Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą algi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą algi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 lipca 2021

Jak co roku w Bałtyku…

  


Jak co roku o tej porze w Bałtyku pojawia się zielone niebezpieczeństwo – toksyczne sinice. Sinice potrafią popsuć letni urlop nad morzem, ale nie tylko nad morzem, bo naturalnym środowiskiem tych prostych mikroorganizmów jest także słodka woda. Kiedy zyskuje zielonkawy kolor, lepiej unikać kąpieli, bo to może oznaczać, że sinice właśnie zaczęły kwitnąć. Zieloną barwę zawdzięczają chlorofilowi niezbędnemu do przeprowadzenia procesu fotosyntezy. Szczególną właściwością tych organizmów jest zdolność do przyswajania azotu z atmosfery, który następnie przetwarzają w azotyny i azotany. Ta cecha pozwala im bytować w różnorodnych środowiskach.

Trucizny uwalniają się podczas wykwitu sinic, ale zależy od kilku czynników. Ważne jest tu odpowiednio silne nasłonecznienie i temperatura wody przekraczająca 18 stopni Celsjusza, a także brak silnego wiatru, który powodowałby fale rozpraszające sinice – czytamy na stronie TVN24.






W zasadzie można powiedzieć, że sinice są dla urlopowiczów nad Bałtykiem tym, czym meduzy irukaji dla Australijczyków. Tylko że sinice bałtyckie mają wielekroć słabszy jad złożony z kompotu neurotoksyn.

Co powoduje te wykwity sinic w Bałtyku? Przede wszystkim fakt, że Bałtyk jest wysłodzony i woda ma małą zawartość soli – od 2 do 12‰, co sprzyja rozrostowi alg.

Po drugie – do Bałtyku są wpuszczane różne związki chemiczne stanowiące doskonały nawóz i pożywkę dla sinic i innych alg. Najczęściej są to związki organiczne zawierające NPK, które są stymulatorem ich rozrostu.

Związki te zawarte są w wodach rzecznych i są tam wypłukane sztuczne nawozy NPK z naszych pól. Ostatnie awarie w warszawskich oczyszczalniach ścieków też dowaliły swoje i dlatego właśnie Bałtykowi dostały się zwiększone ilości materii organicznej do przerobu przez fitoplankton.



Później morze wyrzuca na plaże całe zwały wodorostów, które rozkładając się powodują nieznośny zapach. Ale także uwalniają jod do atmosfery, dzięki czemu mamy bogatszy morski aerosol.

Jednakże trzeba uważać, bowiem ocieplanie się wód Bałtyku może doprowadzić do pojawienia się różnych groźnych patogenów. Strona TVN24 podaje, co następuje:

Spośród wielu gatunków przecinkowców, najbardziej niebezpieczne są Vibrio vulnificus, gdyż infekcje, które powodują, mogą prowadzić nawet do amputacji kończyny. Chociaż upodobały sobie ciepłe wody tropikalne, od kilku lat ich obecność odnotowuje się także w Bałtyku.

Zakażenie bakterią występuje przede wszystkim w wyniku spożycia surowych owoców morza - szczególnie ostryg - lecz grozi też tym, którzy zdecydowali się pływać z otwartą raną w ciepłej, słonej wodzie. Szczepy tych bakterii przebywają przede wszystkim w wodach przybrzeżnych. Niestety, wraz z wzrostem temperatury zwiększa się ryzyko zakażenia: wzrost temperatury wód o jeden stopień Celsjusza skutkuje trzy razy większą szansą złapania przecinkowca.

Zakażenie przecinkowcem może doprowadzić do nudności, gorączki, bólu brzucha, zatrucia pokarmowego, zapalenia jelit, a nawet - w wyjątkowych przypadkach - martwiczego zapalenia powięzi, które może doprowadzić do amputacji. Objawem towarzyszącym jest często purpurowe zabarwienie skóry i obrzęki.

- Jeżeli masz otwartą ranę, zaciąłeś się lub nieuważnie nakłułeś, trzymaj się z dala od ciepłych wód morskich. Osoby o osłabionej odporności, pacjenci z rakiem, diabetycy, chorzy na nerki i inne osoby o przewlekłym stanie chorobowym powinny zapomnieć o ostrygach i innych owocach morza na czas wakacji - informuje Karen Landers, badaczka z Departamentu Zdrowia Publicznego stanu Alabama.

