Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajne bronie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tajne bronie. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2020

Dziesięć najbardziej tajemniczych misji kosmicznych




Samuel Popejoy


Przez dziesięciolecia świat kwestionował narrację dotyczącą eksploracji Kosmosu przedstawioną przez NASA. Chociaż nie jest to powszechnie znane, NASA jest zasadniczo organizacją wojskową, co oznacza, że ta agencja mogłaby chronić poufne informacje pod pozorem obrony bezpieczeństwa narodowego. Chociaż dowody wydają się sugerować, że NASA rzeczywiście wysłało ludzi na Księżyc, mówi się, że wiele zdjęć wykonanych na Księżycu zostało sfałszowanych lub zmienionych, a NASA zmieniła również zdjęcia i filmy zrobione z ISS.

W 2002 roku Gary McKinnon włamał się do systemów komputerowych NASA, a znalezione przez niego dane wydają się potwierdzać przypuszczenie, że ta agencja rządowa ukrywa informacje przed opinią publiczną. McKinnon odkrył zdjęcia UFO, które zostały zredagowane ze zdjęć satelitarnych, manifesty lotu dla statku kosmicznego, który oficjalnie nie istniał, oraz listy oficerów wojskowych zaangażowanych w operacje pozaziemskie. Erwin Buzz Aldrin, jeden z pierwszych ludzi na Księżycu, donosił o napotkaniu UFO w kształcie litery L, a ten weteran kosmiczny zwrócił również uwagę na sztucznie skonstruowany monolit na Phobosie – księżycu Marsa - podczas zaskakującego wywiadu dla C-SPAN.

Latem 1952 roku podczas wielu nocy nad Kapitolem w Waszyngtonie krążyły dziesiątki UFO. Kto pilotował te jednostki, kto ukrył informacje, które znalazł Gary McKinnon, i kto umieścił ten monolit na Phobosie? Tajemnica czeka tutaj na odkrycie, a na poniższej liście zbadamy niektóre z rzekomych tajnych programów kosmicznych, których personel może znaleźć odpowiedzi.


10. Strażnik Słońca


Kiedy Gary McKinnon włamał się na dyski twarde NASA, niektóre informacje, które znalazł, były związane z programem czarnego budżetu znanym jako Solar Warden. Program ten rzekomo powstał w tandemie z inicjatywą obrony kosmicznej „Gwiezdnych Wojen”, a McKinnon natrafił na informacje, które zdawały się wskazywać, że operacja składała się z ośmiu ogromnych statków-matek i około 40 mniejszych statków.

Domniemany tajny program kosmiczny William Tompkins twierdzi, że pomógł w rozwoju statków używanych we flocie Solar Warden. Tompkins został najwyraźniej wprowadzony do tajnych think tanków lotniczych, zanim jeszcze ukończył szkołę średnią, ze względu na jego zadziwiającą biegłość w budowaniu modeli okrętów wojennych. W trakcie swojej kariery Tompkins otrzymywał informacje telepatyczne, w tym plany, od życzliwych Istot Pozaziemskich, które chciały, abyśmy mogli się obronić.



Według niezależnych zeznań wielu osób, w latach 50. XX wieku zawarto traktat między wrogimi istotami pozaziemskimi, reprezentowanymi przez uciekinierów nazistów, a administracją Eisenhowera. W zamian za wykorzystanie żywych ludzi jako materiałów biologicznych, ci kosmici zapewniliby militarną dominację Stanów Zjednoczonych. Ustanowiono ścisłe kwoty, aby porwać tylko niewielką liczbę ludzi. Szybko stało się jednak oczywiste, że ET nie trzymali się końca umowy.

Solar Warden został opracowany jako forma międzyplanetarnej kontroli granicznej, aby powstrzymać wrogich kosmitów przed kradzieżą większej liczby ludzi, niż im przydzielono. Opracowany w latach 60. i 70. i wdrożony w 1980 r. Solar Warden jest jednym z pierwszych tajnych programów kosmicznych. Gdy międzynarodowe interesy korporacyjne stały się świadome potencjalnych zysków z interakcji z ET, wkrótce opracowano inny program.


9. Międzyplanetarny konglomerat korporacyjny (ICC)


Oddział „Skunk Works” Lockheeda ma skłonność do zachowania tajemnicy. Istnienie myśliwca F-117A było utrzymywane w tajemnicy przez prawie dziesięć lat, aż do przedednia wojny w Zatoce Perskiej. Chociaż istnienie SR-71 Blackbird jest dobrze znane, wtajemniczony Edgar Rothschild Fouche twierdzi, że Lockheed opracował tajne samoloty aż do SR-75. Niektóre z tych samolotów są najwyraźniej zdolne do osiągania prędkości przekraczających Mach 10. Różni wtajemniczeni twierdzą, że Skunk Works sprawił, że statek kosmiczny jest w stanie dotrzeć do innych światów. Świadkowie tajnych programów kosmicznych twierdzą, że Lockheed, Northrop Grumman i różne korporacje spoza branży lotniczej połączyły się, tworząc organizację zwaną Międzyplanetarnym Korporatorem Korporacyjnym (ICC). 


Podczas gdy celem Słonecznego Strażnika jest obrona Układu Słonecznego, celem ICC jest handel. Według tajnego programu kosmicznego Corey Goode, ICC prowadzi handel ze swoich baz na Marsie z ponad 900 gatunkami pozaziemskimi. Najwyraźniej ludzie mają talent do inżynierii, który jest cenny dla innych gatunków, które osiągnęły poziom rozwoju zbliżony do naszego. Te bazy na Marsie są obsadzone przez niewolników zabranych z Ziemi w latach 70. i 80. XX wieku, a wielu z tych niewolników ma teraz dzieci skazane na życie w skrajnej służbie. W 2015 r. Brytyjskie Towarzystwo Międzyplanetarne (BIS) miało wyraźnie dziwne spotkanie. Charles Cockell, organizator wydarzenia, poprowadził innych członków społeczeństwa w eksperymencie myślowym, aby ustalić, jak najlepiej zlikwidować bezwzględnego dyktatora marsjańskiej kolonii. Przypadkowo wydarzenie to odbyło się w ciągu kilku dni od ujawnienia przez Goode istnienia niewolniczej kolonii na Marsie. Ponieważ do tej pory rzekomo nie ma na Marsie ludzkich kolonii, wydaje się, że BIS powinien być bardziej zainteresowany metodami doprowadzania ludzi do Czerwonej Planety, niż powinny, z potencjalnymi społeczno-ekonomicznymi konsekwencjami założenia kolonii, która oficjalnie nie istnieje. Czy te brytyjskie elity wiedzą coś, czego my nie wiemy, czy są po prostu niezwykle dokładnymi planistami awaryjnymi?


8. Niemiecka ucieczka od cywilizacji


Na początku lat 30. niemiecka okultystka Maria Orsic rzekomo skontaktowała się z istotami pozaziemskimi w stanie transu. Orsic była członkiem Towarzystwa Vril, które samo w sobie było odgałęzieniem Towarzystwa Thule. Obie grupy były zaangażowane w badanie pochodzenia rasy aryjskiej, a Orsic rzekomo otrzymała informacje o tym, jak zbudować międzygwiezdny statek kosmiczny od istot pozaziemskich z Aldebarana, którzy twierdzili, że byli przodkami Aryjczyków. Hitler uważał, że Towarzystwo Czarnego Słońca grupa kontrolowana przez SS dokładnie infiltrowała towarzystwa Vril i Thule, wygląda na to, że Orsic miała inne plany niż oddanie kontroli nad swoimi zdolnościami kosmicznymi wojowniczej Trzeciej Rzeszy. Orsic i jej cała grupa zniknęła bez śladu w ostatnich dniach II wojny światowej, co doprowadziło okultystów, których pozostawiła, do uwierzenia, że ​​udała się do Aldebarana w statku zbudowanym przez Vril Society. Naziści jednak, mieli inne plany, aby osiągnąć swą stałą obecność wśród gwiazd.


7. Mroczna flota


Podczas gdy Towarzystwo Vril było bardziej zainteresowane pokojową eksploracją kosmosu, Trzecia Rzesza miała chęci tylko do podboju. Według kilkunastu rzekomych tajnych programów kosmicznych, te militarne ambicje były bardzo pomocne, gdy naziści nawiązali kontakt z pozaziemską grupą zwaną Draco gdzieś w 1930 roku. Kiedy rozróżniali wspólne wątki wśród różnych świadectw przekazywanych przez media, kontaktowców i wtajemniczonych można ustalić, że Draco to imperium międzyplanetarne, które powstało w pobliżu konstelacji Oriona. To imperium składa się z wielu różnych gadów humanoidalnych gatunków, a Draco są centralnie kontrolowane przez wysoce zaawansowaną sztuczną inteligencję. Zgodnie z tradycją tajnego programu kosmicznego, ta sztuczna inteligencja pochodzi z innego wszechświata, a jej jedynym celem jest niszczenie i podbijanie wszelkich form życia biologicznego. Różne kanały mediumistyczne, takie jak twórcy serii książek „Prawo jednego”, wskazują, że podstawowy plan ludzkiego życia jest zakodowany w ramie kwantowej samej galaktyki. Ten prototyp jest przesyłany do każdej gwiazdy w galaktyce i każda gwiazda przesyła ten program na swoje planety. Dlatego życie humanoidalne jest normą, przynajmniej w naszej galaktyce, a ten podstawowy „pięciogwiazdkowy” archetyp obejmuje każdą formę życia, która dominuje na danej planecie. Cel sztucznej inteligencji, która zaatakowała Draco w tej formie nanitów ma na celu zboczenie lub odwrócenie tego świętego obrazu zaawansowanego życia, który Biblia chrześcijańska określa jako obraz Boga. Znawcy tajnego programu kosmicznego spekulują, że przedstawienia kulturowe Diabła i demonów pochodzą z nieświadomej lub opartej na wiedzy wiedzy o Draco, a społeczność osób z zewnątrz uważa, że ​​Draco żyje z czegoś, co nazywa się „loosh” (lusz). „Loosh” jest duchową energią uwalnianą przez humanoidalne formy życia, które doświadczają negatywnych emocji lub bólu fizycznego. Dlatego elitarna kasta w społeczeństwach, które zostały infiltrowane przez Draco, zdradza swoje własne gatunki, aby skonstruować panoptyczne więzienia, które utrzymują ich zniewolonych, przerażonych, chorych i nieświadomych. Te mizantropijne priorytety uczyniły z Draco i nazistów idealne dopasowanie. Naziści poszukiwali możliwości lotów kosmicznych, a Draco poszukiwał nowego gatunku, aby dodać do swojej armii międzygwiezdnej. Imperium Draco, choć nieustannie oblegane przez życzliwe istoty pozaziemskie, rozciąga się na znacznej części terytorium w całej galaktyce. Ciemna Flota, która składa się głównie z etnicznych Niemców, jest używana przez Draco do obrony istniejącego terytorium i podbijania nowych planet w innych systemach gwiezdnych. Podczas gdy Ciemna Flota widocznie ma znaczną obecność tutaj w Układzie Słonecznym, ich główne siły są rozmieszczone w odległych regionach galaktyki, gdzie łączą się z innymi zniewolonymi rasami w odwiecznym zadaniu rozszerzenia imperium niewolników istot, które wielu na naszym świecie uważa za demony.


