Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archiwa III Rzeszy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archiwa III Rzeszy. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 września 2013

Niewysłany list

Marzenie Fuehrera i niemieckich fizyków


Aleksiej Komogorcew

Wedle danych Hamburskiego Instytutu Badań nad Bezpieczeństwem, w ciągu ostatnich 50 lat USAF w czasie ćwiczeń i wskutek różnych wypadków i katastrof lotniczych zagubiły 92 bomby i głowice atomowe, które teraz znajdują się na dnie Atlantyku i Pacyfiku!

Wiadomo, że Niemcy byli bardzo blisko od skonstruowania bomby A. Jednakże wśród historyków istnieje pogląd, z którym zgadzają się uczeni pracujący w czasach III Rzeszy w ramach nazistowskiego programu atomowego, że mogli już dawno zrobić bombę, ale hamowały ich „uranowe” badania.


Niemiecka wersja


Po pierwsze – wersja ta zadźwięczała 6.VIII.1945 roku z ust bezpośredniego uczestnika niemieckiego programu atomowego, znanego fizyka Karla Friedricha von Weizäckera. W dzień, w którym na Hiroszimę zrzucono bombę atomową, pomiędzy w tym czasie aresztowanymi niemieckimi fizykami miała miejsce dyskusja, zapisana przez aparaturę podsłuchową, w czasie której Weizäcker oświadczył wprost, co następuje:

Jak sądzę, podstawowa przyczyna naszych niepowodzeń leży w tym, że większa część fizyków z oczywistych powodów i jasnych zasad nie chciała tego. Gdybyśmy wszyscy chcieli zwycięstwa Niemiec, z całą pewnością osiągnęlibyśmy sukces.

W 1947 roku, w znanym niemieckim czasopiśmie naukowym „Die Naturawissenchaften” opublikowano artykuł drugiego znanego uczestnika niemieckiego programu atomowego, laureata Nagrody Nobla w 1932 roku – Wernera Heisenberga. Twierdził on, że…

…grupa akademickich uczonych kontrolowała badania jądrowe, i kierując się swymi wysokimi zasadami moralnymi odciągała prace od kierunku prowadzącego do skonstruowania broni nuklearnej.


Jawne sprzeczności


Końcowy krzyżyk na tej chwalebnej dla niemieckich fizyków legendzie postawiono w lutym 2002 roku, kiedy Instytut im. Nielsa Bohra  w Kopenhadze opublikował 11 nieznanych dotąd listów tego duńskiego fizyka i zaadresowanych do Wernera Heisenberga. Do tego czasu listy te przechowywała rodzina Bohra i wskutek nałożonego na nie „rodzinnego moratorium” mogły być ogłoszone dopiero w 50 lat po śmierci tego uczonego wraz z innymi dokumentami z jego wielkiego archiwum. Jednakże w roku 2002 archiwum to zostało przejrzane i listy zostały opublikowane na 10 lat przed terminem![1] 

Niedokończone i niewysłane listy zostały napisane przez Bohra w latach 1957 – 1961. One rzucają światło na cele przyjazdu do okupowanej Kopenhagi Wernera Heisenberga, który udał się tam wraz ze swym przyjacielem Karlem von Weizäckerem we wrześniu 1941 roku, radzi ze spotkania z ich byłym nauczycielem. Oficjalnym pretekstem do wizyty była konferencja astrofizyków w Niemieckim Instytucie Naukowym i wzmocnienie współpracy kulturalnej z Instytutem Fizyki Teoretycznej, którym kierował Niels Bohr.

Przebieg spotkania znany był jedynie tylko z jednej strony – Wernera Heisenberga. Wedle jego słów chciał on dostać od Bohra „poradę moralną”, a na dodatek dogadać się za jego pomocą z kolegami z drugiej strony frontu o wzajemnym moratorium na zbudowanie bomby atomowej.[2] Jednakże świadectwo zawarte w pierwszym i najważniejszym liście Bohra całkowicie sprzeciwiają się interpretacji Heisenberga. Dodam jeszcze, że list ten Bohr napisał pod wpływem opublikowanej w 1957 roku w Danii książki Roberta Jungka pt. „Jaśniej niż tysiąc słońc”, w której zawarta jest apologia niemieckich fizyków, którzy jakoby sabotowali niemiecki program atomowy.


Listy Bohra


Bohr pisze:

Drogi Panie Heisenberg,

- przeczytałem książkę Roberta Jungka pt. „Heller als tausend Sonnen”, którą niedawno opublikowano po duńsku. I muszę Panu powiedzieć, że głęboko dziwi mnie to, jak bardzo Panu nie dopisała pamięć w liście do autora tej książki. Jeżeli idzie o mnie, to doskonale pamiętam każde słowo z naszych rozmów.  A w szczególności silny nacisk, jaki wywierał Pan na mnie i Margaret, a także na wszystkich w instytucie, na każdego z kim się Pan i  Weizäcker spotykał. I uderzyła nas Wasza absolutna pewność zwycięstwa Niemiec i że głupio jest z naszej strony nie współpracowanie z niemieckimi naukowcami. Ja także doskonale pamiętam rozmowę w moim gabinecie, w instytucie, w czasie której Pan w mglisty sposób oświadczył: pod Pańskim kierownictwem w Niemczech robi się wszystko w celu stworzenia bomby atomowej. Słuchałem Pana w milczeniu, póki mowa była o ważnych problemach Ludzkości. Ale to moje milczenie i ciężkie spojrzenie – jak napisał Pan w swym liście – mogło być spowodowane szokiem, jaki spowodowała Pańska wypowiedź iż można skonstruować bombę atomową – co stanowi dziwne Pańskie „zapomnienie”.  Jeszcze trzy lata wcześniej, zanim zrozumiałem, że powolne neutrony mogą spowodować rozbicie jądra uranu-235, a nie uranu-238, stało się dla mnie jasnym, że można zrobić bombę działającą na podstawie efektu rozbicia jądra atomu uranu. W czerwcu 1939 roku wystąpiłem z wykładem w Birningham na temat rozszczepienia uranu, w którym mówiłem o efektach działania takiej bomby, jednakowoż zauważyłem, że techniczne problemy konstrukcyjne są na tyle złożone iż wiele czasu potrzeba, by je pokonać. I jeżeli można było coś z mojego zachowania interpretować jako szok, to tylko na wieść, że Niemcy energicznie wysunęły się na pierwsze miejsce w wyścigu do skonstruowania broni jądrowej…



Model niemieckiego reaktora jądrowego z czasów III Rzeszy 


Nienaukowa misja


Szczególną uwagę zwraca relacja żony Heisenberga – Elizabeth, która wspominała, że jej mąż wciąż myślał o tym, że Alianci mogą pierwsi skonstruować bombę A i użyć jej przeciwko Niemcom.

