Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wąż morski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wąż morski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 października 2016

Giganty podwodnego świata





Valdis Pejpiņš


Brzuchonogie małże z rodziny stożków są uważane za jedne z najjadowitszych morskich stworzeń. Niektóre z nich wyrzucają do wody mieszaninę toksyn, które okrążają i całkowicie obezwładniają ofiarę. 

W maju 2015 roku, z Wielkiej Brytanii przyszedł taki news. Tam u wybrzeży hrabstwa Devon, w pobliżu Plymouth, został złapany gigantyczny węgorz (Anguilla anguilla) o długości 21 ft/6,4 m i wadze 131 lb/59,4 kg. Ten potwór po prostu zaplątał się w sieci trawlera MS Hope, i został wyciągnięty przez rybaków na świat Boży. Największy w historii węgorz został złapany przez Vica Evansa także u wybrzeży Devonshire, nieopodal Brixham, w 1995 roku. Waga jego połowu wynosiła 133 lb 4 oz/60,5 kg. W tymże samym roku, statek MS Electric Blue w okolicy Plymouth ponoć złowił w sieci, ale potem utracił, węgorza o masie 150 lb/68 kg. A zatem być może, że w wodach Wszechoceanu spotyka się jeszcze większe, gigantyczne węgorze. 

[Przypomina się kanadyjski film sci-fi „Podwodna Odyseja” reż. Daniela Petrie (1973), w którym grupa naukowców spotyka się z gigantycznymi węgorzami zamieszkującymi głębiny rowu oceanicznego… - uwaga tłum.]


Wybrzeża gigantów


Nikołaj Niepomniwszczyj w swej książce pt. „Na tropach węża morskiego” pisze:
…jeszcze w 1830 roku, genialny Rafinesk założył, że niektóre węże morskie mogłyby być rodzicami ryb z gatunku Synbranhus marmoratus, które nie będąc formalnie węgorzami mają dokładnie taki wygląd.   

Ze swej strony Charles Good w swych „Mitycznych potworach” zebrał mnóstwo dowodów o obserwacji węgorzy o długości >6 m w morzu w okolicach Singapuru. Jeżeli posłucha się pisarza-naturalisty Alpheusa Hyatta Verrilla, to jego ojciec Addison Emery Verrill – który stał się sławnym po opisaniu przezeń ogromnego kalmara – wierzył w istnienie dwóch rodzajów węża morskiego: pierwszego - podobnego do plezjozaura i drugiego – podobnego do morskich węgorzy. Jednakże to wszystko były tylko hipotezy. 

W latach 1928-1930, pod patronatem rządu duńskiego wysłano ekspedycję dookoła świata statkiem RV Dana, którą kierował znany duński ichtiolog Johannes Schmidt. Kiedy w 1930 roku, na Atlantyku z RV Dana prowadzono sondowanie dna morskiego w pobliżu skrajnego południowego punktu Afryki, na Płyciźnie Agulhas, z głębiny ok. 300 m była wydobyta larwa węgorza (leptocefal, tj. węgorz w szczególnym stadium rozwoju larwalnego) o długości 1,84 m! Ten paradoksalny egzemplarz został zakonserwowany i wysłany do laboratorium biologii morskiej w Charlottenburg Slot w Danii. W połowie lat 50., ten cenny eksponat został utracony… 

[Zadziwiające jest to, że wszelkie tego rodzaju eksponaty z reguły giną bez śladu i to w niewyjaśnionych okolicznościach, jak było to z wieloma niewygodnymi z tych czy innych względów artefaktami czy znaleziskami archeologicznymi, zoologicznymi, paleontologicznymi, które przeczyły temu, co głosi „oficjalna” nauka czy religia – uwaga tłum.] 

Natomiast w dniu 16.VII.1958 roku, w rejonie South Westland (Nowa Zelandia) wyłowiono leptocefala o długości 3 stóp. Był to wprawdzie skromniejszy, ale i tak cenny dowód na istnienie larw-gigantów, który pojawił się wśród specjalistów.

Wiadomo, że małe – liczące wszystkiego 8-10 cm długości – larwy atlantyckich węgorzy, przekształcają się w osobniki dorosłe o długości 2 m. To znaczy, że rozmiary larwy do osobnika dorosłego mają się tak, jak 1 : 20 – 1 : 23. Jeżeli trzymać się tego sposobu myślenia, to z 90-centymetrowej larwy powinien wyrosnąć osobnik dorosły o długości 20 m, zaś mający rozmiary 1,8 m powinien doróść do 40 m!


