Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syberia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syberia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 września 2023

Choroby z przeszłości

 


 

Anastazja Babanowskaja

 

W roku 2014, pracownikom z Aix-Marseille University we Francji, udało się ożywić znalezione w syberyjskiej tundrze wirusy ospy, które miały ponad 30.000 lat. Na szczęście ten patogen poraża tylko ameby. Ale sam fakt tego, że mikroorganizmy chorobotwórcze mogą tak długo zachować zdolność do życia powoduje, że uczeni biją na alarm: niekontrolowane istnienie wirusów i bakterii niebezpiecznych infekcji jest realne. A to oznacza, że choroby, z którymi Ludzkość już się uporała, mogą przyjść do nas znowu.

 

Niebezpieczne zabawki

 

Bakterie pojawiły się ponad 3,5 mld lat temu, są to jednokomórkowe organizmy, które rozmnażają się przez podział. Prędkość takiego procesu jest wprost niewiarygodna: w sprzyjających warunkach potomstwo jednej pałeczki Escherichia coli za dobę mogłoby stanowić piramidę o podstawie 2 km² i o wysokości 1 km!

Bakterie mogą być szkodliwe – chorobotwórcze, neutralne i pożyteczne (tworzące florę bakteryjną jelit). Ich komórki mają grube ścianki i posiadają właściwości ochronne.

Prace przeprowadzone na Buffalo State University, (Buffalo, NY) wykazały, że wiele gatunków bakterii chorobotwórczych zachowuje zdolność do życia przez długi czas, niż to się sądziło wcześniej. W szczególności uważano, że przetrwalniki pneumokoków (wywołują zakażenie dróg oddechowych) i streptokoków (wywołują infekcje jamy ustnej i przełyku) początkowo giną wewnątrz organizmu. Ale na zabawkach z przedszkoli zostały znalezione chorobotwórcze szkodliwe mikroby, których wiek wynosił kilka miesięcy (badania przeprowadzono po letnich wakacjach, ludzie długo nie kontaktowali się z zabawkami).

Uczeni doszli do wniosku, że te bakterie ewoluowały i zaczęły wytwarzać ochronne ścianki komórkowe, dzięki którym mogą przez długi czas przebywać w niesprzyjającym środowisku. Dostawszy się do żywego organizmu (w celach doświadczalnych posłużono się laboratoryjnymi myszami) one aktywnie się rozmnażają i wywołują infekcje.

Jeszcze większe niebezpieczeństwo przedstawiają sobą patogeny takich strasznych chorób jak dżuma i cholera. Te bakterie wytwarzają tzw. spory, kiedy komórka wskutek niesprzyjających warunków traci wodę, zmniejsza swą objętość i wytwarza grubą ściankę komórki. Spory bakterii są w stanie wytrzymać ogromne skoki temperatury (nawet trzygodzinne gotowanie w wodzie) i mogą czekać na swój czas przez tysiąclecia – żeby potem przeniknąć do organizmu człowieka czy zwierzęcia i doprowadzić do choroby. Jedyna skuteczna metoda walki z nimi to promieniowanie UVC[1], które zabija właściwie wszystkie chorobotwórcze patogeny.[2]

W odróżnieniu od bakterii – wirusy nie maja budowy komórkowej – i na odwrót, są one wewnątrzkomórkowymi pasożytami. Wcześniej panował pogląd, że w organizmie mogą one istnieć jedynie przez krótki okres czasu. Ale współczesne badania wykazały, że niektóre wirusy też są w stanie tworzyć zewnętrzną otoczkę i podobnie jak bakterie „zapadać w sen” na długi okres czasu.

 

Medalion z pałeczkami gruźlicy

 

W praktyce lekarskiej znane jest wiele wydarzeń, kiedy przyczyną zachorowań ludzi są bakterie i wirusy, które czekały na to bardzo długo.

Amerykanka Alice King zamieszkała w mieście Ripley (ME, USA) dostała w spadku po babci kolekcję wachlarzy i kapeluszy. Z jednym z nich pojawiła się ona na balu dobroczynnym. Następnego dnia kobieta zachorowała i lekarze postawili diagnozę – cholera. Wachlarz ze strusich piór kiedyś tam był przywieziony z Egiptu i patogeny tej choroby ukrywały się w jego piórach przez 76 lat!

Mieszkaniec miasta Ilo (Peru) Ramon Sanchez na swej posesji znalazł dawną mogiłę Inków. W kamiennym sarkofagu znajdowała się mumia ze złotym medalionem na szyi. Sanchez oczyścił znalezisko i zaczął go nosić. Po pewnym czasie u mężczyzny stwierdzono gruźlicę. Ramonowi przyszło opowiedzieć o swym odkryciu  i grób zbadali uczeni. W skórze i wnętrznościach mumii znajdowały się prątki Kocha, a właściwie ich przetrwalniki, które „ożyły” po upływie tysięcy lat.

W Los Angeles (CA, USA) pewien miłośnik antyków, którego nazwiska nie podano ze względu na tajemnicę lekarską, nabył stare łóżko z czasów Ludwika XIII i zachorował na nieznaną współczesnej medycynie formę grypy. Okazało się, że w meblu zachowały się wirusy z XVII wieku!

 

Udało się zapobiec epidemii

 

Dzięki dokumentom, które zostały dopuszczone do powszechnej wiadomości stało się wiadomym, że w 2001 roku półtoramilionowe miasto Nowosybirsk cudem uniknął epidemii wąglika. Dzięki anomalnie wysokim temperaturom w tundrze roztajała wielka warstwa wiecznej marzłoci, a razem z tym „ożyły” bakterie, które od dawien dawna dostały się do gleby wraz z fekaliami zarażonych nimi zwierząt. Patogeny przeniknęły do organizmów reniferów, a od zwierząt zarażali się ludzie. Zginęło około 2000 reniferów, 93 osoby hospitalizowano ale 2 zmarły.

Kierujący Laboratorium Wirusologii, Państwowego Uniwersytetu   Nowosybirskiego, członek-korespondent RAN Siergiej Nietiesow później skomentował to zdarzenie w prasie.

On powiedział, że pałeczki syberyjskiego wąglika w czasie wielu lat zachowują zdolność do życia w sprzyjających warunkach. Najważniejsze, to nie kontaktować się z chorymi zwierzętami, a jeżeli do tego już doszło, to należy przejść cały kurs leczenia. Do większości diagnostycznych zdarzeń zakażenia wąglikiem doszło w wyniku dzielenia tuszy zwierzęcia, a 99% zakażeń wyleczono poprzez użycie antybiotyków.

