Powered By Blogger
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania czerwona rtęć, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania czerwona rtęć, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lutego 2012

Czerwona rtęć: genialna blaga

Jewgienij Leszukonskij

W roku 1924, w USA, wybuchła gruba afera związana z wydobyciem ropy naftowej. Przed sądem stanęli wyżsi urzędnicy Stanów. W ZSRR na ten temat pojawił się felieton, w którym po raz pierwszy padło sformułowanie „sprawa pachnie ropą”.

Pogłoski o „czerwonej rtęci” – związku chemicznym, który jakoby zmienia właściwości materii i było wykorzystane do radzieckiej obrony – krążyły jeszcze w latach 70. Od tego czasu służby specjalne różnych krajów, a także terroryści, zaczęły polować na tym wielofunkcyjnym katalizatorem znanym także jako RM-20/20 9handlowa nazwa czerwonej rtęci od słów Red Mercury), jednakże wszelkie próby uzyskania tego związku pozostały bezowocnymi. Być może dlatego, że on po prostu… nie istnieje.

Poszukiwania cudownego katalizatora

Nie bacząc na to, czerwonej rtęci żaden handlowiec nigdy nie widział, była ona kompleksowym i całkiem udanym projektem. W latach 70. światową opinią publiczną (ale nie w ZSRR – cenzura!) wstrząsnęła wiadomość – w laboratoriach radzieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego zsyntezowano wielofunkcyjny, toksyczny i radioaktywny katalizator, który posiada na dodatek całą masę specyficznych właściwości. No i podobno dzięki niej uczeni z Sowietów opracowali całą linię nowych unikalnych rodzajów broni. Czerwona rtęć występuje także w detonatorach bomb termojądrowych i laserach o ogromnej mocy, które z orbity mogły razić naziemne cele. Bez RM-20/20 istnienie takich rodzajów broni było niemożliwym z tej przyczyny, że czerwona rtęć jest ich istotnym komponentem. Trzeba tu powiedzieć, że specsłużby (w tym przede wszystkim wywiady wojskowe państw paktu NATO) zapragnęły zdobyć ten wielofunkcyjny katalizator, zaś sojusznicy ZSRR (wtedy było ich jeszcze dużo) zwrócili się do rządu radzieckiego z prośbą o dostarczenie im próbek tego przekraczającego wszelkie zrozumienie środka chemicznego. Jednak ani jedni, ani drudzy nie osiągnęli swego celu.

Szpiedzy z kapitalistycznych mocarstw poszli na skróty i próbowali zwerbować specjalistów pracujących w zakładach pracy, które teoretycznie mogli mieć dostęp do czerwonej rtęci. Radzieccy kontrwywiadowcy w tej wojnie zatrzymali dziesiątki zagranicznych agentów i zwerbowanych obywateli ZSRR, którzy usiłowali znaleźć choćby jakiś ślad informacji na temat RM-20/20. Dlatego też powstała hipoteza – plotki o RM-20/20 zostały rozpuszczone celowo przez KGB w celu zaktywizowania wrogich siatek wywiadowczych w ZSRR i tym samym ich ujawnienie. Ta hipoteza ma oczywiście pełne prawo istnienia.

Jednakże pomimo tego, agentury obcych służb wywiadowczych nie przerwały swej roboty i chcieli oni potwierdzić istnienie RM-20/20. A w tym czasie przybliżała się głasnost’ i pierestrojka.

Bajeczka stulecia!

W końcu lat 80. informacja o istnieniu czerwonej rtęci dotarła wreszcie do obywateli naszego kraju. Rozumie się, że nie było to coś konkretnego, ale ludzie (zorientowani prawicowo, mający na pierwszym planie złotego cielca) zaczęli działać. Gazety zaczęły pisać o zakupach i sprzedaży czerwonej rtęci, ale – co jest oczywiste – prawdziwym RM-20/20 tam nie pachniało. Agenci zachodnich wywiadów (w rolach kupców) mieli nadzieję (drobne sito w takich przypadkach nie przeszkadza) trafić na sprzedawców katalizatora. No a nasi obywatele (sprzedawcy) szukali „jeleni”, którym pod szyldem RM-20/20 można było wcisnąć, co się tylko dało. Przy czym nie wszyscy byli aferzystami, korzystali po prostu z okazji.

I tak np. poszła plotka, że czerwonej rtęci używa się w zaokiennych termometrach. I natychmiast zaznaczył się deficyt tego towaru w sklepach. Ludzie skupywali termometry, rozbijali je i zlewali barwioną ciecz do butelek, by ją potem sprzedać, czy po prostu skupywali całe kontenery termometrów... Natomiast naszym służbom było wiadome, że w roku 1989, pracownicy CIA, MOSSAD-u czy MI-5[1] i innych wywiadów dokonali kilkaset zakupów kontrolowanych, które kosztowały je kilka milionów dolarów. W ani jednej z nich nie było jakiegokolwiek śladu RM-20/20, tylko ten sam kolorowany spirytus z termometrów. Do barwienia różnych świństw używano farb akwarelowych, wody z aniliną, czy nawet tłuczoną cegłą. A tylko KGB miała wyniki, bo posypały się aresztowania wrogiej agentury, która dała się nabrać na tą bajeczkę, ba! – brednię stulecia!

Złote czasy dla aferzystów

Należy zaznaczyć, że niektórzy cwaniacy zarobili na „niby to czerwonej rtęci” miliony dolarów. Oni przewozili ogromne partie (niekiedy kolejowe cysterny) tego wielofunkcyjnego katalizatora za granicę (w głównej mierze tranzyt przebiegał przez terytorium Ukrainy), zaś w roli kupujących wcielali się agenci rozmaitych wywiadów  (już nieco mniej ochotnie), nie mających środków technicznych terroryści wszelkiej maści i kalibrów (burzliwy rozwój terroryzmu prawie przypadł na te właśnie lata), a także obywatele państw trzecich pragnący najpierw zakupić partię RM-20/20 po to, by z zyskiem odsprzedać swemu rządowi. W celu oszukania kupców, rosyjscy dilerzy mieli nawet dokumenty i certyfikaty potwierdzające, że towar był zsyntetyzowany według receptur i w zakładach radzieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Zdarzało się też, że w gazetach ukazywały się artykuły pisane na zamówienie aferzystów mówiące o tym, że np. „…w Jekaterinburgu z wojskowej  fabryki nieznani sprawcy wyprowadzili trzy cysterny czerwonej rtęci”. Takie publikacje wraz z lewymi dokumentami pokazywano kupcom. I nie patrząc na to, że z rosyjskich republik byłego ZSRR na Zachód szły dziesiątki ton RM-20/20, ten cudowny katalizator nie wpadł nikomu w ręce…

Ostatnie z tego rodzaju afer datuje się z 2008 roku. W Ufie zatrzymano oszustów, którzy proponowali sprzedaż termosu pełen zafarbowanej na czerwono zwyczajnej rtęci (twierdzili oni, że jest to przechodzony katalizator) za 5.000.000 rubli. Oszuści powiedzieli kupującemu, że wykradli ten materiał z jednej z wojskowych fabryk , a która produkowała czerwoną rtęć za zezwoleniem… CERN (!!!). Oczywiście to była bzdura.

25 milionów razy droższa od złota

Zainteresowanie wywiadów NATO czerwoną rtęcią stopniowo wygasło – ich specjaliści stwierdzili bezdyskusyjnie, że coś takiego nie istnieje. Jednakże na RM-20/20 cały czas uganiają się terroryści i dyktatorzy.

I tak np. w 1998 roku, niedługo do rozpoczęcia bombardowań Iraku przez lotnictwo NATO, Saddam Husajn ufundował nagrodę miliarda dolarów temu, kto dostarczy mu choćby 1 gram czerwonej rtęci. (!!!) Przy jego pomocy tyran zamierzał zbudować superbroń, która pozwoliłaby pobić Amerykanów i ich sojuszników. Dla porównania – 1 gram złota o próbie 999 kosztuje około 40 USD, a zatem nietrudno policzyć, że 1 gram RM-20/20 był dla Husajna 25.000.000 razy droższy od złota!

Podobną cenę wyznaczył parę lat temu król Arabii Saudyjskiej, który widział w RM-20/20 stuprocentowe panaceum na wszystkie choroby onkologiczne.

W roku 2001 terrorysta Szamil Basajew oświadczył, że dysponuje większą ilością czerwonej rtęci i zamierza jej użyć przeciwko siłom zbrojnym Federacji Rosyjskiej w Czeczenii oraz cywilom na terytorium Rosji. FSB potraktowała to jako blef. I tak było w rzeczywistości, bo Basajew przeprowadzał „zwykłe” ataki terrorystyczne bez użycia „techniki specjalnej”.

W parę lat później jeden z liderów al-Quaedy (al-Kaidy) też oświadczył, że posiada broń której podstawą działania jest RM-20/20, a chodziło tu o tzw. „brudną bombę atomową”. Informacja ta wywołała panikę wśród Amerykanów, do których była adresowana ta groźba. Służby specjalne USA wytropiły i ujęły terrorystę. Przesłuchiwany rychło przyznał się do tego, że kłamał po to, „…by posiać strach i zwątpienie w sercach i umysłach niewiernych…”

…Jeszcze w latach 70. czerwoną rtęć pragnęły posiąść bardzo poważne struktury. O ile terroryści czy tropiciele tajemnic państwowych nie mieli doświadczenia w tej kwestii i można się z nich pośmiać, to wywiadom państw NATO trzeba oddać to, co im należne. Przez 30 lat poszukiwań nie znaleziono nawet śladów czerwonej rtęci. Sądząc z tego wszystkiego można tylko to, że cała ta afera z RM-20/20 to była tylko genialna ściema, puszczona pomiędzy lud przez radzieckie służby specjalne. One zorganizowały „kontrolowany przeciek informacji” po to, by wyselekcjonować krąg osób, które zainteresuje czerwona rtęć i związane z nią możliwości.

