Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziemia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 kwietnia 2021

Zderzenie 4,5 mld lat temu: dowody

 


 

Jiří Černý

 

We wnętrzu Ziemi znajdują się ogromne pozostałości hipotetycznej protoplanety Thea.

Około 4,5 mld lat temu prawdopodobnie doszło do zderzenia Ziemi z prastarą protoplanetą zwaną Thea. Wskutek tego impaktu miał powstać Księżyc…

Nowe badanie przeprowadzone przez zespół naukowców z Arizona State University sugeruje, że wewnątrz naszej planety mogą znajdować się dwie ogromne pozostałości Thei. W szczególności są to skupiska kamieni i metalu.


Zobacz, jak mógł powstać Księżyc. Superkomputer ożywił zderzenie Ziemi z Theą 

Według dostępnych informacji mają one około 1000 kilometrów wysokości i 2000-3000 kilometrów szerokości. W przeszłości część ich zawartości wypłynęła przez wulkany samoańskie i islandzkie, więc eksperci mogli je zbadać.

I to właśnie te analizy wykazały, że te dwie struktury znacznie różnią się od otaczającego płaszcza - co odpowiada hipotezie o ich pozaziemskim pochodzeniu.

 

Geolodzy rozwiązują zagadkę „masywnych anomalii” wewnątrz Ziemi

 

Naukowcy już wcześniej wpadli na pomysł, że większe lub mniejsze kawałki Thei można znaleźć zakopane pod powierzchnią księżyca. Ale jego skład jest bardzo podobny do składu Ziemi.

W świetle tego faktu - a także gigantycznych wymiarów obu formacji - wydaje się raczej, że najbardziej znaczące pozostałości omawianej protoplanety, które przetrwały, leżą głęboko pod naszymi stopami.

 

Moje 3 grosze

 

Czyżby więc rozwiązano wreszcie zagadkę istnienia księżycowych maskonów? Być może jest tak, jak sugerują to naukowcy z Arizony, ale co z Ziemią? Bo Ziemia to jest inny świat i tutaj te 4,5 mld lat, które ma ona za sobą mogły wystarczyć, by część planety Thea, która wbiła się w Protoziemię stopiły się całkowicie i wymieszały ze skałami Ziemi. Zresztą obie planety były wtedy niemal zupełnie płynne, więc przyszło om to bez problemów. To po pierwsze.

Po drugie – zakładając, że Thea była z tego samego obłoku gazowo-pyłowego, co Protoziemia, jej skład chemiczny powinien być taki sam lub bardzo podobny do składu naszej planety, więc poszukiwania śladów chemicznych raczej mija się z celem.

Po trzecie – sprawa wulkanów Islandii i Samoa. Obie te wyspy znajdują się nad plamami gorąca (hot spots), które wyrzucają do góry strumienie magmy z dolnego płaszcza – jego najniższej warstwy D”. Siłą rzeczy skład chemiczny ich magmy musi się różnić od składu chemicznego magmy z „normalnych” wulkanów, których materia pobierana jest z kier litosferycznych w strefach ich subdukcji.

Reasumując: jeżeli mamy już szukać śladów Thei, to osobiście stawiałbym na Księżyc. Przypominam, że Księżyc stanowi tylko 0,123 masy Ziemi, ergo proces jego stygnięcia przebiegał znacznie szybciej i prędzej był on ciałem niebieskim z twardą skorupą i może nawet chwilową atmo- i hydrosferą, która znikła w miarę dalszego stygnięcia i zanikania pola magnetycznego. Dlatego też bryła Księżyca powstała z połączenia się fragmentów Ziemi i Thei, które zdążyły ostygnąć, zanim stopiły się w jednolity konglomerat skał. I kto wie, czy właśnie nie z tego powodu są starsze od skał na Ziemi…? To daję pod rozwagę przyszłym eksploratorom Srebrnego Globu.  

 

Źródło - https://www.msn.com/cs-cz/zpravy/v-da-a-technika/v-nitru-zem%C4%9B-se-nejsp%C3%AD%C5%A1-nach%C3%A1zej%C3%AD-ob%C5%99%C3%AD-poz%C5%AFstatky-hypotetick%C3%A9-protoplanety-theia

Ilustracja: Rufus Gefangenen

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

wtorek, 26 lutego 2019

Koncepcja „Czarnego Łabędzia”


"Czarny Łabędź" nad Czelabińskiem...

