Powered By Blogger

niedziela, 3 września 2023

Choroby z przeszłości

 


 

Anastazja Babanowskaja

 

W roku 2014, pracownikom z Aix-Marseille University we Francji, udało się ożywić znalezione w syberyjskiej tundrze wirusy ospy, które miały ponad 30.000 lat. Na szczęście ten patogen poraża tylko ameby. Ale sam fakt tego, że mikroorganizmy chorobotwórcze mogą tak długo zachować zdolność do życia powoduje, że uczeni biją na alarm: niekontrolowane istnienie wirusów i bakterii niebezpiecznych infekcji jest realne. A to oznacza, że choroby, z którymi Ludzkość już się uporała, mogą przyjść do nas znowu.

 

Niebezpieczne zabawki

 

Bakterie pojawiły się ponad 3,5 mld lat temu, są to jednokomórkowe organizmy, które rozmnażają się przez podział. Prędkość takiego procesu jest wprost niewiarygodna: w sprzyjających warunkach potomstwo jednej pałeczki Escherichia coli za dobę mogłoby stanowić piramidę o podstawie 2 km² i o wysokości 1 km!

Bakterie mogą być szkodliwe – chorobotwórcze, neutralne i pożyteczne (tworzące florę bakteryjną jelit). Ich komórki mają grube ścianki i posiadają właściwości ochronne.

Prace przeprowadzone na Buffalo State University, (Buffalo, NY) wykazały, że wiele gatunków bakterii chorobotwórczych zachowuje zdolność do życia przez długi czas, niż to się sądziło wcześniej. W szczególności uważano, że przetrwalniki pneumokoków (wywołują zakażenie dróg oddechowych) i streptokoków (wywołują infekcje jamy ustnej i przełyku) początkowo giną wewnątrz organizmu. Ale na zabawkach z przedszkoli zostały znalezione chorobotwórcze szkodliwe mikroby, których wiek wynosił kilka miesięcy (badania przeprowadzono po letnich wakacjach, ludzie długo nie kontaktowali się z zabawkami).

Uczeni doszli do wniosku, że te bakterie ewoluowały i zaczęły wytwarzać ochronne ścianki komórkowe, dzięki którym mogą przez długi czas przebywać w niesprzyjającym środowisku. Dostawszy się do żywego organizmu (w celach doświadczalnych posłużono się laboratoryjnymi myszami) one aktywnie się rozmnażają i wywołują infekcje.

Jeszcze większe niebezpieczeństwo przedstawiają sobą patogeny takich strasznych chorób jak dżuma i cholera. Te bakterie wytwarzają tzw. spory, kiedy komórka wskutek niesprzyjających warunków traci wodę, zmniejsza swą objętość i wytwarza grubą ściankę komórki. Spory bakterii są w stanie wytrzymać ogromne skoki temperatury (nawet trzygodzinne gotowanie w wodzie) i mogą czekać na swój czas przez tysiąclecia – żeby potem przeniknąć do organizmu człowieka czy zwierzęcia i doprowadzić do choroby. Jedyna skuteczna metoda walki z nimi to promieniowanie UVC[1], które zabija właściwie wszystkie chorobotwórcze patogeny.[2]

W odróżnieniu od bakterii – wirusy nie maja budowy komórkowej – i na odwrót, są one wewnątrzkomórkowymi pasożytami. Wcześniej panował pogląd, że w organizmie mogą one istnieć jedynie przez krótki okres czasu. Ale współczesne badania wykazały, że niektóre wirusy też są w stanie tworzyć zewnętrzną otoczkę i podobnie jak bakterie „zapadać w sen” na długi okres czasu.

 

Medalion z pałeczkami gruźlicy

 

W praktyce lekarskiej znane jest wiele wydarzeń, kiedy przyczyną zachorowań ludzi są bakterie i wirusy, które czekały na to bardzo długo.

Amerykanka Alice King zamieszkała w mieście Ripley (ME, USA) dostała w spadku po babci kolekcję wachlarzy i kapeluszy. Z jednym z nich pojawiła się ona na balu dobroczynnym. Następnego dnia kobieta zachorowała i lekarze postawili diagnozę – cholera. Wachlarz ze strusich piór kiedyś tam był przywieziony z Egiptu i patogeny tej choroby ukrywały się w jego piórach przez 76 lat!

