Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lutego 2020

Szczepionka na COVID-19




Izraelscy naukowcy: 
„W ciągu kilku tygodni będziemy mieli szczepionkę na koronawirusa”

Po opracowaniu szczepionki ukończenie procesu regulacyjnego zajmie co najmniej 90 dni, a potencjalnie więcej czasu na wejście na rynek.

Według ministra nauki i techniki Ofira Akunisa, izraelscy naukowcy są gotowi opracować pierwszą szczepionkę przeciwko nowemu koronawirusowi. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, szczepionka może być gotowa w ciągu kilku tygodni i dostępna w ciągu 90 dni, zgodnie z informacją.
- Gratulacje dla MIGAL [Galilejski Instytut Badawczy] z powodu tego ekscytującego przełomu - powiedział Akunis. - Jestem przekonany, że nastąpi szybki postęp, który pozwoli nam zapewnić potrzebną reakcję na poważne globalne zagrożenie COVID-19 - powiedział Akunis, odnosząc się do choroby wywołanej przez nowy koronawirus.

W ciągu ostatnich czterech lat ekipa naukowców z MIGAL opracowała szczepionkę przeciwko wirusowi bronchitu – IBV, który powoduje infekcje bronchitowe drobiu. Skuteczność szczepionki została udowodniona w badaniach przedklinicznych przeprowadzonych w Instytucie Weterynarii.


MIGAL znajduje się w Galilei.

- Naszą podstawową koncepcją było opracowanie technologii, a nie szczepionki przeciwko tego rodzaju lub tego rodzaju wirusom - powiedział dr Chen Katz, lider grupy biotechnologicznej MIGAL. - Ramy naukowe dla szczepionki oparte są na nowym wektorze ekspresyjnym białka, który tworzy i wydziela chimeryczne rozpuszczalne białko, które dostarcza antygen wirusowy do tkanek błony śluzowej poprzez samoczynną endocytozę, powodując, że organizm wytwarza przeciwciała przeciwko wirusowi.

Endocytoza jest procesem komórkowym, w którym substancje są wprowadzane do komórki przez otoczenie materiału błoną komórkową, tworząc pęcherzyk zawierający połknięty materiał.

Katz powiedział, że w badaniach przedklinicznych zespół wykazał, że szczepienie doustne indukuje wysoki poziom swoistych przeciwciał anty-IBV.
- Nazwijmy to czystym szczęściem - powiedział.  - Zdecydowaliśmy się wybrać koronawirusa jako model naszego systemu jako dowód koncepcji naszej technologii. Ale po tym, jak naukowcy zsekwencjonowali DNA nowego koronawirusa powodującego obecną epidemię na całym świecie, badacze MIGAL zbadali go i stwierdzili, że koronawirus drobiu ma wysokie podobieństwo genetyczne do ludzkiego i wykorzystuje ten sam mechanizm infekcji, co zwiększa prawdopodobieństwo uzyskania skutecznej ludzkiej szczepionki w bardzo krótkim czasie - powiedział dr Katz.
- Wszystko, co musimy zrobić, to dostosować system do nowej sekwencji – powiedział on. - Jesteśmy w trakcie tego procesu i mam nadzieję, że za kilka tygodni będziemy mieli szczepionkę w naszych rękach. Tak, za kilka tygodni, jeśli wszystko zadziała, mielibyśmy szczepionkę, aby zapobiec koronawirusowi.

Dr Katz powiedział, że MIGAL byłby odpowiedzialny za opracowanie nowej szczepionki, ale musiałby przejść proces regulacyjny, w tym badania kliniczne i produkcję na dużą skalę.

Minister Akunis powiedział, że poinstruował dyrektora generalnego swojego ministerstwa, aby przyspieszył wszystkie procesy zatwierdzania w celu jak najszybszego wprowadzenia szczepionki ludzkiej na rynek.
- Biorąc pod uwagę pilną globalną potrzebę szczepionki przeciwko ludzkiemu koronawirusowi, robimy wszystko, co w naszej mocy, aby przyspieszyć jej rozwój - powiedział dyrektor generalny MIGAL dr David Zigdon. Powiedział, że szczepionka może uzyskać zatwierdzenie bezpieczeństwa w ciągu 90 dni.
- Będzie to szczepionka doustna, dzięki czemu będzie ona szczególnie dostępna dla ogółu społeczeństwa - powiedział Zigdon.
- Obecnie prowadzimy intensywne rozmowy z potencjalnymi partnerami, które mogą pomóc przyspieszyć fazę prób u ludzi i przyspieszyć zakończenie prac nad opracowywaniem produktu końcowego i działaniami regulacyjnymi – powiedział on.


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

piątek, 27 września 2019

40 lat tajemnicy Oceanu Indyjskiego – cd.


Satelita zwiadowczy Vela 5B

Niedawno portal MSN przypomniał pewien incydent, który wydarzył się w dniu 22.IX.1979 roku na południowym Oceanie Indyjskim, a który w światowej literaturze znany jest jako Incydent Vela, a oto ten materiał:


40 lat tajemnicy. Kto stał za tajną eksplozją jądrową w pobliżu Antarktydy?


Satelita niespodziewanie wykrył silny błysk na oceanie w pobliżu Antarktydy. Impulsy były bliźniaczo podobne do takich, które są wywoływane przez eksplozję jądrową. Informacja o tym wywołała alarm w Waszyngtonie. Szybko zaczęto jednak sprawę tuszować, bo prawda byłaby bardzo niewygodna dla USA. Po odtajnieniu wielu dokumentów i ponownych analizach, dzisiaj jest jednak niemal pewne, że rzeczywiście 40 lat temu ktoś przeprowadził jedyną w swoim rodzaju tajną próbę jądrową. 

Nie ma też specjalnych wątpliwości co do tego, kto mógł to być - Izrael. Jak wynika z odtajnionych dokumentów, amerykańskie służby doszły do takiego wniosku niemal natychmiast. Jednak politycy w Waszyngtonie skutecznie doprowadzili do rozmycia faktów i stworzenia sytuacji braku pewności co do tego, co się wydarzyło 22 września 1979 roku gdzieś w pobliżu należących do RPA bezludnych Wysp Księcia Edwarda.

Teraz, po 40 latach, amerykańska organizacja National Security Archive zajmująca się wydobywaniem z archiwów rządowych niegdyś tajnych dokumentów, oraz renomowany magazyn "Foreign Policy", prezentują nowe dowody, nowe analizy i nowe relacje. Pozwalają one stwierdzić z dużą dozą pewności, że władze USA dobrze wiedziały co się wówczas stało. Jednak ujawnienie tego oznaczałoby potężny problem polityczny. Skoro więc fakty były niewygodne, tym gorzej dla faktów.