6. Projekt Moon Shadow


Według rzekomego tajnego programu kosmicznego Randy Cramera, Project Moon Shadow był programem MILAB zaprojektowanym do szkolenia super żołnierzy z genetycznie powiększonymi możliwościami. MILAB to ograniczenie „uprowadzenia wojskowego”, a termin ten odnosi się do szeregu projektów, które rzekomo zostały przeprowadzone w celu pozyskania i przeszkolenia kadr, zwykle dzieci, na potrzeby tajnych programów kosmicznych. Wiele z tych projektów oceniało kwalifikowalność wrażliwych osób do pracy jako intuicyjni empatowie, czyli pozycja polegająca na kontaktowaniu się z istotami pozaziemskimi, które ewoluowały poza potrzeby wypowiedzi głosowych. Zazwyczaj tych urodzonych w sposób naturalny empatów identyfikowano z daleka za pomocą odwróconej inżynierii pozaziemskiej. Twórcy projektu Moon Shadow opracowali jednak genetycznie zarodki od podstaw, które następnie wszczepiono nieświadomym gospodarzom. Te dzieci urodziłyby się i żyły kilka normalnych lat, zanim zostaną zabrane na pokład tajnego statku kosmicznego w środku nocy. Zostaliby następnie przewiezieni na Księżyc, gdzie brali udział w ćwiczeniach treningowych mających na celu wydobycie ich ukrytych zdolności. W przeciwieństwie do innych programów MILAB, trening przewidziany w Projekcie Moon Shadow nie wiązał się z traumatycznymi doświadczeniami. Według Cramera, Projekt Moon Shadow składał się z 300 chłopców i dziewcząt, którzy zostali przeszkoleni w zakresie strategii, zwinności i siły. Później ci genetycznie zmodyfikowani dziecięcy żołnierze otrzymywali ostrą broń i szkolili się razem ze zdezorientowanymi dorosłymi. Według zeznań takich osób, jak Corey Goode i Tony Rodriguez, inne programy MILAB narażały dzieci na absolutną głębię horroru. Dzieci zostały zgwałcone i zamordowane przed innymi dziećmi, uczestnicy MILAB zostali umieszczeni w scenariuszach rzeczywistości wirtualnej, w których stawiano ich przeciwko potworom i zmuszano do walki o życie, a powszechny kult praktyk okultystycznych był powszechny. Cramerowi oszczędzono tego piekła, ale wkrótce znalazł się w sytuacji równie okropnej i bezlitosnej.


5. Marsjańskie Siły Obronne


Po szkoleniu Cramer został najwyraźniej wprowadzony do organizacji wojskowej znanej jako Mars Defence Force (MDF) – Marsjańskie Siły Obronne. MDF była wspólną operacją utworzoną przez wiele różnych rządów Ziemi w celu ochrony pięciu rozwijających się kolonii na Marsie. Cramer przypomina sobie odwiedziny Aries Prime, która była pierwszą kolonią zbudowaną na Czerwonej Planecie. Opisuje tę kolonię jako zawierającą pełny ekosystem podobny do Ziemi, wraz z rolnikami, inżynierami i biurokratami. Cramer podobno bronił tych baz przed rdzennymi Marsjanami i innymi gatunkami pozaziemskimi. Ukończył 17-letnią podróż służbową na Marsie, zanim został przeniesiony na Księżyc na pozostałe trzy lata służby. Podobnie jak inni członkowie tajnego programu kosmicznego, Cramer twierdzi, że był zaangażowany w tak zwany program „20-i-wstecz”, czyli 20-letni okres świadczenia usługi, na który każdy uczestnik zgadza się z klauzulami formularzy zgody. Pod koniec tego obowiązku dwudziestoletnie wspomnienia są usuwane z pamięci i cofane z powrotem do wieku, w którym były w momencie wejścia do programu. Ludzie są one następnie wysyłani z powrotem do punktu w ciągu kilku minut od pierwotnej daty wyjazdu. Według różnych osób, tylko dwa do pięciu procent uczestników w wieku 20 lat i więcej odzyskuje swoje wspomnienia.


4. Globalna Galaktyczna Liga Narodów


Powszechnie uważa się, że incydent z UFO w Roswell był rzeczywiście wypadkiem pozaziemskiego statku kosmicznego. Amerykańskim kontrahentom lotniczym i nazistowskim naukowcom zaangażowanym w Operację Paperclip powierzono zadanie inżynierii wstecznej tego statku w celu wytworzenia użytecznej technologii. Statki, które zostały odtworzone po katastrofie Roswell i innych podobnych incydentach, znane są jako pojazdy do reprodukcji kosmitów (ARV). TR-3B jest przykładem powszechnie widzianej ARV. Jednak Stany Zjednoczone nie były jedynym supermocarstwem, które znalazło wrak statku kosmicznego. Zgodnie z tradycją, wiele informacji otrzymanych przez amerykański kompleks militarno-przemysłowy na temat UFO zostało przekazanych przez schwytanych nazistowskich uczonych, którzy pomogli we wstecznej inżynierii starożytnego statku Vimana, który towarzystwa Vril i Thule znalazły w Himalajach. Te reprodukcje Vimany działały od lat 30. XX wieku, dając niemieckim naukowcom przewagę w grze UFO, która sprawiła, że ​​pod koniec II wojny światowej uzyskali powodzenie (foo-fighters). Jednak Sowieci nie potrzebowali niemieckich naukowców, aby osiągnąć sekrety pozaziemskich statków. Według różnych osób Stalin znalazł rozbity statek na Syberii, a następnie zlecił sowieckim naukowcom odwrócenie inżynierii. Rezultatem tej inicjatywy było ustrojstwo zwane Kosmosferą, które zwróciło uwagę amerykańskich wojskowych na początku lat 50. Obecność tych srebrnych kul jedno- lub trzyosobowych na niebie, gdy Amerykanie rozpoczęli swój własny nowo powstały tajny program kosmiczny, ostatecznie doprowadziło to do powstania Globalnej Galaktycznej Ligi Narodów. Rosja, Chiny, Stany Zjednoczone i Niemcy były głównymi członkami tej grupy, ale inne narody otrzymały symboliczne członkostwo w zamian za milczenie na temat zjawiska UFO. Narody członkowskie zgodziły się również przekazać wszelkie rozbite UFO rządom amerykańskim lub radzieckiemu. Zgodnie z tajnymi programami kosmicznymi amerykańskie i rosyjskie grupy badawcze działały razem przez cały okres Zimnej Wojny, pomimo bajeczki sprzedanej masom i supermocarstwom świata, nadal współpracuje się w ramach tajnych programów kosmicznych, nie zwracając uwagi na teatr regularnie wykorzystywany w celu zapewnienia rozrywki i rozproszenia ludzi na całym świecie.