Mieszkaniec miasta Ilo (Peru) Ramon Sanchez na swej posesji znalazł dawną mogiłę Inków. W kamiennym sarkofagu znajdowała się mumia ze złotym medalionem na szyi. Sanchez oczyścił znalezisko i zaczął go nosić. Po pewnym czasie u mężczyzny stwierdzono gruźlicę. Ramonowi przyszło opowiedzieć o swym odkryciu  i grób zbadali uczeni. W skórze i wnętrznościach mumii znajdowały się prątki Kocha, a właściwie ich przetrwalniki, które „ożyły” po upływie tysięcy lat.

W Los Angeles (CA, USA) pewien miłośnik antyków, którego nazwiska nie podano ze względu na tajemnicę lekarską, nabył stare łóżko z czasów Ludwika XIII i zachorował na nieznaną współczesnej medycynie formę grypy. Okazało się, że w meblu zachowały się wirusy z XVII wieku!

 

Udało się zapobiec epidemii

 

Dzięki dokumentom, które zostały dopuszczone do powszechnej wiadomości stało się wiadomym, że w 2001 roku półtoramilionowe miasto Nowosybirsk cudem uniknął epidemii wąglika. Dzięki anomalnie wysokim temperaturom w tundrze roztajała wielka warstwa wiecznej marzłoci, a razem z tym „ożyły” bakterie, które od dawien dawna dostały się do gleby wraz z fekaliami zarażonych nimi zwierząt. Patogeny przeniknęły do organizmów reniferów, a od zwierząt zarażali się ludzie. Zginęło około 2000 reniferów, 93 osoby hospitalizowano ale 2 zmarły.

Kierujący Laboratorium Wirusologii, Państwowego Uniwersytetu   Nowosybirskiego, członek-korespondent RAN Siergiej Nietiesow później skomentował to zdarzenie w prasie.

On powiedział, że pałeczki syberyjskiego wąglika w czasie wielu lat zachowują zdolność do życia w sprzyjających warunkach. Najważniejsze, to nie kontaktować się z chorymi zwierzętami, a jeżeli do tego już doszło, to należy przejść cały kurs leczenia. Do większości diagnostycznych zdarzeń zakażenia wąglikiem doszło w wyniku dzielenia tuszy zwierzęcia, a 99% zakażeń wyleczono poprzez użycie antybiotyków.

W Nowosybirsku i całym obwodzie skontrolowano rynki, gdzie ujawniono mięso z zakażonych reniferów i odseparowano ludzi, którzy mogli się z nimi kontaktować.

Epidemii udało się zapobiec. Dwiema ofiarami został 12-letni chłopiec i jego babcia, oboje byli członkami jednego z narodów Północy, które zgodnie z ich obyczajami jedli pieczeń na surowo i pili krew zarażonego renifera. Pozostali pacjenci ze skórną odmianą wąglika przeszli kurs leczenia z wynikiem pozytywnym.

Bakterie wąglika syberyjskiego mogą przeżyć nie tylko w glebie, po której kiedyś tam chodziły zakażone zwierzęta. W tym samym 2001 roku, pewien mieszkaniec Szkocji kolekcjonujący bębny, przywiózł z Afryki kilkanaście egzemplarzy do swych zbiorów. W grubo obrobionej skórze instrumentów znajdowały się bakterie syberyjskiego wąglika (w Afryce ta choroba też się trafia), a później trafiły do płuc kolekcjonera. Szkota wyleczyli, ale ten przypadek wywołał popłoch na całym świecie.

Aktualnie każdy, kto pracuje w rosyjskiej tundrze, powinien raz na dwa lata przejść szczepienie przeciwko syberyjskiemu wąglikowi. Szczepienie chroni przed ryzykiem złapania bakterii od dużych zwierząt. Niestety, przedstawiciele rdzennej ludności Syberii usiłują uniknąć szczepień i zakażają w ten sposób swoje renifery.[3]

 

„Pomoc” wojsk ONZ

 

Jaskrawym przykładem „ożywienia” bakterii są lokalne pojawy cholery. Zaczyna się od tego, że dawne cmentarze, na których chowano ofiary chorób były rozmywane przez podziemne wody. Patogeny potem przedostają się do podziemnych cieków, skąd piją wodę ludzie i zwierzęta.

Cholera - to niebezpieczna dla ludzi infekcja systemu jelitowego. Do początku XIX wieku ona istniała tylko w Indiach i na południu Azji i uznawano ją za lokalną chorobę. Ale potem brytyjscy kolonizatorzy rozwlekli ją na cały świat. Aktualnie choroba ta nie ma szerokiego zasięgu występowania i istnieje w postaci niewielkich ognisk chorobowych w kilku regionach planety.