Oleg Fajg


NASA oświadczyła, że zabranie próbek gruntu asteroidy 101955 Bennu przez misję OSIRIS-REx w 2018 roku zmieni trajektorię jego ruchu i nie zrobi bardziej możliwym jego trafienie w naszą planetę w 2135 roku.

W dniu dzisiejszym istnieją najróżniejsze oceny niebezpieczeństwa trafienia Ziemi przez asteroidę. Staje się popularną idea, że będzie to nieoczekiwane wydarzenie – w rodzaju spotkania w dzikiej naturze czarnego łabędzia, który przez wiele lat uważano za ornitologiczny mit.


Kultowa trylogia


W roku 2001, świat ujrzał pierwszy tom trylogii „Zwiedzeni przez losowość” autorstwa Nassima Nicolasa Taleba. W niej amerykański ekonomista, matematyk i filozof rozwinął oryginalną koncepcję Czarnego Łabędzia. Taleb opisuje w niej, jak nagłe i wielkie w swych rozmiarach wydarzenia mogą kardynalnie zmienić bieg historii. Potem pojawiły się jego dwie kolejne prace: „Czarny Łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń” (2007) i  „Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy” (2010). W nich rozpatruje się takie nieoczekiwane zdarzenia jak: wojny, kryzysy finansowe, akt terroru à la 11 września, padnięcie Internetu, itd. itp. Przy tym jednym z najbardziej imponujących dodatków do teorii Czarnego Łabędzia w obszarze trudnych do prognozowania i rzadkich wydarzeń ze znacznymi następstwami jest analiza możliwego zderzenia Ziemi z dużymi asteroidami.

Ślady wielkich kosmicznych katastrof świadczą o tym, że zderzenie z kosmicznymi skałami będzie przede wszystkim niszczącym dla ziemskiej cywilizacji. Ponadto historia pokazuje, że sama możliwość skrajnie mało wiarygodnych wydarzeń może w konsekwencji zmienić bieżącą rzeczywistość. Klasyczny przykład: przypadek jądrowego starcia pomiędzy aktualnymi mocarstwami. W ten sam sposób zagrożenie impaktem asteroidy może zainspirować wysiłki wielu krajów i podnieść na wyższy poziom współpracę międzynarodową.

...i jego fragment 

Święto nadchodzącej Apokalipsy


Jest całkowicie możliwe, że jutro czy w najbliższym stuleciu nasza arka kosmiczna o nazwie Ziemia nie wpadnie na kosmiczne rafy latających skał, ale nie wolno tego wykluczać. Kanał TV Discovery nadał ciekawy program pt. „Jak przeżyć impakt asteroidy”, w którym astronauta amerykański Rusty Schweickart przytacza przerażające fakty:
Każdej nocy na naszą planetę spadają tysiące uderzeń z Kosmosu. Do tego każdego dnia na Ziemię spadają setki ton meteorytów. Większość z nich ma rozmiary od ziarna kukurydzy do gołębiego jajka, ale zdarzają się też obiekty o średnicy od piłki tenisowej do piłki do koszykówki. Najniebezpieczniejsze jest to, że na nas może spaść jeszcze większy „pocisk”, w zderzeniu z którym nasz „Titanic” ziemskiego życia może pójść na dno. I to jest tylko kwestia czasu.   

Słowa astronauty potwierdzają geolodzy z paleontologami, którzy już dawno odnaleźli ślady upadku kolosalnych asteroidów, nie raz zmieniających bieg ewolucji wszystkich istot żywych na naszej planecie.


Blizny Błękitnej Planety


Jedno z takich śmiercionośnych uderzeń w Ziemię miało miejsce 65.000.000 lat temu, kiedy asteroida o średnicy co najmniej 10 km z prędkością do 100.000 km/h (ok. 28 km/s)[1] wyrżnęła w naszą planetę. W rezultacie impaktu powstał astroblem – krater uderzeniowy o średnicy 180 km.[2] Powierzchnia ziemi się roztopiła, rozstąpiła i utworzyła koncentryczne grzbiety górskie. Fala uderzeniowa wybuchu spowodowała cały rój trzęsień ziemi, który przeistoczył się w sejsmiczny sztorm, to z kolei obudziło setki wulkanów w tym także i dziesiątki superwulkanów. Trzęsienia ziemi o sile >M9,0 spowodowały kolosalne megatsunami. Odłamki po wybuchu spadały na ziemię ognistym deszczem, a słońce skryło się za kurtyną pyłu, przekształcając południe w zmierzch. Planetę okryły mroki na długi czas, a temperatura zaczęła stopniowo spadać. Tak właśnie zginęło ¾ gatunków wszystkich roślin i zwierząt – w tym dinozaury.

