Powered By Blogger

niedziela, 4 stycznia 2015

Pogodowe podsumowanie 2014 roku


Rok 2014 był Rokiem Saturna w „Kalendarzu Stuletnim” o. Mauritiusa Knauera, ale niewiele miał z takim rokiem wspólnego. Przede wszystkim charakteryzował się tym, że był ciepły, a nawet bardzo ciepły. Najcieplejszy od niemal 400 lat, jak twierdzą meteorolodzy, a przynajmniej od czasu, kiedy prowadzi się regularne, naukowe obserwacje pogody, tzn. od początków XIX wieku. Gołym okiem widać, że Efekt Globalnego Ocieplenia - EGO jest namacalnym faktem, a nie wymysłem klimatologów i ekologów. A zatem:

STYCZEŃ: Ten zimowy miesiąc był u nas zimowym tylko z nazwy, bowiem przy stosunkowo wysokiej temperaturze – w diapazonie pomiędzy -14,5°C a +12,1°C, przy wiejącym przez 11 dni wietrze fenowym i minimalnych opadach śniegu i deszczu – 11,87 l/m² - trudno było mówić o prawdziwej zimie. Nawet w ogródkach kwitły stokrotki. U nas śnieg znajdował się powyżej 800 m n.p.m. a na Babiej Górze było go tylko kilkanaście cm. Końcówka miesiąca była przez parę dni mroźna  np. 27.I odnotowano -14°C. Prawdziwa zima tymczasem szalała na Lubelszczyźnie, gdzie doszło do klęski żywiołowej! Ogromne zaspy odcięły od świata kilkanaście miejscowości! Podobnie było w USA, gdzie w Minnesocie temperatury przy potężnych opadach śniegu spadły do -60°C! , a nawet w Toronto odnotowano -39°C.

LUTY: Pomimo okrutnej nazwy tego miesiąca, Pani Aura była dla nas niezmiernie łaskawą. Temperatury pomiędzy -4,9°C a +12,6°C pozwalały, podobnie jak w styczniu, zaoszczędzić na paliwach i środkach zimowego utrzymania dróg. I znów mieliśmy 11 dni z wiatrem halnym, który dmuchał nam w I dekadzie miesiąca. Opadów – jak na lekarstwo, wszystkiego 15,18 mm wody w postaci deszczu i śniegu.  Najcieplejszym dniem był 3 luty gdy odnotowano +15°C. Na Kasprowym Wierchu było zaledwie 60 cm śniegu, a na Hali Gąsienicowej tylko płaty. Tymczasem na świecie nie było tak cieplutko, jak u nas i tak: Bałkany, Austria, USA, Kanada – nastały mrozy i wielkie śniegi, podobnie jak w Hiszpanii. W Wielkiej Brytanii około 17.II była powódź. Tymczasem u nas: 19.II na ul. Komunalnej pojawiły się przebiśniegi, 21.II w moim ogrodzie pojawiły się hiacynty, 22.II usłyszeliśmy pierwsze bębnienie dzięciołów, zaś 24.II zakwitł wawrzynek wilcze łyko. Dnia 25.II w Nowym Targu pojawiły się lepiężniki, zaś 26.II w Krakowie zakwitły przebiśniegi i krokusy, a w Jordanowie podbiały! Z kolei pierwszy krokus w Jordanowie został zauważony 28.II.

MARZEC: Ten miesiąc był już ciepły, o temperaturach w rozpiętości od -5,3°C aż do +19,2°C. Jeżeli idzie o opady, to nie było ich zbyt wiele – wszystkiego 42,86 mm wody deszczowej. Jedynym mocniejszym akcentem była trzydniowa nawałnica w dniach 15-17.III, która uderzyła na nas z północnego-zachodu od Osieleckiej Bramy.  Na Kasprowym Wierchu było zaledwie 55 cm śniegu podczas gdy w marcu jest go najwięcej. Na Hali Krupowej w ogóle nie było śniegu. Dnia 1.III zaobserwowano ogrodowe pierwiosnki, zaś 14.III – dzikie, 18.III zakwitły żonkile. Dnia 25.III pojawiły się dwa czarne bociany gniazdujące w okolicach Góry Ludwiki.

KWIECIEŃ: miesiąc już całkowicie wiosenny, z temperaturami od -1,1°C do +23,3°C w dniu 20.IV, tego też dnia pojawiła się pierwsza burza. Ogółem spadło nam z nieba 59,85 l/m² wody opadowej w czasie 6 burz w II i III dekadzie miesiąca. Znów zaobserwowano zjawisko „obchodzenia” Jordanowa przez burze od południa i północy. 3.IV zakwitły pierwsze tarniny, 5.IV w Krakowie kwitła grusza. Dnia 13.IV znaleziono pierwszą piestrzenicę, zaś 27.IV pierwsze smardze. W dniu 14.IV okukała nas pierwsza kukułka. 17.IV zaobserwowano Jordanowie pierwsze jaskółki. Z kolei 11,12,18 kwietnia zaobserwowano niewielkie przymrozki około -1°C.W dniu 18 kwietnia z Mount Everestu zeszła lawina śnieżna, było dużo ofiar.

MAJ: Ten miesiąc był ciepły, „czarowny i wonny”, ale… - jego temperatury zawierały się pomiędzy -1,0°C a +30,6°C!, a dobra pogoda trwała przez I dekadę miesiąca, zaś potem nad Polskę nasunął się Niż Genueński o wdzięcznym imieniu Ivetta i zaczęło lać. Dość powiedzieć, że w maju spadło 156,05 l/m² wody, z czego lwia część w II dekadzie, co spowodowało powódź, dzięki której przez dwie doby Jordanów miał swe poczesne miejsce w mediach. Na Skawie odnotowano 16.V o 2. w nocy  - 453 cm, co jest pokaźnym stanem, zalewając boisko i zakłady „Valvex”. 17.V do Bystrzanki wpadł mężczyzna i wezbrana woda niosła go aż do Skawy w Osielcu gdzie wyłowiła go żywego straż pożarna. Zeszły punktowe osuwiska. W Jordanowie za jedną dobę spadło 78 mm, a w Półrzeczkach w Beskidzie Wyspowym 162 mm. Poza tym należy wspomnieć o powodzi na Bałkanach (Serbii i Bośni powódź nie notowana od 130 lat) i na Śląsku, gdzie polało zdrowo, na Śląsku spowodował to drugi w tym miesiącu, ale słabszy Niż Genueński. Poza tym odnotowano także 3 burze. Bzy zakwitły już 4.V. Tego też dnia rano szczyty Pasma Babiogórskiego były pobielone śnieżkiem. Dnia 6.V odnotowano dość silny przymrozek. 9.V kolega z Rabki zameldował o pierwszym poćcu. 20.V kwitły piwonie i irysy. 23.V był upalny do +30 stopni. 31.V przyniosłem pierwsze kozaki. 31.V wystąpiła też powódź w Luizjanie gdzie za dobę spadło 300 mm deszczu.

CERWIEC: Po szaleństwie majowej powodzi, czerwiec jawi się jako miesiąc dość spokojny, z temperaturami od +3,7°C do +33,3°C. Opadów mieliśmy niewiele – w sumie 82,17 mm wody na każdy metr kwadratowy. Dnia 10.VI ominęły nas dwie burze, zaś w dniach 28-30.VI odnotowano wiatr halny. W dniu 7.VI znaleziono pierwszego świerkowego borowika. Poza tym nie odnotowano jakichś ciekawszych zjawisk atmosferycznych. 2.VI zakwitły chabry, które są fenologicznym zwiastunem lata. 9.VI odnotowano +32°C. 18.VI rano odnotowano tylko +3,7°C. Około 20.VI odnotowano wielka powódź w Bułgarii koło Warny. 25.VI zaatakował nas deszcz norymny w ciągu 10 minut  spadło 15 mm wody.