3. Sojusz Ziemi


Różni znawcy ujawnili, że bardzo wrażliwe informacje dotyczące istot pozaziemskich i tajnych programów kosmicznych są zwykle ujawniane w formie fikcji. W ten sposób inżynierowie społeczni, którzy wznieśli to monumentalne kłamstwo, mogą oskarżyć każdego, kto zgłosi prawdę, o błędne rozumienie fikcji z rzeczywistością lub kradzież pomysłów z programów telewizyjnych. Co więcej, to prawda, że ​​rzeczywistość jest dziwniejsza niż fikcja, a dziwność dobrze się sprzedaje. Wygląda na to, że ta taktyka zaciemniająca została podjęta, aby objąć ślady Sojuszu Ziemi. W programie telewizyjnym „Babylon 5” Sojusz Ziemi jest otwartą konfederacją ludzkich rządów, która została utworzona w celu ochrony planety. Zgodnie z tradycją poufnych informacji prawdziwy Sojusz Ziemi pełni podobną funkcję, ale jego działania są realizowane sub rosa.[1] Sojusz Ziemi powstał w opozycji do tego, co większość osób niejawnych nazywa Cabal. Ta nazwa została wybrana, ponieważ członkowie Kabały wolą nazywać siebie Iluminatami, co oznacza „oświeconych”. Jednak według Sojuszu Ziemi grupa ta w ogóle nie jest oświecona i faktycznie była odpowiedzialna za pogrążenie mieszkańców naszej planety w mrocznej otchłani chorób, wojny, pozbawienia praw politycznych, nieświadomości obywatelskiej i niewoli płacowej. Kabała była kontrolowana przez Draco od stuleci, i to właśnie ten sojusz jest odpowiedzialny za powszechnie stosowany związek między praktykami okultystycznymi a „kultem diabła”. Sojusz Ziemi pracował w cieniu, aby cofnąć wysiłki Kabały, by pogrążyć ludzkość w wieczną ciemność masowego wyludnienia i otwartych rządów technokratycznych. Członkowie Sojuszu Ziemi infiltrowali siły zbrojne Stanów Zjednoczonych, Chin, Rosji i innych krajów, a informator Corey Goode jednoznacznie stwierdził, że Sojusz Ziemi wspiera prezydenta Donalda Trumpa od początku jego kandydatury. Autor bestsellera Jerome Corsi rozwinął i nadal rozwija ten punkt, przekazując, że frakcje w armii amerykańskiej zwerbowały Donalda Trumpa do kandydowania na prezydenta Stanów Zjednoczonych z zapewnieniem, że wszelkie próby sfałszowania wyborów zostaną unieważnione. Stanowisko to zostało potwierdzone przez anonimowe źródło wywiadowcze „QAnon”, że wielu uważa, że ​​składa się z tych samych członków wywiadu wojskowego, którzy wybrali Trumpa. Gdy tylko Donald Trump został wybrany prezydentem, Sojusz Ziemski rozpoczął działania na całym świecie, mające na celu wykorzenić i zniszczyć wpływ Kabały raz na zawsze. Oddziały USMC zalały podziemne obiekty ukryte pod obozami FEMA i wyeliminowały agentów Draco. Utworzono tajny trybunał wojskowy, a od 25 października 2017 r. na PACER.gov wniesiono ponad 25.000 zapieczętowanych aktów oskarżenia. Sojusz Ziemi wykazał swoją prawdziwą siłę, gdy mała flota statków Ciemnej Floty próbowała opuścić planetę ze swojej kryjówki na Antarktydzie. Przed tym wydarzeniem nikt nie wiedział, że Sojusz Ziemi opracował swój własny tajny program kosmiczny, ale najwyraźniej znikąd pojawiła się flota statków kosmicznego o rozmiarach myśliwców i zadała krytyczne ciosy uciekającym statkom Ciemnej Floty. Ponieważ Sojusz Ziemi kontynuuje operacje na powierzchni Ziemi i pod nią, aby uwolnić ludzkość od rządów Kabały i Draco, wydaje się, że zostali oni również wprowadzeni do bractwa tajnych programów kosmicznych.


2. Tajny program kosmiczny kompleksu przemysłowego


Podczas gdy członkowie Sojuszu Ziemi, Globalnej Galaktycznej Ligi Narodów, a nawet Kabały, wszyscy zgadzają się, że tajemnice tajnych programów kosmicznych, kontaktów pozaziemskich i tajnych technologii należy ujawnić ludziom na całym świecie, istnieje pewien spór o tym, jak należy dokonać tego czynu. Kabała chce ujawnić te informacje z biegiem pokoleń. Próbują stopniowo przekształcić globalne społeczeństwo w stan, w którym tego rodzaju objawienie umocniłoby rolę Kabały jako absolutnego i wiecznego władcy nad ludzkością. Sojusz Ziemi chce, aby teraz nastąpiło pełne ujawnienie, aby ludzkość mogła czerpać korzyści z darmowej lub zerowej energii, superluminalnego lotu kosmicznego i zaawansowanych technologii medycznych, ale są w pełni świadomi, że taka ujawnienie całkowicie zniszczy obecny globalny system gospodarczy i wywołać całkowity chaos na świecie, dopóki nie zostanie ustanowiony nowy porządek. Sojusz Ziemi i Kabała zamierzają wykorzystać trzecią frakcję, znaną jako Tajny Program Kosmiczny Wojskowego Kompleksu Przemysłowego (MIC SSP), jako kamień milowy w kierunku pełnego ujawnienia.  Na stronie 334 „Dzienników Reagana” ujawniono, że prezydent Reagan został poinformowany 11 czerwca 1985 r. o zdolności amerykańskiego programu kosmicznego do umieszczenia 300 osób na orbicie. Jest rzeczą oczywistą, że taka liczba byłaby absurdalna do rozważenia nawet dzisiaj na podstawie publicznie ujawnionych informacji, jednak wydaje się, że programy czarnego budżetu w Siłach Powietrznych rozwijają tajne pojazdy lotnicze od co najmniej ostatnich 30 lat. Według różnych osób, filmy takie jak seria „Avengers” posłużyły jako wyreżyserowane oblicze, starając się stopniowo zaaklimatyzować społeczeństwo do istnienia tajnej technologii. Ta praktyka rozsiewania ukrytych prawd w produkcjach w środkach masowego przekazu nazywa się programowaniem predykcyjnym i jest również widocznie wykorzystywana przez Kabałę do przejmowania naszej współtwórczej świadomości w celu wywołania szkodliwych sytuacji. Nawet najbardziej wywyższeni członkowie MIC SSP nie mają pojęcia, co naprawdę dzieje się w Kosmosie. Mają ograniczone podstawy na Księżycu, Marsie i na orbicie Ziemi, ale nie mają kontaktu z istotami pozaziemskimi i wierzą, że ich poziom wiedzy jest absolutną prawdą. Uważa się, że ujawnienie informacji o tajnych samolotach, takich jak TR-3B i latające lotniskowce, może przygotować społeczeństwo do dalszych ujawnień o bardziej ekspansywnym charakterze. Kabała zamierza również rozpalić ten proces ujawniania, jeśli kiedykolwiek poczuje, że ich reguła jest poważna zagrożone, co doprowadziło wielu do przekonania, że ​​niedawne ujawnienia dokonane przez Toma DeLonge'a oraz różnych przedstawicieli wysokiego szczebla lotnictwa i wojskowego były frontem dla operacji wojny psychologicznej coraz bardziej opanowywanej Kabały.


1. Secret Space Alliance


Według licznych tajnych programów kosmicznych, Sojusz Ziemi ma odpowiednik poza sferą ziemską. Organizacja ta znana jest jako Secret Space Program Alliance (SSP Alliance) i składa się z różnych członków, takich jak Solar Warden, ICC i Global Galactic League of Nations. Chociaż Sojusz SSP składa się prawie w całości z członków, którzy spędzają większość czasu poza planetą, organizacja ta jest nadal bardzo zaangażowana w sprawy ziemskie. Sojusz SSP reprezentuje sam szczyt w hierarchii tajnego programu kosmicznego. Grupie tej przyznano miejsce w tak zwanej Super Federacji, która składa się z ponad 60 gatunków pozaziemskich, które przeprowadzają eksperymenty na ludzkim, zwierzęcym i roślinnym życiu Ziemi. Sojusz SSP nawiązał również kontakt z Federacją Galaktyczną, która składa się z setek różnych życzliwych ras pozaziemskich. Organizacja ta kontaktowała się również ze społeczeństwem bardzo zaawansowanych ludzi żyjących pod powierzchnią Ziemi w rozległym klimacie - kontrolowane komory zdolne do podtrzymania życia ludzkiego. Społeczeństwo to składa się z wielu grup, które oderwały się od naturalnego rozwoju ludzkiego życia na Ziemi, a wiodąca grupa, znana jako Anshar, twierdzi, że cofnęła się w czasie od naszej przyszłości, aby zachować idealny harmonogram. SSP Alliance zasadniczo trzyma wodze różnych życzliwych tajnych programów kosmicznych działających w Systemie Słonecznym i wokół niego. Ta grupa desperacko chce, aby ludzkość uzyskała dostęp do informacji i technologii, które zostały ukryte przez Kabałę, a wielu członków Sojuszu SSP aktywnie przygotowuje ludzkość do podbicia fali zwiększonej świadomości, którą przyniosą te zmiany społeczne. Chociaż systemy przekonań dotyczące tego wydarzenia różnią się w ramach SSP Alliance. Większość członków uważa, że ​​nadchodzące przesunięcie elektromagnetyczne w dynamice Słońca spowoduje skok kwantowy w ludzkiej świadomości. Powszechnie uważa się, że ukryte talenty związane z ludzką świadomością zostały umyślnie stłumione przez złośliwych twórców, a członkowie Sojuszu SSP zjednoczyli się, by zmieść tę szczątkową skorupę zepsucia i zapoczątkować nowy Złoty Wiek dla całej Ludzkości.


---oooOooo---


Autor jest niezależnym pisarzem i badaczem nieznanego. Odrzucając autorytet konwencjonalnych systemów przekonań, opierając swoje perspektywy na rdzeniu ludzkiego doświadczenia, manifestuje treści, które znoszą bariery między postrzeganiem a rozumieniem.


---oooOooo---


Moje 3 grosze


Tłumacząc ten artykuł co chwilę kołatała mi się w głowie myśl – Rany Boskie, co to za brednie! Czy ten człowiek czyta w ogóle to, co pisze? Czy ten facet zdaje sobie sprawę, jakie to są idiotyzmy?