Ciekawe, że właśnie ta katastrofa w rezultacie stworzyła człowieka „królem przyrody”. Alternatywny wariant z ewolucją rozumnych jaszczurów (dinozaurów naczelnych) został błyskotliwie opisany przez amerykańskiego pisarza Harry’ego Harrisona w serii powieści „Na zachód Edenu”[3].

Mimo zagrożenia pojawienia się z Kosmosu „Czarnego Łabędzia”, będącego w stanie w ciągu jednej chwili zniszczyć całą Ludzkość, astronomowie uprzedzają i o realnym zagrożeniu ze strony o wiele mniejszych ciał niebieskich. Średnica takich meteorytów może wynosić od dziesiątków do setek metrów. Tego rodzaju skalne odłamki kręcą się na orbitach bliskich Ziemi, i w dniu 15.II.2013 roku meteoryt o średnicy 17 m eksplodował na niebie Czelabińska. Do tego energia eksplozji była 35 razy większa od energii eksplozji bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę.[4] Wybuch uszkodził ponad 7000 budynków i zranił 1500 osób. Trudno sobie wyobrazić, co by to było, gdyby na miejsce Meteorytu Czelabińskiego spadło coś, co nazywamy Meteorytem Tunguskim albo Tunguskim Ciałem Kosmicznym, z dnia 30.VI.1908 roku, które tysiące razy przewyższało wybuch nad Hiroszimą. Wtedy, 110 lat temu coś o średnicy kilkudziesięciu metrów zniszczyło parę tysięcy kilometrów kwadratowych tajgi z 80.000.000 drzew.

Zarówno Meteoryt Czelabińsk i Tunguskie Ciało Kosmiczne były czymś nieoczekiwanym dla astronomów, dokładnie jak klasyczne czarne łabędzie w dzikiej naturze. Czy więc można dzisiaj przewidzieć impakty asteroidów?

Astroblem Meteor Crater/Barringer Crater/Crater Canyon Diablo w Arizonie w zimowej szacie

Ostrzeżony – uzbrojony


Dzisiaj wiodące agencje kosmiczne są w pełni zdolne do rozpracowania planu obronnego przed asteroidami o średnicy kilometra tym bardziej, że astronomowie są w stanie stworzyć globalną sieć obserwacji drobniejszych ciał niebieskich przemykających koło Ziemi.

Jednakowoż rzadkość pokazywania się „Czarnych Łabędzi” usypia wielu polityków i różnych działaczy. Dlatego właśnie wiodące mocarstwa kosmiczne do dziś dnia nie doszły do porozumienia w sprawie finansowania monitoringu i tym bardziej technologii zmiany orbit niebezpiecznych obiektów.

Np. całkiem niedawno ESA zmieniła program NASA i Roskosmosu pod nazwaniem Asteroid Impact Mission, w którą wliczono także rozpracowanie metod ochrony przez asteroidami. Zamiast tego zdecydowano się na finansowanie misji badawczej Marsa – Exo Mars.

Między innymi nawet patrząc przez zwyczajną lornetkę można przekonać się o strasznym niebezpieczeństwie zagrażającemu naszej planecie. Wystarczy przyjrzeć się kraterom impaktowym pokrywającym lico Księżyca. Z drugiej strony, astronomom jest znany zaledwie 1% wszystkich asteroid Układu Słonecznego. Ciała te wchodzą także do kategorii Obiekty Zbliżające się do Ziemi – NEO[5]. Do tego asteroidy mające średnicę 150 m i przybliżające się do Ziemi na odległość 7.500.000 km uważa się za potencjalnie niebezpieczne obiekty.

Każdego roku astronomowie wykrywają 1500 NEO – dużo to czy mało?


Miliony ognistych bolidów


Nie patrząc na to, że astronomowie każdej nocy wpatrują się w rozjaśnione gwiazdami niebo, zlokalizowano jedynie położenie i elementy orbit jedynie 16.300 NEO. Na swe odkrycie czeka dalsze co najmniej 10.000.000 obiektów.

