Powered By Blogger

niedziela, 24 czerwca 2018

Widmo na torach - legenda kolejowa



Michaił Gernstein


Dziwne widmowe światło prawie przez sto lat pojawiało się nad szynami kolejowymi w okolicy osiedla Mako, (NC, USA). Kolejowi dróżnicy nosili tam dwie latarnie, żeby ich sygnały nie zostały pomylone z „sygnałami” tego Nocnego Światła.

Nikt nie jest w stanie określić dokładnej daty, kiedy nad liniami kolejowymi w stanie New Jersey pojawiło się to widmowe światło. Widzieli je miejscowi kolejarze jeszcze w latach 20-tych, i w przeciągu wielu lat Nocne Światło przyciągało tłumy ciekawskich. Zaczęto nazywać je „lampą przywidzenia”.


Legenda o Lesterze Clammonsie


Do roku 1970, światło stało się popularną miejscową atrakcją. Wielu mieszkańców miasta Long Valley, NJ, podjeżdżało nocą do linii kolejowej, żeby zobaczyć „lampę przywidzenia”. Pojawiające się w oddali, w ciemną porę doby światło, kołyszące się z boku na bok, jak lampa w ręku szybko idącego człowieka. Kiedy ono pojawiało się bliżej, ludzie widzieli, że światło wisiało nad szynami samodzielnie. Próby zbliżenia się do źródła światła kończyły się na niczym: „lampa” po prostu gasła i zapalała się znów daleko za plecami obserwatora.

Pojawiła się także legenda miejska, że kiedyś na tej linii kolejowej służył konduktor nazwiskiem Lester Clammons, lubiący wypić. Do jego obowiązków należało sprawdzać sprawność hamulców w wagonach. Pewnego razu Lester postanowił sprawdzić coś pomiędzy wagonami i upadł. Nie zginął i można powiedzieć, że się wykpił Kostusze – odcięło mu tylko prawą rękę.

Ze szpitala Clammons wyszedł z hakiem zamiast prawej ręki. Kompania kolejowa dała mu pracę wedle jego sił. Lester został dróżnikiem i kontrolował szyny w Township (administracyjna terenowa jednostka w USA) Washington. Po zapadnięciu ciemności wieszał lampę na swym haku, zaś młotek do opukiwania styków szyn nosił w zdrowej ręce. Niestety, Lester zaczął pić jeszcze więcej, zalewał winem swe nieszczęście. Pewnego razu poszedł do pracy tak pijany, że nie zauważył nadjeżdżającego pociągu…

Jego śmierć była tak szybka, że Clammons nie zdążył zrozumieć czy nawet poczuć. No i jego duch z przyzwyczajenia wychodzi do pracy do naszego świata oświetlając sobie drogę lampą…

Istnieje jeszcze druga wersja tej legendy głosząca, że Clammons został jedynym żyjącym człowiekiem po straszliwej katastrofie kolejowej. Fragmenty wagonu przytrzasnęły mu rękę. Mężczyzna oczekiwał pomocy, ale potem poczuł zapach spalenizny i zrozumiał, że wkrótce ogień zabierze się za niego. Lester dobył narzędzia z torby i odpiłował rękę, ale nie zdołał powstrzymać krwotoku i umarł razem z płonącym wagonem.


Zaczyna się dochodzenie


W 1976 roku, pracownik NASA – inż. Robert Jones – zebrał grupę uczonych i specjalistów z różnych dziedzin w celu zbadania dziwnych anomalii w Nowym Jorku i New Jersey. Grupę tą nazwał Vestigial (Ślad).

Jones pojechał do Long Valley i przekonał się, że „lampa człowieka z hakiem” to nie jakiś wymysł. Maszyniści opowiadali mu, że mają specjalną instrukcję – nie zwracać uwagi na świetlne sygnały w Township Washington. Widmowe światło nie tak po prostu sobie lata nad szynami – ono potrafi podszywać się pod sygnały dróżników czy światła semaforów – dosłownie wprowadza zamęt.
- Szliśmy wzdłuż torów i, nie zobaczywszy niczego, wracaliśmy z powrotem – opowiadał Jones w wywiadzie dla miejscowej gazety – potem jeden z nas się odwrócił i światło było tam, gdzie przed chwilą przeszliśmy. W nocy jest trudno ocenić odległość, ale ono wisiało jakieś 300 m od nas. Biała, świetlista kula o rozmiarach futbolówki czy nieco większa zbliżała się do nas kiwając się z boku na bok. To najwidoczniej zrodziło legendę o lampie, kiwającej się w ręce widma. Przyjrzawszy się zjawisku przez lornetkę stwierdziłem, że kula tak naprawdę składa się z dziesiątków jak nie setek mniejszych światełek. Ona pulsowała światłem albo przemieszczała się falistym ruchem, a nie kołysała się. Podbiegliśmy do niej, ale nocą biec po podkładach jest trudno. Kula zgasła, kiedy się do niej zbliżyliśmy.

Przed wszczęciem dochodzenia, Jones chciał się dowiedzieć, co czują na tym odcinku osoby sensytywne i media. On przywoził na to miejsce ekstrasensów po jednemu, żeby nie mogli się zmówić. Wszyscy zatrzymywali się na jednym i tym samym miejscu mówiąc, że w tym miejscy kiedyś „stało się coś strasznego”. Pewna kobieta-medium wpadła tam w histerię i wróciwszy do siebie powiedziała, że poczuła tam „niespodziane psychiczne doznanie”. Prawdę rzekłszy, opowiadania o tym, że coś tam się kiedyś stało, u ekstrasensów się nie pokrywały. Jedna z kobiet wyczuła, że w „latach 40-tych popełniono tam morderstwo”, aczkolwiek światło nad torami obserwowano na długo przez II Wojną Światową.