W 2010 roku, epidemia cholery nieoczekiwanie wybuchła na Haiti. Przed tym nieszczęściem na tej wyspie miało miejsce silne trzęsienie ziemi.[4] Na pomoc poszkodowanym Haitańczykom wysłano kontyngent wojsk ONZ, w skład którego wchodzili także przedstawiciele Nepalu. I to właśnie oni zawlekli na Haiti cholerę.

Rok wcześniej, w Nepalu miał miejsce pojaw tej choroby, która odebrała życie 200 osobom (zachorowało tam ponad 22.000 ludzi). Przyczyną masowych zachorowań stało się „ożywienie” bakterii i przedostanie się ich do wodociągów.

Epidemiolodzy WHO ustalili, że pojawienie się Vibrio cholerae na Haiti zbiegło się w nepalskim pojawem tej choroby. Przez trzęsienie ziemi a potem uderzenie huraganu Thomas wielu mieszkańców wyspiarskiego państewka musiało mieszkać bez dostępu do kanalizacji i czystej wody pitnej. W rezultacie w 2012 roku na cholerę zapadło ponad 600.000 ludzi, z czego 7000 zmarło.

Choroby nie dało się zwyciężyć całkowicie – i jej pojawienia się wciąż mają miejsce w naszych czasach. Całkowita liczba ofiar na Haiti wynosi już ponad 10.000 ludzi.

W kwietniu 2015 roku potężne trzęsienie ziemi wydarzyło się w samym Nepalu. Krajowi zagrażała nowa epidemia cholery – ale na szczęście dzięki międzynarodowej pomocy udało się jej uniknąć.

W wielu zakątkach kuli ziemskiej „śpiące” bakterie, w śród których mogą znajdować się patogeny nieznanych a niebezpiecznych chorób, czekają na swój czas. I trzeba być gotowym na danie im odporu.

 

Źródło: „Siekrietnyje archiwy” nr 6/2018, ss. 34-35

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz  


[1] Promieniowanie nadfioletowe w zakresie 250-280 nm.

[2] Nie tylko bakterie i wirusy, ale spory i zarodniki grzybów.

[3] Na terenie ZSRR po zakończeniu wojny rozwijana była broń biologiczna, także zawierająca jako ładunek laseczki wąglika. Prace badawczo-produkcyjne w wojskowej fabryce broni B, działającej w programie „Biopreparat” w Swierdłowsku spowodowały w 1979 roku zakażenie ludności cywilnej (Katastrofa w Swierdłowsku; według nieoficjalnych danych zachorowało 79 osób, z czego zmarło 68). U 77 chorych wystąpiła płucna postać tej choroby (u 66 nastąpiło zejście śmiertelne). Innym ośrodkiem produkcji broni biologicznej z wykorzystaniem laseczek wąglika był Stiepnogorsk w Kazachstanie. Sama produkcja jest trudna, wymaga dużej wiedzy i przede wszystkim odpowiedniego sprzętu. Ośrodek badań nad bronią B i tajny poligon znajdował się także na wyspie Wozrożdienia jeziora Aralskiego – na N 45°9’1” – E 059°18’59” – został on porzucony po rozpadzie ZSRR i obecnie jest tam tylko miasto-widmo. Badano tam m.in. także wąglika… (Wikipedia)

[4] Trzęsienie ziemi na Haiti (2010) – trzęsienie ziemi o M7.0, którego epicentrum znajdowało się w odległości ok. 25 km od Port-au-Prince na Haiti. Główny wstrząs nastąpił 12 stycznia 2010 o godz. 16.53 EDT. (Wikipedia)

czwartek, 31 sierpnia 2023

Kim pan jest doktorze Barczenko?

 

Rejon badań prof. Barczenki na półwyspie Kola

Płaton Wiktorow

 

Te badania do dziś dnia nie cieszą się zainteresowaniem współczesnej nauki. A przecież niemal 100 lat wstecz im nadano znaczenie państwowe. Prof. Aleksandr Barczenko badał energię psychiczną (PSI) mózgu w tajnym laboratorium OGPU ZSRR. Do tego poziom tych badań naukowych był bardzo wysoki: w latach 60-tych amerykańscy dziennikarze przyznali, że ówczesne radzieckie prace nad jasnowidzeniem i telepatią wyprzedzały zachodnie co najmniej o 20 lat.

 

Hełmy do przekazu myśli

 

Prof. Aleksandr Wasiliewicz Barczenko od 1911 roku zajmował się badaniami fenomenów PSI i pisał o nich artykuły w popularno-naukowych czasopismach.