Miejmy nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie i nasze wybrzeża będą bezpieczne…

Foto - NASA/NOAA/USGS

środa, 28 marca 2012

WSZECHOCEAN: STAN KLĘSKI ROZUMU (3)

 Plastykowe opakowania dryfujące w morskiej wodzie stanowią śmiertelne zagrożenie dla zwierząt morskich (Greenpeace)
 Hawajska plaża z tym, co wyrzuca na nią morze... (Greenpeace)
... i sterty opakowań plastykowych, z którym nie za bardzo wiadomo, co zrobić... (Greenpeace)


Śmiercionośny wir śmieci

Tak to właśnie można przetłumaczyć to angielskie określenie tego fenomenu: the trash vortex. Jest to akwen wielkości Teksasu na Północnym Pacyfiku, w którym znajduje się 6 kg plastiku na każdy 1 kg planktonu, który wraz z innymi powoli degradującymi się śmieciami, wiruje powoli w kierunku ruchu wskazówek zegara, wypełniony martwymi rybami, ssakami morskimi i ptakami, które wpadły w jego pułapkę. Pewne plastyki w tym bałaganie nie rozłożą się w czasie życia wnuków i prawnuków ludzi, którzy je tam wrzucili.

Cienka warstwa plastykowych śmieci w oceanie została zabrana z plaż. Plastykowe odpady zabijają morskie zwierzęta, które biorą je za coś do jedzenia. Powodem tego stanu rzeczy jest trwałość i chemiczna odporność plastyku, co stwarza problem w środowisku morskim. Około 100 mln ton plastyku jest produkowanych w ciągu roku, a 10% z tego kończy swój żywot w morzu. Około 20% z tego pochodzi ze statków i platform wiertniczych, pozostałe są z lądu.

Wędrując wzdłuż plaż na całym świecie i po brzegach obmywanych wodami Wszechoceanu znajdujemy wiele polietylenowych i plastykowych toreb, butelek, kontenerów, plastykowych naczyń, polistyrenowych pakietów, kawałków pianki poliuretanowej, polipropylenowych sieci rybackich i kawałków lin. Do tego jeszcze drogowe pachołki, zużyte zapalniczki, opony samochodowe i szczoteczki do zębów – i inne rzeczy wyrzucane po zużyciu na ląd lub do wody, a które są wyrzucane na brzegi przez wiatry i fale.

Te właśnie rzeczy zebrały się w pacyficznym Hawajskim Vortex’e[1], Słowo „śmieci” jest ujęte w cudzysłów. Te rzeczy stanowią widoczny sygnał o wiele większego problemu. Te zbiorowiska plastyków nie rozkładają się jak naturalny materiał biologiczny. Pod wpływem słońca, wiatru i fal, plastykowe przedmioty nie rozkładają się chemicznie, ale powoli rozpadają się mechanicznie na drobne elementy.

Pojedyncza 1-lirowa butelka może się rozpaść na wiele mniejszych fragmentów, które mogą pokryć powierzchnię 1 mili plaży na całym świecie. Te małe cząsteczki łączą się w małe plastykowe kulki, które są nowym rodzajem zanieczyszczenia wody oceanicznej, i tworzą coś w rodzaju kolonii ukwiałów. Te „nowoczesne ukwiały” są zbierane z plaż przez wolontariuszy, a są znajdywane nawet tam, gdzie działanie wiatrów i fal jest stosunkowo słabe.

„Wschodni Szlak Śmieci”

Północnopacyficzny, subtropikalny wir zajmuje wielką powierzchnię Oceanu Spokojnego, a w którym woda kręci się powoli, w ruchu zgodnym z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Wiatry tam są słabe. Prądy wodne zmuszają wszelkie pływające przedmioty do środkowego sektora wiru. Znajduje się tam kilka wysp, na które materiał ten jest wyrzucany. Tak więc osiągnięto tam zdumiewające stężenie ilości śmieci plastykowych na jednostkę objętości, które wylicza się w ilości 6 kg śmieci na 1 kg masy planktonu. A wszystko to na obszarze wielkości Teksasu kręci się powoli w kierunku ruchu wskazówek zegara. Dlatego też wir ten jest nazywany „Azjatycka Trasa Odpadkowa”, „Wir Śmieci” czy też „Wschodni Szlak Śmieciowy”. 

Nie byłoby w tym jeszcze niczego złego, bowiem plastyki nie mają żadnych trujących właściwości. Najgorsze jest to, ze większe plastykowe przedmioty są zjadane przez zwierzęta, które mylą je z ich naturalnym pożywieniem. Wiele ptaków morskich i ich piskląt jest znajdowanych już martwymi, bowiem ich żołądki i wola są zapchane średnio-dużymi kawałkami plastyku jak zakrętki od butelek, plastykowymi zapalniczkami czy gumowymi balonikami. Na Hawajach znajdowano martwe żółwie morskie z tysiącami drobnych przedmiotów plastikowych w żołądkach i jelitach. Oblicza się, że wskutek tego śmierć poniosło ponad 1.000.000 ptaków morskich oraz 100.000 ssaków morskich i żółwi! Zginęły one właśnie wskutek spożycia plastykowych przedmiotów…  

Zwierzęta mogą mylić swe pożywienie z plastykowymi kawałkami sieci czy liną. Nawet małe meduzożerne zwierzęta mogą zjadać małe kawałki przeźroczystego plastyku czy opakowań unoszących się w wodzie.