Historyk niemieckiego projektu atomowego, profesor Uniwersytetu Pensylwania Paul Lawrence Rose wskazuje na to, że w czerwcu 1941 roku, Weizäcker też był zaniepokojony informacjami ze szwedzkiej gazety o amerykańskim eksperymencie skonstruowania bomby atomowej. Prof. Rose zakłada, że wyjazd do Kopenhagi miał jeszcze jeden cel – dowiedzenia się, co robią Alianci, i czy Bohr nie zna jakiegoś innego sposobu budowy bomby A, jakiego nie znałby Weizäcker. Ponadto, Rose’owi stało się jasne, że o rezultatach tej podróży Heisenberg meldował Gestapo. Niestety, większość papierów dotyczących Heisenberga i należących do niego – znikła…

Pewnego razu w ręce Rose’a wpadł bardzo interesujący dokument złożony ze 135 stronic, opisujący prace nad budową bomby A w 1942 roku. Tego dokumentu nie było w żadnym archiwum, został on sprzedany Rose’owi przez jednego z hitlerowskich uczonych. Dzięki publikacji listów Bohra, Rose kolejny raz utwierdził się tylko w swej rekonstrukcji kopenhaskiego spotkania:
- Listy potwierdzają to, o czym wielu z nas mówiło i to, co ja sam napisałem w książce o Heisenbergu: to była wizyta wrogów – i żeby nazwać to po imieniu – misja szpiegowska.

Bohr pisze, że w czasie swej wizyty w Kopenhadze Heisenberg powiedział mu i to, że jeżeli wojna przeciągnie się dalej, to o jej końcu będzie decydować broń jądrowa. O tej wypowiedzi Heisenberga, Bohr powiedział amerykańskim uczonym jeszcze w 1943 roku, kiedy przybył do USA po swej spektakularnej ucieczce z Danii.


Pod przykrywką konferencji


W niektórych akapitach swego niewysłanego listu, Bohr wciąż zastanawia się nad pewną kwestią dotyczącą Heisenberga, a mianowicie: kto wymyślił i dał zgodę na „tą niebezpieczną podróż z tajnymi dokumentami”? przed nami pojawia się więc nowe zagadnienie – okazuje się, że w sprawie figurują jeszcze jakieś „tajne dokumenty”, które Bohrowi przywiózł Heisenberg i o których nikomu nic nie wiadomo!

Rose zakłada, że Heisenberg chciał przeciągnąć Bohra do niemieckiego programu atomowego jako swego współpracownika. W tym święte wydaje się prawdopodobnym, że niemiecka akademicka służba wymian naukowych pospiesznie zorganizowała konferencję w Kopenhadze jako „przykrywkę” dla wizyty Heisenberga. Rose podkreśla, że Heisenberg miał związki ze służbą bezpieczeństwa III Rzeszy – SD i jej wydziałem ds. nauki, który był także związany z Gestapo. Tak więc i Gestapo i SD wiedziały o tym wyjeździe.

Żeby było ściślej, to należy tu nadmienić, że Niels Bohr z kolei też miał kontakty z alianckimi specsłużbami, chociaż pisał on o braku takowych w tym okresie. Aby tego dowieść wystarczy przejrzeć jego listy do laureata Nagrody Nobla i bliskiego przyjaciela Anglika – Jamesa Chadwicka, pracującego w tym czasie dla brytyjskiego programu atomowego. Wiadomym jest, że wywiad brytyjski niejednokrotnie kontaktował się z Bohrem i pomógł mu w ucieczce do Anglii. Bohr nie chciał opuścić Danii, motywując to tym iż nie powinien zostawić instytutu i dać tym przykład na stawianie oporu nazizmowi. Czy Bohr mógł zapomnieć o tych wydarzeniach, biorąc pod uwagę fakt, że podobne zapomnienie mogło być spowodowane nadmiarem uwagi ze strony służb Aliantów…?


Informacje dla wywiadu


Wynika z tego jeden niezmiernie ważki i ważny wniosek: specsłużby Aliantów już w 1941 roku były dokładnie poinformowane o znaczeniu Heisenberga. O tym dokładnie świadczą zdania z jednego z listów Bohra:

Miałem możliwość zbadać to zagadnienie (na jak daleko posunął się niemiecki program atomowy) i z wywiadem angielskim, i z członkami rządu JKM – i oczywiście powiedziałem o naszych rozmowach, a w szczególności podzieliłem się swoimi wrażeniami z wizyty w Kopenhadze Pana i Weizäckera.

Jednakże najciekawsze jest to, że poza alianckimi służbami specjalnymi, analogiczna informacja była „inicjatywnie” przesłana przez Bohra do wiadomości także stronie radzieckiej. Tutaj przywołajmy świadectwo gen. por. NKWD[3] Pawła Anatoliewicza Sudopłatowa, byłego naczelnika Oddziału S NKWD[4], którego zadaniem była koordynacja działań GRU Sztabu Generalnego Armii Czerwonej (RKKA) i NKWD wymierzonych w zagraniczne programy atomowe. Poza tym Sudopłatow zajmował się zadaniem kontrwywiadowczego zabezpieczenia radzieckiego przemysłu atomowego.[5] W swoich pamiętnikach Paweł Anatoliewicz opowiada, jak w 1943 roku Bohr już po ucieczce z okupowanej Danii do Szwecji poprosił mieszkających tam uczonych: Lizę Meitner i Hansa Alfvéna o poinformowanie radzieckich uczonych, a w szczególności Pawła Kapicę o tym, że odwiedził go niemiecki fizyk Heisenberg. Poza tym oznajmił on, że w Niemczech pracuje się nad zagadnieniem budowy broni atomowej.  Meitner albo Alfvén z kolei spotkał się w Göteborgu z korespondentem TASS i jednocześnie współpracownikiem GRU i oświadczył mu, że Bohr martwi się możliwości zbudowania broni jądrowej w III Rzeszy. Identyczną informację od Bohra otrzymał także MI6 jeszcze przed jego ucieczką z Danii.[6]

Na zakończenie zaznaczam, że publikacja listów Bohra znacząco wpłynęła na jednego z niemieckich „ojców” amerykańskiej bomby H (wodorowej) – Hansa Albrechta Bethe’a. przez długi czas sądząc, że Heisenberg zamierza zbudować „cywilny” reaktor jądrowy, Bethe zmuszony był przyznać, że – najwidoczniej w 1941 roku Heisenberg chciał stworzyć bombę A.



Tekst i ilustracje - „Tajny XX wieka” nr 21/2013, ss. 8-9
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©    




[1] N. Bohr zmarł w 1962 roku.
[2] Zob. sztukę teatralną Michaela Frayna – „Kopenhaga” i nakręcony na tej podstawie film pt. „Kopenhaga” w reż. Howarda Daviesa w 2002 r.
[3] Wtedy: Komisarz Bezpieczeństwa Wewnętrznego III Stopnia.
[4] Zwany także Grupą Sudopłatowa.
[5] W 1943 roku został on mianowany szefem II Urzędu Specjalnego, który zajmował się zabezpieczeniem KW przemysłu i ośrodków badawczych nad atomem.
[6] Zob. P. Sudopłatow – „Wspomnienia niewygodnego świadka”, Bellona, Warszawa 1999. 

wtorek, 23 lipca 2013

Współczesne technologie – dziedzictwo nazistów?



SS-Obergruppenfuhrer i generał SS Hans Kammler

Margarita Troicyna

W 1923 roku za jednego dolara amerykańskiego w Niemczech dostawało się 4,7 tryliona niemieckich marek. Dzięki inflacji, po wypłacie wszystkich reparacji okazało się, że Wielka Wojna kosztowała Niemcy zaledwie… 15,4 feniga.

