Powered By Blogger

niedziela, 9 sierpnia 2020

Epidemia kłusownictwa


List otwarty od AVAAZ

 

Przyjaciele i Przyjaciółki!

Epidemia koronawirusa wniosła ogrom chaosu w życie ludzi całego świata, a teraz sprowadza katastrofę na dziką przyrodę.

Słonie, nosorożce, pangoliny i goryle – ich przetrwanie wisi na włosku mizernych budżetów na ich ochronę, a koronawirus właśnie zerwał tę ostatnią nić. Do niedawna tych wspaniałych zwierząt broniła czterdziestotysięczna armia strażników leśnych. Teraz połowa z nich może stracić pracę, a wtedy zwierzęta znajdą się na łasce przestępców i kłusowników.

Ale wciąż jest nadzieja.

Od początku epidemii niewielki zespół śledczy pracuje na okrągło, potajemnie depcząc po piętach krwawym gangom kłusowników w dziewięciu krajach Afryki. Są dla kłusowników największym koszmarem – dzięki nim już tysiące przestępców trafiło do więzienia!

Teraz jednak źródła funduszy na tę pracę wysychają, dlatego strażnicy pilnie potrzebują naszej pomocy.

Dziś mamy szansę przyjść z pomocą zwierzętom, które nie mają innych obrońców. Jeśli wystarczająco wielu z nas dorzuci chociaż drobną kwotę, będziemy mogli postawić przed sądem jeszcze więcej przestępców, zdemaskować międzynarodowe sieci handlarzy i tchnąć nową siłę w nasze globalne kampanie na rzecz ochrony najcenniejszych i najbardziej zagrożonych gatunków świata. Przekaż ile możesz – powstrzymajmy epidemię kłusownictwa, zanim rozpęta się na dobre.

Już wcześniej zbieraliśmy pieniądze na działalność strażników z grupy EAGLE, bo ich praca jest naprawdę nie do przecenienia. W ostatnich miesiącach zdołali przeniknąć do wielkiej sieci nielegalnych handlarzy, odkryli niemal dwie tony (!!) przeznaczonych na sprzedaż łusek pangolinów, sparaliżowali międzynarodową sieć przestępczą i ujawnili jej przywódców. Dopilnowują nawet, aby schwytani przestępcy nie wymknęli się z aresztu za łapówki.

Ich oddanie i zaangażowanie jest wręcz bohaterskie – a w połączeniu ze sprawdzoną skutecznością kampanii Avaaz, może pomóc ocalić całe gatunki. Oto, co będziemy mogli zrobić, jeśli się teraz wszyscy dorzucimy:

Przeszkolić i utrzymać kilkudziesięcioosobowy zespół wywiadowczy, który przeniknie do najgroźniejszych sieci handlu dzikimi zwierzętami na świecie i pomoże je rozbić;

Zwiększyć liczbę śledztw przeciwko kłusownikom w 9 krajach i pomóc doprowadzić do aresztowania handlarzy dzikimi zwierzętami;

Zdemaskować urzędników i polityków, którzy pozwalają, by ten straszny proceder trwał;

Doprowadzić do ścigania przedstawicieli władz i korporacji, które czerpią zyski z kłusownictwa i nielegalnego handlu;

Rozkręcić głośne kampanie Avaaz, by chronić świat przyrody i nie dopuścić do zniszczenia delikatnej sieci życia.

Te śledztwa to praktycznie ostatnia linia obrony zwierząt, którym w każdej chwili grozi zagłada. Wstawmy się za nimi siłą całego naszego ruchu i pomóżmy powstrzymać epidemię kłusownictwa, dopóki nie jest za późno. Nie ma czasu do stracenia – dorzuć teraz, ile możesz.

Przeżywamy bez wątpienia najgłębszy kryzys zdrowotny naszego pokolenia. Ale jego źródła są głęboko związane z naszym stosunkiem do świata przyrody. Dziś wiemy, że to właśnie dewastacja środowiska naturalnego jest jedną z czołowych przyczyn epidemii, a co ważniejsze, że to, co dzieje się ze światem przyrody, prędzej czy później dzieje się także z nami. Gdy więc bronimy życia na ziemi, bronimy czegoś, czego jesteśmy jego częścią. Bronimy samych siebie.

Z nadzieją i gorącą determinacją, jak zawsze,

 

Mike, Marigona, Bert, Aloys, Spyro, Luis i Martyna wraz z całym zespołem Avaaz

 

P.S. To może być Twoja pierwsza darowizna dla naszego ruchu – ale za to jak cenna! Czy wiesz, że Avaaz działa wyłącznie dzięki drobnym darowiznom od osób takich jak Ty? Nie przyjmujemy pieniędzy od nikogo innego, dlatego jesteśmy niezależni, elastyczni i skuteczni. Już ponad milion osób przekazało darowizny, by Avaaz mógł zmieniać świat na lepsze. Dołącz do nich!

 

Dowiedz się więcej:

 

·        Wyborcza.pl: Jak ocalić dziką przyrodę Afryki? Nie ma safari - nie ma pieniędzy, przybędzie za to kłusowników

·        https://wyborcza.pl/7,75399,26049737,jak-ocalic-dzika-przyrode-afryki-nie-ma-safari-nie-ma-pieniedzy.html

·        Polsat News: „Krwawa katastrofa”. Kłusownicy wykorzystują pandemię, zabijają zagrożone gatunki

·        https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-04-27/klusownicy-wykorzystuja-pandemie-zabijaja-zagrozone-gatunki-krwawa-katastrofa/

·        National Geographic: Pandemia to raj dla kłusowników. Botswana ewakuuje nosorożce

·        https://www.national-geographic.pl/artykul/pandemia-to-raj-dla-klusownikow-botswana-ewakuuje-nosorozce