Chemiczne gąbki

To jest złowrogi wir dla wszystkiego, co żyje. Plastyki mogą tworzyć coś, co można nazwać „chemiczną gąbką”. Mogą one koncentrować większość szkodliwych i toksycznych zanieczyszczeń, jakie znajdują się w wodach Wszechoceanu: trwałych organicznych zanieczyszczeń – tzw. POP. Tak zatem jak zwierzęta zjedzą takie kawałki plastyków, to wchłoną ogromną ilość wysoko toksycznych środków chemicznych.

Północnopacyficzny Vortex jest jednym z pięciu wielkich oceanicznych wirów i jest możliwe, że Pacyficzny Wir Śmieci jest tylko jednym z wielu tego rodzaju w innych oceanach. Najbardziej znanym z nich jest Morze Sargassowe, w którego wodach też stwierdzono znaczną koncentrację plastykowych odpadów.

Oceaniczni „autostopowicze”

Pływające plastyki są także groźne dla oceanicznych ekosystemów na jeszcze inny sposób, a mianowicie poprzez transport fito- i zooplanktonu na swej powierzchni na inne akweny Wszechoceanu. Tak zatem te rośliny i zwierzęta mogą być przenoszone na ogromne odległości od swych naturalnych siedlisk. Tak więc „oceaniczni autostopowicze” mogą zająć nowe siedliska i wypierać żyjące w nich gatunki.   

Oczywiście nie wszystkie plastyki pływają. W rzeczy samej około 70% z wyrzuconych do morza plastyków idą na dno. Jak obliczają holenderscy uczeni, w Morzu Północnym znajduje się około 110 przedmiotów plastykowych na 1 km2 dna, co oznacza sumarycznie 600.000 ton w całym Morzu Północnym. Ten plastyk pokrywa dno morza i jest w stanie zabić w nim całe życie.

Wyrzucanie do morza plastykowych odpadów powinno być jak najszybciej skończone. Na poziomie personalnym powinniśmy przestać używać plastykowych opakowań i kupować rzeczy w plastykowych torbach, kontenerach, itd. itp. To samo dotyczy także załóg statków, platform wiertniczych, rybaków i innych ludzi morza, którzy nie powinni zanieczyszczać morza plastykami. Jest to zagrożenie równe w swej skali skażeniu wód oceanicznych, nadmiernym połowom, zmianom klimatycznym, a które jesteśmy w stanie przerwać w celu uchronienia bioróżnorodności i chronić ją bardziej efektywnie.

Uwagi od tłumacza

Niepokoje reprezentujących Greenpeace autorów tego artykułu są całkowicie zasadne. Problem plastyków w wodach Wszechoceanu (a do tego dodałbym także wszystkie wody wewnętrzne: rzeki, jeziora, zalewy, stawy, itd.) jest już ogromny, bowiem dostrzeżono go za późno. Chociaż z drugiej strony właśnie istnienie Morza Sargassowego powinno naprowadzić uczonych na ten problem i to już w latach 60. i 70. XX wieku.

Osobiście nie sądzę, by zbyt wiele plastyków znajdowało się na Morzu Sargassowym, a to dlatego, że w krajach Afryki używa się ich niewiele. Ale już na Południowym Atlantyku problem może być poważny, bowiem tam może następować spływ śmieci RPA i Namibii z jednej strony, a z drugiej z Paragwaju, Urugwaju, Argentyny i Brazylii, gdzie opakowań plastykowych używa się dużo i coraz więcej…

Tak czy inaczej – zagrożenie dla środowisk morskich istnieje i jest coraz większe. I trzeba coś z tym zrobić, póki jest jeszcze czas…

A tak swoją drogą, czy istnieje jakiś związek pomiędzy plastykowymi potokami śmieci z Chin i Japonii, a tajemniczym, wybuchowym rozwojem populacji meduz kostkowych i meduz Nomura? Oto jest pytanie, na które trzeba poszukać odpowiedzi – i to bardzo szybko. W przeciwnym bowiem wypadku, to właśnie meduzy będą władały Wszechoceanem, do którego człowiek nie będzie miał już żadnego dostępu…

Ale to już jest temat z innej ballady.        


Przekład z j. angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©   


CDN. 