Satelity zwiadowcze z serii Vela Hotel


Nadzwyczajnie żywotny satelita


Błyski zostały wykryte przez amerykańskiego satelitę Vela 5B. Wystrzelono go na orbitę dekadę wcześniej, w ramach programu monitorowania przestrzegania Układu o Zakazie Testów Broni Jądrowej (w atmosferze, kosmosie i pod wodą), w skrócie LTBT. Krążące bardzo wysoko, niemal w jednej trzeciej drogi do Księżyca, satelity Vela obserwowały kulę ziemską, wypatrując unikalnych podwójnych błysków wywoływanych przez eksplozje jądrowe. Pierwszy, który powstaje w momencie detonacji, kiedy formuje się kula ognia. Milisekundy później zaczyna ona gwałtownie się rozszerzać i na chwilę światło słabnie, ale po kilku kolejnych milisekundach rozbłyska z jeszcze większą mocą. W naturze takie zjawisko nie występuje. Z tego powodu właśnie czegoś takiego wypatrywały satelity.

Kiedy więc 40 lat temu sygnał z Vela 5B został odebrany w centrum kontroli w USA, wywołał duże poruszenie. Ze względu na wiek satelita formalnie był już określany jako "nieaktywny", choć faktycznie część jego czujników nadal działała. Co więcej, nikt się nie spodziewał eksplozji jądrowej w tym momencie i w tym regionie.

W Białym Domu natychmiast zaczęto działać. W ciągu doby odbyło się kilka spotkań współpracowników prezydenta ds. bezpieczeństwa, a on sam był na bieżąco informowany i nakazał objęcie całej sprawy tajemnicą. Administracja prezydencka miała być "w stanie paniki". Trwała już wstępna kampania prezydencka przed wyborami w 1980 roku. Jednym z filarów wizerunku Cartera były działania na rzecz ograniczenia zbrojeń jądrowych. Prowadził między innymi globalną kampanię nakłaniania państw do przystępowania do układu LTBT. Kiedy pod koniec lat 70. na jaw wyszły prace nad bronią jądrową prowadzone przez Indie i Pakistan, doprowadził do objęcia tych państw sankcjami.

W takiej sytuacji ktokolwiek by przeprowadził skryty test w pobliżu Antarktydy, musiałby się spotkać ze zdecydowaną reakcją Waszyngtonu. Tymczasem służby już od pierwszej chwili wskazywały na jednego najbardziej prawdopodobnego winowajcę - Izrael. I tu pojawiał się problem. Carter dopiero co doprowadził do podpisania w 1978 roku porozumienia w Camp David pomiędzy Egiptem i Izraelem, na dobre kończącego erę wojen Państwa Żydowskiego z Arabami. Pod jego rządami zacieśniała się współpraca militarna USA i Izraela. Państwo Żydowskie stawało się ważnym partnerem w regionie.

Co prawda Carter nie był kochany przez lobby pro-izraelskie w USA, ze względu na swój upór i między innymi krytykę działań Żydów wobec Palestyńczyków, jednak od dekad każdy kandydat Partii Demokratycznej (z której był Carter), dostawał wsparcie mniejszości żydowskiej w USA. Było więc o co walczyć wobec zbliżających się wyborów.

Tymczasem wskazanie palcem na Izrael i stwierdzenie, że oto przeprowadził skryty test jądrowy, oznaczałoby potężny problem. Zgodnie z dopiero co wprowadzonymi w ostatnich latach przepisami, trzeba by nałożyć sankcje i odciąć wszelkie wsparcie finansowe. Z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby to potężne tąpnięcie w relacjach USA-Izrael i być może upadek historycznego porozumienia z Camp David, jednego z największych osiągnięć Cartera w polityce zagranicznej.

Dowody podobno były za słabe Przez ostatnie 40 lat ujawniono jednak wiele dokumentów i pojawił się szereg relacji, które podważają taką interpretację zdarzeń.


Miejsce incydentu


Wojsko i służby miały inne zadanie


Znamienna jest notka ze stycznia 1980 roku, opublikowana teraz po raz pierwszy przez National Security Archive. To wewnętrzna komunikacja współpracowników Cartera. Wynika z niej, że ku ich zaskoczeniu jeden z ich kolegów zorganizował spotkanie na temat incydentu z przedstawicielami Pentagonu, Departamentu Energii (odpowiada w USA za broń jądrową w każdym aspekcie poza jej użyciem), laboratorium w Los Alamos (najważniejszy amerykański ds. wojskowych technologii jądrowych) oraz CIA. - Mam wrażenie, że jego głównym celem jest wysłuchanie ich, aby móc ich później bezpieczniej ignorować - pisał o domniemanym zamiarze organizatora autor notatki, Jerry Oplinger.

Dodawał, że niezależnie od spotkania dowiedział się, iż "CIA zamierza przepisać swój pierwszy raport w ramach programu Safeguards-D, w którym stwierdzili, że na ponad 90 procent to był test broni jądrowej". - Musimy to powstrzymać. Nic nie będzie bardziej sugerowało zamiatania sprawy pod dywan, jak przepisanie pierwszej wersji raportu tak, aby pasowała do późniejszych ustaleń naszego panelu naukowców - stwierdzał. W ramach programu Safeguards-D służby USA dostarczały senatorom corocznego niejawnego raportu na temat przestrzegania traktatu LTBT.

Po lekturze tej notatki oraz szeregu innych ujawnionych przez National Security Archive staje się dość jasne, że amerykański wywiad i wojsko zdecydowanie stały na stanowisku, iż satelita Vela 5B wykrył test jądrowy.


Te wykresy mają być dowodem wprost na to, że satelita Vela 5B zaobserwował wybuch jądrowy na Oceanie Indyjskim


Dowody na tajną próbę


Na łamach "Foreign Policy" profesor Leonard Weiss, w 1979 roku pracujący w Senacie jako doradca zaangażowanego w kwestie rozbrojenia jądrowego senatora Johna Glenna, stwierdza, że jego zdaniem służby, wojsko i naukowcy nie mieli wątpliwości. Opisuje między innymi rozmowę ze specjalistą z Laboratorium Los Alamos Heatherem Hawkinsem, który dostał od wojskowego wywiadu dane z Vela 5B, celem pokazania ich koledze z laboratorium Hermanowi Hoerlinowi, twórcy głównych czujników zamontowanych na satelicie. - Nie powiedziałem mu, co to za dane i skąd je mam, tylko poprosiłem o ocenę. On wziął wydruki w rękę, przejechał po wykresach palcem jak dyrygent i od razu stwierdził: Atmosferyczna eksplozja jądrowa. Moc kilka kiloton. Prawdopodobnie ładunek był otoczony czymś dużym, barką albo czymś w tym stylu. Nie mam wątpliwości - relacjonował naukowiec.