RM-20/20 a sprawa polska

W mojej służbowej działalności na granicy Polski też spotkałem się z czerwoną rtęcią. Kiedy w 1989 roku Polska odzyskała swoją quasi-niepodległość i zostały znacznie rozluźnione dotychczasowe rygory w ruchu granicznym, do służb operacyjnych Wojsk Ochrony Pogranicza, a po maju 1991 roku Straży Granicznej RP, zaczęły docierać sygnały o nielegalnym transferze materiałów rozszczepialnych z krajów byłego ZSRR do Europy Zachodniej oraz do krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu via Europa Zachodnia. W informacjach na ten temat pojawiło się także hasło „czerwona rtęć”. Temat stał się modnym we wczesnych latach 90., ale potem umarł śmiercią naturalną.

Wzmożone kontrole obywateli państw WNP nie dały żadnego śladu czerwonej rtęci, ale za to doszło do kilku wpadek przemytników wiozących pojemniki z radioaktywnym cezem czy tzw. pastylki paliwowe z mieszaniną uranu z plutonem. Przy okazji wyszło jeszcze, ile naprawdę wynosi skażenie w okolicach Czarnobyla, i kilka innych rzeczy równie nieprzyjemnych, nijak się mających do uspokajających raportów atomistów z CLOR i PAA.

Zagrożenie to wzrosło po 21 sierpnia 1991 roku, kiedy to skończył się ów dziwny pucz Janajewa-Kriuczkowa-Pugo, po którym wywalono z roboty wielu funkcjonariuszy KGB mających dostęp do wielu dziwnych spraw i miejsc. Być może to oni właśnie kolportowali te dziwne pogłoski i zgarniali za nie grubą kasę, wszak truizmem jest stwierdzenie, ze najwięcej i najlepiej zarabia się na ludzkim strachu i głupocie…

Szwedzka TV za BBC nadała program poświęcony czerwonej rtęci, w którym wprost stwierdza się, że RM-20/20 nie tylko istnieje, ale nawet pokazuje się na dowód buteleczki wypełnione jakimś czerwonawym płynem o wyglądzie i konsystencji rtęci. Co więcej – straszy się tam ludzi walizkowymi bombami termojądrowymi o mocy od 300 kt do 1 Mt i więcej. Ich konstrukcję ponoć oparto właśnie na RM-20/20. No i oczywiście pojawiają się uczeni, którzy wiedzą, jak to wygląda naprawdę. Podaje się także skład tego związku – jest to amalgamat rtęci i antymonu o wzorze chemicznym Hg2Sb2O6-7. Związek ten sam w sobie niebezpieczny i trujacy, bo rtęć i antymon są szkodliwe dla zdrowia, ale nie radioaktywne czy żrące. Być może była to właśnie taka „kupiona” audycja na zamówienie służb specjalnych Wielkiej Brytanii i innych krajów. Pojawiła się ona w TV w roku 1994 czy na początku 1995, kiedy zainteresowanie RM-20/20 osiąga swe apogeum.

Nie znaleźliśmy na Łysej Polanie ani 1 grama czerwonej rtęci – to prawda, ale za to ujawniliśmy ładunki metali kolorowych i nieżelaznych przewożone na polskie złomowiska. Ujawniliśmy także proceder kradzieży i wywozu za granicę miedzianych przewodów trakcji kolejowej, wskutek czego zapuszkowaliśmy trzech złodziei. W 1993 roku ujawniono ładunek 5 litów rtęci przewożone w słoju przez Bułgarów, przypadkowo słoik ten rozbił się i trzeba było wzywać służby ochrony środowiska w celu dekontaminacji tego niebezpiecznego skażenia. Poza tym cała masę różnych toksycznych paskudztw wwożonych do Polski w celu ich „utylizacji” – najczęściej w rzekach…

Przy okazji polowania na RM-20/20 wyszło na jaw, że Polska jest krajem, w którym odbywają się spotkania pomiędzy radzieckimi atomistami a wysłannikami bliskowschodnich reżimów – obywatelami Iranu, Iraku, Pakistanu, w Zakopanem, Nowym Targu czy Krakowie. Poza tym zaktywizowali się „dyplomaci” z Indii i Chin… Czyżby oni też byli zainteresowani RM-20/20? Chyba raczej nie – oni pewnie pilnowali tych pierwszych i tych drugich, by nie dogadali się ze sobą. I siebie nawzajem też…

Zgadzam się z tezą autora, że cała ta sprawa to totalny blef, nieprawdopodobna ściema, jakaś super-głupawka, który – podobnie jak np. osławiony Incydent w Roswell – miał za zadanie ściągnąć uwagę służb na nieistniejący fakt po to, by można było ujawnić rozmiar wrogiej penetracji – w tym przypadku USA przez KGB i GRU. Tak samo KGB powtórzyła ten trick w stosunku do zachodnich specsłużb podsuwając im inteligentnie brzmiący bzdet o niezwykłej substancji zdolnej tysiąckrotnie wzmocnić siłę rażenia wybuchu jądrowego i moc lasera… Nie zapominajmy tego, że w 1980 roku Amerykanie zaczynają mówić o planach Gwiezdnych Wojen, programach SDI/NMD i innych egzotycznych programach wyprowadzenia działań wojennych w Kosmos. A że na akcję musi być reakcja, to pojawił się mit o czerwonej rtęci…  

I to by było na tyle – jak powiedziałby Jan Tadeusz Stanisławski

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 39/2011, ss. 18-19

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©       



[1] Autorowi chodziło o MI-6, która jest służbą wywiadu, a nie MI-5, która jest kontrwywiadem. 

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Miloš Jesenský - BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (15)

 

DODATEK A: Aleksander Mora - ATOMOWA WOJNA BOGÓW

 

I.

 

Zanim nasza cywilizacja wkroczyła w wiek atomowy – wiele odkryć, przekazów mitologicznych, opisów w świętych księgach, wykopalisk i zagadkowych zjawisk obserwowanych na ziemi pozostawało niezrozumiałymi.

Sędziwe teksty sanskryckie „Mahabharata” opisują szczegółowo wybuchy wielkich kul ognistych oraz wywołane przez nie burze i sztormy. Następstwa tych wybuchów przybierały u ludzi forme klasycznych objawów choroby popromiennej, wywołując utratę włosów, wymioty i w końcu śmierć. Co ciekawe, teksty te podają, że osoby znajdujące się w zasięgu działania tych wybuchów mogą się ocalić usuwając wszystkie metale z powierzchni swych ciał i zanurzając się w wodzie rzecznej. Cel tego mógł być tylko jeden – dekontaminacja przez zmycie z powierzchni ciała i odzieży cząstek radioaktywnych, czyli proces, który w takich przypadkach zalecany jest i dzisiaj.

Erich von Däniken wspomina zawarte w rozmaitych starożytnych tekstach opisy broni jądrowej, sugerując, że była ona użyta przez Przybyszów z Kosmosu, wyposażonych w wytwory swej wysoko zaawansowanej wiedzy i technologii przeciwko prymitywnym mieszkańcom naszej planety. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Przybysze stosowali tak drastyczne środki przeciwko pierwotnym, nie-ucywilizowanym, wyposażonym jedynie w łuki i strzały mieszkańcom Ziemi.

Richard B. Mooney podaje, że bramińska księga „Siddnanta-Ciromani” posługuje się jednostkami czasu , z których ostatnia, najmniejsza trutti stanowi tylko 0,33750 sekundy. Uczeni studiujący teksty sanskryckie są zakłopotami, nie mogąc wyjaśnić, do czego służyć mogła w Starożytności tak mała jednostka czasu i jak ją można było mierzyć bez odpowiednich instrumentów. Współczesne prymitywne szczepy posiadają dość niejasne pojęcie czasu i nawet godziny maja dla nich stosunkowo niewielkie znaczenie. Trudno więc sobie wyobrazić, żeby starożytne ludy zachowywały się w tym względzie inaczej.

Thomas Andrews w swej książce „Nie jesteśmy pierwsi” pisze: Według jogi Pundid Kaniach z Ambatturu w Madras, którego spotkałem w roku 1966 początkowo pomiar czasu według braminów był sześćdziesiątkowy, na dowód czego joga cytował wyjątki z „Brihath Sakatha” i innych tekstów sanskryckich. W dawnych czasach doba dzieliła się na 60 >>kala<<, z których każda wynosiła 24 minuty. >>Kala<< dzieliła się na 60 >>vikala<<, z których każda wynosiła 24 sekundy. Następnymi 60 razy mniejszymi jednostkami były: >>para<<, >>tatpara<<, >>vitatpara<<, >>ima<< i w końcu >>kashta<< - 1/300.000.000 część sekundy. Do czego starożytnym Hindusom służyć mogły ułamki mikrosekund? Pundid Kaniach wyjaśnił, że uczeni bramini od zarania dziejów zobowiązani byli do zachowania tej tradycji w pamięci, choć sami jej nie rozumieli.