W związku z tym uczeni przedłożyli tzw. Deklarację 100x. W niej mówi się konieczności stukrotnego zwiększenia ilości zlokalizowanych asteroid przy pomocy teleskopów optycznych, radioteleskopów i kosmicznych teleskopów IR.
Kierownictwo NASA uważa, że w najbliższych latach zwiększy się procent odkrytych asteroid do 90. Chodzi tutaj o ciała niebieskie znajdujące się w wewnętrznej części Układu Słonecznego i o rozmiarach >140 m, dzisiaj odkryto ich 28%, a przy zderzeniu takich obiektów z Ziemią może wydzielić się energia równa eksplozji bomby termojądrowej o mocy 50 Mt.

Zgodnie z danymi NASA, poza obiektami o rozmiarach kilkuset metrów, nie odkryto jeszcze ok. 10.000.000 ciał niebieskich o średnicy >20 m, a także 300.000 o rozmiarach >40 m, które od czasu do czasu pojawiają się w pobliżu naszej planety czy przecinających płaszczyznę jej trajektorii.

Każdego roku w ziemską atmosferę wpada bolid o rozmiarach samochodu osobowego. Raz na 1000-lecie na Ziemię spada 100-metrowy obiekt będący w stanie zniszczyć wielomilionowe megapolis. Raz na milion lat przylatuje asteroida zagrażająca zniszczeniem Australii (powierzchnia 7.692.000 km²) czy nawet Europy (10.180.000 km²). Natomiast raz na 10 mln lat dochodzi do zderzenia ze skałą o średnicy 1 km, co zagraża całej Ludzkości.

Jakże można uchronić się przed niebezpiecznymi przybyszami z Wszechświata?


Ziemianie szykują odwetowe uderzenie


Dzisiaj konstruktorzy i wynalazcy proponują kilka sposobów na zmianę trajektorii asteroid.

·        Po pierwsze – to uderzenie pociskami termojądrowymi albo założenie ładunków jądrowych (fugasów) jak to zrobiono w filmie „Armagedon”.
·        Po drugie – zastosowanie tarana kinetycznego, czyli zderzenie z asteroidą masywnego aparatu kosmicznego.
·        Po trzecie – uderzenie asteroidy promieniem lasera o wysokiej energii, np. gaisera (lasera na promienie gamma) z doładowaniem termojądrowym. Jest on w stanie odparować część powierzchni asteroidy, wytworzyć strumień pary, która zmieni orbitę asteroidy, no i…
·        …po czwarte – zastosowanie kosmicznego holownika – kiedy statek kosmiczny z potężnymi silnikami i silnym polem grawitacyjnym będzie wykorzystany do zmiany trajektorii asteroidy.

Realnie kraje dysponujące bronią ASAT byłyby w stanie już dzisiaj przepędzić niepożądanego gościa przy pomocy pocisków rakietowo-jądrowych. Jednakże jak dotąd nikt nie bierze się za dokładne obliczenia, jak w takim przypadku zachowa się masywne ciało kosmiczne…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 42/2018, ss. 4-5
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      



[1] Szacunki masy i prędkości różnią się, ale efekt końcowy był zawsze taki sam: krater impaktowy. o średnicy 150-240 km i głębokości 30 km. Impakt wyzwolił energię rzędu 0,4 YJ czyli 100 Tt TNT. 
[2] Krater impaktowy o średnicy 150-240 km i głębokości 30 km. Impakt wyzwolił energię rzędu 0,4 YJ czyli 100 Tt TNT. 
[3] Są to: „Na zachód od Edenu” (1991), „Zima w Edenie” (1992), „Powrót do Edenu” (1992) i „Dawn of the Endless Night” (wyd. amerykańskie 2001).
[4] Czyli 0,525 Mt TNT.
[5] Z ang.: Near Earth Object.

środa, 4 października 2017

Nowa wersja początku życia na Ziemi?

Suchy i wilgotny cykl powstawania RNA we wczesnych okresach geologicznych na Ziemi

Dowody sugerują, że życie na Ziemi zaczęło się od upadku meteorytów do małych, ciepłych kałuż wody… Rysunek pokazuje nam różne czynniki działające na związki chemiczne w ciepłych małych kałużach wodnych w czasie suchej i mokrej fazy cyklu.