W Nowosybirsku i całym obwodzie skontrolowano rynki, gdzie ujawniono mięso z zakażonych reniferów i odseparowano ludzi, którzy mogli się z nimi kontaktować.

Epidemii udało się zapobiec. Dwiema ofiarami został 12-letni chłopiec i jego babcia, oboje byli członkami jednego z narodów Północy, które zgodnie z ich obyczajami jedli pieczeń na surowo i pili krew zarażonego renifera. Pozostali pacjenci ze skórną odmianą wąglika przeszli kurs leczenia z wynikiem pozytywnym.

Bakterie wąglika syberyjskiego mogą przeżyć nie tylko w glebie, po której kiedyś tam chodziły zakażone zwierzęta. W tym samym 2001 roku, pewien mieszkaniec Szkocji kolekcjonujący bębny, przywiózł z Afryki kilkanaście egzemplarzy do swych zbiorów. W grubo obrobionej skórze instrumentów znajdowały się bakterie syberyjskiego wąglika (w Afryce ta choroba też się trafia), a później trafiły do płuc kolekcjonera. Szkota wyleczyli, ale ten przypadek wywołał popłoch na całym świecie.

Aktualnie każdy, kto pracuje w rosyjskiej tundrze, powinien raz na dwa lata przejść szczepienie przeciwko syberyjskiemu wąglikowi. Szczepienie chroni przed ryzykiem złapania bakterii od dużych zwierząt. Niestety, przedstawiciele rdzennej ludności Syberii usiłują uniknąć szczepień i zakażają w ten sposób swoje renifery.[3]

 

„Pomoc” wojsk ONZ

 

Jaskrawym przykładem „ożywienia” bakterii są lokalne pojawy cholery. Zaczyna się od tego, że dawne cmentarze, na których chowano ofiary chorób były rozmywane przez podziemne wody. Patogeny potem przedostają się do podziemnych cieków, skąd piją wodę ludzie i zwierzęta.

Cholera - to niebezpieczna dla ludzi infekcja systemu jelitowego. Do początku XIX wieku ona istniała tylko w Indiach i na południu Azji i uznawano ją za lokalną chorobę. Ale potem brytyjscy kolonizatorzy rozwlekli ją na cały świat. Aktualnie choroba ta nie ma szerokiego zasięgu występowania i istnieje w postaci niewielkich ognisk chorobowych w kilku regionach planety.

W 2010 roku, epidemia cholery nieoczekiwanie wybuchła na Haiti. Przed tym nieszczęściem na tej wyspie miało miejsce silne trzęsienie ziemi.[4] Na pomoc poszkodowanym Haitańczykom wysłano kontyngent wojsk ONZ, w skład którego wchodzili także przedstawiciele Nepalu. I to właśnie oni zawlekli na Haiti cholerę.

Rok wcześniej, w Nepalu miał miejsce pojaw tej choroby, która odebrała życie 200 osobom (zachorowało tam ponad 22.000 ludzi). Przyczyną masowych zachorowań stało się „ożywienie” bakterii i przedostanie się ich do wodociągów.

Epidemiolodzy WHO ustalili, że pojawienie się Vibrio cholerae na Haiti zbiegło się w nepalskim pojawem tej choroby. Przez trzęsienie ziemi a potem uderzenie huraganu Thomas wielu mieszkańców wyspiarskiego państewka musiało mieszkać bez dostępu do kanalizacji i czystej wody pitnej. W rezultacie w 2012 roku na cholerę zapadło ponad 600.000 ludzi, z czego 7000 zmarło.

Choroby nie dało się zwyciężyć całkowicie – i jej pojawienia się wciąż mają miejsce w naszych czasach. Całkowita liczba ofiar na Haiti wynosi już ponad 10.000 ludzi.

W kwietniu 2015 roku potężne trzęsienie ziemi wydarzyło się w samym Nepalu. Krajowi zagrażała nowa epidemia cholery – ale na szczęście dzięki międzynarodowej pomocy udało się jej uniknąć.

W wielu zakątkach kuli ziemskiej „śpiące” bakterie, w śród których mogą znajdować się patogeny nieznanych a niebezpiecznych chorób, czekają na swój czas. I trzeba być gotowym na danie im odporu.

 

Źródło: „Siekrietnyje archiwy” nr 6/2018, ss. 34-35

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz  


[1] Promieniowanie nadfioletowe w zakresie 250-280 nm.

[2] Nie tylko bakterie i wirusy, ale spory i zarodniki grzybów.

[3] Na terenie ZSRR po zakończeniu wojny rozwijana była broń biologiczna, także zawierająca jako ładunek laseczki wąglika. Prace badawczo-produkcyjne w wojskowej fabryce broni B, działającej w programie „Biopreparat” w Swierdłowsku spowodowały w 1979 roku zakażenie ludności cywilnej (Katastrofa w Swierdłowsku; według nieoficjalnych danych zachorowało 79 osób, z czego zmarło 68). U 77 chorych wystąpiła płucna postać tej choroby (u 66 nastąpiło zejście śmiertelne). Innym ośrodkiem produkcji broni biologicznej z wykorzystaniem laseczek wąglika był Stiepnogorsk w Kazachstanie. Sama produkcja jest trudna, wymaga dużej wiedzy i przede wszystkim odpowiedniego sprzętu. Ośrodek badań nad bronią B i tajny poligon znajdował się także na wyspie Wozrożdienia jeziora Aralskiego – na N 45°9’1” – E 059°18’59” – został on porzucony po rozpadzie ZSRR i obecnie jest tam tylko miasto-widmo. Badano tam m.in. także wąglika… (Wikipedia)

[4] Trzęsienie ziemi na Haiti (2010) – trzęsienie ziemi o M7.0, którego epicentrum znajdowało się w odległości ok. 25 km od Port-au-Prince na Haiti. Główny wstrząs nastąpił 12 stycznia 2010 o godz. 16.53 EDT. (Wikipedia)

czwartek, 31 sierpnia 2023

Kim pan jest doktorze Barczenko?

 

Rejon badań prof. Barczenki na półwyspie Kola

Płaton Wiktorow

 

Te badania do dziś dnia nie cieszą się zainteresowaniem współczesnej nauki. A przecież niemal 100 lat wstecz im nadano znaczenie państwowe. Prof. Aleksandr Barczenko badał energię psychiczną (PSI) mózgu w tajnym laboratorium OGPU ZSRR. Do tego poziom tych badań naukowych był bardzo wysoki: w latach 60-tych amerykańscy dziennikarze przyznali, że ówczesne radzieckie prace nad jasnowidzeniem i telepatią wyprzedzały zachodnie co najmniej o 20 lat.