Szczególne miejsce w jego pracach zajmowała energia psychofizyczna ludzkiego mózgu. W artykule „Przekazywanie myśli na odległość. Część II” opublikowanym w magazynie „Przyroda i ludzie” nr 32/1911, Barczenko opisuje rezultaty swych doświadczeń, w których dwoje ochotników wkładało na głowy specjalne hełmy połączone miedzianym przewodem. Jeden z uczestników próbował nadać myśli, a drugi je odebrać. W przypadku przekazu obrazów zgodność zbliżała się do 100%, a przekaz przesyłanych słów dawał się z wielkim trudem, szczególnie jeżeli w słowach występowały szeleszczące dźwięki.

W 1913 i 1914 roku, Aleksandr Barczenko opublikował poświęcone podobnym badaniom powieści sci-fi pt. „Doktor Czernyj” i „Iz mraka” – ostatnie wydanie w 1991 roku.

 

Szambhalla i rewolucyjni marynarze

 

Po rewolucji październikowej, Aleksandrowi Barczence żeby przeżyć, przyszło wygłaszać odczyty i wykłady zrewolucjonizowanym marynarzom. On opowiadał im o Śambhalli (Shambhallah, Szamballa) – magicznej krainie w Tybecie, o której wspomina się w dawnych tekstach. Wykłady te były tak przekonujące, że marynarze zebrali się i postanowili: posłać do dowództwa list o gotowości udania się do Szamballi, by tam ustanowić łączność z tamecznymi mędrcami i przekazać odwieczne nauki towarzyszowi Leninowi.

I wtedy właśnie działalność Barczenki zainteresowała WCzK. W ich archiwach pierwsze notatki na jego temat datowane są na 1918 rok:

Barczenko zajmuje się badaniami w dziedzinie psychologicznych nauk, na pytania odnośnie państwa radzieckiego odpowiada lojalnie.

W październiku 1918 roku Barczenkę wezwano do CzK i poproszono o wygłoszenie wykładu o energii PSI i dawnych naukach.

 

Kindżał w sercu

 

Poza CzK, Barczenko aktywnie współpracował z Instytutem Mózgu i Wyższej Aktywności Nerwowej, którym kierował Władimir Biechtieriew. I wiosną 1921 roku ten instytut wysłał Aleksandra Wasiliewicza do rosyjskiej Laplandii (zachodnia część ówczesnego Obwodu Murmańskiego) w celu zbadania zagadkowego zjawiska zwanego „mierjaczienie” (dosł.: zmierzenie)  - psychicznego, często kolektywnego schorzenia, przypominającego przypadki histerii. Wedle oświadczeń świadków, ludzie cierpiący na nie mówili w nieznanym języku albo kłuli siebie nożami – i od ran nie pozostawało ani śladu. W podobny trans wpadali szamani z ludu Saamów z Dalekiej Północy.

Są świadectwa o tym, że w czasie marszu w tajdze u Barczenki stwierdzono zawał serca – a wyleczyła go szamanka Anna Wasiliewna. I to jak! Zgodnie z notatkami kolegów uczonego, ona położyła badacza na ziemi i po wygłoszeniu magicznych zaklęć wbiła mu w serce kindżał. Barczenko nie umarł tylko zasnął. I obudził się jako zupełnie zdrowy człowiek – i to tak, że zawały mu się już nie przytrafiały ani razu w życiu.

W czasie dalszego marszu w kierunku Łowoziera, członkowie ekspedycji odkryli w tajdze ogromny granitowy kamień o prawidłowym czworokątnym kształcie. Kompas przy tym pokazywał, że jest on zorientowany dokładnie wg stron świata. A przeprawiwszy się łódką przez Łowoziero, grupa wyszła na brzeg sąsiadujący z jeziorem Siejoziero i odkryła taki sam prostokątny kamień. Później, w oparciu o cały szereg zebranych faktów, Barczenko w niektórych pracach udowadniał, że Saamowie okazują się być prarodzicami rasy białych ludzi – i tym samym pochodzą od jeszcze wcześniejszej cywilizacji. Zaś wydanie „Krasnej gaziety” z lutego 1923 roku oznajmiło czytelnikom, że w Laplandii prof. Barczenko odkrył pozostałości po kulturze starszej niż egipska.