Telewizor, laser, telefon komórkowy, technologie 3D – któż by mógł przypuścić, że po raz pierwszy pojawiły się w hitlerowskich Niemczech? Tak czy inaczej, ta hipoteza ma wiele faktów na swe poparcie.

Samoloty odrzutowe produkowane w zakładach Skody w Protektoracie Czech i Moraw


Atak z Kosmosu?


SS-Obergruppenführer i generał SS[1] Hans Kammler jest jedną z najbardziej zagadkowych postaci III Rzeszy. Od 1944 roku kierował on budową podziemnych zakładów produkujące samoloty myśliwskie. Poza tym, wraz z dyrektorem generalnym koncernu Škoda, SS-Standartenführerem i pułkownikiem SS Wilhelmem Fossem pracował nad pewnym utajnionym projektem, o którym nie wiedziało nawet dowództwo Luftwaffe Goering i minister uzbrojenia Speer. W kursie dzieła był tylko Hitler i Himmler, przed tym ostatnim Kammler i Foss bezpośrednio odpowiadali za jego tok.

Dnia 23.IV.1945 roku, kiedy stało się jasnym, że koniec Rzeszy jest już bliski, Kammler przeniósł się do austriackiego miasteczka Ebensee, gdzie jeszcze w 1943 roku pod jego kierownictwem zostały rozpoczęte prace nad ogromnym, gigantycznym podziemnym kompleksem pod kodowym mianem Zement. Ale on tam był nie za długo: 4 maja wyjechał do Pragi. Przede wszystkim wybrał on taką trasę, żeby zabrać tajną dokumentację sekretnych projektów z chronionych biur Škody.

Wedle oficjalnej wersji, Hans Kammler popełnił samobójstwo w dniu 9.V.1945 roku w lesie pomiędzy Pragą a Plzniem. Miejsce jego pochówku nie zostało znalezione. Dnia 7.IX.1948 roku sąd w Berlinie-Charlottenburgu oficjalnie uznał go za zmarłego.

Tajemnicze urządzenie "Dzwon", które mogło być bronią kosmicznego bazowania lub... chronoskafem...?


Ojciec „Dzwonu”


Istnieje także hipoteza o tym, że w maju 1945 roku wojska amerykańskie zajęły czeski Plzeň/Pilzno znajdujące się w Radzieckiej Strefie Okupacyjnej. Tam pracownicy wywiadu wojskowego USA badali archiwa centrum naukowo-badawczego SS znajdującego się w zakładach Škody.

Amerykanie przypuszczali, że Niemcy zajmowali się wyprodukowaniem broni jądrowej. Ale to nie było tak: zakłady Kammlera pracowały nad: samolotami odrzutowymi, laserami przeciwlotniczymi i pojazdami podziemnymi Wąż Midgard. Kammler także koordynował prace nad „działem solarnym”. Było to zwierciadło o średnicy 200 m, które koncentrowało energię słoneczną. Gdyby taka broń skonstruowano, to można by było podpalać w ciągu sekundy całe miasta. [Takie działo solarne pokazano w filmie „Śmierć nadejdzie jutro” w reż. Lee Tamahori, w którym użyto go przeciwko niezniszczalnemu agentowi Jamesowi Bondowi (Pierce Brosnan) i Korei Południowej… - przyp. tłum.] Na szczęście Führer odrzucił ten projekt jako zbyt kosztowny…

Jak domniemywa polski dziennikarz i historyk Igor Witkowski – głównym projektem Kammlera była broń kosmiczna. Nazywało się to Die Glocke – co w przekładzie oznacza tyle co Dzwon – i to właśnie dlatego Kammlera nazywano niekiedy „ojcem Dzwonu”. Jeżeli damy wiarę zeznaniom Wilhelma Fossa, to właśnie przy pomocy właśnie tej technologii hitlerowcy chcieli zburzyć Moskwę, Londyn i Nowy Jork. Urządzenie to wyglądało faktycznie jak ogromny metalowy dzwon, składający się z dwóch ołowianych cylindrów, obracających się w dwóch przeciwnych kierunkach i wypełnionych nieznanym wypełniaczem.

Amerykanie, którzy zagarnęli archiwum Kammlera, mało zajmowali się dokumentami o Dzwonie, bowiem nie była to broń jądrowa. Dokumentacja ta wpadła w ręce radzieckiego wywiadu. Od tego czasu – wedle niepotwierdzonych źródeł – znajduje się ona w Archiwum MON Federacji Rosyjskiej jako materiał z gryfem TAJNE.

Co się zaś tyczy samego Hansa Kammlera, to istnieje jeszcze jedno przypuszczenie: pod koniec wojny ten SS-Obergruppenführer przeszedł na stronę Amerykanów, którzy przewieźli go do Argentyny w zamian za to, co sprzedał im ze swych tajnych prac… [Tak właśnie było także w przypadku SS-Sturmbannführera dr Wernhera von Brauna i jego specjalistów z HRVA Peenemünde, którzy wraz z dokumentacją oddali się w ręce Amerykanów – przyp. tłum.]

Podziemny pojazd Triebieliewa zrobiony na wzór statku podziemnego Wąż Midgard


Od telewizora do iPhone’a


Ale hitlerowcy zajmowali się nie tylko pracami nad bronią. Tak więc pierwsze w świecie modele telewizorów pokazano jakoby już w 1938 roku na wystawie w Berlinie.

Jeszcze w 1934 roku specjaliści Rzeszy zaczęli pracować nad aparatem „promieni śmierci”. [W oryginale autorka pisze o „promieniach laserowych”, ale nazwa LASER – od angielskich słów Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation – powstała dopiero w 1957 roku, więc zdecydowałem się na użycie popularnych w tym okresie „promieni śmierci” czy „broni skupionego światła”, co ukazano w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie” – „Bez instrukcji” (1968) oraz w widowisku Teatru TV „Akcja V” (1973) – przyp. tłum.] Jej podstawowym przeznaczeniem było oślepianie lotników nieprzyjaciela. Prace nad tym projektem zostały przerwane na tydzień przed końcem wojny…

Od lutego 1945 roku, biuro Hansa Kammlera poza wspominanymi tutaj projektami pracowało nad „miniaturowym, przenośnym urządzeniem łączności”. Norweska historyczka Gudrun Stensen pisze: - Jest oczywistym, że bez wskazówek z centrum Kammlera nie byłoby iphone’a, a na zbudowanie najprostszej komórki trzeba by było czekać co najmniej 100 lat. Być może komórki i iphony pojawiłyby się w naszym życiu o wiele wcześniej, niż wiek…

Hedviga Eva Maria Kiesler vel Hedy Lamarr - jedna z najniezwyklejszych kobiet XX wieku... (Wikipedia)


GPS od „blondynki”


A pojawienie się systemu łączności komórkowej w wielkiej mierze zawdzięczamy Hedy Lamarr – znanej amerykańskiej aktorce i byłej żonie właściciela zakładów zbrojeniowych, produkujących uzbrojenie dla III Rzeszy.