Życie na Ziemi zaczęło się gdzieś pomiędzy 3,7 a 4,5 mld lat temu (a zatem w okresach zwanych Hadeikiem i Archaikiem – przyp. tłum.), po tym jak spadły meteoryty i dodały ważnych pierwiastków do małych i ciepłych zbiorników wodnych – orzekli naukowcy z McMaster University w Kanadzie i Instytutu Maxa Plancka w Niemczech. Ich obliczenia sugerują, że suche i mokre cykle związały podstawowe związki chemiczne, stanowiące bogaty nawóz dla samopowielających się łańcuchów RNA, które utworzyły pierwociny pierwszego kodu genetycznego życia na naszej planecie.

Badacze oparli swe wnioski na wyczerpujących badaniach i obliczeniach opartych na aspektach astrofizycznych, geologicznych, chemicznych, biologicznych i innych dyscyplin naukowych. Chociaż koncepcja „małych, ciepłych kałuż” była w obiegu od czasu Darwina, badacze muszą udowodnić jej możliwość poprzez liczne obliczenia.

Wiodący autorzy: Ben K.D. Pearce i Ralph Pudritz – obaj z Instytutu Pochodzenia McMastersa i jego Katedry Fizyki i Astronomii – mówią, że niewątpliwe dowody sugerują, że życie rozpoczęło się kiedy Ziemia jeszcze wciąż formowała swój kształt, z kontynentami wyłaniającymi się z oceanów, meteoryty bombardowały planetę (Wielkie Bombardowanie – przyp. tłum.) – w tym także te niosące w sobie cząstki budulca życia – i nie było ozonosfery chroniącej przed promieniowaniem UV ze Słońca.
- Nikt nie prowadzał takich obliczeń wcześniej – powiada Pearce. – To jest naprawdę piękny początek. To jest naprawdę ekscytujące!
- Jako że mamy tutaj wiele wejść z tak wielu różnych obszarów wiedzy, i to jest zdumiewające, że wszystkie zebrały się tu razem – mówi Pudritz – każdy krok prowadzi do następnego. A wszystkie razem prowadzą do jasnego i klarownego, prawdziwego dla nas obrazu.

Ich praca – przy współpracy Dimitrija Siemionowa i Thomasa Henninga z Instytutu Astronomii im. Maxa Plancka – została opublikowana w „Proceedings of the National Academy of Science”.
- Aby zrozumieć pochodzenie życia, potrzebujemy zrozumienia Ziemi jaka ona była miliardy lat temu. Jak pokazują nasze badania, astronomia dostarcza nam żywotną część odpowiedzi. Szczegóły tego, jak formował się nasz Układ Słoneczny ma ścisłe konsekwencje dla pochodzenia życia na Ziemi – mówi Thomas Henning z Instytutu Astronomii Maxa Plancka i drugi współautor.


Dowody sugerują, że życie na Ziemi zaczęło się po tym, jak meteoryty wpadły do jej ciepłych niedużych zbiorników wodnych. Na zdjęciu widzimy taki właśnie zbiornik na szlaku Bumpass Hell w Wulkanicznym Parku Narodowym Lassen, CA (wg Ben K.D. Pearce z McMaster University)

Iskierki życia – jak mówią autorzy – stworzyły polimery RNA: esencjonalne komponenty nukleotydów, dostarczone przez meteoryty, osiągające potrzebne stężenie w wodach takich akwenów i sklejające się ze sobą jak wody opadały i wznosiły się w czasie cykli wytrącania, odparowywania i osuszania. Kombinacja wilgotnych i suchych warunków była niezbędna do ich syntezy – mówi ich artykuł.

W pewnych przypadkach, jak sądzą uczeni, sprzyjające warunki spowodowały łączenie się tych łańcuchów i nabycia zdolności do replikowania się poprzez przyciąganie innych nukleotydów ze swego środowiska, wypełniając jeden z warunków z definicji życia. Polimery te acz jeszcze niedoskonałe, były w stanie przystosować się po darwinowsku do odmiennych warunków życia.
- To jest ten Święty Graal eksperymentalnego pochodzenia chemii życia – mówi Pearce.

Ta rudymentarna forma życia mogłaby ewoluować do naturalnego powstania DNA, genetycznej matrycy wyższych form życia, które wyewoluowałyby o wiele później. Świat mógłby być zamieszkały tylko przez życie oparte na RNA, póki nie powstałoby DNA.
- DNA jest zbyt skomplikowane, by być pierwszym elementem życia, które się pojawiło – mówi Pudritz – tak więc ono musiało zacząć się z czegoś innego, a tym było RNA.