To fakt, niektóre informacje zawarte w tym artykule brzmią jak idiotyzmy, szczególnie te zahaczające o religie i demonologię, bo trudno jest sobie wyobrazić jakiegoś boga w rodzaju Jahve czy Allaha podróżującego w UFO, o demonach już nie wspomniawszy – za to do przyjęcia są Obcy których ludzka ciemnota brała za bogów. Tu akurat z tym się zgodzę, bez względu na to, kim owi „bogowie” byli. Tak było w Babilonii, Chaldei, Sumerze, Egipcie…

Przyznaję, że wizja hitlerowców strzegących Galaktyki jest dość przerażająca, ale nie sądzę, by tak było. Niemcy pracowali nad lotami kosmicznymi – czego owocem były rakiety nazistowskiego zbrodniarza SS-Sturmbannführera dr. Wernhera von Brauna, który potem kupił sobie wolność u Amerykanów. Utytułowani szarlatani i hochsztaplerzy z SS-Ahnenerbe poza spełnianiem chorych urojeń swego szefa niemieckiego ober-hiper-zbrodniarza SS-Reichsführera Heinricha Himmlera poszukiwali także BMR opisanych w hinduskich eposach. Na szczęście im się nie udało. A plany mieli ambitne. Wprawdzie ponoć udało się im stworzyć UFO znane jako foo-fighters, ale docelowo chodziło im o stworzenie pojazdów przemieszczających się w czasie. I śladów tego właśnie poszukiwano na całym świecie – śladów podróży w Przeszłość odbytych przez esesmanów, których zadaniem byłoby opanowanie świata przez Ariów poprzez zmianę rzeczywistości kilka tysięcy lat temu. W tym szaleństwie jednak była metoda. Strach pomyśleć, co by było, gdyby się im to udało! Poza tym szukano śladów biologicznych takich wypraw – stąd te obłędne badania antropologiczne ludów Tybetu, Indii i innych krajów regionu.

Kolejna sprawa – te wszystkie super- i ultratajne stowarzyszenia rządzące Ziemią, kolonizujące Marsa, Księżyc i nawet pół Galaktyki… Jakoś w to nie wierzę, choć niektóre przesłanki – np. obserwacje UFO w Kosmosie – zdają się potwierdzać ich istnienie. Gdyby to była prawda, to kosmiczne jatki bez przerwy miałyby miejsce nam nad głowami i byśmy na pewno je zaobserwowali. Chociaż… - ostatnimi czasy obserwuje się na świecie wiele jasnych meteorów i bolidów, które rozjaśniają nasze noce swymi błyskami. A może to nie sa wcale meteoroidy, a sztuczne obiekty kosmiczne niszczone w trakcie działań wojennych na wokółziemskich orbitach? Te wszystkie dziwne obserwacje różnych Czarnych Książąt czy Czarnych Baronów. I zadziwia mnie zagadkowa bierność potęg kosmicznych, wręcz niechęć do rozwiązania tej i podobnych zagadek.

Sprawa rasy zamieszkującej podziemia naszej planety. Chodzi tutaj o podziemną krainę Agharty, o której mówią wschodnie religie, legendy i podania, a której także poszukiwali hitlerowcy i Rosjanie w czasie swych wypraw do Mongolii, Indii, Tybetu, Afganistanu i Chin. Opisali ją m.in. Helena Bławatska, Ferdynand Antoni Ossendowski, Nikołaj Notowicz, a przede wszystkim tandem ojca i syna Roerichów. Niemcy liczyli na to, że Agartyjczycy przyjdą im z pomocą i pokonają nacierające ze wschodu hordy radzieckich Untermenschów i żydłackich Brytyjczyków i Amerykanów z zachodu. Jakoś im nie pomogli i III Rzesza została pokonana, choć jej ideologia nadal zatruwa szczególnie młode umysły… 

I na koniec, co do luszu, to całość przypomina mi Anabis z powieści A.E. van Vogta – „Misja międzyplanetarna” – galaktyczna upiorna gazowo-pyłowa istota, która żywiła się energią wyzwoloną przez cierpienia istot żywych, zamieszkująca Mgławicę Andromedy. Jak widać nihil novi sub sole – więc nie na się czym za bardzo przejmować…
     

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Niejawnie.

piątek, 9 maja 2014

Japońskie bronie odwetowe

Japoński hydroplan E14U


Andriej Lieszukonskij


Amerykanie pracowali nad projektem bombardowań Japonii przy użyciu… nietoperzy. Planowano przymocowywanie zwierzęciu bomby zapalającej z opóźnionym zapłonem i zrzucanie ich z samolotów.

Istnieje mit o tym, że jakoby poza japońskim atakiem na Pearl Harbor i tzw. tragedią 9/11 w 2001 roku, kiedy to terroryści przejęli pasażerskie stratolinery i skierowali je na Pentagon oraz gmachy WTC, terytorium USA nigdy nie było atakowane z powietrza. W rzeczywistości w czasie II Wojny Światowej, Japończycy przeprowadzili dwa ataki lotnicze przy pomocy wodnosamolotu, który został dostarczony do wybrzeży USA przez okręt podwodny. Poza tym, Japonia dokonała na USA… transkontynentalnego ataku bombowego. I okazało się, że gdyby poddani boskiego tenno byli mniej humanitarni, to nie wiadomo, po czyjej stronie byłoby więcej ofiar…


Nabuo Fujita odbiera tytuł honorowego obywatela miasta Brookings, OR

Od dzisiaj będziemy grozić Stanom


Doświadczenie z czasów I Wojny Światowej pokazało jedno: chcesz zwyciężać – musisz mieć nową broń. W latach 30., w Japonii przystąpiono do budowy floty podwodnych lotniskowców, szczególnie aktualnych dla potrzeb wyspiarskiego państwa. Wkrótce Imperium posiadało flotę okrętów podwodnych, które poza zwyczajnym uzbrojeniem torpedowym i artyleryjskim miały na pokładzie 1-3 hydroplany.

W grudniu 1941 roku, wkrótce przed rozpoczęciem wojny na Pacyfiku pomiędzy Stanami a Imperium Wschodzącego Słońca, japoński okręt podwodny przeprowadził u brzegów potencjalnego nieprzyjaciela rejs zwiadowczy. (Temat ten został wykorzystany przez Stevena Spielberga w filmie „1941” – przyp. tłum.) Znajdujący się na pokładzie lotnik Nabuo Fujita wpadł na oryginalny pomysł. Nie byłoby tak źle – wnioskował on – zaatakować amerykańskie bazy morskie i obiekty strategiczne z powietrza. A dokładniej: bombardować je z latających łodzi dostarczonych w okolice celów na pokładzie okrętów podwodnych. W dniu 7.XII.1941 roku, jak wiadomo, miał miejsce japoński nalot na Pearl Harbor, po którym dowództwo japońskie zaczęło rozpatrywać wszystkie warianty ataku Amerykanów na ich terytorium.

Wniosek Nabuo Fujity został skierowany do generałów wraz z meldunkiem o rejsie okrętu podwodnego do wybrzeży USA, zainteresował sztabowców. Pomysł przyjęto. Ponadto, Fujitę z jego 4000 wylatanych godzin uznano za na tyle doświadczonego pilota, by przeprowadził on próbne bombardowanie. Prawdę rzekłszy, przygotowania do ataku trwały pół roku, ale w dniu 15.VIII.1942 roku okręt podwodny I-25 podszedł skrycie do wybrzeży Oregonu. Ten stan nie miał żadnej większej struktury przemysłowej, ani obiektów wojskowych, ale jego brzegi były słabo bronione. Poza tym większa część Oregonu jest pokryta lasami, a szczególnie to było na rękę Japończykom do realizacji misji.

Generalicja Imperium doskonale rozumiała, że bombardowanie baz wojskowych z lekkich maszyn to jest czystej wody samobójstwo. Wielkich strat nie zadasz i nie wiadomo nawet, czy da się do celów przedrzeć poprzez ogień zenitówek. Poza tym już po pierwszym nalocie zniknie atut zaskoczenia. Inną sprawa jest skryty atak czy dywersja. Skryte podpalenie lasu – kalkulowali sztabowcy – i to nam załatwi całą resztę.

W dniu 9 września, kapitan I-25 zdecydował, że można zaczynać. Okręt po0dwodny się wynurzył, a z hangaru wydobyto i przygotowano hydroplan, pod skrzydłami którego znajdowały się dwie bomby zapalające po 75 kg każda. Fujita i jego pomocnik Okudo weszli do kabiny. Rajd się zaczął. Po przeleceniu 100 km hydroplan przeleciał przez linie brzegową. Wkrótce piloci zrzucili obie bomby. Zatoczyli krąg i powrócili do okrętu podwodnego. W ciągu 20 dni, I-25 wypłynął ponownie i piloci ponowili atak. Po tym ataku pozostały im jeszcze dwie bomby, ale w pobliżu okrętu podwodnego pojawił się niszczyciel i kapitan zanurzył okręt i odpłynął w kierunku Japonii. Wkrótce się wyjaśniło, że mieszkańców Oregonu od „zagłady ogniowej” uratowała… deszczowa i wilgotna pogoda. Mokry las się nie zapalił. Rozpoznanie bojem się nie udało. Członków misji nieco pocieszył fakt, że w drodze powrotnej I-25 storpedował dwa amerykańskie tankowce.

Okręt podwodny I-25 Amerykanie obrzucili bombami głębinowymi i posłali na dno w 1943 roku. Sam Nabuo Fujita wyszedł cało z rzeźni wojny odwiedził w 1962 roku miasto Brookings, OR i przeprosił za „wyrządzone szkody” – za co rada miejska nadała mu miano honorowego obywatela miasta. Unikalny pilot, który atakował terytorium USA z powietrza, zmarł w 1999 roku, w wieku 85 lat.

Mapa japońskich bombardowań USA przy użyciu balonów Fu-Go


Balonowe bomby


USA stopniowo zwiększały swe siły ZOP i PLOT, dlatego też przeprowadzanie ataków za pomocą samolotów i okrętów podwodnych stało się bezsensowne i niebezpieczne. Ale Japończycy męczeni amerykańskimi nalotami postanowili się im odgryźć w jakiś sposób i też zbombardować terytorium nieprzyjaciela… W 1944 roku, w różnych stanach USA, to tu to tam zaczęły znienacka wybuchać pożary. Wojskowi szybko się zorientowali, że mają do czynienia z podpaleniami, ale kto i jak ich dokonywał? Pojawiły się hipotezy, ze to dzieło rąk dywersantów wysadzonych z okrętów podwodnych. Jednakże w ciągu kilku miesięcy stało się jasne, że pożary były rezultatem bombardowania z… balonów, wypuszczonych z terytorium wroga.