Hedwig Eva Maria Kiesler urodziła się w Wiedniu. Wcześnie zaczęła się pokazywać na filmach i to w śmiałych erotycznie obrazach [chodzi tutaj o słynną, skandaliczną „Ekstazę” z 1933 roku, w reżyserii Gustawa Machaty, w którym wystąpiła nago i który to film został ocenzurowany – przyp. tłum.], a w wieku 19 lat rodzice, którym nie pasowała filmowa kariera córki, wydali ja za mąż za zbrojeniowego magnata Fritza Mandla. Ten nie tylko nie pozwolił jej się fotografować i filmować, to jeszcze zażądał od niej, by podzielała jego prohitlerowskie poglądy i towarzyszyła mu w jego podróżach. W zakładach zbrojeniowych swego męża, Hedwiga mogła zapoznać się z zasadami działania wielu rodzajów broni, co bardzo się jej przydało później.

Po czterech latach młoda kobieta rozwiodła się ze swym mężem i wyjechała do Londynu, a stamtąd do Nowego Jorku, gdzie kontynuowała karierę artystki.

Ale nas nie interesują sukcesy Hedy Lamarr (taki pseudonim wybrała sobie ta aktorka – przyp. aut.) w kinematografii. Najdziwniejsze z tego było to, że ona jako jedyna z wszystkich gwiazd Hollywood zajęła się… inżynierią! Przy czym należy dodać, że nie miała ona w ogóle żadnego wykształcenia technicznego. Jej wykształceniem była wiedza o broni [i środkach łączności – przyp. tłum.], jaką uzyskała w czasie swego pierwszego małżeństwa… W 1942 roku Lamarr wraz ze znanym awangardzistą i kompozytorem George’em Antheilem opatentowali technologię FHSS (ang. Frequency-Hopping Spread Spectrum), polegającą na częstych skokowych zmianach częstotliwości nadawanego sygnału radiowego, który miał uniemożliwić przechwycenie i zakłócenie komunikacji z torpedami. Wynalazek ten legł u podstaw GPS, i jednocześnie bez którego nie byłby do pomyślenia dzisiejszy system telefonii komórkowej GSM. Dzisiaj dzień 9 listopada, dzień urodzin Hedy Lamarr, jest świętowany w Stanach prawie jak Dzień Niepodległości…


Stereopropaganda


Tradycyjnie uważa się, że technologia zdjęć 3D została wynaleziona i zastosowana po raz pierwszy w latach 50. XX wieku w Hollywood. Jednakże całkiem niedawno australijski reżyser Philippe Mora, który już od 40 lat zajmuje się historią sztuki filmowej w III Rzeszy, odkrył dwie taśmy z filmami w 3D kurzące się w berlińskim archiwum.

Mora wsławił się przede wszystkim jako reżyser filmu dokumentalnego pt. „Swastyka” do którego dołączył kadry „chałupniczego” wideo z Adolfem Hitlerem i Ewą Braun w ich willi w Bawarii. Aktualnie reżyser pracuje nad nowym dokumentalnym projektem poświęconemu manipulacjom nazistowskiego aparatu propagandowego w celach kontroli życia mieszkańców Niemiec.

W trakcie pracy nad tym obrazem, Mora zabrał się za badanie archiwów goebbelsowskiego Ministerstwa Propagandy w Berlinie. To tam właśnie natknął się na dwie taśmy filmowe 3D z adnotacją Raum Film (film przestrzenny). Okazało się, że były one zrobione przez niezależne studio filmowe na zlecenie Ministerstwa Propagandy. Do filmowania użyto kamery z dwoma obiektywami i umieszczonym za nimi pryzmatem. Taśmy te jak widać, nie wzbudziły większego zainteresowania na przeglądzie i po prostu o nich zapomniano. Filmy te zostały zrobione na taśmie 35 mm i czas wyświetlania każdego wynosi 30 minut.

Jeden z filmów nosi tytuł „To jest tak realne, że mógłbyś tego dotknąć”. Film mówi o pikniku i widzowi wydaje się, że lecą na niego bryzgi tłuszczu od smażonej kiełbasy… Drugi obraz opowiada o wesołej kompanii sześciu dziewczynek, które poszły sobie na spacer.
- Jakość tych filmów jest wprost fantastyczna – twierdzi Philippe Mora.

Być może, że nie jest to ostatnia niespodzianka, którą przygotowała nam pokręcona nauka III Rzeszy. Nie od rzeczy będzie także przypomnieć, że wszystko co nowe – to dobrze zapomniane stare…


Moje 3 grosze


Podobnie jak red. Witkowski jestem zainteresowany tajemnicami III Rzeszy, które są aktualne do dziś dnia i wciąż rzucają nowe światło na ten dziwny czas przy końcu II Wojny Światowej w Europie. To czas, w którym wykuwały się nowe bronie i nowe technologie. To czas, którego napiętą i tajemniczą atmosferę pokazał realizator niezrozumianego przez większość widzów (a szkoda) radzieckiego serialu „17 mgnień wiosny” tak obśmianego i wyszydzonego w Polsce i innych krajach, głupio i niesłusznie. To czas, kiedy zdrada i zbrodnia szła w parze z przekupstwem i chęcią dominacji za wszelką cenę i za każde pieniądze. To czas w którym świętość szła pod rękę z podłością i hipokryzją. To czas pogoni za nowymi środkami zniszczenia i śmierci. To czas, w którym zaczęła się Zimna Wojna – zanim jeszcze Churchill wygłosił swe przemówienie w Fulton. To czas, który jest najciekawszym okresem tej wojny.  

Niemcy opracowali nowatorskie rozwiązania techniczne i w ogóle poszli znacznie do przodu i słusznie zauważył dr Miloš Jesenský, że III Rzesza była najbardziej cywilizacyjnie rozwiniętym krajem na Ziemi i gdyby zjawili się wtedy jacyś Obcy, to rozmawialiby właśnie z Niemcami. Inną rzeczą jest to, czy byliby Oni w stanie zaakceptować obłędną ideologię dominacji i eksterminacji jaką był hitleryzm? Dlatego właśnie sądzę, że Oni (o ile w ogóle się u nas pojawili) to raczej nie ujawniali się Ziemianom. Pozostali raczej w ukryciu i obserwowali nas tajnie. Chociaż z drugiej strony, niebo było wtedy pełne foo-fighters…

Żarty na bok. To oczywiste, że Niemcy pracowali nad broniami kosmicznymi. Oni już wtedy wiedzieli o tym, że atak z kosmosu jest nie do odparcia. Kosmos stwarzał kolejne możliwości otwarcia teatrów działań wojennych o dodatkowy wymiar. Kto panowałby w kosmosie, panowałby nad całą planetą – to matematyczny pewnik. Pozostała jedynie kwestia kosztów. Prawa fizyki da się jakoś obejść czy zmodyfikować do swoich celów, prawa ekonomiki są bezlitosne.

Jeżeli idzie o fizykę, to najgorszym prawem do pokonania było i jest prawo grawitacji a także opór powietrza. Z grawitacją mozna walczyć budując potężne rakiety, które są w stanie nadać statkowi kosmicznemu prędkość orbitalną VI = 7,9 km/s, czy prędkość ucieczki VII = 11,2 km/s. Czy można to jakość obejść?  