[1] W oryginale użyto nazwy Pacyfic Vast Trash Vortex – co można przetłumaczyć jako Pacyficzny Wir Śmieciowo-Odpadowy.  

wtorek, 27 marca 2012

WSZECHOCEAN: STAN KLĘSKI ROZUMU (2)

 Plaża pacyficzna pokryta plastykowymi śmieciami... ("Tajny XX wieka)
 ... i szczątki albatrosa, który zginął w wyniku połknięcia plastykowych odpadów ("Tajny XX wieka")
 Wysepka ze śmieci - widok od dołu... ("Tajny XX wieka")
... i cały dom zmyty przez tsunami z brzegów Japonii ("Tajny XX wieka")


Wielka Pacyficzna Plama ze śmieci

Igor Wołozniew

Współczesna rewolucja technologiczna zamieniła Wszechocean w jedno gigantyczne śmietnisko. Historycznie tak się stało, że wszystkie wysokorozwinięte regiony planety znajdują się na jego brzegach, a to oznacza ogromną ilość odpadów i śmieci – komunalnych i przemysłowych – która dostaje się w jego wody. Prądy morskie skupiają je w „śmieciowe wyspy”, które dryfują do czasu, kiedy znajdą spokojne miejsce, w którym zbijają się w „śmieciowe kontynenty”.

Śmietnik Oceanu Spokojnego

Największy ze „śmieciowych kontynentów” znajduje się na północy Oceanu Spokojnego, pomiędzy Alaską a Hawajami. Żartobliwie nazywa się go Wielką Pacyficzną Śmieciową Plamą (przez analogię do Wielkiej Czerwonej Plamy na Jowiszu – uwaga tłum.).

Dokładne rozmiary Plamy nie są znane. Wedle przybliżonych ocen, jej powierzchnia wynosi mniej więcej połowę terytorium USA – czyli jakieś 4,69 mln km2 – jak nie więcej, zaś na akwenie Plamy pływa ponad 120.000.000 ton różnych śmieci. W głównej mierze jest to plastik, który w odróżnieniu od naturalnych substancji, nie rozpada się przez setki lat. (Czas półrozkładu plastyków: T1/2 ≈ 500 lat! – przyp. tłum.)

Plama ta znajduje się w tzw. strefie sztilu ograniczonej ze wszystkich stron Północnopacyficznym prądem morskim. (Właściwie prądami morskimi: Północnopacyficznym, Kalifornijskim i Północnorównikowym – zob. mapka – przyp. tłum.) zbiera on wszystkie śmieci z przybrzeżnych wód Chin, Japonii, USA i Kanady, a następnie przemieszcza je do swego centrum, gdzie już pozostają w martwej strefie. Centrum to jest swego rodzaju śmietniskiem Oceanu Spokojnego (znajduje się ono na 30°N - 145°W – przyp. tłum.). Przez całe stulecia zbiera się tutaj wszelki chłam: zwłoki zwierząt, wodorosty, drewno, szczątki statków, itd. Od gnijących szczątków woda jest zapełniona szkodliwymi bakteriami i siarkowodorem – i dlatego życie w niej jest ubogie. Nie ma tutaj ptaków, wędrownych ryb, ssaków morskich. Statki i okręty starają się omijać ten akwen, na którym króluje smród i wieczny sztil…

Pływające butelki, pakiety i opakowania plastykowe zaczęły wpadać w pacyficzną strefę sztilu już w latach 50. Stopniowo masy plastyczne zaczęły stanowić lwią część i w tej chwili stanowią one 90% całej masy Plamy. Według ekologów, największa część tych wszystkich śmieci pochodzi z USA, Japonii i Chin. Obliczono, że odpady z Zachodniego Wybrzeża USA przemieszczają się na akwen Plamy w czasie 5 lat, a od wybrzeży Wschodniej Azji w czasie 1,5 – 2 lat. Tempo zanieczyszczania Oceanu Spokojnego przez te trzy kraje jest takie, że powierzchnia Plamy podwaja się co każde 10 lat.

Plama ta w swej konsystencji przypomina zupę – jej główna masa nie znajduje się na powierzchni, ale pływa na głębokości ≥1 m opuszczając się aż do strefy przydennej. (Pacyfik w tej strefie jest głęboki na ok. 5000 m, zaś największa głębia wynosi aż 6182 m – uwaga tłum.) Trudno powiedzieć, ile się tam skupiło plastykowego szlamu. Z tej właśnie przyczyny Plamy nie dostrzega się z satelitów. Pokłady śmieci można zauważyć tylko z pokładu statku, albo w czasie nurkowania z akwalungiem.

Plastyk, z którego w większej części jest utworzona Plama nie rozkłada się, ale rozpada na małe drobinki. Są one brane za plankton przez wielu mieszkańców morza i dusi ich. W ten sposób śmiercionośny plastyk włącza się do łańcuchów pokarmowych. Obliczono, że taki plastyk w Oceanie Spokojnym corocznie staje się przyczyną zgonu miliona ptaków morskich i 100.000 morskich ssaków. Ilość ryb morskich, które zginęły od tego „plastykowego planktonu” jest trudna, jak niemożliwa, do określenia.