0,000.000.003 część sekundy – kashta – nie może naturalnie mieć żadnego sensu praktycznego, jeśli nie dysponuje się urządzeniami, które mogłyby mierzyć czas z taką dokładnością. Z drugiej strony wiadomo, że czas życia niektórych cząstek elementarnych: hiperonów i mezonów jest bliski jednej trzystumiliardowej części sekundy![1]

Tablica „Varahamira” z roku 550 n.e. zawiera wielkości matematyczne porównywalne z rozmiarami atomu wodoru. Czyżby te liczby też przekazano nam z odległej przeszłości? Joga Vashishta twierdzi: Istnieją rozległe światy w pustych przestrzeniach każdego atomu, tak różnorodne, jak pyłki w promieniach słońca. Wydaje się to wskazywać na starożytną wiedzę o tym, że nie tylko materia jest zbudowana z niezliczonej liczby atomów, lecz że w samych atomach – jak dziś wiemy – większość przestrzeni jest nie wypełniona materią.

Teksty te, pochodzące z dalekiej przeszłości, wskazują na to, że już wtedy istniała głęboka znajomość fizyki jądrowej. Fakt, że bramini zobowiązani byli zapamiętać szereg symboli matematycznych, nie rozumiejąc ich nawet, świadczy o celowo podjętym wysiłku zmierzającym do przekazania wiedzy z zaginionej ery technologicznej. Można sobie wyobrazić pradawnych uczonych, którzy obserwując upadek swej cywilizacji, zapisywali swoją wiedzę i powierzyli pewnej grupie ludzi odpowiedzialność za przekazywanie jej poprzez wieku, aż do czasu, kiedy znowu się stanie zrozumiała.[2]

Wydaje się także, że coś z tej starożytnej nauki przenikało przez wieki w dość ogólnikowej formie. Dwa i pół tysiąca lat temu Demokryt mówił: W rzeczywistości nie istnieje nic, tylko atomy i pusta przestrzeń. Grecy uważali, ze atom jest najmniejszą i niepodzielną cząstką materii, podczas gdy Fenicjanin Moschus zapewniał, że atom można podzielić i zapewniał o tym Greków. Żyjący w I w. p.n.e. uczony rzymski Lukrecjusz  pisał, że atomy pędzą nieustannie w przestrzeni i podlegają niezliczonej liczbie zmian pod zakłócającym wpływem zderzeń. Są one zbyt małe, aby je widzieć.

Dopiero w XIX i XX stuleciu podjęto poważne prace w zakresie fizyki jądrowej, więc uczeni starożytni, których fragmentaryczna wiedza pochodzić musiała z zamierzchłej epoki zapomnianej technologii, nie mogli potwierdzić swych wiadomości w praktyce, nie istniała bowiem technologia, która to by umożliwiała.

Zamierzchła epoka, kiedy wiedza ta była stosowana w praktyce, stosowała energię atomową do wielu celów. Idea transmutacji metali, która pochłaniała uwagę alchemików przez całe wieki, każąc im szukać sposobu zamiany ołowiu w złoto, wynikła najprawdopodobniej z jeszcze starszej wiedzy o tym, że manipulacja strukturami subatomowymi pierwiastków pozwala na przekształcenie jednego z nich w drugi.[3]

Jednakże nas interesuje nie samo zastosowanie energii jądrowej, ale jej niewłaściwe zastosowanie. Wydaje się, że rozmaite starożytne teksty stwierdzają ponad wszelką wątpliwość fakt wystąpienia na Ziemi straszliwej masakry Ludzkości. W sferze domysłów znajduje się jedynie to, czy konflikt ów był wyłącznie ziemskiego pochodzenia, czy też wzięli w nim udział pochodzący z Kosmosu przybysze, wyposażeni w zaawansowaną wiedzę i technologię.

Charles Berlitz pisze, że zaskakujące wzmianki i aluzje do stosunkowo niedawnych zdobyczy naszej cywilizacji, jak bomba atomowa, rakiety, gazy bojowe i inne, występują szczególnie obficie w starożytnych tekstach indyjskich. Wyjątkowo dużo tego można spotkać w staroindyjskim eposie „Mahabharata”, stanowiących kompendium wiedzy dotyczącej religii, świata, modłów, obyczajów, historii oraz legend o bogach i bohaterach starożytnych Indii. Często nazywa się ten epos „hinduską Iliadą”, chociaż jest 7 razy obszerniejszy od „Iliady” i „Odysei” razem wziętych – zawiera on 200.000 wierszy. Przypuszcza się, że został on napisany 1.500 lat p.n.e., ale dotyczy on zdarzeń znacznie wcześniejszych. Po raz pierwszy wydrukowano go w sanskrycie w 1834 roku, a następnie przełożono: najpierw na język włoski, a następnie w 1884 roku na angielski.

„Mahabharata” w dużej części zajmuje się działaniami wojennymi, w których biorą udział bogowie, półbogowie i ludzie. Przypuszcza się, że opisy te stanowią quasi-historyczny przekaz dotyczący inwazji Ariów z północy, którzy wyparli pierwotnych mieszkańców tych ziem – Drawidów, na południe półwyspu indyjskiego. Jednakże wśród normalnych w takich razach obrazów starożytnych działań bojowych rozrzucone są zagadkowe i bardzo szczegółowe wzmianki dotyczące łatwych do zidentyfikowania obecnie broni takich, jak: działa artyleryjskie – agneyastra, rakiety i samoloty bojowe – vimana, radar, zasłony dymne, gazy trujące – tashtra, gazy obezwładniające – mohanastra, pojazdy rakietowe i głowice atomowe. W drugiej połowie XIX wieku fragmenty te brzmiały tajemniczo lub zabawnie; dzisiaj wymowa ich jest dla wszystkich mieszkańców kuli ziemskiej oczywista, pomimo tego, że od czasu, którego te opisy dotyczą upłynęły tysiące lat.

Przedstawiając bitwę pomiędzy starożytnymi armiami „Drona Parva” – jedna z ksiąg „Mahabharaty” – opowiada o walce, w czasie której: wybuchy pocisków dziesiątkują całe armie powodując, że tłumy żołnierzy wraz z bronią, słoniami i rumakami zostały uniesione i porwane przez wielki wicher jak suche liście z drzew... Starożytny kronikarz dodatkowo zaopatrzył ten opis w komentarz: Wyglądali tak wspaniale, jak szybujące ptactwo – jak ptaki odlatujące z drzew. Tekst zawiera nawet przedstawienie charakterystycznego, grzybiastego obłoku wybuchu nuklearnego, który porównywany jest do otwarcia gigantycznego parasola, zaś opis skażenia środków żywnościowych, wypadania włosów u ludzi oraz konieczność dokładnego zmycia ciała ludzi i zwierząt dla zapobieżenia choroby lub śmierci stanowią dziwnie nowoczesny akcent tej starożytnej legendy.

A oto pochodzące z „Mahabharaty”, „Ramayany” i „Mahavira Charita” fragmenty opisujące walkę: Pojedynczy pocisk wybuchł z całą mocą świata. Rozżarzony słup dymu i ognia tak oślepiający, jak 10.000 słońc uniósł się w całej swej wspaniałości [...] Była to nieznana broń, żelazny piorun, gigantyczny posłaniec śmierci, który zamienił w popioły całą rasę Vrishni i Andhaka. Ciała ich były tak spalone, że nie można było ich rozpoznać. Ich włosy i paznokcie powypadały, wyroby garncarskie popękały bez żadnego widocznego powodu, a wszystkie ptaki zbielały. Po kilku godzinach wszystkie produkty spożywcze były zatrute [...] Aby uciec od tego ognia, żołnierze rzucali się do strumieni, aby obmyć siebie i swój ekwipunek.

Następstwa działania tej superbroni opisane są następująco: Zaczął wiać wicher [...] wydawało się, że słońce się obróciło, świat spieczony ogniem wydawał się być w gorączce. Słonie i inne zwierzęta lądowe, palone energią tej broni, mknęły w ucieczce [...] nawet wody były tak gorące, że przebywające w nich stworzenia zaczęły palić się [...] Nieprzyjacielscy żołnierze padali jak drzewa powalone w szalejącym ogniu – wielkie słonie palone tą bronią padały na ziemię wydając dzikie ryki bólu. Inne palone ogniem biegały we wszystkie strony, jak wśród płonącego lasu, także rumaki i pojazdy spalone energią tej broni wyglądały, jak szczyty drzew, które spłonęły w pożarze lasu...

Księga „Karna Parva” podaje nawet wymiary tej broni: Strzała śmiertelna jak laska śmierci. Mierzy ona 3 łokcie i sześć stóp[4]. Obdarzona mocą pioruna tysiącokiego Indry była ona niszczycielska dla wszystkich żyjących stworzeń.

Starożytni Hindusi wykazali w swoich przekazach piśmienniczych zaskakującą wiedzę naukową o świecie i materii. W powstałym przed około 5.000 laty dziele zatytułowanym „Jyotish” znajdujemy rozważania na takie tematy, jak heliocentryczny ruch planet, prawa grawitacji, gwiazdy stałe na Mlecznej Drodze, dobowy obrót osiowy Ziemi, kinetyczna teoria energii i teoria budowy atomu. Wiadomo także, że niektóre szkoły filozoficzne podejmowały jako przedmiot swych rozważań skomplikowane obliczenia z zakresu fizyki atomowej. Wyznaczenie czasu potrzebnego do przejścia atomu przez jednostkę objętości równą tej, jaką on sam zajmuje jest przykładem jednego z prostszych „tematów badawczych”.

Istnieją także liczne przykłady ścisłych i realnych opisów budowy rakiet i samolotów. Sama tylko „Mahabharata” zawiera ponad 230 strof poświęconych opisowi zasad konstrukcji latających maszyn – vimana – oraz innych urządzeń i aparatów.[5] W „Samarangana Suthadhara” omawiane są zalety i wady poszczególnych typów samolotów zarówno z punktu widzenia ich względnych zdolności i szybkości wznoszenia, jak również sposobów lądowania. Dyskutuje się tam także rodzaje materiałów napędowych – m.in. także rtęć?[6] – oraz materiałów konstrukcyjnych, a mianowicie – różnych odmian drewna, metali lekkich i ich stopów.