Można. Istnieją dwa sposoby:
1.      Wynieść pojazd kosmiczny na wysokość LEO i odpalić silniki rakietowe, które wyniosą go na orbitę. Taki był sens amerykańskiego Projektu Farside, w którym balon wyciągał rakietę na wysokość ok. 20 km, której silniki odpalano już nad najgęstszymi warstwami atmosfery. Amerykanie wciąż pracują nad tym sposobem w ramach Programu SDI/NMD, w których platformami startowymi byłyby sterowce, które – w założeniach – miałyby osiągnąć wysokość od 40 do 100 km. Prawdopodobnie takie próby Niemcy przeprowadzali w Protektoracie Czech i Moraw, gdzie widziano tajemnicze konstrukcje przypominające sterowce…
2.     Wykorzystanie pola magnetycznego Ziemi. Sposób ten opisał prof. dr inż. Jan Pająk w swych pracach, więc zainteresowanych odsyłam do jego opracowań.
Jednakże Niemcy pracowali nad autentyczną antygrawitacją – wytworzeniem pola odpychanego przez pole grawitacyjne Ziemi. I najprawdopodobniej temu właśnie miał służyć Dzwon. A jak grawitacja i antygrawitacja, to i Czas i jego przepływ. Ta sprawa ma jeszcze jeden aspekt, bo Niemcom marzyło się nie tylko panowanie nad Przestrzenią, ale najprawdopodobniej także nad Czasem. Stąd właśnie wziął się ich Projekt Chronos. Pewną wskazówkę na ten temat daje Gerd Burde w swoim filmie „Tajemnice Trzeciej Rzeszy”. Obawiam się, że autentyczna dokumentacja tego projektu zaginęła bez wieści i ktoś jej w tym dopomógł. Możemy się tylko domyślać, kto i komu na tym zależało.

Czarny Zakon SS czcił swastykę – Czarne Słońce Zagłady w przeciwieństwie do Złotego Słońca Życia. W kontekście grawitacji to wcale nie chodziło o jakiś symbol, ale o konkretne obiekty kosmiczne – czarne dziury. Czarna dziura – czyli Krańcową Osobliwość, do której zmierza Wszechświat. Teoretycznie wiedziano o tym już w 1916 roku, kiedy to Albert Einstein opublikował swoją Ogólną i Szczególną Teorię Względności.  Dla Hitlera była to żydowska nauka, ale wcale to nie oznacza, że ja ignorowano. Teoretyczne rozważania na temat czarnych dziur znane są już z XVIII wieku, natomiast w 1916 roku hipotezę ubrano we wzory matematyczne, zaś czarne dziury jako obiekty astronomiczne odkryto wreszcie w latach 60. ubiegłego stulecia. Czyżby więc to, co uznajemy za jakieś nienaukowe brednie fanatyków z SS miało podstawy teoretyczne i było światopoglądem naukowym ubranym w quasi-religijny bełkot? To jest możliwe. 

Ale to już zupełnie inna historia…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 17/2013, ss. 6-7
Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©  



[1] W niektórych przypadkach, np. w jednostkach Waffen-SS, stosowano podwójną gradację stopni służbowych SS i wojskowych. Stopień SS-Obergruppenführera był stopniem generalskim (General), umieszczonym pomiędzy stopniem generała porucznika (Generalleutnant) i generała-pułkownika (Generaloberst). Polski odpowiednik – generał broni. 

sobota, 24 listopada 2012

Czy Hitler uciekał U-bootem?


Adolf Hitler z Ewą Braun (1943 r.)

Walentin Szimko

Hitler po raz pierwszy zobaczył swastykę jak miał sześć lat. Była ona wyrzeźbiona w kamieniu nad wejściem do jednej z bocznych galerii klasztoru w Lambach, Austria, w którym mały Adolf śpiewał w chórze chłopięcym.
Autor książki pt. „Ostatnia tajemnica Rzeszy” Leon Arbatskij nie zgadza się z tym, że w kwietniu 1945 roku Hitler popełnił samobójstwo. A oto wywiad przeprowadzony z nim niedawno dla „Tajny XX wieka”:

Pytanie: Leonie Abramowiczu, podtytuł pańskiej książki brzmi bardzo wieloznacznie – „Rzecz o zniknięciu Hitlera”, a zatem wygląda na to, że rzecz idzie nie o śmierci Führera… Czyż nie naprawdę trzeba o tym przekonywać?
Odpowiedź: nie twierdzę tego, ale udowadniam całą rzecz na podstawie faktów. A tych, które pozwalają wątpić w śmierć Hitlera jest niemało.
P.: Ale istnieje przecież wyrok Wydziału Spraw Cywilnych Sądu Administracyjnego, który w 1956 roku zebrał się w Berchtesgaden. Przesłuchano 48 świadków, a sędziowie orzekli na tej podstawie: Adolfa Hitlera nie ma już wśród żywych.
O.: Po pierwsze: to orzeczenie – jak pan zauważył – jest z 1956 roku. I ja go nie odrzucam: w tym czasie Hitlera pomiędzy żywymi już nie było. Po drugie: wielu głównych świadków nie stawiło się na tym procesie, co ważniejsze dokumenty nie zostały przedstawione, a dwoje kluczowych świadków odwołało swe wcześniejsze zeznania – technik dentystyczny, który przygotował protezy dla Hitlera i asystentka jego dentysty.
Przypominam, 4 maja 1945 roku nasi wywiadowcy znaleźli w berlińskim ogrodzie domniemane zwłoki Hitlera i Ewy Braun. To o tym znalezisku zameldowano Stalinowi. Ale on powiedział, że nie trzeba się spieszyć z końcowymi wnioskami. Ponadto wydał on cały szereg oświadczeń zaadresowanych do rządów USA i Wielkiej Brytanii o tym, że Hitler żyje i gdzieś się ukrywa.
Być może Stalin otrzymał jakąś wiarygodną informację z nieoficjalnych źródeł, których my nie znamy. To, że takie źródła on posiadał, nie wzbudza zdziwienia.
P.: Powróćmy do zeznań stomatologów.
O.: W 1945 roku radzieccy oficerowie pokazali dentyście Hitlera jego szczękę, a on rozpoznał swoją robotę. A w 1972 roku wraz z niemieckim pisarzem Wernerem Mazerem zmienił zeznanie: nie jest w stanie rozpoznać z całą pewnością mostka dentystycznego, którego wstawił Hitlerowi. To samo oświadczyła asystentka dentysty. A przecież na ich zeznaniach opierali swe wywody radzieccy śledczy i eksperci. A kiedy odwołali oni swe zeznania, to runęła cała konstrukcja dochodzenia.
A przecież były jeszcze inne ważne świadectwa: w moskiewskim laboratorium kryminalistycznym przebadano krople krwi na dywanie, na którym jakoby zastrzelił się Führer. Ekspertyza wykazała, że to nie była nawet krew, ale jej imitacja. Grupa krwi należącej do rzekomego trupa Hitlera leżącego w kraterze po pocisku też nie odpowiadał grupie krwi Adolfa. W mózgu znalezionego trupa nie znaleziono kanału po kuli. Ponadto istnieje wersja, że 30 kwietnia 1945 roku, Hitler zanim strzelił do siebie to zażył truciznę. Jednakże ekspertyza toksykologiczna przeprowadzona w parę miesięcy później nie wykazała śladów trucizny.
P.: Wygląda na to, że Stalin myślał prawidłowo – Hitler uciekał? Wygląda na to, że jakiś trup przykrył jego ucieczkę? Ale kiedy jego sobowtór mógł się pojawić w bunkrze?
O.: Najwcześniej w dniu 30 kwietnia. Właśnie tego dnia, przypuszczalnie około godziny 13:00, Hitler pożegnał się ze swymi współpracownikami i udał się wraz z Ewą Baun do swoich apartamentów. Ze świadków, którzy widzieli Hitlera martwego i przeżyli, pozostał tylko jeden – jego kamerdyner Linge. Wszyscy pozostali widzieli tylko wynoszenie ciała zawiniętego w koc. Ale kto znajdował się w kocu? – oto pytanie!