LIPIEC: Ten miesiąc podobnie jak poprzedni był ciepły, ale z dużą ilością burz, które nas obeszły – było ich w sumie 11. Temperatury wahały się od +8,4°C do +32,6°C – ale nie został pobity rekord temperatury z lat poprzednich. Suma opadów wyniosła 109,30 l/m². W nocy 3/4.VII nad Polską zaobserwowano przepiękne zjawisko srebrzystych obłoków utworzonych przez cząstki meteorytowego żelaza wiszące na wysokości 80.000 m nad ziemią! Udało się nam nawet sfotografować to niezwykłe zjawisko. Od dnia 21.VII rozpoczęła się potężną burzą powódź na Północnej Słowacji. Tymczasem u nas odnotowano tylko 5 burz, które przewaliły się nad naszym miastem. Poza tym odnotowano: 1.VII pierwszy wysyp kurek, w dniu 12.VII  front atmosferyczny zatrzymał się na linii Kraków – Zakopane dając na wschodniej stronie powódź, a po zachodniej słoneczną pogodę. W dniu 16.VII nad bułgarskim Sozopolem pojawiła się potężna burza trwająca do następnego dnia, do godziny 10:30, w czasie której spadło tam 60 l/m², zaś pioruny uderzały z częstotliwością 6/min, wylała rzeka Ropotamo – o czym doniósł nam Pan Bednarz, który prawie tam bawił.

SIERPIEŃ: Ten wakacyjny miesiąc z tradycyjnie słoneczną pogodą dał się ludziom ostro we znaki! Temperatury sięgały od +5,4°C do +33,3°C. Odnotowano 6 burz i 17 dni deszczowych, co dało razem 109,30 l/m² wody opadowej. W dniu 21.VIII spadł w Tatrach śnieg. Ale najgorsza była I dekada miesiąca, w czasie której: 1.VIII szalała nawałnica w Wadowicach – a Kielecczyzna i Opolszczyzna znalazła się pod wodą, 2.VIII w Kielcach, 3.VIII w Szczecińskim, 4.VIII w Świnoujściu i na Żywiecczyźnie, 5-7.VIII nawałnice szalały w całym kraju powodując straty materialne. 6.VIII nad Kasinką Małą przechodzi oberwanie chmury spadło 96 mm deszczu zerwało most na Rabie. W dniu 8.VIII zmierzono najzimniejszą wodę w Bałtyku tego lata – poniżej +10°C! Dnia 10.VIII – nawałnica pustoszy Zakopane i okolicę, utonął wędkarz na Dunajcu. W dniach 10-12.VIII nawałnice masakrują województwa: opolskie, łódzkie, kujawsko-pomorskie, pomorskie potem Małopolskę, Mazowsze, Kielecczyznę, a w dwa dni później ponownie Małopolskę i Podkarpacie – odnotowano znaczne straty materialne! Burze i powodzie odnotowano także w Bułgarii, Rumunii i Włoszech. Za to od 13.VIII zaczyna się ogromny wysyp grzybów borowikowatych! I co najciekawsze – pomimo tego wszystkiego w Jordanowie nie odnotowano żadnych gwałtownych zjawisk pogodowych, zaiste Ojciec Założyciel naszego miasta doskonale wiedział, co robi lokując Jordanów na swym miejscu!

WRZESIEŃ: Szaleństwa żywiołów powoli się uspokajają i wrzesień mieliśmy spokojny, a nawet jakby wakacyjny. Temperatury utrzymywały się w granicach od +6°C do +28,1°C. Pomimo 4 burz i 12 dni deszczowych, spadło zaledwie 91,04 l/m² wody z nieba. Miesiąc był stosunkowo pochmurny – tylko 6 dni było w pełni słonecznych, ale było ciepło. W dniu 12.IX Bałkany nawiedziła kolejna w tym roku powódź, zaś 28.IX skończył się megawysyp borowikowatych, ale dalej pojawiały się poćce i inne grzyby blaszkowe: głównie gołąbki i nawet gąski!

PAŹDZIERNIK: Rozpoczął się od mocnego wejścia norymnego deszczu, spadło 25 mm! Następnie od 7 do 14.X wiał wiatr halny, dzięki czemu temperatura miesiąca była dosyć wysoka: od -4,7°C do +23,5°C, a w czasie 5 deszczowych dni spadło ogółem 75,39 l/m², co świadczy o tym, że były to deszcze dość obfite. Tymczasem w innych miejscach działy się niemniej dziwne rzeczy, i tak: 17.X w Oleśnie przeszła potężna burza z gradem, a u nas deszcz norymny – w ciągu godziny spadło 15 mm. 20.X na Sardynii upały dobiły do +30°C, około 12.X. odnotowano powódź w Langwedocji. 22.X nad Polskę nasunął się głęboki niż po huraganie Gonzalo, który przyniósł nam opady i spadek ciśnienia do 981 hPa; 27.X znów potężne opady i burze zwaliły się na Bałkany, a 30.X odnotowano potężny ale krótkotrwały wysyp opieńków w jordanowskich lasach. 10.X zaczęły przepięknie na czerwono barwić się buki. 15.X w Himalajach znów uaktywniły sie lawiny śnieżne zginęło aż 37 osób. 23.X. spadł pierwszy śnieg w Zakopanem. 27.X odnotowano pierwszy istotny przymrozek, a w zasadzie mróz  w Jordanowie -3,9°C. 29.X odnotowano już -4,7°C. W tym dniu kolega Leśniakiewicz znalazł jeszcze 5 podgrzybków, garść kurek i poćca.

LISTOPAD: Był to miesiąc kolejnej listopadowej anomalii termicznej. Temperatura oscylowała pomiędzy -6,5°C a +19,2°C i wedle meteorologów był to najcieplejszy listopad od początków XIX wieku. Od 2 do 11.XI mieliśmy wiatr halny, który 5.XI osiągał tu 160 km/h i literalnie zmasakrował Zakopane i otaczające je lasy. Odnotowano też niezbyt duże opady – wszystkiego 21,47 l/m², a więc mało… W dniu 24.XI Pan Bednarz stwierdził ogromne ilości podgrzybka brunatnego i kurek na krakowskim Kleparzu. Grzyby te pochodziły z lasów Śląska i Kielecczyzny, gdzie obrodziły latoś niezwykle… Tymczasem zza oceanu dobiegały nas hiobowe wieści o straszliwym ataku zimy w stanach Iowa, Wyoming i Montana, gdzie 8.XI spadło 2 m śniegu i została sparaliżowana wszelka komunikacja! W dniu 13.XI rozpoczęła się kolejna powódź we Włoszech, a 16.XI zalana została Genua. 20.XI zaczęła się odwilż w USA i ogłoszono zagrożenie powodziowe w środkowych stanach. Tymczasem u nas 23.XI pojawił się pierwszy śnieg w górach powyżej 1000 m n.p.m., a w dwa dni później zszedł do poziomu naszego Miasta i utrzymał się do końca miesiąca. Pod koniec miesiąca przez kilka dni ujemne temperatury utrzymywały się całą dobę. 28.XI odnotowano -6,5°C. Zaznaczała się inwersja temperatury w tym czasie na szczycie Kasprowego było +1,6°C.