Zwróćmy uwagę na fragment opisu lotu vimana: W wyniku działania sił utajonych w rtęci, które uruchamiają napędowy wir powietrza, człowiek znajdujący się wewnątrz może podróżować w podniebna dal [...] Viamana za pomocą rtęci może rozwijać moc pioruna [...] Jeśli ten żelazny silnik o odpowiednio połączonych częściach zostanie napełniony rtęcią, a do jego górnej części zostanie doprowadzony żar, to zaczyna on z rykiem lwa rozwijać moc [...] i natychmiast staje się niczym perła na niebie...

Inny starohinduski epos „Ramayana” opisuje widok, jaki roztaczał się z góry podczas lotu boga Ramy i jego małżonki Sity ze Śri Lanki do Indii. Widok ten jest opisany tak szczegółowo, że wydaje się niemożliwe, aby sam autor nie mógł tego obserwować samemu z góry. Ponadto starożytny samolot pokazano w zadziwiająco nowoczesny sposób: ...niepowstrzymany w swym ruchu [...] o godnej podziwu szybkości, [...] w pełni kontrolowany [...] o pomieszczeniach wyposażonych w okna i znakomite miejsca siedzące...

Jednocześnie znajdujemy w tych dziełach stałą troskę i zaabsorbowanie niebezpieczeństwami wynikającymi z użycia broni nuklearnej. „Mahabharata” zawiera wersety, które – jeśli pominiemy ich archaiczny styl – mogliby wypisać na swych sztandarach dzisiejsi bojownicy o pokój: Wy okrutni i niegodziwi, upojeni i zaślepieni pychą, przez wasz Żelazny Piorun staniecie się niszczycielami własnego narodu.

„Ramayana” przestrzega, iż Strzała Śmierci jest: tak potężna, że może w jednej chwili zniszczyć całą Ziemię, a jej straszliwy wznoszący się dźwięk wśród płomieni, dymu i pary [...] jest posłańcem śmierci.

Wreszcie „Badha Parva” opisuje efekty ekologiczne użycia takich bomb: ... nagle pojawiła się substancja podobna do ognia[7] i nawet teraz pokrywające się bąblami wzgórza, rzeki i drzewa oraz wszelkiego rodzaju zioła, trawy i rośliny, w ruchomym i nieruchomym świecie, obracają się w popiół.[8]

W końcu w „Musala Parva” znajdujemy notatkę wskazującą na to, że zdano sobie wreszcie sprawę z tego, iż broń ta jest zbyt niebezpieczna dla świata. Notatka ta zdaje się napomykać o zniszczeniu i pozbywaniu się głowic atomowych: w wielkim strapieniu umysłu król nakazał zniszczyć Żelazny Piorun na drobny proch. Wezwano ludzi [...], aby wrzucili ten proch do morza...[9]



[1] Tak niewielka jednostka czasu mogłaby posłużyć do opracowania mikrograwimetrycznych map Ziemi służących np. geologom w wykrywaniu bogactw naturalnych naszej planety, albo wojskowym zwiadowcom do wykrywania wrogich bunkrów i innych konstrukcji podziemnych – przyp. R.K.L.

[2] To właśnie tym zajmuje się i taka wiedzę przekazuje sobie masoneria i inne tajne stowarzyszenia mistyczne i quasi-religijne – przyp. R.K.L.

[3] Właściwie na pewno. Alchemia narodziła się w jednym z najstarszych państw na Ziemi – w Egipcie – i stanowi ona cień dawnej wiedzy poprzedniej cywilizacji czy nawet kilku poprzednich cywilizacji, które tam żyły – przyp. R.K.L.

[4] To jest około 3.20 m – przyp. aut.

[5] Zob. M. Jesenský – „Bogowie atomowych wojen”, (Ústi nad Labem, 1998) – przekład W. Baranowicz – uwaga R.K.L.

[6] Rtęć nie może być paliwem jądrowym, ale rozpuszczony w niej uran czy inne pierwiastki wysokoenergetyczne – np. tor czy pluton – mogą być. Ewentualnie tzw. „czerwona rtęć” RM-20/20, którą najprawdopodobniej dzisiaj stosuje się w mini-bombach termojądrowych o mocy 1-20 kt TNT może być takim nośnikiem – uwaga R.K.L.

[7] Stan plazmy? – przyp. aut.

[8] W tym kontekście zrozumiałe jest zagrożenie wynikające z tego, że taka broń mogłaby się dostać w ręce nieodpowiedzialnego tyrana, który od razu zwróciłby ją przeciwko swojemu i innym narodom. Nie zapominajmy, że Irak, Indie i Pakistan leżą właśnie na terenach antycznych bitew atomowych i można tam znaleźć niejeden artefakt, który mógłby im pomóc w konstrukcji jakiejś superbroni!  – uwaga R.K.L.

[9] Istnieje możliwość, że ślady tego procederu znajdują się dzisiaj na Antarktydzie, pod pancerzem lądolodów, gdzie znajdują się słodkowodne jeziora wody, a których pochodzenie jest nieznane. Mogły je wytopić reakcje jądrowe zachodzące w antycznych głowicach broni A i H – przyp. R.K.L.

piątek, 20 grudnia 2013

PROJEKT „BABILON”, UFO I NEONAZIŚCI (1)


Czy Irakijczycy mieli Broń Masowego Rażenia? Jeżeli tak, to skąd? 



- Pochlebiasz mi, Ibrahimie, to się da zmniejszyć do takich rozmiarów, by załadować bombę do przedniej części rakiety.
- Gdyby nasi iraccy bracia zaczekali jeszcze trochę...
- Izrael zniknąłby z powierzchni Ziemi, ale Irakijczycy okazali się za głupi i tyle.

Tom Clancy - „Suma wszystkich strachów”, tom 2

Świat po 11 września 2001 roku już nie będzie taki sam...

George W. Bush jr. - „Orędzie do narodu amerykańskiego”
z dn. 16.IX.2001 r.



Znany amerykański pisarz powieści political fiction Tom Clancy pisząc „Sumę wszystkich strachów” (Warszawa 1994) miał na myśli lokalną wojnę termojądrową z Izraelem i atomowy terroryzm uprawiany przez islamistów na terenie USA. Książki tego autora zawierają szereg ciekawych faktów z czasów Zimnej Wojny i bezpośrednio po niej.

Ostatnio wpadła mi w ręce inna książka znanego w Polsce autora i poszukiwacza śladów hitlerowskich tajnych broni i pozaziemskich technologii red. Igora Witkowskiego pt. „Supertajne bronie Islamu” (Warszawa 2000). Od czasu napisania w 1998 roku wraz z dr Milošem Jesenským książki pt. „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w Trzeciej Rzeszy” (Ústi nad Labem 1998, Warszawa 2001) odnoszę wrażenie, że co chwila spoza wszystkich dziwnych black projects i skunk works - jak to nazywają Anglosasi te wszystkie projekty badawcze nad nowymi tajnymi broniami i super-broniami - wychylają się pomysły uczonych i inżynierów z III Rzeszy...


Haszyici i die Wunderwaffe



Książka Igora Witkowskiego mówi w swej głównej mierze o terroryzmie islamskim i usiłowaniach skonstruowania przez islamistów własnego arsenału broni A, B i C. Terroryzm w wydaniu islamskim jako metoda walki ze światem Zachodu, a od lat 80. także z ZSRR i Rosją (WNP) - że wspomnę wojny w Afganistanie, Czeczenii oraz w Nagorno-Karabachu - jest czymś tradycyjnym na Wschodzie i Arabowie mają swe wielkie tradycje w walkach przeciwko wrogom wewnętrznym i zewnętrznym, że wspomną tylko Asasynów (Haszyitów) i ich groźnego przywódcy - Starca z Gór, rezydującego w niedostępnej Twierdzy Almhut. Sprawował on faktyczna władzę, którą egzekwował przy pomocy fanatycznie oddanych mu wojowników - fedavitów - którzy mieczem, sztyletem, intrygą i trucizną obalali niewygodnych mu władców od Indii po Egipt i jeszcze dalej.

Jak już tu powiedziałem, niektóre pomysły rodem z laboratoriów i biur projektanckich III Rzeszy Niemieckiej, trafiły także nad Eufrat i Tygrys. Nie mówię tutaj o rakietach SCUD, które Husajn Saddam zakupił czy dostał jeszcze od Sowietów w ramach „wspólnej walki z imperializmem amerykańskim”. Te SCUD-y, chociaż leciwe, były w stanie zagrozić bazom USAF, US Navy, RAF i Royal Navy w Arabii Saudyjskiej i Oceanie Indyjskim, a nade wszystko odwiecznemu wrogowi Arabów - państwu Izrael. W planach Saddama to Izrael był i jest celem numer jeden - i tam też poleciały SCUD-y z głowicami konwencjonalnymi w czasie Wojny w Zatoce. Efektywność tych ataków była niewielka, dlatego też Saddam zapragnął mieć coś bardziej:
v taniego,
v celniejszego,
v skuteczniejszego w walce ze swymi sąsiadami, niż wysłużone SCUD-y...

... z którymi doskonale radziły sobie doskonale przeciwrakiety amerykańskiego systemu obrony przeciwbalistycznej Patriot czy Aegis. Arabowie doskonale odrobili lekcje i dlatego do ataku na WTC i Pentagon użyli cywilnych samolotów pasażerskich. Stara hitlerowska metoda użycia pasażerów jako żywych tarcz, którą Polacy pamiętają choćby z Powstania Warszawskiego!... Tym czymś lepszym miała być broń konwencjonalna, ale o gigantycznych rozmiarach i sile rażenia, a którą opracowano w ramach „Projektu Babilon”.