Zagadkowe mureny


Nauce jest znanych około 350 gatunków ryb węgorzowatych, mających 22 rodziny. Do węgorzowatych zalicza się znany wszystkim drapieżnik – murena – Murena helena – z jej paskudną reputacją. Ta zła sława ciągnie się za murenami jeszcze od czasów Starożytnego Rzymu. Rzecz w tym, że Rzymianie cenili sobie mięso tych ryb. Dlatego też były one trzymane w osobnych, specjalnych akwariach czyli piscynach (od słowa pisces – ryby). Kiedy niejaki Vidius Pollinus dowiedział się, że najlepszą karmą dla nich jest jakoby ludzkie mięso, to karmił on je swoimi niewolnikami. A szalony cesarz Neron często wrzucał niewolników do basenu z murenami dla rozweselenia swych równie zwariowanych przyjaciół. Tak więc za murenami wlecze się sława ludożerców. 

Ale czy są one takie krwiożercze w normalnych warunkach? Oczywiście – szczególnie jak się murenę przestraszy – to o na jak każde żywe stworzenie może zareagować agresją. Jednakże ludzie zamieszkujący w miejscach występowania tych ryb mówią, że mureny nie atakują człowieka niesprowokowane. A zgodnie z niektórymi obserwacjami, to one nawet na odwrót – są nader spokojne i nawet mogą się zaprzyjaźnić z człowiekiem. O tym także dobrze wiedziano w starożytnym Rzymie. I tak Rzymianin Crassus napisał, że w jednym stawie mieszkała ogromna i piękna murena, którą on bardzo lubił i ozdabiał złotymi płytkami. Ona poznawała jego głos, podpływała do niego i brała jedzenie z jego rąk. Crassus był tak przywiązany do tej mureny, że kiedy usnęła, pochował ją, długo opłakiwał i nosił po niej żałobę. 

Już w naszych czasach, młoda kobieta-nurek z Georgetown – Ann Javes nauczyła murenę jeść ze swych rąk. A mureny oswojone przez uczestnika ekspedycji Thora Heyerdahla łodziami Ra i Ra-2 – Jorge Soriala jadły mu wprost z ust! 

Rozmiary licznych gatunków muren mogą wahać się od 60 cm do 3 m, zaś waga może dochodzić do 40 kg. Ryby te zachowują się czasami dość dziwnie – wielu naocznych świadków opowiadają o skokach i nurkach przez nie wykonywanymi. Czasami mureny wyskakują z wody na połowę długości swego ciała, ślizgają się po powierzchni wykonując ogonem wężowe ruchy, które napędzają je jak śruba. Wygląd ich przedniej części może przypominać wygląd legendarnego węża morskiego, szczególnie jeżeli dorastają one do dużych rozmiarów.



Niezwykły połów


Niektórzy z uczonych wierzą w istnienie wielkich węgorzy, które swymi rozmiarami pasują do rozmiarów węża morskiego, inni zaś nie. Specjalista od biologii oceanu z Uniwersytetu Południowej Kalifornii – dr Robert J. Menzies – nie tylko wierzy w istnienie takiego węża morskiego i nawet chciał go upolować. Wraz ze swym duńskim kolegą – dr Antonem Bruunem - uważał, że Rów Peruwiańsko-Chilijski w Oceanie Spokojnym jest jedną z najbogatszych w plankton stref Wszechoceanu i powinien być miejscem występowania gigantycznych węgorzy.  W stoczni został wykonany ogromny stalowy haczyk o długości około metra, który przymocowano do końca liny stosowanej w głębokowodnych sondażach i trałowaniu. Amerykański uczony pragnął złapać swego węża morskiego na wędkę! Lina miała nośność 2,5 tony i przymocowano ja do masywnego kołowrotu. Operacja miała przebiegać w zimną, bezksiężycową noc, tak jak to sobie wyobrażał dr Menzies, stworzenie to miałoby wypłynąć z głębin na powierzchnię, gdy warunki będą podobne do tych, do których przywykł.
- Nawlekłszy na haczyk dużego kalmara złapanego uprzednio – opowiadał dr Menzies – przyczepiłem do liny 15-kilogramową kulę ołowianą w charakterze ciężarka u wędki. Moim jedynym pomocnikiem w tym połowie był Tom Doe, który sterował kołowrotem. O godzinie 2-giej w nocy zarzucił on przynętę – największą na świecie. Kabestan opuścił ją na głębokość 360 m – największą głębokość, na której ktokolwiek łowił ryby przy pomocy wędki i haczyka.
 