Zwłoki domniemanego sobowtóra Hitlera znalezione w ogrodzie Kancelarii Rzeszy

P.: I tak podły Hitler wszedł do bunkra, żeby odejść w niebyt…
O.: Jeden ze scenariuszy: on idzie do łazienki czy do sypialni Ewy Braun i tam się zamyka. W tym czasie z gabinetu wynoszą owinięte w koce trupy sobowtóra Hitlera, którego dostarczono tu wcześniej, i Ewy Braun – ofiary trucizny.
P.: Ale dlaczego Ewa się otruła, skoro jej mąż pozostał przy życiu? Czy ją do tego zmuszono?
O.: Być może jedno lub drugie. Dlaczego?... Po prostu dlatego, żeby cała inscenizacja wyglądała prawdopodobnie! Hitler przebiera się i zmienia swoja powierzchowność. Zgala swe znane c. k. wąsiki, nakłada makijaż i perukę. Wszyscy niewtajemniczeni wychodzą z bunkra. Adiutant Hitlera Otto Günsche w swych zeznaniach twierdził, że wydał on ochronie rozkaz opuszczenia pomieszczeń przylegających do apartamentu Führera. Wartowników zdjęto także i z zapasowego wyjścia. Po pewnym czasie właśnie tam wyniesiono trupa sobowtóra.
P.: A co z oryginałem?
O.: Wiadomo, że w nocy już 1 maja, z LSR (schron przeciwlotniczy – przyp. tłum.) w Kancelarii Rzeszy uciekło około 40 osób. Bunkier – jak wiadomo – miał podziemne wyjście, wiodące w kwartały miasta. Ten LSR służył ludności całego miasta i w czasie nalotów mieściło się tam tysiące ludzi.
P.: No ale jak Hitler mógł się uratować, skoro Berlin był okrążony przez nasze wojska?
O.: No Führer miał spore szanse. W czasie bałaganu i bezhołowia kilku powojennych tygodni, kiedy to Niemcy były przepełnione tysiącami nieszczęśliwych ludzi, zgubić się wśród nich można było bez specjalnego trudu. Ciekawym jest to, że żegnając się ze swym kamerdynerem, Hitler kazał mu przebijać się na Zachód.
- Dla kogo? – zapytał Linge.
- Dla Führera!
A w Niemczech był tylko jeden Führer. Tenże sam Linge już siedząc w więzieniu oświadczył, że zna tajemnicę śmierci swego pana, ale nie zdradzi jej.
P.: Czy wierzy pan, że Adolf walczył o swoje ocalenie?
O.: Ze swej natury był on niepoprawnym awanturnikiem. Cała jego kariera to łańcuch ciągłych ryzykanckich przygód zaczętych od tzw. „puczu piwnego” w 1923 roku. Dlaczegóż więc nie mógłby zaryzykować jeszcze raz, kiedy stawką było jego życie? Skończyć ze sobą, to on mógł zawsze rozgryzając ampułkę z cyjankiem. I dlatego na pewno miał on opracowane plany awaryjne na taki moment.
P.: Jakie?
O.: Po publicznym pokazaniu się Hitlera w fabryce w mieście Dessau, firma Junkers zbudowała dwa potężne, sześciosilnikowe samoloty, z których jeden dokonał próbnego lotu do Japonii. Zbiorniki paliwa były pełne i ponadto wieziono paliwo w kanistrach. Pozostały tylko miejsca dla kilku osób i załogi.
P.: Czy doszło do ewakuacji?
O.: Nie. Lotnisko było zbombardowane. Potem Niemcy zorganizowali prowizoryczne lotnisko przy Brandenburskiej Bramie, niedaleko od Kancelarii Rzeszy. Żeby poszerzyć pas startowy wyrąbali nawet wiekowe lipy na Unter den Linden. Były tam tylko ćwiczebne samoloty, które potrzebowały minimalny rozbieg. A przy Hitlerze znajdowali się jego dwaj lotnicy i dowodzący rządową eskadrą. Prawda, wzięty do niewoli komendant Berlina twierdził, że stąd Hitler nie mógł wystartować, bo zbombardowano i to lotnisko, ale mógł uciekać przez tunele metra. Pozostało morze. Wiadomo, że w Hamburgu przy pirsie stało w gotowości 10 oceanicznych U-bootów. Ich dowódcom było wiadomo, że będą oni ewakuować członków rządu niemieckiego.

Radzieccy korespondenci wojenni na miejscu znalezienia domniemanych zwłok Adolfa Hitlera i Ewy Braun


P.: Tym nie mniej nie ma ani jednego świadectwa o tym, że widziano Hitlera kiedyś i gdzieś po dniu 30 kwietnia 1945 roku.
O.: Ależ dlaczego? Pracownik ochrony Kernau twierdził, że widział Hitlera jeszcze 1 maja. Ponadto w zagranicznej prasie już po zakończeniu wojny pojawiły się publikacje o  tym, że Führer ewakuował się do Argentyny. I do Urugwaju, Hiszpanii, Irlandii… Razu pewnego na brzegu Morza Północnego w Danii znaleziono butelkę z listem od niemieckiego marynarza z zatopionego U-boota. W liście pisało, że U-boot zderzył się z jakimś wrakiem i jego poszycie puściło. Na pokładzie okrętu – jak twierdził marynarz – znajdował się Adolf Hitler, który się nie uratował, bowiem nie był w stanie wyjść ze swej specjalnej, opancerzonej kajuty.
P.: Wychodzi więc na to, że w ogrodzie Kancelarii Rzeszy znaleziono i potem badano ciało nie tego człowieka?...
O.: Istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że właśnie tak było. Niemiecki rząd też usiłował dojść do prawdy. Przy końcu lat 80. zwrócił się do kierownictwa ZSRR z prośbą o wskazanie miejsca pochówku Hitlera. Najwidoczniej Niemcy chcieli sprowadzenia tych szczątków w celu dokonania ekspertyzy, ale się spóźnili. Jeszcze w 1970 roku, przewodniczący KGB Andropow polecił wydobyć doczesne szczątki Führera i rodziny Goebbelsów pochowane w wojskowej części cmentarza w Magdeburgu i zniszczyć je.
P.: Czymże więc można objaśnić to, że fakt śmierci Hitlera wywołuje tyle emocji?
O.: Najwidoczniej istnieje jakaś psychologiczna bariera. Normalnemu człowiekowi trudno przyjąć, że przestępca, morderca, samo wcielenie zła umknął wymiarowi sprawiedliwości. Ja też nie zamierzam nikogo przekonywać, że jemu udało się uratować, ale chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że ta cała historia nie ma jeszcze zakończenia.
P.: Co do Hitlera, to historia i tak wymierzyła mu sprawiedliwość, bo nie ma on teraz nawet mogiły. Jego ciała nie oddano ziemi. Nie pokłonią się jego prochom jego stronnicy i potomkowie. To jest ponury koniec…     