Kalkulacje naukowców wykazały, że sprzyjające po temu warunki istniały w tysiącach stawów i kluczowe kombinacje do formowania się życia były tam o wiele bardziej korzystne, niż u wylotów hydrotermalnych źródeł – gdzie wedle konkurencyjnej teorii życie mogło powstać w szczelinach dna oceanicznego, w których pierwiastki życia zostały zebrane w trakcie erupcji gorącej zmineralizowanej wody. Autorzy powiedzieli, że te warunki nie były sprzyjające powstaniu życia, odkąd formowanie się łańcuchów RNA wymagało suchego i wilgotnego naprzemiennego cyklu.

Kalkulacje także ukazują eliminowanie pyłu kosmicznego jako źródła życiodajnych nukleotydów. Jednakże chociaż ten pył niósł ze sobą potrzebne materiały, to nie były one skoncentrowane do tego stopnia, by wygenerować życie – jak określili to badacze. W tym czasie, we wczesnym okresie istnienia Układu Słonecznego, meteorytów było o wiele, wiele więcej i mogły one lądować w tysiącach małych akwenów niosąc ze sobą podstawowe cegiełki życia, które łączyły się ze sobą w bloki. Pearce i Pudritz planują przedstawienie nowej teorii w przyszłym roku, kiedy Uniwersytet McMastera otworzy Laboratorium Pochodzenia Życia, w którym odtworzone będą warunki środowiskowe sprzed powstania życia.
- Drżymy na myśl, że możemy połączyć wszystkie teoretyczne artykuły, połączyć te wszystkie te kombinacje i uzyskać je w laboratorium – mówi Pudritz.


Opinie z KKK

OK., tylko od razu rodzi się pytanie: gdzie narodziło się to życie, które przyleciało do nas na meteorytach? P.S. Infantylna hipoteza na temat p. Boga mnie nie interesuje. (Daniel Laskowski)

Dobre pytanie i podstawowe. To, że przyleciało z zewnątrz to wg mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości. Kiedy i gdzie powstało, to inna para kaloszy - i tego chyba nigdy się nie dowiemy, gdyby nawet okazało się, że z innego wymiaru - ale jak powstał ten inny wymiar... itd. Trop dobry, ale przedstawiona idea wcale mnie nie przekonuje - absolutnie! Życie musiało przybyć na Ziemię tym "środkiem lokomocji", ale w formie już żywego kompletnego organizmu, reprodukującego się, i mającego zapisany w kodzie genetycznym dalszy scenariusz rozwoju, którego rozgałęziające się etapy uruchamiały się w zależności od zmiany warunków środowiskowych. Za takiego posłańca wystarczyła bakteria... (Avicenna)

W sumie prosta i bardzo przemawiająca do takiego jak ja dyletanta hipoteza. Jedno bardzo mnie zainteresowało. Ile takich planet dużo starszych od Ziemi istnieje? Pewnie niezliczona ilość i co z tego wynika. Tam takie lub podobne życie musiało powstać o tyle wcześniej o ile te planety są starsze od naszej Ziemi. Na zdrowy rozum, jeżeli uda się powtórzyć pewne najprymitywniejsze  procesy powstawania życia w laboratorium, to jesteśmy w "DOMU"!? Jeżeli się nie uda to zawsze pozostaje Stwórca kim by on nie był 😀 😃 😜 (K A ZE K)


A może po prostu życie powstaje w przestrzeni kosmicznej a potem opada na Ziemię w postaci cząsteczek łańcucha RNA i DNA, które potem łączą się już w całość? Taka jakaś Anabis jak z opowiadania A.E. Van Vogta? (Platon)

Więcej na ten temat – Ben K.D. Pearce – „Origin of the RNA: The fate of nucleobases in warm little ponds”, PNAS 2017 – zob. www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.1710339114    oraz  https://phys.org/news/2017-10-evidence-life-earth-meteorites-splashed.html#jCp         


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      

sobota, 6 lutego 2016

Praziemia we wnętrzu Ziemi?




Ekipa uczonych z Harvardu być może znalazła wskazówki tego, że pewna część Praziemi może istnieć we wnętrzu płaszcza naszej planety. 