Uczeni dogadali się kolejową kompanią Conrail (Railroad) żeby zatrzymać wszystkie pociągi na czas trwania eksperymentów. W 1976 roku, ten odcinek wykorzystywano tylko do przewozów rudy żelaznej i kompania mogła sobie pozwolić na takie przestoje.



Niewidzialne światło


Wieczorem, 20 listopada, członkowie grupy Vestigial i ochotnicy z miejscowego college’u zaczęli przygotowania do doświadczeń. Ustanowiono trzy punkty obserwacyjne przy torach kolejowych. One utrzymywały łączność pomiędzy sobą i stanowiskiem dowodzenia przy pomocy przenośnych radiotelefonów. Obserwatorzy mieli lornetki i aparaty fotograficzne. Wzdłuż torów uczeni ustawili czujniki połączone przewodami z  przyrządami o wysokiej czułości o wartości 30.000 USD. Pomiędzy szynami rozpięto ponad półtora kilometra posrebrzanego drutu miedzianego, podłączonego do wzmacniacza i oscylografu w vanie w punkcie dowodzenia. Inne przewody szły prosto do szyn w celu przekształcenia ich w jeden wielki czujnik. Na środkowym posterunku obserwacyjnym postawiono aparat fotograficzny na trójnogu, załadowany błoną czułą na promieniowanie podczerwone.

O godzinie 22:21 zameldowano o dwóch obserwacjach żółtawego światła ze stanowiska obserwacyjnego nr 1. Światło zbliżało się do sztreki na niedużej wysokości, a potem rozmieściło się nad szynami i zaczęło się kołysać na boki. Obserwatorzy na posterunku nr 2 obserwowali tory przez lornetę i włączyli radar, ale niczego nie zaobserwowali.

Z 1-go posterunku doniesiono, że światło znajdowało się nad szynami w odległości 90-120 m. Na drugim posterunku spróbowano zrobić zdjęcie wskazanego miejsca, ale znowu – jak poprzednio – niczego nie widzieli.

W tej samej chwili kilka przyrządów na stanowisku dowodzenia zaczęło dawać dziwne wskazania. Częstotliwość prądu płynącego pomiędzy szynami, zmieniła się o kilka rzędów wielkości. Inne przyrządy pokazały, że elektryczny opór szyn znacznie się zmienił. Liczniki GM zaświergotały. Po 1’35” światło nagle znikło, jakby je wyłączono. W tej samej chwili wskazania przyrządów wróciły do normy.

Kiedy wywołano zrobione tam zdjęcia, uczeni zrozumieli, że światło jakimś sposobem ich zdezorientowało. Stojący przy statywie Richard Lurkin niczego nie widział, ale na siedmiu kadrach filmu uczulonego na promienie podczerwone widać było jakiś obiekt, który od czasu do czasu otaczała świetlista aureola. Zwykły aparat fotograficzny z wysokoczułym filmem także utrwalił na niej jakiś obiekt świecący nad szynami.

W ciągu dalszych eksperymentów, kula nie życzyła sobie pojawiać się w okolicy przyrządów. Ona latała gdzieś w oddali drocząc się z uczonymi. Jednakże pewnego razu dla sprawdzenia aparatu fotograficznego z filmem czułym na IR sfotografowali dwóch członków grupy idących w nocy wzdłuż szyn. Ku ich zdumieniu, na zdjęciach widać było tą samą kulę, która poruszała się w ślad za uczonymi. Ludzie na szynach niczego nie zobaczyli ani nie poczuli…


Ostatnie doświadczenia


Grupa zdecydowała się sprawdzić, czy ta kula ma coś wspólnego z elektrycznością. Inż. John Berkenbrush skonstruował specjalne przewody elektryczne i podłączył je do szyn, w celu znalezienia punktu maksymalnej koncentracji pola elektrycznego. Kiedy „lampa” pojawi się pomiędzy nimi, to będzie można zmierzyć jej minimalny ładunek elektryczny.

Przez 8 piątków pod rząd (ruch pociągów dla celów grupy był wstrzymywany tylko w piątki) kula nie pojawiała się wcale, albo ignorowała tą przemyślną konstrukcję. Wreszcie w dniu 6.V.1977 roku, siedmioro uczestników eksperymentu ujrzało białe światło. Dwa posterunki obserwacyjne były postawione w odległości 250 m w obie strony od aparatu. Światło było widziane przez wszystkich członków ekipy z dwóch posterunków. Ci, którzy znajdowali się bliżej aparatu widzieli dwa światła. One zawisły na wysokości paru metrów nad szynami i w odległości 7,5 m od przewodów. Jones stwierdził, że kula ma pochodzenie elektryczne.

Próby członków grupy potwierdzenia legendy o jednorękim Clammonsie zakończyły się fiaskiem. W archiwach kompanii Conrail Railroad nie znaleziono żadnych śladów o takim człowieku ani wydarzeniach, które mogłyby stanąć u podstawy tej legendy. W miejskich szpitalach także nie udało się znaleźć śladów po pobycie w nich Lestera Clammonsa. Jones doszedł do wniosku, że legenda o tym dróżniku została wymyślona.