A jednak…
            
…kiedy patrzę, jak idee tego potwora zaczynają się odradzać na świecie, kiedy widzę wzrost nietolerancji religijnej, obyczajowej, rasowej, politycznej, to ogarnia mnie wrażenie, ze historia zatacza koło i w wielu miejscach Europy odradzają się brunatne i czarne widma faszyzmu i nazizmu. Kiedy słyszę wypowiedzi niektórych polityków, którzy z pobłażaniem patrzą na to, jak prostytuuje się święto narodowe – nasz Dzień Niepodległości – zamieniony nie w dzień świętowania i radości, ale arenę burd i awantur ulicznych, to mam wrażenie, że Polska zamienia się w Republikę Weimarską i na arenę wkraczają polscy „firerzy” z bożej łaski i nadania. Ale nie ma dymu bez ognia – tamte wydarzenia spowodował Wielki Kryzys i związany z tym krach. Te wydarzenia też spowodował kryzys i krach – przede wszystkim brak stabilizacji, życie na kredyt i bezrobocie. Historia się powtarza, a nasi „decydenci” nie potrafią wyciągnąć z niej żadnych wniosków, co mnie akurat nie dziwi. Żłób i koryto mają zawsze większą moc niż Rozum i Rozsądek, a uczciwość jest czymś mocno przereklamowanym i w ogóle passé i demodé…

Dobrze się stało, że Hitler i Goebbels nie mają swych grobów, bo teraz ściągałyby do nich tłumy rozmaitych popaprańców z całej Europy, tak jak nasi pożal się boże „parlamentarzyści” pojechali z hołdami i czołobitnościami do jakiegoś latynoamerykańskiego złodzieja i malwersanta, którego w jego własnej ojczyźnie przeklinają jego właśni rodacy. Tak jak niedługo przeklniemy naszych „wodzów”, kiedy Polska znów znajdzie się pod obcymi wpływami, które stłumią to „ognisko niepokojów” na kontynencie. Obym był w błędzie.

Hitler mógł uciec z płonącego Berlina trasą, jaką zasugerowaliśmy wraz z dr Milošem Jesenským w naszej książce „Wunderland – Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy”, więc ta sprawa nie jest akurat przesądzona. Rosjanie tez nie byli pewni, czy Hitler żyje – w przeciwnym wypadku KGB i GRU nie prowadziłyby tak intensywnych poszukiwań. Mam nadzieję, że się mylimy, ale wiele wskazuje na to, że mamy rację…   

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 31/2012, ss. 24 – 25
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©             

czwartek, 2 lutego 2012

Ostatni rozkaz Bormanna


Andriej Bystrow

W latach 30. w ZSRR próbowano zbudować latającą łódź podwodną, ale projekt ten nie wypalił. Pomysł ten zrealizowano w USA – w latach 60. pojawiły się tam samoloty, które mogły wodować i zanurzać się w wodzie.

We wrześniu 1967 roku, do redakcji zachodnioniemieckiej gazety „Die Welt” wszedł młody człowiek. Przedstawił się jako Werner Horn i położył na biurko rękopis. Wedle jego słów, był to wojenny pamiętnik jego ojca, dowódcy hitlerowskiego okrętu podwodnego U-536 – Zygfryda Horna. Jednak redaktora ów dokument nie zainteresował. Nie było zainteresowania wojennymi memuarami, więc z tego, czy może jeszcze jakiegoś innego powodu, zwrócił on rękopis Wernerowi. Potem o tym pamiętniku długo niczego nie słyszano. Teraz znów odkryto go na nowo, w dramatycznych okolicznościach.

Uratować dokumenty!

14 kwietnia 1945 roku, okręt podwodny Wherwolf pod dowództwem Zygfryda Horna stanął na redzie bazy U-bootów w Kielu.[1] Ten okręt mógł osiągnąć pełne zanurzenie w ciągu 40 sekund i to na głębokość powyżej 100 metrów. Jego zaopatrzenie w środki do przeżycia pozwalało na dwumiesięczny, autonomiczny rejs, a dwa diesle Kruppa o mocy 2200 KM każdy pozwalały na osiąganie nawodnej prędkości marszowej przekraczającej 18 kts (33,3 km/h). Idąc pod tzw. „chrapami” okręt mógł osiągnąć prędkość 12-14 kts (22,2 – 25,9 km/h) nie wynurzając się na powierzchnię. W poprzednich miesiącach ten U-boot polował na konwoje na Północnym Atlantyku. Rozkaz powrotu do Kielu przyszedł niespodziewanie.

Hornowi polecono zameldować się. Spotkał się z nim SS-Standartenführer Hans Rattenhuber (1897-1957)[2], szef służby ochrony Führera oraz adiutant Grossadmirala Karla Dönitza (1891-1980). Obecność tych dwóch postaci mogła oznaczać tylko jedno – wezwanie do Berlina. I tak też się stało – na Horna czekał Reichsleiter NSDAP Martin Bormann (1900-1945). Wraz z silną eskortą dowódca okrętu podwodnego pojechał na lotnisko.

Horn nie po raz pierwszy spotykał się z Reichsleiterem. Pierwszy raz miało to miejsce w dniu 23 marca 1942 roku, kiedy to Bormann nagrodził Fregattenkapitäna[3] za niezwykły wyczyn – zatopienie amerykańskiego krążownika z przedstawicielami dowództwa US Navy na pokładzie. Teraz ten bliski współpracownik Hitlera (nie zapomniał tego spotkania) rozkazał mu wywieźć i zabezpieczyć skórzaną teczkę (a w niej cały plik papierów w wodo- i ognioodpornym kontenerze) z jakąś „dokumentacją Bittnera”, o którym dowódca okrętu podwodnego nigdy nie słyszał.
- Powinien pan uchronić te dokumenty – rzekł Bormann – za wszelką cenę. Nawet za cenę życia. Dopóki nie nadejdzie czas i pana nie znajdą. Proszę uważać to za część ochrony naszego Führera, którą panu powierzono. Ze szczegółami zapozna pana Rattenhuber.

Zagłada Wherwolfa

Fregattenkapitäna zaprowadzono następnie do gabinetu Rattenhubera. Standartenführer wyjaśnił:
- Z Kielu wypłynie pan przez Mały Bełt popłynie pan na Kattegat, potem na Skagerrak, opłynie pan od północy brzegi Anglii a następnie do brzegów Argentyny. Nasza służba dyplomatyczna w tym kraju otrzymała rozkaz spotkać się z wami. Dalsze instrukcje otrzymacie na miejscu. W przypadku ataku na was okręt, Grossadmiral podjął następujące przedsięwzięcia, a mianowicie – na wybrzeżach Małego Bełtu i na waszym kursie na wyspach Ærø, Fionia, Samsø i Anholt znajdują się zorganizowane ekipy ratownicze mające jedyne zadanie – przyjść wam z pomocą.