Śmietnisko i efekt cieplarniany

Wody Wielkiej Pacyficznej Śmieciowej Plamy przedstawiają idealne środowisko do bytowania i rozwoju niektórych gatunków bakterii, najczęściej cyjanobakterii istniejącymi nie tylko tam, ale wszędzie, gdzie woda jest zanieczyszczona przemysłowymi i komunalnymi odpadami. Jednakże na akwenie Plamy biomasa tych jednokomórkowców jest anomalnie wysoka.

Cyjanobakterie (inaczej sinice – dop. tłum.) zatruwają wodę neurotoksynami, które są szkodliwe dla ludzi i zwierząt. W ciągu kilku ostatnich lat, na naszej planecie obserwuje się wybuchowy wzrost populacji tych mikroorganizmów. Spowodowały go dwie największe rzeki: Mississippi i Jangcy-ciang, które w każdym roku wlewają do Wszechoceanu miliony ton związków azotowych, którymi żywią się cyjanobakterie.

Profesor Wei Cziun-kai z Uniwersytetu Georgia (USA) i jego koledzy ustalili, że rozrastająca się masa sinic prowadzi nie tylko do nasycenia dwutlenkiem węgla wód Wszechoceanu, ale także zmniejszenia zdolności jego absorpcji z atmosfery. Tak więc według poglądów tych uczonych, Wielka Pacyficzna Śmieciowa Plama wnosi swój niemały wkład do nasilenia efektu szklarniowego, prowadzącego do globalnego ocieplenia.

Śmieci atakują plaże

Istnienie Wielkiej Pacyficznej Śmieciowej Plamy zostało przewidziane już w 1988 roku, w raporcie amerykańskiej National Ocean and Atmosphere Administration – NOAA. Prognozę opracowano na podstawie ilości plastyku dryfującego w powierzchniowych wodach północnej części Oceanu Spokojnego w latach 1985 - 1988. Jednakże za  odkrywcę Plamy uważa się amerykańskiego jachtsmena Charlesa Moore’a. W 1995 roku postanowił on popłynąć jachtem na Hawaje, a żeby było krócej, to popłynął z Alaski na południe prosto jak strzelił. Po upływie pewnego czasu, Moore zrozumiał, że wpłynął na autentyczne śmietnisko.
- Przez cały tydzień woda wokół mnie była pełna plastykowego chłamu – opowiadał młody żeglarz. – Nie wierzyłem oczom: jak ludzie mogli tak zaśmiecić tak ogromny akwen? Płynęliśmy i płynęliśmy przez to śmietnisko i zdało się, że końca temu nie było widać…

Pływanie pośród setek ton odpadów wywarło na Amerykaninie tak silne wrażenie, że całe swoje życie poświęcił walce o czystość Pacyfiku. Z początku specjaliści odrzucali tezy zawarte w jego wykładach, nie biorąc je na serio. O dryfujących po oceanach śmieciowych wyspach oczywiście wiedzieli, ale żaden z nich nie widział w tym jakiegokolwiek problemu. Ale problem – jak to mówią – sam zastukał do drzwi. Gdzieś około roku 2005, zimowe sztormy zaczęły wyrzucać na plaże wysp Niihau i Kauai (HA) ogromne ilości śmieci, które zabiły dużą ilo0ść ptaków i żółwi morskich. Tak właśnie w te dni, kiedy ocean wyrzucił na plaże Hawajów kolejny swój ładunek odpadów, przybył tam robić swój film Pierre Cousteau – syn znanego francuskiego oceanografa Jacquesa Yvesa Cousteau. Mówi się, że na widok tych gór śmieci Pierre Cousteau omal nie dostał zawału. Historia ta wywołała sporo szumu, i od tej pory działalność Moore’a i jego stronników uzyskała w Ameryce znaczną popularność i rozgłos. Nareszcie zaczęto słuchać tego, co mówił…

W oceanie pływały całe domy…

Swój wkład w powiększenie śmieciowego „kontynentu” dołożyło w znacznej mierze ostatnie japońskie trzęsienie ziemi. Tsunami, które po nim nastąpiło w dniu 11 marca 2011 roku, zmyło do morza kilkaset milionów ton śmieci i odpadów. Z nich ponad 20.000.000 ton popłynęło na otwarty ocean…
 Wielka Plama śmieci powstała wskutek specyficznego układu prądów morskich tworzących tzw. Hawajski Vortex, w którym kumulują się pływające śmieci... (NOAA)
...prądy powierzchniowe na tej części Pacyfiku sprzyjają powstaniu strefy sztilu i w rezultacie utworzeniu się Hawajskiego Vortex'u (NOAA)

Uczeni z Pacyficznego Centrum Naukowo-Badawczego Uniwersytetu Hawajskiego opracowali komputerowy model rozprzestrzeniania się tego paskudztwa. I tak pod koniec września 2011 roku, dryfująca plama śmieci znalazła się w tym miejscu oceanu, na które wskazały wyliczenia – w okolicy atolu Midway.