Dodatkowe poparcie tezy o teście jądrowym pochodziło z wielkiego radioteleskopu Arecibo. Naukowcy go obsługujący wykryli nietypowe zakłócenia w jonosferze. Wspólnie z wywiadem i inżynierami z Los Alamos doszli do wniosku, że są one prawdopodobnie efektem silnej eksplozji. Jak stwierdzili, "są podobne do tego, co zarejestrowaliśmy po testach radzieckich na wyspie Nowa Ziemia w 1961 roku". Wskazali też obszary, gdzie mogło dojść do eksplozji. Jednym z nich były okolice Wysp Księcia Edwarda.

Trzecim dowodem na poparcie tezy o teście był raport Laboratorium Badawczego US Navy, zajmującego się między innymi siecią podmorskich czujników, wykrywających radzieckie okręty podwodne czy upadki testowanych radzieckich rakiet. Specjaliści z tegoż laboratorium znaleźli w swoich danych wyraźny zapis silnej eksplozji, która miała miejsce 22 września gdzieś w pobliżu Wysp Księcia Edwarda. W ich ocenie była to detonacja niewielkiego ładunku jądrowego. Byli co do tego pewni. Szczegółowy raport jest do dzisiaj tajny, jednak notatki odnoszące się do jego treści zostały ujawnione. W jednej z nich autor stwierdza, że główny naukowiec z laboratorium US Navy był mocno poirytowany oficjalnymi ustaleniami komisji Białego Domu, które nazywał "zamiataniem sprawy pod dywan". W innej jeden z naukowców pisze do doradcy prezydenta, że podczas prezentacji ustaleń US Navy przed komisją dr Ruina i "podczas dyskusji, która się wówczas wywiązała, chyba umknęło wszystkim kilka bardzo ważnych i jednoznacznie udokumentowanych faktów". Po czym szczegółowo opisuje, jak naukowcy analizujący zapisy dźwięków z oceanu, bez cienia wątpliwości doszli do wniosku, że w pobliżu Wysp Księcia Edwarda 22 września doszło do testu jądrowego.

Czwartym dowodem jest znalezienie podwyższonych ilości jodu-131 w tarczycach owiec z okolic Melbourne w Australii. Stwierdził to niezależnie od oficjalnego śledztwa amerykański naukowiec. Przez lata kupował on tarczyce owiec z całego świata i analizował je pod kątem zawartości unikalnych radioaktywnych pierwiastków uwalnianych przez eksplozje jądrowe. Tak się złożyło, że w listopadzie 1979 roku, niecałe dwa miesiące po incydencie, otrzymał tarczyce owiec z okolic Melbourne. O swoim odkryciu w nich jodu-131 zawiadomił służby. Wywiad wojskowy (DIA) stwierdził, że rzeczone owce-dawcy tarczyc, były wypasane w regionie, nad którym przemieszczały się masy powietrza nadlatujące z zachodu, z rejonu rzekomego testu jądrowego. Na ich pastwiska spadł wówczas deszcz. Informacja o tym znalazła się w notce do Henry'ego Kissingera, dorady Cartera ds. Bezpieczeństwa. Można ją przeczytać na stronie National Security Archive. Wywiad stwierdza, że "jod-131 może pochodzić z aktywności radioaktywnej nad południowym Atlantykiem".


Arsenał jądrowy, którego nie ma


Wszystkie powyższe dowody zostały jednak odrzucone przez oficjalny panel jako nie dość wiarygodne lub przekonujące. Kluczowe było to, że podczas 25 lotów specjalnego samolotu zwiadowczego nie wykryto śladów skażenia w powietrzu, a dane z satelity zawierały niewytłumaczalne odchyły od standardowego zapisu błysku eksplozji jądrowej.

Autorzy tekstu w magazynie "Foreign Policy" stwierdzają jednak bez ogródek, że oficjalny raport panelu był narzędziem administracji Cartera w "zamiataniu niewygodnej sprawy pod dywan". W ich ocenie informacje ujawnione na przestrzeni ostatnich 40 lat jednoznacznie wskazują na fakt przeprowadzanie 22 września 1979 roku unikalnego w historii testu jądrowego. Nigdy indziej nie dokonano czegoś takiego w sposób tak skryty.

Artykuł "Foreign Policy" jednoznacznie wskazuje też na Izrael. Takie miało być od początku założenie wojska i służb USA. To jedyne państwo dysponujące bronią jądrową, które mogło wówczas przeprowadzić taki test. Izraelczycy posiadali pierwsze bomby już prawdopodobnie w 1973 roku i poważnie rozważali możliwość ich użycia podczas wojny Yom Kippur. Byli jednak świadomi, że ich nowa broń jest jeszcze prymitywna i w kolejnych latach mieli przeprowadzić forsowny program stworzenia broni termojądrowej o nieporównywalnie większym potencjale. Test w 1979 roku mógł być ostateczną weryfikacją jej działania.

Dodatkowo Izrael współpracował wówczas z RPA, która też rozwijała swoją broń jądrową. W 1977 roku pod presją USA i ZSRR rząd w Pretorii zarzucił przygotowania do swojego pierwszego testu, jednak program trwał nadal. W latach 80. RPA posiadało pewną liczbą prostych bomb jądrowych. Skala kooperacji z Izraelem w ich opracowaniu i wyprodukowaniu nie jest jednak jasna. Oba państwa miały jednak motyw i możliwości, aby przeprowadzić w skryty sposób test jądrowy. Oba wielce by na nim zyskały.

Jest jednak prawdopodobne, że nigdy nie będzie jednoznacznego dowodu. Izraelski arsenał jądrowy jest takim ciekawym zjawiskiem, że wiadomo iż istnieje, znana jest mniej więcej jego historia i możliwości, jednak oficjalnie go nie ma.

Rząd Izraela od zawsze w żaden sposób nie komentuje tej sprawy. Oficjalnie nie ujawniono żadnych informacji. Kolejne rządy USA bronią takiego stanu rzeczy, chroniąc Izrael przed międzynarodową presją do poddania się kontroli. Taki stan pasuje Izraelczykom. Ich przeciwnicy wiedzą, że powinni się bać, a oni sami nie muszą się martwić traktatami czy inspekcjami, bo przecież nie ma żadnej izraelskiej broni jądrowej. Nie było oczywiście też jej testów. (Microsoft News - Wiadomości)


Moje 3 grosze


W jednym z moich artykułów na ten temat napisałem, że być może użyto wtedy nowej broni artyleryjskiej lub artyleryjsko-rakietowej – dalekosiężnego działa atomowego, analogu do superdziała z Projektu HARP o kalibrze 16”/406 mm, mogącego miotać pociski nuklearne o mocy do 20 kt na odległość powyżej 100 km i na wysokość 180 km czyli niskiej orbity wokółziemskiej (LEO) – zob. - https://wszechocean.blogspot.com/2019/06/projekt-harp-artyleryjska-bron-asat.html - które to działo mogłoby być bronią antysatelitarną. Fantastyka? No nie bardzo – wiele na to wskazuje, że tak być mogło. Byłaby to broń o wiele tańsza od rakiet antysatelitarnych.

Autorzy zakładają, że mogło to być broń skonstruowana w Izraelu i testowana w RPA. Dlaczego? To proste – Izrael był i nadal jest pod ciągłą obserwacją krajów arabskich i ZSRR/Rosji, więc taki numer po prostu by nie wyszedł. Poza tym strzały z takiego działa nie uszłyby uwagi szerokiej publiczności. Dlatego też eksperymenty z nim przeniesiono na daleki koniec świata – do RPA, która też miała żywotny interes w „zdejmowaniu” amerykańskich i radzieckich satelitów szpiegowskich ze swego nieba. Zbrodniczy reżim w Pretorii był w stanie dokonać ludobójstwa w stylu nazistowskich Einzatsgruppen na terytorium swoim i swoich sąsiadów. Podobnie państwo żydowskie otoczone przez wrogie kraje arabskie i uciskające Palestyńczyków. Tak więc ta hipoteza jest nader prawdopodobna.

Ale prawdy, jak w wielu takich przypadkach, nie dowiemy się nigdy…



piątek, 23 listopada 2018

Incydent Vela: WBP czy powtórka z Tunguski (3)




Trudne decyzje. Całą sprawę natychmiast postanowiono utajnić. Ujawnienie incydentu mogło zaszkodzić wizerunkowi USA i administracji Jimmy’ego Cartera. Prezydent jesienią 1979 roku był jeszcze oddany idei odprężenia w relacjach ZSRR i dążył do redukcji arsenałów jądrowych oraz ograniczeniu rozprzestrzeniania się broni masowej zagłady. Trzy miesiące wcześniej podpisano porozumienie SALT II, które miało drastycznie zmniejszyć ilość broni strategicznej w wojskach USA i ZSRR. Dopiero w grudniu 1979 roku ZSRR rozpoczęły inwazję na Afganistan i Carter musiał porzucić „odprężenie”. Traktat SALT II nigdy nie wszedł w życie.

Jednak kilka miesięcy wcześniej prezydent trzymał się polityki rozbrojeniowej. W takiej sytuacji tajemnicza próba jądrowa, o której w USA nikt nic nie wiedział, stanowiła poważny cios w wizerunek władz. Sprawę w dalszym stopniu komplikowało to, że praktycznie od razu pierwszym podejrzanym stał się Izrael. Po obaleniu szacha w Iranie państwo żydowskie było wówczas jedynym silnym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie. Amerykanie już od końca lat 60. wiedzieli, że Izrael opracował broń jądrową. Jednak Tel Awiw utrzymywał całą sprawę w ścisłej tajemnicy, nawet przed USA. Nigdy nie zaobserwowano żadnej próby jądrowej w wykonaniu Izraelczyków, a przeprowadzenie jej na terenie ich małego państwa w sposób skryty nie było możliwe. Gdyby „Incydent VELA” powiązano z Izraelem, Carter stanąłby przed trudnym wyborem - ukarać silnego sojusznika, który był niezbędny do utrzymania pożądanej przez Amerykanów równowagi sił na Bliskim Wschodzie, czy też okazać pobłażanie i narazić się na krytykę przeciwników broni jądrowej w kraju? Pomimo zrozumiałych starań Białego Domu tajemnica została utrzymana tylko przez miesiąc. Pod koniec października informacja o „Incydencie VELA” przedostała się do prasy i wywołała burzę.

Początek kontrowersji Opinia publiczna w USA domagała się informacji i wyjaśnienia sprawy. Carter zlecił zbadanie „Incydentu VELA” Biuru ds. Polityki Naukowej i Technologicznej, specjalnemu ciału doradczemu w administracji prezydenta. Tam powołano komisję złożoną z dziewięciu wybitnych naukowców. Mieli zbadać wszelkie dowody i ustalić, czy satelita rzeczywiście zaobserwował eksplozję jądrową. Biały Dom stwierdził, że samoloty i okręty nie znalazły żadnych śladów radioaktywnych, wobec czego wskazano na możliwy błąd czujników satelity VELA 6911. Prace komisji trwały pół roku. Wyjaśnienie przez nią przedstawione do dzisiaj budzi kontrowersje i jest podważane. Naukowcy uznali „w oparciu o swoje doświadczenie w tym zakresie, że sygnał odebrany 22 września prawdopodobnie nie był skutkiem eksplozji jądrowej”. Zastrzegli przy tym, że nie mogą wykluczyć, iż do takowej doszło. Za prawdopodobną przyczynę zarejestrowania rozbłysków uznali uderzenie w satelitę mikrometeoru. Jak USA zaakceptowały atomowy Izrael Dokładnie 45 lat... czytaj dalej »Krytycy zarzucają komisji zignorowanie części dowodów przemawiających za tezą o próbie jądrowej. Chodzi między innymi o sygnały z sieci sonarowej US Navy, która 22 września namierzyła w obszarze wskazanym przez satelitę dźwięk odpowiadający detonacji bomby atomowej na powierzchni lub tuż pod powierzchnią wody. Jako nie dość przekonujące odrzucono również informacje o wykryciu fali elektromagnetycznej, która mogła powstać w wyniku eksplozji, oraz szczątkowych śladach cząsteczek radioaktywnych znalezionych na zachodzie Australii.

Niewyjaśniona zagadka Do dzisiaj odtajniono wiele raportów na temat „Incydentu Vela” przygotowywanych na zlecenie różnych służb i agencji władz USA. Większość jest silnie ocenzurowana. Z ich lektury wynika, że Amerykanie nigdy nie ustalili jednoznacznie, czy 22 września doszło do tajnej próby jądrowej czy też nie. W wielu wypadkach stwierdza się wysokie prawdopodobieństwo, że satelita VELA 6911 wykrył wybuch, ale brak twardych dowodów na potwierdzenie tej tezy. W innych wskazuje się na potencjalne naturalne źródło rozbłysków. Wątpliwości nie miał na przykład Seymour Hersh, autor swojego czasu głośnej książki „Opcja Samsona” opisującej kulisy izraelskiego programu jądrowego. Powołując się między innymi na byłego pracownika izraelskiego wywiadu wojskowego, dziennikarz stwierdził jednoznacznie, że 22 września 1979 roku Izrael przeprowadził jedną z trzech tajnych prób małych ładunków jądrowych. W wyniku pomyłki eksplozja miała być widoczna z kosmosu przez chwilową dziurę w chmurach. Izraelskie próby miało obserwować wojsko RPA, gdzie wówczas prowadzono własny program jądrowy. Podobne informacje podawał były radziecki szpieg Dieter Gerhardt, który dosłużył się stopnia komandora we flocie RPA i w 1979 dowodził dużą bazą Simon’s Town. Po wyjściu z amerykańskiego więzienia w 1994 roku stwierdził, że podczas służby dowiedział się z drugiej ręki o izraelskich próbach jądrowych, które przeprowadzano za wiedzą rządu RPA. Współpraca miała nosić kryptonim „Operacja Feniks”. Pomimo upływu ponad trzech dekad nadal brakuje przekonującego wyjaśnienia „Incydentu VELA”.

Władze RPA po upadku apartheidu odtajniły większość informacji o swoim programie jądrowym i jest niemal pewne, że to państwo nigdy nie testowało swoich bomb. Na pewno nie w 1979 roku, bowiem wówczas nie były jeszcze gotowe. Pozostaje wątek izraelski, ale władze państwa żydowskiego są nadzwyczaj skryte jeśli chodzi o swój program jądrowy i praktycznie cała wiedza na jego temat pochodzi z nielicznych przecieków. „Incydent VELA” mógłby zostać przekonująco wyjaśniony, gdyby Izrael zdecydował się na odtajnienie informacji odnośnie początków swojego programu jądrowego. Na to jednak się nie zanosi i spekulacje na temat tego, co właściwie zobaczył satelita VELA 6911, będą trwały.[1]

No cóż, Izrael nie ujawnił i nie ujawni swych sekretów, tym bardziej tych obronnych. Nie ma co na to liczyć, co mnie nie dziwi. Natomiast chciałbym podzielić się z Czytelnikiem pewną refleksją na temat wydarzeń z 1979 roku.

Dla mnie był to rok szczególny. Kończyłem studia na wrocławskim „Zmechu” i przygotowywałem się do promocji, kiedy w dniu 20.VIII.1979 roku miałem okazję zaobserwować przelot czegoś, co później nazwano Wielkim Bolidem Polskim – WBP, a który to przelot wzbudził swego czasu wiele kontrowersji i sporów ufologów. Początkowo WBP skojarzył mi się z jakimś wielogłowicowym SLBM wystrzelonym z pokładu radzieckiego lub amerykańskiego SSBN – rakietowego okrętu podwodnego z napędem atomowym, który to pocisk wymknął się spod kontroli i poleciał w kierunku SE-S spod Morza Norweskiego lub Północnego Atlantyku nad Półwysep Skandynawski, Bałtyk, Polskę, wschodnią część Słowacji, Węgry i Rumunię, a następnie – i tu wersje są podzielone – spadł gdzieś w Morze Czarne albo wyszedł z atmosfery ziemskiej na LEO[2]. Trzecia wersja mówi o całkowitym rozpadzie i spłonięciu meteoroidu w atmosferze.[3] I wszelki ślad po nim zaginął.[4]

Czyżby?

Zastanawiające jest to, że wydarzenie zaobserwowane przez satelitę Vela 10/Vela 5B/OPS 6911 miało miejsce miesiąc po przelocie WBP. Czyżby więc te zjawiska miały ze sobą coś wspólnego? Niestety, mamy za mało danych do udowodnienia takiej możliwości. Czy obiekty te są tylko jednym obiektem, który wszedł na orbitę i w miesiąc później z niej spadł w rejonie południowych akwenów Oceanu Indyjskiego? Tylko kto wypuścił to „coś” na orbitę? I skąd?
Tak czy owak, mogło to być jakieś omyłkowe odpalenie pocisku rakietowego z ziemi czy okrętu podwodnego. Jeszcze w latach 90-tych, senator Sam Nunn opublikował oświadczenie mówiące o kilku takich strzałach rakietowych, które odbyły się samowolnie i bez wiedzy człowieka. Dwa z nich miały miejsce w latach 80-tych.

Ale o czym w ogóle mówimy! Mamy rok 2018, i takie przypadki nadal się zdarzają, czego przykładem jest ostatni przypadek zaginięcia międzykontynentalnego manewrującego pocisku rakietowego Buriewiestnik – o czym pisze Rafał Muczyński:

Zgodnie z doniesieniami medialnymi z 21 sierpnia, popartymi informacjami wywiadu USA, Federacja Rosyjska ma rozpocząć poszukiwania pocisku manewrującego 9M730 Buriewiestnik o napędzie nuklearnym, który miał zaginąć podczas jednego z czterech testów w Arktyce.

Istnienie pocisku manewrującego o napędzie nuklearnym Buriewiestnik zostało ujawnione 1 marca, natomiast 19 lipca zaprezentowano ujęcia ze startu i linii montażowej.

Sieć informacyjna CNBC, powołując się na raport amerykańskiego wywiadu wojskowego DIA twierdzi, że wkrótce na Morzu Barentsa ma rozpocząć się operacja poszukiwawczo-ratownicza mająca na celu próbę podjęcia z dna morskiego rozbitego w listopadzie 2017 pocisku rakietowego. W poszukiwaniach mają wziąć udział trzy okręty. Na pokładzie jednego z nich znajdzie się specjalistyczna aparatura, niezbędna do prowadzenia działań z materiałami radioaktywnymi. 

Cztery nieudane testy pocisku manewrującego 9M730 Buriewiestnik, miały zostać przeprowadzone pomiędzy listopadem 2017 a lutym 2018. Według DIA, najkrótsza próba trwała zaledwie 4 sekundy, natomiast najdłuższa 2 minuty (podczas której pocisk pokonał odległość ok. 35 km). Nie jest jasne czy podczas nieudanych testów doszło do wycieku paliwa jądrowego (prawdopodobnie wysoko wzbogaconego uranu-235). Nie wiadomo również czy podczas pierwszych prób sam miniaturowy reaktor napędzający pocisk zadziałał prawidłowo. 

System rakietowy 9M730 Buriewiestnik został ujawniony 1 marca 2018 przez prezydenta Władimira Putina podczas corocznego przemówienia do Zgromadzenia Federalnego. Zaprezentowano wówczas również wizualizacje i fotografie prototypu ciężkiego, międzykontynentalnego pocisku balistycznego RS-28 Sarmat, hipersonicznego pocisku rakietowego Ch-47M2 Kindżał, torpedy (bądź podwodnego bezzałogowca) o napędzie nuklearnym Posejdon (wcześniej znanej jako Status-6/Kanyon), hipersonicznego pojazdu szybującego Awangarda czy systemu laserowego Pierieswiet. Nazwy większości systemów zostały wybrane w wyniku publicznego głosowania.

Dzięki zastosowaniu miniaturowych reaktorów jądrowych, zarówno w pocisku Buriewiestnik, jak i torpedzie Posejdon, oba systemy mają charakteryzować się niemal nieograniczonym zasięgiem, a zastosowanie głowic nuklearnych, zgodnie z zapowiedziami, zwiększałoby możliwości i znaczenie strategiczne tego uzbrojenia. Ponadto, opublikowane ujęcia z linii montażowej wskazują, że pocisk charakteryzuje się obniżonym przekrojem radarowym, a według Rosjan ma poruszać się z prędkością ponaddźwiękową.

Niezależny portal The Barents Observer informował w marcu, że nad północną Europą, w regionie granicy norwesko-rosyjskiej zanotowano podwyższony poziom promieniowania radioaktywnego, co może mieć związek z testami pocisków Buriewiestnik. Wzrost zmierzono kilkukrotnie w 2017 i na początku 2018 w czasie gdy Rosja przeprowadzała cztery testy pocisków.

Na podstawie ujawnionego 19 lipca nagrania wideo przez Ministerstwo Obrony Rosji, przeanalizowano widoczną linię brzegową w tle i zestawiono to ze zdjęciami satelitarnymi, wykazując, że start pocisku miał prawdopodobnie miejsce w rejonie stacji badawczej Pankowo na Nowej Ziemi w Arktyce. Stacja była używana przez naukowców od 1961, gdy ZSRR przeprowadzał w tym rejonie próby jądrowe. Pocisk miał skierować się w rejon cieśniny Matoczkin Szar, a następnie w kierunku przylądka Suchoj Nos. Wynika z tego, że obszarem poszukiwań mogą być wody Morza Barentsa na zachód lub północny-zachód od cieśniny.

22 sierpnia norweska agencja rządowa NRPA (Norwegian Radiation Protection Authority), zajmująca się bezpieczeństwem nuklearnym, wysłała do władz rosyjskich zapytanie w sprawie katastrofy pocisku manewrującego. Obecnie poziom promieniowania radioaktywnego we wskazanym obszarze nie odbiega od norm. [5]

To wszystko odbyło się kilka miesięcy temu na Oceanie Arktycznym. Jak widać zagubienie wystrzelonego pocisku bądź omyłkowe wystrzelenie SLBM czy ICBM jest możliwe nawet dzisiaj, a co dopiero w 1979 roku!

No właśnie, powróćmy do naszej sprawy – rzecz, jak czytamy, miała miejsce na południowych akwenach Oceanu Indyjskiego, a nie Atlantyku – jak podawały to różne źródła. Chociaż… Z załączonej mapki eksperymentów z bronią jądrową (A) i termojądrową (H) wynika, że w roku 1958 nad Południowym Atlantykiem Amerykanie zdetonowali trzy słabe ładunki atomowe o mocy <10 kt. Jak widać z tejże mapki, eksplozja zaobserwowana z satelity Vela miała miejsce na podobnej szerokości geograficznej, ale na Oceanie Indyjskim. Czyli mogła to być amerykańska „powtórka z rozrywki”, o czym – rzecz jasna – nie można było i nadal nie wolno mówić… Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że mamy do czynienia jednak z amerykańskim eksperymentem. Eksperymentem z głowicą N - neutronową. Wtedy to była najnowsza zabawka i kolejny straszak dla świata, który za mało miał strachu…

Z mapki skażeń w Australii wynikałoby, że to jednak było radioaktywne „echo” wybuchu jądrowego na Oceanie Indyjskim. Osobiście jednak nie ufam tym pomiarom, zważywszy fakt iż w Australii istniały trzy poligony nuklearne: Płw. York, gdzie testowano wpływ eksplozji jądrowej na las deszczowy, Monte Bello Islands, gdzie zdetonowano 3 ładunki średniej mocy i Maralinga, gdzie zdetonowano 9 ładunków małej mocy a także przeprowadzano eksperymenty z np. gaszeniem pożarów różnych urządzeń jądrowych i inne z materiałami radioaktywnymi. Powstałe wskutek tego skażenia mogły mieć wpływ na wyniki przeprowadzanych tam pomiarów. Dlatego oceniam je jako wątpliwe. 
Tłumaczenie, że błyski spowodował mikrometeoroid, który uderzył w obiektyw Veli jest – delikatnie mówiąc – żenujące i ciągnięte za włosy i szkoda mi czasu na jego rozważanie.

Wracając do WBP, to istnieje możliwość, że mamy do czynienia z powtórką z tego, co wydarzyło się w dniu 30.VI.1908 roku w rejonie rzeki Podkamiennej Tunguskiej. Był to meteoroid, który wtargnął w atmosferę Ziemi i detonował – na szczęście nie za mocno – na tym akwenem. To było coś mniejszego nawet od słynnego Meteorytu Czelabińskiego z dnia 15.II.2013 roku, który eksplodował nad miastem o godzinie 09:20 YEKT/03:20 GMT na wysokości 29.700 m wydzielając energię równą eksplozi 0,5 Mt. Jego masa wynosiła 10.000 ton, a średnica 17-20 m. Wybuch spowodował falę sejsmiczną o M2,7. Fala uderzeniowa wybiła całą masę szyb i spowodowała straty oszacowane na 1 mld RUR, poszkodowanych zostało wiele osób. Coś takiego mogło wydarzyć się też nad Indykiem. Niestety, nie wiadomo, czy fale uderzeniowe i sejsmiczne zostały zaobserwowane przez załogę francuskiej stacji antarktycznej Alfred Faure, która działa na Wyspach Crozeta od 1961 roku. Gdyby je zaobserwowano, to byłby to dowód wprost na eksplozję w tym rejonie Indyka. Obawiam się jednak, że jeżeli takie obserwacje były, to raporty o nich są głęboko ukryte w sejfach w Paryżu, Waszyngtonie i Pretorii…   


Zebrał i opracował - ©R.K.F. Leśniakiewicz


[2] Niska orbita wokółziemska.
[3] Zob. B. Rzepecki & K. Piechota – „UFO nad Polską”, Białystok 1996; Lucjan Znicz-Sawicki – „Goście z Kosmosu – UFO” t. 3, Gdańsk 1983.
[4] Zob. „Bolid syberyjski” (21) - https://hyboriana.blogspot.com/2012/06/9.html

czwartek, 22 listopada 2018

Incydent Vela: WBP czy powtórka z Tunguski (2)




Raport uczonych z Los Alamos Scientific Labotatory z 1981 roku:

- Dane o plazmie i dane geofizyczne z satelity TIROS-N uzyskane w dniu 22.IX.1979 roku zostały zanalizowane w celu określenia czy doszło do fali elektronów wykrytej przez tego satelitę o godzinie 00:54.49 GMT, mającego związek z naziemnym wybuchem atomowym. Zdarzenie takie jak eksplozja nuklearna zostało wydedukowane z sygnałów świetlnych wykrytych przez dwa detektory satelity Vela 6911 na 2 minuty przed obserwacją z satelity TIROS-N. Wykryliśmy falę elektronów, która była duża, ale nie unikalna. Była ona wynikiem przejścia satelity TIROS-N przez falę elektronów ponad poprzednio istniejącym łukiem zorzy polarnej, który być może lśnił z niezwykle dużą intensywnością z naturalnych przyczyn, 3 minuty przed sygnałami z satelity Vela 6911...

Doszliśmy do wniosku, że takie wydarzenie, chociaż rzadkie nie jest unikalnym i ponadto skoro to wydarzenie jest związane z łukiem zorzy polarnej, który prawdopodobnie istniał przed wydarzeniem z satelitą Vela. Chociaż można argumentować, że ten segment łuku w którym znajdował się TIROS-N był zintensyfikowany przez naziemny wybuch nuklearny, to nie znaleźliśmy dowodów na poparcie tej tezy, ani tego, że obserwacja była niczym innym tylko rezultatem naturalnych procesów magnetosferycznych.

W październiku 1984 roku, amerykański wywiad ocenił nuklearny program RPA i:

- Wciąż nie ma zgody w służbach wywiadowczych co do tego, czy ten błysk na Południowym Atlantyku wykryty przez amerykańskiego satelitę we wrześniu 1979 roku był testem jądrowym, i jeśli tak, to przez RPA. Jeśli to drugie, potrzeba RPA, aby przetestować urządzenie w czasie tego oszacowania, jest znacznie zmniejszona.

Skrócony tekst tego wystąpienia został użyty w memorandum NIC[1] z września 1985 roku. W lutym 1994 roku komandor Dieter Gerhardt – skazany radziecki szpieg i były dowódca bazy marynarki RPA w Simon’s Town wypowiedział się na temat tego incydentu siedząc w więzieniu. Powiedział on:

- Chociaż nie byłem wprost zaangażowany w planowanie czy wykonanie tej operacji, to dowiedziałem się nieoficjalnie, że ten wybuch został spowodowany przez izraelsko-południowoafrykański test o kryptonimie Operation Phoenix. Eksplozja była „czysta” i niemal nie można jej było wykryć. Ale oni nie byli tak sprytni jak im się wydawało, bo zmieniła się pogoda, i właśnie dlatego Amerykanom udało się go wykryć.

Gerhardt dalej twierdzi, że żaden okręt RPA nie brał w tym udziału i że nie ma żadnych danych z pierwszej ręki na temat tego eksperymentu. W 1993 roku, kiedy prezydent F.W. de Klerk przyznał, że Południowa Afryka miała w swym posiadaniu 6 głowic jądrowych i 7 w produkcji, ale wszystkie one zostały zdemontowane zanim doszło do ogólnych wyborów[2] w kwietniu 1994 roku.

Izraelska bomba atomowa wzorowana na amerykańskich wczesnych bombach A

Potem nie było jakichś wzmianek na temat Incydentu Vela czy kooperacji Izraela w południowoafrykańskim programie atomowym. W dniu 20.IV.1997 roku, izraelski dziennik „Haaretz” zacytował południowoafrykańskiego ministra spraw zagranicznych Aziza Pahada jak potwierdził on to, że „podwójny błysk” nad Oceanem Indyjskim był rzeczywiście południowoafrykańskim testem nuklearnym. „Haaretz” także cytował dawne informacje, że Izrael zakupił w RPA 550 ton uranu do swej elektrowni jądrowej w Dimona (na pustyni Negev). W zamian Izrael jakoby przekazywał RPA istotną wiedzę na temat konstrukcji broni jądrowej i wzbogacony materiał do zwiększenia mocy rażenia głowic nuklearnych. Oświadczenie Pahada zostało potwierdzone przez ambasadora USA w Pretorii, RPA, ale sekretarz prasowy Pahada oświadczył, że Pahad powiedział tylko, że „są tylko pogłoski na temat tego, iż test ten w ogóle miał miejsce i jako taki powinien zostać zbadany”. Innymi słowy mówiąc, on tylko powtórzył plotki krążące od lat. Dawid Albright komentując efekty tego doniesienia prasowego oświadczył:

- Rząd USA powinien odtajnić dodatkowe informacje na temat tego wydarzenia. Dokładne przewentylowanie tych informacji mogłoby rozwiązać tą kontrowersję.

W październiku 1999 roku, opublikowano list senackiej Republican Policy Commitee w przeciwieństwie do Traktatu twierdzi:

Pozostaje niepewność co do tego, czy południowoatlantycki błysk we wrześniu 1979 r. Zarejestrowany przez czujniki optyczne na amerykańskim satelicie Vela był detonacją jądrową, a jeśli tak, komu należy.

W roku 2003, Stansfield Turner – dyrektor CIA w administracji Cartera oświadczył, że satelita Vela wykrył „fenomen stworzony przez człowieka”.

W swej książce wydanej w 2006 roku pt. „On the Brink”, były oficer operacyjny CIA Tyler Drumheller napisał o swej misji w RPA w latach 1983-1988:

Odnieśliśmy sukces operacyjny, przede wszystkim w zakresie potencjału nuklearnego Pretorii. Moje źródła potwierdziły bezsprzecznie, że rząd apartheidu rzeczywiście wypróbował bombę atomową na Południowym Atlantyku w 1979 roku, i że opracowali system przenoszenia za pomocą Izraelczyków.

Południowoafrykańskie głowice jądrowe

W roku 2010, Jimmy Carter opublikował swe „Dzienniki z Białego Domu”. W zapisie z dnia 22.IX.1979 roku napisał on tak:

- Istnieje wskazówka wybuchu atomowego w regionie Południowej Afryki – albo RPA i Izrael użyły okrętu na morzu, albo nie.

W zapisie z dnia 27.II.1980 roku napisał on:

- Mamy wzrastające przekonanie wraz z uczonymi co do tego, że Izraelczycy przeprowadzili nuklearny test na oceanie niedaleko od południowego końca Afryki.

Kilka dyplomatycznych depesz ujawnionych w trakcie afery z WikiLeaks ujawniły pewien wstępny szacunek danych uzyskanych przez satelity Vela – depesza datowana na 26.X.1979 roku głosi:

Poddaliśmy te dane intensywnemu przeglądowi technicznemu, a przegląd ten potwierdza wniosek, że prawdopodobnie doszło do wybuchu jądrowego.

Pewne amerykańskie informacje związane z tym incydentem zostało odtajnionych w formie surowo zredagowanych raportów i memorandów na podstawie US FOIA[3], dnia 5.V.2006 roku wiele z nich stało się dostępnych w Narodowym Archiwum Bezpieczeństwa.

W raporcie z 2006 roku, William Burr i Avner Cohen z Narodowego Archiwum Bezpieczeństwa na Uniwersytecie George’a Waszyngtona i Międzynarodowego Projektu Historycznego Proliferacji Nuklearnej odnotowali, że debata na temat błysków na Południowym Atlantyku w ciągu kilku ostatnich lat zmierza w kierunku uznania, że był to test broni nuklearnej. Twierdzą oni, że:

- Panel szanowanych naukowców sponsorowany przez CIA doszedł do wniosku, że tajemniczy błysk dostrzeżony przez satelitę Vela nad Południowym Atlantykiem w nocy 22.IX.1979 roku był najprawdopodobniej nuklearnym testem.

Nowo wydany raport był oparty w głównej mierze o odtajnione dokumenty z Archiwów Narodowych Gerarda C. Smitha – byłego ambasadora i specjalnego wysłannika ds. nieproliferacji broni jądrowej za czasów prezydentury Jimmy’ego Cartera. Smith powiedział tak:

- Nigdy nie udało mi się uwolnić od myśli, że to wydarzenie było wspólną operacją między Izraelem a RPA.

Dokumenty cytowane w raporcie Departamentu Stanu USA z czerwca 1980 roku, w którym wicedyrektor DIA[4] Jack Varona powiedział, że:

- …śledztwo w tej sprawie w USA to „pranie do białości z powodów politycznych” oparte na „słabym dowodzie”. Dodał, że „ciężar dowodów wskazywał na wydarzenie nuklearne” i przytoczył dane hydroakustyczne analizowane przez Naval Research Laboratory. Dane, jak zasugerował, zawierały „sygnały ... unikalne dla eksplozji atomowych w środowisku morskim” i emanujące z obszaru „płytkich wód pomiędzy Księcia Edwarda i Wysp Marion, na południowy-wschód od Południowej Afryki”.

W nowym studium z 2008 roku potwierdzono, że najprawdopodobniej był to nuklearny test przeprowadzony przez Izrael.



I to tyle podaje amerykańska Wikipedia. W celu dopełnienia obrazu zacytuję tutaj materiał autorstwa Macieja Kucharczyka:

35 lat temu amerykański satelita VELA zbudowany do wykrywania prób jądrowych zarejestrował dwa silne rozbłyski światła. Urządzenia automatycznie zidentyfikowały je jako eksplozję bomby. Wywołało to wielką konsternację w Waszyngtonie, bowiem rozbłyski pojawiły się na pustym skrawku oceanu pomiędzy Antarktydą a Afryką. Do dzisiaj nie wyjaśniono co zarejestrował satelita. Jedną z dominujących tez jest tajny izraelski test broni jądrowej. Satelity systemu VELA zostały umieszczone na orbicie przez Amerykanów w celu monitorowania przestrzegania porozumienia o zakazie prób jądrowych w atmosferze, wodzie i kosmosie. Zawarto je w 1963 roku. Kilka tygodni po podpisaniu dokumentów pierwsze satelity VELA znalazł się w kosmosie. Umieszczano je bardzo wysoko nad Ziemią (od 80 do 140 tysięcy kilometrów), tak aby mogły obserwować jak największy obszar planety. Satelita VELA 6911 został wystrzelony w 1969 roku. Był zmodyfikowany względem pierwszych modeli. Miał między innymi dwa czujniki wykrywające rozbłyski światła generowane przez wybuchający ładunek jądrowy. Satelity VELA miały działać po kilka lat, ale dzięki dobrej budowie większość funkcjonowała znacznie dłużej. Większość dwa razy.

Błyski znikąd. Po dekadzie na orbicie VELA 6911 w 1979 roku formalnie był już nieaktywny i tak widniał w publicznie dostępnych dokumentach. Pomimo tego jego systemy ciągle działały. 22 września ku zaskoczeniu kontrolerów w USA satelita wysłał sygnał o wykryciu dwóch rozbłysków na mroźnym południowym Oceanie Indyjskim. Umiejscowiono je w promieniu kilkuset kilometrów od dwóch małych wysepek księcia Edwarda należących do RPA. Pierwszy z zarejestrowanych rozbłysków był bardzo intensywny i trwał niezwykle krótko, około milisekundy. Tuż po nim nastąpił kolejny, znacznie dłuższy, ale mniej intensywny. Taka charakterystyka odpowiada eksplozji jądrowej. Pierwszy błysk powstaje w momencie detonacji, ale zostaje błyskawicznie przysłonięty przez falę uderzeniową rozchodzącą się od epicentrum. Po mniej niż sekundzie ognista kula ponownie staje się widoczna, ale już nie emituje tak silnego światła.

Systemy satelity zaobserwowany podwójny rozbłysk zakwalifikowały jako eksplozję jądrową. Informacja o tym zaskakującym zdarzeniu została szybko przekazana do Waszyngtonu, gdzie zwołano naradę na najwyższym szczeblu w Białym Domu. Uznano wówczas, że możliwość pomyłki jest bardzo mała. Dotychczas satelity VELA działały bezbłędnie i wykryły 41 wybuchów, które zostały później potwierdzone. W przypadku najnowszego sygnału powstał jednak problem. Skąd na pustym oceanie eksplozja jądrowa?   Nad obszar wskazany przez satelitę wysłano specjalistyczne samoloty zbierające próbki powietrza w celu wykrycia ewentualnego opadu radioaktywnego. Do zbadania tajemniczego zdarzenia, nazwanego „Incydentem VELA”, skierowano też CIA.

CDN.


[1] National Intelligence Council - Narodowa Rada Wywiadów
[2] Ogólnych tzn. z udziałem kolorowej ludności RPA, która nie miała żadnych praw wyborczych.
[3] Freedom of Information Act – Ustawa o wolności informacji.
[4] US Defense Intelligence Agency – Agencja Wywiadu Obronnego USA.