 

A ja skomentuję to tak:

 

A nie lepiej po prostu wystrzelać kłusowników? Szybciej i taniej to wyniesie. A że prawa człowieka? Przede wszystkim to nie są ludzie tylko zwykli bandyci i należy z nimi postępować jak ze zwykłymi bandytami czy terrorystami. Prawa człowieka są dla ludzi, a nie dla takich jak oni. Tego, co robią nie usprawiedliwia afrykańska bieda z nędzą i brak edukacji. Poza tym z jakiej racji mamy utrzymywać ich w więzieniach na koszt całego społeczeństwa?


sobota, 8 sierpnia 2020

LZ-127 nad Szczecinkiem

 

Stanisław Bednarz

 

Nie ma piękniejszego widoku jak przelot wielkiego sterowca nad dachami miasteczka. Wielkie cygaro dostojnie i cicho sunęło nad Szczecinkiem 30 lipca 1931. Wracał on z niemieckiej wyprawy polarnej z archipelagu Nowej Ziemi do Berlina.

Wyprawa doszła do skutku w lipcu 1931 roku, start nastąpił 24 lipca 1931 r. z Friedrichshafen, po czym sterowiec przez Berlin, Leningrad, półwysep Kanin dotarł najpierw na Ziemię Franciszka Józefa a następnie na Nową Ziemię. Dokonano udanej wymiany poczty z rosyjskim lodołamaczem SS Małygin oraz udanego wodowania i samodzielnego startu na Oceanie Lodowatym. Choć samego Bieguna nie zdobyto, wyprawa, podczas której przebyto 10.600 km, w tym 8600 km bez tankowania, zakończyła się pełnym sukcesem udowadniając niezawodność i przydatność sterowca także w warunkach polarnych. Ze względu na monumentalne rozmiary powietrzny statek porównywany był do Titanica. Sterowiec Graf Zeppelin miał 236 metrów długości, a kadłub dzielony na 17 komór mierzył w najszerszym miejscu 30,5 metra. Zeppelin mógł przewieźć nawet 70 osób, w tym 20 pasażerów i 40-50 członków załogi. LZ-127 Graf Zeppelin był unikatową konstrukcją. Napędzały go bowiem silniki pchające zasilane gazem Blaua. Wynalazek Hermana Blaua rozwiązał problem trawiący sterowce. Otóż silniki benzynowe zużywały takie ilości paliwa , że sterowiec robił się lżejszy i trzeba było wypuszczać wodór nośny co było niebezpieczne. Gaz Blaua był wagowo zbliżony do powietrza więc jego ubytek nie wpływał na nośność. Był bardzo podobny do jednego ze składników LPG - butanu. Pięć silników Maybacha rozpędzały sterowiec do prędkości 128 km/h. Mieszkańcy wdrapywali się na dachy, aby móc z jak najbliższej odległości podziwiać ten cud techniki. I właśnie wracając z tej wyprawy do Nowej Ziemi zachwycił mieszkańców Szczecinka.

 




Moje 3 grosze

 

Nawiasem mówiąc, był on widziany także nad Gdańskiem i sfotografowano go, z czego później też powstały niemieckie pocztówki.

Ta wyprawa polarna była śledzona przez szeroką publiczność tak jak dzisiaj śledzimy przebieg lotów kosmicznych. O tym locie wzmiankujemy w naszej książce o katastrofach lotniczych i napisaliśmy tak:

No i właśnie na poszukiwania legendarnych wysp Arktyki wyprawili się Niemcy i Rosjanie w 1931 roku sterowcem LZ-127. Była to naprawdę doskonale zorganizowana wyprawa statkiem powietrznym o długości 237 metrów, szerokości 30 i wysokości 34 metrów. Ogólna pojemność wszystkich balonetów sterowca wynosiła 105.000 m³, zaś pięć silników o mocy 2.650 KM nadawały masie własnej LZ-127 wynoszącej 62 tony plus 23 tony payloadu prędkość 128 km/h. Praktyczny zasięg tego statku powietrznego wynosił 11.250 km. Najpierw pokonano trasę Berlin – Szczecin – Kołobrzeg – Visby – Helsinki – Leningrad - gdzie na pokład dokooptowano ekipę radzieckich uczonych, którzy potem polecieli dalej do Wysp Nowosyberyjskich. Chodziło o konkretne rozstrzygnięcie kwestii istnienia Ziemi Sannikowa i Ziemi Andriejewa, następnie statek powietrzny skierowano na Tajmyr i z powrotem do Berlina. W ciągu 110 godzin LZ-127 pokonał odległość 13.200 km. Ziemi Sannikowa i Ziemi Andriejewa nie znaleziono. Pozostały one jedynie na kartach powieści Leonida Płatowa „Archipelag Znikających Wysp” i „Kraina Siedmiu Traw”... Ta wyprawa, to pełny tryumf ludzkiej nowoczesności myślenia i techniki! W ciągu czterech i pół dnia z pokładu sterowca zbadano tak wielką przestrzeń, którą z lodołamaczy badano by co najmniej przez trzy lata![1] 

I tak faktycznie było.



Po latach pogardy i niełaski sterowce powracają na niebo. Wypełnione niepalnym helem potrafią wznieść się na duże wysokości, a wyposażone w silniki odrzutowe są w stanie poruszać się szybko w górnych warstwach atmosfery dochodząc niemal do linii Kármána.[2] Być może wkrótce staną się one wygodnymi platformami startowymi dla pojazdów kosmicznych…

Ale na razie sterowce pełnią funkcję transportowców, latających dźwigów, pojazdów turystycznych, jednostek patrolowych i rozpoznawczo-zwiadowczych. A że są tańsze w eksploatacji od samolotów, z pewnością powrócą na nasze niebo.  