O dryfującej plamie zanieczyszczeń, odpadów i śmieci zameldował jako pierwszy rosyjski statek RV Pallada. Przepływał on wśród morza śmieci w dniach 21 – 28 września 2011 roku. Według relacji załogantów Pallady, w wodzie poza ogromna ilością małych przedmiotów znajdowały się także samochody, kontenery i naczepy a także całe domy – najwidoczniej te spośród 200.000, które zmyło tsunami. Poza tym niemało tam było lodówek, telewizorów i zmywarek. Ale dużych przedmiotów w rodzaju chłodziarek czy telewizorów w biegiem czasu było coraz mniej.

Posługując się danymi uzyskanymi przez załogę RV Pallada, uczeni z Hawajskiego Uniwersytetu skorygowali swój model. Wedle skorygowanych obliczeń, pojawienie się tego paskudztwa w rejonie Wysp Hawajskich należy oczekiwać nie na wiosnę 2012 roku, ale już w zimie 2011/2012 roku. Przepiękne plaże Hawajów czeka katastrofa ekologiczna. A po kilku latach dosięgnie ona zachodnich wybrzeży USA.

Na szczęście dla Amerykanów mieszkających na Zachodnim Wybrzeżu, śmieci nie zatrzymają się u nich. Północnopacyficzny prąd morski poniesie je dalej na północ (w rzeczywistości na południe, zob. mapka – uwaga tłum.), potem znowu na zachód i na koniec połączy je z Wielką Pacyficzną Śmieciową Plamą. A potem do tej Plamy wleje się radioaktywna woda z rozbitych reaktorów jądrowych Fukushima I EJ…

I najgorsze – nikt nie wie, co z tą Plamą zrobić i jak z nią walczyć. Znajduje się ona na wodach międzynarodowych, a to znaczy, że to paskudztwo jest niczyje. Moore i inni ekolodzy nawołują do ograniczenia produkcji plastyków i przejście na materiały biologiczne. Ale jego apele idą w powietrze, a ogromna jadowita meduza Wielkiej Pacyficznej Śmieciowej Plamy wciąż się rozrasta…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 49/2011, ss.8-9

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz © 


CDN. 

poniedziałek, 26 marca 2012

WSZECHOCEAN: STAN KLĘSKI ROZUMU (1)

Morświn bałtycki (WWF)

S.O.S. dla Bałtyku!

Naukowcy alarmują w sprawie waleni z Bałtyku. W Morzu Bałtyckim żyje mniej niż 600 morświnów; zagraża im coraz więcej niebezpieczeństw m.in. przypadkowe złowienie w sieci rybackie, rozwój agresywnej turystyki motorowodnej, głośne prace hydrotechniczne. WWF Polska apeluje o intensywną ochronę zagrożonego ssaka. Morświn - obok kaszalota, orki i delfinów - należy do waleni uzębionych; jest jedynym gatunkiem walenia stale zasiedlającym Bałtyk.

Na dziedzińcu warszawskiego Muzeum Narodowego WWF Polska zorganizowało w czwartek happening, w którym udział wzięła aktorka Joanna Jabłczyńska - ambasadorka morświna w projekcie prowadzonym przez WWF Polska.

Jabłczyńska prezentowała zebranym specjalną "bałtycką ścieżką przetrwania", na której na morświna czyha mnóstwo niebezpieczeństw. Ekolodzy wykonali makietę Bałtyku, a na nim umieścili atrapy statków, łodzi, a nawet sinic. Zaprezentowano też gumowe fantomy dwóch morświnów oraz prawdziwe sieci, w które zaplątują się ssaki. Akcja ma na celu m.in. wyprowadzenie z błędu tych Polaków, którzy myślą, że morświn to ptak lub świnka morska.

Z badań opinii publicznej wykonanych na zlecenie WWF Polska wynika, że ponad połowa (59 proc.) Polaków nigdy nie słyszała o istnieniu morświna. Wśród tych respondentów, którzy o morświnie słyszeli, co trzeci ankietowany nie wiedział, że morświn jest ssakiem. - Chcemy, żeby w świadomości Polaków morświn się przede wszystkim na moment pojawił (...). Kolejnym etapem będzie pokazanie, z jakimi problemami boryka się morświn w Bałtyku i jak możemy mu pomóc - mówiła Anna Dębicka, kierownik projektu "Ssaki bałtyckie", w ramach którego prowadzona jest akcja WWF.