W czasie II Wojny Światowej, hitlerowscy uczeni pracowali nad wielkim, choć tylko o kalibrze 152 mm (6 cali) działem znanym pod kodowym nazwaniem Schnelle Eliske, Hochdrückpumpe czy Tausendfüßler - a który świat zna pod krótkim kryptonimem V-3.

V-3 miało lufę o imponującej długości 127 m i miotało trzymetrowe pociski ze stabilizatorami, (bo miało ono gładką lufę i pocisk nie mógł być stabilizowany przez nadany mu przez pola i bruzdy przewodu lufy ruch obrotowy) na odległość wynoszącą w założeniach 200-250 km. Jak wykazały badania wykonane w 1943 roku na Zalewie Szczecińskim i Przełęczy Krowiarki - V-3 wypluwało pociski na odległość około 50 km, zatem za mało, by zbombardować tym sposobem Londyn z francuskiego brzegu... Dopiero zmiana sposobu przyspieszania pocisku w lufie poprzez dodatkowe ładunki miotające pozwoliły na skonstruowanie Stonogi, która mogła realnie zagrozić Londynowi. Wybudowano już stanowiska ogniowe w Epperleques nad Kanałem La Manche i na szczęście aliancki rajd bombowy unieszkodliwił je na zawsze... V-3 nie dała ognia ani razu - ale idea pozostała, a jej echo wróciło w innej części świata - w Iraku pod rządami Husajna Saddama jako „Projekt Babilon”.


Arabski Asat?


Początkowo „Projekt Babilon” zakładał budowę dwóch super-dział: Małego Babilonu o kalibrze 500 mm i Wielkiego Babilonu o kalibrze 1000 mm! Ich zasięg miał być wystarczający do zasypania pociskami o masie 1500 i 2500 kg celów w Izraelu, Iranie, Kuwejcie, Arabii Saudyjskiej i innych krajów z Irakiem sąsiadujących. Jak wynika to z mapki - w zasięgu Babilonów znalazłyby się m.in.: Ankara, Erewan, Baku, Teheran, Al-Kuwait, Al-Manama, Ad-Dahua i przy okazji pół Zatoki Perskiej, Ar-Rijad, Amman, Bejrut, Nikozja, Damaszek i oczywiście Tel-Aviv, Jaffa i Jerozolima w Izraelu. Czyż nie jest to wspaniały „instrument politycznego nacisku” na sąsiadów???... Celność tych gigantów nie mogła być zbyt wielka na dużych dystansach, ale używając amunicji nuklearnej, biologicznej czy chemicznej, kilometr w prawo czy w lewo, w przód czy w tył nie gra zasadniczej roli...

Gracham Birdsall w jednym ze swych artykułów na temat sztucznych satelitów Ziemi i Nieznanych Obiektów Orbitalnych pisze, że dziwnym mu się wydaje fakt, iż Amerykanie stracili na początku lat 90. kilka swoich spy-satów nad Środkowym Wschodem. Mówiło się o pięciu satelitach, w tym jeden rozpoznania radio-elektronicznego Ferret D i jednego z tzw. Deep Space Platform. Wielu autorów na Zachodzie obarczyło winą za ich zniknięcie Obcych z NOO i w ten sposób „odfajkowało” tą zagadkę.

Amerykańskie spy-saty latają nad Irakiem w celu nadzorowania Saddama i jego wojsk, a ostatnio w poszukiwaniu terrorystów z al-Quaedy i afgańskich talibów. Poza tym podsłuchiwane są wszystkie rozmowy prowadzone przy użyciu radiowych środków łączności i wystarczy w czasie rozmowy wypowiedzieć słowo-klucz, np. „wojna”, „broń” czy „wojsko”, by satelita natychmiast włączył system monitoringu i przekazał dane tam, gdzie trzeba... Dlatego te spy-saty są tak niewygodne dla Saddama i jego generałów... Nie mają oni broni kosmicznych w postaci pocisków rakietowych klasy Asat  ziemia-przestrzeń kosmiczna czy powietrze-przestrzeń kosmiczna, albo wreszcie głębina wodna-przestrzeń kosmiczna, które byłyby w stanie zestrzelić szpiegowskiego satelitę lecącego na LEO - czyli niskiej orbicie wokółziemskiej. Zamiast tego mają oni swe Babilony, które mogą być bardzo groźną i skuteczną bronią anty-satelitarną!...

Rzecz leży nie w samych działach, które mogłyby nadać pociskom prędkość taką, jaką mogą im nadać gazy prochowe, czyli gdzieś 2,80-2,81 km/s, zaś pociski mogą w swym locie dosięgnąć jonosfery, ale nie wyżej, bowiem do tego potrzebna jest już Pierwsza Prędkość Kosmiczna czyli VI = 7,9 km/s. aby ja osiągnąć i trafić w cel należy strzelać pociskami hybrydowymi: pocisk artyleryjski + pocisk rakietowy na paliwo stałe z aktywnym lub pół-aktywnym naprowadzaniem na cel. Wielki Babilon wystrzeliwuje taki pocisk na wysokość 50 km nad powierzchnię Ziemi, a kiedy altimetr wskaże maksymalną wysokość, włącza się silnik rakietowy na paliwo stałe i układ naprowadzania, który znajduje cel i goni go po krzywej pościgu. Inny wariant zakłada wystrzelenie hybrydy po prostej wyprzedzania - ale tak czy owak efekt jest jeden - zniszczony satelita i Pentagon traci na pewien czas swe oczy i uszy... Rzecz jest całkowicie realna!


Kryptonim „Red Mercury”



Wprawdzie Igor Witkowski oponuje, że Irakijczycy nie mogliby wyprodukować takiej wyrafinowanej i finezyjnej technicznie broni, ale sadzę, że jest właśnie na odwrót. Oni są w stanie wyprodukować coś takiego i użyć przeciwko całemu cywilizowanemu światu, bowiem szeregi ich uczonych zasilili sfrustrowani naukowcy z byłego Związku Radzieckiego, Niemieckiej Republiki Demokratycznej i innych krajów tzw. „demokracji ludowej”.

W latach 1990-1994 i później, na terenie Polski, Słowacji, Rumunii i Węgier dochodziło do spotkań emisariuszy Saddama podróżujących na paszportach wydanych w krajach byłej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii z rosyjskimi i wschodnioniemieckimi naukowcami - głównie atomistami i specjalistami od BMR, a także pracownikami chińskich służb specjalnych - co szczególnie dotyczy Rumunii i Albanii, w których Pekin miał szczególnie silne rezydentury wywiadu wojskowego i cywilnego. Kontakty te były śledzone przez polskie służby specjalne, słowacki FBIS i BIS, amerykańską CIA i izraelski MOSSAD. Szczególnie intensywna było działalność MOSSAD-u ze zrozumiałych względów - najbardziej zagrożonym wciąż był i jest Izrael. Nie uchroniło to Amerykanów przed haniebną wpadką z mini-bombą wodorową W-88, którą Chińczycy gwizdnęli im z supertajnego laboratorium.

Tymczasem służby graniczne i celne wszystkich krajów Europy Zachodniej i Środkowej polowały na komponent konstrukcyjny właśnie takich mini-ładunków jądrowych i termojądrowych znanych pod nazwą „Red Mercury” - „czerwona rtęć”, znanego pod handlowym znakiem RM-20/20, który umożliwia skonstruowanie bomby nuklearnej o niewielkiej mocy ok. 0,1 kt TNT o elemencie paliwowym rozmiarów piłki golfowej lub tenisowej - sic!

RM-20/20 to siedmiotlenek dwuantymonu dwurtęciowego - Hg2Sb2O7 - i jest on silnie radioaktywny, bowiem zawiera radioizotopy rtęci i antymonu 194Hg i 124Sb oraz 125Sb, a to dlatego, że mają one długi okres półzaniku... Saddam powtórzył po prostu amerykańską „Operation Paperclip” z końca II Wojny Światowej i to z niezłym skutkiem.


CDN.

poniedziałek, 4 lipca 2011

TCK: Tunguski Meteoryt alla Polacca (2)












Przypadek Jerzmanowice’93

To było najdziwniejsze i najbardziej przypominające spadek TM wydarzenie, z jakim zetknęliśmy się w naszej ufologicznej karierze. Incydent Jerzmanowicki - a raczej spadek Jerzmanowickiego Dziwa (bo tego inaczej nie da się nazwać) zjawiskowo przypomina nam spadek TKC - tyle tylko, że skala zjawiska była nieporównywalnie mniejsza: nad Podkamienną Tunguską rąbnęło 13...130 Mt 2,4,6-trójnitrotoluenu, zaś w Jerzmanowicach ładunek ten wyniósł tylko 80-100 kg TNT - czyli 1,3 mln razy mniej! Ale to w żadnym stopniu nie zmniejsza ważności i spektakularności zjawiska!...

Na temat Jerzmanowickiego Dziwa - dalej JD - napisano już chyba wszystko. Badali je wojskowi specjaliści i profesorowie uniwersyteccy. Nic nie wskórali. Nie znaleziono szczątków meteorytu - bo a priori założono, nie wiadomo dlaczego, że to był meteoryt - ani pocisku rakietowego, co założyli wojskowi. Sytuacja przypomina nam dokładnie skrzyżowanie czeskiego i radzieckiego filmu: „było i nie ma - i nikt nic nie wie...”