Bombardujący balon Fu-Go (w przekładzie: ognista kula) był kulą z impregnowanego papieru o średnicy 10 m, do której mocowano gondolę z balastem, przyrządami i bombami. Całkowita waga urządzenia wynosiła 450 kg. Wypełniony wodorem Fu-Go był sterowany przez wysokościowego autopilota. Wznosił on cały aerostat na wysokość 9 – 11 km, i od tej chwili zaczęło się odliczanie czasu. Wojskowi zakładali, że Fu-Go niesiony prądami powietrznymi powinien dolecieć nad terytorium USA po 72 godzinach lotu. Po tym czasie autopilot wyłączał elektromagnetyczne zaczepy i zapalająco-odłamkowe bomby leciały na ziemię. Potem w balonie działało niewielkie urządzenie samoniszczące. Dlatego właśnie amerykańscy wojskowi tak długo nie mogli dojść przyczyny pożaru i utworzenia się lejów po bombach.

Balon-podpalacz Fu-Go


Broń V, broń Fu-Go


Masowy start bombardujących aerostatów miał miejsce z wyspy Honsiu, w listopadzie 1944 roku. Prawdą jest, że Japończycy nie wzięli pod uwagę faktu, że w USA już nastał sezon ulewnych deszczów i opadów śniegu. Pojedyncze pożary wybuchały z dala od obiektów strategicznych i z nimi szybko dawali sobie radę leśnicy i strażacy. Jednak pomimo tego, pośród Amerykanów wybuchła panika: mieszkańcy opowiadali sobie o „tajemniczych japońskich samolotach, które bombardują kraj po nocach”. Do tego stacje radiolokacyjne nie były w stanie namierzyć papierowych balonów, co jeszcze powiększało panikę.

Dopiero na początku 1945 roku, amerykański myśliwiec napotkał w powietrzu Fu-Go i przestrzeliwszy powłokę balonu, spuścił go na ziemię w stanie prawie nieuszkodzonym. Tam obejrzeli go specjaliści ze służb specjalnych i tajemnica japońskiej broni odwetowej została odkryta. Ale nie zdjęto knebla jaki nałożono prasie. I przyniosło to rezultaty: japońscy agenci  wywiadu wnikliwie czytający gazety wroga nie znaleźli w nich żadnej wzmianki o balonach-podpalaczach. Stąd doszli oni do błędnego wniosku, że Fu-Go albo nie dolatują do brzegów USA, albo nie zadają Amerykanom żadnych strat. I dlatego właśnie w kwietniu 1945 roku program został zamknięty.

Teraz można powiedzieć, że zarówno niemieckie rakiety V jak i japońskie balony Fu-Go okazały się bronią mało efektywną. Tak więc okazało się już po wojnie, że na 9300 wypuszczonych balonów do terytorium USA doleciało jedynie 900, i tak jak tu powiedziano, nie były one w stanie dokonać większych szkód.

Dzisiaj wiadomo, że ofiarą Fu-Go stała się nauczycielka z Południowego Oregonu i pięcioro dzieci w wieku 11-14 lat. W czasie szkolnego pikniku na początku maja 1945 roku znaleźli oni spadły aerostat, a kiedy podeszli doń, zadziałała bomba, która z jakiejś przyczyny pozostała w gondoli. Nauczycielkę i dzieci zabiły odłamki. Potem na tym miejscu postawiono pomnik. A kiedy indziej Fu-Go przyniósł szkodę… amerykańskiemu programowi atomowemu! Zrzucona przez balon bomba przerwała linię energetyczną w stanie Waszyngton. Przez ironię losu, ona zasilała jeden z oddziałów Projektu Manhattan. Atomowcy musieli na kilka godzin przejść na awaryjny system zasilania.

I jeszcze jeden ciekawy moment: Japończycy okazali się być bardziej humanitarni od swych wrogów. A tak, bowiem Amerykanie spodziewali się, że Japończycy zamiast bomb zapalających zrzucą im na głowy kontenery z bronią biologiczną (B): szczurami zarażonymi dżumą (polecam znakomitą powieść Mariana Bielickiego – „Bakteria 078” oraz Ludvik Souček – „Poskromiciele diabłów” – przyp. tłum.), zakażonymi owadami, itd. itp. IO jak się wyjaśniło po wojnie, japońscy wojskowi(których nazwano „nieludzkimi agresorami”) nie rozpatrywali podobnych planów, chociaż mieli po temu wszelkie możliwości- od aerostatów do składów śmiercionośnych infekcji. (Zajmował się tym gen. Ishii Shiro kierujący złowrogą Jednostką 731 będącą placówką badawczą nad broniami B i C – przyp. tłum.) Natomiast humanitarni Amerykanie nie mieli żadnych wyrzutów sumienia, decydując się na atomowe bombardowania japońskich miast. (I na dodatek nieuzasadnione użycie napalmu w czasie bombardowania Hiro, które doszczętnie spłonęło grzebiąc w popiołach kilkadziesiąt tysięcy ludzi – przyp. tłum.)


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 3/2014, ss. 6-7

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©             

sobota, 12 października 2013

V-7 NAD POŁUDNIOWYM BAŁTYKIEM

Ten, kto wie - milczy. Ten, kto mówi - nie wie nic...
Prawo Burdego




O tej informacji, która pojawiła się w Internecie na stronie http://strony.wp.pl/wp/anonimaniak  powiadomił mnie Naczelny „Nieznanego Świata” w dniu 25 sierpnia 2001 roku. Obaj z Markiem Rymuszko mamy wyrobione zdanie o niektórych stronach internetowych, a to ze względu na różne brednie, jaki propagują ich właściciele, ale ta informacja akurat wpisywała się w Pierwsze Prawo Burdego - które jest jakby hasłem wywoławczym wszelkich spraw związanych z hitlerowskimi tajnymi broniami - i to, czym się onegdaj interesowałem, a zatem dlatego przekazuję ją w całości:


Relacja zza grobu


Opisane tutaj zdarzenie było kompletnie nieznane opinii publicznej w naszym kraju. Ja sam nie byłem świadom opisanych poniżej wypadków do lutego 1999 roku. Wtedy to pojechałem do Szczecina, odwiedzić mojego chorego dziadka leżącego w szpitalu. W pewnym momencie, gdy wyszła pielęgniarka, kazał nachylić się i powiedział mi, że musi coś wyznać, gdyż niedługo już pożyje, a chciałby przed śmiercią uwolnić się od ciążącego na nim piętna tajemnicy, wiążącego się z jego służbą wojskową w latach 40. Służył on wtedy w jednostce stacjonującej w Ustce, o czym dobrze wiedziałem, ale on nigdy nie opowiadał mi szczegółów swej służby. Nie mówił o nich mojemu ojcu (który już nie żyje), obawiał się bowiem o jego bezpieczeństwo, gdyby przypadkowo się z tym zdradził. Nawet teraz, po upadku komunizmu niebezpieczeństwo zmalało, ale nadal jest wskazana najwyższa ostrożność. Dziwić więc może, czemu wyjawiam te rewelacje, ale robię to w konkretnym celu. Chcę ujawnić prawdę o sekrecie skrywanym przez kolejne komunistyczne rządy, a który w dziesięć lat po upadku komunizmu jeszcze nie został ujawniony, a straciło przezeń życie wielu ludzi i boję się, że może tak się dziać nadal... Dziadek nie podawał mi żadnych nazwisk, ani bliższych szczegółów jego jednostki wojskowej. Wiedział, że to mogłoby narazić mnie na nieprzyjemności.

Teraz przedstawię jego opowieść.


Opowiadanie starszego pana


Posłuchaj mnie Solonie, będzie to opowieść dziwna, ale ze wszech miar prawdziwa...
Platon - „Timajos”