GRUDZIEŃ: Na tle grudnia 2013 roku, ten wydaje się być w miarę normalny. Temperatury wahały się od -17,8°C do +10,9°C, a najzimniej w całym roku było w nocy 30/31.XII! Opady utrzymały się na poziomie 37,78 mm, a zatem miernym – bywało lepiej. W dniu 2.XII Czechy, Słowacja i Austria zostały sparaliżowane przez marznący deszcz. 3.XII media podały o awarii Zaporoskiej EJ na Ukrainie, na szczęście bez wycieku substancji radioaktywnych. W Jordanowie poziom skażenia wynosił od 0,05 do 0,21 μSv/h (dawka śmiertelna wynosi 1 Sv/h), a więc tyle ile naturalne tło promieniowania Ziemi w naszym rejonie. Dnia 4.XII zima znów uderzyła w Austrii, a 10.XII orkan Alexandra w Wyspy Brytyjskie. U nas skończyło się na silnym orawskim wietrze, który podniósł nam temperaturę tak dalece, że w słonecznych miejscach obserwowaliśmy… motyle! 7.XII podczas pobytu na Babiej stwierdziłem że w partiach szczytowych było 8 cm śniegu, a do 1450 m n.p.m. w ogóle go nie było. W dniach 20-24.XII mieliśmy kolejną wichurę z południowego-zachodu, którą ochrzczono Ola, bo stanowiła jakieś następstwo Alexandry… Wiało potężnie na Śnieżce i na Kasprowym Wierchu. Ola była jednak ciepła i w Krakowie odnotowano +11°C przy pełnym zachmurzeniu! W Drugie Święto Bożego Narodzenia przyszła do nas Pani Zima i zaczął padać najpierw śnieg z deszczem, a potem śnieg, zaś temperatura spadła do -9,5°C w mieście, a nawet do -14°C za miastem. W dniu 29.XII mieliśmy autentyczną śnieżycę, natomiast w noc 30/31.XII temperatura spadła do -17,8°C w Jordanowie, -20°C poza miastem i -22°C na Wysokiej na otwartym terenie… I co najciekawsze – przy ciśnieniu atmosferycznym, które osiągnęło najwyższą wartość w tym roku – 1015 hPa! – trzeba bowiem dodać, że przez cały rok mieliśmy u nas ciśnienie atmosferyczne poniżej 1013 hPa, a zatem byliśmy w ciągłym niżu atmosferycznym! Maksymalna grubość pokrywy śnieżnej w Jordanowie to 13 cm, w Tarach około 35 cm. Podczas załamania pogody pomiędzy 26-28.XII na Babiej Górze czterokrotnie interweniował GOPR ściągając niefrasobliwych turystów. Zaznaczmy że w Japonii panowały straszliwe śnieżyce z zaspami do 2 m.

Podsumowując można powiedzieć, że nie był to zły rok, jednakże przeraża ilość gwałtownych wydarzeń pogodowych, których ilość i moc wciąż rośnie – zgodnie z przewidywaniami dla skutków EGO. A tego nie unikniemy i tylko możemy (który to już raz???) dziękować Wawrzyńcowi Spytkowi Jordanowi za tak mądrą lokalizację naszego miasta, w którym – jak na razie – omijają nas wszelkie straszne skutki anomalii klimatycznych, na które przecież pracujemy codziennie dokładając swoją porcję metanu, tlenków węgla i siarki…

Robert K. Leśniakiewicz

Stanisław Bednarz   

sobota, 3 stycznia 2015

CO NOWEGO W POSZUKIWANIACH KSIĘŻYCOWEGO SZYBU?

Porównanie rysunku A. Horaka z panoramą Tatr


Martin Toth


Księżycowy Szyb – albo Księżycowa Jaskinia – jest tradycyjną słowacką zagadką, która paradoksalnie nie pochodzi ze Słowacji, ale przyszła tam niejako z zewnątrz. Jesteśmy właśnie w przeddzień 50. rocznicy pojawienia się tej zagadki. W marcu 1965 roku o Księżycowej Jaskini pojawił się artykuł w amerykańskim czasopiśmie speleologicznym. Zaś w 1972 roku, Jacques Bergier przedstawił to zagadnienie szerszemu kręgowi czytelników w swej „Księdze Niewyjaśnionego” (1). Chodziło o fragmenty dziennika niejakiego kapitana Horáka, jednego z powstańczych dowódców SNP[1]. Opisuje w nim losy rannych i ukrywających się żołnierzy-powstańców i znalezienie przez nich zagadkowej pustki w skale o przekroju podobnego do półksiężyca. (2) Przypadek ten był już omawiany ze wszystkich stron, rozważane było każde słowo. (2, 3, 4, 5) Badacze przebadali każde wydarzenie i każdy opis, ale żaden z nich nie odpowiadał rzeczywistości. Wszystko to w zasadzie opiera się i upada z osobą autora tegoż dziennika – owego kapitana Horáka. On istniał naprawdę – mamy jego zdjęcia wraz z J. A. Hynekiem. Po wojnie wyemigrował on do USA.

Co ciekawe, że przed kilku laty odezwał się siostrzeniec Antonína Horáka. (6) Odpowiedział on na rozesłany email, w którym KPUFO informowały zagranicznych zagadkologów o swoich pracach i także o zagadce praskiego Golema[2].

Siostrzeniec A. Horáka przedstawił się, że jest krewnym tego człowieka i odpowiedział nam nieprzyjaźnie, z jakimiś obrzydliwymi antysemickimi hasłami. O praskim Golemie nie wiedział niczego, albo nasz email wziął za jakąś gloryfikację Żydów. Wrażenie było takie, jakby były one wzięte z aryjskich rasistowskich opracowań. Nie mieliśmy chęci z nim dyskutować.

Badacze, którzy przebadali wydarzenia opisane w dzienniku, także poszukali wydarzeń z życia kpt. Horáka. (7) Cały szereg nieścisłości przywiódł Ivana Mackerlego do wniosku, że wszystko to było trochę inaczej. I tak:

Kapitan Horák nie był powstańczym dowódcą, ale walczył po stronie przeciwnej – wraz z Niemcami przeciwko Powstaniu. Pochodził z Sudetów, a zatem po ich zajęciu przez Hitlera, spadał na niego nazistowski obowiązek wojskowy. To właśnie ta okoliczność stwarzała problemy z uzyskaniem amerykańskiego obywatelstwa. Zob. Magazyn tajemnic i zagadek on-line „Azimut Zahad” nr 1/2014 (3)

To jest jednak już inny rozdział i dojście do prawdy będzie zależało od chęci potomków i krewnych A. Horáka ujawnienia tych informacji.

Nas oczywiście z tego wszystkiego interesuje to, co ma związek z Księżycowym Szybem. Skoro Horák kłamał o swej przeszłości, to dlaczego opublikował to wydarzenie? Wiemy, że nie był uczestnikiem Powstania, a zatem nie miał powodu się ukrywać. A zatem dlaczego przez to zwracał na siebie uwagę? Czyżby wymyślił sobie Księżycowy Szyb tak jak zrobił to ze swym udziałem w SNP? Ale po co? 

Skoro ta historyjka miała spowodować „polepszenie” image’u Horáka, to musiał on zdawać sobie sprawę z tego, że wszystkie opisane przezeń wydarzenia będą prześwietlane. A może liczył na to, że jego przypadek nie przedostanie się przez Żelazna Kurtynę? A może nawet, jak jego relacja dostanie się do CSRS, to prawda go nie dosięgnie? To mu się w pewnej mierze nie udało. Na Zachodzie był uważany za interesującego człowieka, którego świadectwo nie mogło być zweryfikowane dzięki podziałowi świata. Nie byłby to jedyny przykład takiej kalkulacji. Liczenie na to, że Żelazna Kurtyna była nieprzenikalna barierą także dla zagadkologów nie wyszło także innym. Jak dotąd, to dzisiaj też najlepiej wychodzą zagadki i tajemnice w Rosji, na Syberii albo w Ch.R.L., czyli tam, gdzie zwykły badacz nie ma możliwości się dostać. Przypomnimy przykład, kiedy to znany oszust Billy Maier skopiował obrazek z dinozaurami z czeskiej książki dla dzieci i opublikował to jako zdjęcie ze swej podróży w czasie do Mezozoiku. Też liczył na to, że książka z Zachodu nie trafi na Wschód, co mu nie wyszło. (8)

A zatem co zostało?

Przeszłość A. Horáka jest nieznana, została doskonale zamaskowana. Chodzi tutaj o pseudonim.

Nie można tego wykluczyć, że cały ten problem jest wymysłem oszusta od A do Zet. 


Moje 3 grosze


Kiedy zbieraliśmy materiały do naszych książek[3] na temat Księżycowego Szybu vel Księżycowej Jaskini, to zaświtała nam podobna myśl, że jest to wszystko jakiś szwindel wymyślony w celu zabłyśnięcia w światku speleologów czy po prostu badaczy Nieznanego. Takich szwindli było wiele, więc jeden więcej, jeden mniej nie robił nam żadnej różnicy.[4]

Problem – jak nam się wydaje – leży w tym, że istniało dwóch Antonínów Horáków. Pierwszy z nich był Żydem pochodzącym z Siedmiogrodu, doktorem geologii i czeskim czy słowackim patriotą. Ten drugi, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Ernest Hönig  współpracował z Niemcami i albo był Volksdeutschem albo Hivisem[5] z Hlinkovej Gardy – słowackiej paramilitarnej faszystowskiej organizacji pełniącej funkcje policyjne, a który działał w Mniszku n./Popradem.[6] Stąd te wszystkie perturbacje z dopasowaniem tych osób do nazwiska. W rezultacie z dwóch postaci żyjących i działających niezależnie od siebie, powstała jedna - legendarna… 

Ten pierwszy Horák wyemigrował do USA via Francja, gdzie zatrzymał się na kilka lat w Paryżu i już w Stanach opublikował swe wspomnienia, które wywołały tyle kontrowersji.

Ten drugi Horák vel Hönig uciekł po wojnie na Zachód, a potem do Izraela, gdzie zapewne grał swoją rolę biednego i poszkodowanego przez wojnę Żyda, co zdarzało się niejednokrotnie, bowiem – o czym się teraz nie mówi z poprawności politycznej – wielu Żydów współpracowało z Gestapo i SD, a po wyzwoleniu – z NKWD przeciwko narodom, wśród których zamieszkiwali.  

Czy Księżycowy Szyb znajduje się po polskiej stronie granicy?

Sprawa istnienia Księżycowego Szybu alias Jaskini może wyglądać następująco: wszyscy szukali jej pod niewłaściwym adresem. Wiele wskazuje na to, że ta niezwykła jaskinia nie znajdowała się wcale na Słowacji, ale w… Polsce! I to w rejonie Beskidu Sądeckiego – w punkcie położonym gdzieś pomiędzy miejscowościami Piwniczna Zdrój na NW, Krynica Zdrój na NE i Muszyna na SW. Sama zaś jaskinia mogła znajdować się w partiach przyszczytowych góry Zubrzyk – gdzie znajduje się niewielka jaskińka, albo gdzieś nieodkrytej jaskini w masywie Wielkiej Pustej. Jednakże osobiście jestem zdania, że dr Horák przebywał w jednej z tamtejszych jaskiń, ale po prostu wymyślił sobie opis Księżycowego Szybu z bardzo prostego powodu – tematyka rzeczy dziwnych i tajemniczych stała się modna i jest modna do dziś dnia…    


Źródło - KPUFO – Azimut zahad 1/2014 - http://www.kpufo.eu/sk/images/uploads/2018/az/azimut_zahad_1-2014.pdf
Przekład z j. słowackiego – Robert K. Leśniakiewicz ©


--------         
PRZYPISY:
(1) Bergier, J.: Le livre dé l'inexplicable (Kniha nevysvětleného). Albin Michel, Paris 1972, s.61-75
(2) Záhadná šachta. KPUFO.EU.SK. Internet: http://www.kpufo.eu/sk/index.php/tajomne-miesta/330-51
(3) Mackerle, I.: Najde sa Mesiačná šachta? ZAZ č. 4/1993. Internet:
(4) Mackerle: I.: Ztracená Měsíční šachta. KPUFO.EU.SK. Internet:
(5) Mackerle, I.: Měsíční šachta (Moonschaft). Záhada století. http://www.mackerle.cz/slovenskarepublika/
(6) Archiwum KPUFO
(7) Jak oświadczył Walter Pavliš, rozpoczął on poszukiwania w 1994 r., poszukiwania po Ivanie Mackerle przejął w roku 1995. http://www.moonshaft.net/novinky_moon.html.  http://walterpavlis.com/
(8) Navštívili Billy Meiera mimozemšťané? aneb Jak Billy neletěl za dinosaury. KPUFO:CZ (4)
30.04.2011, Internet:
Zob. także: Měsíční jeskyně (Moonshaft). Klekánice, ČT1,





[1] SNP = Słowackie Narodowe Powstanie w 1944 roku.
[2] Według tradycji był glinianym potworem, robotem stworzonym i ożywionym przez żydowskiego maga i alchemika Jehudiego (Lövy'ego) Ben Bezalela, co pokazano m.in. w filmie fantasy pt. „Cesarski piekarz”, reż. Martin Frič, 1951.
[3] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Tajemnica Księżycowej Jaskini”, Cackatoo 2006; „Powrót do Księżycowej Jaskini”, Tolkmicko 2010.
[4] „Tajemnica Księżycowej Jaskini” jest dostępna w Internecie na stronie: http://hyboriana.blogspot.com/2012/01/tajemnica-ksiezycowej-jaskini-0.html i dalsze.
[5] Hivi – współpracujący z hitlerowskim okupantem obywatele podbitych przez niego krajów.
[6] Zob. M. Jesenský, R. Leśniakiewicz - „Tajemnica Księżycowej Jaskini”, rozdz. 5 - http://hyboriana.blogspot.com/2012/01/tajemnica-ksiezycowej-jaskini-6.html . 

piątek, 2 stycznia 2015

MF „Jan Heweliusz”: Unlucky ship?

MF Jan Heweliusz w swej krasie


Uzupełnienie do artykułu mgr inż. Stanisława Bednarza na temat bezpieczeństwa żeglugi promowej:


Od kiedy pierwszy człowiek spuścił na wodę kłodę pozbawionego gałęzi drzewa, od wtedy możemy mówić o żegludze. I od tego czasu możemy mówić o tragediach na wodzie – tym najbardziej niszczycielskim, a jednocześnie niezbędnym człowiekowi do życia żywiole.




Brytyjczycy mają Titanica, Włosi – Andrea Dorię. Estończycy ­– Estonię, a my Polacy -  Jana Heweliusza. Ta tragedia dotknęła nie tylko Polaków, ale także Szwedów, Węgrów, Norwegów... Z 64 ludzi na pokładzie MF Jan Heweliusz uratowano tylko 9 osób – reszta utonęła lub zmarła wskutek wychłodzenia organizmu – dokładnie jak nieszczęśnicy z RMS Titanic, 15 kwietnia 1912 roku... I to na Bałtyku – na jednym z najmniejszych i zda się najbezpieczniejszych akwenów świata! Tego Bałtyku – którego niemieccy podwodniacy z pogardą nazywali płytkim talerzem z kluskami – te kluski, to wyspy: Hven, Lolland, Falster, Bornholm, Fionia, Mön, Uznam, Wolin, Ozylia, Gotlandia, Olandia, Saaremaa, Hiuma, Zelandia i wyspy Alandzkie... Faktycznie – Bałtyk jest morzem szelfowym, tzn. że jego głębokość nie przekracza 200 m, zaś najgłębsze miejsce – Głębia Landsort u wybrzeży Szwecji – liczy sobie tylko 459 m głębokości.

Bałtyk jest morzem niezmiernie ruchliwym – na jego brzegach znajdują się duże i ważne porty morskie, pomiędzy którymi panuje wzmożony ruch statków i promów – zwłaszcza na linii ze Skandynawii do reszty kontynentu i vice-versa oraz poprzez Cieśniny Duńskie na Morze Północne, Norweskie i Atlantyk ku północy i w kierunku na Kanał La Manche i dalej do Afryki, obu Ameryk i Australii – ku południowi.

A jednak mimo tej niepozorności i zagęszczeniu ruchu jednostek pływających, Bałtyk potrafi pokazać swoje groźne oblicze. Kiedy jesienne i zimowe sztormy dmuchną lodowatym Nordwestem od Cieśnin Duńskich, wtedy lepiej nie wychodzić z portu i zaszyć się w ciepłym domu. Wiatry potrafią rozbujać się do fantastycznych prędkości rzędu 150-160 km/h, a to już jest orkan, leżący poza skalą Beauforta... Mniej więcej tyle samo jest w Wyjących Pięćdziesiątkach czy u wybrzeży Antarktydy Wschodniej. Ile to jest? Najlepiej zrobić następujący eksperyment – rozpędzić auto na autostradzie do prędkości 150-160 km/h i spróbować wystawić głowę przez okno – to dopiero da Czytelnikowi pewne przybliżone wyobrażenie o tym, czym jest sztormowy wiatr od Cieśnin Duńskich. A do tego trzeba dodać niską – najczęściej ujemną - temperaturę powietrza, lodowaty i duszący pył wodny niesiony przez wiatr i temperaturę wody bliska zera Celsjusza. No i potężne 10-metrowe, krótkie – ale tym bardziej niebezpieczne – fale, które rzucają statkiem, jak korkiem na wodzie.

Bałtyckie sztormy najstraszniej wyglądają nocą, kiedy na czarnej, sfalowanej wodzie tańczą szaleńczo strzępy śnieżnobiałej piany oświetlanej jedynie światłami statku, a wszystko przykryte jest kopułą czarnego nieba... Ale nie to jest najstraszniejsze. Najstraszniejsza jest świadomość, że jest się na małym, śródlądowym morzu, o rzut beretem do najbliższego lądu, i że w razie awarii pomoc nie będzie mogła przybyć szybko. Wystarczająco szybko, by nie pochłonęły cię fale... – to wyjątkowo wredne uczucie.

Coś takiego stało się udziałem pasażerów i załogi MF Jan Heweliusz w jego ostatnim rejsie, owej fatalnej dlań nocy 13/14 stycznia 1993 roku.

To nie był szczęśliwy statek. Podobnie, jak i jego sister ship MF Mikołaj Kopernik, który pływa do dziś dnia pomiędzy Świnoujściem a Ystad, woził wagony kolejowe i ogromne ciężarowe TIR-y. Rzadko pasażerów i samochody osobowe. To nie ta klasa. Promy pasażersko-samochodowe, to arystokracja – zaś „kolejarze” to woły robocze. Kiedy jeszcze służyłem w Granicznej Placówce Kontrolnej WOP Świnoujście – Baza Promów Morskich PŻB, to przez kilka lat odprawiałem wraz z kolegami tiry i lory kolejowe na te dwa promy. Szwedzi i Austriacy nazywali Jana Heweliusza - „Hawariuszem” – a to ze względu na dużą ilość awarii, które nękały ten statek, NB podobnie ochrzczono Mikołaja Kopernika – „Kaputnik” – od słowa kaputt... Tyle, że MF Mikołaj Kopernik pływa po dziś dzień, zaś MF Jan Heweliusz leży w 25-metrowej głębinie...

Najgorszą przygodę załoga Jana Heweliusza przeżyła na początku września 1986 roku, kiedy to na jego pokładzie wybuchł groźny pożar. Na pokładzie samochodowym stały trzy TIR-y, z których dwa były załadowane granulkami z polietylenu i chemikaliami – prawdziwa bomba zapalająca! - zaś trzeci był chłodnią z kilkoma tonami szynek i bekonów. Komisja badająca ten przypadek doszła do wniosku, że pożar spowodowany został przez iskry wydostające się z urządzenia chłodniczego tego właśnie samochodu-lodówki. Wiejący wtedy bardzo silny wiatr – też od Cieśnin Duńskich – rozniósł je na cały pokład i rzucił na plandeki sąsiednich TIR-ów. To wystarczyło, by plandeki się zajęła i znajdujący się pod nią ładunek polietylenu i chemikaliów też... Płomienie uderzyły w górę i podsycane silnym, sztormowym wiatrem osiągnęły temperaturę niemal 2,5 – 3 tys. st. C! Czujniki zareagowały, ale ogień zniszczył połączenia kablowe na mostek kapitański. Zanim ktoś się zorientował w grozie sytuacji - wszystkie trzy samochody ciężarowe stały w ogniu. Oczywiście ogień przepalił wszystkie kable biegnące ponad kardekiem i nie można było podjąć żadnej akcji ratunkowo-gaśniczej... Ogień ugasiły przybyłe ze Świnoujścia statki strażackie, ratownicze i holowniki, które doprowadziły prom do portu.

Byłem tam. To był najokropniejszy widok, jaki miałem okazję oglądać. Tak musiały wyglądać okręty po Bitwie Jutlandzkiej, albo Bismarck czy Yamato na chwilę przed pójściem na dno. Na kardeku Jana Heweliusza było czarno jak w piekle. Tu i ówdzie walały się skwierczące jeszcze ochłapy szynek, dusił smród spalonego mięsa i tłuszczu zwierzęcego zmieszany z smrodem chemikaliów, a wszystko pokryte brudną pianą z działek wodnych i agregatów pianotwórczych, które gasiły to pandemonium... Największe wrażenie robiły kilkucentymetrowej grubości płaty blachy, nadtopionej i poskręcanej w rulony, jak z puszki po szprotach w oleju. To dawało wyobrażenie o potędze szalejącego żywiołu!

Następnego dnia po Świnoujściu poszła plotka, że była to zemsta gdańskiego astronoma za to, że uczeni otworzyli jego grób w Gdańsku, co miało miejsce w dzień pożaru promu... Faktycznie – obie daty się zgadzały. Ślepy traf, czy coś więcej???...

MF Pomerania 

Tym razem jednak nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń. Wprawdzie na kilka dni przed katastrofą MF Jan Heweliusz miał w Ystad kolizję z keją i problemy z zamknięciem rufowej furty na pokład kolejowy, ale wszystko skończyło się dobrze i wrócił do Świnoujścia następnego dnia. Oczywiście – jak zawsze w takich przypadkach – czekała nań już ekipa ze świnoujskiej Morskiej Stoczni Remontowej, która naprawiła uszkodzenia. Jak niebezpieczne są uszkodzenia furt na pokłady kolejowe czy samochodowe ukazuje przykład innej tragedii morskiej na Bałtyku – chodzi o zatonięcie MF Estonia w dniu 24 września 1994 roku w rejsie z Tallina do Sztokholmu, co spowodowane było właśnie uszkodzeniem furty dziobowej promu i zalanie kardeku wodą, co doprowadziło do destabilizacji kadłuba statku z wiadomym efektem – 867 osób znalazło grób w wodach Bałtyku. Kolizje z keją nie zdarzały się rzadko, ale nie były niebezpieczne, jak to się wydawało. Pamiętam, jak na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego, MF Wawel trzepnął sobą Szwedom w keję, rozwalając przy okazji cały dziób. Szedł potem z tym rozwalonym dziobem przez cały Bałtyk kręcąc te 5 węzłów, ale doszedł. Widok był niesamowity, bo blachy poszycia były rozcięte i wgłębione na dobre 5-6 m do wnętrza kadłuba, a czołowa furta była wpółotwarta. Gdyby była wyższa fala, to ten rejs skończyłby się dla Wawela, jak dla Estonii. Na dnie morza... Innym razem, latem 1985 roku, MF Pomerania wyrżnęła w świnoujską keję, przy okazji zmiatając dziobem żelbetowy postument sygnału przy terminalu promowym. Nic nikomu się nie stało, poza postumentem, który rozleciał się jak domek z kart.

Miejsce katastrofy MF Jan Heweliusz

Zresztą to nie mogło być przyczyną katastrofy. W swój ostatni rejs, MF Jan Heweliusz zabrał 10 wagonów kolejowych, 28 TIR-ów, 35 pasażerów – w tym 2 dzieci i 29 załogantów. Dowodził nimi kapitan żeglugi wielkiej Andrzej Ułasiewicz. Pogoda była nieciekawa: temperatura powietrza wynosiła –3°C, temperatura wody tylko +2°C. Najgorszym czynnikiem pogodowym był wiatr z NW – wiał z prędkością 110 km/h. Następnie wypadki potoczyły się tak:

13 stycznia 1993 roku:
-         23:45 – zakończenie embarkacji pasażerów i środków transportu.
-         24:00 – prom oddaje cumy i wychodzi z portu.

14 stycznia 1993 roku:
-                             03:00 – pierwszy gwałtowny przechył na prawą burtę, który skompensowano przebalastowaniem.
-           04:25 – seria przechyłów na obie burty. Prędkość wiatru dochodzi do 150-160 km/h, wysokość fali do 15 m.
-                           04:32 – gwałtowny przechył na prawą burtę.
-                           04:36 -  pogłębiający się przechył na lewą burtę, kapitan wysyła sygnał MAYDAY! Ludzie opuszczają prom.
-                           04:44 – sygnały z promu powodują alarm w niemieckim ośrodku MRCC na Rugii.
-                           05:04 – na pomoc Janowi Heweliuszowi rusza MS Arcona.
-                           05:12 – MF Jan Heweliusz przewraca się do góry stępką. Startuje niemiecki helikopter ratowniczy z Rugii.
-                           05:45 – na pomoc startuje drugi helikopter z Rugii.
-                           06:12 – Niemcy znajdują się nad miejscem katastrofy i zaczynają podejmować rozbitków. Startuje trzeci helikopter ratunkowy z Kilonii.
-                           06:20 - Arcona przybywa na miejsce katastrofy.
-                           06:35 – przylatuje duński helikopter ratowniczy.
-                           09:25 – niemieccy płetwonurkowie przeszukują wrak promu w poszukiwaniu żywych ludzi. Nie znajdują nikogo żywego...
-                           10:45 – na miejsce katastrofy przybywają polski helikopter ratowniczy Mi-14, statek ratowniczy MS Huragan oraz ORP Heweliusz ze Świnoujścia. Podejmują już tylko resztę zwłok.

Ta straszna katastrofa nauczyła ludzi tego, że w wodzie mogą przeżyć tylko ci, którzy mają na sobie specjalne ratownicze kombinezony chroniące przed kontaktem z lodowatą wodą. Gdyby wszyscy je mieli, żyliby do dziś dnia. W takich warunkach obowiązuje zasada: tyle minut życia, ile stopni Celsjusza ma woda.  I nie ma od tego odwołania...

Co się właściwie stało? Komisja dochodzeniowa doszła do tego, że prom wywrócił się wskutek zmiany geometrii ładunku i przemieszczenia się środka ciężkości całego statku. Wszystkiemu winne były potworne uderzenia wiatru i fal, które uderzyły w prawą burtę po przejściu statku przez linię wiatru. Kiedy wiatr wiał w lewą burtę, to jego nacisk był zrównoważony przez przebalastowaną na tą burtę wodę w zbiornikach. Wystarczyło jednak, że statek dostał uderzenie wiatru w sterburtę i wszystko się zmieniło – prom dostał przechył powyżej 30° na bakburtę, bo siła wiatru dodała się do przebalastowania. Efekt mógł być – i był – tylko jeden możliwy. Prom położył się burtą na wodzie, a wszystko, co nie było umocowane poleciało na lewą burtę pogarszając i tak już beznadziejną sytuację. Potem prom obrócił się dnem do góry. To był koniec. Dokładnie jak na filmie „Tragedia Posejdona”...

Mówi się, że załoga nie ponosi winy. Oczywiście, załoganci zrobili wszystko, co było możliwe, by uratować ludzi i statek. Kapitan też nie ponosi winy, bo nie mógł przewidzieć, że silny, ale stały wiatr może tak bardzo fluktuować. Osobiście jestem zdania, że winę ponoszą konstruktorzy „kolejarzy”, którzy zrobili z ich kadłubów całkowicie nie-aerodynamiczne bryły o ogromnym współczynniku Cx. Gdyby MF Jan Heweliusz miał bardziej opływowy kształt, to pływałby do dnia dzisiejszego... Oczywiście ktoś może zaoponować, że MF Mikołaj Kopernik też ma niemal identyczny kształt i jakoś nie spotkała go taka przygoda. To jasne, ale nie zapominajmy, że w fatalny rejs MF Jan Heweliusz wyszedł z niesprawnymi niektórymi mechanizmami, co nie miało znaczenia przy dobrej pogodzie, ale w ekstremalnych warunkach sztormowych, wściekłego wiatru o prędkości 160 km/h, fali o wysokości 15 m   m u s i a ł o   się zamienić w piekielną maszynę egzekucyjną – zaś jej wyzwalaczem stała się ogromna powierzchnia burtowa promu – którą widać na zdjęciu. Zadziałało tutaj prawo głoszące, że jak coś się ma zepsuć, to zepsuje się na pewno, no i zwyczajne prawa fizyki. Zgromadziło się po prostu zbyt wiele negatywnych czynników, które – podobnie jak w przypadku katastrofy RMS Titanic  -  m u s i a ł y   wyładować się w potwornej katastrofie.

I się wyładowały.

16-letni prom poszedł na dno.

Jak widać, nie ma tutaj miejsca na przesądy – wszak rejs zaczął się 13! – czy na klątwę astronoma z Gdańska i znakomitego piwowara zarazem – sic! Jest to katastrofa stricte technologiczna i mieszanie do niej czynnika nadprzyrodzonego jest zwyczajnym nadużyciem!...

Oczywiście szmatławe media w rodzaju „Faktu” podały wredne, oszczercze „wyjaśnienia” w rodzaju tego, że na promie szmuglowano nielegalnych imigrantów, broń czy coś tam jeszcze, co spowodowało katastrofę Jana Heweliusza. Ponoć dane takie napłynęły ze Szwecji i… kanadyjskich służb specjalnych – RCMP. Oczywiście okazały się diabła warte, jak większość sensacji puszczanych w obieg przez tego rodzaju brukowe szmatławce, ale zrobiły swoje i wokół wraku zaczęły narastać miejskie legendy…  

MF Wawel

Jest jednak pewien tajemniczy aspekt tej katastrofy. Wydarzyła się ona niemal dokładnie w miejscu, w którym załoga MF Wawel zaobserwowała spadek trzech niezwykłych „meteorytów”, w dniu 19 marca 1986 roku (co miało miejsce na pozycji 14o30’E - 54o33’N – o czym pisałem w moim opracowaniu pt. „UFO nad granicą” [Kraków, 2000]), a nad którym we wczesnych latach 90. Polacy, Rosjanie, Niemcy i wszędobylscy Japończycy obserwowali oraz filmowali kamerami wideo – i to niejednokrotnie – niezwykłe, czarne i trójkątne Nieznane Obiekty Latające świecące kolorowymi światełkami po bokach – na mapce rejony te oznaczone są czarnymi trójkątami. Obecność tych UFO wiązałem z rozmontowywaną wtedy Greifswaldzką Elektrownią Jądrową „Nord IV”, która była równie niebezpieczna dla środowiska – a może nawet bardziej – niż Czarnobylska EJ im. W. I. Lenina. Sądziłem zatem – co napisałem w moim artykule pt. „Tajemnice Zatoki Pomorskiej” w „Nieznanym Świecie” nr 11/1999, - że Obcy obserwują rozbrajanie tej szalenie niebezpiecznej bomby ekologicznej. Dzisiaj nie jestem tego aż tak pewien, bowiem całość zebranych przez ufologów z całego świata informacji wygląda na to, że te trójkątne NOL-e mogą być ultra-sekretnymi maszynami latającymi wyprodukowanymi w Stanach Zjednoczonych, Rosji, Indiach czy Chinach i testowane są w ekstremalnych warunkach. A przeznaczone są m.in. do obserwacji instalacji jądrowych na całym świecie, czego dowodzi aktywność czarnych trójkątów nad Kanałem La Manche po skażeniu jego wód radioaktywnym trytem przez francuską Le Hague EJ. O skażeniu tym pisałem na łamach „Eko Świata” w 1999 roku.  Kto wie, czy właśnie taka maszyna przeleciała w pobliżu sztormującego MF Jana Heweliusza i odrzut z jej silników, czy też uderzenie bardzo silnego pola magnetycznego nie spowodowało zmiany kursu promu i wystawienie jego prawej burty na cios wiatru, który dokończył dzieła zniszczenia? Rzecz jest nie do udowodnienia, bowiem nie żyją ci, którzy mogliby to widzieć, a pojazdy takie budowane są w oparciu o technologię stealth. Poza tym – jak twierdzą polscy i niemieccy wojskowi – na radarach tej nocy guzik było widać, bowiem deszczowe szkwały powodowały powstanie fadingów i fałszywych ech na ekranach radiolokatorów, więc możliwość wymacania takiego celu radarem była minimalna, jak nie zerowa...

Być może kiedyś dowiemy się prawdy o przyczynach tej tragedii, ale będziemy musieli na to długo poczekać. I tylko ludzi mi żal – a znałem załogi wszystkich promów pływających w Świnoujściu – tych, którzy zginęli w tej katastrofie, i tych, którzy ich opłakują.

A co do tego mają Jordanowiacy? A dużo, bo wielu z nich pływało promami PŻB-Polferries – dzisiaj już niestety nie pływającymi pod polską banderą dzięki tzw. „przemianom ustrojowym” w tzw. „wolnej Polsce”, a pod banderą Wysp Dziewiczych czy Bahamów, co uważam za hańbę dla tych chorych i sprzedajnych rządów solidaruchów i solidurni – za chlebem do Szwecji i innych krajów skandynawskich. Ja pływałem jeszcze pod Biało-Czerwoną i byłem z tego dumny, bo nasze promy były wizytówkami naszego kraju. Autentycznie! Mimo swego wieku i braku luksusów, było to kompensowane dobrym jedzeniem (Szwedzi wprost zażerali się polskimi golonkami i bigosem popijanymi polskimi alkoholami) i nade wszystko fachowością, uprzejmością i w ogóle dobrym przygotowaniem załóg i personelu hotelowego, dzięki czemu podróż przez Bałtyk była przyjemnością. Jak tylko sięgam pamięcią, to nie było na nich żadnych incydentów pomiędzy załogami a pasażerami – wyjąwszy burdy wszczynane przez pijanych Polaków. Szwedzi bali się je wszczynać, bowiem za coś takiego można było wylądować nawet na kilka lat w więzieniu i to bezwzględnej odsiadki! Szwedzkie prawo pod tym względem było bezlitosne.

Sic transit gloria mundi… - przeminęła Polska Ludowa, przeminęła świetność polskich promów na Bałtyku, znikła Biało-Czerwona z gafli statków, które noszą tylko polskie nazwy, jakbyśmy się wstydzili naszych barw narodowych...


I tylko pozostały wspomnienia.  

czwartek, 1 stycznia 2015

Czy podróż promem lub wycieczkowcem jest zawsze bezpieczna?

MF Estonia


Stanisław Bednarz

      W swoim życiu napływałem się dość promami polskimi, fińskimi, greckimi, włoskimi, nawet maltańskim oraz wycieczkowcami włoskimi pod tanimi banderami jakiś wysepek karaibskich. Uważałem to za bezpieczny sposób podróżowania, atmosfera na statkach była wesoła i sprzyjająca odpoczynkowi. Wprawdzie zawsze pływałem po spokojnych morzu, nigdy  podczas sztormu, ale katastrofa promu wydawała mi się czymś niewyobrażalnym.
Owszem słyszało się o katastrofach promów  w krajach azjatyckich takich jak Bangladesz, Indie, Filipiny, Malezja ale były to przeważnie stare wysłużone 40-50 letnie jednostki  nieraz  trzykrotnie przeładowane. Np. prom który miał dopuszczalną ładowność 300 osób zabierał 1000 osób. Takie katastrofy w tych krajach zdarzały  się po kilka rocznie i nie starczyło by miejsca  aby wszystkie opisać.

   Podczas swoich podróży okrętowych widziałem różne dziwne rzeczy ale przechodziłem koło tego obojętnie. Pamiętam jak w 2000 roku płynąłem przeładowanym promem fińskim z Helsinek do Sztokholmu. Prom był cały zaścielony pijanymi Finami, a ci co nie leżeli tańczyli na stołach. Drzemiący palili papierosy, które we śnie spadały im na materiałowe wykładziny i wypalały dziury. Ludzie ci nie nadawali się w ogóle do podróżowania, a co dopiero gdyby przyszła akcja ratownicza. Nie dziwiłem się, a powinienem że kamizelki mieli tylko ci co wykupili kabiny, pozostali bez kabin ich nie posiadali. Pamiętam również prom grecki  gdzie prawie cała załoga była pijana. Po pokładzie dziobowym wałęsały się smętne  psy ze spuszczonymi ogonami, może jedynie sternik był trzeźwy bo jakoś płynęliśmy. Wspominam prom włoski z Ankony do Patras również w 2000 roku, o którym to  jeszcze będzie mowa tak przeładowany że śpiących na podłogach ciężko było obejść. Wtedy na tym promie pierwszy raz przyszła mi myśl o katastrofie. Pomyślałem, w razie czego to ja się nawet do wyjścia nie dopcham i z ostrożności spędziłem noc na pokładzie – było ciepło. Widywałem niechlujnie rozmieszczone samochody i ciężarówki niewłaściwie zabezpieczone przed przesuwaniem się. Na jednym bardzo starym  zardzewiałym promie z Sardynii do Włoch kontynentalnych  w pokładzie samochodowym stała woda po kostki. Z kolei na wycieczkowcach zwłaszcza typu Costa  (np. Costa Concordia) dziwiłem się ich nadmiernej wysokości sięgającej do 6 pokładów. Zastanawiałem się gdzie zatem jest środek ciężkości i jak one zachowują  statykę się przy bocznej fali. Ale przynajmniej na wycieczkowcach każdy miał swoja kamizelkę  i były obowiązkowe ćwiczenia z ewakuacji  czego na promach nie praktykuje się.

 Muszę wcale nie z patriotycznego obowiązku dodać że polskie promy zwłaszcza Rogalin i Nieborów prezentowały się pod względem porządku i bezpieczeństwa całkiem przyzwoicie. Owszem były do 90-roku stare promy Wawel i Wilanów gdzie wszystko skrzypiało , trzeszczało i tłukło się ze starości, ale traktowałem to jak przygodę.

MF Wilanów przy rampie załadunkowej w Bazie Promów Morskich PŻB w Świnoujściu... 

...i na kanale portowym w latach 70. ubiegłego stulecia...

  No ale dzban wodę nosi póki mu się ucho nie urwie. Przedstawię  teraz kilka spektakularnych katastrof promowych i statków  wycieczkowych  abyśmy przeanalizowali przyczyny i skutki:

1) Katastrofa  promu  Herald of Free  Enterprise

Katastrofa wydarzyła się 6 marca 1987 roku. Samochodowy prom  typu „ro-ro” rozpoczął rutynową podróż przez kanał La Manche z belgijskiego portu w Zeebrugge. Prom wypełniony był do połowy więc armator zaproponował promocyjny przejazd w obie strony. Zatem  na promie znalazło się dużo Brytyjczyków udających się na jednodniowe zakupy. Statek opuszczał właśnie falochrony gdy przechylił się i przewrócił się całkowicie na bok. Przed przewróceniem się do góry dnem uratowała płytka woda. Ludzie dusili się i tonęli masowo. Nie było żadnej listy pasażerów. Przyczyna utonięcia była prozaiczna ktoś zapomniał zamknąć otwarte drzwi na dziobie. Zginęło 187 pasażerów. Niektórych nie można było wyłowić póki nie podniesiono wraku. Prom pływał pod tanią banderą.

2) Katastrofa polskiego  promu Jan Heweliusz  

Katastrofa wydarzyła się 14 stycznia 1993 roku niedaleko wyspy Rugia  podczas sztormu o sile 12 w skali Beauforta. Był to  polski prom typowo samochodowo-kolejowy i na szczęście  pasażerów było nie wielu, wyłącznie kierowcy ciężarówek. Płynął ze Świnoujścia do Ystad. W ogóle nie powinien wypływać podczas takiego sztormu ale naciski aby towary dojechały na czas zwyciężyły.  Mało tego aby odrobić późniejsze niż zwykle  wypłynięcie płynął z maksymalna prędkością. O 4. rano silny podmuch huraganu spowodował przechył. Ciężarówki i wagony poodczepiały się i chaotycznie przesuwały się po pokładzie samochodowym. Prom w swej historii miał wiele przygód wywrócenia się  w porcie ,pożary. Statek  miał wadliwie skonstruowaną nadbudówkę co nie sprzyjało stateczności. Po przebytym wcześniej pożarze  jeden ze spalonych pokładów nielegalnie zalano wylewka betonową. Spowodowało to przeciążenie o 115 ton, co dopełniło pierwotne wady stateczności. Zginęło 55 osób  kierowców i część załogi. Uratowano zaledwie 9 marynarzy. Na przyczyny złożyły się zły stan techniczny statku, nadmierna prędkość , ekstremalny sztorm.

3)Katastrofa promu Estonia

Prom ten kursujący na trasie Tallinn- Sztokholm uległ katastrofie w nocy z 27 na 28 września 1994 roku. Na pokładzie było łącznie z załogą 989 osób głownie Szwedów. Około 0115  furta dziobowa oderwała się od pokładu. Pasażerowie usłyszeli huk i rytmiczne tłuczenie się. Prom przez otwarte wrota nabrał natychmiast kolosalnej ilości wody i ciągu niespełna 10 minut zatonął. Śmierć poniosły 852 osoby. Od czasów utonięcia Titanica nie było takiej katastrofy. Przyczyną była wadliwa furta  dziobowa. Dodajmy że pogoda była zła był sztorm 7-8 w skali Beauforta.

4) Katastrofa greckiego promu Ekspress –Sammina

Wydarzyła się 26 września 2000 roku w pobliżu wyspy Paros na Morzu Egejskim. Grecki prom uderzył w skały w skutek zaniedbań załogi. Śmierć poniosły 82 osoby spośród 534. Widziałem w tymże roku jak wyglądają zaniedbania ze strony greckiej załogi na innym promie.

5)Katastrofa egipskiego promu Al-Sallam 98 - Boccaccio

Wydarzyła się  z 2 na 3 lutego 2006 roku . Egipski prom pasażersko-samochodowy płynął z  Duby w Arabii Saudyjskiej do Safadży w Egipcie. Na pokładzie było 1272 pasażerów i 96 członków załogi. Przyczyna katastrofy był pożar na pokładzie samochodowym. Załoga gasiła pożar dużymi ilościami wody lecz pompy nie odpompowywały wody i statek nabierał przechyłu. Aż utracił stateczność około 90 km przed portem macierzystym. Zginęły 994 osoby. Była to jedna z największych katastrof morskich w historii.

6) Zderzenie promów koło Hongkongu

Wydarzyło się 1 października 2012 roku na wodach terytorialnych Hongkongu. Wyczarterowany przez firmę Hongkong Electric prom Lamma 4 ze 124 pasażerami zatonął po zderzeniu z promem Sea Smooth również pochodzącym z Hongkongu. Na skutek katastrofy zginęło 39 osób. Władze Ch.R.L. doszukały się zaniedbań ze strony załogi i aresztowały 6 osób.

7)Katastrofa wycieczkowca MV Costa Concordia

Zdarzenie to miało miejsce 13 stycznia 2012 roku tuż przy brzegu wysepki Isola del Giglio. Jeden z największych wycieczkowców świata wypłynął z Civitavecchia 13 stycznia 0 21. na 8 dniowy rejs po Morzu Śródziemnym. Nastrój był karnawałowy. Na pokładzie znajdowało się 3206 pasażerów i 1023 członków załogi. W pobliżu wspomniane wysepki statek uderzył w podwodne skały 90 metrów od brzegu, a około 500 metrów od portu. Kapitan chciał niefrasobliwie przepłynąć przez wąski przesmyk pomiędzy skałami by pokazać pasażerom oświetlona iluminacjami wyspę. Na skutek gwałtownego wtargnięcia wody do wewnątrz statku nastąpił gwałtowny przechył . W rezultacie statek przewrócił się na burtę i osiadł na skalistej mieliźnie kilkadziesiąt metrów od brzegu. Pod wodą znalazła się połowa jednostki. W rezultacie zginęło 32 osoby. bardzo blisko brzegu. Łodzie ratunkowe zdołano spuścić dopiero po 45 minutach. Niektórzy wpław dopływali do brzegu. Kapitan opuścił statek przed ewakuacja pasażerów i został aresztowany. Statek został uznany za utracony. Ostatecznie statek został podniesiony i odholowany do stoczni złomowej w Genui dopiero 27 lipca 2014 roku. W tym wypadku zawinił człowiek. Jednak obserwując wielkie wycieczkowce już wcześniej zwracałem uwagę że są nadmiernie wysokie bu osiągnąć  jak największą liczbę korzystających, środek ciężkości jest niewłaściwie ułożony i są podatne na przewracanie się.

8) Katastrofa koreańskiego  promu  Sewol

Wydarzyła się 16 kwietnia 2014 roku u wybrzeży Korei Południowej. Prom płynął z Incheonu na wyspę Czedżu. Wywrócił się do góry dnem podczas nagłego zwrotu w prawo. Pod wpływem nagłego manewru przesunął się ładunek w pokładzie powodując przechył ,a w rezultacie utratę stateczności. Promem płynęło 476 osób w tym wycieczka uczniów szkół średnich. Prom spoczął na 73 metrach. Zginęły 304 osoby. Zadziałał tzw. efekt „powierzchni swobodnej” i w rezultacie przesuwanie się środka ciężkości. Przyczyną był wadliwe zabezpieczanie ładunków przed przesuwaniem się.

9) Pożar włoskiego promu Norman Atlantic

Pożar miał miejsce niedawno bo w niedzielę 28 grudnia 2014 roku. Prom włoski płynący z Patras do Ankony zapalił się w pobliżu wyspy Korfu. Warunki na morzu były wyjątkowo niekorzystne. Wiał silny wiatr i była wysoka fala. Akcja ratunkowa, która powinna trwać kilka godzin  w rezultacie trwała ponad 1,5 doby. Na pokładzie było 478 osób. W wyniku nieudolnie prowadzonej akcji ratunkowej zginęło 10 pasażerów, niektóre agencje mówią o 30 ofiarach. Płynąłem tym straszliwie zawsze zatłoczonym promem, wyobrażam sobie jaka panika wybuchła. Wniosek nasuwa się że załogi jak i służby ratownicze nie zawsze są dobrze przygotowane do akcji w ekstremalnych warunkach.

Reasumując nadmienię że do napisania tego artykułu skłoniła mnie nieporadna akcja ratownicza na promie Norman Atlantic. Trzeba też stwierdzić że najczęstszymi przyczynami katastrof statków promowych i wycieczkowych jest niewłaściwe zabezpieczenie ładunku przed przesuwaniem się, zły stan techniczny promów, konstrukcje nie stateczne, pożary, przeładowanie, nie przygotowanie załogi i pasażerów do przeprowadzania sprawnej ewakuacji, a czasem zwykła niefrasobliwość  jak na przykład nie zamknięcie furt dziobowych. Moim przesłaniem nie jest  odstręczanie od podróży morskich,  ale zwrócenie uwagi na pewne niebezpieczeństwa.  W opisie wybrano najbardziej spektakularne zdarzenia o zróżnicowanych przyczynach, nie sposób bowiem opisać wszystkich katastrof promowych.

Zdjęcia - Internet