W czasie długiego oczekiwania zdenerwowanie obu wędkarzy wzrastało, i naraz potężne szarpnięcie pociągnęło kabel ze straszną siłą. Wędkarze rozejrzeli się ze zdumieniem. Cokolwiek by nie było na drugiej stronie liny, potężnie szarpało za przynętę na metrowym haczyku, piętnastokilogramowy obciążnik i linę o długości 1/3 kilometra! Uruchomiono kabestan i lina poszła do góry. Po pewnym czasie naprężenie liny osłabło, co oznaczałoby, że ryba się urwała. I rzeczywiście, kiedy wyciągnięto haczyk, reflektory statku oświetliły jego pogięte kształty… i nic ponadto. Być może ich wąż morski stał się pierwszym w historii legendarnym potworem morskim, który popróbował przynęty przygotowanej przez człowieka.

Do tego nie jest wykluczone, że to był akurat wielki węgorz. Zabrać się za kalmara mógłby także kaszalot. Pogiąć metrowy hak z głowonogiem i wyciągnąć jak strunę 360-metrową stalową linę, to akurat było w jego mocy. Francusko-belgijski uczony dr Bernard Huevelmans pisze, że taka siłę mają także orki (Orcinus orca), których dorosłe osobniki mogą doróść do 8,5 m i masy ciała 3 ton. Spośród rekinów, na których też mogłoby paść podejrzenie o próbę pożarcia przynęty, zoolog przypomina żarłacza białego (Carcharodon carcharias) i rekina tygrysiego (Galeocerdo cuvier), których rozmiary niejednokrotnie przewyższają 6 m. Są one rozżarte i okrutne, a ich muskularne wielotonowe ciała dysponują tytaniczną siłą. A może to jednak był 40-metrowy węgorz?

[A może to był największy rekin wszech czasów - Megalodon – (Carcharodon megalodon), który także ponoć ukrywa się w głębokich rowach w wodach Wszechoceanu? – zob.: http://wszechocean.blogspot.com/2014/10/megalodon-postrach-wszechoceanu-istnieje.html – uwaga tłum.]


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 47/2015, ss.30-31
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz  

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

CE z morskimi, wężowatymi UMA…


Rekonstrukcja plezjozaura w DinoParku w Rybniku (Internet)



Wadim Ilin



…czyli po prostu z wężami morskimi. Relacje o wężach morskich zaczęły się pojawiać w prasie w połowie XIX wieku. Informacje o Bliskich Spotkaniach z tymi UMA pojawiają się także w naszych czasach, przy czym sądząc po wszystkiemu, te gigantyczne morskie kryptydy zamieszkują wszystkie akweny Wszechoceanu.



Potwory w wodach Nowej Szkocji



Jedno z pierwszych spotkań z tymi dziwnymi stworzeniami – znanymi w kryptozoologicznym światku jako UMA – miało miejsce w okolicach Nowej Szkocji (południowy-wschód Kanady) w 1845 roku, kiedy to rybacy John Bockner i James Wilson ujrzeli 30-metrowego „węża morskiego” w zatoce St. Margaret. Opowiedzieli o tym wydarzeniu swojemu pastorowi, wielebnemu Johnowi Ambrose’owi, który także osobiście spotkał się z takim potworem.



A w roku 1855, ludzie na brzegach zatoki Green Harbor z przerażeniem obserwowali, jak „coś dziwnego, podługowatego, co wykonuje faliste, wężowe ruchy” prześladowało łódki miejscowych rybaków. Opis tych wydarzeń zrobiony w oparciu o słowa naocznych świadków zamieścił jeden z numerów amerykańskiego dziennika „Ballou’s” wychodzącego w XIX wieku:



Zaraz po tym, co się zdarzyło, zobaczono głowę zwierzęcia, a za nią jakieś wypuczenie podobne do garbu uwieńczonego masą poskręcanych i zwisających ku dołowi długich i skołtunionych włosów, przypominających końską grzywę. Dalej zwijały się i rozwijały pierścienie długiego na jakieś 12 – 15 m ogromnego  ciała monstra. Te falujące ruchy przebiegały w płaszczyźnie poziomej, przy czym pierścienie przebiegały od głowy do ogona i pozostawiały na lustrzanej gładzi morza ślad podobny do kilwateru i śruby parostatku.