W czerwcu 1945 roku dziadek, który ukończył świeżo studia techniczne, które kontynuował przez całą wojnę na tajnych kompletach, został powołany do Ludowego Wojska Polskiego, do batalionu oplot. stacjonującego w okolicach Ustki. Zostali oni rozlokowani w pobliżu byłego niemieckiego poligonu lotniczego. Już w pierwszych tygodniach służby doszło do zdarzenia, które na długo utkwiło w pamięci stacjonujących w garnizonie żołnierzy. Pewnej czerwcowej nocy, całą bazę poderwało na nogi wezwanie alarmu. W odległości kilkudziesięciu kilometrów od brzegu radar wykrył szybko poruszający się obiekt. Kilkakrotne wezwania przez radio po polsku i rosyjsku nie dały rezultatu. Sowiecki major nadzorujący - co było regułą w pierwszych powojennych latach - jednostkę wojskową, zaklinał się, że w tym rejonie nie są prowadzone żadne ćwiczenia Armii Czerwonej. Lecz największe zdziwienie budziło nie to, że obiekt nie odpowiadał, ale jego prędkość, wynosząca zawrotną jak na owe czasy wartość kilku tysięcy km/h. Przypominam, że pierwsze radzieckie odrzutowce pojawiły się dopiero pod koniec lat 40. Poza tym obiekt leciał jakimś dziwnym, zygzakującym kursem, pod kątami, które wydawały się niewyobrażalne. Ale mimo wszystko zbliżał się on w stronę Ustki. Najpierw pomyślał, że to błąd radaru [...] Ujrzano teraz już gołym okiem pojazd w najmniejszym stopniu nie przypominający samolotu. O okrągłym i spłaszczonym kształcie, który wydał się wtedy mojemu dziadkowi podobny do odwróconej miednicy. Nie słyszano jeszcze wtedy na świecie, a tym bardziej w Polsce o latających spodkach, które [dopiero] zobaczy Kenneth Arnold w 1947 roku. Tak więc dziwny „samolot” nadleciał nad bazę. Natychmiast wydano rozkaz otwarcia ognia. Lecz ogień z działek plot. nie drasnął nawet lecącego z kilkukrotną prędkością dźwięku pojazdu. Serie mijały go o dziesiątki metrów. Po kilkukrotnym okrążeniu garnizonu, obiekt odleciał na zachód w kierunku Darłowa. Dziadek był świadkiem całego zdarzenia, gdyż z racji wykształcenia, a specjalizował się w łączności, obsługiwał radar. Wkrótce ze sztabu WP i dowództwa wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce nadeszły meldunki (chyba chodzi o rozkazy - przyp. R.K.L.) by nie zajmować się więcej tą sprawą I zniszczyć wszystkie dokumenty na ten temat. A zamiast dotychczasowego radzieckiego doradcy przybył nowy w stopniu podpułkownika lotnictwa wraz z kompanią żołnierzy  z gwardyjskiego pułku spadochronowego. Dziwiono się w batalionie tym zabiegom z powodu tego jednego, choć przyznać trzeba dziwnego wydarzenia. Tym bardziej, że w ciągu miesiąca nie powtórzyło to się ani jeden raz więcej. Wyjaśniono to w ten sposób, że to, co widziano - było najprawdopodobniej amerykańskim samolotem zwiadowczym wysłanym przez imperialistów w celu szpiegowania naszej socjalistycznej ojczyzny. I trzeba wzmóc środki ostrożności, gdyż może to oznaczać wzmożoną działalność agentów, czego potwierdzeniem miał być potężny wybuch w lasach w okolicach Wicka Morskiego. Po przybyciu na miejsce okazało się, że uległ wysadzeniu...


... potężny niemiecki bunkier podziemny


Oczywiście teren został zabezpieczony przez owych radzieckich spadochroniarzy. I nie wiadomo, co dalej tam się działo. W połowie lipca, dziadek wraz z resztą obsługi radaru nadzorował, jak zawsze, przestrzeń powietrzną. I wtedy znów wykryto tajemniczy „samolot”. Tym razem leciał on z zachodu na wschód, wzdłuż wybrzeża. Jego lot sprawiał wrażenie bardziej nieregularnego, niż poprzednio, poza tym momentalnie tracił prędkość i wysokość. Wkrótce usłyszeli oni głuchy odgłos i na horyzoncie zapłonęła łuna. Sądząc z jej wielkości, pojazd nie mógł rozbić się zbyt daleko. Momentalnie zjawił się rosyjski podpułkownik i rozkazał kilkunastu  polskim technikom, sanitariuszom i specjalistom - w tym mojemu dziadkowi - wyruszenie z jego kompanią na poszukiwanie szczątków pojazdu.

Po kilkunastu godzinach, dzięki wskazówkom napotkanych niemieckich chłopów z wsi, która nazywa się obecnie Wytowo, odnaleziono miejsce katastrofy. Była to zabagniona łąka na północ od wioski, lecz w miejscu upadku grunt był wysuszony, jakby pod działaniem bardzo wysokiej temperatury. Później odkryto, ze wybuch nastąpił kilka metrów pod ziemią. Pojazd był rozerwany na kilka części, leżących w odległości kilkunastu metrów od siebie. Na jednej z nich widniała namalowana swastyka. W środku, w czymś, co miało być kabiną, leżeli dwaj mężczyźni ubrani w czarne kombinezony ściśle przylegające do ciała. Z przyczepionymi nazistowskimi emblematami. Na twarzach mieli maski tlenowe. Byli strasznie poparzeni, lecz jeden z nich - wysoki blondyn - dawał oznaki życia. Sowieci przewieźli go do słupskiego szpitala, który był obstawiony przez szczelny kordon wojska przez kilka dni, póki pilot nie umarł. Niewątpliwie przyśpieszyły to przesłuchania, jakim poddali go radzieccy enkawudziści. Szczątki przewieziono tymczasowo do usteckiego garnizonu i umieszczono pod osłona nocy w izolowanym baraku strzeżonym oczywiście przez spadochroniarzy. Jeśli chodzi o polskich żołnierzy pomagających  przy ich zbieraniu i wywózce, to pozwolono im poprowadzić wstępne oględziny, ale zarazem zabroniono kontaktów z resztą batalionu. Chcąc nie chcąc musieli zamieszkać w baraku, a tym, którzy się nie chcieli na to zgodzić, zagrożono poważnymi konsekwencjami - łącznie z działaniem na szkodę sojuszniczej Armii Radzieckiej, co w najlepszym przypadku groziło wieloletnim pobytem na Syberii... Wkrótce podpułkownik wyjawił im, że radziecki wywiad od dłuższego czasu interesował się Wybrzeżem w okolicach Łeby i Ustki, gdyż  - jak się dowiedzieli od schwytanych niemieckich naukowców - w tych okolicach istniały w czasie II wojny światowej tajne poligony, na których testowano supertajne prototypowe konstrukcje lotnicze o napędzie odrzutowym i rakietowym, i jeszcze jakimś, o którym nie maja bliższych szczegółów. I może istniały tam też podziemne hangary, gdzie je ukrywano. Nie znaleziono żadnych budynków mogących wskazywać na takie przeznaczenie. Wchodziły tu w grę pewnie względy bezpieczeństwa, gdyż ich napęd i używane do nich paliwo groziło wybuchem. Prawdopodobnie nie  wycofano ich na zachód w czasie radzieckiej ofensywy, tylko zamaskowano w owych tajnych bazach. A więc mimo zakończenia wojny spodki i ich obsługa, naukowcy, piloci i strzegący baz żołnierze SS nadal ukrywają się w tychże hangarach. Podobno najnowocześniejszy z tych spodków jest w stanie dolecieć aż do Hiszpanii, gdzie frankistowski rząd pomoże znaleźć im bezpieczna kryjówkę. Teraz, po zakończeniu wojny będzie to znacznie łatwiejsze, niż 2 miesiące temu, gdy niebo było pełne alianckich samolotów. Lecz są oni również pozbawieni paliwa - czymkolwiek ono jest - i dlatego grupują wszystkie spodki w jednym miejscu, by przelać paliwo do tego jednego, którym mają zamiar przewieźć tajne plany latających maszyn. On sam ma stanowić wzór, wedle którego będzie można odtworzyć resztę. Dlatego też trzeba będzie zbadać dokładnie ten, który wpadł im tak przypadkowo w ręce. Nie wiadomo, czy NKWD uda się znaleźć bazę główną przed ostatecznym odlotem. Wtedy zniszczeniu ulegną wszystkie inne spodki i bazy. Pierwsza już wyleciała w powietrze kilka tygodni temu w Wicku Morskim, co dobrze pamiętają. Przeloty spodków są rejestrowane wielokrotnie w czasie ostatniego miesiąca. Ten, który przeleciał nad Ustką to...





...jeden z wielu...


...a na koniec dowiedzieli się, że po tym, co powiedział przez kilka lat nie będą mogli skontaktować się ze światem zewnętrznym. Mieli zostać umieszczeni w bazie radzieckiej w Bornem-Sulinowie. Oczywiście najbliższe rodziny zostaną do nich sprowadzone. A na razie mieli zająć się badaniem pojazdu latającego. Dziadek wraz z drugim kolegą-łącznościowcem miał zbadać urządzenia sterownicze i nadawczo odbiorcze. Reszta, głównie mechanicy, mieli zająć się wymontowaniem tego, co zostało z silnika. Z tego, co dziadek zapamiętał, pojazd zanim uległ zniszczeniu musiał składać się z dwóch połączonych ze sobą spodków, miał około 15 m średnicy i 5 m wysokości. W centralnej części górnego spodka mieściła się równie okrągła kabina pilotów, oszklona ze wszystkich stron i nakryta od góry metalową osłoną. Urządzenie napędowe mieściło się pod nią, we wnętrzu pojazdu. Otoczone koncentrycznie przez zbiorniki, mieszczące zapewne paliwo. Lecz nie można było tego sprawdzić od razu, gdyż były wykonane w tak solidny sposób, że żaden z nich nie uległ zniszczeniu w czasie wybuchu. A zawory łączące je z silnikiem uległy jakiemuś automatycznemu zaryglowaniu, tak że bez pomocy specjalnych narzędzi nie można było ich otworzyć. Sam silnik był prawie kompletnie zniszczony, niewątpliwie przez wybuch znajdującego się w nim paliwa. Ale to nie był na pewno napęd rakietowy, ani tym bardziej odrzutowy. Tak samo zniszczyła się większość dolnej części kadłuba tak, że nie można było określić miejsca, gdzie znajdowały się wyloty napędowe (dysze). Kabina pilotów uległa małym zniszczeniom, dzięki chronieniu od dołu przez dwie grube stalowe osłony, pomiędzy którymi znajdowała się jakaś nieznana galaretowata substancja. Wybuch oderwał ją po prostu od reszty pojazdu. W środku mimo zniszczeń można było wyróżnić dwa fotele i kokpit. (???) Oprócz wielu wskaźników zegarowych było tam kilka prostych monitorów. Niestety, zupełnie potłuczonych. Jeśli chodzi o górny kadłub, to blachy poszycia były poodrywane w wielu miejscach. Po paru dniach postanowiono zabrać się za zbiorniki paliwa. I to był początek końca, próba otwarcia zaworu pierwszego z nich spowodowała wybuch znajdującej się w środku substancji. Dziadek ujrzał tylko oślepiający blask i stracił przytomność. Później leżąc w szpitalu dowiedział się, że wybuch zbiornika spowodował natychmiastową śmierć kilku pracujących przy nim mechaników. Dosłownie wyparowali, nie znaleziono po nich dosłownie nic. Następnie fala uderzeniowa zmiotła pół baraku i wybiła w ziemi lej na głębokość paru metrów. Strzaskała też większość tego, co zostało ze spodka. Na szczęście jego solidna konstrukcja uchroniła pięciu ludzi, wykonujących w jego wnętrzu jakieś prace, od śmierci. Wśród nich był i mój dziadek.  Z reszty, która była na zewnątrz, chyba dziewięciu, wszyscy zmarli prędzej czy później w szpitalu od nietypowych poparzeń. Ocalała piątka była tylko mocno poturbowana. Teraz już się można było domyślić, czemu Rosjanie pozwolili polskim żołnierzom, nie będącymi przecież żadnymi naukowcami, badać pojazd. Wykorzystano ich...


...jak króliki doświadczalne


Podobno resztki tego, co zostało ze spodka, łącznie ze zbiornikami paliwowymi, wywieziono do sowieckiej bazy w Bornem-Sulinowie. Dowiedział się tego mój dziadek od pewnego wojskowego kierowcy, leżącego z nim na oddziale. Miał on wypadek samochodowy, gdy jadąc w nocy z Czaplinka do Szczecinka natknął się na nieoświetloną kolumnę wielkich rosyjskich ciężarówek. Zjechał gwałtownie do rowu, lecz zdążył jeszcze zauważyć dziwny, zaokrąglony obiekt na jednej z nich... Najbliższą bazą radziecką w tej okolicy było właśnie Borne-Sulinowo. Teraz po latach, kiedy miasto zostało oddane Polakom, odkryto w nim wielkie, betonowe bunkry. Są hipotezy, że służyły one do składowania głowic nuklearnych, lecz może miały inne przeznaczenie? Pamiętamy, co się stało, gdy próbowano dostać się do paliwa zawartego w zbiornikach?...

Dziadek po wyjściu ze szpitala został zwolniony z wojska. Z powodu złamania żeber miał wiele obrażeń wewnętrznych, poza tym doznał też urazów czaszki. Później tłumaczył to tym, że wszedł na jakąś poniemiecką minę. Nie dostał za to żadnego odszkodowania. Oczywiście zagrożono mu niedopowiedzianymi konsekwencjami za to, gdyby próbował komuś wyjawić tajemnicę. Przez wiele lat był pod ciągłą obserwacją. Sam nie widział już, jakich służb. Z pozostałych czterech ocalałych z wybuchu, jeden zmarł podobno na jakieś zakażenie. Kolejny popełnił samobójstwo nie mogąc wytrzymać ciągłej inwigilacji. Trzeci umarł podobno na jakąś nieznaną chorobę. Czwarty ponoć uciekła za granicę. Jeżeli idzie o radzieckich żołnierzy zamieszanych w tą historię, to nie mam żadnych informacji. Niemieccy chłopi spod Wytowa, którzy wskazali miejsce katastrofy, zostali aresztowani pod zarzutem współpracy z Gestapo i ślad po nich zaginął.

Nasuwa się pytanie, czy Rosjanie i współpracujące z nimi polskie tajne służby i wojsko odkryli podziemną hitlerowska bazę latających spodków? Na pewno musieli jakoś odizolować podejrzane tereny. Od razu przychodzi na myśl poligon WOPK w Wicku Morskim, znajdujący się na zachód od Ustki, mający przeszło 4.000 ha oraz leżący na wschód od niego jeden z największych w Polsce - Słowiński Park Narodowy. Wydaje się, że im się nie udało, przegrali w końcu Zimną Wojnę. Czy udało się uciec Niemcom? Może niekoniecznie przy pomocy spodka, mogli wmieszać się w tłum przesiedlanych z Pomorza Niemców. A spodki nadal są ukryte pod ziemią...


Nie tylko Peenemünde...


I tyle relacji ze strony internetowej anonimowego autora.


---oooOooo---


Powszechnie uważa się, że badania nad rakietami prowadził nad Bałtykiem jedynie HRVA Peenemünde na wyspie Usedom/Uznam. Tymczasem zbierając materiały do naszej wspólnej z dr Milošem Jesenským książki pt. „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie w III Rzeszy” (Ústi nad Labem 1998, Warszawa 2001) stwierdziliśmy, że poza poligonami w Peenemünde, na wyspie Rugii i Greifswalder Oie w Niemczech, znajdowały się też poligony rakietowe, lub pojazdów dyskokształtnych V-7, także na terenach Polski: w okolicach Kołobrzegu, Łeby, Władysławowa i właśnie Ustki. Poligony te były monitorowane przez polski ruch oporu Armii Krajowej, którego siatki wywiadowcze oplotły niewidzialnymi nićmi hitlerowskie kuźnie cudownych broni - Wunderwaffe. Informacje o tym, co się na tych terenach działo, szły do Londynu, do archiwów MI6, gdzie przetrawiano je i wpisywano bezwstydnie na konto Brytyjczyków... W ten sposób MI6 przywłaszczyła sobie gros polskich osiągnięć w rozpracowywaniu niemieckich cudownych broni i innych wynalazków, że wspomnę tylko sprawę maszyny szyfrującej ENIGMA - ULTRA.

Znany polski ufolog i badacz tajnych broni III Rzeszy red. Igor Witkowski w swym cyklu „Supertajne bronie Hitlera” swe wysiłki skoncentrował na Dolnym Śląsku i obszarach dookolnych - jak zresztą wielu polskich eksploratorów. Sprawa Pomorza i Pomorza Zachodniego jest dopiero rozwojowa i rokująca bardzo dobre nadzieje. Nie liczymy na to, że odkryjemy jakieś latające spodki III Rzeszy - to, czego nie wywieźli hitlerowcy, zagarnęli Rosjanie i zapewne wywieźli do ZSRR, daleko wcześniej przed 17 września 1993 roku, ale można już eksplorować bunkry i podziemne hale Bornego-Sulinowa, Szczecina, Ustki i innych miast. Na swoją kolej czekają podziemia Gdyni i okolicy. Dobrze byłoby, gdyby eksploratorzy - co podaję pod rozwagę pani red. Joannie Lamparskiej i Czytelnikom jej „Odkrywcy” - skierowali swe wysiłki na badania podziemnych konstrukcji na północnym-zachodzie naszego kraju.

Jak już tutaj powiedziano, hitlerowcy mieli swe poligony Wunderwaffe właściwie wzdłuż całego południowego wybrzeża Bałtyku: poligon V-3 na wyspie Wolin - które to superdziało Tausendfüssler alias Hochdrückpumpe albo Schnelle Elise miotało swe 152-milimetrowe pociski w kierunku Gryfina i Schwedt ponad Zalewem Szczecińskim i Szczecinem - potem na pełne morze, znany polski ufolog Kazimierz Bzowski znalazł na Wolinie skład tych pocisków tuż po wojnie; poligon broni rakietowych w Ustce - skąd, jak donosili o tym niemieccy uciekinierzy z Radzieckiej Zony Okupacyjnej do sektorów Aliantów Zachodnich - w lecie 1946 roku Rosjanie strzelali niemieckimi rakietami V w kierunku Szwecji, przez co poszła potem Legenda o „skandynawskiej fali UFO”; poligon broni rakietowych w Łebie - gdzie odbywały się strzelania rakietowe głównie pododdziałów wojsk rakietowych Północnej Grupy Wojsk Radzieckich w Polsce - a gdzie kilka lat temu odkryto kilka pocisków Fi-103/A-2/V-1 oraz wreszcie najbardziej tajemniczy poligon lotniczy SS, którym kierował SS-Brigadeführer Otto Mazuw. To właśnie tutaj testowano latające dyski, które obserwowali w 1943 roku francuscy i polscy robotnicy przymusowi w okolicach Gdyni-Babich Dołów - NB, gdzie mieścił się Torpedo und U-bootswaffe Versuchenanstallt  Gotenhafen-Hexelgound - Ośrodek Badawczy Broni Torpedowych i Podwodnych, a którego budynek zwany „Torpedownią” straszy do dziś dnia... Niemal identyczny budynek stoi nad Jeziorem Miedwie koło Szczecina. Czyżby i tam Niemcy przeprowadzali eksperymenty z broniami podwodnymi?

Z poligonami rakietowymi Łeby wiąże się jeszcze jedna dziwna historia, która ma związek ze znanym polskim uczonym, komendantem WAT - gen. prof. dr Sylwestrem Kaliskim, którego w latach 90. okrzyknięto nieledwie ojcem polskiej bomby wodorowej. Bzdura! - nie było żadnej bomby wodorowej dla towarzysza Gierka - jak sugerowali to autorzy programu z cyklu „Nie do wiary” emitowanego w TVN - bo i być nie mogło. Organizacyjnie WP podlegało pod Sztab Generalny Układu Warszawskiego i o prowadzeniu samodzielnych badań nad bronią jądrową nie mogło być mowy. Podejrzewam, że gen. Kaliski pracował za to nad napędem atomowym dla rakiet kosmicznych. Jego śmierć dziwnie zbiegła się z zamknięciem dla Polaków poligonu rakietowego w Łebie, bo już wtedy nasze konstrukcje rakietowe biły na głowę konstrukcje radzieckie... - a te ostatnie a priori musiały być lepsze! Być może jakiemuś eksploratorowi uda się znaleźć plany rakiety, która byłaby napędzana jądrowym silnikiem rakietowym i której osiągi - m.in. prędkość do 1.000 km/s - bije na głowę osiągi amerykańskich i rosyjskich konstrukcji kosmicznych... Nawiasem mówiąc, polscy pisarze SF opisali projekty takich rakiet już w latach 50. XX wieku - że wspomnę tutaj tylko Krzysztofa Borunia z Andrzejem Trepką („Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”) i Stanisława Lema („Astronauci”). Kto wie, czy projekty te były wcielane w życie właśnie na piaskach poniemieckiego poligonu rakietowego w Łebie?

Kiedy jeszcze służyłem w WOP, w Świnoujściu, to mają uwagę zwróciły nadmorskie umocnienia w postaci bunkrów zajmujących pas wydmowy oddzielający plażę miejską od miasta.  W czasie wolnym wałęsałem się tam wśród częściowo zrujnowanych stanowisk OPL, które były wykorzystywane także zaraz po wojnie przez oddziały radzieckie, stacjonujące w tym garnizonie. I właśnie tam, na wiosnę 1945, w pasie wydm i bunkrów Świnoujścia, żołnierze radzieccy spotkali się z całą flotyllą niezwykłych latających spodków, które nadlatywały znad morza na stanowiska OPL. Widzieli je wszyscy i nawet strzelano do nich - zresztą bezskutecznie. Nie będę opisywał przebiegu całego wydarzenia, bo zrobiłem to w mojej pracy „UFO nad granicą” (Kraków, 2000), powiem tylko tutaj tyle, że żołnierzom, którzy widzieli te latające maszyny opowiadano, że były to tajne hitlerowskie samoloty z lotniskowca Graf Zeppelin, którego posłały na dno alianckie bomby w Szczecinie (inni autorzy piszą o Hamburgu). Aliści pojawiła się też wersja mówiąca, że były tu tajne amerykańskie samoloty szpiegowskie, które miały za zadanie przeprowadzić rozpoznanie północnego skraju OPL Radzieckiej Zony Okupacyjnej Niemiec...


Rakiety V w Ustce


Poligon rakietowy w Ustce - a raczej okolicach Ustki - posłużył Rosjanom do atakowania Skandynawii przy pomocy odrzutowych pocisków Fi-103/A-2/V-1 oraz rakiet A-4/V-2, a także najprawdopodobniej podwodnych wyrzutni rakietowych V-9/10 Urzel, które stanowiły kombinację tych dwóch rodzajów pocisków - w obliczeniach dr Wehrnera von Brauna zdolnych do osiągnięcia Ameryki przez Atlantyk z francuskich brzegów... - co oznacza, że ich zasięg praktyczny miał wynosić co najmniej 5.000 km!

Jak już tu powiedziałem, uciekinierzy z okolic Ustki opowiadali oficerom wywiadu wojskowego Aliantów Zachodnich, że z tamecznych poligonów odpalane są rakiety w kierunku morza, co objawia się gromowymi odgłosami pracujących silników rakietowych i światłami na niebie, które szybko poruszały się w kierunku północnym. Amerykanie te opowieści zupełnie zlekceważyli - zupełnie, jak doniesienia wywiadu przed japońskim atakiem na Pearl Harbor i atakiem fanatyków muzułmańskich na Nowy Jork i Waszyngton. W obu przypadkach niekompetencja i biurokracja srodze się na nich zemściły...

Informacji napływających z Radzieckiej Zony nie zlekceważyli Szwedzi, którzy w sierpniu 1946 roku podjęli akcję przeprowadzenia rozpoznania w południowych sektorach Bałtyku i jak piszą Clas Svahn i Loren E. Gross  w swych pracach:

Samolot FRA  wyładowany po brzegi sprzętem elektronicznym wyruszył na rozpoznanie tajemniczych sygnałów towarzyszących pojawiającym się „rakietom-widmom”, a które dobiegały z kierunku południowych brzegów Bałtyku. Niestety, przy polskich i niemieckich brzegach został on przepędzony przez radzieckie myśliwce.

No, to jest oczywiste - Sowieci nie życzyli sobie, by w ich strefie wpływów pałętały się szwedzkie samoloty rozpoznawcze. I tylko mnie dziwi, że Szwedzi z uporem wmawiają sobie, że nie były to rakiety V odpalane z Ustki i Łeby, a jakieś tam tajemnicze Nieznane Obiekty Latające pochodzenia kosmicznego...  Widocznie taka interpretacja tych zdarzeń jest łatwiejsza do przełknięcia dla naszych północnych sąsiadów!

Podsumowując to wszystko, to mogę powiedzieć tylko tyle, że mamy zbyt mało informacji na temat tego, co działo się w późnych latach 40. i na początku lat 50. XX wieku na terenach naszego Wybrzeża. Niektóre opowiadania naocznych świadków wydarzeń w Gdyni-Babich Dołach wskazują na to, że pod tym terenem rozciąga się cały podziemne labirynt korytarzy, sal i hal produkcyjnych. Teraz zaś niedawno, pod Szczecinem odkryto podziemia budowane w czasie II Wojny Światowej, w których - jak powiedziałem to red. Lechowi Galickiemu z Polskiego Radia Szczecin w czasie jednego z jego programów - najprawdopodobniej odbywały się prace nad rozwojem którejś z broni V, o czym pisali autorzy radzieccy/rosyjscy: Boris A. Szurinow w książce „Paradoks XX wieka” (Moskwa 1992) czy Jurij Stroganow, znany z łamów „Nieznanego Świata” i „Czasu UFO”. Podobnie zupełnie białą karta są podziemia Bornego-Sulinowa, o których opowiadała ekipa TVN, z tym, że temat potraktowano „po łebkach” i stawiając tylko na sensację - a szkoda, bo być może tam znajdziemy odpowiedzi na kilka pytań. Nie na wszystkie, boż Rosjanie wycofując się stamtąd zabrali wszystko, co można było zabrać, ale to, co pozostawili świadczy o tym, że działy się tam dziwne rzeczy, które mogły mieć związek z tajemnicami niemieckich broni V i nie tylko...

Wydaje się, że relacja dotyczy wydarzeń nie z 1945 roku, ale znacznie późniejszych - z przełomu lat 40. i 50., bowiem wątpliwe jest to, że w 1945 roku Polacy i Rosjanie mieli tak dobre radary, by mogły one namierzać obiekty poruszające się ze znacznymi prędkościami. W roku 1946 Szwedzi dysponującymi amerykańskimi zestawami radiolokacyjnymi Ames III ledwie byli w stanie namierzać lecące na nich pociski V-1, a co dopiero latające spodki V-7, które budowano w oparciu o technologię „stealth”?

Relacja dziadka autora przypomina mi także i to, co widziałem na filmie Gerda Burdego pt. „Tajemnice III Rzeszy” i to, co wyczytałem u dr Franka E. Strangesa w opracowaniu „Nazi UFO, Secrets and Bases Exposed” (Van Nuys, CA, 1994) - opublikowanym na łamach „Nieznanego Świata” - a które to materiały mogły być źródłem inspiracji do stworzenia Legendy...

Jednakże tak czy inaczej, to wojskowe poligony wokół Ustki i Łeby kryją w swych piaskach niejedną tajemnicę. A mnie przypomina się pewne opowiadanie SF o tym, jak to w okolicach pewnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej rozbija się latający talerz, który okazuje się być dziełem hitlerowców. Opowiadanie to wydrukowano na początku lat 80. w jednym ze zbiorków polskiej prozy SF. Nie pamiętam autora ani tytułu, ale uderzyło mnie podobieństwo tego, co pisał anonimowy autor relacji z Ustki z tym, co pisał autor tego opowiadania. Czyżby obaj czerpali z tego samego źródła?

Tak, czy owak, ta sprawa powinna zostać dokładnie zbadana. Być może nie odkryjemy tam V-7 czy polskiego prototypu rakiety fotonowej, ale poszerzymy swą wiedzę o historii Polski w latach 1944-56 na Ziemiach Odzyskanych. Przecież one są dopiero teraz naprawdę odzyskane, po odejściu z nich Armii Radzieckiej! A zatem przyjrzeć się trzeba, bo znajdzie się tam niejedna rzecz, która albo rzuci więcej światła na tajemnice Zimnej Wojny, albo... je jeszcze bardziej zaciemni.


---oooOooo---


Sprawa istnienia pojazdów latających V-7 Vril-Haunebu w dalszym ciągu pozostała nierozwiązana. W naszej książce nie stawiamy kropki nad „i”, bowiem szalenie trudno jest powiedzieć coś ostatecznie na tak szeroki i niewdzięczny temat, jakim są hitlerowskie tajne bronie. Jedno jest pewne, część hitlerowskich pomysłów znalazła zastosowanie, choćby w wojnie na Bałkanach - jak twierdzi katowicki ufolog Tomek Niesporek. Inne, niemniej szalone - czekają na swe zastosowanie, ale to już inna historia...

W pierwszej połowie 2002 roku, po opublikowaniu powyższego tekstu na łamach „Nieznanego Świata” otrzymałem sporo listów i e-maili od mieszkańców Wybrzeża Środkowego, sympatyków naszego Centrum: Pani Elżbiety Suskiej i Pana Karola Sentysza oraz kilku innych osób, które zwróciły nam uwagę na to, że Wybrzeże kryje niejedną tajemnicę III Rzeszy i ZSRR. Rozwiązanie tych zagadek rzuciłoby całkiem nowe światło na historię II Wojny Światowej i niejeden jej rozdział należałoby napisać od początku...


Te słowa nadal są aktualne pod koniec 2013 roku, bowiem wciąż czekają nieodkryte tajemnice polskiego Pomorza. Szkoda, że wysiłki naszych eksploratorów koncentrują się tylko na Dolnym Śląsku, uważam, że Pomorze też kryje w sobie wiele tajemnic, co widać choćby z wyników eksploracji Borów Tucholskich, gdzie znajdowały się niemieckie poligony ultra sekretnych broni – o czym, donosi Pan Mariusz Fryckowski. Niestety, w naszym kraju są siły, którym bardzo zależy, by ta karta historii tych ziem pozostała nadal nieodkryta…