 

Hełmy do przekazu myśli

 

Prof. Aleksandr Wasiliewicz Barczenko od 1911 roku zajmował się badaniami fenomenów PSI i pisał o nich artykuły w popularno-naukowych czasopismach.

Szczególne miejsce w jego pracach zajmowała energia psychofizyczna ludzkiego mózgu. W artykule „Przekazywanie myśli na odległość. Część II” opublikowanym w magazynie „Przyroda i ludzie” nr 32/1911, Barczenko opisuje rezultaty swych doświadczeń, w których dwoje ochotników wkładało na głowy specjalne hełmy połączone miedzianym przewodem. Jeden z uczestników próbował nadać myśli, a drugi je odebrać. W przypadku przekazu obrazów zgodność zbliżała się do 100%, a przekaz przesyłanych słów dawał się z wielkim trudem, szczególnie jeżeli w słowach występowały szeleszczące dźwięki.

W 1913 i 1914 roku, Aleksandr Barczenko opublikował poświęcone podobnym badaniom powieści sci-fi pt. „Doktor Czernyj” i „Iz mraka” – ostatnie wydanie w 1991 roku.

 

Szambhalla i rewolucyjni marynarze

 

Po rewolucji październikowej, Aleksandrowi Barczence żeby przeżyć, przyszło wygłaszać odczyty i wykłady zrewolucjonizowanym marynarzom. On opowiadał im o Śambhalli (Shambhallah, Szamballa) – magicznej krainie w Tybecie, o której wspomina się w dawnych tekstach. Wykłady te były tak przekonujące, że marynarze zebrali się i postanowili: posłać do dowództwa list o gotowości udania się do Szamballi, by tam ustanowić łączność z tamecznymi mędrcami i przekazać odwieczne nauki towarzyszowi Leninowi.

I wtedy właśnie działalność Barczenki zainteresowała WCzK. W ich archiwach pierwsze notatki na jego temat datowane są na 1918 rok:

Barczenko zajmuje się badaniami w dziedzinie psychologicznych nauk, na pytania odnośnie państwa radzieckiego odpowiada lojalnie.

W październiku 1918 roku Barczenkę wezwano do CzK i poproszono o wygłoszenie wykładu o energii PSI i dawnych naukach.

 

Kindżał w sercu

 

Poza CzK, Barczenko aktywnie współpracował z Instytutem Mózgu i Wyższej Aktywności Nerwowej, którym kierował Władimir Biechtieriew. I wiosną 1921 roku ten instytut wysłał Aleksandra Wasiliewicza do rosyjskiej Laplandii (zachodnia część ówczesnego Obwodu Murmańskiego) w celu zbadania zagadkowego zjawiska zwanego „mierjaczienie” (dosł.: zmierzenie)  - psychicznego, często kolektywnego schorzenia, przypominającego przypadki histerii. Wedle oświadczeń świadków, ludzie cierpiący na nie mówili w nieznanym języku albo kłuli siebie nożami – i od ran nie pozostawało ani śladu. W podobny trans wpadali szamani z ludu Saamów z Dalekiej Północy.

Są świadectwa o tym, że w czasie marszu w tajdze u Barczenki stwierdzono zawał serca – a wyleczyła go szamanka Anna Wasiliewna. I to jak! Zgodnie z notatkami kolegów uczonego, ona położyła badacza na ziemi i po wygłoszeniu magicznych zaklęć wbiła mu w serce kindżał. Barczenko nie umarł tylko zasnął. I obudził się jako zupełnie zdrowy człowiek – i to tak, że zawały mu się już nie przytrafiały ani razu w życiu.

W czasie dalszego marszu w kierunku Łowoziera, członkowie ekspedycji odkryli w tajdze ogromny granitowy kamień o prawidłowym czworokątnym kształcie. Kompas przy tym pokazywał, że jest on zorientowany dokładnie wg stron świata. A przeprawiwszy się łódką przez Łowoziero, grupa wyszła na brzeg sąsiadujący z jeziorem Siejoziero i odkryła taki sam prostokątny kamień. Później, w oparciu o cały szereg zebranych faktów, Barczenko w niektórych pracach udowadniał, że Saamowie okazują się być prarodzicami rasy białych ludzi – i tym samym pochodzą od jeszcze wcześniejszej cywilizacji. Zaś wydanie „Krasnej gaziety” z lutego 1923 roku oznajmiło czytelnikom, że w Laplandii prof. Barczenko odkrył pozostałości po kulturze starszej niż egipska.

 

Bractwo Nauki i CzK

 

Po powrocie z Północy, Aleksander Barczenko powołał do życia organizację uczonych pod nazwą Jedyne Bractwo Pracy (JTB). W 1937 roku, NKWD nazwie tą organizację masonerią, antyradziecką i terrorystyczną. Ale dla Barczenki JTB było kręgiem wolnomyślicieli badających energię PSI myślenia i wierzących w istnienie wielkiej Szamballi. Jego uczestnikami byli wielcy luminarze nauki i kultury (zgodnie z protokołami śledztwa – malarka Eleonora Kondiaji, uczony Pietr Szandarowskij i inni). Ze strony władz organizację nadzorował Gleb Bokij kierujący specjalnym wydziałem OGPU.

Ponadto zaczynając od 1925 roku, Barczenko przekonuje się, że wszystkie zebrane informacje i artefakty należy przekazać władzom radzieckim w postaci jej przedstawicieli – czekistów. I tak przy pomocy Gleba Bokija w OGPU powstaje krąg badaczy dawnej nauki, w którym uczestniczyli różni luminarze i w tym sam narkom[1] OGPU Gienrich Jagoda.   

 

Mydlana woda zamiast reniferowego tłuszczu

 

W czasie północnej ekspedycji Barczenko i jego współpracownicy poznali saamskiego szamana Iwana Daniłowa, który posiadał dar jasnowidzenia – i tak np. bezbłędnie przepowiedział gdzie należy szukać zagubione renifery.

Szamana uprosili by pojechał do Moskwy, nadali mu status pracownika czeki i zaliczyli do ekipy tajnego laboratorium OGPU, w którym pracował także Barczenko. Laboratoria mieściły się w budynku Moskiewskiego Instytutu Energetycznego i Aleksandr Wasiliewicz zaliczał się do pracowników naukowych WSNCh – czyli Wyższej Rady Gospodarki Narodowej i oficjalnie zajmował się roślinami leczniczymi.