Studium przedstawione w czasie konferencji u Goldsmitha w Sacramento, CA, twierdzi iż poprzednio niewytłumaczalny stosunek izotopów z głębin Ziemi może być „echem” Pierwotnej Ziemi, która istniała przed kolizją z innym ciałem niebieskim – planetą Tea/Thea/Orfeusz – która to kolizja spowodowała powstanie Księżyca ok. 4,5 GA temu. 

Zgodnie z autorami tego studium, stosunek ten może reprezentować sygnał z materiału, który istniał dawniej, przed Wielką Kolizją.

Uczeni z Uniwersytetu Harvarda, pod kierownictwem prof. Sujoy Mukhopadhyay uważają, że tylko część Ziemi stopiła się w rezultacie tej kolizji i że w głębinach płaszcza naszej planety i wciąż istnieje tam część Pierwotnej Ziemi.

Uczeni zbadali stosunek izotopów w gazach szlachetnych z wnętrza płaszcza Ziemi i porównali to ze stosunkami izotopów w gazach znalezionych bliżej powierzchni Ziemi. Odkryli oni, że stosunek izotopu 3He do 22Ne z podpowierzchniowych warstw płaszcza jest o wiele większy niż z warstw położonych głębiej. 

Analizy stosunku gazów szlachetnych 129Xe do 130Xe także potwierdza hipotezę wysuniętą przez naukowców. Materiał, który został wyciągnięty na powierzchnię z głębi płaszcza ma niższy stosunek od tych z pobliża powierzchni. 

Ponieważ izotop 129Xe powstaje wskutek rozpadu izotopu 129I* (rozpad beta-- przyp. tłum.), te izotopy wskazują na to, że starsza część płaszcza została uformowana w czasie pierwszych 100 MA ewolucji naszej planety.

Uczeni sądzą, że ta teoria wyjaśnia różnice pomiędzy stosunkami ilości izotopów gazów szlachetnych w różnych częściach Ziemi.

Jak powiedział prof. Mukhopadhyay:
- Geochemia wskazuje na to, że istnieją różnice pomiędzy stosunkami izotopów gazów szlachetnych w różnych częściach świata i to wymaga wyjaśnienia. Idea Wielkiej Kolizji Ziemi z innym ciałem niebieskim wielkości planety (niektórzy uczeni sądzą, że miała ona wielkość nawet Marsa – przyp. tłum.) stanowiącym największe tego rodzaju wydarzenie w historii geologicznej Ziemi, nie stopiło całkowicie Ziemi i nie wymieszało dokładnie jej materii z materią Tei, co zmieniło nasze poglądy na formowanie się planet i energetykę gigantycznych impaktów. Jeżeli ta teoria jest poprawna, to możemy poszukiwać ech Praziemi z czasów sprzed Wielkiej Kolizji.  


Ilustracja powyżej:
Stary krater impaktowy, z Wikimedia Commons
Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

sobota, 23 stycznia 2016

Ziemia może posiadać podziemny ocean trzykrotnie większy od tego na powierzchni



Według naukowców, setki kilometrów pod powierzchnią Ziemi istnieje wodonośna warstwa skalna, która pozwala na nowe teorie i spekulacje o formowaniu się planety.

Po całych dekadach starań, naukowcom udało się odkryć olbrzymi rezerwuar wody, zdolny trzykrotnie wypełnić ziemskie oceany, który może być uwięziony setki kilometrów pod powierzchnią i jest w stanie zmienić nasze poglądy na temat sposobu, w jaki formowała się Ziemia.

Woda ta jest zatrzymana w minerale zwanym ringwoodytem (jest formą oliwinu. Skład chemiczny minerału może być różny, od czystego Mg2SiO4, do Fe2SiO4. Minerał zawiera 2,5% wagowych wody, a najbardziej uwodnione około 3% wagowych  - wikipedia) około 660 kilometrów pod ziemską skorupą. Steve Jacobsen, geofizyk pracujący w Northwestern University w Stanach, [...] twierdzi, że to odkrycie sugeruje odśrodkową genezę ziemskiej wody, która wydostawałaby się na powierzchnię dzięki aktywności geologicznej, a nie była depozytem komet lodowych uderzających w tworzącą się planetę, jak głoszą obowiązujące teorie.
Powierzchniowe procesy geologiczne, takie jak trzęsienia ziemi i erupcje wulkaniczne, są wyrazem procesów wewnętrznych naszej planety, które nie są w zasięgu naszego wzroku - twierdzi Jacobsen. - Myślę, że wreszcie widzimy dowody na pan-ziemski cykl wodny, który może pomóc wyjaśnić bezmiar wód na powierzchni. Naukowcy od całych dziesięcioleci szukali czegoś takiego.