A to było tak:

Wieczorem, dnia 14 stycznia 1993 roku, około godziny 19:00 (18:00 GMT), mieszkańców podkrakowskich Jerzmanowic (powiat Kraków, woj. małopolskie) poderwało na nogi dziwne zjawisko - otóż coś wyrżnęło w wapienny ostaniec zwany Babią Górą i rozniosło jej wierzchołek na drobne kamyki, które zaścieliły grunt w promieniu 700 m od niej po nierównej elipsie rozlotu. Fala podmuchu wywaliła okna w promieniu kilometra od epicentrum, zaś huk wybuchu słyszano nawet w Krakowie i Sosnowcu. Eksplozji towarzyszył błysk, który zaobserwowano w odległej o 67 km Zawoi.

Wybuch spowodował panikę wśród ludzi i zwierząt gospodarskich. W chwilę po nim ludzie poczuli duszący zapach, jakby środków ochrony roślin - coś w rodzaju DDT czy opartego na nim innego pestycydu. Eksplozja spowodowała u zwierząt reakcje agresywne lub apatię, zaś u ludzi apatię i spowolnienie refleksu. Trwało to prawie tydzień.

Rzecz dziwna - eksplozja spowodowała spalenie wszystkich żarówek i urządzeń elektrycznych - nawet tych, które nie były włączone - w promieniu 1 km od epicentrum wybuchu. Przypominało to dość dokładnie zjawiska towarzyszące eksplozji Meteorytu Tomskiego (Czułymskiego) w dniu 26 lutego 1984 roku. Jednakże tutaj mamy do czynienia ze zjawiskiem o wiele mniejszym w skali...
Pozwalamy sobie zestawić tutaj kilka spektakularnych eksplozji w historii świata, by zobaczyć, jak na tym tle przestawia się wybuch JD.

Zacznę od największych eksplozji jakie zna świat: otóż impakt asteroidy Chicxulub wyzwolił energię 0,4 YJ[1] czy jak kto woli 4 x 1023 dżulów, co spowodowało wyrzut do atmosfery Ziemi 60.000 km3 materiału skalnego. Obniżenie średniej temperatury Ziemi o 20oC i wymarcie dinozaurów. Z tym można porównać tylko erupcję syberyjskich Superwulkanów, które spowodowały Wielkie Wymieranie P/T.

Innym spektakularnym wybuchem był wybuch wulkanu Tambora, który wyzwolił 80 ZJ albo jak ktoś chce 8 x 1022 dżuli, czego następstwem był wyrzut 80 - 175 km3 tefry i gazów w atmosferę i obniżenie temperatury Ziemi o 1,5oC oraz 92.000 zabitych.

Najsłynniejszym wybuchem naturalnym była erupcja wulkanu Krakatau (Rakata), w czasie której wyzwolona energia osiągnęła 3 EJ[2] czyli 3 x 1018 dżulów. Wyrzut w atmosferę Ziemi 20 km3 tefry i materiału skalnego, obniżenie temperatury Ziemi o 0,5oC. A do tego 36.000 zabitych.

Impakt TCK wydzielił energię w ilości „tylko” 1 EJ, co wywołało efekty optyczne i geofizyczne w atmosferze ziemskiej.

Impakt Tomskiego (Czułymskiego) Meteorytu to jedynie 8,5 PJ[3] i poza spaloną tajgą nie odnotowano żadnych skutków.

Wybuch wulkanu Mt. St. Helens wywołał wydzielenie się 0,8 PJ energii, czego skutkiem był wyrzut 1 km3 tefry w atmosferę i około 100 zabitych.

No i wreszcie Incydent Jerzmanowice’93, w czasie którego eksplozja uwolniła energię w ilości 0,77 TJ[4] i nie było żadnych znaczących efektów, poza rozwaleniem części Babiej Skały.

Jak widać, spadek i eksplozja JD wypada blado w porównaniu z pozostałymi zjawiskami, ale... Jak dotąd nikt nie podał przyczyny tego fenomenu i na JD połamali sobie zęby uczeni, podobnie jak na TF. Ufolodzy też...

JD zaczęto badać stosunkowo późno, bo dopiero na wiosnę 1999 roku, kiedy to w Jerzmanowicach pojawiła się ekipa ówczesnego Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych w składzie: Anna i Robert Leśniakiewiczowie, Marzena, Ewelina i Wioletta Wójtowiczówne oraz Bartosz Soczówka ze swym ojcem. Pierwej jednak dokonano analizy wszystkich zebranych informacji, z której wynikało, ze JD jeżeli był w ogóle meteorytem, to zaiste dziwnym! Nie dało się ustalić kierunku, z którego ów meteoryt nadleciał nad miejsce impaktu w Jerzmanowicach. Jedni świadkowie mówili, że z zachodu, inni że ze wschodu czy północnego wschodu - patrz mapka.

Astronomowie stwierdzili, że JD mógł być związany z asteroidą 6344 P-L, która akurat w dniu 14 stycznia 1993 roku przechodziła przez swe perygeum i mógł on nadlecieć z kierunku NE.

Z kolei wojsko przeszukiwało okolice Babiej Góry i skałki Sikorka, bowiem zdaniem wojskowych, obiekt nadleciał z kierunku odległego o 19 km Krakowa... Jednym słowem, nawet tego nie udało się bezspornie ustalić, bo choć elipsa rozrzutu odłamków szczytu Babiej Skały wskazywała na korzyść tej ostatniej wersji, to inne relacje wskazują na to, że było zupełnie inaczej...

Tajemniczą sprawą jest to, że na chwilę przed wybuchem świadkowie stwierdzili przelot samolotu nad okolicą, co dało asumpt stwierdzeniom, że to wojsko zgubiło tam coś, czego nie powinny oglądać oczy cywilów - jednym słowem polskie „Archiwum X”!? cóż to takiego być mogło? Stukilogramowa bomba lotnicza czy głowica rakietowa, a może tajemnicza broń E - obezwładniająca wszelkie systemy elektryczne i elektroniczne, którą USAF i lotnictwo NATO wykorzystały w czasie wojny w Kosowie w 1999 roku?

Uderzenie piorunu? Czemu nie? Szedł chłodny front atmosferyczny znad Skandynawii i wywiązała się burza elektryczna. Wyładowanie trafiło w szczyt Babiej Góry i spowodowało elektrowybuch zalegającej w jej szczelinach wody... Piękne! - tyle że od A do Zet nieprawdziwe, bowiem wedle relacji świadków w szczyt Babiej   n i g d y   nie uderzały pioruny, a gdyby nawet, to prąd spłynąłby po skale nie wnikając w nią. Tak więc nie było żadnego elektrowybuchu deszczówki - i być nie mogło. Nieoczekiwanym potwierdzeniem hipotezy „piorunowej” był zapis sejsmografów ze stacji sejsmologicznej PAN w Ojcowie, gdzie w godzinach 18h58m54s i 19h00m17s CW krytycznego dnia odnotowano dwa wstrząsy   b a r d z o   p o d o b n e   do tych, które powstają przy wyładowaniach atmosferycznych uderzających w skały. Czyż nie pasuje to jak ulał do zjawisk towarzyszących spadkowi i wybuchowi TM???

Jest jeszcze jedna hipoteza - dość szalona bo szalona, ale... Chodzi o to, że ktoś mógł wypróbować działanie małej głowicy jądrowej - coś à la amerykańskiej W-88, NB której plany ukradli Chińczycy Amerykanom kilka lat temu. Taka mała atomówka , która ponoć można umieścić w teczce, a których kilkanaście - mówi się o 100 - zaginęło Rosjanom z ich arsenałów atomowych.[5] Byłaby to idealna broń w rękach terrorystów i mafiosów - o wojskach specjalnego przeznaczenia nawet nie wspominam... Może wiec ktoś podłożył taki ładunek - mikroładunek jądrowy - w Jerzmanowicach? Ale właściwie dlaczego właśnie tam?! Znam parę innych i ciekawszych miejsc w tym kraju - ot, choćby w Warszawie na Wiejskiej! Obawiam się jednak, że taka „mateczka” (to licencia poetica od Stanisława Lema - sic!) miałaby moc co najmniej kilku kt TNT, zaś w Jerzmanowicach eksplodowało zaledwie 0,00001 kt TNT - nieco przymało, jak na nasz gust. Nie mówiąc już o tym, że błysk neutronowy powstały w momencie eksplozji termojądrowej i wzmocniony jeszcze przez tzw. „czerwoną rtęć” RM 20/20[6] wykończyłby wszystko, co żyje w promieniu co najmniej kilometra... Należałoby zatem przypuścić, że cała energia eksplozji została zamieniona nie w strumień neutronów, ale w silny puls magnetyczny, który poraził wszystkie urządzenia elektryczne i elektroniczne w promieniu 1.000 m od epicentrum. Byłaby to idealna broń oślepiająca urządzenia radiolokacyjne i inne sensory przeciwnika. Czy ktoś wypróbowywał tę broń - użytą potem w Zatoce Perskiej przeciwko Irakowi, Bośni i Hercegowinie oraz w Kosowie przez lotnictwo NATO i USAF - na mieszkańcach Jerzmanowic? Nie sądzę, by tak było - chociaż w warunkach panującego bałaganu i bezprawia w III Najjaśniejszej Rzeczpospolitej   n a w e t   t a k i e   rzeczy są możliwe... Być może ta broń wymknęła się komuś spod kontroli i to jest właśnie najbardziej prawdopodobne!

Ale czy prawdziwe?