Daniłow mieszkał tam w oddzielnym pokoju – bez prawa wychodzenia nawet na spacer. Każdego dnia uczony pokazywał szamanowi zdjęcia ludzi i prosił o opowiedzenie, co oni robią w danym momencie. W zamieszaniu przejazdu nie wzięli Daniłowi jego tamburynu i reniferowego sadła, którymi szaman mógł czarować. On posługiwał się żelazną miską do której nalewał mydlaną wodę – i widział w niej ludzi z fotografii.

Doświadczenia wypadały na tyle pozytywnie, że zainteresował się nimi naczelnik Barczenki – Gleb Bokij. On przyniósł zdjęcie swego szefa – Gienricha Jagody – i chciał się dowiedzieć, gdzie on się wtedy znajdował. Daniłow zobaczył w swej misce, że Jagoda leży w łóżku z dwiema kobietami. Przeprowadzone sprawdzenie całkowicie potwierdziło prawdziwość słów szamana. Naczelnik specoddziału dostał do ręki możliwość szpiegować kierownictwo państwa.

Niestety, szaman przywykły do prostego życia w tajdze, zachorował na suchoty (gruźlicę) i po trzech miesiącach zmarł. Ale idea zdobywania kompromitujących materiałów przy pomocy jasnowidzów już została wzięta pod uwagę…

 

Reżyser wpadający w trans

 

Do tego laboratorium przywożono ludzi mających niezwykłe właściwości. Wiadomo, że jednym z nich był reżyser MChAT-u Walentin Smyszliajew, który potrafił wpadać w trans i przewidywać przyszłość.

W dossier laboratorium znajdowała się nawet kompromitująca informacja na Stalina: w Baku miał legalną żonę Stefanię Pietrowską, która zaginęła bez śladu w 1929 roku. Tam także znajdowała się informacja o tym, że przedstawicielowi CKW ZSRR – Michaiłowi Kalininowi nocami dowożą balerinki z Teatru Wielkiego, zaś narkom spraw wewnętrznych Nikołaj Jeżow był homoseksualistą.

Czasami Gleb Bokij nadawał dokumentom bieg. Wiadomo, że wiosną 1938 roku Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR rozpatrywało sprawę już byłego narkoma Gienricha Jagody i wśród postawionych mu zarzutów była „niegodna dla rewolucjonisty moralna rozwiązłość”. Wprawdzie sam Bokij przekazawszy te materiały „na górę” został rozstrzelany w pół roku później – po oskarżeniu go o szpiegostwo.

 

Zmarnowane wyniki badań

 

Aleksandr Barczenko nie na długo przeżył swego szefa. Wedle niektórych historyków, świadectwa o nowym kierunku działalności ultratajnego laboratorium doszły do samego Stalina, po czym los ludzi zbierających kompromitujące materiały był przesądzony.

Oskarżenie oparte było o zeznania Gleba Bokija. Już w czasie pierwszych przesłuchań on opowiedział, że wraz z Barczenką należał do tajnej organizacji, której celem było zabicie Stalina.

W dniu 25.IV.1938 roku, Aleksandr Barczenko został postawiony w stan oskarżenia za stworzenie i kierowanie kontrrewolucyjnej i terrorystycznej organizacji i szpiegostwo na rzecz Anglii. W tym celu kierownictwo NKWD stworzyło odpowiednią legendę o tym, że na terenie jednego z wschodnich protektoratów Anglii (nie podano dokładnego miejsca bo obawiano się jawnego błędu) istnieje polityczne centrum „Szamballa”, którego celem jest podporządkowanie sobie kierownictw wszystkich znaczących państw, w tym także ZSRR.

Wyrok wydano w dniu 25.IV.1938 roku. N kilka dni przed wykonaniem wyroku Aleksandrowi Barczence dano ołówek i ryzę papieru, żeby mógł on pozostawić dla potomnych informacje o swych badaniach. Po wykonaniu wyroku śmierci, rękopis został umieszczony w jednym z sekretnych archiwów i nie udało się go odzyskać. Wedle krążącej legendy, został on spalony w 1941 roku, kiedy to Niemcy podeszli pod Moskwę i kierownictwo NKWD postanowiło zniszczyć wiele dokumentów. Tak więc jeszcze taka bezcenna wiedza czeka na swego odkrywcę – czas pokaże.

 

Moje 3 grosze

 

Na temat prof. Barczenki i jego wypraw pisano już w tym blogu, tak więc zobacz:

·        https://wszechocean.blogspot.com/2013/01/ponocna-szamballa-ziemia-nieznana.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2021/12/piramidy-w-rosji-sa-dwa-razy-starsze-od.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2016/03/hyperborea-raj-na-biegunie-ponocnym.html

Czy Szamballa znajduje się w Rosji? Być może. Jestem natomiast pewien tego, że w Rosji znajduje się jedno z wejść do podziemnego państwa Agharty – ale to już temat z innej ballady.

 

Źródło – „Siekrietnyje archiwy”, nr 6/2018, ss. 28-29

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz        



[1] Narkom – narodowy komisarz – odpowiednik ministra.

sobota, 12 sierpnia 2023

Gorące lato 1972 r.

 

Płonie Syberia w 2022 roku... - wg. TASS

Prochor Jeżow

 

Większa część Związku Radzieckiego nie była nigdy terytorium z gorącym klimatem. O suszy ludzie radzieccy wiedzieli tylko z książek i filmów. Ale w 1972 roku to właśnie zjawisko wywołało masywne pożary w lasach środkowo-europejskiej części kraju. Z tym nieszczęściem walczył cały świat, ale bez ofiar się nie obeszło…

Odkryty płomień wywołuje u człowieka strach o swe życie. Ale to właśnie daje szansę na uratowanie. Leśne pożary w 1972 roku były inne. Człowiek mógł jechać sobie wiejską drogą, kiedy naraz ziemia pod nim się zapadała i on znajdował się w płonącym torfie. Rezultat mógł być tylko jeden – straszna śmierć w płomieniach.

 

Pożar lasu w 1972 roku - wg. TASS

Gorące Podmoskowie

 

Zima w 1971/1972 roku w centralnej części ZSRR była mroźna ale niemal bezśnieżna. Z powodu braku śniegu, gleba na wiosnę nie nasyciła się wodą. w maju pojawiły się pierwsze symptomy suszy w swej całej krasie. Jara pszenica, owies i jęczmień całkowicie wyginęły. Tylko tam, gdzie cudem jakimś był śnieg, zboża wzeszły.