Niestety, doświadczenia prowadzone przez grupę Vestigial przyciągnęły masę ciekawskich. Ściągali tam młodzieńcy, którzy chcieli się sprawdzić. Świecili latarkami tam, gdzie powinna być całkowita ciemność, palili ogniska i pałętali się po torach tym samym przeszkadzając uczonym. Obawiając się, że w tych warunkach ktoś straci nie tylko rękę ale i głowę, Conrail Railroad zdecydowała się na wstrzymanie ruchu pociągów, a rudę żelazną transportowano wywrotkami. W 1980 roku torowiska rozebrano, a szyny wysłano na przetop. Nasypy przekazano przedsiębiorstwu budującemu gazociąg. Zamiast torów wykopano rowy dla rur wysokociśnieniowych. Widmowe światła znikły na zawsze – najwidoczniej nie wytrzymały takich przemian…

W ślad za światłami znikła także grupa Vestigial, a notatki o niej znikły ze stronic dzienników. Być może badacze natknęli się na coś strasznego, przerażającego i przerwali badania widząc, że zapędzili się za daleko.
- Robert Jones zmarł w 1991 roku- opowiada ufolog John Keel. – Przez te wszystkie lata on milczał. Archiwum grupy przepadło bez śladu. Jej członkowie przez czas jakiś pracowali dla IBM i po zamknięciu miejscowej filii tej firmy rozjechali się po całym kraju. Żaden z nich nie puścił pary z ust i nie pisał na temat zjawisk anomalnych.

W naszych czasach miejsce, nad którym pojawiały się światła wygląda jak przesieka w lesie. Rowerzyści przejeżdżają tutaj by skrócić sobie drogę, nic nie wiedząc o jej tajemniczej przeszłości.


Moje 3 grosze


A jednak nie jest tak do końca. Przypomina mi się pewien incydent z BOL lecącym nad linią kolejową, który wystraszył mnogich mieszkańców małopolskiego Jordanowa w dniu 4.VI.1992 roku. A to było tak, jak opisałem to w książce „Projekt Tatry” (Kraków 2002):

To była chyba najbardziej spektakularna obserwacja NOL-a w Jordanowie!
Trwała ona blisko 3,5 godziny i jej świadkami było wiele osób – w szczególności mieszkańców ulicy Mickiewicza. 4 czerwca 1992 roku, w godzinach 18:00 – 23:30, nad doliną Skawy, powoli przemieszczała się czerwono świecąca pulsującym światłem kula. Obserwowana ona była przez panie Annę i Agatę M., rodziny pp. G. i L., B. oraz G. - razem ponad 20 osób! Wszyscy zgodnie oświadczyli, że BOL ukazał się w rejonie Targoszówki i zmierzał w kierunku Bystrej Podhalańskiej, gdzie ostatecznie znikł. Krakowski student UJ – pan Achilles Serwiusz Filipowski zaobserwował tego NL z domku letniskowego na Staszkowej Polanie w Sidzinie!
Przelot BOL-a spowodował panikę niektórych mieszkańców – sądzili oni, że zaczął się atak atomowy! – co akurat nie jest takie dziwne, jako że w latach 60. i 70. Jordanów był na liście pierwszoplanowego uderzenia jądrowego ze strony NATO i USA – o czym nas informowała Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa – a chodziło tu o magazyny Ludowego Wojska Polskiego położone w okolicy stacji PKP. Inni domniemywali, że były to radzieckie lub czeskie próby z rakietami, ale kiedy stwierdzono, że „to coś” porusza się wolno i pulsuje światłem o częstotliwości 1-2 Hz – porzucili tę myśl.
Wiarygodność świadków tej obserwacji jest wysoka. Blask bijący od BOL-a był tak silny, że oświetlał wysokie cirrusy wiszące na dużej wysokości, co obserwowano ze znacznej odległości.

Od wydarzeń w USA różni się to tylko tym, że już się nie powtórzyło. Co więcej, to była ostatnia manifestacja takiego BOL-a na tym terenie, bo wcześniej takie NL obserwowano w rejonie wsi Wysoka i nad doliną Skawy. Być może coś takiego się jeszcze powtórzy?


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 1-2/2018, ss. 30-31
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  

sobota, 23 czerwca 2018

22 ofiary chłopca z laską (2)




Marionetka


Przez długi czas uczeni nie mogli dociec całego szeregu faktów związanych z tym grobowcem. Im przede wszystkim brakowało współczesnej technologii. Tym niemniej sukcesem dla archeologów było wydobycie na światło dzienne ponad 2000 artefaktów i unikalnych przedmiotów. Ale po kolei.

Przede wszystkim poza artefaktami, w grobowcu nie znaleziono żadnego napisu na temat pochodzenia Tutenchamona. Jednakże bogactwo trzech sarkofagów, które tak jak w „matrioszce” ukryta była mumia i starannie wykonana słynna złota maska – mówią o tym, że był to nie byle kto. Wcześniej uczeni uważali, że Tutenchamon albo w ogóle nie istniał, albo był marionetką w rękach interregentów na styku dwóch dynastii – XVIII i XIX.

W rzeczywistości wstąpił on na tron w wieku 9-10 lat i przez długi czas znajdował się pod opieką wielmożów: głównodowodzącego siłami zbrojnymi Egiptu – generała Horemheba i wezyra Aje (Eje). Jak wiadomo, oni byli regentami jeszcze za czasów ustępującego faraona Echnatona vel Amenhotepa IV alias Amenophisa IV.[1] Przeniósł on stolicę Egiptu do nowo wybudowanego miasta Achetaton[2] i postanowił zamienić kulty mnóstwa egipskich bogów[3] w kult tylko jednego – świetlistego Atona – boga-słońce. Echnaton jest jeszcze znany z tego, że jego żoną była Nefretete – uznawana za klasyczny przykład kobiecego piękna Starożytności.

Jednakże jeszcze współcześni mu Egipcjanie nazwali go odszczepieńcem, heretykiem. Pamięć o nim była zamazywana przez setki lat, a nawet jego stolicę oddano pustyni i opuszczeniu. Ale kiedy samego faraona trudno było wykreślić z pamięci, to jego najbliżsi następcy okazali się ukryci za kurtyną tajemnicy. Wiadomo, że Echnaton rządził do około 1332 roku p.n.e. Jeszcze za jego życia był koronowany już to jego syn, już to młodszy brat Smenkar vel Semenechkare, o którym mało co wiadomo. Tutenchamon wstąpił na tron w 1332 roku p.n.e. W czasie długich sporów na początku XX wieku, uczeni uznali go za syna Smenkara.

Młodego faraona ożeniono z jego siostrą Anchesenamon, co dla staroegipskiej tradycji było zgodne z porządkiem rzeczy. Potem jego mentorzy zdecydowali odsunąć swego podopiecznego od religijnych (i politycznych) reform swego ojca i przywrócić stolicę państwa w Tebach. Ale długo rządzić Tutenchamonowi nie pozwolili. Kiedy faraon przez 10 lat dostatecznie dojrzał do tego, by rządzić samodzielnie i samodzielnie uprawiać politykę, wycwanieni dworzanie go wyeliminowali i podzielili się władzą. Albo – wedle innej wersji – Tutenchamon umarł sam, bo był słabego zdrowia.

Historia stała się piękna i w pełni w duchu poglądów egiptologów z początków XX wieku – szczególnie, że podobne zdarzenia miały miejsce w historii Egiptu przed i po Tutenchamonie.


Historia choroby


Jednakże nauka nie stoi w miejscu. Na pomoc historykom i archeologom przyszli specjaliści od badań radiowęglowych i genetycy. Poza tym nagromadziło się wiele materiałów – odkryto ponad pół setki grobowców. Niestety, wiele z nich było rozgrabionych jeszcze w Starożytności, ale niektóre mumie zachowały się w dobrym stanie – najwidoczniej sarkofagów hieny cmentarne bały się ruszyć.

W zasadzie egiptologom był znany fakt, że faraonowie, by „uchronić czystość królewskiej krwi” brali za żony tylko kobiety z najbliższej rodziny. Były one „głównymi żonami” w królewskim haremie, a władzę przekazywano tylko w linii męskiej. Przez długi czas uważano, że ożenek z rodzeństwem nosiła ceremonialny charakter, tak jak królowym przysługiwała szczególna rola w religijnych i państwowych rytuałach. Następców faraonom rodziły „młodsze żony”, czyli właściwie nałożnice.[4]

Ale badania genetyczne wykazały, że Tutenchamon urodził się ze związku Echnatona z rodzoną siostrą – najprawdopodobniej Baketaton vel Baketamon. Problem w tym, że Nefertiti (ukochana, ale nie „główna” żona, siostra królewskiego wezyra Aje) rodziła faraonowi tylko córki, a on potrzebował następcy! Porównanie materiału genetycznego innych mumii wykazało, że sam Echnaton pojawił się na świecie w wyniku związku jego ojca Amenhotepa III ze swoją siostrą.

W rzeczywistości, nie mieszanie krwi praktykowane z pokolenia na pokolenie nie mogło przejść niezauważone. Już po zwłokach Echnatona widać, że cierpiał on na cały szereg chorób genetycznych – w pierwszym rzędzie na Syndrom Marfana (MFS). Wydłużenie palców, kruchość kości, budowa ciała podobna do kobiecej w efekcie naruszenia produkcji niektórych hormonów – to są objawy zewnętrzne. Echnaton najwidoczniej cierpiał na lekką formę tej choroby i żył dostatecznie długo i aktywnie.

Natomiast Tutenchamon cierpiał już na ostrą formę tej choroby. Rekonstrukcja szkieletu i całej postaci wykazały, że: stan zdrowia tego młodego człowieka pozostawiał sobie wiele do życzenia. Miał on rozszczep podniebienia, długie, wystające do przodu zęby, szerokie biodra, wielki brzuch, przerośnięte gruczoły mleczne oraz ciężka forma skoliozy.

Na dodatek cierpiał on na zapalenie i odklejenie siatkówki, co w wieku lat 18 mogło go doprowadzić do całkowitej ślepoty. Na dodatek lewa stopa młodego faraona miała wrodzony defekt – obumieranie tkanki kostnej, tak że nie mógł on chodzić samodzielnie. W grobowcu znaleziono 130 lasek i szczudeł, którymi on się posługiwał w czasie chodzenia.

Na dodatek uczeni odkryli, że Tutenchamon „otrzymał przy okazji” pasożyty wywołujące najcięższą ze znanych formę malarii. Tak więc ona synergicznie wraz ze złamaniem biodra, którego ślady znaleziono w mumii – przyczyniła się do rychłej śmierci 19-letniego faraona. Obie jego córki, które miał ze swą siostrą, urodziły się martwe i ich mumie znaleziono w grobowcu Tutenchamona. I właśnie na nich zakończyła się XVIII Dynastia, do czego walnie przyczyniła się praktyka nie mieszania krwi.



Twarz „kaukaskiego typu”


Przez długi czas Tutenchamon był znany tylko z tego, że jego grobowiec dotrwał do naszych czasów w stanie nienaruszonym. Np. znane są szeroko słowa jego odkrywcy Howarda Cartera:
- Przy tym stanie naszej wiedzy możemy z przekonaniem powiedzieć tylko jedno: jedynym osiągnięciem jego życia było to, że umarł i został pochowany.

Jednakże całkiem niedawno, nowe i interesujące dane otrzymali uczeni ze Szwajcarii i UK, którzy porównali genom Tutenchamona z genomem ludzi z XXI wieku. Porównywano DNA według tzw. haplogrup czyli pewnymi charakterystycznymi fragmentami łańcucha przekazywanymi w niemal niezmienionym kształcie z pokolenia na pokolenie. W naszych czasach zgromadzono tak bogaty materiał, że kod haplogrupy można używać jako podpisu w dowodzie osobistym czy paszporcie. Pokazuje on od razu, w jakim obszarze naszej planety mamy najwięcej ziomków.

Tutenchamon jak się okazuje, jest nosicielem haplogrupy R1b1a2. Dzisiaj nosi ją prawie 70% mężczyzn w Hiszpanii, Portugalii, Południowej Francji. W reszcie Europy Zachodniej niemal połowa, zaś w samym Egipcie zaledwie grupę R1b1a2 reprezentuje zaledwie 1% mężczyzn!

Natomiast 3,5 tysiąca lat temu, kiedy przodkowie Tutenchamona i on sam rządzili Egiptem, ta haplogrupa była przede wszystkim reprezentowana na… Kaukazie, a w Afryce Północnej nie powinno jej w ogóle być! A do Zachodniej Europy jej nosiciele dostali się na początku naszej ery. Tak więc uczonym przyjdzie jeszcze zdrowo połamać głowę nad tym, w jaki sposób na egipskim tronie znalazła się dynastia uchodźców z Kaukazu, która tak zaciekle broniła zasady „czystości krwi”?


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 1-2/2018, ss. 20-21
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                      



[1] Jego dzieje opisał fiński pisarz Mika Waltari w powieści „Egipcjanin Sinuhe” i Georgij Gulia w powieści „Echaton – władca Egiptu”.
[2] Dzisiaj Tell-el-Amarna.
[3] Współczesne wyliczenia mówią nawet o 600 głównych i lokalnych bóstwach w Starożytnym Egipcie.
[4] Doskonale to pokazano w tureckim serialu „Wspaniałe stulecie” (2011-2014) reż. Yağmur Taylan i Durul Taylan.

czwartek, 21 czerwca 2018

22 ofiary chłopca z laską (1)




Boris Szarow


Przywódca faszystowskich Włoch, Benito Mussolini przeczytał o klątwie faraonów w jednej z brytyjskich gazet[1], wyrzucił ze swej rezydencji wszystkie mumie egipskie, które dostał w prezencie od włoskich archeologów.

Przez długi czas historycy się spierali o to, czy egipski faraon Tutanchamon rzeczywiście istniał. Ale na początku XX wieku angielscy archeolodzy dokonali ważnego odkrycia: znaleźli nieoznakowany grób zawierający niezwykłe artefakty. Okazało się, że był w nim pochowany Tutenchamon – staroegipski faraon z XVIII Dynastii Nowego Państwa, który panował ok. 1332-1323 r. p.n.e.


Cud na pustyni


Do XIX wieku, Europejczycy nie wiedzieli zbyt wiele o Starożytnym Egipcie. Prace antycznych autorów kurzyły się na półkach archiwów, świadectwa kultury materialnej były zapomniane, a tysiącletnie rządy Arabów w regionie nie pozwoliły na badanie problemu in situ. Potężny impuls narodzonemu zainteresowaniu Krajem Faraonów dał najazd Napoleona I, który odważył się przewieźć do Paryża wiele artefaktów.

Nieco później Francuzom udało się odczytać egipskie hieroglify, a w 1882 roku brytyjska okupacja otworzyła tam dostęp Europejczykom. Do Egiptu runęły tłumy miłośników starożytności – tak badaczy jak i zwykłych awanturników.

Lord George hr. Carnarvon był nie tylko kolekcjonerem, ale także wykształconym człowiekiem. Być może właśnie dlatego do prac wynajął on profesjonalnego egiptologa i archeologa Howarda Cartera. W 1906 roku ich ekspedycja przystąpiła do prac na brzegu Nilu. Carnarvon był bardzo bogatym człowiekiem, i dlatego jego przedsięwzięcie było doskonale przygotowane i miało wsparcie naukowe.

Przez długi czas nie było żadnych sukcesów. Potem w czasie rozkopywania tebańskiego akropolu znaleziono grobowiec faraona Amenhotepa I.[2] Niestety, był on rozgrabiony, podobnie jak większość pomników Antycznego Egiptu. Nikomu nie przyszło do głowy, że Nil w ciągu wielu tysiącleci zmienił swój bieg i odcinki niegdyś zamieszkałe okazywały się porzucone przez ludzi. Tony piasku przykryły te rejony. Tak właśnie ukrytą przed ludzkimi oczami stała się Dolina Królów – ogromnego kompleksu cmentarnego z czasów Nowego Państwa.

26.XI.1922 roku, do archeologów uśmiechnęło się szczęście. Carter znalazł zapieczętowane wejście do grobowca, nie otwartego przez antyczne i współczesne hieny cmentarne. Budowniczowie o wiele później zasypujący grobowiec Ramzesa VI przez nieostrożność zasypali także dojście do drzwi. Badając pieczęcie uczeni dowiedzieli się, że był to grobowiec faraona z XVIII Dynastii - Tutenchamona.


On zapisał im śmierć


Już po odkopaniu pierwszych metrów wykopaliska stało się jasne, że tym razem można było oczekiwać sensacyjnych znalezisk. Ale nie wszyscy się cieszyli. Np. znany archeolog i dziennikarz Arthur Weigall. W różnych okresach był on zastępcą Generalnego Inspektora ds. Starożytności przy rządzie Egiptu, korespondentem i autorem wielu prac z dziedziny sztuki o historycznych wydarzeniach Kraju Faraonów.

On nie lubił Cartera z powodu rozgłosu jaki zyskał organizując Instytut Egiptologii. Weigall uważał, że Instytut powinien znajdować się w samym Egipcie i zatrudniać miejscowych uczonych. Carter uważał, że pierwsze skrzypce w tej sprawie powinni grać Europejczycy wspierani przez miejscowy kapitał. Nie cierpiał on także Carnarvona. W 1922 roku współpracował on z angielskim „Daily Mail”, a lord przekazał swe prawa na wyłączność gazecie „Times” i tym sposobem odciął on Weigalla od źródeł informacji. Dlatego też korespondent opracowywał tylko to, co sam zdołał zdobyć.

Oczywiście, on dorwał się do Cartera w jego willi w Luksorze i tam wycisnął z niego co tylko się dało i nawet to, czego nie było. W grudniu 1922 roku wpełzła tam kobra, która zżarła kanarka profesora, którego pozostawiono nieopatrznie w klatce na podłodze. Znając doskonale egipską mitologię, i jej wpływ na umysły Europejczyków, Weighall natychmiast wsiadł na swego ulubionego konika. Kobra – to broń porażająca wrogów faraona. Na nieszczęście zapełzła ona do domu odkrywcy grobowca! Los nieszczęsnego kanarka to nic innego jak groźba i ostrzeżenie!

Następnie Weighall przywodził historię dwóch brytyjskich archeologów, którzy zajmowali się wywozem mumii z egipskich piwnic do Londynu. Ich jakoby wepchnęła do grobu jakaś dawna klątwa, którą obruszyły na nich duchy jakichś wysoko postawionych Egipcjan.

Tego samego dnia, którego Carter i Carnarvon po raz pierwszy weszli do grobowca Tutenchamona, Weighall przedstawił siebie jako świadka tego wydarzenia i zaczął sypać jak z rękawa mrocznymi przepowiedniami. Zobaczywszy śmiejącego się lorda powiedział:
- Ten, kto wejdzie do grobowca w takim świetnym humorze nie przeżyje nawet pół roku.

To było pod koniec lutego 1923 roku. 5 kwietnia lord Carnarvon zmarł na zapalenie płuc w Kairze. W czasie, kiedy serce lorda przestało bić, w stolicy Egiptu miała miejsce awaria sieci elektroenergetycznej (jej przyczyn nie ustalono do dziś dnia).[3]

Nie wiadomo, czy Carnarvon padł ofiarą tysiącletniej klątwy, ale Weighall dość dokładnie powołał o niej mit do życia.


Ze śmiercią im do twarzy


Nagła śmierć Carnarvona wstrząsnęła wieloma ludźmi. Tym niemniej, w pół roku później doszło do odkrycia sarkofagu i mumii, które zbadano. Na policzku tej ostatniej znaleziono niewielką szramę. Weighall od razu oświadczył, że w dniu w którym Carnarvon po raz pierwszy wszedł do grobowca, miał on taką samą rankę na policzku. Dokładnie tam, gdzie miał ją faraon. I kilku świadków to potwierdziło! Wprawdzie już tego nie dało się zweryfikować…

A potem jeden po drugim zaczęli umierać ci, którzy weszli do grobowca, albo mieli kontakt z sarkofagiem, mumią, kanopami czy innymi artefaktami. Członek ekspedycji – Archibald Douglas-Reid, amerykański finansista George Gould, egipski książę Ali Kamey Fahmi Bey, gubernator Sudanu sir Lee Stack, brat Carnarvona Aubrey hr. Herbert zmarli przed końcem tego roku.

Archeolog Arthur Mace dożył roku 1928, ale w 1924 roku zaczął gasnąć w oczach. Zły stan jego zdrowia stał się prasowym hitem. W ślad za nim w skutek nieznanej choroby zmarł sekretarz Cartera – Richard Bartel. Potem zaczęli umierać rówieśnicy Carnarvona, Cartera i innych członków ekspedycji. Prasa naliczyła 22 „ofiary mumii”, z których 13 było obecnych przy otwarciu grobowca faraona. Jednakże ich śmierć była łatwo wytłumaczalna, choć zagadkowa. Ktoś tam skończył życie poprzez samobójstwo, czy po prostu został zwyczajnie zamordowany.

Opinia świata naukowego jak i zwyczajnych ludzi była jednoznaczna: klątwa faraona istnieje. symbolicznym było to, że jej ofiarą w końcu padł sam Weighall, który zmarł w 1934 roku na malarię, zrobiwszy tak wiele dla popularyzacji tego wymyślonego przez siebie mitu.

Prawdziwi uczeni nie wierzą w klątwę faraonów. Twierdzą oni, że fakty były tworzone przez wydawców gazet ku nakręcaniu sensacji i podwyższania ich nakładów. Najczęściej krytycy wskazują na to, że wiele „ofiar klątwy” było już ludźmi w podeszłym wieku i ich śmierć nie jest niczym niezwykłym. Do roku 1939 dożył w dobrej kondycji odkrywca grobowca – Carter. I prawdą jest, że nie wszyscy uczestnicy i świadkowie ekspedycji do Doliny Królów. W końcu źródła stwierdzają i to, że w magicznych praktykach Antycznego Egiptu nawet nie istniało pojęcie klątwy.

Do tego Tutenchamon był na tyle niezwykłym za życia, że mógł on sprawić niejedną niespodziankę po śmierci.


CDN.  




[1] B. Mussolini był z zawodu dziennikarzem, więc miał dostęp do zagranicznych mediów.
[2] Drugi władca XVIII Dynastii z okresu Nowego Państwa. Amenhotep I został prawdopodobnie pochowany w królewskiej nekropoli w Dra Abu al Naga, ale jego grobowiec nie został, jak dotąd, odnaleziony. (Istnieją hipotezy o pochowaniu Amenhotepa I w Dolinie Królów w grobowcu KV39). Mumię króla odnalazł Brugsch w skrytce DB-320 w Deir el-Bahari. Obecnie znajduje się w Muzeum Egipskim w Kairze.
[3] W rzeczywistości takie awarie zdarzały się dość często, więc nie ma w tym niczego niezwykłego.

środa, 20 czerwca 2018

Pinatubo – góra śmierci




Niedawno pisałem o wulkanie St. Helens w USA i wspomniałem że był to trzeci pod względem siły wybuch w XX i XXI wieku. Dziś pora na zdobywcę drugiego miejsca, pierwszego tak silnego który pamiętają żyjący współcześnie - wulkan Pinatubo na Filipinach.

Mój kalendarz: 27 lat temu 15-18 czerwca 1991 miała miejsce eksplozja tego wulkanu oceniana na 6 w 8 stopniowej skali eksplozywności - VEI. Zanim doszło do jego przebudzenia, Pinatubo nie wyróżniał się szczególnie na tle wielu innych filipińskich wulkanów. Był silnie zerodowany, porośnięty gęstym lasem deszczowym, niepozorny. Do czasu.

7 czerwca Pinatubo zdecydowanie się ożywia, generując obłok erupcyjny o wysokości 8 km. Wulkan zostaje objęty czwartym stopniem alarmu... Ewakuacja mieszkańców okolic wulkanu formalnie rozpoczęła się już 7 kwietnia. Brak decyzji o ewakuacji w odpowiedniej chwili mógłby doprowadzić do śmierci tysięcy ludzi. Po objęciu Pinatubo piątym stopniem alarmu 13 czerwca władze ewakuują około 60 tys. ludzi.

 Wkrótce po tym, 12 czerwca 1991 roku, dochodzi do pierwszej z serii potężnych erupcji wulkanu Pinatubo. Pliniańska kolumna erupcyjna (czyli słup popiołów wznoszący się do stratosfery i tam rozprzestrzeniający się poziomo) nad wulkanem sięga wysokości 19 kilometrów.






15 czerwca 1991 roku Pinatubo wybucha po raz kolejny, w dodatku erupcja jest najpotężniejsza ze wszystkich dotychczasowych. Popioły wznoszą się na wysokość 34 kilometrów i tam rozszerzają się, rozprzestrzeniając wokół całego globu. Potężne spływy piroklastyczne (mieszanina gorących gazów i popiołów) docierają na odległość 16 km. Wskutek opadania popiołów na centralnych terenach wyspy Luzon zapadają ciemności. Popioły opadają na obszary Wietnamu, Kambodży i Malezji. Wierzchołek wulkanu zapada się, formując kalderę o średnicy 2,5 km, w której pojawia się jezioro kraterowe. Pinatubo „maleje” – z początkowych 1745 m n.p.m. pozostaje 1485 m n.p.m.

Jakby nie było jeszcze dość nieszczęść, w tym samym czasie w odległości 100 km na północny wschód od Pinatubo przechodzi tajfun YUNYA. Ulewne opady deszczu przyczyniają się do powstania potoków błota (laharów), które mkną z prędkością 30 km na godzinę dolinami wulkanu, niszcząc wszystko na swojej drodze.

W wyniku erupcji Pinatubo zginęło 847 osób, w dużej mierze z powodu zawalania się na ich głowy zasypanych mokrym popiołem dachów domów. Umarło 800 tys. zwierząt hodowlanych i drobiu. Kompletnemu zniszczeniu uległo 8000 domów, a uszkodzeniu 73 tys. Zdewastowane zostały dwie amerykańskie bazy: lotnicza Clark i morska Subic Bay.


Pyły i aerozol siarkowy trafiły do stratosfery, czego rezultatem był spadek średnich globalnych temperatur w 1992 roku o 0,5°C. Niegdyś bujne lasy i szerokie doliny u stóp Pinatubo zostały pokryte warstwą popiołu i pumeksu o grubości 50-200 metrów.

Stanisław Bednarz




Moje 3 grosze


Pozwoliłem sobie załączyć do tego materiału rysunek z książki Wiktora Niedzickiego obrazujący największe znane erupcje wulkaniczne. Należy nadmienić, że rysunek nie obejmuje znanych nam teraz supererupcji wulkanicznych o VEI=8, których moc i negatywny wpływ na środowisko jest wielekroć silniejszy, niż „zwykłych” erupcji wulkanicznych, a które są w stanie wymazać nasz gatunek z powierzchni planety, albo – w najlepszym razie – cofnąć nas do epoki kamienia jeszcze nie rozłupanego. Brzmi to jak żart, ale żartem nie jest. Ludzkość już raz doświadczyła mocy supererupcji, kiedy to 70.000 lat temu eksplodował superwulkan Toba. Ludzkość znalazła się na krawędzi zagłady. Przeciwko ludziom sprzysięgły się wszystkie żywioły i tylko rozum i dar współpracy pozwoliły ludziom przetrwać czas tego potwornego kataklizmu.

Ale to już jest temat z innej ballady i mam nadzieję, że Pan Stanisław Bednarz wkrótce go podejmie.   

wtorek, 19 czerwca 2018

Arktyczne lody krztuszą się od mikroplastyków...





– od niedopałków do materiałów do pakowania


John Bacon  “USA Today”


Może się zdziwisz, co się dzieje z niedopałkami wszystkich papierosów wyrzucanymi gdzie popadnie oraz plastykowymi opakowaniami po orzeszkach rzucanymi na ulicę to wiedz, że naukowcy znaleźli alarmującą ilość cząstek w głębinach i lodach Oceanu Arktycznego.

Wygląda na to, że rekordowa ilość mikroplastyków powstałych dzięki Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci a wzrastające połowy i żegluga roznosi je po całej Arktyce, o czym raportują naukowcy z  Instytutu im. Alfreda Wegenera z Centrum Badań Polarnych i Morskich Helmholtza.

Badania te wskazują na wzrastającą możliwość upadku życia ludzi i życia w morzu.
- Próbki lodu z pięciu regionów Oceanu Arktycznego zawierały do 12.000 małych cząstek plastyku na litr wody – powiedzieli uczeni. – Ponad połowa cząstek wmarzniętych w lód były mniejsze niż 1/500 cala/0,0508 mm, czyli mniej niż 0,1 grubości karty kredytowej. One mogą być z łatwością połknięte przez arktyczne mikroorganizmy – powiedziała biolożka I autorka raportu dr Ilka Peeken. – Nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak bardzo szkodliwe są one dla morskiego życia, a w konsekwencji także dla życia Ludzkości.     


Największa światowa plama śmieci jest dwukrotnie większa od Teksasu

Wielkość Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci w porównaniu z europejskimi krajami...

Do mikroplastików zalicza się plastykowe odłamki, włókna, pelety i inne odrobinki z tworzyw sztucznych, których długość, szerokość czy średnica mieści się w przedziale od wielkości mikroskopowych do 0,2 in/~5 mm.  

Typy plastiku stanowią unikalne „odciski palców” w lodzie, co pozwala uczonym na zbadanie ich dróg wiodących do możliwych źródeł. Część z nich wiedzie do Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci – zbioru plastyków, pływającego śmiecia pomiędzy Hawajami a Kalifornią, która rozrosła się do areału rzędu >600.000 mi²/~1.553.900 km² - twierdzi raport.

Ilość plastyków w Północnopacyficznej Plamie Śmieci w kg/km kw.

Uczeni stwierdzili, że pływające lody zawierają bardzo wysoką koncentrację polietylenu – (C2H4)n, którego używa się w plastykowych opakowaniach.
- Jesteśmy przekonani o tym, że te fragmenty pochodzą z tzw. Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci i są pompowane poprzez Cieśninę Beringa na Ocean Arktyczny przez prądy północnopacyficzne – mówi powołane studium. - Duży udział procentowy cząstek farb i nylonu wskazuje na intensywne połowy i transport morski w pewnych częściach Arktyki.

Ekipa naukowców zebrał próbki lodu w czasie trzech ekspedycji w latach 2004 i 2015. Studium opublikowano na łamach „Nature Communications”.

Arktyczne łańcuchy troficzne

Moje 3 grosze


Ze swej strony pragnę zarekomendować Czytelnikowi znakomity eko-thriller brytyjskiej autorki Laline Paull pt. „Lód” (Prószyński i S-ka, 2018), w którym opisuje ona skutki EGO w Arktyce i innych nieprzemyślanych działań ludzi w tej części Wszechoceanu. Zniknięcie pokrywy lodowej ułatwi ludziom żeglugę z Europy do Azji via Biegun Północny, ale zarazem stworzy dodatkowe zagrożenia w postaci dodatkowego zanieczyszczenia ropą i substancjami ropopochodnymi. Poza tym rozpocznie się międzynarodowy wyścig do bogactw mineralnych na i pod dnem Oceanu Arktycznego, co może zaowocować zagrożeniem wybuchu kolejnego konfliktu światowego.

Prądy morskie i plamy śmieci we Wszechoceanie

Godnym uwagi jest także jedno z opowiadań Daniela Laskowskiego pt. „Słońce w głębinach” – zob. http://daniel-laskowski.blogspot.com/2017/08/wysoka-ponoc-111.html, w którym przedstawia on skutki skażenia ropą Oceanu Arktycznego, które może doprowadzić do zatrzymania się „termicznego taśmociągu” Golfstromu i w rezultacie do nastania nowej Epoki Lodowej w Europie i Azji.


Mikroplastyki są problemem, który autentycznie zagraża życiu we Wszechoceanie. Wchodzą do łańcuchów troficznych i praktycznie można jej znaleźć w każdym organizmie – od zooplanktonu do wielorybów – a poprzez nie także w ludzkich. I najgorsze jest to, że nie wiemy, co z tym fantem zrobić…    


Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  
Ilustracje: Internet