 

Bractwo Nauki i CzK

 

Po powrocie z Północy, Aleksander Barczenko powołał do życia organizację uczonych pod nazwą Jedyne Bractwo Pracy (JTB). W 1937 roku, NKWD nazwie tą organizację masonerią, antyradziecką i terrorystyczną. Ale dla Barczenki JTB było kręgiem wolnomyślicieli badających energię PSI myślenia i wierzących w istnienie wielkiej Szamballi. Jego uczestnikami byli wielcy luminarze nauki i kultury (zgodnie z protokołami śledztwa – malarka Eleonora Kondiaji, uczony Pietr Szandarowskij i inni). Ze strony władz organizację nadzorował Gleb Bokij kierujący specjalnym wydziałem OGPU.

Ponadto zaczynając od 1925 roku, Barczenko przekonuje się, że wszystkie zebrane informacje i artefakty należy przekazać władzom radzieckim w postaci jej przedstawicieli – czekistów. I tak przy pomocy Gleba Bokija w OGPU powstaje krąg badaczy dawnej nauki, w którym uczestniczyli różni luminarze i w tym sam narkom[1] OGPU Gienrich Jagoda.   

 

Mydlana woda zamiast reniferowego tłuszczu

 

W czasie północnej ekspedycji Barczenko i jego współpracownicy poznali saamskiego szamana Iwana Daniłowa, który posiadał dar jasnowidzenia – i tak np. bezbłędnie przepowiedział gdzie należy szukać zagubione renifery.

Szamana uprosili by pojechał do Moskwy, nadali mu status pracownika czeki i zaliczyli do ekipy tajnego laboratorium OGPU, w którym pracował także Barczenko. Laboratoria mieściły się w budynku Moskiewskiego Instytutu Energetycznego i Aleksandr Wasiliewicz zaliczał się do pracowników naukowych WSNCh – czyli Wyższej Rady Gospodarki Narodowej i oficjalnie zajmował się roślinami leczniczymi.

Daniłow mieszkał tam w oddzielnym pokoju – bez prawa wychodzenia nawet na spacer. Każdego dnia uczony pokazywał szamanowi zdjęcia ludzi i prosił o opowiedzenie, co oni robią w danym momencie. W zamieszaniu przejazdu nie wzięli Daniłowi jego tamburynu i reniferowego sadła, którymi szaman mógł czarować. On posługiwał się żelazną miską do której nalewał mydlaną wodę – i widział w niej ludzi z fotografii.

Doświadczenia wypadały na tyle pozytywnie, że zainteresował się nimi naczelnik Barczenki – Gleb Bokij. On przyniósł zdjęcie swego szefa – Gienricha Jagody – i chciał się dowiedzieć, gdzie on się wtedy znajdował. Daniłow zobaczył w swej misce, że Jagoda leży w łóżku z dwiema kobietami. Przeprowadzone sprawdzenie całkowicie potwierdziło prawdziwość słów szamana. Naczelnik specoddziału dostał do ręki możliwość szpiegować kierownictwo państwa.

Niestety, szaman przywykły do prostego życia w tajdze, zachorował na suchoty (gruźlicę) i po trzech miesiącach zmarł. Ale idea zdobywania kompromitujących materiałów przy pomocy jasnowidzów już została wzięta pod uwagę…

 

Reżyser wpadający w trans

 

Do tego laboratorium przywożono ludzi mających niezwykłe właściwości. Wiadomo, że jednym z nich był reżyser MChAT-u Walentin Smyszliajew, który potrafił wpadać w trans i przewidywać przyszłość.

W dossier laboratorium znajdowała się nawet kompromitująca informacja na Stalina: w Baku miał legalną żonę Stefanię Pietrowską, która zaginęła bez śladu w 1929 roku. Tam także znajdowała się informacja o tym, że przedstawicielowi CKW ZSRR – Michaiłowi Kalininowi nocami dowożą balerinki z Teatru Wielkiego, zaś narkom spraw wewnętrznych Nikołaj Jeżow był homoseksualistą.

Czasami Gleb Bokij nadawał dokumentom bieg. Wiadomo, że wiosną 1938 roku Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR rozpatrywało sprawę już byłego narkoma Gienricha Jagody i wśród postawionych mu zarzutów była „niegodna dla rewolucjonisty moralna rozwiązłość”. Wprawdzie sam Bokij przekazawszy te materiały „na górę” został rozstrzelany w pół roku później – po oskarżeniu go o szpiegostwo.