W czerwcu parę razy spadły deszcze, pojawiła się nadzieja, że wiosenne zasiewy będą udane, ale… Meteorolodzy podali niepocieszające prognozy – nad kraj napłynął antycyklon czyli wyż, który rozgonił masy powietrza z deszczowymi chmurami. Z początkiem lipca deszcze w stołecznym regionie się skończyły, a temperatura wciąż rosła. Słupek rtęci termometrów na słońcu pokazywał temperatury powyżej +50°C. Eksperci przewidywali, że susza spowoduje pożary lasu, ale przewidzieć ich skali nie mógł nikt.

Pierwszy pożar lasu pojawił się w dniu 16.VII.1972 roku, w lasach Szaturskiego Rejonu, Moskiewskiego Obwodu. Jakiś urlopowicz po prostu rzucił w lesie na ściołę niedopałek papierosa. W ciągu dwóch dni pożar rozprzestrzenił się na wielkim terenie. Szczególnie trudna sytuacja była w rejonach: Szaturskim, Oriecho-Zujewskim, Jegoriewskim, Nogińskim i Pawłowo-Posadzkim Obwodu Moskiewskiego.

W związku z tym, że pożary wybuchały w różnych rejonach, specjaliści orzekli, że to z winy automobilistów. Rzecz w tym, że w 1972 roku po kraju jeździły tysiące traktorów, samochodów i motocykli, których system wydechu spalin nie miał zabezpieczeń przeciwiskrowych. Wydawało się więc, że iskry z silników powodowały powstawanie zaprószenie ognia i pożary.

Drugą przyczyną pożarów był torf. Przy wysokiej temperaturze mógł się on zapalić samoczynnie. W odróżnieniu od lasów, pożary torfowisk miały skryty i niejawny charakter. Wnętrze ich pokładów tliło się i rozprzestrzeniało się to w różnych kierunkach. I to tak, że dystans pomiędzy punktem zapłonu a wydobywaniem się płomieni i dymu wynosiło czasami kilka kilometrów! W normalnych warunkach deszcze nasycały wodą ziemię i torf samoczynnie się wygaszał. Latem 1972 roku, ziemia była bardzo przegrzana i wysuszona.

Potężne pożary lasów i torfowisk doprowadziły do tego, że w stolicy odnotowano gęsty smog. Naoczni świadkowie wspominają, że z jednego brzegu rzeki Moskwy nie można było zobaczyć drugiego. Z wsi i osiedli Podmoskowia zaczęły napływać sygnały o zniszczeniu przez ogień budowli i domów. A potem pojawiły się informacje o ofiarach z ludzi.

 

Pożary w Rosji w 2022 roku - wg. GW za NASA

Pożary lasów na Syberii w 2010 roku - wg. NASA

Armia zbawienia

 

Dnia 20.VII.1972 roku, Mosoblispołkom[1] powołał sztab do walki z pożarami. Na jego czele stanął I sekretarz Obwodowego Komitetu KPZR – Wasilij Konotop. Bezpośrednie kierownictwo sztabem objął minister obrony ZSRR marszałek Andriej Greczko. Sztab rozmieścił się w Szaturie.  

Wkrótce wydano zakaz wstępu do lasów na terytoriach Moskiewskiego, Twerskiego, Włodzimierzowskiego, Kostromskiego i kilku innych obwodów. Plan walki z ogniem zakładał bezprecedensowe zmasowanie sił ludzkich i środków technicznych. Tylko do Podmoskowia do gaszenia pożarów skierowano 70.000 ludzi, z których 25.000 to byli żołnierze. Poza nimi w walce uczestniczyli także pracownicy MSW (strażacy i milicjanci), robotnicy, kołchoźnicy, studenci. Poza tym wykorzystano 15.000 buldożerów, koparek, ciężarówek i 2500 samochodów pożarowych. Cała ta technika pracowała na akord – 15-20 godzin dziennie.

Bardzo szybko stało się jasne, że wykorzystane pożarnicze samochody i samoloty wydawało się, że leją wodę na płonącą benzynę. W lesie potrzebna była taka ilość wody, który oddzielałby płomienie od powierzchni. I tutaj znalazły zastosowanie Wojska Rurociągowe Ministerstwa Obrony ZSRR. Ich zasadniczym zadaniem była budowa rurociągów do transportu MPS (materiałów pędnych i smarów) na miejsca działań wojennych. Tym razem mogły one dostarczyć wodę do gaszenia.

W strefę zagrożenia ogniem przybył naczelnik dystrybucji paliwem rakietowym i MPS gen. płk Wasilij Nikitin oraz pięć brygad rurociągowych i cztery rurociągowe bataliony. Wojskowi zaczęli ciągnąć rurociągi od rzek i jezior do źródeł ognia. W ciągu doby batalion montował 150 km rurociągu, którym przelewano 2500 m³ wody. Taki napór wody likwidował pożary albo znacznie ograniczał ogień do małych punktów. W tym czasie w strefie zagrożenia ilość ofiar ludzkich sięgała już dziesiątków.

Jak wspominali naoczni świadkowie, w niektórych wioskach miała miejsce ogniowa Apokalipsa. Osiedle otoczone przez ogień było skazane na zagładę. Próbując się ratować, ludzie zakopywali dobytek do ziemi, za sami kryli się w piwnicach z zapasami wody i żywności.

 

Porównanie statystyk pożarów leśnych w latach 1972 i 2010

Chwała bohaterom!

 

We wsi Radowickij Moch (Obwód Riazański) jeszcze był czas na ewakuację. Przyjechały autobusy po mieszkańców, ale nie pozwolono zabrać dobytku – tylko pieniądze i dokumenty. Zakopawszy w ogrodach co cenniejsze rzeczy przystąpili do obrony. Wielu mieszkańców nie chciało wyjeżdżać. Wieś okopali rowem przeciwpożarowym , do której żołnierze nalali wody. Starsi ludzie nie chcieli wyjechać i żwawo przyłączyli się do akcji lania wody. Jednakże po nadejściu pożaru ona by wyparowała i płomienie zniszczyłyby wieś.

Dowódca batalionu przychylił się do próśb i pozostawił żołnierzy w stacji pomp i rozkazał om zrobić tratwę. W przypadku podejścia ognia wojskowi mieli odpłynąć nią na północny brzeg jeziora. Ale los chciał inaczej i wiatr przerzucił ogień na drugą stronę.

A w innej wsi nie obeszło się bez nadzwyczajnych sytuacji. Żołnierze w czasie niebezpiecznej sytuacji powinni byli odjechać ciężarówkami. Kiedy ogień przybliżył się do wsi, oni wsiedli na ciężarówki i pojechali wzdłuż osiedlowej drogi. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o tym, że miejscami wiedzie ona przez torfowiska, które już się wypaliły. No i grunt się zapadł pod wielotonową ciężarówką. Siedzieć w trującym dymie było nie w sposób i żołnierzom przyszło skakać w tlejący torf. Wielu z nich miało oparzenia rąk i twarzy, ale na szczęście obeszło się bez ofiar.