Kiedy UMA przybliżyło się do brzegu, rozległ się syk jak od strumienia uchodzącej z kotła pary czy powietrza, który dobiegał z wnętrza zwierzęcia. Można było zobaczyć jego lśniące zęby, łuki brwiowe nad połyskującymi złowrogo oczami, ciemnoniebieską lśniącą metalicznie łuskę na głowie i na grzbiecie, a brudnożółtą na stronie brzusznej. Głowa potwora była długa na co najmniej dwa metry.



I wreszcie przestał interesować się rybakami, a oni przerażeni nie na żarty szczęśliwie dopłynęli do brzegu.



Kolejne spotkanie z UMA miało miejsce w 1883 roku. Sześciu żołnierzy łowiło ryby w zatoce Mahoney Bay zauważyło nieopodal nich ogromnego węża – z wody wystawała dwumetrowa, jak w przypadku rybaków z Green Harbor głowa potwora. Szyja stworzenia była gruba jak pień potężnego drzewa, miała kolor ciemnobrązowy czy nawet czarny z nieregularnie rozmieszczonymi na skórze białymi paskami. Reszty jego ciała rybacy nie widzieli, ale sądzili, że długość tego UMA wynosiła co najmniej 25 m.



„Krowia głowa bez rogów i uszu…”



Jedno z najbardziej dokładnie opisanych i udokumentowanych CE z wężokształtnym UMA miało miejsce latem 1905 roku (wg innych źródeł miało to miejsce w dniu 7 grudnia 1905 r., o godzinie 10:15 BRT – zob: http://www.strangemag.com/definitiveseaserpent.html - uwaga tłum.) na Oceanie Atlantyckim u wybrzeży Paraiby – najbardziej wysuniętego na wschód stanu Brazylii. Niemal cała załoga luksusowego jachtu SY Valhalla zobaczyła duże zwierzę bardzo długą szyją i wyrostkiem na grzbiecie przypominającym pofałdowana płetwę grzbietową. Szyja wystawała z wody na 2,5 - 3 m, a całe ciało zwierzęcia było doskonale widoczne pod powierzchnią wody. W składzie załogi znajdowali się dwaj doświadczeni naturaliści – Michael J. Nicoll i E. G. B. Meade-Waldo, którzy unisono oświadczyli, że nigdy czegoś takiego nie widzieli.



…Trwała Pierwsza Wojna Światowa. W dniu 23 maja 1917 roku, uzbrojony statek handlowy SS Hillary wypierający 6000 ton znajdował się u wybrzeży Islandii. Morze było spokojne, panował sztil. Naraz marynarz na oku zauważył przed dziobem, pod wodą „coś ogromnego”. Obawiając się ataku ze strony niemieckiego U-boota, kapitan statku F. W. Dean ogłosił alarm bojowy i skierował statek na zbliżenie z tym UAO. Po chwili okazało się, że to nie był żaden U-boot, ale czymś… niezwykłym?



Z odległości około 25 m, kapitan ze zdumieniem patrzał jak spod wody pokazała się „głowa podobna do krowiej, ale o wiele większa”, tylko bez rogów i uszu. „Ona była czarna, tylko na przodzie mordy widoczny był biały pas czy pasy w miejscu, gdzie bywa on także u krów”. Poza tym nad wodą na jakiś metr sterczało coś, co wyglądało jak płetwa grzbietowa. Całkowitą długość tej krypydy marynarze ocenili na 20 m, z których sześć przypadało na muskularną szyję.



I wtedy zdarzyło się coś, co było najgorszym błędem w historii żeglugi i zoologii, a mianowicie – kapitan Dean zdecydował, że jego artylerzystom nadarzyła się okazja postrzelać ćwiczebnie do celu. Wydał rozkaz oddalić się od celu na kilometr i rozkazał dać doń ognia. Na tą odległość nie sposób było chybić i pociski zabiły to UMA. Jego agonia spowodowała silne falowanie na powierzchni morza i „żywa łódź podwodna” szybko skryła się pod wodą.



