańskim. Pytanie o to, kim byli ci niebiescy goście czy „władcy świata” pozostaje otwarte także i w XXI wieku...


* * *

Od opisanych wydarzeń minęło ponad dwanaście dekad i mimo postępu i ciągłego napływu nowych danych – wydarzenia te pozostały nadal tajemnicą. Nikt nie przedstawił żadnego konkretnego rozwiązania tego problemu, poza tak bardzo amerykańską „hipotezą szalonego naukowca”, która od biedy byłaby w stanie wytłumaczyć te wszystkie zjawiska.

Wielbicielom hipotez ETI od razu odpowiadam – trudno przypuszczać, by inteligentne istoty z innych planet latały nad Ziemią w takich prymitywnych – z naszego XXI-wiecznego punktu widzenia – pojazdach powietrznych, jak sterowce, ale… Epoka sterowców dopiero się zaczynała, i te pojazdy, które obserwowano, były one zbyt zaawansowane technicznie w stosunku do poziomu tamtej epoki. Czymże więc one były? Czyimi wytworami? Gdyby to był jakiś ziemski – np. amerykański – geniusz techniczny, to na pewno by ten wynalazek został dostrzeżony (a nawet był) i zastosowany.

Według Wikipedii historia sterowców wyglądała następująco: w 1851 roku Henri Jules Giffard zgłosił patent na zastosowanie maszyny parowej do napędu statków powietrznych. Opracował pierwowzór sterowca – balon wyposażony w śmigło napędzane maszyną parową o mocy 2,2 kW. 24 września 1852 wzniósł się z hipodromu w Paryżu na wysokość 1800 m i pokonał 27-kilometrową trasę do Elancourt koło Trappes z prędkością około 8 km/h.

9 sierpnia 1884 r. w Chalais-Meudon kpt. Charles Renard (1847–1905) i kpt. Arthur Krebs (1850–1935) pokonali 7,6-kilometrową trasę sterowcem La France z prędkością niemal 20 km/h (5,5 m/s). Sterowiec o wydłużonym kształcie miał podwieszoną gondolę, na końcu której był zamocowany silnik elektryczny o mocy 6,6 kW ze śmigłem. Statkiem kierowano za pomocą steru. (Te właśnie wydarzenia mogły natchnąć Juliusza Verne’a do napisania swej powieści o Robrze Zdobywcy)

Na początku XX wieku Niemiec hrabia Ferdinand von Zeppelin (1838–1917) skonstruował nowy rodzaj sterowca – Luftschiff-Zeppelin 1. Zamiast powłoki wypełnionej gazem, która zmieniała swój kształt, zastosował szkielet obciągnięty impregnowanym materiałem. Dzięki temu sterowiec stanowił solidną konstrukcję.

Pierwszy zeppelin miał długość 126,8 m i średnicę 11,6 m. Jego napęd stanowiły dwa silniki spalinowe "Daimler" o mocy 5 kW. 2 lipca 1900 r., o 20:00, wzniósł się wraz z 5 osobami i 350 kg balastu, po czym wykonał 18-minutowy lot z Friedrichshafen nad Jeziorem Bodeńskim. Już podczas drugiej próby uzyskał prędkość około 27 km/h.

Sterowiec w środku zawiera komory wypełnione gazem lżejszym od powietrza - helem lub wodorem. Obecnie planuje się zbudowanie jednostek o dużym zasięgu i ogromnym udźwigu (do 1000 ton). [Wikipedia]

A może była to… inspiracja? Inspiracja do stworzenia statku powietrznego lżejszego od powietrza i poruszającego się samodzielnie dzięki silnikom? Być może, ale wtedy Itak należy najpierw znaleźć odpowiedź na pytanie – kto za nią stoi i komu na tym zależało. Innymi słowy należy odpowiedzieć na pytanie cui bono, cui prodest.

Podstawowe pytanie każdego dochodzenia czy śledztwa, na które nie mamy odpowiedzi do dziś dnia…  

Przekład z j. czeskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©
Ilustracje - archiwum Autora


[1] Animal Mutilation albo Cattle Mutilation - okaleczenie zwierząt lub okaleczenie bydła, skrót zaproponowany przeze mnie w związku z pojawiającymi się coraz częściej doniesieniami o kontaktach Obcych ze zwierzętami, które kończą się okaleczeniami tych ostatnich także i w naszym kraju - przyp. tłum.
[2] J. Fiebag - „Obcy”, Praga 1995, s. 155 - przyp. aut.
[3] Tzn. 18 - 22 km/h - przyp. tłum.
[4] Późniejsze badania wykazały, że w Aurora nie było żadnego wiatraka, na co dokładnie wskazują zapisy w miejskiej kronice i rejestry urzędowe. Błąd popełnił najprawdopodobniej zecer, który pomylił słowo „wingless” z „windmill” - przyp. aut.
[5] Temperatura topienia glinu wynosi +6600C - przyp. tłum.