Nie sądzimy, by to było nieprawdziwe, boż istnieje możliwość, że bliskie przejście koło Ziemi asteroidy oznaczonej 6344 P-L mogło strącić na nią orbitującego uzbrojonego satelitę amerykańskiego, rosyjskiego, chińskiego czy... atlantydzkiego!? Rzecz w tym, że takich wydarzeń w historii świata było więcej. Ale nie sądzimy, by Ludzkość posiadała broń E już w XVII wieku! A zatem to może być kolejny ślad i zarazem   d o w ó d   realności atomowych wojen antycznych bogów-astronautów!...

A teraz pozornie z innej beczki. W dniu 7 listopada 1996 roku, w Olsztynie k./Częstochowy doszło do dziwnego zdarzenia. Około godziny 4:00 nad ranem jego mieszkańców obudził okropny huk. Kilkunastu świadków ujrzało, jak obok zamkowej wieży pojawił się jasno oświetlony NOL. Potem drugi, który wylądował w pobliżu ruin zamku. Owo tajemnicze misterium nocne trwało około pół godziny, poczym oba NOL-e znikły.

Po raz pierwszy oględzin tego miejsca w dwa tygodnie po tym CE2 dokonali Bronisław z Marianem Książkiem, którzy stwierdzili obecność dziwnych kręgów - a raczej pierścieni świeżej - jakby wiosennej - trawy z wiosennymi kwiatami i grzybami z gatunku wieruszka zatokowata - Entoloma sinutatum, która występuje tylko na wiosnę - w maju i na początku czerwca! Wyglądało to tak, jakby w tych niezwykłych pierścieniach czas cofnął się lub przyśpieszył do wiosny. Pierścienie te - a właściwie formacje przypominające kształtem wydłużoną literę C miały długość około 5 m i szerokość 70 cm - vide zdjęcia. Trawa na tych miejscach była wyraźnie bujniejsza i kiedy ostatnio byliśmy tam 7 sierpnia 1999 roku, były one jeszcze wyraźnie widoczne.

I co ciekawe - podobne pierścienie trawiaste znaleziono także na lądowiskach NOL-i na Węgrzech i Rumunii - o czym powiadomił nas dr Gábor Tarcali z HUFORF. Coś podobnego widzieliśmy także u nas, w Polsce na lądowisku NOL-a na górze Golgota, w okolicy wsi Spytkowice (pow. Nowy Targ, woj. małopolskie), gdzie NOL pozostawił po sobie trzy pierścienie świeżej trawy i trójkąt równoramienny. Także i w tym przypadku stwierdziliśmy ogromne wysypy wieruszek zatokowatych, które w maju utworzyły tam tzw. „czarcie kręgi” swych owocników. Zainteresowanych odsyłam do opracowania „PROJEKT TATRY - Raport końcowy” (Kraków 2002), gdzie całą tą sprawę opisano.
W maju 1999 roku, w czasie wizji lokalnej, ekipa MCBUFOiZA odkryła na łączce u podnóża Babiej Góry taki sam zielony pierścień trawiasty, jaki Rzepecki i Książek odkryli w 1996 roku w Olsztynie k./Częstochowy. W kwietniu 2000 roku, dwaj nasi byli koledzy z MCBUFOiZA Podkarpacie: Arkadiusz Miazga i Marcin Mierzwa z Ropczyc odkryli duży trawiasty pierścień położony w odległości około 7 km na wschód od Brzeska, tuż przy drodze nr 4 (E-40). Widoczny na zdjęciu półokrąg trawy ma około 15,3 m średnicy i najprawdopodobniej tam miało miejsce lądowanie NOL-a lub NNOL-a!

W okolicy Ropczyc odkryto cztery miejsca, w których znajdowały się trawiaste pierścienie, o czym ostatnio doniósł nam inny były członek MCBUFOiZA Podkarpacie - Grzegorz Dawid.

We wszystkich tych tutaj wymienionych przypadkach była to ciemnozielona, świeża trawa przerastająca ubiegłoroczne wyschłe źdźbła! Identycznie, jak na miejscu CE2 w Spytkowicach! Czyżby doszło zatem w Jerzmanowicach do kraksy NOL-a, a nie eksplozji pozostałości po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów? Na miejscu spadku TM takich pierścieni trawiastych nie znaleziono, ale czy ktoś ich tam szukał? -  o ile nam wiadomo, to nikt!...

Robert poszukiwał podobnych kręgów w Tatrach, w rejonie Giewontu, Czerwonych Wierchów i Kominiarskiego Wierchu (Kominów Tylkowych) - bezskutecznie.  Nie znalazł tam ani jednego. A zatem wygląda na to, że NOL-e tam nie lądowały - czego wprawdzie nie potwierdziły wyniki PROJEKTU TATRY - albo lądowało tam coś innego, ale co? Tego nie wiemy... Jak dotąd nikt nie ma jakiegoś sensownego pomysłu.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt tej sprawy: obecność NOO i... terenów powulkanicznych w NW terenach województwa małopolskiego.

NOO - to Nieznane Obiekty Orbitalne, które obserwowało się od dawna. To nie tylko Czarny Baron  dr Bagby’ego. To cała masa obserwacji  dokonana w czasie trzech lat przez MCBUFOiZA oraz inne organizacje i indywidualnych badaczy z Warszawy, Wrocławia, Kłodzka i Wybrzeża. NOO i JD są ze sobą powiązane pochodzeniem z Kosmosu. Zaś to wiąże się z faktem istnienia w okolicach Alwerni, Krzeszowic i Regulic terenów powulkanicznych - i to sprzed 200 mln lat - a pod Krzeszowicami znajdowała się ogromna o średnicy 25 km kaldera wulkaniczna i są tam cieplice... Tak, jak w przypadku spadku TM! Trapy wulkaniczne Podkamiennej Tunguskiej liczą sobie też 200 mln lat - a zatem jeżeli to jest tylko przypadek, to nader dziwny!...

Jest jeszcze druga strona tego medalu - otóż przed wybuchem III wojny światowej i w pierwszych dniach jej trwania[7], okolice Alwerni były penetrowane przez NOL-e, zaś nocne niebo nad Małopolską przecinały co chwilę NOO. W kamieniołomach Alwerni i Regulic łamie się melafiry i tufy (skamieniałą tefrę), w których czasami można znaleźć ametysty. Ich fioletowe zabarwienie - podobnie jak w przypadku halitu (soli kamiennej) - wskazuje na to, że poddano je działaniu promieniowania α, β i γ, które najprawdopodobniej pochodzą ze złóż hydrotermalnych rud uranowo-torowych, które z kolei mają na oku Obcy z UFO?... Możliwe, bowiem Obcy pilnie obserwują wydobycie, przetworzenie i zużytkowanie ziemskich surowców energetycznych. Najprawdopodobniej w celu oszacowania naszych możliwości gospodarczych i co za tym idzie - militarnych - i potencjalnych możliwości zniszczenia naszej planety lub Ich samych... Tą sprawę badali mgr Tomasz Niesporek i Jerzy Strzeja z katowickiej „Sieci” i są podobnego zdania. No, ale to już jest temat na osobne opracowanie.

Reasumując, nasza tak dobrze znana rzeczywistość ukrywa przed nami drugie i trzecie dno - a jest nim Obecność Obcych na naszej planecie. Czytając opracowanie Wojciechowskiego odnosi się wrażenie, że coś zostało niedopowiedziane do końca i całe opracowanie nie zostało dokończone. Wszystkie próby wyjaśnienia TF sprowadzały się czy prędzej czy później do jednego: TM był z pewnością   k o s m i c z n e g o   pochodzenia i tylko brakowało jednego, jedynego stwierdzenia, że TM był  pochodzenia  s z t u c z n e g o ...  Uczeni bali się, boją i jeszcze długo bać będą takich zdecydowanie brzmiących stwierdzeń, bo musieliby uznać za absolutny pewnik albo fakt istnienia obcej CNT operującej w Układzie Słonecznym, albo  fakt istnienia pozostałości po poprzedzającej nas SCNT, która być może teraz operuje już w otwartym Kosmosie! - a na tak daleko idący wniosek żaden szanujący się, ortodoksyjny naukowiec sobie nie pozwoli... A przecież istnieją artefakty - namacalne dowody na to, że któraś z tych możliwości (lub nawet obie) jest prawdziwa!  Klasycznym, wręcz klinicznym przykładem na takie artefakty są te, które prezentuję poniżej. Pierwsze zdjęcie przedstawia obiekt o średnicy 8 cm, a pokrywający go relief przedstawia najprawdopodobniej ... schemat Układu Słonecznego, lub innego układu planetarnego... Drugie zdjęcie nadeszło do nas z Japonii i przedstawia ono kulisty artefakt ze świątynnego muzeum w Nara. Czy ten „przedmiot kultowy” może być modelem... obcej planety???...

Jak tutaj już wielokrotnie powiedziano, ślady pobytu i działalności na Ziemi rodzimej SCNT widać na każdym kroku i tylko temu, że są one tak pospolite my ich nie dostrzegamy... - i na tym polega cała bieda. TM jest jednym z ogniw długiego łańcucha zagadek, w który wpisują się megalityczne budowle, UFO, czakramy Ziemi, możliwości ludzkiego ciała i umysłu, religie Wschodu i Zachodu, itp. itd. - to wszystko ma swe korzenie w dalekiej przeszłości naszego gatunku Homo sapiens sapiens...

Jesteśmy przekonani, że kiedy wykonamy kolejny krok w Kosmos i zaczniemy eksplorować Księżyc oraz jego pobliże, to z całą pewnością znajdziemy na nim artefakty po naszej ziemskiej SCNT, a kto wie, czy nie po obcej też... Mamy nadzieję, ze spotkamy żywe istoty, a nie tylko automaty pozostałe po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów sprzed stu dwudziestu wieków - a które mogły wyewoluować w kierunku stania się istotami pół-żywymi pół-mechanicznymi jak Niszczyciele i Zływrogi z powieści Siergieja Sniegowa  „Dalekie szlaki” czy półautomatycznymi istotami rodem z filmów Stevena Spielberga i  George’a Lucasa.

Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było...

A dowody? - zapyta ktoś. Dowody na to są wokół nas, tylko my nie zawsze chcemy je dojrzeć. Ot, choćby tajemnicze kule kamienne znajdowane tu i ówdzie w skałach Beskidów czy słowackich Javorników. Nikt do dziś dnia nie podał sensownego wyjaśnienia co do ich pochodzenia. Uczeni wymyślają coraz to bardziej karkołomne hipotezy, które zamiast rozjaśnić obraz, tylko go zaciemniają. Bełkocą coś bez ładu i składu o konkrecjach na dnie Oceanu Tetydy czy o wietrzeniu kulistym... - a tymczasem odkryliśmy i to, że kule kamienne znajdują się w pokładach soli kamiennej w Wieliczce i Bochni, a zatem pochodzą z tego samego okresu, co te w Javornikach i Beskidach. Robert rzucił kiedyś hipotezę, że były to meteoryty, które doleciały do Ziemi i wbiły się głęboko w osady ilaste i solne na dnie wysychającego Oceanu Tetydy... Ale nie, ta hipoteza upadła w ogniu analizy faktów. Nie mogą one być meteorytami choćby dlatego, że są to najzupełniej normalne ziemskie piaskowce...

A zatem podejrzewamy, że rozumne automaty pozostałe po Konflikcie stopniowo uniezależniły się od skundlonych ze zwierzętami i sprymitywizowanych do cna ludzi, poprzez stworzenie swej własnej bazy energetycznej i remontowej. Czego potrzebuje robot, by przeżyć - tzn. aktywnie ingerować w otaczające go środowisko? Trzech rzeczy:

v                 Źródeł energii;
v                 Części zamiennych;
v                 Warsztatów naprawczych i remontowych.

Po Wielkim Konflikcie Bogów pozostały tylko rozumne maszyny, które nie podlegały nikomu - z małymi wyjątkami. Kto panował w Starożytności? Królowie? - nie. Wodzowie - też nie. Oligarchia? - im się tylko wydawało, że panują nad ludźmi dzięki posiadanym fortunom.  Panowali tylko ci, którzy posiadali antyczna wiedzę - magowie i kapłani. To właśnie magia i religia - dokładnie w takiej kolejności - pozwalała trzymać im władzę nad motłochem. Ciemnym, nieoświeconym, ale stanowiącym ślepą siłę motłochem, który można było wykorzystać i wykorzystywano do swych celów. To właśnie magowie i kapłani posiadali władzę nad demonami i innymi nadprzyrodzonymi siłami. Diabła tam demonami! - właśnie nad tymi robotami, którymi już nikt nie potrafił - poza nimi - kierować. To właśnie te roboty były demonami, nad którymi można było zapanować przy pomocy zaklęć - a właściwie rozkazów wydawanych im w języku dla nich zrozumiałym - np. atlantydzkim! Patrząc na dysk z Phaistos (Faistos, Fajstos) Robert ma wrażenie, że patrzy na... współczesny CD-rom z wgranym weń programem dla komputera czy innej maszyny rozumnej! Jak to zwał, tak to zwał, chodzi o to - co odkrył prof. Szałek - język, którym posługiwano się w czasie rozkwitu i upadku Supercywilizacji Imperium Atlantydzkiego! A zatem te wszystkie hasła-klucze w rodzaju „abrakadabra”, „hokus-pokus-manifikus”, „erem-terem-tytyrytki”, itd. itp. to nic innego, jak konkretne komunikaty przeznaczone dla atlantydzkich maszyn, komputerów i neuromatów. I stąd brała się władza wielkich magów Starożytności - którzy byli po prostu potomkami informatyków i cybernetyków z Atlantydy.

Aliści po kilku tysiącach lat nekroewolucja maszyn - jak w powieści Stanisława Lema „Niezwyciężony” i zbiorach opowiadań „Cyberiada” - poszła w kierunku całkowitego usamodzielnienia się i uniezależnienia od warsztatów, źródeł energii i innych rzeczy, które przywiązywały je do określonych miejsc i sprawiały, że stawały się one zawodne. Dlatego też roboty w toku nekroewolucji zaczęły się biologizować i hybrydyzować, dzięki temu powstały różne typy Obcych: Szaraki, Nordycy, robotokształtne pałubiaste brokatowe „wapory” i inne. Znany rosyjski ufolog dr n. geolog. Władimir I. Tjurin-Awińskij wyliczył w swych pracach niemal 60 kształtów postaci Obcych i ponad 200 typów Ich pojazdów znanych nam jako UFO, USO czy UOO... - którymi nawiedzają nas na Ziemi. I co z tego? - ano to, że Oni - te rozumne maszyny - pilnują nas na każdym kroku obserwując nas ze swych latających spodków -  coraz częściej niewidzialnych dla ludzkich oczu i uchwytnych jedynie dla naszych przyrządów. I takie jest rozwiązanie tej zagadki.

Hipoteza „martwej ewolucji po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów” ma ten plus, że wyjaśnia dokładnie wszystkie anomalne zjawiska, które obserwujemy na co dzień i przez to już ich nie dostrzegamy. Najwyższy czas, by zacząć je dostrzegać!

---oooOooo---

Niechże Czytelnik wybaczy nam mały odskok od zasadniczego tematu TF i innych meteorytowych sensacji, które opisano w kronikach. Rzecz w tym, że uczeni opisują tylko to, co są w stanie zbadać, zaś by rozwiązać te zagadki, to trzeba zrobić coś więcej, niż analizy i metody badawcze - potrzeba przede wszystkim   w y o b r a ź n i   i   f a n t a z j i . Bez tego ani rusz. Innymi słowy mówiąc, są nam potrzebne hipotezy szalone i kompleksowe badania nad tym, co pozostało po naszych Antenatach na Saharze i w dżunglach Amazonasu, pod lodami Antarktydy i w górach Tybetu, lasach Selvy i tajdze Syberii. Należy nade wszystko zdjąć wreszcie siedem pieczęci z sejfów służb informacyjnych wojskowych i cywilnych. I Watykanu! A wtedy dopiero otworzą się nam oczy na niezwykłą rzeczywistość, której tak boją się ci, którzy rządzą tym światem przy pomocy siły strachu i pieniądza...

---oooOooo---

Historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać i powtarza się tyle razy, ile tylko może... - napisał w latach 80. XX wieku słynny poszukiwacz skarbów, nurek i pisarz amerykański Clive Cussler. Na właśnie. Wydawałoby się, ze mamy za sobą trzy wojny światowe i ponad 200 lokalnych konfliktów i Zimną Wojnę, która nie miała precedensu w historii Ludzkości i że historia nas czegoś nauczyła - wszak ponoć to magistra vitae est... - ale okazuje się, że jest dokładnie na odwrót.

Czy te „legalnych” (dane SIPRI za 2000 rok) 17.195 głowic nuklearnych jest nam aż tak niezbędnych do życia i szczęścia? - tylko głupiec może tu przytaknąć! A ilu głodnych można by nakarmić za pieniądze utopione w nuklearnych i konwencjonalnych zbrojeniach???... Czy można nazwać bezpiecznym stan nasycenia bronią jądrową i innymi paskudztwami z rodzaju BMR dla nas, naszego środowiska naturalnego i Kosmosu wreszcie? Tak, Kosmosu także, bo kiedy stanieje transport kosmiczny, to zawsze znajdzie się jakiś obłąkany rządzą władzy i dóbr materialnych tego świata kretyn, który w Kosmos wyniesie nie stacje naukowe, nie kosmonautów, ale BMR... Jest to niebezpieczeństwo już całkowicie realne i bardzo poważnym błędem byłoby jego niedocenianie. Ludzkość tak na dobrą sprawę   n i e    d o r o s ł a   do podboju Kosmosu! I właśnie dlatego uważamy, że historia Wielkiego Konfliktu Bogów-Astronautów w każdej chwili się może powtórzyć! I powtórzy się na pewno, póki nie zostaną zlikwidowane obszary potwornej biedy, nierówności społecznych i rozdętych przez nie ponad wszelką rozsądną miarę ambicji różnych „Ojców Narodu”, „Zbawców Ludzkości”, „Jedynych Nieomylnych” i innych obłąkańców... A potem skundlona i zdegradowana Ludzkość będzie mozolnie odbudowywała wszystko ab ovo - od zera... dolmeny i menhiry wspominając Złoty Wiek lat 90. XX wieku i pierwszych lat XXI wieku, bo będą im one przypominały czasy świetności zniszczonej cywilizacji - jak w kultowej powieści Waltera M. Millera Jr - „Kantyczka dla Leibowitza”...

Mamy nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie...

CDN.


[1] YJ – jottadżule.
[2] EJ – eksadżule.
[3] PJ – petadżule.
[4] TJ – teradżule.
[5] R. Bernatowicz & W. Łuczak - „Nautilius Radia Zet”, audycja z kwietnia 2001 roku.
[6] Tzw. „czerwona rtęć” to związek o wzorze chemicznym Hg2Sb2O6-7, który najprawdopodobniej działa jak powielacz neutronów.
[7] Chodzi tutaj o wojnę w Kosowie z lat 1999-2000, w której brało udział 26 państw z trzech kontynentów, zatem tę wojnę można nazwać wojną światową, bo wyszła ona swym zasięgiem poza Europę...