 

Zmarnowane wyniki badań

 

Aleksandr Barczenko nie na długo przeżył swego szefa. Wedle niektórych historyków, świadectwa o nowym kierunku działalności ultratajnego laboratorium doszły do samego Stalina, po czym los ludzi zbierających kompromitujące materiały był przesądzony.

Oskarżenie oparte było o zeznania Gleba Bokija. Już w czasie pierwszych przesłuchań on opowiedział, że wraz z Barczenką należał do tajnej organizacji, której celem było zabicie Stalina.

W dniu 25.IV.1938 roku, Aleksandr Barczenko został postawiony w stan oskarżenia za stworzenie i kierowanie kontrrewolucyjnej i terrorystycznej organizacji i szpiegostwo na rzecz Anglii. W tym celu kierownictwo NKWD stworzyło odpowiednią legendę o tym, że na terenie jednego z wschodnich protektoratów Anglii (nie podano dokładnego miejsca bo obawiano się jawnego błędu) istnieje polityczne centrum „Szamballa”, którego celem jest podporządkowanie sobie kierownictw wszystkich znaczących państw, w tym także ZSRR.

Wyrok wydano w dniu 25.IV.1938 roku. N kilka dni przed wykonaniem wyroku Aleksandrowi Barczence dano ołówek i ryzę papieru, żeby mógł on pozostawić dla potomnych informacje o swych badaniach. Po wykonaniu wyroku śmierci, rękopis został umieszczony w jednym z sekretnych archiwów i nie udało się go odzyskać. Wedle krążącej legendy, został on spalony w 1941 roku, kiedy to Niemcy podeszli pod Moskwę i kierownictwo NKWD postanowiło zniszczyć wiele dokumentów. Tak więc jeszcze taka bezcenna wiedza czeka na swego odkrywcę – czas pokaże.

 

Moje 3 grosze

 

Na temat prof. Barczenki i jego wypraw pisano już w tym blogu, tak więc zobacz:

·        https://wszechocean.blogspot.com/2013/01/ponocna-szamballa-ziemia-nieznana.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2021/12/piramidy-w-rosji-sa-dwa-razy-starsze-od.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2016/03/hyperborea-raj-na-biegunie-ponocnym.html

Czy Szamballa znajduje się w Rosji? Być może. Jestem natomiast pewien tego, że w Rosji znajduje się jedno z wejść do podziemnego państwa Agharty – ale to już temat z innej ballady.

 

Źródło – „Siekrietnyje archiwy”, nr 6/2018, ss. 28-29

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz        



[1] Narkom – narodowy komisarz – odpowiednik ministra.

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

CE0: Latający stwór nad Newadą

 


 

Al Rosales

 

Lokalizacja: Valley of Fire, niedaleko Las Vegas, NV, USA.

Data: początek listopada 2003.

Godzina: noc

Opis incydentu:

Świadek imieniem James późną nocą odpoczywał na niewielkim wzniesieniu skalnym, kiedy po zażyciu pejotlu spokojnie zobaczył zbliżającą się z daleka ogromną, cienistą istotę lecącą nisko na wieczornym niebie. James powiedział, że początkowo nie był w stanie określić jego charakteru i przyjął, co jest całkiem zrozumiałe, że być może była to jakaś forma szybowca lub zdalnie sterowanego prototypu drona wojskowego. Nie było żadnego. Kiedy powietrzna istota zbliżyła się i zbliżyła, James zobaczył, że było to żywe stworzenie: gigantyczne zwierzę o skrzydłach nietoperza, podobne do ptaka, o rozpiętości skrzydeł około dwudziestu stóp, które było koloru czarnego i wyglądało na mokre i błyszczące. James wyjaśnił, że w żadnym momencie nie widział, jak skrzydła bestii trzepoczą lub biją, raczej po prostu wydawało mu się, że szybuje nad pustynnym krajobrazem. Obserwował go przez minutę lub dwie, aż w końcu rozpłynął się w oddali i ciemności. James był pewien, że jego spotkanie zostało w jakiś sposób spowodowane spożyciem pejotlu; nie był jednak przekonany, czy miał halucynacje. Był raczej pewien, że dano mu wyjątkowe spojrzenie na bestię zamieszkującą krainę bardzo odmienną od naszej, ale taką, do której dostęp był możliwy, jeśli pozwalały na to okoliczności i sposób myślenia.

 

Uwagi

Źródło: Nick Redfern - “There’s Something in the Woods: A Transatlantic Hunt for Monsters and the Mysterious (s.85). Anomalist Books. Kindle Edition.

Typ: E lub F?