„Oczy o rozmiarach spodka”



Powróćmy na południe, ku Nowej Szkocji. 5 lipca 1976 roku, Eisner Penney mieszkaniec wyspy Sable Island, zobaczył na morzu ogromne nieznane zwierzę i opowiedział o tym swoim znajomym. Oczywiście – jak zwykle w takich przypadkach – wyśmiali go, ale w ciągu kilku następnych dni jeden z nich – Keith Ross ze swym synem Rodneyem ujrzeli na własne oczy przedmiot swych niedawnych drwin.



Jego oczy był wielkie jak spodki i lśniły złowrogo czerwonym światłem – opowiadał roztrzęsiony Keith Ross – a z jego gigantycznej, szeroko otwartej paszczy sterczały groźnie dwa ogromne kły. Rozmiarami były one podobne do kłów morsa czy nawet słonia, i zwisały ku dołowi z górnej szczęki. Ten potwór podpłynął do nas za rufą łodzi całkiem blisko. A my doskonale widzieliśmy jego cielsko o długości 12 – 15 m, pokryte szarą skórą podobną do wężowej, pokrytej ogromną ilością jakichś guzków, wzgórków i przyczepionych pąkli. No i zobaczyliśmy, że ono ma ogon jak u ryby z pionową płetwą ogonową, nie taką jak u wieloryba.



Ross skierował swój kuter byle dalej od UMA, która szybko znikła we mgle (szczegóły zob. - http://www.qsl.net/w5www/sea.html).



Wyłowiony plezjozaur



W kwietniu 1977 roku, załoga japońskiego statku rybackiego MV Zuiyo Maru znajdującego się u brzegów Nowej Zelandii, wyciągnęła na powierzchnię zwłoki jakiegoś 15-metrowego UMA, który na pierwszy rzut oka prawdziwego monstrum głębin oceanicznych. Załoganci podnieśli szczątki na pokład i zrobili kilkanaście kolorowych zdjęć tego UMA, a potem – obawiając się, że rozkładająca się tusza zanieczyści złowione ryby – kapitan polecił wyrzucić padło za burtę.



Profesor Takeo Shikama, japoński kryptozoolog badający dawne zwierzęta i wykładający w Narodowym Uniwersytecie Jokohama, przejrzawszy zdjęcia oświadczył, że zwłoki te nie są zwłokami żadnego ssaka morskiego czy ryby. A z wyglądu, potwór ten przypomina plezjozaura – wodnego dinozaura zamieszkującego Wszechocean 100 MA temu. (W rzeczywistości plezjozaury zamieszkiwały Ziemię od 240 do 64,8 MA temu, czyli właściwie przez cały Mezozoik – uwaga tłum.)



Po takim sensacyjnym oświadczeniu uczonego, kilka statków skierowano do poszukiwań wyrzuconego trupa, ale nie udało się go znaleźć. Dramatyzm całej sytuacji polega na tym, że wskutek lekkomyślności jednego człowieka nauka straciła bezcenny – z jej punktu widzenia – eksponat, a którego materialna wartość była wyższa od ceny połowu wraz z całym statkiem!



To nie węże!



Na początku 1999 roku, do redakcji amerykańskiego „Fate Magazine” przyszedł list od czytelnika, który natknął się w swym archiwum na wycinek z miejscowej gazety wychodzącej w miejscowości Astoria, OR. Wycinek ten ów mężczyzna załączył do listu, bowiem mniemał, że tekst i fotografia znajdujące się w artykule mogą być ciekawe dla „Fate”.



Magazyn zamieścił ów wycinek z gazety, która wyszła w 1940 roku w swym lutowym numerze w 1999 roku. Tekst pod fotografią głosi, co następuje:



Morski potwór postawił na nogi całą miejscową społeczność.

Ilwaco, WA.



Szczątki nieznanego morskiego zwierzęcia z długimi płetwami, rozmieszczonymi po obu stronach głowy, z pięciometrowym ogonem, zostały znalezione w piątek na przylądku Long Beach. Pozostały one nierozpoznane mimo tego, że obejrzało je dziesiątki osób. Rysunek pokazuje nam, jak to nieznane zwierzę mogło wyglądać przy życiu. Jego długość powinna wynosić około 15 m, a waga około 1500 – 1800 kg. Całe ciało nieznanego zwierzęcia pokrywała gęsta szczecina.



Nie patrząc na to, że „morskie węże” na przestrzeni wieków napatoczają się ludziom przed oczy na morzach i oceanach praktycznie całego świata, jak dotąd nikt nie objaśnił, czym te stworzenia są, pomimo tego że zoolodzy spierają się o to dwa stulecia. Ale czymkolwiek by nie były te „gigantyczne wodne UMA”, to można z całą pewnością powiedzieć – to nie są węże!