Ostatnie dane dotyczące liczebności morświna w Bałtyku pochodzą sprzed kilkunastu lat - z 1996 roku. - Wówczas w Bałtyku występowało ok. 600 morświnów. Naukowcy przyjmują, że od tego czasu nie nastąpił ich przyrost. Dziś ich liczebność to zdecydowanie mniej niż 600 osobników - powiedział Paweł Średziński z WWF Polska. Niektóre nieoficjalne dane wskazują nawet, że ssaków w Bałtyku może być tylko ok. 100.

Morświnom zagraża przede wszystkim przyłów, czyli przypadkowe złowienie w sieci rybackie. Szczególnie groźne są tzw. sieci skrzelowe, skonstruowane z mocnej nylonowej przędzy. Morświny wpadają w nie w pogoni za rybami, gdyż cienkie jak włos nitki sieci prawie nie odbijają niesłyszalnych dla człowieka fal akustycznych, a to właśnie takich fal te ssaki używają do orientacji w wodzie i lokalizacji zdobyczy. Jeżeli morświn wpadnie do sieci, nie jest już w stanie się z niej wyplątać i dusi się z braku powietrza.

Można by jednak temu zapobiec stosując specjalne urządzenia ostrzegające tzw. pingery, które emitują sygnał rozpoznawalny przez morświna i są w stanie ostrzec go przed niebezpieczeństwem.

- Inne niebezpieczeństwa to zakłócenia hydroakustyczne, płoszące morświna z jego siedlisk, utrudniające komunikację i orientację. Wszelkiego rodzaju podwodne eksplozje, rozwój agresywnej turystyki motorowodnej, głośne prace hydrotechniczne pod wodą, mają wpływ na kondycje morświna - mówił Średziński.

WWF wspólnie ze Stacją Morską w Helu prowadzi monitoring polskiego wybrzeża. Pomaga im w tym Błękitny Patrol WWF, który patroluje cały polski brzeg Bałtyku i zbiera informacje m.in. na temat obserwacji morświnów wyrzuconych przez morze. Jak dotąd odnajdywane są tylko martwe osobniki.

Każde odnalezienie morświna, wyrzuconego na brzeg, powinno być zgłaszane do Błękitnego Patrolu WWF (tel. 795 536 009) lub Stacji Morskiej w Helu (tel. 601 88 99 40).

WWF Polska apeluje też, aby - w przypadku znalezienia żywego morświna - zapewnić mu spokój, nie dopuszczać do niego ludzi i zwierząt, nie wrzucać go z powrotem do wody. Należy polewać jego ciało wodą, uważając, by nie zalać jego otworu nosowego, znajdującego się na szczycie głowy.

Jak powiedziała Anna Dębicka, projekt, który rozpoczął się w zeszłym roku, potrwa do 2012 r., ponieważ do tego czasu WWF ma zapewnione środki finansowe na prowadzenie tej działalności. Dębicka dodała, że jeżeli zostanie zapewnione finansowanie projektu, akcja będzie kontynuowana do momentu, w którym populacja morświna nie osiągnie odpowiedniego poziomu.

Morświn - obok kaszalota, orki i delfinów - należy do waleni uzębionych; jest jedynym gatunkiem walenia stale zasiedlającym Bałtyk. W Bałtyku występuje u wybrzeży Danii, Niemiec, płd. Szwecji oraz Polski. W Morzu Północnym samice dorastają do 189 cm, a samce do 178 cm. Wśród osobników bałtyckich największe sztuki osiągały 169 i 178 cm długości. W wodach mórz europejskich morświny żyją do 15 lat. Morświny mają krótko ścięty pysk. Płetwa grzbietowa osadzona jest bliżej ogona niż u delfinów, oraz jest krótsza. Płetwy piersiowe są krótkie i trójkątne. (Onet.pl)

* * *

Bałtyk jest umierającym morzem. Zatrute wody polskich i niemieckich rzek niosą ze sobą szkodliwe związki chemiczne, zanieczyszczenia biologiczne, wyjątkowo szkodliwe dla żywych organizmów - co dobitnie pokazało się w czasie Gigapowodzi w 2009 roku. Rosjanie, Litwini, Łotysze, Estończycy do tego dokładali odpady radioaktywne ze swych elektrowni jądrowych. Jedynie Szwedzi i Finowie szkodzą najmniej temu morzu i jego mieszkańcom. Odprowadzanie zanieczyszczeń z terytorium lądowego naszego kraju do morza jest bardzo duże i tylko dzięki wysokiej dynamice wód, wynikającej z otwartego charakteru brzegów, zawdzięczamy stosunkowo czyste wybrzeże. Jako kraj gęsto zaludniony (około 50% mieszkańców obszaru zlewiska Bałtyku stanowią Polacy) i posiadający dużo ziemi uprawnej (około 50% terytorium) mamy "prawo" do większego odprowadzania zanieczyszczeń do morza. Jednak w przeliczeniu na mieszkańca, należymy do najmniej uciążliwych "trucicieli" Bałtyku. Ilościowo jednak Polska zajmuje wśród nich pierwsze miejsce i głównie od naszych działań zależy stan wód akwenu.