W sowchozie Czapajewski, Obwód Riazański, w dniu 3.VII.1972 roku, 18-letni kombajnista Anatolij Mierzłow zobaczył, jak od strony lasu na pole wychodzi pożar. Młodzieniec stwierdził, że ma jeszcze trochę czasu, by uratować zboża i pola w pobliżu lasu. Wjechał kombajnem i wyciął kilkadziesiąt metrów zbóż stojących przed czołem ognia. Niestety, wiatr nasilił się i pogonił płomienie szybciej od kombajnu. Mierzłow znalazł się w środku ognia. Teraz musiał ratować siebie i maszynę. 

Anatolij wyciągnął gaśnicę, ale tego było za mało. Wtedy pognał kombajn od ognia. W rezultacie czego sam kombajnista został silnie poparzony. Przez 13 dni Mierzłow walczył o życie, ale oparzenia okazały się bardzo poważne. Konstantin Simonow napisał o jego czynie:

O tym jestem wewnętrznie przekonany: w te sekundy w czasie których Mierzłow rzucił się ratować swój traktor, ten traktor stał się wtedy częścią jego samego i jego kraju, albo dokładniej: jego stosunek do swego traktora był jakąś częścią jego stosunku do swego kraju.

Przełom nastąpił dopiero w dniu 23.VIII.1972 roku, kiedy to wyż rozpadł się na mniejsze części. Tego dnia temperatura zaczęła spadać i gdzieniegdzie zaczęły padać deszcze. Do 10 września główne ogniska pożaru zostały ugaszone. Ale torfowiska tlały jeszcze do pierwszego śniegu. W 1972 roku śnieg spadł w dniu 29 września, co okazało się być drugą meteorologiczną anomalią w tym roku.

Tylko w Podmoskowiu spłonęło 19 wsi i zginęły 104 osoby. Niemniej ciężkie były straty dla gospodarki narodowej. Susza wywołała nieurodzaj i deficyt ziarna. Zakupy zboża za granicą pokryto z rezerw złota – 486 ton złota. Po dzisiejszym kursie wynosi to 22 mld US$.

Jeżeli idzie o plusy tych wydarzeń, to został opracowany system reagowania na podobne nieszczęścia ze strony Obrony Cywilnej i Sytuacji Nazdwyczajnych[2] a w Baku zbudowano jedyny w ZSRR zakład produkcji klimatyzatorów.

 

Źródło – „Tajny SSSR”, 3/2018, ss. 28-29

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz   



[1] Moskiewski Komitet Obwodowy.

[2] Aktualnie w Rosji działa МЧП – Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych.

piątek, 11 lutego 2022

Polowanie na Człowieka Śniegu

 

Menkwe - syberyjski Yeti

Aleksandr Gawriłuce

 

Ta niezwykła historia wydarzyła się w 1845 roku w Zachodniej Syberii. Dwóch ostiackich myśliwych na rzece Nazym ustrzelili Menkwego – Człowieka Śniegu.

 

Zabić Menkwego – zły znak

 

Pewnego razu w oddalonym koczowisku Chantów zjawili się dwaj myśliwi – Fałałej Łykosow i Obyl. Obaj byli zdenerwowani i wystraszeni. Myśliwi opowiedzieli, że w poszukiwaniu zwierzyny zawędrowali w głuchą gęstwinę. Kiedy im się wydawało, że przyjdzie wrócić im z pustymi rękami, ich psy, łajki – dosłownie jakby zerwały się z łańcucha.

Wybiegłszy za psami na zaśnieżoną polanę, Ostiacy[1] ujrzeli, że psy dopadły jakiegoś grubego zwierza i rzuciły się na niego. Ogromne zwierzę usiłowało się odgonić od nich długimi łapami całkiem po ludzku. Fałałej podkradł się do miejsca zdarzenia i jednym celnym strzałem powalił giganta, który po kilku nieskoordynowanych ruchach padł i znieruchomiał.

Jednakże radość myśliwych szybko zmieniła się w przerażenie. Na śniegu leżał Menkw o wzroście 3 arszynów[2], którego skóra była porośnięta gęstą sierścią, cieńszą niż u sobola, kości policzkowe nagie, u rąk zamiast palców – szpony, płci męskiej. Zdobycie takiego trofeum u Chantów i Mansyjczyków przynosiło pecha.

W ich wyobrażeniach Menkw to było czymś w rodzaju Człowieka Śniegów – Yeti, który żył w głębokiej tajdze. Każdy Menkw ma swego „dublera” ze świata duchów – a do tego tych złych. Póki Menkw żyje, to on i jego duch starają się trzymać z daleka od ludzi. Ale jeśli zabije się Menkwa, to jego duch może długo pałętać się po tajdze i mścić na ludziach. W dawnych czasach człowiek, który zabił Menkwa, sam stawał się ofiarą, ale pod koniec XIX wieku prawa Chantów zmiękły i dlatego Obyl zdecydował się opowiedzieć o tym współplemieńcom.

Osadę ogarnęła panika, która zaczęła rozprzestrzeniać się po tajdze z prędkością leśnego pożaru. Ostiaccy obawiali się wychodzić na polowanie. Skarb państwa nie otrzymywał cennych futer.

Kapłan Michej Popow przebywający w nazimskich osadach doniósł o tym wydarzeniu uriadnikowi[3] Szachowowi, a ten przekazał informację do Bieriezowskiego Sądu Ziemskiego.

A stamtąd do lokalnej administracji przysłano ukaz:  

W celu ukrócenia niepokojów wśród miejscowych mieszkańców przeprowadzić dochodzenie. Jeżeli informacja o zagadkowym potworze potwierdzi się, dostarczyć jego szczątki doczesne i świadków do Bieriezowa.

Kopia ukazu poszła do tobolskiego gubernatora.

 

Tereny Zachodniej Syberii, gdzie zamieszkują homoidalne kryptydy

Ekspedycja do Nazymu

 

Tą godność w tym czasie piastował Kiryłł Engielkie, wielki miłośnik nauk ścisłych. Rozumie się, że rozkazał zbadać to wydarzenie.

Na rzekę Nazym wyprawił się kozacki uriadnik Nikifor Jamzin. Niestety, miał pecha: Fałałej Łykosow zeznał, że owszem, chodził na polowania, ale żadnego Menkwa nie zabił, a jak go widział, to tylko we śnie. A Obyl nie wiadomo czemu wspominał ten sen z przerażeniem i na próżno epatował tym swych ziomków.