Komentarz: Dolina Ognia położona jest w dorzeczu około pięćdziesięciu mil (80 km) od Las Vegas, na wysokości od 2000 do 2600 stóp (666 – 867 m n.p.m.). Na szorstkim podłożu i poszarpanych ścianach parku znajdują się wspaniałe formacje zerodowanego piaskowca i wydm, których historia sięga co najmniej 150 milionów lat. Do prehistorycznych użytkowników Doliny Ognia należeli starożytni ludzie Pueblo, znani również jako Anasazi, którzy byli rolnikami z pobliskiej żyznej Doliny Moapa.

Uważa się, że zażywanie pewnych halucynogenów, takich jak D.M.T., pejotl, ayahuasca, zapewnia użytkownikowi wgląd w inne rzeczywistości i być może umożliwia użytkownikowi lub doświadczającemu interakcję w tych wymiarach.

 

Moje 3 grosze

 

Słynny polski ufolog Bronisław Rzepecki postawił kiedyś na forum taki problem: czy ktoś widzący NOL-a w pijanym widzie może być wiarygodnym świadkiem? No właśnie? Jeżeli idzie o samo stwierdzenie faktu – to oczywiście tak. Gorzej jest, kiedy zaczynamy go wypytywać o szczegóły. Świadek myli się i plącze w zeznaniach. Innymi słowy ogólnie tak, ale w szczegółach – nie. Sprawa jest nadal nierozstrzygnięta i osobiście uważam, że należy przystępować indywidualnie do każdego przypadku.

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz  

sobota, 26 sierpnia 2023

CE5 (CE-III-F) z „fantomem”

 


Al Rosales

 

Lokalizacja: Santo André, SP, Brazylia

Data: 23.II.2019 r.

Godzina: noc

Opis incydentu:

Świadek Mara Fator pojechała odwiedzić swoją siostrę w Santo Andre, w nocy jej siostra z mężem położyli się spać w swojej sypialni, podczas gdy Mara spała sama na sofie w salonie, w mieszkaniu, które znajduje się na 10 piętrze. Kiedy spała na sofie, nagle bardzo „techniczny”, natarczywy i powtarzający się dźwięk próbował ją obudzić, nie ustał, dopóki tego nie zrobiła. Był to potężny, surrealistyczny, dziwaczny, inny dźwięk i bardzo dziwny (bardzo trudne do opisania zdaniem Mary Fator), może było to coś w rodzaju tych profesjonalnych gwizdków sędziego, które mają w sobie piłkę, ale z absurdalną technologią, dźwiękiem nie z tego świata, ani z tej planety, a może nie tego wymiaru, było zbyt piękne. Poczuła nawet trzepotanie w żołądku, jakby próbował się z nią porozumieć, „jakby ptak próbował z nią porozmawiać”.

To było bardzo uporczywe, ale uważano, żeby jej nie przestraszyć, ponieważ głośność była niska i delikatna, a jednocześnie potężna. Technologiczny dźwięk „gadającego gwizdka” nie ustał, dopóki się nie obudziła i nie usiadła na kanapie, aby spojrzeć na okno. Blisko szyby paliło się oślepiające, intensywne, białe światło, wyglądało jak słońce, ledwo mogła na nie patrzeć, bo ją oślepiało. Noc zamieniła się w dzień, rozświetliła cały pokój. Zebrała się na odwagę i poszła zobaczyć, co to jest. W tym momencie była bardzo przestraszona i przestraszona, ponieważ wydawało się, że podejrzewa, co to jest, musiała stawić czoła swoim lękom i przyszła jej do głowy myśl: „Czy to UFO?” spojrzała i była oszołomiona, gdy zobaczyła coś bardzo dużego i długiego na zewnątrz, bardzo blisko szyby, a nad nią znajdował się statek. Panowała cisza, ale ona czuła, że silnik jest tak „potężny i technologiczny”, że drżał i wprawiał jej ciało w wibracje. Jej zdaniem był mniej więcej wielkości samochodu i prawdopodobnie był załogowy, ale nie była w stanie tego stwierdzić. To wydawało się potężne i zastraszające. Widziała bardzo mocne czerwone światło, które mrugało obok białego światła. Miało około ośmiu pięter i wyglądało jak gigantyczna „choinka” pełna migających geometrycznych świateł. Nagle coś pojawiło się tuż przed nią w pokoju.