Najbardziej zurbanizowanym i uprzemysłowionym rejonem kraju, ale również jednym z najbardziej zanieczyszczonych jest górny bieg Odry i dorzecza Wisły. Według Komisji Helsińskiej (Helcom), jest tam najwięcej tzw. hot spots, czyli źródeł emisji zanieczyszczeń o szczególnym zagrożeniu dla środowiska, na obszarze całego zlewiska Bałtyku! Nadmierna urbanizacja pociągnęły za sobą zwiększenie ilości ścieków i liczby oczyszczalni oraz składowisk niebezpiecznych odpadów przemysłowych. Polska należy do grona ich największych wytwórców w Europie. Kontrole Państwowej Inspekcji Ochrony Środowiska wykazały, że tylko jedna trzecia składowisk odpadów toksycznych jest chroniona przed przedostawaniem się zanieczyszczeń do środowiska. Od lat zakłady produkcyjne stosują także niepokojącą praktykę mieszania odpadów niebezpiecznych z mniej toksycznymi, by mniej płacić za ich składowanie. Wody w okolicy Podgórza Krakowskiego to najbardziej zanieczyszczony odcinek Wisły. Tuż poniżej Krakowa jej wody nie nadają się już nie tylko do celów komunalnych, ale i przemysłowych. Zasolenie jest tam większe niż w Zatoce Gdańskiej! To samo dotyczy Odry na jej górnym odcinku.

Problem rosnącego zanieczyszczenia Morza Bałtyckiego musi zostać jak najszybciej dostrzeżony przez rządzących. W przeciwnym razie już wkrótce grozi nam katastrofa ekologiczna, której skutki będą nieodwracalne. (http://www.gdynia.pl/g2/skrypty/ekologia/eko-3/strony/17.html) No a do tego problemem staje się planktonowy zakwit wód tego morza – niebezpieczny dla wszystkich istot żywych w nim zamieszkujących, w tym także dla ludzi – którzy beztrosko kąpią się w zielonej brei zakwitu, a co może się skończyć nawet zatruciami i alergią na neurotoksyny.  


Kiedy zwiedzałem Danię i Szwecję w latach 80. ubiegłego stulecia, to szokiem dla mnie były czyściutkie plaże, na których nie było ani jednego papierka czy butelki. A przecież Sund to jeden z najruchliwszych akwenów Wszechoceanu! Szwedzi w wyniku ogólnonarodowej akcji w ciągu kilku lat doprowadzili do powstania sielanki na swych wybrzeżach, które właśnie w okolicy Göteborga i Helsingborga były straszliwie zanieczyszczone różnymi odpadami, w tym kilogramowymi bryłami mazutu i innymi substancjami ropopochodnymi, śmieciami, plastykami i innym barachłem. To przyciągnęło wczasowiczów i turystów. Narzucono drakoński reżim dla statków poruszających się na szwedzkich wodach terytorialnych i w szwedzkiej strefie ekonomicznej. Efekty - widać na szwedzkich plażach, aktualnie najczystszych na świecie.

A u nas? Zakopywanie śmieci w piaskach plaż jest na porządku dziennym. Od czasu do czasu słyszy się o zakopywanych w piasku martwych zwierzętach lub nieświeżym mięsie, które nie wykorzystano w garkuchniach i restauracjach – jak to miało miejsce w Miedzyzdrojach. To jest jakaś paranoja, która może doprowadzić do tragedii, zbiorowego zatrucia czy nawet czyjejś śmierci.

Poza tym w Bałtyku cały czas cyka bomba zegarowa w postaci zatopionych w nim Bojowych Środków Trujących, które od czasu do czasu dają o sobie znać w postaci zatruć czy poparzeń. Bałtyckie BŚT mogą zostać uaktywnione przez poszukiwania gazu czy ropy oraz poprzez przeprowadzenie Gazociągu Północnego z Rosji do Niemiec. Problem BŚT jest nierozwiązany od czasu obu wojen światowych i nie widać mądrego, który ten problem by rozwiązał w sposób zadowalający...

Wszystkie te czynniki są zagrożeniem życia biologicznego w Bałtyku i każda inicjatywa dla jego ratowania jest bezcenna i ze wszech miar pożądana. Ratowanie ginących zwierząt morskich powinno być priorytetem, bowiem w przypadku ich wyginięcia już nie odtworzymy ich gatunków. A zagrożenie wyginięciem stale istnieje i jest realne. Bardzo realne. Nie możemy do tego dopuścić. Po prostu normalnie myślący ludzie nie chcą, by Bałtyk jeszcze za naszego życia zamienił się w martwą biologicznie zatokę Minamata ze wszystkimi tego faktu implikacjami... 


CDN.