Gubernatora taki wynik nie zadowolił, i to tym bardziej, że w tajdze zaczęli znikać myśliwi, a Chantyjczycy całymi rodzinami uciekali z zasiedlonych miejsc. Engielkie zmuszony był w celu wyjaśnienia interesujących go wydarzeń wysłać całą ekspedycję. W jej skład włączył nie tylko co lepszych tropicieli, ale także tłumacza aby uniknąć nieporozumień z Obylem i Fałałejem.

Na początku wszystko szło według planu. Obyl zgodził się pokazać im miejsce, w którym doszło do tego Bliskiego Spotkania z UMA i mówił, że Fałałej po prostu się przestraszył. Ale im głębiej wchodzili w tajgę, tym stawał się mniej wiarygodnym. Z trudem udało się wejść w pobliże miejsca tego spotkania z Mienkwym – do miejsca ujścia do rzeki Nazym potoku Ochłym.

I tutaj Ostjaka dosłownie zaklinowało: nocą wziął butelkę wódki i upił się do nieprzytomności. Przywracanie go do przytomności trwał czas jakiś, tymczasem odnaleziono szałas, w którym on i Fałałej byli dwa i pół miesiąca temu i gdzie doszło do incydentu.

Ale sprawa utknęła w martwym punkcie. Psy odmawiały taszczenia sanek, a ni stąd ni zowąd rozpoczęła się burza śnieżna. A Obyl zaczął zaprzeczać wszystkiemu, nie było żadnego polowania, a całą historię on wymyślił dla przechwałki. Jemu grożono, przekonywano, proszono, że niby sprawa ma ważność państwową.

Ale Obyl się zaciął i nic więcej nie powiedział. Ekspedycja jeszcze przez kilka dni szukała w tajdze pod wzmagającym się buraniem[4], ale niczego nie znalazła. W rezultacie czego uznano to wszystko za wymysł Ostjaków o czym zameldowano gubernatorowi.

Ale historię o tym, jak dwóch myśliwych ustrzeliło Człowieka Śniegu miejscowi opowiadali jeszcze przez następnych kilkadziesiąt lat…

 

Źródło: „Russkaja Istoria”, nr 9/2021, s. 40

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz         



[1] Jak dawniej nazywano  rdzenne narody Syberii, w tym także Chantów od słowa Ost – wschód.

[2] Arszyn = 71 cm.

[3] W carskiej Rosji: sierżant policji oraz podoficer kozacki – odpowiednik sierżanta w armii.

[4] Syberyjska burza śnieżna z silnym, północnym lub północno-wschodnim wiatrem.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zagadki syberyjskiej rzeki



Rzeka Bogunaj z pokładu helikoptera


Jelena Liakina


W przedrewolucyjnym rosyjskim prawodawstwie były dwie kategorie zsyłek: „do oddalonych miejsc na Syberii” i „w nie tak odległe miejsca na Syberii”. To drugie zdanie szybko zmieniło swój sens.

Niewielka rzeczka Bogunaj w Krasnojarskim Kraju dzisiaj cieszy się wielką popularnością wśród turystów. Na tym dopływie Jenisieju lubią spędzać swe urlopy fani tajgowej egzotyki, nocowania w namiotach i wspaniałego wędkarstwa. Ale nie wszyscy wiedzą, że Bogunaj to zagadkowe miejsce, w którym narodziło się niemało legend opowiadających o cudownych wydarzeniach, które miały miejsce w pobliżu tej syberyjskiej rzeki.


Kamień Szamana


Przez całe wieki, rdzenni mieszkańcy tych ziem wierzyli w to, że w rzece Bogunaj mieszkają dobre duchy, dzięki czemu panuje tam obfitość zwierząt i ryb. 

Stare podanie opowiada o tym, że dawno temu w wody Bogunaju spadł z nieba tajemniczy czarny kamień i przyniósł ze sobą siły nieznane. Od tego czasu szamani Zyrian zaczęli nazywać Bogunaj miejscem, gdzie spotykają się światy Nieba i Ziemi i przybywali tam, by napompować się energią czarnego kamienia i otrzymać proroctwo o przyszłości swego plemienia. W dniach letniego i zimowego przesilenia, kamień wypromieniowywał nadzwyczajną siłę i zaczynał świecić się mistycznym, różowym światłem. W te dni szamani modlili się do dobrych duchów i składali im szczodre ofiary. Z biegiem czasu niebieski przybysz zaczął nazywać się Kamieniem Szamana, bo tylko im właśnie objawiał swoją siłę. Zwykły człowiek zbliżając się do kamienia ryzykował zakażenie się śmiertelną chorobą. 

Mieszkańcy z tych miejsc opowiadają, że Kamień Szamana do dziś dnia stoi na jednej z mielizn Bogunaju, ale znaleźć go jest bardzo trudno. Uważa się, że pokazuje się on tylko ludziom, którzy bardzo potrzebują pomocy a ci, którzy idą go obejrzeć sobie z czystej ciekawości, mogą na siebie ściągnąć różne straszne nieszczęścia.


Leśny czarownik


Jedną z osobliwości tamecznych lasów jest ich tajemniczy mieszkaniec, którego miejscowi nazywają Czarownikiem. W każdej tamtejszej wiosce można usłyszeć niemało opowiadań o jakimś Leśnym Człowieku ogromnego wzrostu, którego ciało porosło gęstym włosem, a oczy płonęły jasnym, czerwonym światłem. Poza tym ten Leśny Człowiek posiadał właściwości hipnotyczne i przekazywał myśli na odległość. Dzięki temu może on zmuszać człowieka do dokonywania tych czy innych postępków, jednakże ani raz nie zauważono, by wykorzystywał swe super-właściwości do złych celów. Na odwrót – Leśny Człowiek bez względu na swą niezwykłą siłę fizyczną, jest łagodny i lubi żartować z ludźmi. Tak więc przy pomocy swych uroków (jak mówili starcy odwracając oczy) on podkradał się do grzybiarza czy myśliwego i pojawiając się tuż przed nimi straszył ich głośnym krzykiem. 

Powiadają, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu, istoty te przyjaźniły się z myśliwymi. Ci wybierając się na polowanie, zabierali dla nich specjalny poczęstunek – gotowane ziemniaki i świeży chleb – bo we wsiach każdy wiedział: Leśny Człowiek nigdy nie jadał mięsa. Myśliwy spotykał się z Leśnym Człowiekiem w szczególnym miejscu, gdzie ten zabierał dary i znikał w leśnej gęstwinie. Myśliwy wiedział, że wkrótce będzie miał co do upolowania, które Leśny Człowiek przygoni mu pod lufę strzelby przy pomocy swych czarów. 