A jednak Wherwolfowi nie dane było dopłynąć do Argentyny. W dniu 17 kwietnia 1945 roku okręt podwodny przeszedł obok wyspy Samsø i ruszył w stronę wschodniego akwenu Kattegatu. Angielski lotnik miał małe szanse namierzyć „chrapy” zanurzonego okrętu podwodnego przy złej pogodzie. Ale los sprzysiągł się przeciwko Hornowi. Spotkanie z Anglikiem miało miejsce 200 mil od Kilonii, w pobliżu wyspy Anholt. Lotnik zrzucił bomby głębinowe i U-boot poszedł na dno cieśniny. Nasz Fregattenkapitän zawinął kontener w kilka warstw wodoodpornej tkaniny i tak bez tego doskonale zabezpieczone „papiery Brittena” a następnie przymocował je do siebie przy pomocy paska. Horn rozkazał swej załodze ubrać się w stroje nurków i opuścić okręt przez rury wyrzutni torpedowych. Kuter wysłany z Anholt podniósł z wody wszystkich uratowanych z zatopionego U-Boota. Wśród uratowanych był dowódca okrętu, ale jego misja skończyła się, zanim zaczęła się na dobre…

Fregattenkapitän Zygfryd Horn nie wrócił już do Niemiec. W roku 1946 po internowaniu w Skandynawii, pod cudzym nazwiskiem przewieziono go do Anglii, gdzie go rozpoznano, osądzono i skazano. Po odsiedzeniu wyroku osiedlił się w Irlandii, a dokładniej w Dublinie. Ze swoją żoną Anną już się nie spotkał, bo zmarła w Szwajcarii w 1948 roku, o czym dowiedział się o wiele później. W 1965 roku nawiązał kontakt ze swym synem Wernerem – ówczesnym studentem Sorbony – a potem też zmarł. Będąc jedynym spadkobiercą, Werner otworzył skrytkę bankową ojca i znalazł tam jego pamiętnik i skórzaną teczkę z szyfrowymi zamkami.  W teczce tej znalazł on cały plik dokumentów datowanych na wczesne lata 40.

Morderstwo w hotelu Meuron Hoff

22 września 1994 roku, w pokoju monachijskiego hotelu Meuron Hoff znaleziono zwłoki Wernera Horna, zabitego strzałem w serce. Śledztwo w tej sprawie powierzono komisarzowi monachijskiej policji Teodorowi Lenzowi. Ten najpierw udał się do domu Horna i porozmawiał z jego gospodynią. W jego gabinecie ona znalazła resztki skórzanej teczki i wyjaśniła, że teczka ta należała do ojca Wernera i była pamiątką. Opowiedziała komisarzowi także, iż Werner bardzo kochał ojca i często czytał jej na głos różne urywki z jego pamiętników. A na krótko przed morderstwem jej gospodarza odwiedzał jakiś „nieznajomy pan”, który mówił z dziwnym akcentem. O czym rozmawiali, tego nie wie, ale domyśliła się, że chodziło o sprzedaż jakichś dokumentów za okrągłą sumkę. Następnego dnia Werner wyjechał zabierając dokumenty ze sobą. Na prośbę Lenza gosposia przekazała mu pamiętniki ojca Wernera.

Komisarz Lenz prowadząc sprawę dokładnie i profesjonalnie znalazł w niej także i rosyjski ślad. Poprzez Interpol na pomoc niemieckiemu policjantowi ruszył rosyjski pułkownik FSB Jurij Michałowicz Szatiłow. Lenz przekazał mu kserokopię memuarów Horna. Po pewnym czasie zebrano niezbite dowody. „Nieznajomym panem” okazał się być rosyjski kryminalista-oszust i recydywista, postać wyjątkowo ciemna, niejaki Griewskij, poszukiwany także za inne przestępstwa. Udało się go odnaleźć, ale nie udało się go aresztować. Griewskij zorientował się, że policja jest na jego tropie i kiedy stwierdził, że się już jej nie wymknie, to  zastrzelił się, natomiast teczka z dokumentami vel „papierami Brittena” – na co wskazywały dane z pamiętników Zygfryda Horna – znalazła się w posiadaniu FSB. Tylko że połapać się w treści tych dokumentów nie było łatwo…

Tajemnica Horsta Brittena

Dokumenty przekazano do ekspertyzy grupie naukowców pod kierownictwem doktora nauk fizyczno-matematycznych, profesora zwyczajnego, członka Rosyjskiej Akademii Nauk Federacji Rosyjskiej Władimira Andriejewicza Gorieckiego. Pomimo oficjalnego zamknięcia sprawy, mógł on powiedzieć tylko tyle:
- Horst Britten był postacią znaną nie tylko w Niemczech. We wszystkich kręgach naukowych całego świata na jego temat krążyły legendy. Ten utalentowany fizyk stworzył niemało śmiałych idei w zakresie najbardziej zaawansowanych technologii. Niestety – był to zatwardziały nazista i bliski przyjaciel Hitlera. Kiedy stało się jasnym, że III Rzesza przegrała wojnę, to on skończył ze sobą. Te wszystkie papiery to jego najbardziej radykalna praca. To właśnie tutaj znajduje się jego teoria na temat zimnej syntezy jądrowej. W praktyce jest to przewrót w światowej gospodarce – nowe, niemal niewyczerpane źródło darmowej energii. Wszystkie typy elektrowni – w tym jądrowe – stają się bezużyteczne w jednej chwili. Nastąpiłby niebywały kryzys gospodarczy, zawaliłyby się wszystkie systemy walutowe i w ogóle cały stary świat oparty na tradycyjnych metodach uzyskiwania energii. A potem nastąpiłaby era nigdy niewidzianego dotąd wzrostu ekonomicznego państwa, które posiadłoby ten sekret. Oto, czym jest właśnie zimna synteza jądrowa. Czy takie państwo albo grupa ludzi posiadająca w ręku dokumenty Brittena mogłaby dyktować swoją wolę reszcie ludzi? Oczywiście! I czy znaczy to, że te dokumenty są bezcennymi? O nie, one nie są warte nawet złamanego szeląga. Horst Britten był pewien, że odnalazł właściwą drogę, ale pobłądził. Już po wojnie jego uczeń Max Fürstenberg kontynuował jego prace w Ameryce i dowiódł, że kierunek w którym szedł Britten był bezowocny. Współczesna fizyka nadal nie rozwiązała tego problemu. A i owszem – „papiery Brittena” zawierają coś, co można określić naukową mitologią. One były doprowadzone do 1945 roku i niektórzy sądzą, że wnioski Maxa Fürstenberga i innych fizyków powstały w oparciu o niepełną dokumentację. Ale one właśnie leżą przede mną i widzę dokładnie zbieżności z wnioskami Brittena i Fürstenberga – z tym, że ten ostatni poszedł jeszcze dalej i wykrył błędy w rozumowaniu. I należy sądzić, że do takich samych wniosków doszedłby i sam Britten, gdyby los podarował mu nieco więcej czasu…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 39/2011, ss. 6-7

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  


[1] W Kilonii znajdowało się dowództwo Krigsmarine - OKK.
[2] Wg. Wikipedii: nie był to SS-Standartenführer – pułkownik, ale SS-Gruppenführer –  generał-porucznik.
[3] Polski odpowiednik – komandor-porucznik.