Jacobsen i jego współpracownicy są pierwszymi naukowcami, którzy dostarczyli bezpośredni dowód na możliwość występowania wody w płaszczu Ziemi zwanym strefą przejściową. Oparli swoje ustalenia na badaniu wielkiego podziemnego obszaru rozciągającego się przez większość amerykańskiego interioru.

Ringwoodyt zachowuje się niczym gąbka z racji swojej krystalicznej budowy, przyciągającej wodór i wiążącej wodę.

Jeśli tylko jeden procent masy skał płaszcza w strefie przejściowej stanowi woda, równałoby się to niemalże trzykrotnej ilości wody wszechoceanu, jak twierdzi Jacobsen.

Badanie wykorzystało dane USArray, sieci sejsmometrów rozpostartej na terytorium USA i mierzących wibracje trzęsień ziemi, oraz wyniki eksperymentów laboratoryjnych  Jacobsena na skałach i symulujących wysokie ciśnienie panujące na głębokości ponad 600 kilometrów. Efektem tej pracy jest dowód na topienie się i ruch skał w strefie przejściowej – setki kilometrów poniżej, pomiędzy górnym a dolnym płaszczem – które prowadzą do związania i zatrzymania wody w skale. Odkrycie to jest sporej wagi, ponieważ wcześniej proces topienia umiejscawiano zazwyczaj znacznie wyżej, około 80 kilometrów pod powierzchnią.


Planetarny dzwonek


Zespół Jacobsena wykorzystał 2000 sejsmometrów w celu analizy fal sejsmicznych ponad 500 trzęsień ziemi. Fale te przemierzają wnętrze planety, włączając w to jej rdzeń, i mogą być wykryte na powierzchni. Sprawiają, że Ziemia przez kilka dni drży niczym dzwon - Jacobsen.

Mierząc prędkość tych fal na różnych głębokościach, zespół był w stanie ustalić, przez które warstwy skał przechodziły. Wodna warstwa sama się ujawniła, ponieważ fale sejsmiczne zostały spowolnione, a dzieje się tak w przypadku przemokniętych skał.

Jacobsen był teoretycznie przygotowany do wykrycia tego zjawiska, ponieważ opracował model przenikania fal przez zawierający wodę ringwoodyt. Wyhodował ten minerał w swoim laboratorium i wystawił jego próbki na działanie ogromnego ciśnienia oraz temperatur równych tym, które występują na głębokości siedmiuset kilometrów.

I faktycznie, odkryli oznaki mokrego ringwoodytu w strefie przejściowej na głębokości 700 kilometrów, która dzieli górny i dolny płaszcz. Na głębokości tej panują warunki odpowiednie do wyciśnięcia wody z ringwoodytu. To skała, pomiędzy której ziarnami znajduje się woda, otulając je, zupełnie jakby się pociła - mówi Jacobsen.


Wilgoć na głębokościach


Odkrycia Jacobsena wspierają niedawne ustalenia Grahama Pearsona z kanadyjskiego  Uniwersytetu Alberty w Edmonton. Analizując wulkaniczny diament pochodzący ze strefy przejściowej odkrył, że zawiera on wodonośny ringwoodyt, co stanowiło pierwszy mocny dowód na występowanie dużej ilości wody w tej strefie.
- Od czasu pierwszego doniesienia o wodonośnym ringwoodycie odnaleźliśmy kolejny kryształ, który także zawierał w sobie wodę, zatem dowód na to jest bardzo mocny.

Jak dotąd, Jacobsen ma jedynie dowody na istnienie skalistej strefy wodonośnej pod terytorium USA. Teraz zamierza dociec, czy oplata ona całą planetę.

Jacobsen w rozmowie dla New Scientist powiedział, że ta ukryta woda może działać także jako bufor wody powierzchniowej, co wyjaśniałoby fakt, że oceany utrzymują te same rozmiary od milionów lat. Gdyby ten bufor nie istniał, cała jego woda byłaby na powierzchni, a nad prawdziwy bezmiar wszechoceanu wystawałyby jedynie wierzchołki gór.





Przekład z j. angielskiego – Tomasz Małecki ©