[1] Stanisław Bednarz, Robert Leśniakiewicz – „Tajemnice katastrof lotniczych”, Jordanów 2019.

[2] Umowna granica z przestrzenią kosmiczną na wysokości 80-100 km nad ziemią. 

czwartek, 6 sierpnia 2020

Bejrut, 4 sierpnia, 18:08 EEST

 

Agencje prasowe i inne media doniosły:

Do potężnego wybuchu doszło w Bejrucie we wtorek, 4.VIII, wieczorem o g. 18:08.18 EEST. Ucierpiała połowa budynków miasta, szpitale są przepełnione rannymi. Według relacji korespondenta „Sputnika” na początku było słychać nieduży trzask, po pięciu minutach pojawił się czarno-biały dym, a następnie doszło do potężnego wybuchu, w niebo wystrzelił słup czerwonego dymu. W epicentrum eksplozji w porcie wybuchł silny pożar.

Na kadrach użytkowników sieci społecznościowych widać, jak nad miejscem zdarzenia wisi ogromna chmura w kształcie grzyba. Niektórzy internauci przekazali przy tym, że uszkodzone zostały pomieszczenia biurowe, w których przebywali. Jest informacja o kilkudziesięciu rannych, których karetki pogotowia przewożą do najbliższych szpitali.

 








Sztuczne trzęsienie ziemi

 

Pół libańskiej stolicy zostało zmiecione z powierzchni ziemi.

Cały świat żyje potężną eksplozją, jaka miała miejsce wczoraj (4.VIII) w stolicy Libanu, w Bejrucie. Wszystko wskazuje na to, że doszło do wybuchu saletry amonowej magazynowej w tutejszym porcie bez zabezpieczeń. Eksplozja wstrząsnęła ziemią do takiego stopnia, że zarejestrowały ją nawet sejsmometry Amerykańskiej Służby Geologicznej.

- Jordańskie Obserwatorium Sejsmologiczne oraz USGS zarejestrowało wybuch w porcie w Bejrucie, którego aktywność sejsmologiczna była równoważna trzęsieniu ziemi o magnitudzie 3,3 w skali Richtera - czytamy w oświadczeniu.

- Jednak - jak zaznacza Don Blakeman, geofizyk z Narodowego Centrum Informacji o Trzęsieniach Ziemi - wybuchy powierzchniowe, takie jak wtorkowy z Bejrutu, nie wytwarzają takich wstrząsów jak trzęsienie ziemi o podobnej energii. Ta fala rozprzestrzeniła się na powierzchni, a nie głębiej, kilka kilometrów pod ziemią. Za mało energii przenosi się do skał w ziemi - dodał.




Gdyby jednak do wybuchu doszło pod ziemią, magnituda wstrząsu mogłaby być jeszcze większa. Moc eksplozji oszacowano na 1,1 kt TNT czyli 4,6 TJ.

Doniesienia z Bejrutu są katastrofalne. Wiadomo, że po wybuchu magazynu, w którym składowana była saletra amonowa – NH4NO3, pół libańskiej stolicy zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Pod gruzami zniszczonych domów wydobyto ciała 135 ofiar, ponad 4 tys. innych odniosło obrażenia, a 300 tys. ludzi straciło dach nad głową. Wiadomo, że akcja ratunkowa potrwa wiele dni, a katastrofę mieszkańcy będą odczuwać przez lata.




Według gazety „Cyprus Mail”, echo wybuchu rozprzestrzeniło się na setki kilometrów i dotarło do stolicy Cypru, Nikozji, oddalonej od Bejrutu o 241 km. Mieszkańcy zachodnich wiosek cypryjskich na zboczach gór Troodos również twierdzą, że słyszeli dźwięk eksplozji.

 



Nie tylko Bejrut

 

I rzecz najciekawsza - niemal do identycznego kataklizmu doszło w dniu 17.VII.1944 roku na terenie Port Chicago Naval Magazine w amerykańskiej miejscowości Port Chicago, CA. Statek transportowy typu Liberty SS E. A. Bryan zacumował po wewnętrznej, bliższej lądu kei pojedynczego, 450-metrowego pirsu załadowczego bazy Port Chicago, o godz. 8:15 w dniu 13 lipca 1944 roku. Statek miał puste ładownie, ale jego zbiorniki wypełniało 841.360 litrów ropy koniecznej do pokonania Pacyfiku. O godzinie 10:00 PDT tego samego dnia marynarze z będącego na służbie batalionu zaczęli zapełniać jego ładownie amunicją. Po czterech dniach całodobowej pracy około 4200 ton materiałów wybuchowych znalazło się pod pokładem. Do wieczora 17 lipca ładownie były wypełnione w około 40 procentach.

Tegoż dnia, o godzinie 22.00, 98 marynarzy z 3. dywizjonu rozpoczęło wypełnianie ładowni nr 3 E. A. Bryan bombami 450-kilogramowymi, ładowni nr 5 – pociskami kalibru 40 mm, a ładowni nr 4 – bombami rozpryskowymi. Jednocześnie ładowano 290-kilogramowe bomby zapalające; te były „żywe” – ich zapalniki były już zainstalowane i uzbrojone. Bomby zapalające ładowane były, ze szczególną ostrożnością, do ładowni nr 1, tej samej, w której hamulec windy ładunkowej był wciąż niesprawny.

W podstawionych wagonach znajdowały się ponadto lotnicze bomby głębinowe nowej generacji, każda wypełniona 110 kilogramami nowego, czulszego od TNT materiału wybuchowego torpexu; te zaczęto składać w ładowni nr 2. Na pirsie, na trzech równoległych torowiskach, stało 16 wagonów zawierających jeszcze około 390 ton materiałów wybuchowych. Ogółem, na pirsie i w ładowniach statku, znajdował się odpowiednik 2 000 ton TNT – 2 kt.

102 ludzi z 6. dywizjonu, w większości dopiero co przybyłych z NSGL, pracowało w tym czasie na nowo oddanym do eksploatacji statku typu Victory SS Quinault Victory (według niektórych źródeł Quinalt), by przygotować go do załadunku amunicji, który miał się rozpocząć po północy. Quinault miał zbiorniki częściowo wypełnione stosunkowo łatwopalnym paliwem. Na obu statkach pełniło wówczas służbę 67 oficerów i członków załóg, ponadto na pirsie znajdowało się trzech cywilnych specjalistów, żołnierz Marines, dziewięciu oficerów marynarki i 29 uzbrojonych strażników na służbie. Kuter pożarniczy Coast Guard z pięcioma ludźmi załogi stał również przy pirsie. Oficer, który opuścił port krótko po godzinie 22:00 odnotował, że ludzie z 3. dywizjonu mieli trudności z rozładowaniem wagonów, w których amunicję upchnięto nadzwyczaj ciasno. Zauważył też (rzecz wówczas bez znaczenia), że śruby Quinaulta obracały się z wolna, co mogło oznaczać, że statek (choć pusty) jest gotowy do wyjścia w morze.

O godzinie 22.18 świadkowie usłyszeli „metaliczny gwizd oraz odgłos łamiącego się drewna, jakby spadającego bomu”. Natychmiast potem nastąpiła pierwsza eksplozja i wybuchł pożar. W kilka sekund potem nastąpiła znacznie poważniejsza eksplozja, która zamieniła E. A. Bryan i otoczenie w wielką kulę ognia o średnicy około 4800 metrów. Kawałki rozpalonego do białości metalu i inne płonące szczątki siła eksplozji wyrzuciła na około 3700 metrów w górę. Pilot samolotu przelatującego nad miejscem eksplozji, dojrzał krąg płomienia, który rozszedł się po ziemi, osiągając jakieś 4,5 km średnicy, a następnie słup wybuchu sięgnął jego samolotu – fragmenty metalu „wielkości domów” przelatywały wysoko nad samolotem lecącym na wysokości 2700 m. SS E. A. Bryan został całkowicie unicestwiony, a Quinault siła podmuchu wyrzuciła z wody, rozerwała na kawałki i rozrzuciła w różne strony; rufa, do góry dnem, wylądowała 150 metrów dalej. Kuter pożarniczy Coast Guard CG-60014-F został pchnięty siłą podmuchu 180 metrów w górę rzeki, gdzie zatonął. Pirs, wraz z wagonami, parowozami, ładunkiem i ludźmi, został rozerwany na części. Czekające na rozładunek wagony, umieszczone między zabezpieczającymi nasypami, zostały zgniecione i zniszczone siłą wybuchu, jeden z nich stanął w płomieniach, co groziło dalszymi eksplozjami. Baraki koszar i inne zabudowania portowe, a także pobliskie miasto, zostały w znacznym stopniu zniszczone. Odłamki szkła, metalu i niezdetonowane pociski zraniły wielu członków militarnego i cywilnego personelu bazy, aczkolwiek w samym miasteczku nikt nie zginął. Położony 1,5 mili dalej budynek koszarowy się niemal zawalił, a mieszkańców rzuciło na ściany – gdy się wydostali i ruszyli ciężarówką na pomoc, samochód musiał zatrzymać się w pół drogi: eksplozja doszczętnie zniszczyła jezdnię, czyniąc ją nieprzejezdną. Szkody władz federalnych wyceniono na 9,9 miliona dolarów (133 miliony w roku 2014). Sejsmografy uniwersytetu w Berkeley odnotowały dwa wstrząsy sejsmiczne, z których drugi, silniejszy, miał swój odpowiednik w 3,4 stopnia w skali Richtera.

Wszystkich 320 ludzi na pirsie i na statkach zginęło natychmiast, 390 cywilów i wojskowych odniosło rany, niektórzy poważne. Wśród zabitych było pięciu członków załogi kutra pożarniczego Coast Guard. W katastrofie zginęło 202 Afroamerykanów, a 233 zostało rannych, co stanowi 15 procent wszystkich czarnoskórych obywateli USA poległych w czasie operacji morskich II wojny światowej.

 

Także Halifax…

 

Jednak najpotężniejszym wybuchem nie-atomowym była katastrofalna eksplozja statku amunicyjnego w porcie Halifax, która miała miejsce w dniu 6.XII.1917 roku. W czasie I wojny światowej Halifax był jednym z głównych portów, z których wypływały statki z żołnierzami oraz zaopatrzeniem dla Europy. Tutaj formowały się konwoje atlantyckie. 6 grudnia 1917 około godziny 08.45 ADT w zatoce Bedford Basin nastąpiło zderzenie francuskiego frachtowca SS Mont Blanc wiozącego 2653 tony materiałów wybuchowych (w tym m.in. kwas pikrynowy) oraz cieczy łatwopalnych, takich jak benzen, z pływającym w czarterze belgijskim norweskim statkiem SS Imo. Wskutek kolizji na Mont Blanc doszło do pożaru, a następnie do wybuchu przewożonego ładunku. W wyniku eksplozji zginęło około 2 tysiące osób (dokładna liczba nie jest znana), około 9000 osób zostało rannych, u 600 osób stwierdzono uszkodzenia oczu, z czego 38 straciło wzrok na zawsze.

Szacuje się, że moc eksplozji była równoważna wybuchowi 3 tysięcy ton trotylu – 3 kt, a więc ok. 1/5 mocy bomby jądrowej zrzuconej na Hiroszimę. Była to jedna z największych nienuklearnych eksplozji wywołanych przez człowieka.

 

Taktyczna broń jądrowa

 

Te wszystkie wydarzenia ukazują nam, jakie straty i szkody są w stanie spowodować takie wybuchy. Na Zachodzie i Wschodzie rozważa się możliwość użycia małych ładunków jądrowych o mocy >5 kt – czyli tzw. taktycznej broni jądrowej. Obniżenie progu użycia broni jądrowej doprowadziłoby do jej masowego użycia i co za tym idzie – skażeń środowiska o niewyobrażalnych skutkach i skali. Najstraszniejsze jest to, że te paranoiczne rojenia już są w stadium realizacji.




Uważam, że otrzymaliśmy kolejne ostrzeżenie, czym grozi obniżenie progu użycia broni jądrowej i w ogóle BMR. Katastrofy nuklearne takie jak Czarnobyl i Fukushima, katastrofy takie jak w Bhopalu i Seveso, epi- i pandemie różnych chorób, z którymi walczymy aktualnie – czymże one są? Według mnie są one BARDZO POWAŻNYM OSTRZEŻENIEM. Nieznany Ktoś chce nam powiedzieć: Ludzie, bardzo źle się bawicie. Każde  tych wydarzeń, to krok ku zagładzie. I to już nie jest bredzenie różnych „oświeconych” i „widzących inaczej”, ale twarda, namacalna rzeczywistość, która wiedzie nas w przepaść samozagłady.

Ale kogo to obchodzi poza garstką ludzi, którym leży na sercu dobro naszej planety?

Nikogo, i to jest właśnie straszne…

 

Źródła:

·        CNN i FT

·        „Sputnik”

·        „Hindustan Times”

·        Wikipedia


środa, 5 sierpnia 2020

Amelia Earhart: tajemnica bez rozwiązania…

2 lipca minęła 83. rocznica zaginięcia bez wieści słynnej amerykańskiej lotniczki – Amelii Earhart. Jej losy są nadal ponurą tajemnicą Pacyfiku, bo w dalszym ciągu nie mamy niczego poza przypuszczeniami i hipotezami.

 

Daleki lot

 

Amelia Earhart zamierzała jako pierwsza kobieta dokonać oblotu naszej planety. To śmiałe zamierzenie miało się zrealizować przy pomocy samolotu Lockheed L-10 Electra o numerze rejestracyjnym NR-16020. Ten niewielki samolocik miał masę własną  - 2930 kg, długość - 11,8 m, rozpiętość skrzydeł – 16,8 m, dwa silniki dające prędkość maksymalną 325 km/h na maksymalnym pułapie 5910 m i dające mu zasięg 1150 km.




Oczywiście lot ten musiał odbyć się z aż 30 międzylądowaniami. Sama trasa przelotu wyglądała następująco:

20.V – start w Oakland, CA

1.VI – start z Miami, FL

5.VI – start z Natalu, Brazylia i skok przez Atlantyk

10.VI – start z Dakaru, Senegal

17.VI – start z Karaczi w Pakistanie

20.VI – Start z Singapuru

29.VI – start z Darwin, Australia

2.VII – start z Lae, Papua-Nw. Gwinea

I tutaj ślad się urywa.

 

Błędne ogniki

 

Maszyna Amelii Earhart, którą nawigował Frederick Joseph Noonan miała kolejne międzylądowanie na wyspie Howland w archipelagu Wysp Feniksa. Czekał tam na nich okręt Straży Przybrzeżnej USCGC Ithasca. Niestety – nie doczekał się. Amelia i Fred nigdy nie dolecieli do Howlandu. Musieli oni być gdzieś w pobliżu, bowiem radiostacja Ithascy nawiązała z nimi kontakt radiowy, ale sygnał stopniowo słabł, wreszcie zanikł. Wynikał z tego jasny wniosek – Electra oddalała się od Howlandu. Ale w którym kierunku?

Wszystko to przypomina niektóre przypadki zaginięć jednostek morskich i powietrznych na akwenach Trójkąta Bermudzkiego: najpierw wszystko jest OK., a potem zaczyna się wzywanie pomocy i zniknięcie bez śladu, albo jednostki meldują, że wszystko jest OK. i… znikają bez wieści. Opisano to wiele razy, więc nie ma sensu tego powtarzać.

Tak samo było w przypadku Amy Earhart i Freda Noonana. Odbiornik Ithascy odbierał transmisje radiowe z pokładu Electry. Wszystko wyglądało na to, że załoga Electry po prostu zagubiła się nad Pacyfikiem.

 

Zaginieni

 

Mało kto potrafi to sobie wyobrazić. Ogromny przestwór największego oceanu świata. Można nad nim lecieć całymi godzinami i nie ujrzeć skrawka lądu czy atolu. Nie ma się co dziwić, że załoga straciła rozeznanie nad tym bezmiarem wód. Rzecz w tym, że lecąc z Lae w kierunku Howlandu lecieli nad praktycznie rzecz biorąc pustym oceanem. Na trasie nie było żadnych wysp czy atoli, wedle których można byłoby skorygować trajektorię samolotu. Ta fatalna okoliczność była pierwszą przesłanką do stwierdzenia, że Electra musiała się zgubić nad oceanem. Ale nie ostatnia.

Drugą przesłanką były umiejętności nawigacyjne Freda Noonana. Czarna legenda głosi, że lubił wypić i potrafił popełniać ogromne błędy. W tym locie na ten przykład, po przeskoku przez Atlantyk z Natalu do Dakaru pomylił się o 100 km, które skorygował dopiero lecąc wzdłuż afrykańskiego brzegu. Problem polega na tym, że wtedy posługiwano się nawigacją zliczeniową i takie błędy były możliwe. Nie było nawigacji radiowej i GPS… Wyobraźmy sobie, że taka pomyłka – te 100 km – zdarzyła się na Pacyfiku. Mając mało paliwa nie mogli skorygować tego błędu i musieliby wodować.

 

Wodowanie?

 

- oczywiście jest możliwe. Electra przez jakiś czas mogłaby unosić się na wodzie, bo miała niemal lub całkiem puste zbiorniki paliwowe. Biorąc pod uwagę fakt, że nie znamy jej położenia w chwili katastrofy można było prowadzić poszukiwania jedynie po omacku. Niestety Ithasca nie miała radionamiernika i nie była w stanie określić kierunku, z którego docierały do niej sygnały z Electry. I to była kolejna przesłanka.


Legendy mówią, że Ameria Earhart i Fred Noonan dotarli do wyspy Gardner/Nikumaroro, gdzie zmarli. Jak podaje Wikipedia - Na atolu Nikumaroro odnaleziono but uznany za damski, pudełko od amerykańskiego sekstantu, butelkę benedyktynki, którą lubiła pilotka, a także ludzkie kości. W 1940 roku zostały one uznane za męskie, ale ponowna analiza antropologiczna opublikowana w 2018 roku wskazuje, że należały jednak do kobiety. Wymiary kości odpowiadają tym, które można wyznaczyć z fotografii i zachowanych ubrań Earhart. To sugeruje, że pionierka awiacji zakończyła życie jako rozbitek na odizolowanej wyspie.

Ale czy oznacza to, że dolecieli i zmarli właśnie tam? Przecież z kości można ustalić przyczyny śmierci delikwenta, czy nikt tego nie spróbował? Można zrobić to na podstawie zachowanych na kościach śladów obrażeń, złamań, itd. Czy tego nie zrobiono? Ciekawe jest to, że jak w wielu tego rodzaju przypadkach gdzieś zawieruszyły się dokumenty i artefakty. Komuś zależało na tym, by prawda nie wyszła na jaw?

Tak czy inaczej, sprawa nadal stanowi tajemnicę, którą nieprędko da się rozgryźć, o ile w ogóle…  

Zdjęcia - Internet

sobota, 1 sierpnia 2020

Olsztyn: UFO, zamek i podziemia

Ostatnio znów zrobiło się głośno o Olsztynie k./Częstochowy, a to ze względu na odkrycie pod zamkiem tajemniczych podziemi, które być może mają swoją kontynuację w systemie jaskiniowym Jury Krakowsko-Wieluńskiej. Maja się one rozciągać pod tamtejszym zamkiem, o którym tak pisze Wikipedia:

Pierwsza wzmianka o zamku olsztyńskim, wtedy identyfikowanym jako zamek w Przemiłowicach, pochodzi z 1306 r., a zawarta została w aktach drugiego procesu biskupa krakowskiego Jana Muskaty, wytoczonego mu w 1306 r. przez arcybiskupa gnieźnieńskiego, Jakuba Świnkę. Z tego też powodu w 2006 r. obchodzono Jubileusz 700-lecia zamku olsztyńskiego. Wiadomo, że zamek istniał jednak już wcześniej, same ww. akta dotyczą wydarzeń z 1294 roku. XIII-wieczne pochodzenie zamku potwierdziły prowadzone w latach 2010. badania prowadzone przez dr. Czesława Hadamika.

Pierwsza wzmianka o Zbyszku, burgrabim olsztyńskim pochodzi z 1349 r. Istniejącą od drugiej połowy XIII w. strażnicę rozbudował w XIV w. Kazimierz Wielki jako jeden z najbardziej warownych zamków na pograniczu śląsko-małopolskim. Według tradycji za jego panowania więziony był w zamku wojewoda poznański Maćko Borkowic, który zmarł w niej skazany na śmierć głodową za zorganizowanie spisku przeciw królowi. Według podań duch wojewody, jęki, brzęk kajdan i zawodzenia do dziś mają straszyć w okolicy zamku.

W 1370 r. król Ludwik Węgierski przekazał Olsztyn z ziemią wieluńską w lenno swemu kuzynowi, księciu opolskiemu Władysławowi Opolczykowi za popieranie swych planów dynastycznych. W 1391 r. Władysław Jagiełło po tygodniowym oblężeniu zdobył zamek i przywrócił go Koronie. W 1406 r. podgrodowa osada nazywana wówczas Olsztynkiem została siedzibą starostwa. W 1488 r. Kazimierz IV Jagiellończyk nadał jej prawa miejskie.

W XV wieku powstał tzw. dolny zamek, który prawdopodobnie był rozbudowywany w kolejnym stuleciu. W XV w. zamek odegrał znaczącą rolę przy odpieraniu napadów ze strony książąt śląskich. W tym czasie został rozbudowany, potem był kilkakrotnie przebudowywany z powodu kruszenia się murów wskutek osuwania się skał. W 1552 r. Olsztyn uzyskał przywilej na targi i jarmarki. Miasto nigdy nie rozwinęło się ze względu na nieurodzajną, piaszczystą glebę oraz położenie z dala od szlaków handlowych.

Zamek królewski położony był w drugiej połowie XVI wieku w powiecie lelowskim województwa krakowskiego.

W 1587 r. atakowany był przez wojska austriackie arcyksięcia Maksymiliana, pretendenta do tronu polskiego. Dowódcą załogi był wówczas starosta Kasper Karliński. Jego porwany kilkuletni syn wraz z piastunką wystawiony został pod zamek na pierwszą linię ognia. Obrona się powiodła, z poświęceniem jednak życia syna dowódcy. Doszło też do zniszczeń zamku. Wydarzenie to znalazło swój wyraz w twórczości Władysława Syrokomli i Aleksandra Fredry.

Podczas oblężenia zamek został mocno uszkodzony, a jego budową z kierował kolejny starosta, Joachim Ocieski. Po jego śmierci zamek popadł w ruinę, gdyż sprawujący swoje obowiązki od 1613 r. starosta Mikołaj Wolski nie dość dobrze dbał o zamek, koncentrując się na utrzymaniu rezydencji w Krzepicach. Już w czasie lustracji z 1631 roku obiekt był mocno zniszczony.

W czasie potopu Szwedzi zrujnowali zamek i spalili miasto, gdy część sił idących na Częstochowę zaatakowała w październiku 1655 roku zamek w Olsztynie, który po krótkim oblężeniu zamek został zdobyty i zrujnowany. Po zakończeniu wojny zamek był ruiną niezdatną do użytkowania, a wobec rozwoju artylerii zamki starego typu straciły wartości obronne. Królewski fortyfikator Krzysztof Mieroszewski prowadził w tym czasie prace w zamku, ale ich efekt był niewielki i ostatecznie zaniechano odbudowy zamku ze względu na wysokie koszty tego przedsięwzięcia. Podczas budowy w latach 1722-26 kościoła parafialnego rozebrano duże fragmenty dolnych partii zamku. Do końca tego stulecia przetrwało starostwo olsztyńskie.

W XIX w. chłopi stopniowo rozbierali zamek w celu pozyskania budulca.

Do dziś z zamku zachowały się mury części mieszkalnej, wieże: cylindryczna (stołp) i kwadratowa (Starościańska), fragmenty murów budynków gospodarczych, częściowo także piwnice oraz odkryte w czasie badań archeologicznych fundamenty kuźnicy i ślady dymarek. W latach 1992–1993 oraz 1995–1998 odbywał się tu międzynarodowy pokaz pirotechniki i laserów. Po zawaleniu się fragmentu muru zamkowego konserwator zabytków zakazał tego typu imprez. Ruiny zamku udostępnione są do zwiedzania.

W toku badań archeologicznych przebadano w 2015 roku teren zamku dolnego, którego dokładne rozplanowanie nie było wcześniej znane, udało się m.in. opisać położenie trzech filarów mostu prowadzącego od wieży bramnej do górnej części zamku oraz położenie samej wieży bramnej. Cztery lata później w służącej jako spiżarnia jaskini położonej na terenie zamku dolnego odkryto kilkaset krzemiennych narzędzi wykonanych przez Neandertalczyków, a w kolejnym roku opisano nieznaną jaskinię oraz złożony system tuneli i szczelin.[1] 

Miałem okazję zwiedzić to niezwykłe miejsce w lipcu 1997 roku w czasie podróży do jednego z pierwszych piktogramów, który pojawił się w podtoruńskiej Pigży. Zamek interesował nas z dwóch powodów – historycznych i z pewnej osobliwości tego zamku, bowiem rok wcześniej doszło tam do lądowania UFO.

 

A oto metryczka tego niezwykłego wydarzenia:

TYP INCYDENTU: NL/CE2

MIEJSCE: Olsztyn k./Częstochowy, N 50°44’59” – E 019°16’27”, 346 m n.p.m.

DATA: 7.XI.1996 r.

CZAS: 03:45 CET/02:45 GMT

CZAS TRWANIA: 195 min.

ILOŚĆ OBIEKTÓW: 2 lub 3

ŚWIADKOWIE: kilkoro

ZDJĘCIA: nie było

PRAWDOPODOBNE WYJAŚNIENIE: brak

 

Zacytuję tutaj materiał przekazany przez Bronisława Rzepeckiego, który wraz z Marianem Książkiem badał ten incydent:

7 listopada 1996 roku, około godziny 3:45, panią Krystynę K. mieszkającą w odległości około 200 m od ruin zamku obudził huk przypominający wybuch petardy. Musiał on być dość silny, gdyż słyszany był w pokoju wyposażonym w dźwiękoszczelne okna. […]

Kiedy pani K. obudzona hukiem otworzyła oczy ujrzała, że cały pokój jest zalany białym światłem podobnym do „księżycowego”, ale trzykrotnie silniejszym. Patrząc przez okno spostrzegła białe światło tkwiące na wzgórzu u podnóża zamku. […] Miało ono około 3 m średnicy, tkwiło nieruchomo przez kilka minut, po czym przygasło. W tym samym momencie po drugiej stronie wzgórza pojawił się blask, silnie oświetlający skałki – ale nie widać było źródła tego światła.

Po kilku lub kilkunastu minutach blask za wzgórzem przygasł i znów pojawiło się duże białe światło w tym samym miejscu co uprzednio. Tego rodzaju „przeskoki” powtórzyły się trzykrotnie i w sumie trwały 45 minut. Ostatni raz „blask” pojawił się po drugiej stronie wzgórza ok. godz. 04:30 i wtedy pani K. zauważyła coś, co przypominało jej chmurę lub obłok pary, w miejscu skąd wydobywał się blask. Potem światło przygasło, zaczęło się powoli unosić i pojawiło się nad kwadratową wieżą, jakby osiadło na tej baszcie. […]

Kiedy byli w toalecie, usłyszeli znów huk podobny do pierwszego, ale nieco inny. Gdy wrócili na górę, po kilku minutach pojawiło się drugie światło – o wiele mniejsze od tego pierwszego, tak jakby przyklejone do skał, znajdujące się na lewo od miejsca obserwacji pierwszego światła, również w kolorze białym.

Świadkowie twierdzą, że widoczne było także trzecie światło, widoczne po lewej stronie okrągłej baszty. Było malutkie, w kolorze żółtym i wykonywało ruchy w górę i w dół.

W końcowej fazie obserwacji światło środkowe przesunęło się nad kwadratową wieże, a duże w prawo i w górę, po czym już obydwa razem zaczęły się oddalać. Najmniejsze ze świateł (żółte) odleciało powoli w lewo, w kierunku wsi Przymiłowice (N 50°45’09” – E 019°18’39”). [...]

W czasie tego zdarzenia nie nastąpiło żadne oddziaływanie na świadków, pani K. była tylko wystraszona. […] odniosła wrażenie, że jest obserwowana. Gdy po południu udała się na miejsce, gdzie widoczne były światła, u podnóża zamku zauważyła regularne kręgi soczysto-zielonej trawy, wyraźnie odróżniającej się od „tła”, gdzie trawa była już mocno zeschnięta i żółta.

Podobne relacje złożyli inni świadkowie badającemu ten incydent Sławomirowi Lizoniowi. Co najciekawsze, na filmie zrobionym in situ przez Mariana Książka widać liliowe dzwonki i… owocniki grzybów, które oznaczyłem jako wieruszkę zatokową – Entoloma sinutatum,  niejadalny grzyb, który pojawia się na wiosnę...

Podobne kręgi zielonej, soczystej trawy znalazłem na miejscu dziwnego wydarzenia z dnia 13/14.I.1993 roku w nieodległej miejscowości Jerzmanowice, gdzie nieznane „coś” rozwaliło szczyt wapiennego ostańca zwanego Babią Skałą (N 50°12’22” – E 019°45’15”; 486 m n.p.m.) na fragmenty o wielkości pięści i mniejsze. Odłamki te podziurawiły dachy okolicznych domów zaś sam impakt „wyłączył” prąd w całej wiosce. Ślady impaktu znaleziono również na skałce Sikorka odległej o 255 m na SE od Babiej Skały.

Takie same kręgi trawy wraz z trawiastym trójkątem znalazłem badając miejsc CE2 na górze Golgota (N 49°34’50” – E 019°47’45”; 636 m n.p.m.) w okolicy wsi Spytkowice. Na miejscu lądowania UFO, które miało miejsce w nocy znaleźliśmy z Bronisławem Rzepeckim i Anną Leśniakiewicz trzy kręgi i trójkąt równoboczny ze świeżej (wtedy już zmarzniętej) trawy. Całość incydentu tak opisałem w „Projekcie Tatry”:

Grudzień 1995 roku – okres pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Trzy niezależne grupy świadków obserwują Lądowanie NOL-a na szczycie Golgoty!

Pierwsza grupa w składzie mgr Renata K., jej mąż art. malarz Ryszard K. i dwoje dzieci: Magdalena i Bartosz K. obserwują tego NOL-a ze wschodu. Widzą oni trzy czerwone „krzewy” płomieni, które zmieniają konfiguracje w przestrzeni.

Trzecia grupa świadków pod przewodnictwem mgr Aliny L. widzi coś podobnego od zachodu, aczkolwiek konfiguracja trzech czerwonych „krzewów” światła jest zupełnie inna.

Najbardziej niesamowita jest obserwacja drugiej grupy obserwującej NOL-a od południa. Świadkowie – pani Jadwiga S. i mieszkańcy Spytkowic spod Golgoty zauważyli nie grupę świateł w kształcie „krzaków” czerwonych ogni, ale regularne kwadraty emitujące silne biało-żółte światło. Jadwiga S. sądziła początkowo, że jadą na nią czołgi! – choć jak później przyznała, sama nie wie, dlaczego to jej się skojarzyło z czołgami... – bo nie słyszała żadnego ryku silników czy wizgu gąsienic.

Inni mieszkańcy mieli jeszcze ciekawsze wrażenia, bo czuli coś na kształt lekkiego trzęsienia ziemi, grunt lekko dygotał, dzwoniły szyby, kołysały się żyrandole...

W maju 1996 roku, ekipa w składzie: Anna Leśniakiewicz, Robert K. Leśniakiewicz i Bronisław Rzepecki udała się na miejsce tego CE2, by zbadać rzecz in situ. Przeprowadzono rozmowy ze świadkami i sfotografowano ślady Lądowania tego NOL-a w kształcie trzech kręgów trawiastych, w których trawa zmieniła swój kolor z szarobrunatnego na ciemnozielony i równoramiennego trójkąta takiegoż samego koloru. Nawet po pięciu miesiącach trawa zachowała swój odrębny kolor. Nie wykonano badań na radioaktywność, bo roztopy i kwietniowe deszcze zdekontamitowały radioaktywne cząstki w głąb gleby i spłukały je do cieków wodnych. Dokładny raport w tej sprawie sporządził Bronisław Rzepecki.[2]   

Wszystko wskazuje więc na to, że we wszystkich tych przypadkach doszło do uskoku, przesunięcia czy poślizgu w Czasie. To wszystko pozwala mi na wysnucie wniosku, że UFO są przede wszystkim pojazdami poruszającymi się równie dobrze w Czasie jak i w Przestrzeni, co przypomina dość dokładnie pojazd TARDIS, którym podróżuje dr Who z brytyjskiego serialu sci-fi pod tym samym tytułem. A to oznacza, że nie mamy do czynienia z Kosmitami, ale z dalekimi przodkami lub potomkami ludzi, którzy opanowali zasady chronomocji[3] i potrafią się nimi posługiwać.

Ale to już jest temat z innej ballady…

 

Głosy z KKK

 

No i proszę, w parę dni po opublikowaniu tego materiału pojawiła się zajawka o tym, że rzeczywiście – pod Olsztynem znajduje się ogromny kompleks jaskinny, który trzeba będzie zbadać! Zob. - https://dziennikpolski24.pl/sensacyjne-odkrycie-siec-jaskin-pod-zamkiem-w-olsztynie-kolo-czestochowy-archeolodzy-znalezli-jaskinie-zlozony-system-tuneli-i/ar/c15-15108518. (Daniel Laskowski)



[1] Wikipedia.

[2] R. Leśniakiewicz – „Projekt Tatry”, Kraków 2002.

[3] Poruszania się w Czasie.