Jednakże tych wszystkich, którzy nie wykazywali dostatecznego respektu dla lasu i jego mieszkańców, Czarownik surowo karał nakazując krążyć im przez kilka dni po lesie doprowadzając ich do wyczerpania. 

W czasach ZSRR, kiedy na Syberii zaczęto budować fabryki i zakłady pracy, a także tajne obiekty wojskowe Leśnych Ludzi bezlitośnie odstrzeliwały specjalnie do tego powołane pododdziały NKWD. W czasie takich „czystek” miejscowi mieszkańcy niejednokrotnie napotykali w lasach świeże górki z ziemi, przykryte suchymi gałęziami. Po rozkopaniu takiej górki ciekawscy mogli znaleźć jednego czy kilku zastrzelonych Czarowników. 

Ale nawet nie patrząc na tak barbarzyńskie tępienie, w nadbogunajskich lasach zamieszkują zagadkowe stworzenia, które od czasu do czasu straszą wędkarzy czy turystów.

Adm. Aleksander W. Kołczak


Widma starej bonanzy


Jedno z najciekawszych miejsc na brzegach Bogunaju to stara przystań, gdzie onegdaj wydobywano złoto. Wiadomym jest, że Bogunaj to rzeka złotonośna, a wydobycie drogocennego metalu zaczęło się tam jeszcze w XIX wieku. Największy rozkwit „złotej” epoki przypada na lata 1930-1940, a w latach 50-tych bonanzę nieoczekiwanie zamknięto. 

Oficjalna wersja głosiła, że nastąpiło wyczerpanie złotonośnego pokładu na Bogunaju. Krążyły pogłoski, że kopalnię zamknięto z powodu budowy supertajnej bazy rakietowej w jej pobliżu, jednakże nie potwierdzały tego żadne fakty. 

Minęły lata i sama kopalnia i istniejące przy niej osiedle przekształciły się w prawdziwe leśne „miasto-widmo”, na terenie którego bał się spędzić noc nawet największy chojrak. 

Wszędobylscy turyści zapędzali się tam z ciekawości i opowiadali potem, że chodząc wśród wpółrozpadłych budowli, czuli na sobie czyjś uważny wzrok i to powodowało poczucie niesamowitości, jak w powieściach Lovecrafta czy Howarda... 

Ponadto wśród miejscowych krążą plotki, że z opuszczonych sztolni i szybów w pogodne dni rozlegają się odgłosy narzędzi i niewidzialnych górników.  

Mówi się także, że jeżeli zostanie się w kopalni na noc, to nad ranem można tam zobaczyć procesję widm. Obok rozsypujących się baraków wprost z powietrza pojawia się sznur półprzeźroczystych wozów towarowych, do których zaprzężone są zmęczone konie poganianych przez ponurych ludzi. procesja przejeżdża przez całe osiedle i znika za jego ostatnim domem. Trzeba powiedzieć, że ta karawana duchów wygląda zadziwiająco realnie, przy czym towarzyszą jej całkiem materialne dźwięki jazdy wozami: skrzypienie kół, szuranie kroków, prychanie i rżenie koni, i krzyki woźniców.

Opuszczona i porzucona bonanza na rzece Bogunaj


Cud świętego klasztoru


Jednakże jest na Bogunaju miejsce, o którym miejscowi mówią dobrze i z szacunkiem. Jest to klasztor, którego budowle dawno zarosły trawami i młodymi drzewami. 

Trzeba powiedzieć, że postawiona wśród cichej tajgi sakralna budowla była stosunkowo niedawno – w czasie pierwszych lat wojny domowej (1917-1924 – przyp. tłum.), i zbudowali ją mnisi, którzy uciekli na Syberię z centralnych regionów kraju przed bolszewickim terrorem. 

Monastyr składał się z kilkunastu niewielkich cel dla mnichów, zaś obok postawiono drewnianą cerkiew. Mnisi pędzili całe dnie na pracy i modlitwach, a wieści o ich błogosławionym wpływie rozniosła się szybko po okolicznych wsiach i osadach. Ze wszystkich stron przychodzili tu ludzie po dobrą radę i błogosławieństwo, przynosili mnichom niebogate ofiary, które wydawały się być bogactwem w te ciężkie czasy. 

Starzy mieszkańcy wspominają, że do klasztoru na Bogunaju przyjeżdżał sam adm. Kołczak. Aleksander Wasiliewicz długo rozmawiał z przedstawicielami ludności, potem rozpuścił swoją armię, następnie ukrył swoje złoto, poczym oddał się w ręce bolszewików. Taki postępek mógłby współczesnym wydawać się dziwnym, ale tylko w ten sposób Kołczak mógł uniknąć rozlewu krwi. Mówi się o tym, że przeorowi tego klasztoru pokazał on miejsce ukrycia złota i „zapieczętował” skarb modlitwą. Skarb ten otworzy się tylko przed ludźmi tego godnymi, kiedy przyjdzie na to czas…

…Przeszły lata. Stopniowo kolektywizacja doszła do tego odległego syberyjskiego kraju. Mnisi „mieszający w głowach ciemnym wieśniakom popimi bredniami” stanęli w obliczu zagłady. Rzecz w tym, że święci starcy dokonywali prawdziwych cudów, o których sława docierała do najodleglejszych zakątków kraju. Opowiadano o tym, jak oni mogli uratować beznadziejnie chorych, a od uderzenia gorąca na rzece pękały i topiły się lody w czasie trzaskających mrozów na święto Chrztu Pańskiego… (13.I – przyp. tłum.) 

I oto, żeby się rozprawić z tym „kontrrewolucyjnym gniazdem” do bogunajskiego klasztoru wysłano specjalny oddział milicji, ale kiedy kaci przybyli na miejsce, znaleźli tam tylko opuszczone cele. Przez pewien czas milicjanci przeszukiwali otaczającą to miejsce tajgę – przecież staruszkowie nie mogli uciec zbyt daleko – ale poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. 

Miejscowi chłopcy, którzy w nocy paśli konie przed przybycie milicji, widzieli jak niebo nad klasztorem w pewnym momencie zajaśniało niezwykłym światłem. Wiedzący mówili, że nie inaczej tylko sam Pan Bóg ukrył swe sługi przed rozprawą przenosząc ich za życia do Królestwa Niebieskiego. 

Jakby tam to nie było, tajemnica zniknięcia mnichów pozostaje zagadką do dziś dnia.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 48/2015, ss. 30-31
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. F. Leśniakiewicz