Wydawało się, że jest to nieznana istota lub coś takiego, stojącego około metra od niej. Było to coś nieziemskiego, niewytłumaczalnego, wyglądało jak hologram, było przezroczyste i kolorowe, prawdopodobnie znajdowało się w trakcie materializacji. Najbliżej mogła to porównać do „poruszającej się energii lub mieszaniny ośmiornicy z żywą wodą”. Poruszał się powoli i pięknie, unosząc się pół metra nad ziemią. „Istota” miała około 1–1,50 m wzrostu, poruszała się w powietrzu i miała coś w rodzaju „ramion lub macek”, które wyglądały jak półprzezroczyste paski, które poruszały się powoli. Poczuła czystą miłość od tej istoty i była zahipnotyzowana jej wyglądem. Chciała tylko patrzeć na to bez przerwy, tak długo jak to będzie trwało. Istota następnie zniknęła i ponownie zobaczyła statek, który znajdował się teraz około 5 metrów dalej, był bardzo blisko i tuż za szybą, a następnie przeleciał nad piorunochronami budynku, a następnie ponownie opadł, aby zawisnąć na zewnątrz szyby. Fator pobiegła po telefon komórkowy i próbowała sfilmować statek, ale ręce bardzo jej się trzęsły. Na filmie widać migające czerwone i białe światła oraz zielone światło w rogu. Wkrótce potem statek lub obiekt zniknął.

 

Dodatek HC

Źródło: Mara Fator, „Alenigenas na Minha Janel: Memorias do meu Contato físico com extraterrestres” (s. 3-4). Wersja Kindle.

Typ: C

 

3 grosze od Czytelników

 

Podobało jej się to, że czuła miłość od dziwnego stworzenia, co oznacza, że nigdy nie oceniaj na podstawie samego wyglądu. (Tom Fox)

To było dziwne! (Rafael A. Carrion)

Cóż za wspaniałe doświadczenie!  (Steven Burgoyne)

To nie był żaden Obcy. To był holograficzny fantom wygenerowany przez baterię komputerów w UFO… (Robert Konstanty Leśniakiewicz)

 

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz

piątek, 25 sierpnia 2023

CE0 (CE-III-E) - À la Cthulhu?

 


 

Al Rosales

 

Lokalizacja: Dovecot, Liverpool, Merseyside, England

Data: 6.III.2017

Czas: 16:50 GMT

Opis incydentu:

Miejscowa 14-latka o imieniu Bella poszła do miasta wydać pieniądze, które dostała na urodziny na tenisówki i perfumy, i zdecydowała się wrócić do domu o ok. godziny 16:50. Idąc wzdłuż Bold Street zauważyła coś dziwnego; nikogo nie było w pobliżu i nagle pojawiła się mgła – i coś przerażającego pojawiło się w tej mgle, w pobliżu wejścia na Dworzec Centralny przy Bold Street – dziwne stworzenie z mackami, które według obliczeń Belli miało około 7 stóp/~210 cm wzrostu. Miało uniesione dwa długie ramiona z mackami i duże usta otwarte, gdy powiedział coś, czego dziewczyna nie mogła zrozumieć. Dziwne było to, że Bella myślała, że to stworzenie nie stanowi zagrożenia, a mimo to była przerażona, tylko dlatego, że nie wyglądało jak nic, co kiedykolwiek wcześniej widziała. Kilka chwil później istota zniknęła, a dwie dziewczyny zderzyły się z Bellą, odrzucając ją na bok.

Ludzie wrócili na ulicę. To przeżycie wstrząsnęło Bellą. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś podobnego do tego stworzenia i ma nadzieję, że nigdy więcej go nie zobaczy. To, co to było, pozostaje tajemnicą. Ale może to mieć coś wspólnego z wieloma przesunięciami czasowymi w tym obszarze.

 

Dodatek HC

Źródło: Tom Slemen 2023

Typ: E

 

Moje 3 grosze

 

Teraz, po opisie tego CE0 (CE-III-E) wiem, skąd H.P. Lovecraft wytrzasnął opis swoich koszmarów – Cthulhu, Yog Sothotha, Shoggotha i innych. Czyż nie tak wyglądali Ci, Którzy Byli Przedtem? Przedwieczne eony drzemiące gdzieś w trzewiach naszej planety i od czasu do czasu pokazujące się ludziom w snach i wizjach?

Ciekawa w tym kontekście jest wzmianka o dziwnych „przesunięciach czasowych” w tej okolicy. O tym pisali także realizatorzy Project Pennine – gór, które znajdują się 50 km na N-NE od Liverpoolu. Czyżby te dziwne zjawiska przemieszczały się w czasie i przestrzeni?

 

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz