Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statki-widma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą statki-widma. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 stycznia 2022

Statki bez załogi

 


Wiktor Bumagin

 

O dziwnych spotkaniach ze statkami-widmami niejednokrotnie wypowiadali się filmowcy. Jeden z ostatnich filmów właśnie się tak nazywa – „Statek-widmo”, zrobiony 20 lat temu (w 2002 r.) przez mało znanego amerykańskiego reżysera Steve’a Becka.

Legenda o Latającym Holendrze (teraz chyba powinno być Latający Niderlandczyk? – przyp. tłum.) – przemierzającym morza i oceany statku-widmie z martwą załogą lub zgoła bez niej – nie jest wcale takim wymysłem. W różnych czasach, i czasami w tajemniczych okolicznościach, na akwenach Wszechoceanu znaleziono kilkaset gnanych wiatrem i falami statków na których nie było załóg lub załogi były martwe.

 

Spotkanie na oceanie

 

Z nieznanych nam przyczyn, najbardziej znanym w szeregu takich „znalezisk” stał się przypadek amerykańskiej brygantyny Mary Celeste (lub Marie Celeste – przyp. tłum.) nieduży (nawet wedle ówczesnych miar) statek o długoście ciut ponad 30 m i wyporności 198,5 tony. Zbudowano ją w latach 1860-1861 w stoczni Johna Daviesa w Spencer Island, a która w kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja nosiła pierwotną nazwę Amazonka. Brygantyna ta niejeden raz zmieniała swych armatorów i kapitanów, a w ostatni rejs wyszła w morze w dniu 5.XI.1872 roku, pod dowództwem kapitana Benjamina Briggsa, mając na burcie ładunek 1400 beczek czystego alkoholu etylowego dla odbiorcy w Genui, Włochy. Poza kapitanem i siedmioma osobami załogi, na statku znajdowała się żona kapitana – Sara Elizabeth Cobb-Briggs oraz ich dwuletnia córeczka Matylda.

Po upływie miesiąca, w dniu 4.XII.1872 roku, w odległości 400 mn/~740 km od Gibraltaru, niedawno opuściwszy ten brytyjski port pod flagą brytyjską angielski bryg Dei Gratia napotkał na żaglowiec, który bezwładnie kołysał się na falach. Z pokładu brygu zaczęto nadawać zwyczajowe w takich przypadkach sygnały, ale załoga Mary Celeste – a to była akurat ona – nie odpowiadała na nie. Zatem kapitan Dei Gratia z grupą marynarzy wsiedli w szalupę i popłynął na dziwną brygantynę. Okazało się, że nie ma tam żadnej żywej duszy…

Stateczek został dokładnie przeszukany. Ostatni zapis w dzienniku pokładowym był datowany jeszcze na listopad. Brakowało łodzi ratunkowej, ale w kambuzie na stole znajdowało się nieruszone jedzenie, które w przypadku sztormu, stadło by na pokład. Znaleziono także maszynę do szycia żony kapitana z niedokończonym szyciem. Obok niej leżała oliwiarka, która przy dużej fali spadła by na pokład. Luki ładunkowe były otwarte, ,co oznacza, że załoga opuściła statek przy dobrej pogodzie. A do tego część statkowego sprzętu nawigacyjnego została zdemontowana.

 

Brednie i możliwe hipotezy

 

Marie Celeste została odholowana na redę Gibraltaru. W Admiralicji nie mogli zrozumieć, gdzie się podziała załoga brygantyny, którą dowodził doświadczony marynarz, który już 20 lat prowadził różne żaglowce. Po pewnym czasie przerwano śledztwo, ale wśród ludzi wciąż krążyły wieści o mistycznym zniknięciu załogi Mary Celeste, i które obrastały wciąż nowymi domysłami. Ktoś tam skłaniał się do wersji, że na statek napadli piraci, komuś tam była bliższa sercu hipoteza o buncie na pokładzie. A jeszcze więcej dołożyli do tego jak zwykle dziennikarze goniący za sensacją. Pisali tedy, że cała załoga zginęła w wyniku napadu na nią ogromnej ośmiornicy, a to, że na brygantynie wybuchła epidemia dżumy. W szanowanym dzienniku „Times” pisało się, że załogę i pasażerów zamordował sam kapitan Briggs, który zwariował. Wyrzucił trupy za burtę, a sam próbował uciec w szalupie ratunkowej, ale ona zatonęła wraz z nim. Ale to wszystko były jedynie przypuszczenia.

Louis M. Eilshemius - Latający Holender

Tymczasem do redakcji brytyjskich i amerykańskich gazet zaczęli przychodzić zręczni oszuści, którzy podawali się za żyjących marynarzy z Mary Celeste i opowiadali „prawdziwe historie” tego tajemniczego zniknięcia. Po otrzymaniu honorarium oni znikali. Po kilku tego rodzaju zdarzeniach, policja zaczęła się nimi interesować. Tym niemniej, w 1884 roku zdarzył się kolejny casus: w londyńskim almanachu „The Cornhill Magazine” wydrukowano wspomnienia marynarza J. Habakuka Jeppsona, który jakoby płynął na tym złowrogim stateczku. Po pewnym czasie wyjaśniło się, że autorem tychże wspomnień był nie kto inny, a sam sir Arthur Conan Doyle. Ten sam, który napisał „Świat zaginiony”, „Głębinę Marracot” i wsławił się cyklem powieści o genialnym detektywie Sherlocku Holmesie i nie tylko.  

 

23 lata we władaniu żywiołów

 

Jeszcze jedno zagadkowe spotkanie miało miejsce w październiku 1913 roku, u brzegów Ziemi Ognistej, w pobliżu Punta Arenas. Tego dnia załoga brytyjskiego statku SS Johnson zauważyła dryfujący statek żaglowy, na pokładzie którego nie zauważono żywego ducha. Ta właśnie okoliczność wydawała się kapitanowi bardzo dziwna i wysłał on na tamten statek szalupę z załogą pryzową. Wspiąwszy się na pokład żaglowca, załoganci ujrzeli taki obraz: dwadzieścia szkieletów na pokładzie i w kajutach, a wszystkie na swoich miejscach pracy. Już to samo wskazywało na to, że statek przez wiele lat znajdował się na łasce żywiołów. Pokryte zielonkawą pleśnią maszty i pokład, po którym strasznie było chodzić, potwierdzały jasno ten wniosek.

W czasie przeszukania znaleziono napis: Marlborough – Glasgow, dzięki czemu udało się ustalić nazwę i pochodzenie żaglowca. Znalezione na nim dokumenty, w tym także dziennik wachtowy, nie pozwalały na ustalenie co się właściwie stało. Udało się ustalić jedynie, że ten złowrogi statek wyszedł w morze w dniu 11.I.1890 roku z portu Lyttelton w Nowej Zelandii do Londynu z ładunkiem wełny i mrożonego mięsa. Załogę stanowiło 29 osób. Dowodził nią doświadczony kapitan J. Hard. Po raz ostatni statek był widziany na Pacyfiku w dniu 1 kwietnia tegoż roku, u brzegów Ziemi Ognistej. Wychodzi na to, że od tego dnia aż do dnia odnalezienia tego żaglowca upłynęły 23 lata.

 

MS Orang Medan i inne

 

W lutym 1948 roku, brytyjskie i niderlandzkie radiostacje, a także dwa amerykańskie statki, przyjęły z kierunku Cieśniny Malakka sygnał z niderlandzkiego motorowca MV Orang Medan. Po nadanym parokrotnie sygnale SOS tameczny R/O przekazał Morsem: Zginęli wszyscy oficerowie i kapitan… Być może z żywych pozostałem tylko ja jeden… Potem nastąpiła seria chaotycznych kropek i kresek, a następnie po komunikacie: Umieram… eter zamilkł. Ratownicy z amerykańskiego statku MV Silver Star po wejściu na pokład Orang Medan byli przerażeni obrazem tego, co tam zastali: nieżywy kapitan leżał na mostku, martwe ciała oficerów znajdowały się w pomieszczeniach nawigacyjnych i sterówce, zaś trupy marynarzy leżały na pokładach całego statku. Twarze wszystkich wykrzywiał grymas okropnego strachu. Nie żył także okrętowy pies. Oględziny nie odkryły żadnych ran czy innych śladów przemocy. Ratowników zdziwił także panujący wewnątrz kadłuba statku mogilny chłód, pomimo żaru lejącego się z nieba… (A potem na statku wybuchł pożar, który rozprzestrzenił się błyskawicznie i spowodował zatonięcie MV Orang Medan – przyp. tłum.)

Podobnych przykładów mnożna by zacytować tu wiele. I tak we wrześniu 1894 roku, na Oceanie Indyjskim, marynarze z niemieckiego statku SS Pickhuben ujrzeli trzymasztowy żaglowiec Abbey S. Hart, na jednym z jego masztów zauważono sygnał nieszczęścia (w tym czasie była to odwrócona flaga – przyp. tłum.). Kiedy niemieccy marynarze weszli na pokład żaglowca, to znaleźli 38 członków załogi już nieżywych i kapitana, który zwariował.

W październiku 1902 roku, po upływie 17 dni od wyjścia z meksykańskiego portu Manzanillo w jakiś niezwykły sposób znikła załoga statku Freya.

Podobnie w tajemniczy sposób zaginęła na oceanie załoga pięciomasztowego szkunera Carrol A. Deering, choć ładunek i rzeczy marynarzy pozostały nietknięte. Przeżył za to okrętowy kot.

W lipcu 1969 roku, w rejonie wysp Azorskich znaleziono dwa pełnomorskie jachty. Na obu znaleziono duże zapasy żywności i wody słodkiej. Nikt nie używał środków ratunkowych…

 

Zupełnie dziwna historia

 

Ale najbardziej tajemnicze wydarzenie w historii znajdywanych statków bez załogi miał miejsce w 1881 roku. Lawrence D. Kushe w swej książce „Trójkąt Bermudzki: Mity i rzeczywistość” (w wydaniu polskim „Trójkąt Bermudzki – zagadka rozwiązana” – przyp. tłum.) napisał:

Tego roku angielski statek Ellen Austin napotkał na środku Atlantyku szkuner. Został on opuszczony przez załogę na pastwę losu, ale zachował swą dzielność morską. Z Ellen Austin wysłano ekipę ratowniczą i pryzową, a potem oba statki wzięły kurs na port Saint John’s na Nowej Funlandii, Kanada.  Wkrótce na morzu pojawiła się mgła i oba statki utraciły kontakt wzrokowy. Spotkały się znowu po kilku dniach. I znowu, na szkunerze nikogo nie znaleziono. Załoga pryzowa znikła bez śladu. (Legenda mówi, że rzecz powtórzyła się jeszcze raz – ale tym razem statek-widmo przepadł na dobre wraz z ludźmi… - przyp. tłum.)

W „Opowiadaniach astrologa” Roberta Golda opublikowanych w 1944 roku, historia ta ma swoją kontynuację. Po drugim spotkaniu kapitan Ellen Austin wysłał na szkuner trzecią ekipę ratowniczo-pryzową, ale marynarze nie chcieli więcej ryzykować i pozostawiono pryz na oceanie.

Istnieje także wersja, że na szkuner przesadzono drugą ekipę, ale potem nadleciał szkwał i oba statki oddaliły się na znaczną odległość i ani szkunera, ani załogi pryzowej już nikt potem nie widział. I w rzeczy samej jest to zupełnie dziwna historia.

 

Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 39/2021, ss.14-14

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz              

środa, 19 lutego 2020

Dwa statki-widma


MS "Alta"

Ostatnio media podały informacje o dwóch statkach-widmach, które znaleziono w dwóch lokalizacjach Wszechoceanu:


1. Irlandia: sztorm Dennis wyrzucił statek widomo, który od lat dryfował na Atlantyku

Tajemniczy gość zacumował w niedzielę na zachodnie wybrzeże Ballycotton w hrabstwie Cork w Irlandii – to efekt niezwykle potężnego sztormu DENNIS, który szalał w weekend nad Atlantykiem.
Statek-widmo MS Alta osiadł na skałach irlandzkiego wybrzeża po tym, jak przez ostatnie dwa lata dryfował na morzu. Nikogo nie znaleziono na pokładzie.
Według doniesień irlandzkiego inspektora 250-metrowy statek towarowy został zbudowany w 1976 r. i nie zanieczyszcza tego obszaru.
Dokładna ścieżka, którą obrał przez lata, pozostaje tajemnicą, chociaż statek towarowy pod banderą Tanzanii widziano, jak dryfował przynajmniej dwukrotnie, zanim trafił do Irlandii.
Według danych Coast Guard News w 2018 r. amerykańska straż przybrzeżna uratowała 10 członków załogi MV Alta. Załoga pozostawała na statku przez prawie dwadzieścia dni, zanim dopłynęła pomoc w szczycie wyjątkowo aktywnego sezonu huraganowego.
Przepłynęliśmy ponad 1300 mil morskich, aby dostać się na uszkodzony statek przed przewidywaną ścieżką huraganu Leslie i zabraliśmy 10 członków załogi na pokład. Wszyscy jesteśmy dumni z naszego udziału w tej skoordynowanej akcji Straży Przybrzeżnej, by uratować tę załogę – mówił wówczas komandor Travis Emge, dowódca amerykańskiej straży przybrzeżnej Cutter Confidence.
Amerykańska Straż Przybrzeżna dowiedziała się o osieroconym statku dopiero 30 września 2018 r., około 11 dni po tym, jak statek zaczął dryfować na oceanie. Załoga Alty była w drodze z Grecji na Haiti, kiedy maszyna uległa awarii w odległości około 2800 kilometrów na południowy wschód od Bermudów. Niestety, członkowie załogi nie byli w stanie dokonać napraw.
Co ciekawe, zaledwie sześć miesięcy temu statek-widmo był widoczny u wybrzeży Afryki, a na początku września 2019 r. zauważyła go brytyjska załoga okręgu HMS Protector. John Tattan z Ballycotton RNLI Lifeboat Operations powiedział portalowi Irish Examiner, że tego typu zdarzenia występują w Irlandii „raz na milion”.
Rozpoczął swoją podróż od zachodniego wybrzeża Afryki, na zachód od wybrzeża Hiszpanii, na zachód od wybrzeża Anglii i na wybrzeże Irlandii – powiedział Tattan. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego – oznajmił. Dodał, że to dziwne, iż statek nie został wykryta przez jeden z wielu statków rybackich u wybrzeży południowego wybrzeża, zanim dopłynął do brzegu.
Choć statek nie stanowi żadnego zagrożenia, służby zaapelowały do mieszkańców, by nie zbliżali się ani nie próbowali wejść na jego pokład. Znajduje się na niebezpiecznym i niedostępnym odcinku wybrzeża, i jest w niestabilnym położeniu – ostrzegły miejscowe władze.[1]


A mnie nasuwa się pytanie, czy nie chodzi czasem o jakiś trefny ładunek, np. bombki czy inne strzelające zabawki bynajmniej nie na choinkę?... I jeszcze relacja świadka z HMS Protector, który sfotografował statek-widmo na Atlantyku:


Dwa dni temu HMS Protector odkrył na morzu najprawdopodobniej opuszczony statek handlowy na Środkowym Atlantyku. Zbliżyliśmy się do niego w celu skontaktowania się z nim i udzielenia pomocy, ale nikt nie odpowiedział! Ponieważ trwa dochodzenie nie jesteśmy w stanie dać wam więcej informacji na temat tego wydarzenia…[2]



MS "Alta" sfotografowana z HMS "Protector"

I jeszcze jeden kwiatek z tej łączki. Znaleziono kolejny statek-widmo, tym razem na Oceanie Indyjskim:


MS "Sam Ratulangi PB 1600"

2. Statek widmo koło Rangunu. Zagadka rozwiązana


Policjanci z Mjanmy badający opuszczony statek, który osiadł na mieliźnie niedaleko Rangunu, odkryli jego tajemnicę.
Zardzewiały MS Sam Ratulangi PB 1600 został dostrzeżony przez rybaka. Ostatni ślad po jednostce pochodzi sprzed 9 lat. Wstępne dochodzenie wykazało, że silniki i urządzenia statku są w pełni sprawne.
Pusty kontenerowiec był holowany do fabryki zajmującej się złomowaniem statków. Jak ustalono, z powodu złej pogody przerwały się przyczepione do niego kable. Sam Ratulangi PB 1600 był niesiony prądem, aż dotarł w okolice Rangunu - podaje „Fox News”.


By ustalić lokalizację holownika, użyto radaru. Członkowie załogi holownika MV Independence zeznali, że opuścili Dżakartę 13 sierpnia. Zmierzali do Bangladeszu. Trudne warunki pogodowe zaskoczyły ich na południe od rzeki Rangun.
Kontenerowiec został zbudowany w 2001 roku. Mierzy ponad 177 metrów. Gdy w 2009 roku po raz ostatnio odnotowano jego położenie, statek był u wybrzeży Tajwanu.[3]


A skoro już o tajemnicach mowa, to czym jest stwór znaleziony na jednej z pacyficznych plaż Meksyku znaleziono dziwne zwierzę wyrzucone przez fale na brzeg. Oto, co podaje portal o2.:


Kryptyda czy mutant?

Na plaży w meksykańskim kurorcie Destiladeras odnaleziono przedziwne stworzenie. Przypominało ono delfina, ale pozbawionego płetw oraz oczu. Zagadka pochodzenia stworzenia oczekuje teraz na rozwiązanie.
Nie ma oczu ani płetw. Nie mają pojęcia, co to za stworzenie
Mieszkańcy leżącego leżącego nad Pacyfikiem Destiladeras byli zadziwieni znaleziskiem, na które natrafili na brzegu w zeszłym tygodniu. Z daleka wyglądało jak delfin wyrzucony na brzeg. Jednak gdy podeszli bliżej, okazało się, że jest to coś dużo bardziej strasznego.
Nie jest pewne, czym właściwie jest zwierzę. Na pierwszy rzut oka przypomina węża lub węgorza z głową delfina. Jak donoszą lokalne media, żaden z rybaków nie widział wcześniej podobnego stworzenia.
Zdjęcie, wrzucone na facebook'ową stronę Documental Nyarit, od razu pobudziło ludzi do tworzenia kolejnych teorii. Zdaniem niektórych brak narządu wzroku wynika z tego, że zwierzę żyje normalnie na bardzo dużych głębokościach.
Miejscowi twierdzą, że mogło ono zamieszkiwać okolice miejscowości Puerto Vallarta, gdzie głębia oceanu wynosi ponad 1000 metrów. Na takich głębokościach nie dochodzi już światło, więc oczy po prostu nie były zwierzęciu potrzebne.



Oznaczałoby to, że ludzie natrafili na nowy gatunek podmorskiej istoty. Skoro tak, to jego przedstawicieli musi być dużo więcej.
Bardzo możliwe również, że stworzenie była po prostu zmutowanym delfinem. Zdaniem niektórych jest to po prostu wynik delfiniego poronienia, a oczy i płetwy zwyczajnie nie zdążyły się jeszcze rozwinąć. Zwierzę wygląda jednak na dość wyrośnięte, co budzi kolejne pytania.
Niektórzy internauci uznawali sceptycznie, że zdjęcia są po prostu fałszywe. Ktoś sfotografował na plaży martwego delfina, po czym komputerowo wymontował mu oczy oraz płetwy, by wzbudzić sensację.
Na rozwikłanie zagadki trzeba zaczekać, aż sprawą zajmą się biologowie. Co jakiś czas morskie głębiny wyrzucają na brzeg nieznane nauce stworzenia. W zeszłym roku w Tajlandii mieszkańcy odnaleźli m.in. osobliwą, śluzowatą istotę. Na przypominające kosmitów stwory często natrafiają też rybacy poławiający w Morzu Barentsa, między Norwegią a Rosją.[4]


Osobiście nie widzę w tym nic kosmicznego. Być może jest to zwykła murena czy konger, które spotyka się tam wśród raf. Nie zapominajmy, że Wszechocean to niemal ¾ powierzchni naszej planety, znamy jakieś 10% (szacunek optymistyczny!) jego dna, więc może w nim być wszystko: od kryptyd i zwierząt z zamierzchłych epok geologicznych aż po Syreny i podmorskie bazy Kosmitów… 



piątek, 12 lipca 2019

Rozpływające się w pianach




Konstantin Wadimow (Wadim Ilin)


Legendy i wieści o statkach-widmach od wieków krążą po świecie. W większości są to plotki związane z katastrofami morskimi. Nierzadko przy spotkaniu z ludźmi takie statki-fantomy ukazują sceny swej zagłady, które mogą się powtarzać znów i znów…


Latający Holender


Bez wątpienia, najbardziej znanym statkiem-widmem jest Latający Holender. Jego legenda powstała na podstawie zdarzenia, które miało miejsce ze statkiem, który w 1680 roku wyszedł do Amsterdamu z portu w Batavii (dzisiaj Dżakarta) w holenderskiej kolonii Indii Wschodnich na wyspie Jawa. Dowodził nim bardzo doświadczony ale zarazem uparty, zarozumiały i egoistyczny kapitan Hendrik van der Dekken. Kiedy u wybrzeży Południowej Afryki statek wpadł w okrutny tropikalny huragan, kapitan wbrew zachodniej sztuce żeglarskiej nie ukrył się w bezpiecznej zatoce, ale uparcie płynął zadanym kursem. W rezultacie statek poszedł na dno wraz z załogą. W charakterze kary za straconych ludzi, van der Dekken został przeklęty przez Niebiosa i skazany na wieczną tułaczkę po morzach i oceanach świata do dnia Sądu Ostatecznego.

Wedle drugiej wersji, kapitan statku zwał się van Straaten i on także był upartym człowiekiem, który rzucił wyzwanie jednemu z najbardziej niebezpiecznych akwenów Wszechoceanu – Przylądkowi Burz – którego potem przechrzczono na Przylądek Dobrej Nadziei. W czasie sztormu statek zatonął, a jego załoga złożona z martwych musiała pływać przez wieczność statkiem-widmem. Statek ten można do dziś dnia napotkać w czasie sztormowej pogody, ale takie spotkanie zwiastuje nieszczęście.



Istnieją także inne warianty tej legendy. Jeden z nich – w romantycznym ujęciu wielkiego niemieckiego poety z XIX wieku Henryka Heinego – wykorzystał w swej operze „Latający Holender” ziomek i współczesny Heinemu kompozytor Richard Wagner.

A i dzisiaj wielu marynarzy klnie się na wszystko, że spotykali się w morzu z Latającym Holendrem.

W 1835 roku, kapitan i członkowie załogi angielskiego statku w czasie silnego sztormu u brzegów Afryki zobaczyli statek-widmo pędzący na nich pod wszystkimi żaglami. Wydawało się, że kolizja będzie nieunikniona, ale fantom znikł równie szybko jak się pojawił…

W 1881 roku żaglowiec-widmo – także w sztormową pogodę – pokazał się chorążemu RN z brytyjskiego okrętu HMS Bakhenty, a po upływie doby jeden z marynarzy tego okrętu spadł z rei i zabił się na miejscu.


Opowiadanie Stone’a


W 1923 roku, u Przylądka Dobrej Nadziei Latający Holender pokazał się czterem marynarzom, z których jeden – starszy oficer N.K. Stone po kilku latach opowiedział o tym zdarzeniu Ernstowi Bennettowi – członkowi angielskiego Towarzystwa Badań Psychicznych. Bennett zacytował opowiadanie Stone’a w swej książce „Widma i domy z duchami. Świadectwa naocznych świadków”, wydanej w 1934 roku.

A oto jak opisał to Stone:
Około godziny 00:15 zauważyliśmy dziwne świecenie na bakburcie i nieco do przodu. Było zachmurzenie umiarkowane, księżyc nie świecił. Patrząc przez lornetkę rozróżniliśmy świecącą sylwetkę jakiegoś dwumasztowego statku żaglowego. Nie widzieliśmy na nich żadnych żagli, puste reje też się świeciły, a pomiędzy nimi a masztami widocznym był lekki świecący dymek. Statek szedł kolizyjnym kursem, prosto na nas i z taką prędkością jak nasza. Zauważyliśmy go jak znajdował się w odległości 2-3 mn/~3,6-5,4 km od nas, a kiedy się zbliżył na odległość pół mili, to naraz znikł z widoku.
Zjawisko to obserwowali jeszcze trzej załoganci: II oficer, sternik i chłopiec okrętowy oraz ja. Nie mogę zapomnieć przerażonego głosu „drugiego” – Panowie, przecież to statek-widmo! 

Słowa Stone’a potwierdził II oficer, zaś dwóch pozostałych przesłuchać się nie udało.

I jeszcze jedno spotkanie z Latającym Holendrem miało miejsce w marcu 1939 roku u wybrzeży Południowej Afryki. Miejscowe gazety drukowały relacje dziesiątków naocznych świadków odpoczywających, którzy widzieli widmo statku i podkreślających, że był to stary statek, który szybko poruszał się pod wszystkimi żaglami, chociaż na morzu był absolutny sztil.


Ofiary Piasków Goodwina


W hrabstwie Kent, na brzegu Morza Północnego znajduje się port Deal. W odległości 5 mn/9 km od niego, w Cieśninie Kaletańskiej (Pas de Calais), pod wodą czai się piaszczysta pułapka – znane Piaski Goodwina – Goodwin Sands. A znane są one z tego, że jest to najbardziej obfitujące w statki-widma miejsce u brzegów Anglii. Wedle legendy, w katastrofach okrętowych zginęło tam ponad 50.000 ludzi. Statki-fantomy i do dziś dnia pojawiają się na wodach Cieśniny Kaletańskiej i Kanału La Manche.

Najwięcej ze wszystkich opowieści dotyczy trójmasztowego szkunera Lady Lovibond płynącego do portugalskiego portu Oporto, a który zatonął w dniu 13.II.1748 roku. Cała załoga zginęła. Legenda głosi, że jego nazwa była pechowa i to od samego początku. Rzecz w tym, że na szkunerze znalazła się narzeczona kapitana – Anneta, a zgodnie ze starym morskim przesądem z tych czasów, kobieta na statku przynosiła nieszczęście.







Wedle jednej z wersji, sytuację komplikował jeszcze jeden fakt iż o jej rękę starał się I oficer i to właśnie on zabił sternika i skierował szkuner ku zagładzie.
No i teraz co każde 50 lat, 13 lutego, Lady Lovibond pojawia się w rejonie Piasków Goodwina. Po raz pierwszy w 1798 roku szkuner-widmo widziały załogi dwóch statków.  Widziadło wyglądał tak prawdziwie i realnie, że kapitan okrętu obrony brzegowej HMS Edenbridge obawiał się, że może dojść do kolizji z nim.

W 1848 roku, widmo Lady Lovibond pokazało się ponownie, tym razem zginął on na oczach marynarzy, którzy znajdowali się w porcie. Scena tragedii znajdowała się w pobliżu Deal i wyglądała tak realistycznie, że oszołomieni tym świadkowie wypłynęli w morze szalupami by ratować rozbitków. Rzecz jasna, nie znaleźli oni ani ludzi ani szczątków po katastrofie.

Fantom szkunera trzymał się grafiku w roku 1898 i 1948. Co do roku 1998 nie było żadnej obserwacji i trzeba będzie czekać aż do 2048 roku.

Jeszcze jedna ofiara Goodwin Sands to bocznokołowiec PS Violetta, który ponad 100 lat temu przepływał cieśninę w czasie sztormu i burzy śnieżnej. Statek poszedł na dno, a z całej załogi nie ocalał nikt. Na początku II Wojny Światowej fantom Violetty oświetlił latarniowiec East Goodwin znajdujący się na wschodnim krańcu mielizny. Widzieli go latarnicy i pospieszyli tonącym na pomoc, ale rychło okazało się, że nie ma tam ani ginących ludzi ani statku…


Statki-widma na amerykańskich wodach


W legendach o „przywidzeniach pod żaglami” nierzadko figurują nazwiska piratów, którzy rozbijali się na morzach w XVII i XVIII wieku.

I tak w Zatoce Meksykańskiej, w pobliżu portu Galveston (TX) niejednokrotnie widziano widmo statku pirata Jima Laffitta (właściwie Jeana Lafitte’a). Statek, jak powiadają, w latach 20. XIX wieku zatonął właśnie tutaj z całą załogą.

Ale z całą pewnością najstarszą i najbardziej interesującą należałoby uznać historię z 1648 roku, która ponoć wydarzyła się na wybrzeżu Atlantyku, w New Heaven (CT). Zdarzenie to opisano w książce „Magnalia Christi Americana” – „Wielkie dzieła Chrystusa w Ameryce” autorstwa Cottona Matera. On sam zaczerpnął świadectwa o tym z listu pastora o. Jamesa Pierpointa. Wydarzenia te przebiegły następująco:

Kupcy z New Heaven, wychodźcy z Londynu, przeżywali tam trudne chwile. W ostatnim geście rozpaczy postanowili zbudować statek, by wyprawić go z towarami do Anglii. Ale i tak nie dopłynął on do brzegów Anglii, przez wiele miesięcy nie mieli o nim żadnych wiadomości, martwili się jego losem i modlili się za dusze marynarzy.
A w pewien lipcowy dzień następnego roku, około południa na wybrzeże nadleciał silny sztorm. Naraz niebo nieoczekiwanie pojaśniało i na jakąś godzinę przed zachodem słońca stało się coś, co o. Pierpoint opisał następująco:
…Statek o rozmiarach takich, jak wspomniany, z takimi żaglami i  flagami rozwianymi naprzeciw wiatru, pojawił się na widoku poruszając się w kierunku wejścia do naszego portu znajdującego się na południe od naszego miasta. Jego żagle rozdymał silny sztormowy wiatr i gnał go na północ. W czasie pół godziny statek znajdował się w polu widzenia, pływając po porcie przeciwko wiatrowi.
Wielu ludzi zebrało się by zobaczyć ten wielki cud Boski. I wreszcie statek, którego śledziły setki ludzkich oczu dopłynął do takiego miejsca w zatoce, gdzie głębina była największą. I tutaj dosłownie tak, jakby ktoś rzucił weń ogromny kamień: grotmaszt złamało jakby jednym ciosem i on zawisł na wantach. Potem zwalił się bezanmaszt, a potem cała reszta runęła w morze. Potem kadłub statku zaczął się kręcić, a potem znikł w powstającej mgle. Potem mgła się rozproszyła i zrobiło się jasno. Do czasu zniknięcia statku, przerażeni i zdumieni ludzie mogli zobaczyć jego banderę i proporce, takielunek i ocenić jego rozmiary, dlatego też mogli dojść do jedynego możliwego wniosku – „był to dokładnie ten sam statek i my właśnie widzieliśmy jego tragiczny koniec”.
Na drugi dzień proboszcz parafii New Heaven wielebny o. Davenport powiedział w swym kazaniu:
To Pan w swej miłości pokazał nam to widowisko w celu uspokojenia dusz nieszczęsnych zmarłych o co tak często i gorąco się modlimy.      


Moje 3 grosze


Temat widm morskich jest jednym z żelaznych punktów repertuaru legend morskich. Co można o tym powiedzieć? Właściwie nic – oficjalna nauka omija ten temat, jak każdy niewygodny dla utytułowanych ignorantów. A jednak uważam, że za tymi wszystkimi wydarzeniami stoi jakieś nieznane nam zjawisko związane z Przestrzenią i Czasem ergo jak najzupełniej materialne i nie ma co mu przydawać nadnaturalnych właściwości.




Nie sądzę też, by za tymi zjawiskami stały jakieś oceaniczne Istoty Rozumne, bo i po co miałyby to robić? No, chyba że mają w tym jakiś cel – ale jaki? Ostrzeżenie przed potęgą Wszechoceanu? Przestraszenie nas? Badanie naszych reakcji? Prowokowanie do jakichś działań? Jakich? Pytania można mnożyć – wszak Syreny i statki-widma są zjawiskami z tej samej parafii i można je ze sobą łączyć, albo nie. Nie jest powiedziane, że te dwie kategorie muszą być ze sobą związane. Tak czy owak, fenomen istnieje i należałoby go zbadać, bo być może – jak mniemam – pomoże nam zrozumieć tajemnicę Czasu. A właściwie na pewno.


Źródło – „Tajny i zagadki”, bn/2019, ss.22-23
Przekład z rosyjskiego – ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 6 lipca 2019

23 lata na łasce fal




Andriej Leszukonskij


Nic nie zwiastowało katastrofy: doskonały statek, doświadczony kapitan, zaprawiona załoga, ożywiony, wykorzystywany od lat szlak morski. Tym niemniej statek Marlboro[1] przepadł bez wieści… Ale po 23 latach statek znów pojawił się ludziom. Po to, by zniknąć – tym razem już na zawsze…



Nic nie zwiastowało nieszczęścia


Statek żaglowy Marlboro, zbudowany w stoczni w Glasgow, niejeden raz płynął z Londynu do Lyttelton na Nowej Zelandii i wszystkie mijały bez problemów. Stary morski wilk – kapitan Anderson – nie łowił gwiazd na niebie i cieszył się doskonałą reputacją u swego armatora. I dobrał sobie doskonałą załogę. Trzydziestu załogantów tylko śmigało po wantach i rejach i nie bało się największego sztormu, wierząc że kapitan jest w stanie wyciągnąć ich z najgorszej opresji. 

Nie, Marlboro nie był szybkim „herbacianym” kliperem jak np. Cutty Sark dosłownie biegnącym po falach. Podróż z Anglii do Nowej Zelandii trwała ok. 75 dni. Ale z nałożonych nań zadań, statek wywiązywał się doskonale. W Londynie Marlboro brał na pokład biedaków, którzy chcieli zacząć nowe życie na obcej ziemi z dala od ojczyzny.[2]  W drugą stronę żaglowiec zabierał ładunek wełny, a kiedy na pokładzie zamontowano urządzenia chłodnicze, to także ładunek baraniny.



W 1884 roku kapitanem Marlboro  został nie mniej doświadczony niż jego poprzednik – Dick Heard. Przez 6 lat prowadził on statek na tej właśnie trasie i ani razu statek nie sprawiał kłopotu swym właścicielom pracując jak zegarek – podróż w jednym kierunku trwała 75 dni. 

Ale w 1890 roku ten doskonały mechanizm się zepsuł. Załoga dokładnie przygotowała statek do rejsu, wzięła na pokład ładunek wełny i baraniny. Jedyną niesprzyjającą okolicznością jest to, że na parę dni przed odbiciem zachorował chłopiec okrętowy Alex Carson. Młodzieniec bardzo się martwił tym, że nie może popłynąć w rejs. Nie wiedział on, że ta choroba ocaliła mu życie. Kapitan Heard zamiast chłopca okrętowego postanowił zabrać pasażera, żeby nie naruszać tradycji ustanowionej jeszcze przez kpt. Andersona – na burcie powinno być dokładnie 30 osób. Marynarze, jak wiadomo, są najbardziej przesądnymi ludźmi na świecie…

Ale tym razem magia liczb nie uratowała statku. 21.I.1890 roku Marlboro oddał cumy i wyszedł z Lyttelton w swój ostatni rejs.



Ni słychu ni duchu


W dwa dni później Marlboro był widziany prez. załogę statku płynącego w stronę Nowej Zelandii. Załogi wymieniły się nowinami i statki popłynęły dalej, każdy w swoją stronę. Minęły 75 dób i ETA[3], a  Marlboro nie pojawił się na brytyjskich wodach. Odczekawszy jeszcze pewien czas, armatorzy wysłali do Lyttelton szybki kliper. Może statek z jakichś przyczyn powrócił do Nowej Zelandii? Ale nie. 
- Przed wyjściem w morze statek był dokładnie sprawdzony. Nie stwierdzono jakichkolwiek technicznych problemów. Załoga była w doskonałych nastrojach – oto wszystko, co mogli powiedzieć oficjele w Lyttelton. 

Wysławszy kilka statków na bezowocne poszukiwania Marboro, armatorzy ogłosili że przepadł bez wieści, o czym poczyniono odpowiedni zapis w sądowych rejestrach. 

Wkrótce ogłoszono oficjalną wersję zaginięcia Marboro. Przede wszystkim, specjaliści uważali iż zatonął on wskutek kolizji z górą lodową w okolicach przylądka Horn. W lutym 1890 roku (czyli w czasie, w którym statek powinien mijać Ziemię Ognistą, którego skrajnym punktem jest tenże przylądek) kapitanowie odnotowali niezwykłą ilość pływających lodów na tych akwenach. 

Także załogę statku uznano za zmarłych. Chłopiec okrętowy Alex Carson, którego choroba uratowała od śmierci w falach, stał się bohaterem gazetowych reportaży. Potem żurnaliści zapomnieli o nim mając już kolejne, nowsze tematy. O jego dalszych losach niczego nie wiadomo…



Tajemnice spotkanie


Minęły 23 lata. O Marlboro już dawno zapomniano. Marynarze z towarowego parowca SS Johnson znaleźli się na wodach archipelagu Ziemi Ognistej – mniej więcej tam, gdzie zaginął Marlboro – naraz zauważyli jakiś statek. Kapitan Johnsona wspominał potem:
- Szliśmy nieopodal przylądka Horn. Statek był poharatany przez ciężkie sztormy, dlatego też trzymaliśmy się blisko brzegu. Ale ten dzień okazał się być bardzo szczęśliwym – cichym i bezwietrznym. Wprawdzie poczerwieniałe słońce zwiastowało burzę w najbliższych godzinach. Załoga zajmowała się bieżącymi remontami, kiedy niedaleko od nas ukazała się sylwetka statku. Zdziwiło nas to, że zamiast żagli na masztach trzepotały się jakieś obrywki. Doszedłem do wniosku, że stało się tam jakieś nieszczęście i próbowałem skomunikować się z nim, ale nikt nie odpowiadał na nasze sygnały. Obserwując statek przez lornetkę nie dostrzegłem na jego pokładzie żadnego ruchu. Wtedy zdecydowałem się spuścić na wodę szalupę z drużyną ratowniczą, którą dowodził Starszy Oficer. 

Marynarze weszli na pokład tajemniczego statku – dzięki temu, że panował całkowity sztil przyszło im to bez trudności. I zaraz potem natknęli się na szkielet w strzępach odzieży. Deski pokładu praktycznie zgniły, załoganci musieli poruszać się ostrożnie kontrolując każdy swój krok, żeby nie wpaść do ładowni. Na mostku wraz z kołem sterowym znaleziono jeszcze jeden szkielet – najwidoczniej kapitana. W sumie załoganci znaleźli szkielety 20 ludzi. Większość z nich znajdowała się na miejscach przewidzianych przez rozpiskę wacht, tylko 6 z nich leżało na kojach w pomieszczeniu załogi. Dziennik pokładowy całkowicie zbutwiał i był pokryty pleśnią. Ratownicy z trudem odczytali na nim napis: „Marlboro, Glasgow”. 

Zaczynał się sztorm. Marynarzom przyszło powrócić na pokład parowca. Holować Marlboro oni nie mogli – osłabiony i poszarpany Johnson nie dałby sobie rady z takim zadaniem, a i do najbliższego portu nie było blisko. Dlatego też zatelegrafowali oni na brzeg zameldowawszy o swoim znalezisku i popłynęli w swoją stronę, pozostawiwszy Marlboro na pastwę fal. Później już nikt i nigdy nie napotkał go. Najprawdopodobniej statek-widmo przepadł w czasie kolejnego sztormu.


Pytania bez odpowiedzi


Przybywszy do portu, marynarze z Johnsona pod przysięgą potwierdzili swoją relację. Ale wszystko to, co powiedzieli, wyglądało całkowicie niezwykle. 

I tak np. dlaczego znaleźli oni tylko 20 szkieletów? Wiadomo było, że na burcie Marlboro znajdowało się 30 osób załogi. Gdzie podział się ładunek? Ładownie były absolutnie puste. Wiadomo, że w ciągu 23 lat ładunek wełny i mięsa mógł całkowicie zgnić, ale nie ulotnić się! Najwidoczniej Marlboro uległ napadowi piratów. Tym można by było objaśnić brak ludzi (mogli wyskoczyć za burtę w momencie ataku piratów albo popaść w ich niewolę lub być po prostu zamordowani i wyrzuceni za burtę) i ładunku. Ale na pokładzie statku-widma – jak twierdzili marynarze z Johnsona – nie było żadnych śladów walki. 

No i zasadnicze pytanie: gdzie w ciągu tych 23 lat mógł ukrywać się Marlboro? Wszak koło przylądka Horn wiedzie wiele szlaków żeglugowych – codziennie koło archipelagu Ziemi Ognistej przepływało dziesiątki jak nie setki statków! Jak więc Marlboro porzucony na łaskę i niełaskę fal mógł być niezauważonym? Ponadto akweny wokół przylądka Horn obfitują w rafy i niebezpieczne prądy. Niesterowany statek właściwie nie miał żadnych szans pozostać na wodzie w tak długim czasie, on powinien niechybnie pójść na dno, wpaść na rafę albo zderzyć z górą lodową. 

I nie wiedzieć dlaczego do tego nie doszło. Zeznania pod przysięgą marynarzy z SS Johnson zostały przekazane jako oficjalne dokumenty do brytyjskiej Admiralicji i uważane są za autentyczne. Być może wbrew zdrowemu rozsądkowi znowu gdzieś tam w jakichś okolicznościach spotka Marlboro w okolicach przylądka Horn?


Moje 3 grosze


Historia Marborough – bo taka jest właściwa nazwa tego statku-widma – jest charakterystyczną dla tego rodzaju legend morskich mówiących o morskich widmach. Oczywiście takie historie na morzach zdarzały się ZAWSZE, ale ta jest ciekawa o tyle, że na pokładzie tego statku-widma byli żywi ludzie, którzy go obejrzeli i stwierdzili stan faktyczny wraku. 

Zastanowiwszy się nad tym, można rzucić hipotezę, że Marlborough może pojawiać się co 23 lata, a zatem być może widziano go w latach 1913 (SS Johnson), 1936, 1959, 1982, 2005 i 2028 – szczególnie przed sztormami. Wszak statki-widma pojawiają się regularnie, jak pisze Janusz Skarżyński, Aleksander Grobicki, Lucjan Znicz-Sawicki i inni piszący o tajemnicach Trójkąta Bermudzkiego. Jedno jest pewne, a mianowicie to, że zagadka statków-widm ma ścisły związek z Czasem. I aby rozwiązać tą tajemnicę, należy przede wszystkim badać Czas i zjawiska z nim związane.  

       
Źródło – „Tajny i zagadki” bn/2019, ss. 20-21
Przekład z rosyjskiego – ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Według innych źródeł Marlborough, od jednego z regionów Nowej Zelandii i taka jest poprawna nazwa tego statku.
[2] Nowa Zelandia była brytyjską kolonią, a dzisiaj jest członkiem Brytyjskiej Wspólnoty Narodów -  Commonwealth of Nations.
[3] Przypuszczalny czas przybycia.