Węże nie mogą pływać wznosząc głowę ponad wodę, a poza tym nie mają one ogonów podobnych do rybich.


Appendix



Potwór z Sachalinu



W sierpniu 2006 r. na wyspie Sachalin w Rosji odkryto leżące na morskim brzegu szczątki dużego drapieżnego zwierzęcia. Zwierzę miało ok. 7 m długości, tyle co dorosły okaz krokodyla, ale jego skóra nie była pokryta pancerzem tylko porośnięta sierścią szarego koloru, o włosach długich na 5 cm. Powierzchowne analizy układu kostnego i uzębienia tajemniczego zwierzęcia wykazały, że nie jest ono rybą.



- Jeden z rybaków próbował zidentyfikować znalezisko przeglądając encyklopedie. Z zaskoczeniem odkrył, że zwierzę jest najbardziej podobne do plezjozaura - stwierdził w wypowiedzi dla mediów Władimir Bedżisow, dyrektor Departamentu Kultury Obwodu Sachalińskiego.



Podobno szczątkami zajęły się rosyjskie służby i nie wiadomo gdzie przewieziono to tajemnicze znalezisko.



A może była to jakaś zwariowana krzyżówka, rezultat manipulacji genetycznych? Coś takiego chyba nikomu (na razie) nie przyszło do głowy…?

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 1/2012, ss. 30-31



Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©


środa, 14 września 2011

Potwory w głębinach oceanów






Igor Walentinow

W roku 2008 uczeni znaleźli szczątki dawnego kaszalota. Jego długość wynosiła ponad 17 metrów. Nazwali tego potwora Lewiatanem Melville’a na cześć biblijnego Lewiatana i Hermana Melville’a – autora powieści i ogromnym wielorybie – Moby Dicku.  Media podały to tak:

Niezwykłe odkrycie - 13-metrowy drapieżny "Lewiatan"

Francuscy naukowcy odkryli w Peru szczątki prastarego, drapieżnego wieloryba. Skamieniałe kości liczą 12-13 milionów lat.

Czaszkę i szczęki wieloryba, przypominającego dzisiejsze kaszaloty, znaleziono na pustyni niedaleko wybrzeża Peru. Pomiary wskazują, że zwierzę miało około 13 metrów długości, nie było więc największym ze znanych wielorybów. Prastary kaszalot był jednak prawdopodobnie bardzo groźnym drapieżnikiem.

- Jego zęby były większe niż u innych znanych nam dzisiaj wielorybów, niektóre miały nawet 36 centymetrów długości - powiedział Polskiemu Radiu autor badań opublikowanych w prestiżowym tygodniku "Nature", Olivier Lambert z Muzeum Przyrodniczego w Paryżu. Dodał, że ów morski ssak prawdopodobnie odżywiał się innymi wodnymi zwierzętami, przede wszystkim wielorybami z grupy fiszbinowców.

Prastary gatunek otrzymał łacińską nazwę Leviathan melvillei na cześć autora traktującej o wielorybie powieści „Moby Dick”, Hermana Melville'a. (Portal WP, 1.VII.2010 r.)

W czasie długiej historii żeglugi po morzach i oceanach, napłynęło wiele świadectwo spotkaniach z ogromnymi oceanicznymi potworami. I tak np. w średniowiecznych kronikach spotyka się na oświadczenia o spotkaniach z gigantycznymi wężami morskimi, które swymi rozmiarami przewyższały statki. Dzisiaj w spotkaniach na oceanie z ogromnymi zwierzętami częściej mówi się o dinozaurach…

Rekiny pokryte… sierścią?

Tylko w XX wieku co najmniej dwudziestokrotnie morskie fale wyrzucały na brzeg szczątki nieznanych nauce zwierząt. I chociaż trudno spierać się z naocznymi świadkami, oficjalna nauka albo odrzuca, albo przemilcza takie fakty.

I tak na przykład w całej Europie zyskała rozgłos historia z roku 1932, kiedy to na popularnej miejskiej plaży w okolicach Cherbourga we Francji, fale wyrzuciły na brzeg szkielet nieznanego zwierzęcia. Jego tułów mierzył 10 m, miał on długą szyję i maleńką główkę, podobną do wielbłądziej. Pośród tych, którzy oglądali szkielet byli także paleontolodzy. Wszyscy oni przyznali, że mieli do czynienia ze szkieletem dinozaura. Zaś kapitan miejscowego statku wycieczkowego opowiadał dziennikarzom o tym, że widział to zwierzę żywe w okolicach Querqueville. Według jego słów, ogromny „wąż morski” płynął powoli i wystawiał nad powierzchnie swą głowę.

Podobne szczątki ocean wyrzucił na brzeg w okolicach Santa Cruz, CA, USA w 1925 roku. Jego ciało już się rozłożyło, ale wywierało wrażenie, że jeszcze niedawno to stworzenie pływało w oceanie. Szyja tego stworzenia miała długość 10 m i kończyła się głową z kaczym dziobem. Biologowie z University of California badając te resztki długo nie mogli wydać ostatecznego werdyktu. Wreszcie oświadczyli oni, że to niezwykle rzadki gatunek pacyficznego wieloryba, ale ta hipoteza od razu spotkała się ze zjadliwą krytyką ze strony innych specjalistów.

W zimie 1941 roku, na brzegu jednej z szetlandzkich wysp znaleziono dwa ośmiometrowe stworzenia. I podobne byłyby one do rekinów, gdyby nie długie szyje. Ale nie to było najdziwniejsze – najdziwniejsze było to, że ich tułowia pokrywała sierść! Rekinów porośniętych włosem jak wiadomo – nie ma!

Po pięciu latach od tego wypadku, nieopodal miasta Dunrey w Szkocji, miejscowi natknęli się na szczątki podobnego monstrum, ale jego długość wynosiła 10 m i żaden specjalista nie był w stanie stwierdzić, co to było za stworzenie…

W identycznej sytuacji znajdowali się biologowie, oglądający jeszcze dziwniejsze martwe stworzenie wyrzucone przez trzydniowy sztorm na brzegi Zatoki Sueskiej w 1969 roku.

Szkielet dinozaura  albo Wyspa Zatopionego Okrętu?

Niemało tego rodzaju znalezisk odkryto także na drugiej półkuli Ziemi – w Australii i Oceanii. W roku 1948, w przybrzeżnym rejonie australijskiego portu Dunk Island został znaleziony trup ogromnego stworzenia morskiego, którego skóra była bardzo wytrzymała i zaczęła się rozłazić dopiero w miesiąc po znalezieniu tego stwora. Wedle doniesień mediów, stworzenie to ważyło kilka ton, miało cztery wielkie płetwy i coś w kształcie grzebienia na grzbiecie.

W sierpniu 1960 roku, podobny szkielet morze wyrzuciło na brzegi Tasmanii. Stworzenie to za życia musiało ważyć jakieś 200 ton. Badający je specjaliści nie doszli do żadnego konkretnego wniosku…

W roku 1977, japońscy rybacy ze statku MT Tsuyo Maru wyłowili zwłoki morskiego potwora koło Nowej Zelandii, w rejonie Sount Island. Długość jego tułowia sięgała 10 m, wysokość środkowej części – 4 m. Na zdjęciach wyraźnie widać cztery płetwy, długą szyję i długi, cienki ogon. Dyrektor Japońskiego Muzeum Przyrodniczego prof. Yoishinore Imayzumi kategorycznie stwierdził, że znaleziony ogromny gad miliard[1] lat temu żył w oceanie, który znajdował się na obszarach dzisiejszej Australii.

W roku 1954, japońscy oceanografowie dokonali zadziwiającego odkrycia. W czasie badania dna morskiego na wschód od Wysp Karolińskich, uczeni zobaczyli w iluminatorach batyskafu spuszczonego na dno podwodnego kanionu szkielet ogromnego morskiego stworzenia. Szereg masywnych żeber osiągających długość 15 m początkowo uznali oni za jakąś podmorską konstrukcję czy wrak statku. Silne światła nie były wstanie oświetlić całości szkieletu, długość tego zwierzęcia nie mogła być mniejszą, niż 100 m.[2] Szkielet ten musiał należeć do zwierzęcia, które padło niedawno, bowiem nie zdążył on obróść polipami.[3] Niezbyt dobre zdjęcia wykonane z pokładu batyskafu były badane przez ekspertów, którzy jednak nie byli w stanie powiedzieć czegoś konkretnego o tej istocie.

Otchłanie pełne tajemnic

Dno oceaniczne, zajmujące około 70% powierzchni Ziemi, jest do dziś dnia niemal ziemią nieznaną, nadzwyczaj trudną do zbadania. I jak na razie, wszystkie stworzenia tam występujące stanowią dla nas zagadkę. Zdecydowana większość badaczy operuje na najpłytszej części Wszechoceanu – na szelfie kontynentalnym otaczającym tarcze kontynentalne do 200 m głębokości. No ale szelf to jedynie jakieś 7% całej powierzchni Wszechoceanu i w wielu parametrach silnie odbiega od oceanicznych głębi, pogrążonych w wiecznych mrokach. W te głębiny nie zapuszczają się okręty i łodzie podwodne. Tylko nieliczne, kosztowne i pracochłonne ekspedycje przenikają w te otchłanie i obszary skryte pod wielometrową warstwą wody. A między innymi oceaniczne płaskowyże, które znajdują się na głębokości 3500 – 4000 m – i zajmujące powierzchnię około 40% powierzchni globu ziemskiego!

Uczeni uważają, że znamy około połowę gatunków zamieszkujących Wszechocean, ale tylko tych na płytkich wodach. A jakie istoty mieszkają w głębinach na dwa kilometry i głębiej? Te otchłanie są pełne tajemnic. Zgodnie z dzisiejszymi poglądami, pod wodami Wszechoceanu może ukrywać się jeszcze nie mniej, niż 750.000 jeszcze nieznanych nauce gatunków istot żywych. Pogląd głoszący, że dna oceanów są gołą pustynią już odszedł do lamusa. W wodach oceanu, bez względu na ciemności w nich panujące, kolosalne ciśnienia i chłód, kipi życiem!

Badacze już od dawna zwrócili uwagę na ciekawe zjawisko: gatunki zwierząt żyjących w głębinach są o wiele większe od swych płytkowodnych krewniaków. I tak np. u wybrzeży Wielkiej Brytanii niektóre kraby mieszczą się w dłoni, zaś w Atlantyku stworzenia te mogą dorastać do 23 cm i więcej.

Tunelami do jeziora Loch Ness

We Wszechoceanie praktycznie bez zmian zachowały się pewne gatunki zwierząt, które zamieszkiwały Ziemię wiele milionów lat temu. I tak, w wodach Oceanu Indyjskiego u wybrzeży Madagaskaru spotyka się ryby z gatunku Latimeria, której skamieniałości uczeni znajdują w skałach pochodzących z okresu Kredy.[4] Tak zatem dlaczego nie można założyć, że w wodach Wszechoceanu znalazły schronienie nie tylko ryby, ale także gigantyczne wodne jaszczury? Przez te wszystkie miliony lat zdołały one wyewoluować i przystosować się do skrajnych warunków ciemności i wysokich ciśnień głębin Wszechoceanu i prosperować tam, gdzie znajduje się ogromna ilość żywności dla nich.

Giganty mogły się przystosować do życia na dnie oceanu, gdzie znajdują się głębokie kaniony, szczeliny i pieczary, a także tunele, którymi te zwierzęta mogłyby przenikać nawet do kontynentalnych zbiorników wodnych, jak na przykład ma to miejsce w jeziorze Loch Ness w Szkocji.

Czasami te stworzenia pojawiają się na powierzchni wody i wtedy widzą ich marynarze, żeglarze, rybacy… Jeszcze rzadziej te resztki monstrów są wyrzucane na brzegi, gdzie specjaliści mogą je dotknąć swymi rękami.

Mówi się, że największym zwierzęciem na naszej planecie jest wieloryb – płetwal błękitny. Jego długość sięga do 33 m, zaś masa do 160 ton, co stanowi równoważnik masy 25 słoni afrykańskich. Ale to są całkiem skromne parametry w porównaniu z gabarytami potworów, które mieszkają w głębinach oceanów.

Źródło – „tajny XX wieka” nr 28/2011, ss. 26-27.

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©          


[1] Miliard lat temu nie było jeszcze w ogóle mowy o gadach, które nie istniały nawet jako jednostka taksonomiczna. Chodziło chyba o miliony lat temu…
[2] Nie ma się zatem co dziwić, że potem poszedł hyr o Godzili, o którym pierwszy film powstał właśnie w 1954 roku…
[3] Teza dość dyskusyjna, jako że na takich głębokościach polipy koralowe nie występują, autorowi chodziło chyba o głębokowodne ukwiały.
[4] Okres 145,5 – 65,5 MA  temu.